Pudełko z marzeniami - Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I

PÓŁ TY­SIĄCA PIE­RO­GÓW

Mal­wina Ko­ści­kie­wicz szyb­kim kro­kiem ze­szła do piw­nicy. Nie by­łoby w tym nic dziw­nego, że dziew­czyna pro­wa­dząca nie­wielką przy­tulną re­stau­ra­cyjkę w Mia­steczku scho­dzi do piw­nicy po ce­bulę, ziem­niaki czy inne pro­dukty nie­zbędne do wy­cza­ro­wa­nia cu­dow­nych po­traw dla licz­nych go­ści, ale po pierw­sze, go­ści w re­stau­ra­cji nie było, a po dru­gie, Mal­wina nie prze­cho­wy­wała w tej czę­ści piw­nicy kom­plet­nie ni­czego, co mo­głoby mieć ja­ką­kol­wiek war­tość ku­li­narną. Przy­naj­mniej w Eu­ro­pie, bo w in­nych czę­ściach świata po­dobno jada się róż­no­ra­kie gady, płazy, a na­wet ro­bac­two. Fuj.

Dziew­czyna wzięła do ręki mio­tełkę do ku­rzu. Wła­śnie po to, by się po­zbyć ja­kie­goś stwo­rze­nia, z wielką pra­co­wi­to­ścią two­rzą­cego de­li­katną pa­ję­czynę na krze­śle, z któ­rego wła­śnie miała ochotę sko­rzy­stać. Krze­sło tak na­prawdę było sta­rym fo­te­lem obi­tym czer­wo­nym ak­sa­mi­tem, o dziwo nie­nad­gry­zio­nym przez ząb czasu, i stało po­środku nie­wiel­kiego, ciem­nego i zu­peł­nie pu­stego po­koju. Je­dy­nym ele­men­tem, o wąt­pli­wie ozdob­nej funk­cji w tym po­miesz­cze­niu, była ko­tara, która przy­sła­niała nie­dużą wnękę. To wła­śnie tę ko­tarę od­sło­niła Mal­wina, za­nim usia­dła na krze­śle.

Jej oczom uka­zała się ka­pliczka sto­jąca na drew­nia­nym po­stu­men­cie. W ka­pliczce chyba kie­dyś stała Ma­ryja, jed­nak te­raz znaj­do­wała się tam stara i znisz­czona rzeźba przed­sta­wia­jąca ro­słego męż­czy­znę w czer­wo­nej pe­le­ry­nie.

Męż­czy­zna ten uno­sił rękę, w któ­rej pew­nie kie­dyś trzy­mał ró­ża­niec, Bi­blię lub krzyż, ale to Mal­wina mo­gła so­bie tylko wy­obra­zić, gdyż koń­czyna była utrą­cona na wy­so­ko­ści łok­cia. Biedny fa­cet. Są­dząc po stroju, bez­ręki był do­wódcą le­gio­nów. Oczy­wi­ście w od­po­wied­nio za­mierz­chłych cza­sach. Bosą stopą (z uła­ma­nymi pal­cami) przy­ci­skał do ziemi czar­nego ptaka. Nie­stety z ra­cji, iż rzeźba ptaka rów­nież stra­ciła głowę, iden­ty­fi­ka­cja ga­tunku była nie­moż­liwa. Po­ni­żej umiesz­czono nie­wy­raźną ta­bliczkę z na­pi­sem "St. Expe­di­tus".

- No wiesz - po­wie­działa dziew­czyna gło­śno. - Te­raz na­prawdę bez cie­bie nie dam rady. Pięć­set pie­ro­gów. Z dnia na dzień. Wy­obra­żasz to so­bie? - Wstała, za­pa­liła świeczkę. - Pew­nie so­bie nie wy­obra­żasz. - Wzru­szyła ra­mio­nami. - Może i do­brze... Wresz­cie ktoś za­uwa­żył, że tu miesz­kam, ale pięć­set? Na ju­tro? - Od­chy­liła się do tyłu. - Eks­pe­dy­cie, je­śli mi nie po­mo­żesz, nie wiem, jak to się uda. - Po­krę­ciła głową. - Pew­nie się nie uda. - Wes­tchnęła.

