I
Pierwszy wynurzył się z psiej budy stary Tupi. Otrząsnął gęste kudły. Oblizał się szerokim ozorem. Kichnął raz, kichnął drugi. Obrócił się w stronę budy i zawołał swoim głębokim basem:
- Wychodzić tam, jeden z drugim, leniuchy!
- Bo co? - pisnął gdzieś z głębi zaspany głos foksa Ciapy.
Tupi, co już czochrał się zawzięcie i przepędzał poranne zgłodniałe pchły, porwał się na równe nogi i warknął z pasją w stronę budy:
- On się pyta! Niby to nic nie wie! Ciapek! Niewinny kanarek!
- No, bo co? - dopytywał się sennie Ciapa pomiędzy jednym ziewnięciem a drugim.
- No, bo w drzwiach od kuchni zgrzytnął już klucz. Rozumiesz, ty leniu? Lada chwila zjawi się Katarzyna! A zresztą! Śpij sobie na oba boki, mój Ciapku! Złotko moje najmilsze - drwił Tupi.
Ale Ciapa nic sobie nie robił z tych pokpiwań. Nie myślał też ruszać się ze słomy. Utonął w niej aż po koniec nosa. Ciepło mu było, miękko i przytulnie.
- Tupi ranny ptaszek! Zawsze mu pilno! Tak dobrze byłoby jeszcze się zdrzemnąć! Choćby chwilę! Choć jedno okamgnienie! - mamrotał Ciapa, wygodniś i śpioch nad śpiochy, a ziewnął przy tym tak smakowicie, że aż Tupiemu na ziewanie się zbierało.
Ale nagle wrzasnął ze złością:
- Nie możesz to uważać? I nie deptać starszych? Ty kociaku!
Z budy wyskoczył w tej chwili na dobry metr w górę mały kotek. Można by o nim powiedzieć, że niegdyś był on niezawodnie biały. Ale to było dawno. Bardzo dawno temu! Zapewne wówczas, kiedy się urodził. I kiedy Imka, jego matka, wylizywała go co dnia do czysta. Od tego czasu minęło już jednak kilka długich tygodni.
Czy przez ten czas kot się mył? Mył tak porządnie, od głowy do ogona, choćby raz jeden? To było bardzo wątpliwe. Raczej można by przypuścić, że od porządnego mycia uciekał on jak od zarazy. Bo futerko miał zmechrane i polepione w strąki. Cały był brudnoszary. A tu i ówdzie przelewały się po nim ciemniejsze zacieki. I wstyd powiedzieć, pstrzyły się na nim plamy. Wyraźnie tłuste plamy.
Flejtuch to był, nie kot, i tyle.
Przesadził Tupiego. Opadł na cztery łapy. Zebrał je razem. Wygiął grzbiet w pałąk. Nastawił ogon do góry. I ziewnął tak, że aż się wstrząsnął cały.
- Ty smarkaczu! - burknął na niego Tupi. - Kiedy ty się nauczysz jakich takich manier w obcowaniu ze starszymi?
- Bo niby co? - spytał dość obojętnie kotek.
- Nie! To się doprawdy świat kończy! - obruszył się Tupi nie na żarty. - Przeskakuje mi przez głowę i jeszcze się pyta!
Kotek spojrzał na rozgniewanego Tupiego, oblizał się i bąknął na odczepne:
- Ach, o to chodzi? Dobrze. Już nigdy nie będę.
- Umyj się, Puch! Niech no matka zobaczy, jak ty wyglądasz, to lanie pewne! - zwrócił mu uwagę udobruchany już Tupi.
Puch spojrzał jeszcze raz wnikliwym zezem na Tupiego. Mruknął do siebie pod nosem:
- Zejdźmy wujowi Tupiemu z oczu! Zawsze jest zły, kiedy wstanie za wcześnie.
I pobiegł pod werandę. Schował się tam w kąt. Wypędzał z siebie resztki snu. Przeciągał się, ziewał. Wyginał raz po raz grzbiet. I o dziwo! Mył się!