Mal­wina ani razu nie po­my­ślała, że za­miast sie­dzieć bez­czyn­nie przed ka­pliczką ze Świę­tym Eks­pe­dy­tem, pa­tro­nem od rze­czy pil­nych, nie­cier­pią­cych zwłoki czy ro­bio­nych na ostat­nią chwilę, po­winna na­tych­miast za­brać się do ro­boty i za­gnia­tać cia­sto na pie­rogi.

Nie.

Uwa­żała, że bez bo­skiej po­mocy nie po­ra­dzi so­bie z tym za­da­niem. Roz­mowa z Eks­pe­dy­tem, na do­da­tek świę­tym, da­wała szansę na wsta­wien­nic­two u Naj­wyż­szego.

Nie była spe­cjal­nie re­li­gijna, ale wy­cho­dziła z za­ło­że­nia, że trzeba ze wszyst­kimi żyć w zgo­dzie. A skoro w piw­nicy miała Świę­tego Eks­pe­dyta, który po­dobno bar­dzo wspie­rał jej po­przed­niczkę, to grze­chem by­łoby nie sko­rzy­stać z jego po­mocy. Tym bar­dziej że z ka­pliczką wią­zała się dziwna, ta­jem­ni­cza i dość nie­po­ko­jąca hi­sto­ria.

***

Hi­sto­ria ta miała swój po­czą­tek w oko­li­cach dru­giej wojny świa­to­wej, do­kład­nie kiedy, Mal­wina nie wie­działa. Gdy ku­po­wała dom, po­przedni wła­ści­ciel opo­wia­dał jej tę dziwną hi­sto­rię. Ra­do­sław ni­gdy w nią nie uwie­rzył.

Tak. Ra­do­sław. Ile już go nie wi­działa? Chyba bę­dzie pół­tora roku. Ostat­nio przy­słał zdję­cie i zu­peł­nie go nie po­znała. Ob­ciął włosy na krótko, zmie­nił ich ko­lor i za­pu­ścił brodę. Nie po­do­bał jej się taki zmie­niony Ra­do­sław, ale cóż, był da­leko i ona zu­peł­nie nie miała na to wpływu, prze­cież się roz­stali.

Nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, kiedy roz­ma­wiali. Już na­wet tak nie cze­kała na jego te­le­fony czy po­łą­cze­nia na Sky­pie. Jak kie­dyś. Po­znali się, gdy pra­co­wała w cen­trali jed­nego z naj­więk­szych ban­ków. Zaj­mo­wała się oceną ry­zyka kre­dy­to­wego. Ta­belki, ana­lizy, słupki. Nic in­te­re­su­ją­cego.

Pracę tam za­częła tuż po stu­diach, od po­czątku w tym sa­mym de­par­ta­men­cie, i dość szybko pięła się po szcze­blach ka­riery.

Ra­do­sława po­znała na warsz­ta­tach go­to­wa­nia we­dług kuchni pię­ciu prze­mian, które to warsz­taty spre­zen­to­wała jej przy­ja­ciółka, za­nie­po­ko­jona, że Mal­wina ko­cha klu­ski w każ­dej po­staci. Za­pewne oba­wiała się, że mi­nie kilka chwil, a Mal­wina sama bę­dzie wy­glą­dać jak ta klu­ska. Ona fak­tycz­nie wo­lała wsze­la­kie po­trawy mączne i ro­biła je do­sko­nale. Ko­chała go­to­wać. Naj­bar­dziej ce­niła tra­dy­cyjną kuch­nię pol­ską, więc za­wie­si­ste zupy, gę­ste sosy i wszech­obecne pie­rogi, klu­ski oraz ko­pytka. No, ale uznała, że skoro może po­znać coś no­wego, i to zu­peł­nie za darmo, warto za­ry­zy­ko­wać.

Za­ry­zy­ko­wała i po­znała może nie "coś", ale "ko­goś". Ra­do­sława.

Po­ję­cie "za darmo" też jest względne, bo ta zna­jo­mość wciąż kosz­to­wała ją wiele, ale wtedy jesz­cze nie zda­wała so­bie z tego sprawy. Kilka lat temu Ra­do­sław był dłu­go­wło­sym bru­ne­tem. O ile to, co miał na gło­wie, można na­zwać wło­sami. Jego głowa pełna była dre­dów, które spi­nał na różne spo­soby.

Mal­wina za­ko­chała się w nim od pierw­szego wej­rze­nia. Był taki inny od jej ko­le­gów z kor­po­ra­cji. Ubrany w ja­kiś dziwny lniany strój, nogi miał bose i mie­szał coś w wiel­kim że­liw­nym garnku. Mal­wina kom­plet­nie nie pa­mięta, o czym mó­wili na tych warsz­ta­tach. Naj­waż­niej­sze było to, że Ra­do­sław Za­górny, bo tak się na­zy­wał obiekt jej wes­tchnień, za­pro­sił ją na wspólną me­dy­ta­cję.

Zwał jak zwał. Mo­gła być i me­dy­ta­cja. Nie miało zna­cze­nia, co będą ra­zem ro­bili.

Naj­waż­niej­sze, że po któ­rejś tam ko­lej­nej wspól­nej me­dy­ta­cji oboje uznali, że są dla sie­bie stwo­rzeni, i po­szli kon­ty­nu­ować tę me­dy­ta­cję w za­cisz­nej sy­pialni Mal­winy.

Miesz­kała w nie­wiel­kim lo­kum tuż przy banku. Ra­do­sław, chwi­lowo, jak miała na­dzieję, nie pra­co­wał, bo jak to wy­ja­śnił uko­cha­nej, "szu­kał swo­jej drogi w ży­ciu". Dziwny jest fakt, że to jej nie za­nie­po­ko­iło, gdyż szu­kał tej drogi już ja­kiś czas. Wpro­wa­dził się do niej nie­mal od razu. Zu­peł­nie za­po­mniał o kuchni pię­ciu prze­mian i swoim we­ga­ni­zmie, bo naj­bar­dziej sma­ko­wały mu gu­lasz z kar­kówki i ko­pytka oraz za­sma­żana czer­wona ka­pu­sta. Po kilku mie­sią­cach wspól­nego za­miesz­ki­wa­nia Ra­do­sław uznał, że tak da­lej być nie może. Mal­wina wciąż pra­co­wała, za dużo pra­co­wała, a on wciąż szu­kał swo­jej drogi w ży­ciu. Za dużo szu­kał i co gor­sza, nie mógł zna­leźć, a to już za­częło go z lekka nu­dzić.

Pew­nego dnia, gdy le­żeli nago po cał­kiem uda­nych pró­bach seksu tan­trycz­nego, Ra­do­sław po pro­stu za­py­tał:

- Mała, a może rzu­cimy to wszystko i po­je­dziemy w Biesz­czady?

Mal­wina spoj­rzała na męż­czy­znę swo­jego ży­cia, który we­dług niej już dawno rzu­cił wszystko i za­miast wy­je­chać w Biesz­czady, prze­pro­wa­dził się do jej nie­wiel­kiego miesz­ka­nia, a na­stęp­nie za­py­tała zu­peł­nie przy­tom­nie:

- Ale co my niby bę­dziemy ro­bić w tych Biesz­cza­dach?

- Bę­dziemy się ko­chać aż po świt. - Ra­do­sław gła­dził ją po brzu­chu.