Tylko nie myślcie, proszę, że robił to porządnie, tak jak inne koty się myją. Nic podobnego!
Naślinił jedną łapkę. Ostrożnie jak na lekarstwo! Przesunął ją po mordysi tak szybko, że ledwie mignęła w oczach. I już był gotów! Wyszedł spod werandy.
- Umyłeś się? - pyta Tupi.
- O i jak jeszcze! - odpowiada mu Puszek.
Tupi obejrzał go od głowy do ogona.
- Nie bardzo to poznać po tobie - zaśmiał się.
Puch puścił te drwiny mimo uszu. Przysiadł się do Tupiego. Siedzą. Tupi czuje po chwili, że coś go szarpie za kłaczki w ogonie. Ogląda się.
- Coś ty się znów, smarkaczu, uczepił mojego ogona? - warknął na kociaka.
- Wybieram wujowi słomę! - odpowiada na to Puch nie zmieszany.
- A co ci ta słoma w moim ogonie przeszkadza?
- Przeszkadzać to mi nie przeszkadza - mruczy Puszunio - tylko sobie myślę...
- Co sobie myślisz, ty koci łobuzie?
- Myślę sobie, że gdyby się wuj tak umył raz a porządnie, to by z tym było wujowi bardzo do twarzy - pisnął Puch.
I jednym skokiem już był na parkanie.
Tupi aż przysiadł na ogonie z oburzenia.
- Coś ty powiedział do wuja? - warknął. - Czekaj! Dostaniesz ty za swoje. Już ci matka tak da, że popamiętasz!
Ale Puszek nic sobie z tych gróźb nie robił. Chodził po sztachetach tam i z powrotem. I mruczał do siebie:
- Ja jestem kot nad koty! I nikogo się nie boję!
Bo zarozumiałe to było kocisko, jak mało kto.
Nagle zatrzymał się. Wyciągnął szyję i wrzasnął na całe podwórko:
- Baczność! Katarzyna!
Tupi na ten okrzyk zapomniał o gniewie na Puszunia. Wsadził głowę w budę i szczeknął co tchu w płucach:
- Katarzyna! Śpiochy!
Ciapa pierwszy wyprysnął, jakby go sprężyna wyrzuciła. Za nim wysunęła się Imka. Po niej, przeciskając się jedno przez drugie, przewalając się, kotłosząc z piskiem i awanturą, gramolił się psi drobiazg: Laluchna i Pieprzyk.
Ciapa puścił się w przymilnych podrygach ku Katarzynie. Za nim biegł trop w trop Laluś. No i Pieprzyk. Zataczały się na miękkich jeszcze ze snu nóżkach, wpadały na siebie, przewracały się. Aż wreszcie dopadły do Katarzyny. Wspięły się do jej kolan i podrygiwały ku niej tak zabawnie, że Katarzyna spojrzała na nie łaskawie i powiedziała wcale przyjaźnie:
- Tak wam się śpieszy do jadła, co?
Tupiego aż zemdliło na ten widok z obrzydzenia. Obrócił się do podwórza ogonem.
- Ani za grosz nie ma to psiej godności! A wszystkiemu winien ten lizus Ciapa! - warczał pod nosem i krzywił się tak, jakby miał ocet na języku.
A Puszek przeczekał, aż Katarzyna znalazła się w kurniku. Zeskoczył wtedy z parkanu. I chyłkiem, tuż przy samej ścianie, żeby się Katarzynie jak najmniej pokazywać na oczy, sunął ku otwartym drzwiom kuchni.
Zobaczył to Tupi i woła:
- Puch! A ty dokąd? Wróć! Zmalujesz co w kuchni, a na kim się skrupi? Na nas! Wróć, powiadam ci! Puch!
Ale Pusznio nawet się nie obejrzał. Smyrgnął w otwarte drzwi. I tyle go widzieli.