Mal­wina nie miała nic prze­ciwko ta­kiemu roz­wią­za­niu, ale prak­tycz­nie za­uwa­żyła, że ko­chać się aż po świt mogą za­równo tam, jak i w War­sza­wie, za co Ra­do­sław się na nią ob­ra­ził, ob­ró­cił na drugi bok i za­snął.

Na­stęp­nego dnia jed­nak obu­dził się w cał­kiem in­nym na­stroju.

- Mo­gła­byś go­to­wać - po­wie­dział.

Mal­wina pod­nio­sła brwi ze zdzi­wie­niem.

Wi­dząc jej wzrok, szybko się po­pra­wił:

- Mo­gli­by­śmy go­to­wać. To by­łaby cu­downa re­stau­ra­cja, po­łą­cze­nie dwóch sma­ków, ty­powa kuch­nia pol­ska i kuch­nia we­gań­ska.

Dziew­czyna lekko się skrzy­wiła. Po­cząt­kowo po­mysł się jej nie spodo­bał, ale te brą­zowe oczy wpa­tru­jące się w nią z na­dzieją co wie­czór spo­wo­do­wały, że ule­gła.

- A mu­szą być Biesz­czady? - za­py­tała ci­cho.

- A nie lu­bisz gór?

- Lu­bię. Ale one są na końcu świata. Ja nie chcę na końcu świata.

- To po­je­dziemy tam, gdzie chcesz - zde­cy­do­wał wspa­nia­ło­myśl­nie Ra­do­sław.

I tak też się stało.

Trwało to oczy­wi­ście ja­kiś czas, bo naj­pierw trzeba było zna­leźć od­po­wied­nie miej­sce. Szczę­ście im jed­nak sprzy­jało i pew­nego dnia Mal­wina, prze­glą­da­jąc we­wnętrzne strony fir­mowe, zo­ba­czyła in­for­ma­cję o sprze­daży lo­kalu na re­stau­ra­cję w Mia­steczku. Cza­sem ktoś wrzu­cał ta­kie ogło­sze­nia do kor­po­ra­cyj­nej sieci.

O matko, w Mia­steczku! Prze­cież tam spę­dzała każde wa­ka­cje, gdy była małą dziew­czynką! Jej bab­cia Ja­sia miała tam stary dom, do któ­rego obie z Ro­za­lią tak lu­biły przy­jeż­dżać! Dom już dawno zo­stał ro­ze­brany, a zie­mię chyba bab­cia sprze­dała. Ale może jesz­cze jest tam coś, co na­leży do babci? Ach, do­brze by­łoby za­cząć ży­cie od nowa tam, gdzie za­wsze pach­niało bab­ciną szar­lotką!

Były wła­ści­ciel lo­kalu z ogło­sze­nia pro­wa­dził tam re­stau­ra­cję, a nad nią zaj­mo­wał cał­kiem spore trzy­po­ko­jowe miesz­ka­nie. Chciał się po­zbyć za­równo re­stau­ra­cji, jak i miesz­ka­nia.

Wy­ma­rzona sy­tu­acja!

Mal­wina po­je­chała do Mia­steczka jesz­cze tego sa­mego dnia. Nie było na co cze­kać. Uwa­żała, że cza­sem los daje nam go­towe roz­wią­za­nia. Ra­do­sława aku­rat nie było, gdyż wy­je­chał na trzy­dniowe warsz­taty me­dy­ta­cyjne (pre­zent od niej na uro­dziny), więc od razu pod­jęła de­cy­zję. Miała pie­nią­dze. Zo­stały po sprze­daży willi ro­dzi­ców. To była taka piękna willa. Mo­gły z sio­strą miesz­kać tam prze­cież obie, ale Ro­za­lia nie chciała się na to zgo­dzić. Bez sen­ty­men­tów za­de­cy­do­wała o sprze­daży willi, od razu gdy obie skoń­czyły osiem­na­ście lat. Je­de­na­ście lat po śmierci ro­dzi­ców. Jej sio­stra ni­gdy nie była sen­ty­men­talna.

Na miej­scu oka­zało się, że de­cy­zję trzeba po­dej­mo­wać szybko. Nie mo­gła skon­tak­to­wać się z Ra­do­sła­wem, gdyż me­dy­to­wał, a wia­domo, me­dy­tu­ją­cym w żad­nym wy­padku nie wolno prze­szka­dzać. Zresztą Ra­do­sław z za­ło­że­nia nie po­sia­dał te­le­fonu ko­mór­ko­wego, bo mó­wił, że go to ogra­ni­cza.

Naj­bar­dziej ogra­ni­czało Mal­winę, bo gdy chciała się skon­tak­to­wać z uko­cha­nym, nie mo­gła. Tak jak wła­śnie tam­tego dnia.

Za­ko­chała się jed­nak w tym miej­scu. Małe mia­steczko, życz­liwi lu­dzie. I ten ad­res. Cza­rowna 23. Na ulicy Cza­row­nej musi się wszystko udać.

- Ku­puję - po­wie­działa star­szemu panu, który opro­wa­dzał ją po lo­kalu.

- Ale jesz­cze pani nie wi­działa piw­nicy - zdzi­wił się.

- Nie­ważne... - Uśmiech­nęła się. Po co ma niby oglą­dać piw­nicę? Ile razy w ciągu roku od­wie­dza się to po­miesz­cze­nie? Kilka, góra kil­ka­na­ście! A oczyma du­szy wi­działa już prze­cież piękne, od­re­mon­to­wane trzy­po­ko­jowe miesz­ka­nie, wiel­kie drew­niane okna, kuch­nię z dość sporą we­randą wy­cho­dzącą na po­dwórko i miej­sce na re­stau­ra­cję. Piękną nie­wielką re­stau­ra­cyjkę z ko­min­kiem i du­żym za­ple­czem ku­chen­nym. Pło­mie­nie we­soło ska­czące w ko­minku, stoły przy­kryte ob­ru­sami w czer­woną kratkę, su­szone zioła i wieńce z czosnku wi­szące na ścia­nach.

- Piw­nica jest naj­waż­niej­sza, je­żeli pani my­śli po­waż­nie o kup­nie tego wszyst­kiego - stwier­dził jed­nak jej roz­mówca. Za­brzmiało to tro­chę za­gad­kowo i Mal­wina po­czuła się za­in­try­go­wana. Poza tym nie chciała zro­bić star­szemu panu przy­kro­ści.

- Pro­szę uwa­żać, schody są kręte. - Sta­ru­szek tro­skli­wie i z przed­wo­jenną gra­cją pod­trzy­mał ją za ło­kieć. - Świa­tło wy­sia­dło, ale na­pra­wię oczy­wi­ście. Je­ste­śmy! O, pro­szę, tu jest piw­niczka z wi­nem. Taki bo­nus ode mnie.

Mal­wina zro­biła wiel­kie oczy. We­szli do po­miesz­cze­nia, gdzie na jed­nej ścia­nie wi­siały półki pełne le­żą­cych za­ku­rzo­nych bu­te­lek wina.

- Da się to pić. Na­prawdę. Nie­które rocz­niki lep­sze, inne gor­sze. Ten na przy­kład ra­dzę so­bie wziąć na ja­kiś ro­man­tyczny wie­czór. - Wy­cią­gnął jedną z bu­te­lek i po­pa­trzył na nią z wy­raźną dumą. - To moje ulu­bione. Tyle że ja już nie mam za bar­dzo z kim pić. A sa­memu ja­koś tak smutno...

- Praw­dziwy skarb! - Mal­wi­nie zro­biło się żal męż­czy­zny. Za­wsze my­ślała, że na sta­rość naj­gor­sza jest nie­do­łęż­ność, ale te­raz przy­szło jej do głowy, że o wiele gor­sza jest sa­mot­ność.

- Miał pan ra­cję. Trzeba było to zo­ba­czyć.

- To nie wszystko. Pro­szę za mną.

W jed­nym po­miesz­cze­niu po­ka­zał jej tylko miej­sce, gdzie prze­cho­wy­wano zwy­kle wa­rzywa, stały tam rów­nież półki na prze­twory. Ko­lejne po­miesz­cze­nie było naj­mniej­sze, zu­peł­nie kwa­dra­towe. Z jed­nej strony dało się za­uwa­żyć wnękę. Męż­czy­zna za­pro­wa­dził Mal­winę bli­żej.

- To przede wszyst­kim mia­łem pani po­ka­zać. Obie­ca­łem matce. Zna­czy obie­ca­łem, że ta ka­pliczka zo­sta­nie. I nie będę jej za­mu­ro­wy­wał ani nic ta­kiego.

- Ro­zu­miem - po­wie­działa Mal­wina, cho­ciaż nic nie ro­zu­miała.

- To naj­waż­niej­sze. Matka by mnie po no­cach stra­szyła. Jak pani tę ka­pliczkę znisz­czy, też pa­nią bę­dzie stra­szyć. - Po­krę­cił głową. - A tego ni­komu nie ży­czę.

Mal­wina w ży­ciu nie chciała być stra­szona przez ni­kogo, a już w zu­peł­no­ści przez matkę tego męż­czy­zny, który spra­wiał wra­że­nie prze­ra­żo­nego na samo wspo­mnie­nie ro­dzi­cielki.

- A kim jest ten ktoś w ka­pliczce? - za­py­tała za­cie­ka­wiona.

- Nie wiem. - Po­krę­cił głową. - Ale matka mó­wiła, że gdyby nie on, toby nie dała rady.

- Z czym?

- Ze wszyst­kim - od­po­wie­dział z peł­nym prze­ko­na­niem. - Je­stem pe­wien, że bar­dziej na nim po­le­gała niż na ojcu. Ale trzeba przy­znać, że gdy żyła, re­stau­ra­cja tęt­niła ży­ciem. Tego i pani ży­czę. A, i jesz­cze jedno.

- Tak? - Dziew­czyna była pewna, że już jej nic nie jest w sta­nie zdzi­wić.

- Tam u góry, nad ka­pliczką, jest pu­ste miej­sce. Matka mó­wiła, że tam nie może być sto­li­ków, bo nikt nie bę­dzie na gło­wie świę­temu sie­dzieć. - Wzru­szył ra­mio­nami. - Naj­czę­ściej było tam pu­sto, ale cza­sem sta­wiała kwiaty. W święta za­wsze była w tym miej­scu wielka cho­inka.

- Ro­zu­miem - po­wie­działa Mal­wina. Ona też nie miała za­miaru sia­dać na gło­wie świę­temu.

Po­szli ka­wa­łek da­lej.

- A tu­taj co? - za­py­tała.

Męż­czy­zna otwo­rzył drzwi.

- Tu­taj zwy­kła gra­ciar­nia. - Uśmiech­nął się. - Gdy by­łem mały, my­śla­łem, że tu jest skarb. Tak mi ktoś po­wie­dział. Ale my­ślę, że pani tu znaj­dzie same skarby. O, pro­szę zo­ba­czyć. - Wska­zał ręką na piękny fo­tel. - Albo to. - Uniósł za­ku­rzoną drew­nianą skrzy­neczkę z otwo­rem jak na li­sty. Było na niej na­pi­sane: "Pu­dełko na skargi i za­ża­le­nia". - Wie pani co? Matka nie miała przez ten czas ani jed­nej skargi i ani jed­nego za­ża­le­nia. Wy­rzu­ci­łem tę skrzy­nię do piw­nicy. Może ją pani wy­ko­rzy­sta na bar­dziej przy­jemne rze­czy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki