Ptaszek w klatce - Katarzyna Żwirełło

Kup ebooka

44.00 zł
35.84 zł (35,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

"Nie będę się pod­da­wał!"

Pierw­szy raz ude­rzył dru­giego czło­wieka, ma­jąc za­le­d­wie osiem lat. Nie­szczę­śnik był dzie­cia­kiem ze szkoły, który po­wie­dział wtedy o dwa słowa za dużo, za co stra­cił dwa zęby.

Szy­mon nie pa­mię­tał już, o co wtedy po­szło, ale od­kąd się­gał pa­mię­cią, za­wsze miał ta­lent do tra­fia­nia pię­ścią w od­po­wied­nie miej­sce, w nie do końca od­po­wied­nich oko­licz­no­ściach. Do­piero bę­dąc peł­no­let­nim, na­uczył się le­piej kon­tro­lo­wać swoją siłę. Wy­rósł na pew­nego sie­bie czło­wieka, cza­sem... zbyt pew­nego, i zo­stał dzien­ni­ka­rzem.

Wła­śnie to wy­gó­ro­wane prze­ko­na­nie o wła­snych moż­li­wo­ściach, no­szące zna­miona py­chy, spra­wiło, że zna­lazł się w śmier­dzą­cej po­tem szatni, z rę­ka­wi­cami na rę­kach i nie­po­ko­jem o wy­nik zbli­ża­ją­cej się walki. Nie miała to być uliczna bi­ja­tyka ani kie­ro­wana gnie­wem spon­ta­niczna kon­fron­ta­cja, ale pra­wie pro­fe­sjo­nalna walka w stylu mie­sza­nym. Taka pod ha­słem: "wszyst­kie chwyty do­zwo­lone". Znał prze­ciw­nika na tyle do­brze, by wie­dzieć, że ma się czego oba­wiać. Sam był dość szybki, zwinny, miał do­brą tech­nikę i nie­małą parę w mię­śniach, ale mie­rzył nie­wiele po­nad metr sie­dem­dzie­siąt, a jego waga nie prze­kra­czała sie­dem­dzie­się­ciu ki­lo­gramów. I co naj­waż­niej­sze - nie był za­wo­do­wym pię­ścia­rzem. Jak więc się w to wszystko wpa­ko­wał?

Parę mie­sięcy wcze­śniej od­wie­dził go przy­ja­ciel, aspi­rant Ro­bert Ba­czuk, i po­wie­dział, że pro­wa­dzi do­cho­dze­nie w spra­wie za­mor­do­wa­nego pię­ścia­rza. Po­dej­rza­nym był rin­gowy prze­ciw­nik ofiary, Ar­ka­diusz Ha­lecki, a po­li­cjant wpadł na po­mysł, by do jego her­me­tycz­nego śro­do­wi­ska wpro­wa­dzić taj­niaka.

Szy­mon tre­no­wał boks, nie mie­szane sztuki walki, i w do­datku ro­bił to ama­tor­sko. Do­sta­jąc jed­nak od przy­ja­ciela oraz tre­ne­rów pa­kiet po­chwał, po­mimo po­cząt­ko­wej re­zerwy zgo­dził się po­móc. W de­cy­zji po­mo­gło mu rów­nież za­pew­nie­nie, że pod przy­krywką nie bę­dzie mu­siał pra­co­wać sam. Do­łą­czą do niego jego pierwsi tre­ne­rzy i jed­no­cze­śnie byli po­li­cjanci - Berg i Tyszka, któ­rzy już dawno od­sło­nili przed zdol­nym, wy­spor­to­wa­nym dzien­ni­ka­rzem pod­stawy boksu. Kiedy aspi­rant Ba­czuk do­rzu­cił na ko­niec, że z ta­kiej fu­chy może wy­nik­nąć te­mat na całą roz­kła­dówkę w ga­ze­cie, Szy­mon stra­cił wszel­kie opory. Nie przy­pusz­czał na­wet, że nim upły­nie mie­siąc, po­ża­łuje pod­ję­tej de­cy­zji i cała jego pew­ność sie­bie znik­nie w za­ka­mar­kach ob­skur­nej szatni.

Sie­dział na ławce, wpa­tru­jąc się w pod­łogę i kon­cen­tru­jąc my­śli. Kilka mi­nut wcze­śniej tre­ner za­ło­żył mu rę­ka­wice, ser­wu­jąc mo­ty­wu­jącą gadkę, jed­nak Szy­mon po­pro­sił o chwilę sa­mot­no­ści. Może nie­po­trzeb­nie wplą­tał się w to wszystko? Trzeba było żyć wła­snym dzien­ni­kar­skim ży­ciem, pi­sać na oczy­wi­ste te­maty, nie szu­kać zbęd­nych wra­żeń. Było za późno, aby się wy­co­fać. Dał się po­nieść am­bi­cji. Chwy­cił oka­zję, a te­raz bał się, że oka­zja może go prze­ro­snąć.

Na­gle otwo­rzyły się drzwi i do środka wpadł szum wielu gło­sów do­bie­ga­jący z hali. W progu sta­nął były ko­mi­sarz Alan Berg. Jego za­cze­sane do tyłu włosy na skro­niach oprószała si­wi­zna, ale sta­now­czość w ru­chach i spoj­rze­niu wska­zy­wała na mło­dego du­cha.

- Już czas. Go­towy? - za­py­tał.

Ra­fal­ski przy­tak­nął.

Kiedy na sali po­ja­wił się pierw­szy z za­wod­ni­ków, Ar­ka­diusz Ha­lecki, tłum pod­niósł okrzyki pod­eks­cy­to­wa­nia. Przyj­mo­wano jesz­cze ostat­nie za­kłady i wielu ki­bi­ców było prze­ko­na­nych o bli­skiej wy­gra­nej tego wy­so­kiego, na­pa­ko­wa­nego męż­czy­zny w kap­tu­rze. Jego prze­mar­szowi od drzwi do ringu nie to­wa­rzy­szyły wi­ru­jące świa­tła ani ener­ge­ty­zu­jąca mu­zyka. Tylko krzyki i okla­ski. Nie była to ofi­cjalna, trans­mi­to­wana przez me­dia walka, ale pod­ziemny spęd wiel­bi­cieli nie­le­gal­nych bi­ja­tyk.

Przez wrzawę prze­biły się nieco wzmoc­nione ama­tor­skim na­gło­śnie­niem słowa kon­fe­ran­sjera:

- Po­wi­tajmy pierw­szego za­wod­nika! Wie­lo­krot­nego mi­strza, do­tąd nie­po­ko­na­nego króla na­szego ringu, Wiel­kiego Arka Ha­lec­kiego!

Wi­dzo­wie za­wi­wa­to­wali ze zdwo­joną siłą. Z kil­ku­set gar­deł buch­nęły krót­kie, zsyn­chro­ni­zo­wane po­hu­ki­wa­nia, przy­po­mi­na­jące dzi­kie od­głosy wy­do­by­wane przez go­ryle pod­czas bo­jo­wego pod­nie­ce­nia.

Za­wod­nik wy­szcze­rzył zęby osło­nięte ochra­nia­czem, a po­tem za­war­czał, ude­rza­jąc się w pierś. Był go­towy do walki. Nie­cier­pli­wie cze­kał na swo­jego prze­ciw­nika, krą­żąc po ringu i pod­ska­ku­jąc co ja­kiś czas.

Szy­mon Ra­fal­ski ob­ser­wo­wał go przez chwilę z progu sali, próbu­jąc za­stą­pić zwąt­pie­nie kon­cen­tra­cją. Po­ru­szał się nie­spo­koj­nie, prze­ska­ku­jąc z nogi na nogę, by dać uj­ście ro­sną­cym ner­wom.

Jego obec­ność w tym dziw­nym, nie­pa­su­ją­cym do niego miej­scu była efek­tem kil­ku­ty­go­dnio­wej, skru­pu­lat­nie za­pla­no­wa­nej po­li­cyj­nej ope­ra­cji. Od mo­mentu ujaw­nie­nia zwłok droga po­pro­wa­dziła funk­cjo­na­riu­szy do nie­le­gal­nych walk or­ga­ni­zo­wa­nych w pod­war­szaw­skiej miej­sco­wo­ści, a w szcze­gól­no­ści do sto­ją­cego na­prze­ciw Szy­mona Wiel­kiego Arka. Po­trze­bo­wali jesz­cze jed­nego, nie­wiel­kiego, za to waż­nego ele­mentu - na­rzę­dzia zbrodni w po­staci noża.

Ra­fal­ski wszedł w to szem­rane to­wa­rzy­stwo po to, by ob­ser­wo­wać człon­ków klubu i po­móc w zdo­by­ciu ma­te­ria­łów DNA, które po­li­cja mo­głaby po­rów­nać z tymi zna­le­zio­nymi na miej­scu zbrodni. Za­da­nie nie za­kła­dało ko­niecz­no­ści wcho­dze­nia na ring pod­czas nie­le­gal­nych walk. Wo­jow­ni­czy cha­rak­ter Szy­mona nie po­zwo­lił mu jed­nak od­mó­wić, kiedy po­ja­wiła się moż­li­wość fi­zycz­nej kon­fron­ta­cji z po­dej­rza­nym.

Wy­nie­siona przez niego z szatni kilka dni temu bu­telka wody tra­fiła do la­bo­ra­to­rium, a po­brany z niej ma­te­riał DNA zga­dzał się z tym zna­le­zio­nym przy zwło­kach i wska­zał, że Ar­ka­diusz Ha­lecki, naj­bar­dziej do­cho­dowy pię­ściarz tego in­te­resu, był na miej­scu zbrodni.

Pod pre­tek­stem li­kwi­da­cji nie­le­gal­nych za­wo­dów i za­kła­dów po­li­cja miała roz­go­nić to zgro­ma­dze­nie, do­ko­nać aresz­to­wań, a przede wszyst­kim prze­szu­kać szafki w szatni. Ra­fal­ski wie­dział, że w jed­nej z nich, tej na­le­żą­cej do Ha­lec­kiego, znajdą nóż. Mu­sieli je­dy­nie na­brać pew­no­ści, że wejdą w po­sia­da­nie do­wodu drogą le­gal­nego prze­szu­ka­nia. Wszystko mu­siało za­grać jak w szwaj­car­skim ze­garku, je­żeli chcieli, by mor­derca od­po­wie­dział za swój czyn.

Sto­jący obok niego Fi­lip Tyszka był wy­soki, nieco wy­chu­dzony i miał już sporo lat na karku. Jego po­ważną, nieco za­tro­skaną twarz zdo­biły liczne zmarszczki, a włosy osią­gnęły już naj­ja­śniej­szy z moż­li­wych od­cieni si­wi­zny. Nie zdra­dzał emo­cji. Z ko­lei to­wa­rzy­szący im Alan Berg ode­tchnął ner­wowo, po czym na­chy­lił się do ucha za­wod­nika, by dać mu ostat­nie wska­zówki przed walką.

- Skon­cen­truj się tylko na Ha­lec­kim. Tylko on ma cię te­raz in­te­re­so­wać.

Szy­mon ob­ró­cił się lekko ku Ber­gowi.

- Ja­sne, Proca! To pew­nie nie zaj­mie długo, Rob­son i chło­paki za­raz przy­jadą! - od­parł z na­dzieją w gło­sie.

- Nie myśl o tym! - wy­pa­lił sta­now­czo były ko­mi­sarz.

Do­piero te­raz Szy­mon spoj­rzał na niego, czu­jąc, że ten ma mu do po­wie­dze­nia coś waż­nego.

- Chcia­łeś iść na ring z wiel­ko­lu­dem - kon­ty­nu­ował Berg - to masz oka­zję! Skon­cen­truj się na walce i wal tak, jakby po­li­cja w ogóle miała tu nie do­trzeć!

Szy­mon Ra­fal­ski przy­tak­nął.

Kon­fe­ran­sjer od­cze­kał chwilę, aż nieco uci­chły okla­ski, i pod­jął na nowo:

- Prze­ciw­ni­kiem na­szego mi­strza bę­dzie, nie ma co ukry­wać, od­ważny i szybki za­wod­nik! De­biu­tant na na­szych de­skach! Szy­mon Ra­fal­ski "Ko­bra"!

- Chyba żar­tu­jesz, Proca?! - szep­nął z na­ci­skiem Szy­mon, zwra­ca­jąc się do Berga. - Na se­rio? Ko­bra?!

Berg wy­mie­nił po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie ze sto­ją­cym obok Tyszką i od­po­wie­dział:

- To ty chcia­łeś wy­stą­pić z otwartą przy­łbicą pod wła­snym na­zwi­skiem. To­wa­rzy­stwo po­łą­czyło kro­peczki, wią­żąc cię z twoim oj­cem. Wi­docz­nie odzie­dzi­czy­łeś po nim ksywę.

Szy­mon ode­tchnął ner­wowo. Nie chciał nie­po­trzeb­nie roz­pra­szać uwagi. Pod­sko­czył kilka razy w miej­scu i prze­kro­czył próg.

Jego oj­ciec mógł im­po­no­wać nie­jed­nemu ze­bra­nemu tego dnia pod da­chem sali bok­ser­skiej. Ta­de­usz Ra­fal­ski "Ko­bra" był prze­stępcą - han­dla­rzem nar­ko­ty­ków, mor­dercą, zło­dzie­jem - i wszyst­kim, co naj­gor­sze w ży­ciu swo­jego syna.

Przez lata Szy­mon są­dził, że oj­ciec był zwy­czaj­nym war­szaw­skim przed­się­biorcą, jed­nak z cza­sem za­czął za­da­wać so­bie py­ta­nie, dla­czego w oto­cze­niu przed­się­biorcy za­wsze kręcą się po­dej­rzane typy, a te­mat "wpier­da­la­ją­cej się we wszystko po­li­cji" wy­da­wał się czę­stym, zbyt czę­stym te­ma­tem w ich domu. Do­cie­kli­wość do­pro­wa­dziła go do prawdy, z którą zma­gał się przez więk­szość swo­jego ży­cia. Zro­zu­miał jed­nak, jak wiel­kie jest jej zna­cze­nie i wpływ na to, kim się sta­jemy. Gdy w końcu na­uczył się wy­ko­rzy­sty­wać ro­dzinną prze­szłość, za­da­wa­nie py­tań i szu­ka­nie od­po­wie­dzi stały się nie tylko jego na­tu­ralną po­trzebą, ale rów­nież za­wo­dem. Mimo wszystko był dumny ze swo­jego do­świad­cze­nia i ze ścieżki, jaką ob­rał. Nie miał tylko pew­no­ści co do celu swo­jej wę­drówki, bo choć był Ra­fal­skim, nie za­mie­rzał iść śla­dami ojca.

Może rze­czy­wi­ście po­wi­nien był po­słu­chać przy­ja­ciół, do­ra­dza­ją­cych mu wstą­pie­nie w to śro­do­wi­sko pod fał­szy­wym na­zwi­skiem. Ale Szy­mon za­wsze był pewny sie­bie, od­ważny i za­wzięty. Te­raz za­czął się za­sta­na­wiać, czy te jego ce­chy, które do­tąd uwa­żał za za­lety, nie są wprost pro­por­cjo­nalne do po­ziomu głu­poty, jaki pre­zen­to­wał.

Zde­rzył ze sobą obie rę­ka­wice, a tre­ner spraw­dził, czy do­brze się trzy­mają.

- Zo­ba­czysz, Proca, uśpię wiel­ko­luda w kilka se­kund - za­pew­nił.

- Nie po­zwól, żeby spro­wa­dził cię do par­teru - wtrą­cił spo­koj­nie Tyszka, kła­dąc po­marsz­czoną dłoń na ra­mie­niu chło­paka. - Je­steś do­brym bok­se­rem, ale tu­taj nie ma bok­ser­skich za­sad. Jak przy­ci­śnie cię do de­sek tym ciel­skiem, to bę­dziesz miał pro­blemy.

- Nie zej­dziemy do par­teru! - od­parł Szy­mon z pew­no­ścią, po czym wszedł na ring. Wy­mie­nił spoj­rze­nia z prze­ciw­ni­kiem.

Ten na­prawdę był Ar­kiem "Wiel­kim".

Młody dzien­ni­karz prze­łknął ślinę i pod­szedł jesz­cze do na­roż­nika.

- Ale mia­łeś ja­kieś info, że chło­paki już jadą?

Proca spoj­rzał na niego wy­mow­nie. Wy­raź­nie iry­to­wała go lek­ko­myśl­ność, która naj­pierw do­pro­wa­dziła Szy­mona na ring ze znacz­nie więk­szym od niego prze­ciw­ni­kiem, a te­raz pod­po­wia­dała mu, że może li­czyć na in­ter­wen­cję z ze­wnątrz. Klep­nął Ra­fal­skiego w po­li­czek i po­gro­ził mu pal­cem.

- Chło­paki ro­bią swoje i ty rób, co do cie­bie na­leży. Po­wal dra­nia! Je­steś szyb­szy od niego!

Dzien­ni­karz po­trzą­snął głową, po czym kil­koma sko­kami wkro­czył na śro­dek ringu. Na­gły brzęk dzwonka wpro­wa­dził Szy­mona w cał­kiem inną rze­czy­wi­stość. W świat za­my­ka­jący się w czte­rech bo­kach ringu, ogra­ni­czony do uni­ka­nia cio­sów oraz ich za­da­wa­nia. Je­dy­nym jego zmar­twie­niem miał być te­raz prze­ciw­nik, który nie był ani Ar­kiem Ha­lec­kim, ani mor­dercą. Prze­ciw­nik był ma­szyną za­da­jącą ciosy. Wielką, nieco przy­ciężką ma­szyną.

Szy­mon tań­czył na swo­ich szyb­kich no­gach. Pręd­kość była jego mocną stroną. Po­dob­nie gięt­kość. Bu­jał się sprę­ży­ście, dy­na­micz­nie zwięk­sza­jąc i zmniej­sza­jąc od­le­głość dzie­lącą go od prze­ciw­nika. Każdy mię­sień jego ciała był te­raz na­pięty, ale temu na­pię­ciu to­wa­rzy­szyła wy­ćwi­czona swo­boda. Łok­cie bli­sko ciała, garda wy­soko. Lewa ręka unie­siona do le­wej skroni, prawa, go­towa do ciosu, cze­kała na wła­ściwy mo­ment.

Ze­brana wo­kół pu­blicz­ność skan­do­wała: "Wielki, Wielki". Pa­dały też zda­nia: "Zgnieć ro­baka" i "Za­bij szczyla". Szy­mon nie sły­szał ich krzy­ków. Ciało kon­cen­tro­wało się na walce, a umysł, nie­po­trzeb­nie, na spóź­nia­ją­cej się od­sie­czy. Przed oczami wi­dział je­dy­nie roz­bu­jane przed sobą dwie gra­na­towe rę­ka­wice.

Nie za­mie­rzał za­dać pierw­szego ciosu. Grał na czas. Po­now­nie po­my­ślał, że po­wi­nien po­słu­chać rady tre­nera i od­dać star­cie wal­ko­we­rem. Wła­śnie wtedy, kiedy zwąt­pił, otrzy­mał pierw­szy cios, który po­ło­żył go na de­ski. W uszach za­pisz­czał mu prze­cią­gły dźwięk, a ob­raz przed oczami za­mru­gał set­kami gwiazd. Po chwili usły­szał szum wi­wa­tów, po­tem dud­nie­nie mę­skich gar­deł. Na­stęp­nie po­ja­wiło się od­li­cza­nie.

Spoj­rzał w na­roż­nik, przy któ­rym stał Berg. Ko­mi­sarz wo­łał do niego, ale jego głos to­nął w ha­ła­sie. Z ru­chu warg Szy­mon zro­zu­miał tylko jedno słowo: "Leż".

"Leż" zna­czyło tyle, co "pod­daj się". A ka­zać Szy­mo­nowi Ra­fal­skiemu opu­ścić gardę, było gło­sem wo­ła­ją­cego na pusz­czy.

Po­trze­bo­wał paru se­kund, by oprzy­tom­nieć. Sę­dzia do­li­czył do ośmiu, a za­wod­nik pod­niósł się z de­sek. Po­trzą­snął głową, pod­sko­czył ener­gicz­nie i spoj­rzał sę­dziemu w oczy z pełną świa­do­mo­ścią. Ten wy­ra­ził zgodę na dal­szą walkę. "Wal tak, jakby po­li­cja miała w ogóle nie do­trzeć" - po­wtó­rzył so­bie w gło­wie i po­now­nie zbli­żył się do prze­ciw­nika ta­necz­nym kro­kiem.

Wielki Arek dość szybko zde­cy­do­wał się na ko­lejny cios. Szy­mon uchy­lił się, uni­ka­jąc star­cia z gra­na­tową rę­ka­wicą. Prze­ciw­nik za­chwiał się, za­pewne li­cząc, że ude­rze­nie wy­lą­duje na twa­rzy tań­czą­cego bok­sera. Chy­bie­nie roz­zło­ściło go i spro­wo­ko­wało nową se­rię ude­rzeń, z któ­rych wszyst­kie oka­zy­wały się nie­celne. Ha­lecki tra­fiał w po­wie­trze, a jego iry­ta­cja ro­sła z każdą ko­lejną se­kundą.

Dzwo­nek za­koń­czył pierw­szą rundę.

- Do­brze ci idzie! - po­chwa­lił Szy­mona Berg, kiedy ten do­szedł do na­roż­nika.

Ra­fal­ski nie usiadł ani na chwilę. Jesz­cze nie od­czu­wał zmę­cze­nia. Prze­ciw­nie, ki­piała w nim ener­gia, więc pręż­nie prze­rzu­cał cię­żar ciała z nogi na nogę. Prze­płu­kał usta wodą i po­zwo­lił ro­ze­trzeć so­bie na­puch­niętą od ciosu skroń.

- Do­brze wi­dzisz na lewe oko?

- Tak.

- To uwa­żaj na jego prawą nogę. Już parę razy przy­mie­rzał się do kop­nię­cia. Je­steś dla niego za szybki, bę­dzie pró­bo­wał spro­wa­dzić cię na par­ter.

Po­nowny dzwo­nek za­wo­łał za­wod­ni­ków z po­wro­tem na śro­dek ringu. Tym ra­zem nie było cze­ka­nia, krą­że­nia wo­kół sie­bie, pro­wo­ko­wa­nia prze­ciw­nika do za­da­nia ciosu. Wielki Arek za­mach­nął się mo­men­tal­nie, ale znowu jego pięść mi­nęła głowę Szy­mona. Ra­fal­ski ob­ró­cił się wo­kół wła­snej osi i ude­rzył prze­ciw­nika po raz pierw­szy. Ten za­ska­ku­jący spin­ning back­fist wy­rwał z gar­deł ki­bi­ców okrzyk za­chwytu.

Ha­lecki za­chwiał się i za­to­czył do tyłu, na liny. Cios za­mro­czył go na chwilę, jed­nak nie wy­star­czył, żeby za­koń­czyć sprawę. Otrzą­snął się i ko­ły­sząc cia­łem, pod­szedł do prze­ciw­nika. Ude­rzył lewą pię­ścią, a gdy Szy­mon wy­ko­nał spo­dzie­wany unik, kop­nął go prawą nogą z taką siłą, że Ra­fal­skiego po­wa­liło na de­ski. Za­raz po­tem wiel­kie ciel­sko ru­nęło na drob­niej­szego za­wod­nika i przy­gnio­tło go.

Ude­rza­jąc twa­rzą o matę, Szy­mon prze­wi­dział ko­lejny krok wiel­ko­luda. Ha­lecki za­ło­żył hak na jego szyi, nim le­żący zdo­łał wy­ko­nać ja­ki­kol­wiek ruch. Szy­mon mógł szu­kać wyj­ścia z tej sy­tu­acji. Mógł spró­bo­wać się ob­ró­cić, wy­śli­zgnąć, ale wo­lał od­py­chać prze­ciw­nika, wal­czyć siłą prze­ciw sile. Pró­bo­wał wci­snąć dłoń mię­dzy zgnia­taną szyję a mię­si­stą rękę prze­ciw­nika. Pró­bo­wał go od sie­bie ode­pchnąć. Bez­sku­tecz­nie. Opusz­czały go siły. Bra­ko­wało mu tlenu.

- Od­klep! - wrza­snął Berg, gdy czer­wona twarz Szy­mona stała się pur­pu­rowa.

- Od­klep! - wtó­ro­wał Tyszka, ale Szy­mon na­dal upar­cie wal­czył w spo­sób, który nie przy­no­sił efek­tów.

Nie od­kle­py­wał. Nie pod­da­wał się.

Berg nie cze­kał, aż Szy­mon straci przy­tom­ność. Mach­nął w po­wie­trzu rę­kami, po czym wpa­ro­wał na ring, prze­ry­wa­jąc walkę.

Ha­lecki od­rzu­cił od sie­bie prze­ciw­nika i ze­rwał się na nogi, trium­fal­nie wzno­sząc ręce. Wy­dał z sie­bie dziki okrzyk ra­do­ści, a tłum gło­śno mu za­wtó­ro­wał.

Szy­mon z tru­dem za­czerp­nął po­wie­trza i wście­kły ude­rzył w matę. Pró­bo­wał krzy­czeć, ale ści­skane przez kilka se­kund gar­dło po­zwo­liło mu je­dy­nie na głę­bo­kie chark­nię­cie ma­jące wy­ra­zić pro­test.

- Udu­siłby cię! - rzu­cił Berg.

Po­nowne ude­rze­nie w de­ski spra­wiło, że tre­ner za­nie­chał dal­szego tłu­ma­cze­nia.

Szy­mon był wście­kły. Wście­kły na Ha­lec­kiego, że go po­ko­nał, na Tyszkę, że nie po­wstrzy­mał Berga, aż w końcu na sa­mego Berga, że ośmie­lił się prze­rwać walkę i ode­brać mu szansę na wy­graną. Ale naj­bar­dziej ze wszyst­kiego był wście­kły na sie­bie sa­mego i swoje sła­bo­ści. Nie miał jed­nak za­miaru przy­zna­wać się do tego.

Fru­stra­cja spi­na­jąca mu mię­śnie była praw­dziwa, choć te­atr, w któ­rym brał udział, do­biegł końca, gdy na salę wkro­czył od­dział po­li­cji. Szybko prze­gru­po­wano całe to­wa­rzy­stwo, spi­sano uczest­ni­ków tego nie­le­gal­nego spędu, za­trzy­mano kilka osób i roz­po­częto prze­szu­ka­nie bu­dynku. W szafce Ha­lec­kiego zna­le­ziono nóż, który za­bez­pie­czono i opa­trzono nu­me­rem do­wo­do­wym, a sa­mego pię­ścia­rza za­kuto w kaj­danki.

Szy­mon cho­dził ner­wowo po opu­sto­sza­łej szatni. Wy­jął z szafki ko­szulkę i huk­nął me­ta­lo­wymi drzwicz­kami. Na ten wła­śnie mo­ment wy­ła­do­wy­wa­nia zło­ści na­szedł aspi­rant Ro­bert Ba­czuk.

- Coś nie tak, Szy­mon?

Dzien­ni­karz po­słał mu agre­sywne spoj­rze­nie.

Byli przy­ja­ciółmi od wielu lat. Zda­rzało się, że czer­pali z tej re­la­cji wza­jemne ko­rzy­ści. Ro­bert ła­pał prze­stęp­ców, a Szy­mon o tym pi­sał. Szy­mon od­ku­rzał dawne kon­takty z pół­światka prze­stęp­czego, które odzie­dzi­czył po ojcu, a Ro­bert wy­ko­rzy­sty­wał zdo­byte in­for­ma­cje w do­cho­dze­niach. By­wało, że w tym z po­zoru ide­al­nym ukła­dzie do­cho­dziło do spięć, jed­nak dzien­ni­karz i aspi­rant za­wsze wra­cali na wspólną drogę. Ko­niec koń­ców byli przy­ja­ciółmi.

- Jak­byś przy­je­chał o cza­sie, w ogóle nie do­szłoby do tej walki! - po­wie­dział w końcu Ra­fal­ski.

Ro­bert utkwił spoj­rze­nie w su­fi­cie.

- Już jest po wszyst­kim, stary...

- Nie uspo­ka­jaj mnie, Rob­son! - syk­nął dzien­ni­karz, cho­dząc ner­wowo po szatni.

- O co tak się wście­kasz? Już jest po wszyst­kim. To­wa­rzy­stwo roz­go­nione. Ha­lecki jest w dro­dze do aresztu. W jego szafce zna­leź­li­śmy nóż. Wszystko po­szło tak, jak pla­no­wa­li­śmy.

- Z wy­jąt­kiem tego, że o mało mnie nie udu­sił, bo przy­je­cha­li­ście kil­ka­na­ście mi­nut spóź­nieni!

- Z tego, co mó­wił mi Proca, wy­star­czyło, że­byś od­kle­pał. Dla­czego tego nie zro­bi­łeś?!

- Nie będę kle­pał, stary! Nie będę się pod­da­wał!

Ro­bert uniósł ręce w ge­ście ka­pi­tu­la­cji i bez­sil­nie je opu­ścił. Przez chwilę w mil­cze­niu ob­ser­wo­wał jego po­czy­na­nia, ale w końcu za­py­tał:

- Od­wieźć cię do domu?

- Sam so­bie po­ra­dzę! - oznaj­mił i za­mó­wił so­bie tak­sówkę.

Ta od­wio­zła go do ho­telu, gdzie spę­dził kilka ostat­nich nocy. Uznał, że uchroni go to przed zbyt wie­loma py­ta­niami za­da­wa­nymi przez jego dziew­czynę, Mał­go­rzatę, z którą miesz­kał od pół roku. Nie chciał mę­czyć się wy­my­śla­niem kłamstw na te­mat tego, gdzie wie­czo­rem wy­cho­dzi, czemu wraca po­bity, zmę­czony i tym po­dobne. Po­sta­no­wił wy­my­ślić tylko jedno kłam­stwo - że wy­biera się na wy­jazd in­te­gra­cyjny z ko­le­gami z re­dak­cji. Z po­czątku pla­no­wał zo­stać w ho­telu jesz­cze pięć dni po walce, ode­tchnąć, dojść do sie­bie, po­zwo­lić, by si­niaki wy­bla­kły. Był jed­nak tak zły, że nie za­mie­rzał spę­dzić w ho­te­lo­wym po­koju ani jed­nego dnia dłu­żej. Chciał wró­cić do Gośki. Trudno! Naj­wy­żej okła­mie ją ko­lejny raz. Po­wie, że go na­pa­dli, po­bili i że po­sta­no­wił przy­je­chać wcze­śniej, bo za nią tę­sk­nił. Była to po czę­ści prawda.

Spa­ko­wał swoje rze­czy do ple­caka i wy­mel­do­wał się z ho­telu, zry­wa­jąc tym sa­mym z rolą po­li­cyj­nej wtyki. Gdy do­tarł do miesz­ka­nia, oka­zało się, że Gośki jesz­cze nie było. Ze­gar wi­szący na ścia­nie w kuchni in­for­mo­wał, że do­cho­dziła dwu­dzie­sta pierw­sza. Szy­mon po­my­ślał, że dziew­czyna wy­szła po pracy z ko­le­żan­kami na piwo albo po­je­chała na wie­czorne za­kupy, co zda­rzało jej się od czasu do czasu. Za­dzwo­nił do niej, ale nie od­bie­rała. Ro­ze­brał się, czu­jąc, że star­cie z Ha­lec­kim nad­wy­rę­żyło mu staw bar­kowy. Wziął go­rący prysz­nic, a póź­niej padł na łóżko i mo­men­tal­nie za­snął.

Wy­bu­dziły go ja­kieś szmery. Zgrzyt klu­cza otwie­ra­ją­cego za­mek przy drzwiach. Szy­mon, sko­ło­wany i pół­przy­tomny, zer­k­nął w ciem­ność za oknem. Prze­wró­cił się na drugi bok i po­czuł lek­kie pod­nie­ce­nie. Może jed­nak znaj­dzie siły na oka­za­nie jej tro­chę czu­ło­ści. Prze­cią­gnął się, cze­ka­jąc na wej­ście Gośki. Już miał ją za­wo­łać, żeby nie prze­stra­szył jej nie­spo­dzie­wany wi­dok fa­ceta w łóżku, ale nim wy­do­był z sie­bie dźwięk, do jego uszu do­tarł cza­ru­jący chi­chot. Gośka śmiała się tak cza­sami, kiedy ca­ło­wał ją w szyję. Po­tem roz­le­gło się po­mla­ski­wa­nie i po­ję­ki­wa­nie. Po­my­ślał, że albo zwa­rio­wał, albo śni. Usiadł na łóżku, wy­tę­ża­jąc słuch.

Świa­do­mość, że to, co sły­szy, jest tak re­alne jak fakt, że czuje i od­dy­cha, ze­rwała go z łóżka. Na­głym szarp­nię­ciem otwo­rzył drzwi sy­pialni, prze­ry­wa­jąc chwilę roz­ko­szy, któ­rej od­da­wała się jego dziew­czyna. Wi­dząc, jak wy­pina po­śladki ku ja­kie­muś ob­cemu fa­ce­towi, po­ża­ło­wał, że nie zo­stał tej nocy w ho­telu.

Nim zdą­żyła się wy­pro­sto­wać, a męż­czy­zna pod­cią­gnąć spodnie, Szy­mon za­mach­nął się i jed­nym cio­sem zno­kau­to­wał in­truza. O dziwo sam w tym mo­men­cie po­czuł się jak in­truz. Mimo to zła­pał fa­ceta za ra­mię i wy­tasz­czył go za drzwi. Wy­ko­pał z miesz­ka­nia jego ubra­nia, a gdy za­mknął za nim, bu­zu­jąc z wście­kło­ści, wró­cił do sa­lonu, gdzie cze­kała spa­ra­li­żo­wana Gośka. Jej twarz była już mo­kra od łez, które nie wzbu­dzały w nim ani krzty współ­czu­cia.

- Prze­pra­szam! Prze­pra­szam, Szy­mek!

- Jak mo­głaś to zro­bić?! Nie było mnie rap­tem kilka dni!

- Mia­łeś wróć do­piero w nie­dzielę...

- I to cię tłu­ma­czy?!

- Nie, nie, Szy­muś, ko­chany... - łkała, pró­bu­jąc go ob­jąć.

Ode­pchnął ją, ale ona nie da­wała za wy­graną. Za­częła gła­skać go po po­liczku, lecz zła­pał jej nad­gar­stek, pa­trząc na nią z obrzy­dze­niem.

- Co ci się stało? - za­py­tała czule.

- Nie zmie­niaj te­matu! Co to za ko­leś?! Nie! W ogóle mam to gdzieś! - krzyk­nął, po czym ru­szył do sy­pialni. Za­ło­żył ko­szulkę oraz spodnie. Wy­cią­gnął z szafy dużą wa­lizkę i nie­dbale wy­peł­nił ją swo­imi rze­czami. Gośka pod­bie­gła i przy­warła do niego ca­łym cia­łem.

- Nie od­chodź, bła­gam cię! To był błąd, głup­stwo! Ja go na­wet do­brze nie znam! Mię­dzy nami nic nie ma!

Szy­mon spoj­rzał na nią gniew­nie, zła­pał mocno za jej szczu­płe ra­miona i zde­cy­do­wa­nym ru­chem od­su­nął ją od sie­bie.

- Tym go­rzej - od­parł za­dzi­wia­jąco spo­koj­nie. - Skoro zro­bi­łaś to z ob­cym fa­ce­tem, do­my­ślam się, że nie był to pierw­szy raz.

Pa­trzyła na niego sar­nimi oczami. Nie od­po­wia­dała.

- No wła­śnie... - skwi­to­wał, po czym za­mknął wa­lizkę. Pod­niósł z pod­łogi ple­cak, któ­rego nie zdą­żył roz­pa­ko­wać po po­wro­cie. - Jak znaj­dziesz jesz­cze ja­kieś moje rze­czy, mo­żesz je wy­wa­lić. Nie dzwoń.

Nie spoj­rzał na nią wię­cej. Za sobą sły­szał je­dy­nie łka­nie i po­wta­rzane jak man­trę, bez­war­to­ściowe w jej ustach słowa: "Ko­cham cię".

10

"Nie za­da­waj za dużo py­tań"

Tuż przy drzwiach wska­za­nej przez Ce­głę ka­mie­nicy w cen­trum War­szawy sie­dział po­tężny męż­czy­zna w czar­nych spodniach i czar­nym pod­ko­szulku. Miał także czarne włosy i ciemną kar­na­cję. Dzien­ni­karz nie miał ochoty wni­kać, czy jego wnę­trze jest równie mroczne, jak po­wierz­chow­ność. Mi­nął męż­czy­znę, uśmie­cha­jąc się nie­znacz­nie, i pod­szedł do usy­tu­owa­nego nieco da­lej kon­tu­aru, bę­dą­cego bez wąt­pie­nia czymś na kształt re­cep­cji... lub wrót pie­kła. Albo nieba.

Na ścia­nach ko­ry­ta­rza wi­siały liczne fo­to­gra­fie roz­ne­gli­żo­wa­nych dziew­czyn. Mo­delki miały skąpe majtki, piersi za­kry­wały dłońmi, a twa­rze od­wra­cały od obiek­tywu. Ich wy­prę­żone ciała za­pra­szały chęt­nych klientów. Onie­śmie­lały, a za­ra­zem za­chę­cały do dzia­ła­nia.

- Dzień do­bry! - przy­wi­tała Szy­mona ko­bieta w re­cep­cji. Była przed czter­dziestką, ubrana w ele­gancki pół­golf. - W czym mogę pomóc? Pan chyba u nas po raz pierw­szy.

Nie wie­dział, czy wy­wnio­sko­wała to z jego za­cho­wa­nia, czy miała tak nie­by­wałą pa­mięć do prze­wi­ja­ją­cych się przez lo­kal klientów.

- Je­stem umówiony z Tom­kiem Misz­ta­lem - oznaj­mił Szy­mon, opie­ra­jąc ręce o wy­soki blat.

- Pro­szę przejść do baru. Dam mu znać, że pan przy­szedł. - Ręką wska­zała mu drogę.

W lo­kalu nie było na­tu­ral­nego świa­tła. Był śro­dek dnia, a tu­taj pa­no­wał mrok. Po­miesz­cze­nie oświe­tlały czer­wone ża­rówki, a gdzie­nie­gdzie umiesz­czono ozdobne, nie­bie­skie neony. Bar nie był duży, ale spo­koj­nie mie­ścił kilku go­ści i kilka dziew­czyn, po­zo­sta­wia­jąc każ­demu swo­bodę i w miarę pry­watną prze­strzeń. Nie­które ko­biety sie­działy przy ba­rze, inne przy sto­li­kach. Trzy umi­lały już klien­tom czas swoim to­wa­rzy­stwem. Reszta są­czyła drinki. Nie roz­ma­wiały mię­dzy sobą. Każda sie­działa sa­mot­nie.

Dzien­ni­karz omiótł wzro­kiem ich twa­rze o smut­nych oczach, ale ni­g­dzie nie do­strzegł Wik­to­rii.

Usiadł przy jed­nym ze sto­li­ków i cze­kał. Po dwóch mi­nu­tach po­de­szła do niego jedna z ko­biet, która przy­glą­dała mu się, od kiedy prze­kro­czył próg po­miesz­cze­nia.

- Cześć! - za­ga­dała. - Mogę się do­siąść?

- Nie - od­parł Szy­mon prze­cią­gle i dał dziew­czy­nie znak ręką, żeby ode­szła. Spu­ścił wzrok i opadł na blat sto­lika, pró­bu­jąc ukryć swoją obec­ność.

Po­my­ślał, że nie na­daje się do tego. Nie po­wi­nien w ogóle się za to brać! Co on so­bie my­ślał?! Był tu sam, bez wspar­cia, ka­mery i pod­słu­chu. Mo­gli z nim zro­bić, co tylko chcieli.

Ce­gła wy­rósł nad nim nie­spo­dzie­wa­nie.

- Jak tam, pa­nie re­dak­to­rze? Go­towy, by wejść do in­te­resu?

- Czego chcesz? - za­py­tał Szy­mon zre­zy­gno­wany. Nie wi­dział sensu swo­jej obec­no­ści w ta­kim miej­scu po tym, co stało się w ho­telu.

Ce­gła przy­kuc­nął obok niego, uśmiech­nął się przy­jaź­nie, jakby mieli mię­dzy sobą na­prawdę do­brą re­la­cję.

- Zmień ton, Szy­mek. Wiem, że nie przy­wy­kłeś do wy­ko­ny­wa­nia po­le­ceń. Je­steś bar­dziej po­dobny do sta­rego, niż my­śla­łem. Ale na ra­zie trzy­maj głowę ni­sko. Nie masz za bar­dzo wy­boru. Zrób wszystko, o co cię po­prosi, a skoń­czymy współ­pracę nie­ba­wem, je­śli bę­dziesz miał ochotę.

- Kto po­prosi mnie o co?

- Zo­ba­czysz. Chodź ze mną - rzu­cił Ce­gła. Wy­pro­sto­wał się i kła­dąc rękę na bar­kach dzien­ni­ka­rza, prze­pro­wa­dził go przez lo­kal. - Nie masz ja­kie­goś pod­słu­chu, co? Mogę za­ufać, że je­steś mą­drym czło­wie­kiem?

- Ja­sne - od­po­wie­dział Szy­mon. - Je­żeli coś od­walę, zro­bisz ze mnie gwał­ci­ciela, tak?

- Nie żeby spra­wiało mi to przy­jem­ność... - za­pew­nił Ce­gła, za­do­wo­lony, że Szy­mon do­brze ro­zu­miał swoją sy­tu­ację.

Wy­szli z po­miesz­cze­nia na ko­ry­tarz. Prze­szli na pierw­sze pię­tro ka­mie­nicy. Ce­gła za­pu­kał kilka razy do jed­nych z drzwi i otwo­rzył je po chwili, nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie.

W środku sie­działo trzech męż­czyzn. Je­den z nich, któ­rego spoj­rze­nie spio­ru­no­wało Szy­mona za­raz na wej­ściu, zde­cy­do­wa­nie krę­cił tym in­te­re­sem. Za­rzą­dzał zza ma­syw­nego biurka i choć miał na so­bie wy­pra­so­waną do per­fek­cji białą ko­szulę, no­sił ją swo­bod­nie, z pod­wi­nię­tymi rę­ka­wami i od­pię­tymi gór­nymi gu­zi­kami, pre­zen­tu­jąc włosy po­ra­sta­jące klatkę pier­siową. Dwóch jego roz­mów­ców sie­działo ty­łem do drzwi.

Ich roz­mowa na­gle uci­chła. Dwóch obej­rzało się za sie­bie, a gdy zo­ba­czyli Ce­głę i Szy­mona, wstali po­woli, jakby cho­dziło o ja­kąś usta­loną wcze­śniej za­sadę. Obaj byli wy­socy i do­brze zbu­do­wani. Mo­gli pra­co­wać jako ochro­nia­rze. Pierw­szy miał na szyi nie­bie­ski ta­tuaż chiń­skiego smoka, drugi, nieco więk­szy, choć nie po­sia­dał żad­nych zna­ków szcze­gól­nych, z pew­no­ścią był fa­ce­tem ła­twym do wy­ło­wie­nia z tłumu. Jego do­kład­nie ogo­lona głowa zda­wała się błysz­czeć. Mu­siał wa­żyć po­nad sto kilo, a wagę tę gwa­ran­to­wały roz­bu­do­wane mię­śnie. Szy­mon czuł się przy nich jak dziecko i mi­mo­wol­nie przy­szedł mu na myśl pię­ściarz Ha­lecki.

Gość ze smo­kiem zła­pał le­żącą na biurku sa­szetkę, która mo­gła za­wie­rać spory plik pie­nię­dzy. Męż­czyźni prze­lot­nie po­że­gnali się z Ce­głą i wy­szli.

- Więc to jest Szy­mon Ra­fal­ski? - za­czął szef agen­cji z uśmie­chem. - Syn tego Ra­fal­skiego?

- We wła­snej oso­bie - od­parł Ce­gła i pchnął lekko Szy­mona, żeby go ośmie­lić.

Dzien­ni­karz pod­szedł bli­żej.

Męż­czy­zna wstał i uści­snął mu dłoń.

- Mi­ro­sław Oczko - przed­sta­wił się pew­nie, ni­czym ra­sowy biz­nes­men - ale zna­jomi mó­wią na mnie Zimny.

W tym biz­ne­sie fa­cho­wość i pra­wość by­wają zwod­ni­cze, o czym Szy­mon miał już oka­zję się prze­ko­nać, to­też pod­szedł do no­wego zna­jo­mego z re­zerwą.

- Po­dobno ma pan dla mnie pro­po­zy­cję? - za­gad­nął, sia­da­jąc na wska­za­nym miej­scu.

- Prawda, prawda - od­parł Mi­ro­sław i spoj­rzał z ukon­ten­to­wa­niem na Ce­głę.

Ten splótł przed sobą dło­nie i przy­glą­dał się ca­łej roz­mo­wie z za­cie­ka­wie­niem.

- Masz coś do pi­sa­nia? - za­py­tał Oczko.

- Mam. - Szy­mon się­gnął do kie­szeni po no­tat­nik z dłu­go­pi­sem.

- No to słu­chaj. Chcemy, że­byś na­pi­sał o nas ar­ty­kuł.

Szy­mon wy­ba­łu­szył oczy. Mógł przy­nieść dyk­ta­fon albo ka­merę i po pro­stu wszystko na­gry­wać.

- Zdzi­wiony?

- Tro­chę.

- Po­dam ci kilka in­for­ma­cji, które chciał­bym, żeby zna­la­zły się w tek­ście.

- Więc ma to być ma­te­riał kon­tro­lo­wany?

- A coś ty my­ślał? Oczy­wi­ście, że chcemy mieć wgląd w to, co tam na­skro­biesz. Te­raz słu­chaj i no­tuj. Na­pi­szesz, że Za­chód w końcu do­tarł do Pol­ski. Agen­cje to­wa­rzy­skie stają na świa­to­wym po­zio­mie i w ni­czym nie ustę­pują ja­ko­ści Hisz­pa­nii czy Ho­lan­dii...

- A skąd ja mam wie­dzieć, jak to wy­gląda w Hisz­pa­nii czy Ho­lan­dii? Ni­gdy nie by­łem w bur­delu na Za­cho­dzie.

- W ja­kim bur­delu?! - krzyk­nął Mi­ro­sław i mało nie ze­rwał się z fo­tela. Oparł się jed­nak po­now­nie i ode­tchnął. - To jest agen­cja to­wa­rzy­ska. Za­pisz to sto razy, że­byś za­pa­mię­tał. Nie bur­del. Nie dom pu­bliczny. Agen­cja to­wa­rzy­ska - po­wtó­rzył z na­ci­skiem. - U nas dziew­czyna nie zrobi ci loda, nie da dupy. To cho­dzące dzieła sztuki, ta­kie rzeźby do po­pa­trze­nia na nie. Za­tań­czą dla cie­bie tak, że się spu­ścisz od sa­mego pa­trze­nia. Na­pisz, że to praca jak każda inna. Dziew­czyny mogą wy­naj­mo­wać u nas po­koje, a my dbamy o to, żeby było w nich czy­sto, a w ca­łej agen­cji bez­piecz­nie. Nie to­le­ru­jemy agre­syw­nych klien­tów i ta­kich, któ­rzy przy­mu­szają ko­biety do nie­rządu. Na­sze dziew­czyny mają ela­styczne go­dziny pracy i miłą at­mos­ferę. Za­go­spo­da­ro­waną, do­brze wy­po­sa­żoną kuch­nię do wła­snej dys­po­zy­cji, dużą... nie, prze­stronną ła­zienkę. Na te­re­nie agen­cji za­wsze obecna jest ochrona, go­towa słu­żyć po­mocą. Agen­cja za­ra­bia je­dy­nie na wy­naj­mie po­koi. To, co dziew­czyny ro­bią za drzwiami, to ich pry­watny in­te­res, który... oczy­wi­ście, za­wsze po­zo­staje w gra­ni­cach prawa. Po­stę­powy Za­chód do­tarł do Pol­ski - po­wtó­rzył Zimny, wy­raź­nie pod­eks­cy­to­wany dyk­to­wa­niem, do któ­rego za­pewne się przy­go­to­wy­wał. - Na­pisz, że po­win­ni­śmy po­su­nąć się o krok da­lej i zrze­szyć wszyst­kie agen­cje to­wa­rzy­skie. Utwo­rzyć ta­kie sto­wa­rzy­sze­nie, które czu­wa­łoby nad ja­ko­ścią usług i bez­pie­czeń­stwem pra­cow­ników. Za­cząłem już pracę nad pa­pie­ro­lo­gią w tej spra­wie.

- To ma być ar­ty­kuł czy re­klama pro­sty­tu­cji?

Zimny wstał, oparł się rę­kami o stół i za­wi­snął nad pi­szą­cym w no­te­sie Szy­mo­nem.

- Nie za­da­waj za dużo py­tań, bo wpa­ku­jesz się w kło­poty - syk­nął.

Szy­mon po­czuł, jak kro­pla potu spły­nęła mu po skroni.

Zimny przez chwilę wle­piał w niego małe, chy­tre oczy, po czym ro­ze­śmiał się głośno.

- Na­bi­jam się z cie­bie, re­dak­to­rze! Oczy­wi­ście, że to tro­chę forma re­klamy. Ale zro­zum, czasy się zmie­niły, a branża wraz z nimi. Dziew­czyny na­prawdę ciężko tu­taj pra­cują! My też! Wiesz, ile nas kosz­tuje utrzy­ma­nie tej ka­mie­nicy? Opła­ce­nie pra­cow­ników? Ochrona, sprzą­ta­jący... Wy­po­sa­że­nie kuchni, gar­de­roby? Kurwa, to po­chła­nia ty­siące! Za­kup de­ter­gentów... Na to wszystko po­trzeba kasy. Cho­dzi też o to, żeby tro­chę od­cza­ro­wać ten biz­nes. To nie są już brudne "bur­dele", jak je na­zwa­łeś. Jak po­pra­cu­jemy nad PR-em, to może inne dziew­czyny sku­szą się na wej­ście do biz­nesu. Pa­no­wie też po­czują się bez­piecz­niej.

- A Wik­to­ria? Ona też ma da­wać klien­tom po­czu­cie pew­no­ści? - rzu­cił Szy­mon hardo i spoj­rzał wy­mow­nie na Ce­głę.

- Jaka Wik­to­ria? - za­py­tał Zimny, ale wcale nie cze­kał na od­po­wiedź. - Ja nie wiem, co tam ma­cie mię­dzy sobą z Ce­głą i ja­kąś tam Wik­to­rią. Chcia­łem, żeby Ce­gła przy­pro­wa­dził do mnie god­nego za­ufa­nia, am­bit­nego dzien­ni­ka­rza, który rze­tel­nie zaj­mie się te­ma­tem.

Zimny łgał jak pies bez żad­nego wy­siłku. Wszy­scy trzej o tym wie­dzieli.

- Więc masz już, co naj­waż­niej­sze. Nie mo­żesz użyć na­zwy lo­kalu w ar­ty­kule, bo to rze­czy­wi­ście by­łaby re­klama, ale jak wspo­mnisz, że cho­dzi o cen­trum, to bę­dzie ja­sne. Nie mamy w po­bliżu war­tej uwagi kon­ku­ren­cji. Mu­sisz zro­zu­mieć, że sprawa jest dość ważna, bo utwo­rze­nie sto­wa­rzy­sze­nia może wiele zmie­nić w ca­łym kraju. Bę­dzie trzeba speł­niać stan­dardy, żeby do niego na­le­żeć, a człon­ko­stwo bę­dzie ko­nieczne do pro­wa­dze­nia in­te­resu.

- A kto miałby być prze­wod­ni­czą­cym ta­kiego sto­wa­rzy­sze­nia? - za­py­tał po chwili Szy­mon.

Zimny od­po­wie­dział uśmie­chem, a na­stęp­nie za­pew­nił:

- To już sprawa na przy­szłość.

Uśmiech na twa­rzy Zim­nego wy­ra­żał wiele i ma­sko­wał wcale nie mniej. Do­dał, że ma jesz­cze sporo spraw do za­ła­twie­nia, ale w rze­czy­wi­sto­ści był to sy­gnał, że mogą się wy­no­sić. Ce­gła za­pro­po­no­wał Szy­mo­nowi jesz­cze drinka albo dziew­czynę do to­wa­rzy­stwa, ale ten od razu od­mó­wił. Może po­wi­nien uda­wać tak samo jak Ce­gła i Zimny? Zgry­wać przy­ja­ciela, da­wać do zro­zu­mie­nia, że nie gniewa się za pod­sta­wie­nie mu Wik­to­rii, że waż­niej­sze jest to, co ich łą­czy, od tego, co dzieli? Jed­nak nie zdo­łał się prze­móc.

- Nie mam ochoty, Ce­gła. Po­jadę do re­dak­cji na­pi­sać tę po­chwałę pro­sty­tu­cji...

- Zmień swoje na­sta­wie­nie, to bę­dzie ci dużo ła­twiej - od­po­wie­dział Ce­gła i przy­ja­ciel­sko klep­nął dzien­ni­ka­rza w ra­mię. - Zimny o tym nie wspo­mniał, ale za ten ar­ty­ku­lik do­sta­niesz od nas pięć ka­wałków. Nie­zła za­płata za jed­no­ra­zową fuchę, co?

- Chce­cie mi za­płacić?

- Prze­cież mówi­łem, że cho­dzi o in­te­resy! My­śla­łeś, że chcę cię wy­cyc­kać? Mo­jego sta­rego kum­pla? - Ce­gła wy­szcze­rzył zęby w sze­ro­kim uśmie­chu. - To się na­zywa ar­ty­kuł spon­so­ro­wany, prawda? Tylko nie wspo­mi­naj o tym w ga­ze­cie. Jak na­pi­szesz, to prze­ślij mi tekst do za­twier­dze­nia. Zo­ba­czysz, wszystko do­brze się ułoży! I dla nas, i dla cie­bie.

Ce­gła znik­nął za drzwiami, a Szy­mon ro­zej­rzał się po czer­wono oświe­tlo­nym ba­rze. Chcą od niego ar­ty­kuł? Do­brze. Na­pi­sze im ar­ty­kuł, ale tylko ten je­den raz.

Wy­szedł z lo­kalu i po­czuł na­głą chęć na pa­pie­rosa. Nie miał zwy­czaju pa­lić w sa­mo­cho­dzie, więc za­trzy­mał się przed ka­mie­nicą. Kiedy tak stał, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę, by nieco się ogrzać, z bu­dynku wy­szedł ja­kiś męż­czy­zna. Od razu ob­rzu­cił Szy­mona cie­kaw­skim spoj­rze­niem i uśmiech­nął się. Się­gnął po wła­sne pa­pie­rosy i za­gad­nął:

- Wi­dzia­łem pana w środku. Nie wy­glą­dał pan na za­chwy­co­nego - do­dał, mru­żąc prawe oko. - Po­wiem panu szcze­rze, że ja również nie by­łem za­do­wo­lony. - Ro­ze­śmiał się przy tym i szturch­nął dzien­ni­ka­rza łok­ciem. Był ele­gancko ubrany i no­sił sta­ran­nie przy­strzy­żony wąsik. - Męż­czy­zna z do­świad­cze­niem po­trze­buje cze­goś wię­cej niż ja­kichś wy­wi­jasów na rurce. Zga­dza się pan ze mną?

- Zde­cy­do­wa­nie. Choć nie wiem, czy moje do­świad­cze­nie może równać się z pań­skim - od­po­wie­dział Szy­mon swo­bod­nie, czu­jąc oka­zję do zdo­by­cia przy­dat­nych in­for­ma­cji.

- Każdy z nas ma inne do­świad­cze­nie, to pewne! Ale fa­cet jest fa­ce­tem i każdy ma ja­kieś po­trzeby. A oni my­ślą, że ustroją po­koik, ubiorą dziew­czynę w ko­ronki i to za­ła­twi sprawę. Na wieczór ka­wa­ler­ski może to i do­bre, ale po­wie­dzia­łem im otwar­cie: przy­sze­dłem tu z cie­ka­wo­ści pierw­szy i ostatni raz.

- Zna pan ja­kieś lep­sze lo­ka­li­za­cje? Ta­kie warte po­le­ce­nia?

Męż­czy­zna ob­rzu­cił Szy­mona prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Wą­sik pod no­sem za­drżał mu lekko, a dym z pa­pie­rosa przy­sło­nił oczy. Wy­cią­gnął z we­wnętrz­nej kie­szeni płasz­cza wi­zy­tówkę i smu­kłym srebr­nym dłu­go­pi­sem za­pi­sał na od­wro­cie nu­mer te­le­fonu.

- Niech pan za­dzwoni. To jest taki "boczny" in­te­res tych tu­taj. Dziew­czyny są ze Wschodu, nie­które ga­dają z ak­cen­tem, ale są ładne. Można się z nimi spo­tkać, gdzie się chce. Przy­jadą do domu albo do ho­telu. Tam to pra­cują ar­tystki! Pięć stów za go­dzinę i zro­bią wszystko, co im ka­żesz. Wszystko! - pod­kre­ślił. - Mogą ode­grać z tobą scenę gwałtu albo będą cię do­mi­no­wać. Co kto woli.

- Ja­kieś mi­nusy? - za­py­tał Szy­mon z pół­u­śmie­chem.

To, że męż­czy­zna prze­szedł swo­bod­nie na "ty", uwa­żał za do­bry znak.

- Żad­nych. Tylko gumkę za­bie­raj ze sobą. Ro­zu­miesz? Jak już skoń­czysz, naj­le­piej za­bierz kon­dom i spuść go od razu w ki­blu. Fa­cet jest fa­ce­tem, cza­sami traci czuj­ność, ale pil­nuj, żeby dziew­czyna ro­biła ci ki­siel w spodniach, a nie w gło­wie.

- Ja­sna sprawa - od­parł dzien­ni­karz, wspo­mi­na­jąc błędy prze­szło­ści.

- Jak do nich za­dzwo­nisz, to proś o Rok­sanę albo Wik­to­rię. Dziew­czyny jak ma­liny! - do­dał, cmo­ka­jąc w pod­nie­sione do ust palce. Od­rzu­cił nie­do­pa­łek na chod­nik, pożegnał Szy­mona uści­skiem dłoni i od­da­lił się.

"Cie­kawy czło­wiek" - po­my­ślał Szy­mon i zer­k­nął na front otrzy­ma­nej wi­zytówki. "Radca prawny". Czło­wiek wy­ko­nu­jący zawód za­ufa­nia pu­blicz­nego, a w wol­nym cza­sie ko­rzy­sta­jący z usług pro­sty­tu­tek. Jed­nak przy­dał się do cze­goś.

Szy­mon spoj­rzał na sto­jący za jego ple­cami bu­dy­nek, bę­dący je­dy­nie fa­sadą więk­szego biz­nesu. Ta cała "agen­cja to­wa­rzy­ska" to je­dy­nie przy­krywka, pod którą go­to­wał się nie­le­galny biz­nes, a Ce­gła był w nim po­waż­nie umo­czony. Wik­to­ria również. Z ko­lei Zimny, pla­nu­jąc utwo­rzyć sto­wa­rzy­sze­nie agen­cji z ca­łej Pol­ski, nie­wąt­pli­wie za­mie­rzał ob­sa­dzić sie­bie w roli pre­zesa trzy­ma­ją­cego w gar­ści kon­ku­ren­cję. Pre­zes w bia­łym koł­nie­rzyku może osią­gnąć znacz­nie wię­cej niż jawny gang­ster. Po­dob­nie ope­ro­wał stary Ra­fal­ski. Szy­mon w lot roz­po­znał me­cha­nizm.

Obrócił mię­dzy pal­cami białą wi­zytówkę i uważ­nie scho­wał ją do kie­szeni.

11

"Ten ar­ty­kuł to do­piero po­czą­tek"

Ar­ty­kuł o do­cie­ra­ją­cym do Pol­ski po­stę­po­wym Za­cho­dzie - no­wym "wscho­dzie pro­sty­tu­cji" - po­wstał w za­le­d­wie kil­ka­na­ście mi­nut. Tekst zo­stał szybko za­twier­dzony przez Ce­głę, po czym tra­fił szcze­bel wy­żej w hie­rar­chii re­dak­cyj­nej i Szy­mon cze­kał na klep­nię­cie te­matu przez na­czel­nego działu - Grze­go­rza Szul­skiego.

Sie­dział za biur­kiem, krę­cąc się na krze­śle od pra­wej do le­wej i z po­wro­tem, a mię­dzy pal­cami ob­ra­cał białą wi­zy­tówkę. Czy wy­star­czy­łoby mu ner­wów, żeby pchnąć sprawę o krok da­lej, tak żeby wy­ki­wać Ce­głę i jego szefa, Zim­nego?

- Nie masz cze­goś lep­szego, Szy­mek? - Za ple­cami dzien­ni­ka­rza wy­rósł szef działu, wy­ry­wa­jąc go z za­my­śle­nia.

"Co się stało z "re­dak­to­rze Ra­fal­ski"?" - po­my­ślał Szy­mon i w od­po­wie­dzi wzru­szył ra­mio­nami.

- To prze­cież do­bry te­mat.

- Byłby do­bry, jak­byś na­pi­sał o ja­kichś brud­nych spra­wach. Nie wiem, czy wło­żyć twój tekst w dział "Hi­sto­ria", "Eko­no­mia" czy "Po­li­tyka"...

- Bez prze­sady, sze­fie. Na pewno do­kona pan naj­lep­szego wy­boru.

Grze­gorz Szul­ski chrząk­nął i po­ma­chał w po­wie­trzu pal­cem wska­zu­ją­cym.

- Nie wy­ska­kuj do mnie z tą swoją aro­gan­cją, Ra­fal­ski. Cały ten ar­ty­kuł jest ja­kiś taki... nie po two­jemu. Gdzie tam znaki za­py­ta­nia? Gdzie zo­sta­wie­nie czy­tel­nika z nie­po­ko­jem? Gdzie za­chę­ce­nie do ku­pie­nia ko­lej­nej ga­zety?

- Ten ar­ty­kuł to do­piero po­czą­tek. Wszystko w swoim cza­sie - oznaj­mił dzien­ni­karz pew­nym to­nem. - Chce szef brudy? Może uda mi się ja­kieś zna­leźć, ale le­piej po­dejść do tego te­matu ła­god­nie. Jak­bym wal­nął ar­ty­kuł "Sek­sa­fera z pro­sty­tut­kami" albo "Nie­le­galne dziwki ze Wschodu", nie wzbu­dził­bym za­ufa­nia w tam­tych krę­gach. Te­raz we­zmą mnie za swo­jego. Będą mi ufać. A jak czło­wiek ufa, to gada, prawda?

Grze­gorz Szul­ski po­ki­wał głową. Pa­trzył na mło­dego dzien­ni­ka­rza z po­dzi­wem i nie­po­ko­jem jed­no­cze­śnie. Od sa­mego po­czątku ich współ­pracy wy­raź­nie da­wał mu do zro­zu­mie­nia, że po­kłada w nim wiel­kie na­dzieje.

- Do­bra - po­wie­dział szef po chwili. - Wi­dzę, że masz tu więk­szy plan, więc do­sta­niesz kre­dyt za­ufa­nia. Daj ja­kiś tekst za kilka dni, żeby lu­dzie nie zdą­żyli za­po­mnieć o tym ar­ty­kule.

- Ma to szef jak w banku.

- Le­piej nie. Po afe­rze fran­ko­wej banki nie wzbu­dzają ta­kiego za­ufa­nia jak kie­dyś...

Szul­ski się od­da­lił, a Szy­mon po­zo­stał z py­ta­niem, czy rze­czy­wi­ście bę­dzie w sta­nie po­cią­gnąć ten te­mat, nie tra­cąc przy tym głowy. Do­słow­nie.

Szy­mon wie­dział, że na by­cie do­brym dzien­ni­ka­rzem składa się kilka czyn­ni­ków. Trzeba być do­cie­kli­wym, mieć zna­jo­mo­ści, wzbu­dzać za­ufa­nie oraz mieć szczę­ście. On po­sia­dał wszyst­kie te wa­lory, choć ostatni z nich chyba w naj­mniej­szym stop­niu. Ale tra­fiał się i to w naj­mniej spo­dzie­wa­nych mo­men­tach.

Przez kilka dni pró­bo­wał po­głę­bić wie­dzę na te­mat pro­sty­tu­cji i su­te­ner­stwa na świe­cie i w Pol­sce. Za­czął od sa­mych po­cząt­ków, które mo­gły mieć miej­sce w sta­ro­żyt­nej Gre­cji, gdzie Aspa­zja (praw­do­po­dob­nie żona Pe­ry­klesa) otwo­rzyła pierw­szy dom pu­bliczny, w któ­rym wy­sta­wiano na sprze­daż ko­biece ciała. Po­tem był Rzym i Mes­sa­lina (roz­pustna żona Klau­diu­sza I). Jej imię, obok nie­rząd­nicy, la­dacz­nicy, sta­nowi sy­no­nim pro­sty­tutki. Seks i wła­dza wie­lo­krot­nie prze­pla­tały się w zna­le­zi­skach Szy­mona. Po­li­tycy wy­naj­mu­jący ka­mie­nice pod agen­cje to­wa­rzy­skie, urzęd­nicy re­gu­lar­nie ko­rzy­sta­jący z ta­kich usług, wpły­wowi biz­nes­meni czer­piący ko­rzy­ści z dzia­łal­no­ści po­dob­nych lo­kali.

Ujaw­nio­nym afe­rom nie było końca, a Szy­mon zdał so­bie sprawę, że seks na sprze­daż nie­wiele różni się od han­dlu nar­ko­ty­kami. Uza­leż­nia klien­tów i ob­naża naj­gor­sze strony ludz­kiej na­tury. Biz­nes roz­kwita, bo jest na niego po­pyt. Męż­czyźni ko­rzy­stają z usług pro­sty­tu­tek bez naj­mniej­szych opo­rów, jed­no­cze­śnie spo­łe­czeń­stwo spy­cha te ko­biety na mar­gi­nes mar­gi­nesu. Z ko­lei ko­biety sprze­dają swoje ciała, uwa­ża­jąc, że zysk, jaki czer­pią, jest tego wart, a jed­no­cze­śnie obu­rzają się na ideę pa­triar­chatu i przed­mio­towe trak­to­wa­nie przez męż­czyzn. Hi­po­kry­zja biła Szy­mona po oczach.

Ale była jesz­cze jedna od­słona pro­blemu - zmu­sza­nie ko­biet do nie­rządu i han­del ży­wym to­wa­rem. Tam, jak można było się spo­dzie­wać, w grę wcho­dziły rów­nież nar­ko­tyki oraz han­del bro­nią. Czło­wiek, który na­uczył się wy­cho­dzić su­chą stopą z prze­stęp­czego za­robku, roz­sze­rzał swoje moż­li­wo­ści we­dług za­sad: "wszystko albo nic" lub "jak kraść, to mi­liony". Pół­środki rzadko by­wały za­do­wa­la­jące.

Szy­mon ode­rwał się od ksią­żek i ar­ty­ku­łów i spo­strzegł, że do­cho­dziła dwu­dzie­sta. Za­sie­dział się w re­dak­cji, cał­kiem tra­cąc po­czu­cie czasu, a także... głodu. Po­nie­waż jego ostat­nim po­sił­kiem była kawa wy­pita wcze­snym po­po­łu­dniem, po­sta­no­wił zjeść coś szybko na mie­ście. Ja­dąc w stronę domu, roz­glą­dał się, wy­pa­tru­jąc miej­sca, które mo­głoby szybko za­ser­wo­wać je­dze­nie za nie­wielką sumę. Nie­stety w po­bliżu była je­dy­nie cu­kier­nia oraz ke­bab. Zjadł bułkę z mię­sem nie­wia­do­mego po­cho­dze­nia w lo­kalu, nie chcąc, by sa­mo­chód prze­szedł za­pa­chem je­dze­nia, po czym wró­cił do za­par­ko­wa­nego na chod­niku che­vro­leta. Kilka me­trów biegu w są­czą­cym się z nieba desz­czu spra­wiło, że jego włosy błysz­czały od wody. Prze­cze­sał czu­prynę pal­cami, żeby nie wy­schły przy­klap­nięte, i otarł twarz rę­ka­wem bluzy. Kiedy pod­niósł oczy, zo­ba­czył męż­czy­znę wy­cho­dzą­cego z po­bli­skiej ka­mie­nicy. Jego twarz wy­da­wała się zna­joma, ale dzien­ni­karz nie sko­ja­rzył jej od razu. Do­piero po kilku se­kun­dach, gdy do­strzegł ta­tuaż smoka na szyi, po­łą­czył czło­wieka z miej­scem i oko­licz­no­ściami. Ban­dzior, który wyniósł z biura Zim­nego sa­szetkę za­wie­ra­jącą praw­do­po­dob­nie pie­nią­dze. Te­raz był sam, bez to­wa­rzy­szą­cego mu po­przed­nio ły­sego ko­legi. Wsiadł do bor­do­wej alfy ro­meo i włą­czył się do ru­chu.

12

"Je­ste­śmy spa­leni"

Szy­mon Ra­fal­ski, idąc za gło­sem ka­żą­cym mu ła­pać nada­rza­jącą się oka­zję, mo­men­tal­nie od­pa­lił sa­mo­chód i ru­szył w ślad za bor­dową alfą. De­ner­wo­wał się, bo choć miał już spore do­świad­cze­nie w dzien­ni­kar­skiej pracy, jesz­cze ni­gdy nie śle­dził czło­wieka w sa­mo­cho­dzie. Zwięk­szył tempo pracy wy­cie­ra­czek, bo deszcz le­ciał już z nieba hek­to­li­trami. Ner­wowo kle­pał w kie­row­nicę, a od czasu do czasu mru­czał coś pod no­sem, jakby pró­bo­wał sam so­bie prze­mó­wić do roz­sądku.

- Nie ma się czego bać. Strach to pierw­szy krok ku po­rażce. Na­wet cię nie za­uważy. A je­śli na­wet, to na bank nie sko­ja­rzy cię z bur­delu! Banki nie wzbu­dzają już ta­kiego za­ufa­nia...

Alfa prze­je­chała kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów au­to­stradą i zje­chała przy sta­cji ben­zy­no­wej z ulo­ko­waną obok re­stau­ra­cją. Szy­mon po­wtó­rzył ma­newr, mru­żąc oczy, bo wy­cie­raczki le­dwo na­dą­żały z oczysz­cza­niem przed­niej szyby.

Mię­śniak za­par­ko­wał dość bli­sko wej­ścia do re­stau­ra­cji. Szy­mon sta­nął nieco da­lej. Po­bież­nie otak­so­wał lo­kal, któ­rego oszklone ściany po­zwa­lały bez pro­blemu zaj­rzeć do roz­świe­tlo­nego wnę­trza, bez ko­niecz­no­ści wcho­dze­nia do środka.

Ob­ró­cił się po le­żącą na tyl­nym sie­dze­niu czarną torbę. Wy­cią­gnął z niej lu­strzankę, za­mon­to­wał duży obiek­tyw i przy­mie­rzył się do zro­bie­nia pierw­szego zdję­cia.

Do­bry obiek­tyw po­zwo­lił na wy­ko­na­nie fo­to­gra­fii z du­żym przy­bli­że­niem. Ra­fal­ski był w sta­nie do­strzec męż­czy­znę z bur­delu, sie­dzą­cego przy sto­liku i roz­ma­wia­ją­cego z in­nym fa­ce­tem. Twa­rzy tego dru­giego nie mógł zo­ba­czyć, gdyż ten sie­dział ple­cami do niego.

Po­sta­no­wił uzbroić się w cier­pli­wość. Zo­sta­nie w sa­mo­cho­dzie tak długo, jak tamci będą pro­wa­dzili swoją roz­mowę, a gdy wyjdą z lo­kalu, oby­dwu uwieczni na zdję­ciu.

Nie do­cze­kał jed­nak wła­ści­wego mo­mentu. Drzwi kie­rowcy otwo­rzyły się gwał­tow­nie. Czy­jaś silna ręka wy­rwała Szy­mona z sie­dze­nia i wy­wle­kła na mo­kry as­falt. Nim zdo­łał po­wie­dzieć co­kol­wiek, otrzy­mał mocny cios w skroń. Przed oczami za­bły­sły mu gwiazdy, a ra­mię za­bo­lało od gwał­tow­nego ude­rze­nia w twarde pod­łoże. Za­raz po­tem czy­jaś ręka wy­rwała mu apa­rat.

Za­sko­czony, oszo­ło­miony dzien­ni­karz nie był w sta­nie za­re­ago­wać. Ktoś go szar­pał, prze­cią­gnął na tył sa­mo­chodu i wrzu­cił do ba­gaż­nika, jak torbę z za­ku­pami. Klapa huk­nęła mu nad głową. Dźwięki z ze­wnątrz przy­tłu­miły się. Szu­miało, a Ra­fal­ski nie miał pew­no­ści, czy to dźwięk ude­rza­ją­cego o bla­chę desz­czu, czy szum w gło­wie na sku­tek ude­rze­nia.

Nie zdą­żył przyj­rzeć się na­past­ni­kowi, ale zda­wało mu się, że był nim drugi z mię­śnia­ków od sa­szetki. Łysy o sze­ro­kiej szczęce. Po krótkiej chwili usły­szał stłu­miony głos.

- Wy­chodź­cie stam­tąd. Mam szczura w ba­gaż­niku. Je­ste­śmy spa­leni.

Nim upły­nęła mi­nuta, do­szło wię­cej stłu­mio­nych głosów. Nie po­tra­fił jed­nak uło­żyć dźwięków w zda­nia. Więk­szość słów za­głu­szał jego wła­sny przy­spie­szony od­dech. Po­tem za­war­czał sil­nik i sa­mochód ru­szył.

Trzeba było po­słu­chać Cha­ber­skiego. Ten za­wsze wie­dział naj­le­piej. Śle­dze­nie gang­sterów to nie jest ro­bota dla nie­prze­szko­lo­nego, sa­mot­nego dzien­ni­ka­rza. To pro­sze­nie się o kulę w łeb i do­łek bez na­grobka!

Szy­mon za­czął ukła­dać so­bie w gło­wie wy­ja­śnie­nie, które mo­głoby ura­to­wać mu ży­cie. Sły­szał kie­dyś od pew­nego dzien­ni­ka­rza śled­czego, który cy­to­wał do­świad­czo­nego przy­kryw­kowca: "Nie mo­żesz na­gry­wać ta­kich lu­dzi! Je­śli cię na­kryją, to naj­le­piej wsadź so­bie ka­merę od razu w dupę, ina­czej oni to zro­bią". Szy­mon nie miał pew­no­ści, czy spo­tkani przez niego wy­zy­ski­wa­cze ko­biet, gang­ste­rzy, czy kim­kol­wiek było tych trzech fa­ce­tów, będą mar­no­wali czas na pe­ne­tro­wa­nie jego od­bytu ka­merą. Spo­dzie­wał się, że od razu go za­biją. Kiedy uświa­do­mił so­bie, że nie jest w sta­nie wy­my­ślić żad­nego prze­ko­nu­ją­cego wy­ja­śnie­nia dla swo­ich dzia­łań, za­czął się mo­dlić.

Na­dal sły­szał głosy. Mocne, bez­duszne głosy lu­dzi de­cy­du­ją­cych te­raz o jego lo­sie. Do­kąd go wiozą? Co za­mie­rzają? Py­ta­nia kłę­biły się w jego gło­wie, a serce wa­liło tak bar­dzo, że po­czuł pul­so­wa­nie w uszach. Dy­go­tał. Jego ręce drżały.

W ba­gaż­niku było zimno. Nie­ustan­nie szu­miało.

13

"Tylko z po­zoru"

Za­mknięty w ba­gaż­niku dzien­ni­karz po­czuł, że zje­chali z drogi as­fal­to­wej. Rzu­cało jego cia­łem na boki, w górę i w dół. Mu­siał ochra­niać głowę rę­kami, żeby nie na­bić so­bie guza. Nie­równa droga nie mo­gła zwia­sto­wać ni­czego do­brego. Z pew­no­ścią wieźli go do lasu. Za­tłuką go albo każą ko­pać wła­sny grób. Po­ma­cał pod­łogę wo­kół sie­bie w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, czego mógłby użyć jako broni. W ba­gaż­niku trzy­mał je­dy­nie za­pa­sową ko­szulę, pa­ra­sol oraz kilka ksią­żek, które spon­ta­nicz­nie ku­pił kilka dni temu i cał­kiem o nich za­po­mniał. Ża­den po­ży­tek z li­te­ra­tury, kiedy ktoś chce od­strze­lić ci głowę.

Za­trzy­mali się po pra­wie go­dzi­nie jazdy. Kiedy sil­nik zgasł, Szy­mon usły­szał pracę jesz­cze in­nego sa­mo­chodu. Po­tem na­stą­piły trzy trza­śnię­cia drzwiami, aż w końcu ba­gaż­nik zo­stał otwarty. Ra­fal­ski mo­men­tal­nie wy­krzy­czał:

- Je­stem po wa­szej stro­nie! To po­myłka!

Wielka, brudna łapa prze­rzu­ciła go z ba­gaż­nika na le­śną ściółkę. Mocne re­flek­tory sa­mo­chodu rzu­cały świa­tło na po­bli­skie drzewa i twarz Szy­mona. Uniósł wzrok na trzy ciemne po­sta­cie, które ro­ze­szły się, ota­cza­jąc go z trzech stron. Sku­pił uwagę na tej sto­ją­cej po­środku, ale ośle­piony świa­tłem, nie mógł się jej przyj­rzeć. Męż­czy­zna z ta­tu­ażem na szyi trzy­mał się po pra­wej i mie­rzył do dzien­ni­ka­rza z pi­sto­letu. Z ko­lei po le­wej stał łysy mię­śniak od Zim­nego. Naj­wy­raź­niej to on po­trak­to­wał Szy­mona jak wo­rek ziem­nia­ków.

Więc tak wy­gląda ko­niec?! Umrze w ciemną, desz­czową noc z ręki trzech ban­dziorów i tylko drzewa będą tego świad­kami?

- Pro­szę, nie strze­laj, czło­wieku! - kon­ty­nu­ował swój bła­galny mo­no­log, uno­sząc rękę w stronę Smoka, jakby dłoń mo­gła za­trzy­mać wy­strze­lony po­cisk.

- Coś za je­den?! - za­py­tał sto­jący po­środku męż­czy­zna chra­pli­wym gło­sem wie­lo­let­niego pa­la­cza.

- Nikt szczególny! Na­zy­wam się Szy­mon Ra­fal­ski!

- Dla­czego nas śle­dzi­łeś?

- Wi­dzia­łem tych dwóch parę dni temu u Mi­ro­sława Oczki. Też dla niego pra­cuję. Je­stem po wa­szej stro­nie!

Męż­czy­zna ode­tchnął głę­boko i spoj­rzał na sto­ją­cych nad nimi kum­pli. Wy­raź­nie wa­żył moż­li­wo­ści. Po chwili kon­ty­nu­ował prze­słu­cha­nie.

- Zimny ka­zał ci nas śle­dzić? Do­no­si­łeś mu na nas?

- Nie, pa­no­wie! Ja przy­się­gam, o ni­czym ni­komu nie do­no­si­łem i nie będę. Przed po­li­cją mam buzię za­mkniętą na kłódkę!

- Co ro­bisz dla Zim­nego? Dla­czego ro­bi­łeś nam zdję­cia?!

- Nie wiem, pa­no­wie, to był taki od­ruch! Nie chcia­łem nic złego!

Męż­czy­zna pod­szedł bli­żej i przy­kuc­nął. Te­raz Szy­mon zo­ba­czył jego twarz. Gładko ogo­loną, kwa­dra­tową, z ciem­nymi oczami o in­te­li­gent­nym spoj­rze­niu przy­wódcy. Zła­pał na­dal unie­sioną rękę dzien­ni­ka­rza i opu­ścił mu ją, po czym wy­pro­sto­wał mu pa­lec wska­zu­jący i ostrym to­nem za­pew­nił:

- Za­raz zła­mię ci tego pa­lu­cha, je­śli nie za­czniesz ga­dać prawdy!

Wy­krę­cił mu pa­lec nie­znacz­nie, ale na tyle mocno, że Szy­mon po­czuł pro­mie­niu­jący ból. Nie miał wąt­pli­wości, że męż­czy­zna ma w rę­kach na tyle siły, żeby ła­mać mu palce je­den po dru­gim ni­czym kra­kersy. Do oczu na­pły­nęły mu łzy.

- Al­fons dał mi zle­ce­nie! - wy­krzyk­nął Ra­fal­ski. - Mia­łem na­pi­sać ar­ty­kuł o jego burde... o agen­cji to­wa­rzy­skiej. Za­pła­cił mi za to, za­twier­dził tekst. Śle­dzi­łem tego z ta­tu­ażem, bo go roz­po­zna­łem! Mi­nę­li­śmy się kilka dni temu u Zim­nego w biu­rze! To był tylko dzien­ni­kar­ski od­ruch!

- Mamy uwie­rzyć, że je­steś dzien­ni­ka­rzem? - do­py­tał ku­ca­jący, lu­zując uścisk na palcu Szy­mona.

Ten przy­tak­nął ner­wowo.

- Tak. Dla­tego mia­łem w sa­mo­cho­dzie apa­rat. W ba­gaż­niku mam książki: re­por­taże o kra­jach Bli­skiego Wschodu - wy­ja­śnił.

- Gan­gusy nie czy­tają ta­kich rze­czy - przy­znał męż­czy­zna z po­wagą.

- No wła­śnie. Bez ob­razy, oczy­wi­ście - do­dał Ra­fal­ski równie po­waż­nie.

Jego słowa wy­wo­łały na twa­rzy męż­czy­zny gry­mas. Coś na kształt pół­u­śmie­chu i skwa­szo­nej miny. Po­now­nie spoj­rzał na ko­legów, którzy całą dra­ma­tyczną scenę oglądali jak film ni­skich lotów: bez za­an­ga­żo­wa­nia, bez emo­cji. Po chwili męż­czyźni wy­mie­nili po­ro­zu­mie­waw­cze uśmie­chy.

- Po­wiem panu coś, pa­nie Ra­fal­ski, i pro­szę to so­bie za­pa­mię­tać - po­wie­dział chry­pli­wie. - Ża­den czło­wiek w tym śro­do­wi­sku nie używa słowa "al­fons". Jest to słowo pe­jo­ra­tywne, ro­zu­mie pan?

- Pe­jo­ra­tywne? - po­wtó­rzył dzien­ni­karz i spoj­rzał na swo­jego prze­śla­dowcę z uwagą. Nie miał do czy­nie­nia z prze­cięt­nym ban­dzio­rem, tego był pe­wien.

- Po­dej­rze­wam - kon­ty­nu­ował męż­czy­zna - że wziął pan pie­nią­dze od Zim­nego za zle­cony ar­ty­kuł, ale że jest pan czło­wie­kiem cwa­nym, zwie­trzył pan oka­zję i próbuje wty­kać nos w nie swoje sprawy. Głę­biej, niż ży­czy so­bie tego Zimny. Dla­tego śle­dził pan Smoka.

- Nie... - za­prze­czył Szy­mon, sa­memu nie wie­rząc w siłę swo­jego kłam­stwa.

- Nie? W ta­kim ra­zie jest pan ban­dzio­rem. - Męż­czy­zna wstał z ku­cek i do­dał: - Smoku...

Smok uniósł wy­żej broń, ce­lu­jąc Szy­mo­nowi mię­dzy oczy. Dzien­ni­karz sku­lił się in­stynk­tow­nie, po czym krzyk­nął:

- Do­brze, do­brze! Ma­cie ra­cję! Chcia­łem coś ugrać na boku. Chcia­łem się do­wie­dzieć, czego Zimny mi nie po­wie­dział! Już nie będę! Już nie będę!

- Bę­dzie pan - od­parł męż­czy­zna spo­koj­nie.

Smok opu­ścił broń i na uspo­ka­ja­jący znak szefa scho­wał ją za plecy.

Kiedy Szy­mon podniósł spoj­rze­nie, do­strzegł wy­ciągniętą ku so­bie czy­stą, gładką dłoń pra­cow­nika biu­ro­wego, a za nią cień uśmie­chu na twa­rzy swo­jego roz­mówcy.

- Na­dal bę­dzie pan współ­pra­co­wał ze swo­imi zna­jo­mymi ze śro­do­wi­ska Zim­nego - po­wie­dział. - Bę­dzie pan roz­ma­wiał z pro­sty­tut­kami, bę­dzie pi­sał to, co Zimny so­bie zaży­czy, a to, co bę­dzie pró­bo­wał ukryć, przy­nie­sie pan do nas.

- Jak to do was? - za­py­tał Ra­fal­ski i wtedy za­częło do niego do­cie­rać. Spoj­rzał na twa­rze ota­cza­ją­cych go trzech zde­cy­do­wa­nych fa­ce­tów i szep­nął: - Wy nie je­ste­ście ban­dzio­rami...

- Tylko z po­zoru.

- Je­ste­ście z po­li­cji?

- Zga­dza się. A w tym mo­men­cie zo­stał pan na­szym in­for­ma­to­rem.

Szy­mon po­czuł prze­bie­ga­jący po krę­go­słu­pie chłód. Do­bra strona ca­łej sy­tu­acji była taka, że te­raz ktoś mógł go wspie­rać, chro­nić w śro­do­wi­sku Ce­gły i Zim­nego. Jed­nak na­dal ist­niała też zła strona.

- Pro­szę nie li­czyć, że za­pew­nimy panu ja­kąś ochronę - wy­ja­śnił otwar­cie po­li­cjant, roz­wie­wa­jąc na­dzieje dzien­ni­ka­rza. - Je­żeli bę­dzie pan ro­bił tak głu­pie i nie­ostrożne rze­czy, jak z tym śle­dze­niem i fo­to­gra­fo­wa­niem Smoka, wpa­kuje się pan w kło­poty. W ta­kie, w któ­rych na­wet my nie po­mo­żemy. Na­szym głów­nym za­da­niem jest in­wi­gi­la­cja śro­do­wi­ska i ochrona przy­kryw­kow­ców, nie fry­wol­nego dzien­ni­ka­rza.

- Ale po­wie­dział pan, że je­stem in­for­ma­to­rem, więc ja­kaś tam ochrona jed­nak mi przy­słu­guje.

- Naj­pierw musi pan udo­wod­nić, że jest czło­wie­kiem god­nym za­ufa­nia. Pro­szę do­star­czyć nam dwie praw­dziwe in­for­ma­cje, które po­mogą w na­szym do­cho­dze­niu. Wtedy bę­dziemy mo­gli roz­ma­wiać o ofi­cjal­nym sta­tu­sie in­for­ma­tora.

Choć nie miał wąt­pli­wo­ści, że rze­czy­wi­ście roz­ma­wia z po­li­cjantami, ja­kaś cząstka jego du­szy nie po­zwa­lała mu ob­da­rzyć ich stu­pro­cen­to­wym za­ufa­niem. Chyba wi­dzieli jego wa­ha­nie. Cier­pli­wie cze­kali, aż dzien­ni­karz ułoży so­bie w gło­wie obecną sy­tuację. Po chwili za­sta­no­wie­nia ze­brał się na od­wagę i za­py­tał:

- A kim wła­ści­wie je­ste­ście? Dla ja­kiej jed­nostki pra­cu­je­cie? Czy mogę zo­ba­czyć ja­kieś do­ku­menty?

- Nie może pan zo­ba­czyć do­ku­mentów, bo ża­den przy­kryw­ko­wiec nie nosi przy so­bie praw­dzi­wych do­ku­mentów. Pro­szę so­bie wy­obra­zić, co by było, gdyby wpadł. Co by było, gdyby Zimny zo­ba­czył przy którymś z nas le­gi­ty­ma­cję służ­bową lub dowód na praw­dziwe na­zwi­sko.

- Mo­gli­by­ście skła­mać, że to są fał­szywki dla zmy­le­nia po­li­cji...

- Jest pan sprytny, Ra­fal­ski. Jest szansa, że wyj­dzie pan z tego wszyst­kiego żywy.

Szy­mon nie czuł się spe­cjal­nie po­cie­szony sło­wami po­li­cjanta. Ad­re­na­lina w jego ciele jesz­cze nie opadła. Ile czasu zaj­muje doj­ście do sie­bie, kiedy już ktoś żegnał się z ży­ciem? Dzien­ni­karz jesz­cze tego nie wie­dział, ale kiedy za­uwa­żył, że mi­mo­wol­nie trzęsą mu się dło­nie, wsu­nął je do kie­szeni bluzy.

- Jak mam się do was zwra­cać? - za­py­tał, od­zy­sku­jąc dzien­ni­kar­ski zmysł zbie­ra­nia in­for­ma­cji.

- Mo­żesz mi mó­wić Da­rek. To jest Smok, a to Chyży - od­parł męż­czy­zna, skinąwszy ko­lejno na kum­pli. - Na­sze praw­dziwe imiona i na­zwi­ska mu­szą po­zo­stać ano­ni­mowe. Im mniej o nas wiesz, tym le­piej dla cie­bie.

Szy­mon wąt­pił, że ano­ni­mo­wość po­li­cjantów miała za­osz­czę­dzić mu pro­blemów. Sta­wiał ra­czej na to, że chro­nili sa­mych sie­bie. Nie miał w tej spra­wie nic do ga­da­nia. Bę­dzie mu­siał grać na dwa fronty.

Za­do­wa­lać Ce­głę i Zim­nego i brać za to pie­nią­dze, to jedno. Ale do­no­sić na nich przy­kryw­kow­com to był już cał­kiem inny in­te­res.

Gdy sza­le­jąca w jego ciele ad­re­na­lina nieco opa­dła, po­czuł ból nad okiem. Do­tknął skroni, a ta oka­zała się roz­cięta. Na pal­cach zo­stała mu cie­pła krew.

Chyży, który jesz­cze kilka mi­nut temu bru­tal­nie po­trak­to­wał dzien­ni­ka­rza, szar­piąc go i po­nie­wie­ra­jąc, przy­glą­dał mu się te­raz ze spo­ko­jem i uwagą. Jego po­tężne ciało oraz łysy łeb ro­biły z niego nie­przy­stęp­nego czło­wieka, którego nie chcia­łoby się spo­tkać nocą na pu­stej dro­dze. Kiedy Da­rek i Smok od­da­lili się w stronę swo­jego wozu, Chyży klep­nął Szymona w ra­mię i za­dzi­wia­jąco ła­god­nym gło­sem po­wie­dział:

- Sorry za brak sub­tel­no­ści.

- Nie szko­dzi - od­parł dzien­ni­karz.

Co miał od­po­wie­dzieć fa­ce­towi, który wcze­śniej wywlókł go z sa­mo­chodu i roz­ciął skroń po­tęż­nym cio­sem?

Szy­mon od­zy­skał klu­czyki do wła­snego che­vro­leta. Od­pa­lił sil­nik i pod­krę­cił ogrze­wa­nie do mak­si­mum. Trzę­sły mu się już nie tylko dło­nie. Drżał na całym ciele. Do­piero te­raz zdał so­bie sprawę, że jest cały prze­mo­czony i uma­zany bło­tem. Na rę­ka­wie bluzy do­strzegł roz­dar­cie. Nie przy­wykł do by­cia fi­zycz­nie po­nie­wie­ra­nym. Naj­wy­raź­niej nie był tak szybki, jak za­wsze są­dził.

14

"Grzeczna dziew­czynka"

Wik­to­ria ob­słu­gi­wała każ­dej nocy kilku klientów. To nie było wiele. Kiedy przy­wieźli ją do Pol­ski, wy­ma­gali wię­cej - od kil­ku­na­stu do kil­ku­dzie­się­ciu klientów, a każ­dego mu­siała do­pro­wa­dzać do or­ga­zmu w kilka mi­nut, by wy­ro­bić normę.

Od­bie­gała urodą od prze­cięt­nych dziew­czyn i bar­dzo do­brze mówiła po pol­sku, przez co szybko wzbu­dziła za­in­te­re­so­wa­nie bar­dziej wy­ma­ga­ją­cych klientów. Szef ścią­gnął ją z ulicy, żeby zro­bić z niej eks­klu­zywną pro­sty­tutkę. Je­den klient gotów był za­płacić za spę­dzoną z nią noc tyle, ile w prze­szłości płaciło kil­ku­na­stu męż­czyzn łącz­nie.

Na po­czątku są­dziła, że to zmiana na lep­sze, jed­nak dość szybko stra­ciła tę pew­ność. Męż­czyźni, któ­rzy pła­cili wię­cej, mieli także więk­sze ocze­ki­wa­nia. Prze­waż­nie są­dzili, że za taką cenę Wik­to­ria staje się ich wła­sno­ścią, przy­naj­mniej na jedną noc. I trak­to­wali ją jak wła­sność, choć mimo wszystko nie­wiele wartą. Wolno im było ude­rzyć, dyk­to­wać za­sady, a ona nie miała prawa ni­czego im od­mó­wić.

Kiedy jesz­cze pra­co­wała na ulicy, gdzie nie­raz po­ja­wił się klient brudny lub od­ra­ża­jący, rzu­cała cenę tak wy­soką, że męż­czy­zna od razu re­zy­gno­wał. Od­jeż­dżał w po­szu­ki­wa­niu bar­dziej zde­spe­ro­wa­nej dziew­czyny. Jako eks­klu­zywna pro­sty­tutka nie miała już nic do po­wie­dze­nia. Targu do­bi­jano bez jej udziału. Fa­cet płacił z góry okre­śloną przez bur­del­mamę cenę, a dziew­czyna prze­ka­zy­wała całość swoim wła­ści­cie­lom. Czy klient był młody czy stary, przy­stojny czy ob­le­śny, sam czy z ko­legą, to wszystko nie miało zna­cze­nia. Li­czyła się wy­łącz­nie za­war­tość jego port­fela.

Wik­to­ria mie­wała roz­ma­itych klientów. Po­dej­rze­wała, że niektórzy z nich byli zna­nymi lub wpły­wo­wymi ludźmi. Nie wie­działa tego na pewno. Dziew­czyny nie miały do­stępu do te­le­wi­zora, ga­zet i In­ter­netu. Im mniej wie­działy o świe­cie ze­wnętrz­nym, tym le­piej dla ich wła­ści­cieli. Klienci ni­gdy się nie przed­sta­wiali. Po­da­wali tylko ja­kieś imię lub przy­do­mek. Je­den ka­zał się na­zy­wać Ja­me­sem, drugi ta­tuś­kiem, trzeci pa­nem, czwarty pre­ze­sem. Jak który lu­bił. Wielu wra­cało.

Wik­to­ria nie miała sta­łych go­dzin pracy, ale naj­wię­cej spo­tkań pla­no­wano wie­czo­rem i nocą. Dwie noce w ty­go­dniu spę­dzała ze sta­łymi klien­tami. Znała ich już od mie­sięcy, lecz wie­działa o nich tyle co nic. Znała ich ciała, prze­wi­dy­wała re­ak­cje. Wie­działa, co lu­bili i jak lu­bili. Kilka ty­go­dni temu je­den z nich za­po­mniał ścią­gnąć z palca ob­rączkę. Na jej wi­dok Wik­to­ria po­czuła się dziw­nie. Nie miała po­ję­cia dla­czego, prze­cież wie­działa, że nie­któ­rzy klienci mają żony. A jed­nak po­czuła się na­rzę­dziem bar­dziej niż za­zwy­czaj. Po­czuła się rze­czą.

Tam­tego wie­czoru wy­ko­ny­wała ostat­nie już po­ciągnięcia tu­szem do rzęs, kiedy otwo­rzyły się drzwi. Wszyst­kie obecne w po­koju dziew­czyny spoj­rzały w ich kie­runku, ale żadna nie chciała usły­szeć swo­jego imie­nia.

- Wiki, "ta­tuś" na cie­bie czeka - po­wie­działa pięć­dzie­się­cio­let­nia Dag­mara, bur­del­mama o krą­głych kształ­tach i wą­skich, po­ma­lo­wa­nych czer­wie­nią ustach.

Dziew­czyna prze­łknęła ślinę z gry­ma­sem na twa­rzy. Zła­pała to­rebkę, w któ­rej miała na­wil­żane chu­s­teczki, pre­zer­wa­tywy, za­pa­sowe majtki oraz szminkę do ust. Wię­cej nie po­trze­bo­wała.

Spo­tkań z "ta­tuś­kiem" nie zno­siła w szcze­gólny spo­sób. Męż­czy­zna skry­wa­jący się za tym przy­dom­kiem wy­da­wał się jej do bólu od­ra­ża­jący. Był tłu­stym, brzyd­kim fa­ce­tem o owło­sio­nym ciele i za­pa­chu, od któ­rego zbie­rało się jej na wy­mioty.

Wik­to­ria wie­działa, że uży­wa­nie zbyt du­żej ilo­ści moc­nych per­fum było nie­wska­zane. Nada­wało się na po­cząt­kowe łowy, ale pod­czas re­gu­lar­nych spo­tkań przy­spa­rzało klien­tom kło­po­tów. Za­pach per­fum mógł utrwa­lić się w ich sa­mo­cho­dach lub na ubra­niu i zo­stać szybko wy­wą­chany przez żony. Dziew­czyna spoj­rzała na swoje smutne od­bi­cie w lu­strze. Kie­dyś była piękna. Te­raz na­wet pod war­stwą pu­dru do­strze­gała brzy­dotę, znisz­cze­nie, roz­kład. Zde­gu­sto­wana, smutna i zła za­ra­zem, chwy­ciła sto­jący przed nią fla­kon, spry­skała ciało do­dat­kową por­cją per­fum i ru­szyła za bur­del­mamą.

Jak za­wsze przy spo­tka­niach z "ta­tuś­kiem" przy­po­mniała so­bie o wła­snym bied­nym ojcu, który ko­chał ją po­nad wszystko. "Ta­tu­siek", który pła­cił za seks z cu­dzą córką, lu­bił od­gry­wać rolę ojca. Nie miała po­ję­cia, czy ten czło­wiek miał wła­sne dzieci, ale je­śli tak, to współ­czuła im z głębi serca. Pod­czas sto­sunku na­zy­wał ją "dziew­czynką" albo "córeczką" i wy­da­wał się cał­kiem swo­bodny, na­tu­ralny w od­gry­wa­nej roli. Wik­to­ria, kiedy tylko mo­gła, od­wra­cała się od niego i wy­sta­wiała po­śladki. Wo­lała na niego nie pa­trzeć. Wolała, żeby nie wi­dział jej ka­mien­nej, po­zba­wio­nej wy­razu twa­rzy. To mo­głoby się nie spodo­bać i klien­towi, i bur­del­ma­mie. Oboje wy­ma­gali od niej więk­szego za­an­ga­żo­wa­nia.

Kiedy ko­bieta od­pro­wa­dziła ją do sa­mo­chodu, w którym cze­kał ochro­niarz, zła­pała rękę Wik­to­rii i wy­szep­tała:

- "Ta­tu­sia" bę­dziemy eli­mi­no­wać z gry.

Dziew­czyna po­czuła w dłoni coś twar­dego. Spoj­rzała na przed­miot. Był to pla­sti­kowy po­jem­ni­czek.

- Igor cię zawie­zie. Jak za­ła­twisz spermę, puść mu sy­gnał. Przyj­dzie po po­jem­nik, a "ta­tu­siowi" po­wiesz, że ktoś po­my­lił po­koje. Reszta ma być jak za­wsze, ro­zu­miesz?

Wik­to­ria przy­tak­nęła i scho­wała po­jem­ni­czek do to­rebki.

- Grzeczna dziew­czynka.

Przy­naj­mniej dzi­siaj bę­dzie mo­gła sku­pić się na spe­cjal­nym za­da­niu, które wy­maga sprytu oraz pre­cy­zji. "Eli­mi­no­wa­nie" klienta spra­wiało jej po­nie­kąd sa­tys­fak­cję. Choć przez mo­ment mo­gła po­czuć, że ma kon­trolę zarówno nad czymś, jak i nad kimś. Myśl, że nie mo­gła kon­tro­lo­wać ani sa­mej sie­bie, ani wła­snych spraw, na­peł­niała ją go­ry­czą.

Scho­wała po­jem­nik do to­rebki i na­gle oczyma wy­obraźni zo­ba­czyła twarz mło­dego dzien­ni­ka­rza. Jego uśmiech, tro­skliwe spoj­rze­nie. Przez jedną krótką chwilę po­czuła się wtedy do­strze­żona. Zo­ba­czył ją. Na­prawdę ją zo­ba­czył. A po­tem w jego oczach za­go­ścił strach i gniew, bo wszystko to, co do­strzegł, oka­zało się fał­szem.

15

"Cza­sami trzeba za­płacić za in­for­ma­cje"

Wspo­mnie­nie wczo­raj­szego wie­czoru za­ata­ko­wało Szy­mona za­raz po prze­bu­dze­niu, wraz z bólem niektórych par­tii ciała. Miał roz­le­głego si­niaka na ra­mie­niu od upadku na as­falt i obite ko­lano od ude­rze­nia o ko­rzeń drzewa. Te pa­miątki ze spo­tka­nia z przy­kryw­kow­cami mógł ukryć pod ubra­niem. Go­rzej z si­nia­kiem i roz­cię­ciem na skroni. Opu­chli­zna ze­szła, ale trudno było nie za­uwa­żyć fio­le­to­wego placka na twa­rzy. Jed­nak za­cho­wał ży­cie. To było naj­waż­niej­sze.

W re­dak­cji po­ja­wił się przed dzie­wiątą i od razu usły­szał swoje imię krzy­czane przez dy­rek­tora działu.

- Mam dla cie­bie ide­alny te­mat! - oznaj­mił pod­eks­cy­to­wany Grze­gorz Szul­ski. Jed­nak gdy spoj­rzał na twarz swo­jego dzien­ni­ka­rza, jego za­do­wo­le­nie szybko zmie­niło się w kon­ster­na­cję. - Co się stało?

- Cza­sami trzeba słono za­płacić za in­for­ma­cje - od­parł Ra­fal­ski.

Szul­ski wy­buch­nął śmie­chem.

- Jaj­carz z cie­bie, Szy­mek! - stwier­dził. - Prze­cież wiem, że kto jak kto, ale ty nie da­jesz się obi­jać po tej swo­jej pięk­nej buźce! Przy­znaj, że znowu ja­kaś lala ci przy­dzwo­niła! Do­sko­nale pa­mię­tam, jak kie­dyś przy­sze­dłeś do ro­boty z wy­raź­nym od­ci­skiem łapki na gę­bie - do­dał. - Tym ra­zem nie pa­dło z li­ścia, co? Nie za­py­tam na­wet, czym so­bie na to za­słu­ży­łeś!

Szy­mon nie po­ku­sił się, by prze­rwać sze­fowi mo­no­log, który wy­raź­nie przy­no­sił Szul­skiemu ra­dość. Uśmiech­nął się tylko nie­mrawo, jakby szef przy­ła­pał go na nie­win­nym kłam­stwie, i wszedł za nim do biura.

- Wra­cajmy do spraw waż­niej­szych - rzu­cił po chwili Szul­ski i usiadł w biu­ro­wym fo­telu.

Dzien­ni­karz za­mknął za sobą drzwi, jed­nak nim zdą­żył usiąść, pa­dło py­ta­nie:

- Jak tam te­mat pro­sty­tu­cji? Masz już go­towy drugi tekst? Do­ko­pa­łeś się do bru­dów?

- Mó­wi­łem już, że ta­kie sprawy wy­ma­gają czasu. Mu­szę wy­pra­co­wać kon­takty, zbu­do­wać o so­bie ja­kąś le­gendę w śro­do­wi­sku, zdo­być za­ufa­nie in­for­ma­tora... Jest wolno, ale po­rząd­nie. Może też być szybko, ale z fa­ka­pem - po­wie­dział Szy­mon, zer­ka­jąc na szefa zna­cząco.

Grze­gorz Szul­ski jed­nak nie przy­kla­snął jego pew­no­ści sie­bie. Mruk­nął coś pod no­sem i szybko od­parł:

- To jest dzien­nik, Szy­mek! Dzien-nik. To zna­czy, że co-dzien-nie na ła­mach ga­zety musi się zna­leźć coś nie­sa­mo­wi­tego! Nie usta­la­li­śmy, że star­tuje dział śled­czy, ale jest dział in­for­ma­cyjny, w któ­rym po­da­jemy in-for-ma-cje.

Szy­mon ugryzł się w ję­zyk. Z tru­dem zno­sił kry­tykę pod swoim ad­re­sem, a to, że Szul­ski trak­to­wał go cza­sami jak opóź­nio­nego w na­uce ucznia, szcze­gól­nie dzia­łało mu na nerwy.

Wle­pił wzrok w pod­łogę i cze­kał, aż re­dak­tor się wy­gada. Po chwili szef ode­tchnął i do­dał już spo­koj­niej:

- Do­brze, skoro chcesz pro­wa­dzić so­bie śledz­two, to pro­wadź, ale jed­no­cze­śnie mu­sisz do­star­czyć mi ma­te­riał na inny te­mat. Zaj­miesz się ko­rup­cją w Mi­ni­ster­stwie Zdro­wia. To cał­kiem w twoim kli­ma­cie.

- W moim kli­ma­cie?

- Przez rok wał­ko­wa­łeś po­li­tykę, prawda? Znasz już jed­nego i dru­giego mi­ni­stra, po­słów z róż­nych par­tii...

- Wolałbym sprawy kry­mi­nalne...

- A masz ja­kieś?

- Jesz­cze nie.

- Po­ga­damy, jak bę­dziesz coś miał. Tym­cza­sem łapówki w mi­ni­ster­stwie niech nie po­zwolą ci w nocy za­snąć! - Za­tarł dło­nie jak li­chwiarz.

Ra­fal­ski przy­tak­nął, mie­ląc w ustach nie­wy­po­wie­dziane słowa. Z po­koju szefa wy­szedł z to­wa­rzy­szą­cym mu nie­wy­god­nym po­czu­ciem nie­mocy. Nie zno­sił, kiedy inni mówili mu, co ma ro­bić, a ostat­nio tylko tego do­świad­czał. Z jed­nej strony miał być nie­po­kor­nym dzien­ni­ka­rzem, z dru­giej po­słusz­nym pra­cow­ni­kiem. Miał pi­sać na zle­ce­nie jed­nego, a do­no­sić o wszyst­kim dru­giemu. Za­czy­nał się w tym wszyst­kim gu­bić, czuł, że traci kon­trolę nad rze­czy­wi­sto­ścią i to ona te­raz za­czyna wy­ma­chi­wać nim jak pa­cynką.

16

"Już czas"

Po spo­tka­niu z "ta­tu­siem" Wik­to­ria jak zwy­kle czuła się zdo­ło­wana. Próbo­wała za­snąć. Po pro­stu za­snąć, ale z ja­kie­goś po­wodu nie mo­gła. Czę­sto cier­piała na bez­sen­ność, jed­nak Dag­mara nie zgo­dziła się na za­kup moc­niej­szych leków na­sen­nych.

Bur­del­mama trzy­mała me­dy­ka­menty pod klu­czem. Je­żeli któraś z dziew­czyn cze­goś po­trze­bo­wała, do­sta­wała pigułkę pro­sto do ust i ły­kała ją na oczach Dagi. Ist­niało prze­cież ry­zyko, że ta­bletki uzbie­rane i po­łknięte w du­żych ilo­ściach staną się furtką do de­spe­rac­kiej ucieczki.

Kilka lat temu jedna z dziew­czyn cier­piała na chro­niczną bez­sen­ność. Przy­cho­dziła co parę dni po ta­bletki i do­sta­wała je do ręki. Prze­cho­wy­wała je, a ze­braw­szy pełną garść, połknęła wszyst­kie jed­no­cze­śnie, ser­wu­jąc so­bie sen wieczny. Od tam­tej pory skoń­czyło się wy­da­wa­nie pi­gu­łek do ręki.

W me­dycz­nej skrzynce Dag­mary znaj­do­wały się głów­nie trzy ro­dzaje leków: prze­ciwbólowe, na­senne i "dzień po". Wszyst­kie po­da­wano bez tro­ski o zdro­wie i skutki uboczne, wy­łącz­nie dla za­pew­nie­nia uży­tecz­no­ści pra­cow­nic - nie­wol­nic.

Oka­zjo­nal­nie prze­pro­wa­dzano ba­da­nia le­kar­skie, a świad­czący je dok­tor brał nie­mały plik pie­nię­dzy za trzy­ma­nie ję­zyka za zę­bami. Zda­rzało się też, że do pliku do­łą­czano po­gróżkę utraty zdro­wia lub ży­cia. Jedno w po­łą­cze­niu z dru­gim gwa­ran­to­wało dys­kre­cję.

Dzięki tym ba­da­niom agen­cja mo­gła za­pew­niać klien­tów o zdro­wiu i czy­sto­ści swo­ich dziew­czyn. Jed­nak w tej naj­star­szej branży świata nikt nie po­my­ślał, by ba­dać rów­nież klien­tów.

Je­żeli któ­raś za­ra­ziła się od klienta cho­robą we­ne­ryczną, prze­no­szono ją ni­czym zu­żyty me­bel w inne miej­sce, gdzie seks mógł od­by­wać się je­dy­nie z pre­zer­wa­tywą.

Bar­dziej prze­zorni, nie­ufni klienci za­wsze ich uży­wali. Jak "ta­tuś". Jego nie­uf­ność była jed­nak po­wierz­chowna i na­iwna. Koń­czył sto­su­nek, opa­dał swoim spo­co­nym ciel­skiem na łóżko, po czym szybko za­sy­piał, chra­piąc jak wół. Jego le­ni­stwo oraz roz­pu­sta spra­wiły, że dro­go­cenne na­sie­nie wpa­dło w ręce wła­ści­cieli Wik­to­rii i zo­stało pie­czo­ło­wi­cie scho­wane w za­bez­pie­cza­ją­cych je wa­run­kach. Tak samo jak na­sie­nie Szy­mona.

Wik­to­ria chciała za­snąć. Po­łknęła ta­bletkę, po czym wy­wa­liła przed Dag­marą ję­zyk, pre­zen­tu­jąc pu­stą bu­zię. Wy­ką­pała się, po­ło­żyła po­duszkę na głowę i za­mknęła oczy. Po kilku mi­nu­tach za­snęła twar­dym snem.

Przy­śnił się jej dzien­ni­karz. Sie­dzieli ra­zem w ba­rze, trzy­ma­jąc się za ręce. Je­den nie­winny do­tyk był wart o wiele wię­cej niż wszyst­kie inne. Jego spoj­rze­nie na­peł­niało ją mi­ło­ścią oraz tro­ską, ale rów­nież stra­chem. Wie­działa, że skrywa przed nim ta­jem­nicę, któ­rej ujaw­nie­nie za­koń­czy wszystko, co piękne. Bli­skość za­mieni się w nie­na­wiść, a czu­łość w obo­jęt­ność.

Obu­dziło ją na­głe szarp­nię­cie za rękę i wy­mie­rzony po­li­czek. Za­czer­wie­niona skóra pa­liła ogniem. Wik­to­ria otwo­rzyła za­spane oczy.

- Już czas, mała - po­wie­dział męż­czy­zna o czar­nych jak dwie stud­nie oczach.

Miał na imię Igor i mó­wiono, że był ochro­nia­rzem. Trudno stwier­dzić, kogo miał ochra­niać, ale za­pewne cho­dziło o ochronę in­te­re­sów. Dziew­czyny się go bały. Miał przy­zwo­le­nie, żeby je krzyw­dzić, gdy uznał to za uza­sad­nione.

Przy­su­nął so­bie krze­sło do jej łóżka i na­chy­lił się. Jego od­dech śmier­dział al­ko­ho­lem. Wie­działa, co ją czeka, wie­działa, co z nią zro­bią. Z chę­cią sama na­pi­łaby się te­raz cze­goś moc­niej­szego, żeby cho­ciaż tro­chę się znie­czu­lić. Nie mo­gła jed­nak ani wy­pić al­ko­holu, ani wcią­gnąć kre­ski. Ta­kie były za­sady, kiedy pla­no­wali zło­żyć za­wia­do­mie­nie o gwał­cie.

Przy drzwiach stał Ce­gła. Przy­glą­dał się wszyst­kiemu ze sto­ic­kim spo­ko­jem. Mil­czał.

- Usta­limy te­raz, co po­wiesz psom, zgoda? - za­czął Igor.

Wik­to­ria przy­tak­nęła. Sie­działa na łóżku z pod­kur­czo­nymi no­gami i pa­trzyła na niego nie­przy­tom­nym wzro­kiem.

- Już się obu­dzi­łaś, czy mam trzep­nąć jesz­cze raz?

- Nie śpię. Mo­żesz mó­wić - za­pew­niła, sta­ra­jąc się, by jej głos brzmiał jak naj­bar­dziej przy­tom­nie.

Igor uśmiech­nął się. Nie był to jed­nak uśmiech ra­do­ści, ale sa­tys­fak­cji z ist­nie­ją­cego układu. Miał pełną wła­dzę nad jej lo­sem i mógł z nią zro­bić, co­kol­wiek mu się po­do­bało, a ona nie miała prawa się po­skar­żyć. Bę­dzie go słu­chała z uwagą, a po usta­le­niu od­po­wied­niej wer­sji zda­rzeń po­zwoli, by za­dał jej jesz­cze kilka cio­sów, za­ci­snął mocno łapy na jej nad­garst­kach, gwał­cił ją, a na­stęp­nie umie­ścił w niej na­sie­nie nie­wy­god­nego klienta. Po tym wszyst­kim obo­lała i po­ni­żona po­je­dzie na ko­mi­sa­riat, by po­wtó­rzyć po­li­cji wszystko, co jej po­wie­dział. Nie po­mi­ja­jąc ni­czego i nie do­da­jąc ni­czego od sie­bie.

17

"Bę­dziesz jed­nym gło­sem roz­sądku"

Szy­mon Ra­fal­ski to­nął. Z tru­dem ła­pał każdy ko­lejny od­dech. To­nął we wła­snych my­ślach, stra­chu i gnie­wie. Nic nie szło po jego my­śli. Od­krę­cił wodę w ła­zience i za­czął prze­my­wać twarz. Od­kąd przed­ło­żył za­wo­dowy suk­ces nad przy­jaźń z aspi­ran­tem Ro­ber­tem Ba­czu­kiem, wszystko za­częło je­chać w dół stromą, wy­bo­istą drogą. Wy­ma­rzył so­bie za­wrotną ka­rierę dzien­ni­kar­ską, a tym­cza­sem pra­co­wał dla mar­nej ga­zety co­dzien­nej, której ty­tuł wzbu­dzał po­wszechną nie­chęć, pisał zle­cone przez ban­dziorów ar­ty­kuły i ule­gał po­ku­som, co po­sta­wiło go na z góry prze­gra­nej po­zy­cji. Nie był bo­gaty i nie­za­leżny. Nie był też sza­no­wany czy po­dzi­wiany. Był w po­trza­sku. Miał w ży­ciu dwóch od­da­nych mu przy­ja­ciół. Kac­pra Cha­ber­skiego i Ro­berta Ba­czuka, który do­cho­dził do zdro­wia w szpi­talu. Wsty­dził się odsłonić swoje pro­blemy przed tym pierw­szym, a dru­giemu... wo­lał na­wet nie po­ka­zy­wać się na oczy.

Zimna woda schło­dziła nieco roz­go­rącz­ko­wane od emo­cji czoło. Szy­mon za­ci­snął dło­nie na brzegu umy­walki i po­woli za­czerp­nął po­wie­trza. Raz... drugi... trzeci... Po chwili jego od­dech za­czął się wyrówny­wać, a serce bić spo­koj­niej. To byłby kiep­ski mo­ment na utratę kon­troli nad wła­snym ciałem i głową.

Spoj­rzał na męż­czy­znę w lu­strze. Po jego twa­rzy spły­wały kro­ple wody, obie­ra­jąc trudną do prze­wi­dze­nia drogę przez wy­so­kie czoło, pro­sty nos, zbie­ga­jąc się do kan­cia­stej żu­chwy i podbródka z bruzdą. Przy­po­mi­nał swo­jego ojca. Prze­bie­głego Ta­de­usza Ra­fal­skiego, który bez­względ­nie usu­wał wszel­kie prze­szkody, sta­jące mu na dro­dze do celu.

Osu­szył twarz ręcz­ni­kiem pa­pie­ro­wym. Te­raz mu­siał po­le­gać na swoim do­świad­cze­niu i oso­bo­wo­ści. Mu­siał być wni­kli­wym dzien­ni­ka­rzem i zro­bić to, o co pro­sił go szef działu kra­jo­wego. Te­mat ko­rup­cji w Mi­ni­ster­stwie Zdro­wia był i tak lep­szy od pe­anu na cześć pro­sty­tu­cji. Wy­szedł z ła­zienki i na­po­tkał sze­roki uśmiech asy­stentki rzecz­nika Mi­ni­ster­stwa Zdro­wia.

- Pan rzecz­nik może już pana przy­jąć - po­wie­działa uprzej­mym to­nem i po chwili do­dała: - Ży­czy pan so­bie kawy?

- Nie, dzię­kuję - od­parł Ra­fal­ski, otwie­ra­jąc drzwi ga­bi­netu.

Rzecz­nik przy­wi­tał go uśmie­chem i moc­nym uści­skiem dłoni.

- Nie mam za wiele czasu - za­czął. - Do­myślam się, że przy­sze­dłeś w spra­wie tych oskar­żeń... To wszystko bzdury.

- Pra­sowy wy­mysł pod dyk­tando opo­zy­cji?

- Wła­śnie. Wszyst­kiemu za­prze­czymy, po­prze­py­chamy się i sprawa szybko ucich­nie.

- Albo i nie, bo wi­dzisz, te "bzdury" nie wy­szły ze śro­do­wisk pra­so­wych, tylko po­li­tycz­nych - po­wie­dział. - Ktoś ma do­wody, że twój szef uto­pił pie­nią­dze w nie­zre­ali­zo­wa­nym pro­jek­cie, a pod po­wierzch­nią była jego pry­watna kie­szeń.

- Ha! Mocne słowa. Bar­dzo ob­ra­zowe - od­parł rzecz­nik, marsz­cząc ja­sne czoło. Po­ki­wał się tro­chę w swoim ob­ro­to­wym fo­telu, uważ­nie przy­glą­da­jąc się dzien­ni­ka­rzowi, i po chwili do­dał: - Lu­bię cię, Szy­mon, ale mu­szę po­sta­wić sprawę ja­sno. Twoja ga­zeta nie jest nam przy­chylna i ni­gdy nie była. Wiem, że twój szef roz­ma­wia z opo­zy­cją i stron­ni­czo pro­wa­dzi dział kra­jowy. Je­żeli za­grasz w tę brudną me­dialną grę, nie bę­dziemy wię­cej roz­ma­wiać.

- Bę­dziemy - od­parł Ra­fal­ski bez chwili wa­ha­nia, czym wy­wo­łał na twa­rzy rozmówcy gry­mas za­sko­cze­nia i nie­za­do­wo­le­nia.

Męż­czy­zna za­czerp­nął po­wie­trza i ostrym to­nem od­po­wie­dział:

- Za­wsze bra­łem twoją stronę, choć szef od­ra­dzał mi roz­mowy z tobą. Li­czy­łem na to, że bę­dziesz jed­nym gło­sem roz­sądku i wy­wa­że­nia w wa­szej re­dak­cji, ale nie po­doba mi się...

- Nie roz­ma­wiasz ze mną, bo ce­nisz moje opi­nie, tylko ze względu na mo­jego ojca - prze­rwał rzecz­ni­kowi Ra­fal­ski, pa­trząc mu pro­sto w oczy. - Do­sko­nale pa­mię­tam, jak przy­jeż­dża­łeś do na­szego domu. Wsia­da­li­ście ze sta­rym do je­epa i je­cha­li­ście ra­zem nad mo­rze, jak to mó­wił, "ro­bić in­te­resy". Nie wiem, co działo się w nad­mor­skim ho­telu, ale ko­le­żeń­stwo rzecz­nika mi­ni­ster­stwa z sze­fem nar­ko­ty­ko­wego gangu z pew­no­ścią za­in­te­re­suje opi­nię pu­bliczną. My­ślę, że za­cho­wało się wa­sze wspólne zdję­cie w na­szym pa­miąt­ko­wym ro­dzin­nym al­bu­mie.

Rzecz­nik się za­po­wie­trzył. Jego szczęka de­li­kat­nie za­drżała, jakby chciał coś po­wie­dzieć, ale bał się kon­se­kwen­cji wy­po­wie­dzia­nych słów.

Wi­bra­cja te­le­fonu w kie­szeni ukró­ciła nieco po­czu­cie sa­tys­fak­cji, ja­kie za­częło opa­no­wy­wać Szy­mona. Zer­k­nął na wy­świe­tlacz, ale gdy zo­ba­czył nie­znany mu nu­mer te­le­fonu, scho­wał ko­mórkę z po­wro­tem.

- Po­wiem ci tylko jedno, Szy­mon - wy­du­sił po chwili rzecz­nik. - Śledź pie­nią­dze, a do­wiesz się, co za­szło. Komu po­wie­rzono re­ali­za­cję pro­jektu i ile to rze­czy­wi­ście kosz­to­wało. Nic wię­cej nie po­wiem.

- Tyle na ra­zie wy­star­czy.

- Tyle wy­star­czy!

- Bę­dzie dy­mi­sja?

Rzecz­nik par­sk­nął i spró­bo­wał przy­sło­nić zmie­sza­nie nie­udol­nym uśmie­chem.

- Je­śli bę­dzie, to taka wy­glą­da­jąca na do­bro­wolną.

Szy­mon przy­tak­nął i wy­szedł, za­bie­ra­jąc ze sobą je­dy­nie do­my­sły. Coś jed­nak ugrał. Ja­kieś ni­kłe po­czu­cie wyż­szo­ści, które sta­no­wiło re­me­dium na do­zna­wane ostat­nio po­ni­że­nia.

Gdy tylko opu­ścił bu­dy­nek mi­ni­ster­stwa, jego te­le­fon za­wi­bro­wał po­now­nie i znów wy­świe­tlił się nie­za­pi­sany w pa­mięci nu­mer. Tym ra­zem dzien­ni­karz ode­brał i ku swemu za­sko­cze­niu usły­szał głos Ce­gły.

- Jest ro­bota, Szy­mek! Ale mu­sisz przy­je­chać te­raz. Prze­ślę ci ad­res SMS-em.

- Te­raz je­stem za­jęty - od­parł dzien­ni­karz, choć sam nie wie­rzył w sku­tecz­ność tego uniku.

- Masz być za pięt­na­ście mi­nut maks, ro­zu­miesz? Wy­ślę ci ad­res - za­rzą­dził Ce­gła i za­koń­czył po­łą­cze­nie.

Sta­wia­nie się, py­sko­wa­nie, cho­dze­nie wła­snymi ścież­kami były dla Szy­mona Ra­fal­skiego czymś cał­kiem na­tu­ral­nym. To, co ser­wo­wał mu Misz­tal et con­sor­tes, du­siło nie­po­korny cha­rak­ter dzien­ni­ka­rza. Mógł roz­gry­wać i pro­wo­ko­wać po­li­ty­ków, ile tylko chciał, ale nie mógł wy­ma­zać faktu, że sam rów­nież był roz­gry­wany, pro­wa­dzony na krót­kiej smy­czy. Prze­ły­ka­jąc gorzką po­rażkę, ru­szył pod otrzy­many ad­res.

18

"Dziew­czyna zo­stała wy­wie­ziona do lasu i zgwał­cona"

Lo­ka­li­za­cja, którą Szy­mon Ra­fal­ski otrzy­mał od Ce­gły, nie była ad­re­sem agen­cji w cen­trum mia­sta. Wręcz prze­ciw­nie. Dzien­ni­karz mi­nął ta­bliczkę z na­pi­sem: "War­szawa" już kilka mi­nut temu. Po­dą­żał przez pe­wien czas pu­stą pod­miej­ską drogą, aż wresz­cie na­wi­ga­cja ka­zała mu zje­chać w le­śną ścieżkę i po chwili oznaj­miła, że do­je­chał do celu.

Sta­nął pod be­to­no­wym ogro­dze­niem, tuż przed za­mkniętą sta­lową bramą, zwień­czoną czte­rema ka­me­rami, z których każda była skie­ro­wana w inną stronę.

Opu­ścił okno i na­ci­snął przy­cisk do­mo­fonu.

- Słu­cham? - ode­zwał się mdły głos z gło­śnika.

- Szy­mon Ra­fal­ski. Byłem umówiony z Tom­kiem Misz­ta­lem.

- Z ja­kim Tom­kiem?

- Misz­ta­lem.

- Sły­sza­łem. Py­tam, co to za je­den?

- No, Ce­gła. Byłem umówiony z Ce­głą.

- To nie firma bu­dow­lana.

- Do­myślam się, że nie. To­mek Misz­tal, ksywa Ce­gła, jest moim zna­jo­mym i ka­zał mi tu­taj przy­je­chać.

Chwila mil­cze­nia po dru­giej stro­nie pod­po­wia­dała Szy­mo­nowi, że wy­wo­łał za­mie­sza­nie w bu­dynku. W końcu mętny głos znowu przemówił z do­mo­fonu.

- Ja­kie ha­sło?

- Ha­sło? Nie do­sta­łem żad­nego ha­sła! Wy­słał mi ten ad­res SMS-em i ka­zał przy­je­chać. Je­śli go nie ma, to trudno.

Szy­mon prze­rzu­cił bieg na wsteczny i wtedy roz­legł się szczęk roz­su­wa­ją­cej się bramy. Do­mo­fon ode­zwał się po­now­nie, jed­nak te­raz roz­brzmiał bar­dziej zna­jo­mym, po­god­nym gło­sem Ce­gły.

- Ro­bią so­bie z cie­bie jaja. Wjeż­dżaj śmiało!

Za bramą uka­zał się bu­dy­nek. Nie był re­pre­zen­ta­tywny jak war­szaw­ska ka­mie­nica. Wy­glą­dał na wy­bu­do­wany po­spiesz­nie, bez szczególnej uwagi i za­an­ga­żo­wa­nia In­spek­to­ratu Nad­zoru Bu­dow­la­nego. Na par­te­rze miał dwa nie­wiel­kie okna, pię­tro z ko­lei było ich po­zba­wione. Na wy­dep­ta­nej wo­koło prze­strzeni stało kilka sa­mo­chodów. Same mer­ce­desy i be­emki. Cał­kiem nie­pa­su­jące do ob­skur­nego, po­dej­rza­nego oto­cze­nia.

Za­raz po tym, jak Szy­mon wy­siadł z sa­mo­chodu, Ce­gła wy­szedł mu na­prze­ciw. Ro­ze­śmiany od ucha do ucha, przy­wi­tał dzien­ni­ka­rza zbyt moc­nym klep­nię­ciem w plecy.

- Do­brze, że się wy­ro­bi­łeś. Mamy dość na­glącą sprawę - za­czął oględ­nie, roz­bu­dza­jąc cie­ka­wość dzien­ni­ka­rza.

- O co do­kład­nie cho­dzi?

- Do­wiesz się w środku. I nie za­da­waj za dużo py­tań. Po pro­stu zrób, co jest do zro­bie­nia. - Ce­gła wpro­wa­dził go do po­nu­rego wnę­trza.

Za­raz przy wej­ściu znaj­do­wał się po­kój speł­nia­jący chyba rolę dy­żurki. Sie­działo w nim kilku fa­ce­tów. Roz­ma­wiali gło­śno i ża­den z nich nie pa­trzył na roz­świe­tla­jące prze­strzeń mo­ni­tory.

- To jest ten nasz dzien­ni­karz? - za­py­tał je­den z męż­czyzn.

To jego "nasz dzien­ni­karz" wzdry­gnęło Szy­mo­nem, ale nie dał po so­bie po­znać nie­za­do­wo­le­nia. Już pa­trzyli na niego nie tyle, co jak na "swo­jego", ile na tego, który dla nich pra­cuje. Który im pod­lega.

Ce­gła nie wszedł jed­nak do po­miesz­cze­nia. Uśmiech­nął się je­dy­nie na uwagę ko­legi i po­dą­żył w kie­runku scho­dów. Gdy Szy­mon prze­cho­dził obok, zda­wało mu się, że po­śród męż­czyzn zo­ba­czył zna­jomą twarz i zna­jomą po­sturę. Nie za­mie­rzał się co­fać i za­glą­dać do po­koju, by na­brać pew­no­ści, je­dy­nie szep­nął:

- Ce­gła, tam w po­koju... Czy to nie jest Arek Ha­lecki?

- Kto?

- Ha­lecki! Pię­ściarz, oskar­żony kilka lat temu o za­bój­stwo prze­ciw­nika.

- Nie wiem, Szy­mek, może! Różni lu­dzie tu­taj przy­cho­dzą.

Wy­mi­ja­jąca od­po­wiedź Ce­gły nie prze­ko­nała go, jed­nak czuł, że drą­że­niem te­matu nic nie wskóra.

Ko­ry­tarz był ciemny, a schody po­zba­wione po­rę­czy. Szy­mon sta­rał się nie po­tknąć, ale i tak omal nie wy­wi­nął orła przy sa­mym szczy­cie scho­dów. Gdy do­tarli na pię­tro, uka­zał się przed nimi ko­lejny ko­ry­tarz. Po obu stro­nach było wiele drzwi, a wszyst­kie za­mknięte. Nie były opa­trzone ta­blicz­kami ani nu­me­rami, ale z pew­no­ścią skry­wały za sobą coś nie­le­gal­nego. Wro­dzona cie­ka­wość Szy­mona i we­wnętrzny przy­mus po­sia­da­nia wie­dzy o wszyst­kim i wszyst­kich miały zo­stać za chwilę za­spo­ko­jone, jed­nak nie mógł po­dej­rze­wać, że za­miast uspo­ka­ja­ją­cej kla­row­no­ści do­sta­nie por­cję nie­wy­god­nej in­for­ma­cji.

Kiedy tylko wszedł za Ce­głą do jed­nego z po­koi, skrzy­wił się na pa­nu­jący w nim za­duch. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że był to za­pach potu i spermy. Na me­ta­lo­wym łóżku sie­dział męż­czy­zna o prze­ro­śnię­tych bi­cep­sach kon­tra­stu­ją­cych ze sła­biej roz­bu­do­waną resztą ciała. Ura­czył ich znu­dzo­nym spoj­rze­niem, od­ry­wa­jąc uwagę od smart­fona. Po­miesz­cze­nie oświe­tlała za­wie­szona pod su­fi­tem ja­rze­niówka. Rze­czy­wi­ście, tak jak Szy­mon do­strzegł z ze­wnątrz, pię­tro było cał­kiem po­zba­wione okien. Nad drzwiami war­czał wen­ty­la­tor, który naj­wy­raź­niej nie zdo­łał jesz­cze oczy­ścić po­wie­trza.

Dzien­ni­karz wszedł głę­biej do po­koju i wtedy ją do­strzegł.

"Wik­to­ria".

Sie­działa na ka­na­pie pod ścianą. Nogi miała pod­kur­czone, bluzkę roz­dartą, a twarz po­si­nia­czoną. Krwa­wiła jej warga. Co­kol­wiek za­szło w tym po­koju, mu­siało się zda­rzyć cał­kiem nie­dawno. Ce­gła ob­rzu­cił tę nie­co­dzienną scenę obo­jęt­nym wzro­kiem i za­czął:

- To jest Igor, a Wiki już znasz. Sia­daj śmiało, ona nie gry­zie.

- Chyba że jej za­pła­cisz. - Igor chrząk­nął i uśmiech­nął się zna­cząco.

Na twarz Ce­gły rów­nież wy­stą­pił uśmiech, ale ani Szy­mo­nowi, ani dziew­czy­nie nie było do śmie­chu. Nie pod­no­siła spoj­rze­nia. Ga­piła się w pod­łogę i na­wet nie drgnęła, kiedy dzien­ni­karz usiadł obok niej na sa­mej kra­wę­dzi ka­napy.

- Co się stało? - za­py­tał nie­pew­nie, niby to Ce­głę, a niby Wik­to­rię.

Przy­po­mniał so­bie, że miał nie za­da­wać py­tań, ale ku jego zdzi­wie­niu Igor ode­zwał się pew­nym to­nem:

- Wik­to­ria pra­cuje w ga­le­rii sztuki przy Wil­czej w War­sza­wie. Tam ją po­zna­łeś kilka mie­sięcy temu i zo­sta­li­ście przy­ja­ciółmi. Pół go­dziny temu za­dzwo­niła do cie­bie za­pła­kana, pro­sząc, że­byś po nią przy­je­chał. Nie wie­działa, gdzie do­kład­nie jest, ale po­wie­działa, że przy tra­sie S7. Zna­la­złeś ją przy dro­dze w tym sta­nie. Była w szoku. Po­wie­działa tylko, że ktoś ją zgwał­cił, a gdy do­py­ty­wa­łeś, zdra­dziła ci, że to Ma­rek Recki, po­seł, i że­byś nic nie mówił ni­komu, bo to i tak nic nie po­może. Recki to wpły­wowy czło­wiek. Ale prze­ko­na­łeś ją, że nie może tego za­taić. Po­wie­dzia­łeś, że za­wie­ziesz ją na po­ste­ru­nek i nie opu­ścisz jej na krok. Bę­dziesz jej pil­no­wał, ro­zu­miesz? Za­wie­ziesz ją na ko­mi­sa­riat przy Płoc­kiej. Nie ja­kiś inny, tylko ten. Tam przy to­bie spi­szą jej ze­zna­nia, a po­tem za­biorą ją na ob­duk­cję. Masz cze­kać na nią przed drzwiami, a gdy bę­dzie po wszyst­kim, przy­wie­ziesz ją tu­taj z po­wro­tem, ja­sne?

Nic z tego, co tłu­ma­czył mu fa­cet, nie było dla Szy­mona ja­sne. My­śli ko­tło­wały się w jego gło­wie. Zer­k­nął na sie­dzącą obok Wik­to­rię. Nie do­strze­gał w niej wampa, z którym miał do czy­nie­nia kilka dni temu. W pełni stra­cił wy­czu­cie, która z oso­bo­wo­ści tej ko­biety jest bliż­sza prawdy. Jed­nego był pe­wien w stu pro­cen­tach: że sińce na jej twa­rzy były cał­kiem praw­dziwe i mu­siały bo­leć.

- Czuj się też za­chę­cony do na­pi­sa­nia ar­ty­kułu o tym, co usły­szysz z ust Wik­to­rii na ko­men­dzie - za­pew­nił Ce­gła z uśmie­chem. Wy­cią­gnął z kie­szeni ko­pertę i wrę­czył ją Szy­mo­nowi. - Tu­taj masz dzie­sięć ka­fli. Pięć za po­przedni tekst i pięć za ten, który na­pi­szesz. W środku jest też dowód oso­bi­sty dziew­czyny. Nie da­waj jej go. Szy­mon, czy ty na­dą­żasz za wszyst­kim? Mo­żemy na cie­bie li­czyć?

- Nie na­dą­żam w ogóle, ale ro­zu­miem, czego ode mnie ocze­ku­je­cie. Nie było żad­nego gwałtu, co?

- Jak to nie było?! - Igor ze­rwał się z miej­sca i zro­bił w kie­runku dzien­ni­ka­rza kilka kroków. - Nie wi­dzisz, czło­wieku, jak ona wy­gląda?!

- I to zro­bił tam­ten poseł?

- Nie za­da­waj za dużo py­tań, Szy­mek - przy­po­mniał mu Ce­gła i po­na­glił: - Bierz kasę.

Szy­mon pa­trzył przez chwilę na ko­pertę. Czuł, że kiedy ją weź­mie, coś się zmieni. Nie bę­dzie już ofiarą wy­mu­sze­nia i szan­tażu. Sta­nie się świa­do­mym wspól­ni­kiem. Spoj­rze­nie Ce­gły i tego dru­giego nie po­zo­sta­wiały mu wy­boru. Wziął ko­pertę i scho­wał ją do kie­szeni kurtki. Dawno już nie trzy­mał w rę­kach ta­kich pie­nię­dzy. Czy tego chciał, czy nie, ku­pili go.

- Jedź­cie już, póki ślady są świeże - po­wie­dział na ko­niec Ce­gła i otwo­rzył sze­roko drzwi.

Dziew­czyna mo­men­tal­nie wstała i ru­szyła na ko­ry­tarz. Nie­zmien­nie pa­trzyła w pod­łogę. Ręce owi­nęła so­bie wo­kół brzu­cha. Szy­mon po­dą­żył za nią, ale przy­sta­nął na mo­ment w drzwiach.

- Ona ma ja­kąś kurtkę, czy coś? Na dwo­rze jest zimno.

- Dziew­czyna zo­stała wy­wie­ziona do lasu i zgwał­cona. Nie ma kurtki - syk­nął Igor.

Wzbu­dzał w Szy­mo­nie szcze­gól­nego ro­dzaju od­razę. Jego bi­cepsy może i świad­czyły o sile, ale wcale nie gwa­ran­to­wały kon­dy­cji, tech­niki i szyb­ko­ści. Szy­mon nie miał wąt­pli­wości, że mógłby fa­ceta roz­ło­żyć. I zro­biłby to z nie­małą sa­tys­fak­cją.

Wik­to­ria nie ode­zwała się sło­wem. Nie spoj­rzała na Szy­mona na­wet prze­lot­nie. Zda­wać by się mo­gło, że ta­kim za­cho­wa­niem pró­bo­wała za­ma­sko­wać swoją obec­ność. Ale on ją do­strze­gał. Do­strze­gał ją co­raz wy­raź­niej. Gdzieś ule­ciała złość, którą do niej czuł, a mógł jej prze­cież wiele za­rzu­cić. Zwio­dła go, oszu­kała, ura­ziła jego mę­ską dumę i wy­ko­rzy­stała jego słaby cha­rak­ter.

Sam był so­bie wi­nien. Po­wi­nien był mieć się na bacz­no­ści. Cha­ber­ski go przed tym prze­strze­gał. Mówił, że stary Ra­fal­ski był uza­leż­niony od seksu. Po­li­cja ob­ser­wo­wała go na tyle długo, żeby po­znać prawdę nie tylko o jego ciem­nych in­te­re­sach, ale też o ciem­nych stro­nach jego du­szy.

Wik­to­ria trzę­sła się, sto­jąc przy sa­mo­cho­dzie. Wsia­dła, gdy tylko Szy­mon od­blo­ko­wał pi­lo­tem drzwi. Z ba­gaż­nika wy­cią­gnął bluzę. Dał ją dziew­czy­nie bez słowa. Wes­tchnął je­dy­nie i od­pa­lił sil­nik. Ci­che "dzię­kuję" pra­wie uto­nęło w jego war­ko­cie.

- Nie ma za co - od­po­wie­dział dzien­ni­karz ła­god­nie.

Ta z po­zoru nie­wiele wno­sząca wy­miana zdań wy­da­wała się zbu­rzyć ja­kiś dzie­lący ich mur. Jakby "dzię­kuję" zna­czyło również: "prze­pra­szam", a "nie ma za co" zna­czyło: "wy­ba­czam". Nie spo­dzie­wał się od Wik­to­rii prze­pro­sin. Dziew­czyna była je­dy­nie na­rzę­dziem w rę­kach pod­stęp­nych lu­dzi. Mło­tek nie bę­dzie prze­pra­szał, że za­dano nim śmier­telny cios. Mło­tek nie ma wła­snej woli. Wik­to­ria też jej nie miała.

19

"To tylko słowa"

Je­chali przez chwilę w mil­cze­niu. Przez ten czas Szy­mon za­sta­na­wiał się, jak roz­po­cząć roz­mowę z Wik­to­rią. Zda­wało mu się, że zna­lazł łą­czący ich punkt, ale nie miał pew­no­ści, czy mógł ob­da­rzyć ją za­ufa­niem. W my­śli wer­to­wał słowa jak ka­ta­log, ale wszyst­kie wy­da­wały się nie­od­po­wied­nie i błahe. Wstępy były zbędne, ob­szerne wy­ja­śnie­nia na­iwne, zwie­rze­nia ża­ło­sne. Za­ci­snął mocno dło­nie na kie­row­nicy i wy­krztu­sił:

- Każą ci kła­mać, prawda?

- To tylko słowa - od­parła, wle­pia­jąc spoj­rze­nie w szybę.

- Nie­prawda. Ktoś cię fi­zycz­nie skrzyw­dził, a oni każą ci oskar­żyć nie­win­nego czło­wieka.

- Ma­rek Recki nie jest nie­winny.

- Był klien­tem?

Mil­czała.

- Mo­żesz mi za­ufać.

- Tyle razy już to sły­sza­łam...

- Nie je­stem jed­nym z nich. Ro­bię, co mi każą, bo mają mnie w gar­ści. Nie mam wy­boru. Tak jak ty.

Nie prze­ko­nał jej. Do końca drogi nie za­mie­nili ze sobą ani słowa. Po kilku mi­nu­tach Szy­mon włą­czył ra­dio, zna­lazł sta­cję, w której było wię­cej mu­zyki niż ga­da­nia i za­czął for­mu­ło­wać w gło­wie tekst ar­ty­kułu o skan­da­licz­nym za­cho­wa­niu po­sła, który zgwał­cił i po­bił bez­bronną pra­cow­nicę ga­le­rii sztuki. Na­gle jego my­śli przy­brały formę ne­ga­tyw­nie na­ce­cho­wa­nych słów: kłam­stwo, oszu­stwo, prze­stęp­stwo. Miał wła­śnie wziąć udział w prze­stęp­stwie! Po­świad­czyć skła­da­nie fał­szy­wych ze­znań. Po­zo­sta­wało mu tylko mieć na­dzieję, że Ce­gła wy­star­cza­jąco do­brze to za­pla­no­wał i że Wik­to­ria do­pro­wa­dzi swoje kłam­stwa do mi­strzow­skiego po­ziomu.

Po­li­cjanci do­my­ślili się celu wi­zyty mło­dej ko­biety na ko­men­dzie, gdy tylko prze­kro­czyła próg. Oczy­wi­ście ob­rzu­cili też uważ­nymi spoj­rze­niami Szy­mona, ale je­żeli mieli w sto­sunku do niego ja­kieś po­dej­rze­nia, mu­sieli je szybko po­rzu­cić, bo dzien­ni­karz ogra­ni­czał się do ob­ser­wa­cji, mil­cze­nia i po­dą­ża­nia za Wik­to­rią, gdzie­kol­wiek ka­zali jej się udać.

Dziew­czyna, nie­skrę­po­wana jego obec­no­ścią, oświad­czyła, że chce, aby przy­ja­ciel był przy prze­słu­cha­niu. Za­pew­niła, że przy­je­chał, żeby ją wspie­rać, i usiadł­szy na krze­śle, chwy­ciła jego dłoń. Drgnął, ale nie za­brał ręki. Sie­dział przez chwilę, jakby był czę­ścią krze­sła.

- Pro­szę nam opo­wie­dzieć, co się stało. Do­kład­nie, ze szcze­gó­łami - oznaj­mił funk­cjo­na­riusz i usta­wił na bla­cie biurka te­le­fon z włą­czo­nym dyk­ta­fo­nem. Ten mały gest spra­wił, że Szy­mon prze­bu­dził się z le­targu. Nie był może spe­cja­li­stą od po­stę­po­wa­nia po­li­cji w ta­kich oko­licz­no­ściach, ale te­le­fon na stole nie pa­so­wał do reszty ob­razka.

Po­li­cjant po­pro­sił o do­wód dziew­czyny. Otrzy­maw­szy go od Szy­mona, wpi­sał jej dane do pro­to­kołu.

Wik­to­ria po­pa­trzyła na urzą­dze­nie tę­pym wzro­kiem i roz­po­częła swoją opo­wieść.

- Dzi­siaj rano, około ósmej, za­dzwo­nił do mnie klient ga­le­rii, w któ­rej pra­cuję. To jest ga­le­ria sztuki "Im­pre­sja". Kilka dni wcze­śniej ku­pił od nas ob­raz i za­te­le­fo­no­wał, żeby umó­wić się na jego od­biór. Za­pew­ni­łam, że zaj­miemy się do­star­cze­niem go pod wska­zany ad­res, ale upie­rał się, że sam go od­bie­rze. Kiedy przy­je­chał, ob­raz był już za­bez­pie­czony, na­szy­ko­wany do ode­bra­nia. Klient za­ła­do­wał go do sa­mo­chodu i po­wie­dział, że ma w swoim domu małą ko­lek­cję sztuki, a kilka ob­ra­zów chciałby wy­ce­nić i sprze­dać. Jest czę­stym by­wal­cem na­szej ga­le­rii, więc ufa­łam mu. Przy­naj­mniej do pew­nego stop­nia...

- Ufała pani na tyle, żeby z nim po­je­chać? - pod­su­nął dziew­czy­nie po­li­cjant.

Szy­mon ob­rzu­cił go ba­daw­czym spoj­rze­niem. Po­my­ślał, że je­śli sie­dzący na­prze­ciw niego funk­cjo­na­riusz nie jest na usłu­gach gangu, to kilka ostat­nich lat spę­dzo­nych na pracy dzien­ni­kar­skiej po­szło na marne.

- Tak. Za­pro­po­no­wał, że­bym z nim po­je­chała i rzu­ciła okiem na te ob­razy.

- Czy w ga­le­rii był ktoś jesz­cze, kto was wi­dział?

- Tak, była ko­le­żanka, Mar­tyna. Miała zo­stać i za­jąć się ga­le­rią, a ja po­je­cha­łam z klien­tem. Z po­czątku za­cho­wy­wał się nor­mal­nie. Je­cha­li­śmy do jego domu pod War­szawą. Opo­wia­dał o swo­jej ko­lek­cji, o sztuce. Póź­niej przy­glą­dał się... Ro­bił to bar­dzo na­chal­nie i po­czu­łam się nie­zręcz­nie. Ale ba­łam się ode­zwać.

- Może uznał mil­cze­nie za przy­zwo­le­nie.

- Nie wy­daje mi się - od­parła Wik­to­ria ostro i ob­rzu­ciła po­li­cjanta wro­gim spoj­rze­niem. - Po­ło­żył rękę na moim udzie i ści­snął mocno. Ode­pchnę­łam ją, mó­wiąc, że źle zro­zu­miał na­szą re­la­cję, i ka­za­łam się od­wieźć do ga­le­rii, ale on nie słu­chał. Po­wie­dział, że... jemu się nie od­ma­wia. Kiedy za­czę­łam krzy­czeć, że ma się za­trzy­mać i mnie wy­pu­ścić, zde­ner­wo­wał się. Zje­chał z drogi do lasu. Zwol­nił, ale za­nim sta­nął, ude­rzył mnie pię­ścią w twarz. Stra­ci­łam przy­tom­ność. Na­stępne, co pa­mię­tam, to drzewa nad moją głową i jego sa­pa­nie. Za­czę­łam się wy­ry­wać. Wtedy ude­rzył mnie drugi raz.

Szy­mon za­ci­snął dło­nie oraz oczy. Był wstrzą­śnięty my­ślą, że część z jej opo­wie­ści mu­siała być kłam­stwem, a część prawdą. Co było czym, nie miał po­ję­cia, ale pa­trzył na po­si­nia­czoną twarz dziew­czyny z prze­ra­że­niem.

- Zo­sta­wił mnie w tym le­sie i od­je­chał - kon­ty­nu­owała bez za­jąk­nie­nia. - Wtedy zo­rien­to­wa­łam się, że na­dal mam przy so­bie te­le­fon. Od razu za­dzwo­ni­łam do Szy­mona.

Po­li­cjant spoj­rzał na dzien­ni­ka­rza, a po­tem po­now­nie na Wik­to­rię.

- O któ­rej to było go­dzi­nie?

- O pięt­na­stej - od­parła szybko.

- Pan to po­twier­dza? - pa­dło te­raz py­ta­nie skie­ro­wane bez­po­śred­nio do Szy­mona.

Przy­po­mniał so­bie te­le­fon od Ce­gły z no­wego nu­meru, który spro­wa­dził go do pod­miej­skiego bu­dynku i roz­po­czął ten nie­praw­do­po­dobny spek­takl kłamstw.

- Tak. Tak wła­śnie było.

- Jak zna­lazł pan ko­le­żankę?

Szy­mon wy­pro­sto­wał plecy. Wziął głę­boki wdech.

- Po­wie­działa mi przez te­le­fon, któ­rędy je­chali. Jak zna­la­złem się na tra­sie przy le­sie, je­cha­łem bar­dzo wolno. Wik­to­ria stała przy dro­dze.

- Sta­łam przy dro­dze i pa­trzy­łam, czy nad­jeż­dża sa­mo­chód - po­twier­dziła dziew­czyna. - Czer­wo­nego che­vro­leta Szy­mona po­zna­łam z da­leka.

- Co pan po­my­ślał, wi­dząc ko­le­żankę?

- Co po­my­śla­łem? A co mo­głem po­my­śleć? - Przy­po­mniał so­bie mo­ment, w któ­rym zo­ba­czył ją w po­koju bez okien. Po chwili po­czuł na so­bie jej spoj­rze­nie. Od­wró­cił ku niej głowę i stwier­dził: - Nie po­zna­łem jej z po­czątku. Wik­to­ria jest piękną, pewną sie­bie ko­bietą, a przy szo­sie stała po­bita, spo­nie­wie­rana dziew­czyna w po­dar­tej bluzce. Trzę­sła się. Mil­czała.

- Roz­ma­wia­li­ście w sa­mo­cho­dzie o tym, co się stało?

- Nie. Nie chciała o tym roz­ma­wiać. Te­raz po raz pierw­szy sły­szę, co za­szło.

- A jed­nak chciała pani opo­wie­dzieć o wszyst­kim po­li­cji - oce­nił funk­cjo­na­riusz i po­pa­trzył na dziew­czynę wy­cze­ku­jąco.

- Z po­czątku nie - za­pew­niła Wik­to­ria. - Pan Recki jest wpły­wo­wym czło­wie­kiem. Ale Szy­mon po­wie­dział, że nie mogę się bać. Po­wie­dział, że je­śli ktoś mnie skrzyw­dził, mu­szę po­wie­dzieć prawdę. Ufam mu, więc je­stem.

- Recki?

- Ma­rek Recki. To on mnie po­bił i zgwał­cił.

Po­li­cjant przy­tak­nął i wy­łą­czył dyk­ta­fon w te­le­fo­nie.

- Tak się do­brze składa, że za kilka mi­nut bę­dzie u nas le­karz. Zbada pa­nią, prze­pro­wa­dzi ob­duk­cję. Pro­szę jesz­cze tu pod­pi­sać - po­wie­dział, pod­su­wa­jąc Wik­to­rii kartkę, na którą wcze­śniej wpi­sy­wał jej dane.

- Za­raz! - uniósł się Szy­mon. - Prze­cież to jest pro­to­kół... jak ma go pod­pi­sać, skoro nic pan nie za­pi­sał?!

Po­li­cjant spoj­rzał na niego w chwi­lo­wym osłu­pie­niu, a po­tem uśmiech­nął się uspo­ka­ja­jąco i wy­ja­śnił:

- Prze­cież na­gra­łem pani ze­zna­nie. Prze­pi­szę je na spo­koj­nie słowo w słowo, to za­osz­czę­dzi pani stresu...

- Na­grał pan pry­wat­nym te­le­fo­nem?! Prze­cież tak nie można, trzeba spi­sać, od­czy­tać, po­twier­dzić...

- Wszystko w po­rządku - wtrą­ciła spo­koj­nie dziew­czyna, po­now­nie kła­dąc lo­do­watą dłoń na przed­ra­mie­niu Szy­mona. - Pan sier­żant z pew­no­ścią wie, jak to po­winno wy­glą­dać. Ze­zna­nie jest na­grane - po­wtó­rzyła, ła­piąc za dłu­go­pis, i pod­pi­sała nie­mal pu­stą kartkę.

"Więc tak to się od­by­wało?" - po­my­ślał bez­rad­nie. Ku­piony świa­dek-dzien­ni­karz, ku­piony po­li­cjant, ku­piony le­karz, który wcale nie­przy­pad­kowo miał po­ja­wić się na ko­men­dzie. Wik­to­ria odło­żyła dłu­go­pis, a usa­tys­fak­cjo­no­wany sier­żant wstał od stołu.

- Po­cze­kaj­cie tu­taj. Spraw­dzę, czy le­karz już przy­je­chał.

Przez tę krótką chwilę, gdy Szy­mon i Wik­to­ria zo­stali sami, nie pa­dło ani jedno słowo. On tylko pa­trzył na nią ba­daw­czo. Na­dal pró­bo­wał ją roz­gryźć. Po­znać, gdzie leży prawda, gdzie fałsz. Za­czy­nał ro­zu­mieć, że dziew­czyna nie jest czę­ścią tego te­atru z wła­snej woli. Nie za­ra­bia kroci, nie ma żad­nych pra­cow­ni­czych praw dziew­czyny do to­wa­rzy­stwa. To, jak od­no­sił się do niej Ce­gła, jak trak­to­wał ją Igor o prze­ro­śnię­tych bi­cep­sach, zdra­dzało, że Wik­to­ria była nie­wol­nicą. Nie­wol­nicą na miarę współ­cze­snej cy­wi­li­za­cji.

Funk­cjo­na­riusz wró­cił po chwili z męż­czy­zną, który naj­wy­raź­niej był le­ka­rzem. Przy­wi­tał się pra­wie nie­wi­docz­nym ski­nie­niem głowy. Po­ło­żył na wol­nym krze­śle torbę, z któ­rej wy­cią­gnął apa­rat fo­to­gra­ficzny oraz kilka przy­rzą­dów me­dycz­nych.

Szy­mon ob­ser­wo­wał to całe przed­sta­wie­nie z nie­zmien­nym nie­do­wie­rza­niem.

- Myła się pani po tym in­cy­den­cie? - za­py­tał dok­tor bez cie­nia emo­cji w gło­sie.

- Nie - od­parła dziew­czyna.

- Czy ta­kie ba­da­nie nie po­winno od­być się w szpi­talu albo gdzieś... w ja­kimś czy­stym miej­scu? - wtrą­cił Szy­mon.

Jego słowa jak kom­pu­te­rowy wi­rus na­gle za­alar­mo­wały cały sys­tem. Le­karz się za­po­wie­trzył, a po­li­cjant ru­szył w stronę dzien­ni­ka­rza, oto­czył go ra­mie­niem i wy­pro­wa­dził z po­miesz­cze­nia.

- Wszystko jest tak, jak być po­winno. Naj­waż­niej­sze jest, żeby ba­da­nie prze­pro­wa­dzić spraw­nie, kiedy wszyst­kie ślady są jesz­cze świeże. Dziew­czy­nie nic nie bę­dzie, jest w do­brych rę­kach - po­wie­dział jakby au­to­ma­tycz­nie. Zo­sta­wił Szy­mona w ko­ry­ta­rzu, a sam wrócił do po­koju.

Po­zo­stało je­dy­nie cze­kać. Cze­kać i na­słu­chi­wać od­głosów do­bie­ga­ją­cych zza drzwi. Nie było ich wiele. Dźwięk fo­to­gra­ficz­nej mi­gawki. Szu­ra­nie krze­sła. Ci­che, trudne do roz­szy­fro­wa­nia słowa. Wy­mowna ci­sza, która przy­spie­szała bi­cie serca i zda­wała się ści­skać za gardło. Cze­kał, aż to wszystko się skoń­czy.

2

"Kon­takty to twoja naj­więk­sza war­tość"

Rok póź­niej

Sie­dzibę re­dak­cji ga­zety co­dzien­nej wy­peł­niały cha­otyczne stuk­nię­cia w kla­wia­turę kom­pu­tera, dźwięk dzwo­nią­cych te­le­fonów, szmery, roz­mowy i ha­łas roz­grza­nego do czer­wo­no­ści eks­presu do kawy. Szy­mon Ra­fal­ski prze­by­wał w tej ka­ko­fo­nii dźwięków każ­dego dnia, ale cho­ciaż były one stałą czę­ścią pracy, czymś cał­kiem na­tu­ral­nym, czę­sto go roz­pra­szały i iry­to­wały.

Mało kto igno­ro­wał z reguły spóź­nione po­ja­wie­nie się Ra­fal­skiego w re­dak­cji. Ko­le­dzy z pracy rzu­cali na po­wi­ta­nie jedno czy dwa słowa, jakby czuli się do tego zo­bo­wią­zani. Nie było ważne, czy go lu­bili, czy nie, nie li­czyło się też, czy do­brze go znali. Ra­fal­ski wy­ro­bił so­bie po­zy­cję, której do­strze­ga­nie i usza­no­wa­nie mo­gło każ­demu wyjść w przy­szło­ści na do­bre. Awans na szefa działu wi­siał w po­wie­trzu.

Szy­mon od­su­nął od ust ku­bek ze świeżo za­pa­rzoną kawą i za­czął prze­pi­sy­wać na kom­pu­ter spo­rzą­dzone ołów­kiem no­tatki, kiedy na brzegu biurka przy­siadł Grze­gorz Szul­ski - kie­row­nik działu kra­jo­wego. W dłoni trzy­mał po­ranną ga­zetę.

- Kiedy mo­żemy się spo­dzie­wać ko­lej­nej pe­tardy, re­dak­to­rze Ra­fal­ski? - po­wie­dział, a na jego bla­dej, nieco pu­cu­ło­wa­tej twa­rzy za­go­ścił szczery uśmiech.

Szy­mon spoj­rzał na niego z ukosa. Po­my­ślał, że ostat­nimi ar­ty­ku­łami na­bił so­bie sporo punktów u szefa, skoro ten ty­tu­ło­wał go "re­dak­to­rem Ra­fal­skim". W in­nych oko­licz­no­ściach nie by­wał na­wet Szy­mo­nem, a je­dy­nie Szym­kiem.

- Chyba nie prze­sa­dzę, je­śli po­wiem - kon­ty­nu­ował kie­row­nik - że twoje tek­sty o zabójstwie po­sła i gli­nia­rza przy­czy­niły się do spadku liczby zwrotów.

- Cie­szę się... - zmu­sił się do od­po­wie­dzi Szy­mon, ob­ra­ca­jąc ołó­wek mię­dzy pal­cami. Po­czuł silny skurcz w żo­łądku, wy­wo­łany wspo­mnianą przez na­czel­nego sprawą, za której opi­sa­nie słono za­pła­cił - utra­cił przy­jaźń Ro­berta Ba­czuka.

- Warto było trzy­mać sztamę z gli­nia­rzami, co? Tak, jak za­wsze mó­wi­łem, kon­takty to twoja naj­więk­sza war­tość! Mu­sisz je pie­lę­gno­wać.

- Z tym może być pro­blem...

- Tak, tak, sły­sza­łem - od­parł Szul­ski szybko i po­ło­żył swoją sze­roką dłoń na ra­mie­niu re­dak­tora. - Twój ko­lega, aspi­rant, tra­fił do szpi­tala. Wyj­dzie z tego?

- Le­ka­rze mówią, że tak, ale pew­nie szybko nie wróci do pracy.

- Na pewno wszystko bę­dzie do­brze. To tra­giczne, co go spo­tkało, ale mo­gło być o wiele go­rzej.

- Za­wsze może być go­rzej - przy­znał Szy­mon, uśmie­cha­jąc się ką­ci­kiem ust.

Kie­row­nik mach­nął ręką, po czym wstał z biurka.

- Mu­simy pły­nąć na tej fali, Szy­mek. Po­trzeba nam ko­lej­nej pe­tardy. Masz już coś na oku?

- Jesz­cze nie.

- Zbrodni w sto­licy nie bra­kuje. Sa­motna Góra na cie­bie czeka - rzu­cił, od­da­la­jąc się w głąb re­dak­cji.

Spoj­rze­nie Szy­mona po­wę­dro­wało w kie­runku znaj­du­ją­cego się w po­bliżu po­koju zwa­nego Sa­motną Górą. Było to po­miesz­cze­nie eks­klu­zywne jak na wa­runki pa­nu­jące w re­dak­cji - od­dzie­la­jące od reszty dzien­ni­ka­rzy, wy­ci­szone, wy­po­sa­żone w bez­a­wa­ryjną dru­karkę, nisz­czarkę, er­go­no­miczne krze­sło, ma­jące za­po­bie­gać bólom kręgosłupa, eks­pres do kawy (nie­wielki, choć znacz­nie lep­szy niż ten, z którego ko­rzy­stali wszy­scy) oraz wi­dok, wy­jąt­kowy wi­dok z sze­ro­kiego okna na cen­trum War­szawy. Sa­motna Góra była drzwiami do awansu, lub jak są­dzili niektórzy - mar­chewką. Klu­cze do niej do­sta­wali dzien­ni­ka­rze pra­cu­jący aku­rat nad naj­gło­śniej­szymi te­ma­tami, które naj­bar­dziej wpły­wały na sprze­daż. Kilka ty­go­dni temu Szy­mon otrzy­mał klu­cze do Góry. Był to gorzki pre­zent, ma­jący nie tylko zmo­ty­wo­wać go do dal­szej pracy, ale być też za­po­wie­dzią awansu. Awans nie na­stą­pił, te­mat się wy­czer­pał, a Szy­mon po­kłó­cił się z Ro­ber­tem. Być może nie­od­wra­cal­nie.

Ra­fal­ski wie­dział, że wina le­żała cał­ko­wi­cie po jego stro­nie. Chciał do­brze, kie­ro­wał się am­bi­cją i pu­bli­ko­wał nie­jawne in­for­ma­cje oraz zdję­cia z miej­sca zbrodni. Prze­wi­nie­nie może uszłoby mu pła­zem, gdyby nie fakt, że ofiarą mor­der­stwa był po­li­cjant. W tych oko­licz­no­ściach Ba­czuk przy­jął zdradę bar­dzo oso­bi­ście.

Ra­fal­ski ści­skał pal­cami ołó­wek, przy­wo­łu­jąc w pa­mięci wi­dok le­żą­cego na szpi­tal­nym łóżku przy­ja­ciela. Ka­wa­łek drewna nie wy­trzy­mał na­poru i pękł z trza­skiem.

20

"Za­wsze trzy­maj z wy­gra­nymi"

Szy­mo­nowi wy­da­wało się, że ten dzień był naj­dłuż­szym ze wszyst­kich, ja­kie prze­żył w ciągu trzy­dzie­stu lat swo­jego ży­cia. Na ko­mi­sa­ria­cie spę­dzili pra­wie cztery go­dziny. Bli­skość i cie­pło, ja­kie oka­zy­wała mu Wik­to­ria pod­czas prze­słu­cha­nia, znik­nęły wraz z za­trza­śnię­ciem drzwi sa­mo­chodu. Dziew­czyna znów stała się mil­cząca i za­mknięta w so­bie. Oży­wiła się tylko na chwilę, gdy za­trzy­mali się w przy­droż­nym ba­rze, żeby coś zjeść. Na­cią­gnęła so­bie kap­tur mę­skiej bluzy na głowę, żeby nie przy­ku­wać uwagi po­obi­janą twa­rzą. Usie­dli w ką­cie, z dala od wścib­skich spoj­rzeń i cie­kaw­skich uszu.

Szy­mon wy­star­cza­jąco długo zno­sił kłam­stwa i ta­jem­nice. Są­dził, że Wik­to­ria rów­nież po­winna mieć ochotę na szczyptę szcze­ro­ści.

- Co się da­lej sta­nie? - za­gad­nął dzien­ni­karz. - Aresz­tują tego po­sła, prawda? Co je­żeli się obroni? Je­śli przy­ła­pią nas na kłam­stwie?

Ja­dła go­rącą zupę w mil­cze­niu.

- Po­wiesz coś wresz­cie? Na ko­mi­sa­ria­cie by­łaś wy­jąt­kowo roz­ga­dana.

- Nie mu­sisz się mar­twić. Masz tylko na­pi­sać ar­ty­kuł.

Się­gnęła do kie­szeni, jakby wła­śnie o czymś so­bie przy­po­mniała. Na stole po­ło­żyła zdję­cie zro­bione po­la­ro­idem. Przed­sta­wiało ob­na­żoną od pasa w górę ko­bietę. Jej twarz za­kry­wały włosy, a piersi osła­niała ręką. Ciało po­kry­wały mniej­sze i więk­sze si­niaki oraz otar­cia. W ni­czym nie przy­po­mi­nało pięk­nego, moc­nego ciała, które pa­mię­tał z nie­for­tun­nej nocy w ho­telu.

- Mó­wili, że mo­żesz je wy­ko­rzy­stać do swo­jego ar­ty­kułu. Wzbu­dzi wię­cej emo­cji niż cała strona słów.

- Wię­cej ne­ga­tyw­nych emo­cji w sto­sunku do nie­win­nego czło­wieka?

- Mó­wi­łam ci już, że Recki nie jest cał­kiem nie­winny.

- Ale nie on ci to zro­bił.

- Ro­bił mi masę in­nych rze­czy, o któ­rych świat ni­gdy się nie do­wie. To nie jest twoje zmar­twie­nie. Rób, co ci każą, a wszystko bę­dzie do­brze.

Mó­wiła tak jak Ce­gła. Na­wbi­jał jej do głowy ta­kich ha­seł i pew­nie na­wet nie mar­twił się o to, że dziew­czyna może się zbun­to­wać. Po­stę­po­wała jak do­brze wy­tre­so­wany pies. Nie wa­hała się, nie my­ślała o nie­po­słu­szeń­stwie. Szy­mon za­sta­na­wiał się, co ta­kiego zro­bili, by utrzy­mać ją na tak krót­kiej smy­czy.

- Płacą ci za to? - za­py­tał bez­dusz­nym to­nem.

Wik­to­ria za­sty­gła z łyżką w pół drogi do ust.

- Nie - od­parła prze­cią­gle, jakby ana­li­zo­wała wła­sną od­po­wiedź. - Żadne pie­nią­dze nie by­łyby tego warte.

- Więc dla­czego? - drą­żył te­mat, wy­ko­rzy­stu­jąc mo­ment otwar­to­ści. - Dla­czego ro­bisz dla nich to wszystko? Grożą ci? Nie mo­żesz odejść? Uciec?

Nie otrzy­mał od­po­wie­dzi. Po po­sta­wio­nych py­ta­niach nie usły­szał od dziew­czyny już ani jed­nego słowa. Prze­stra­szył się na myśl o tym, że go zdra­dzi, mówiąc strę­czy­cie­lom, że na­kła­niał ją do ucieczki.

Zgod­nie ze wska­zów­kami od­wiózł ją do po­dej­rza­nego bu­dynku. Gdy we­szli do środka, ścią­gnęła jego bluzę, ale ka­zał jej ją za­trzy­mać. Po­wie­działa coś pod no­sem, co mo­gło być la­pi­dar­nym "dzię­kuję", i ru­szyła scho­dami na pię­tro. Chwilę po tym, jak stra­cił ją z oczu, z ko­ry­ta­rza wy­ło­nił się Ce­gła. Uśmie­chał się sze­roko i trzy­mał w dłoni gra­na­tową bluzę. Jego bluzę. Wci­snął ją dzien­ni­ka­rzowi do rąk i klep­nął go w ra­mię po przy­ja­ciel­sku.

- Jak po­szło? Wszystko gra?

- Chyba tak. To zna­czy mam pewne wąt­pli­wo­ści.

Ce­gła mruk­nął i prze­pro­wa­dził Szy­mona do jed­nego z po­miesz­czeń. Dzien­ni­karz po­szedł z nim nie­chęt­nie. Nie miał pew­no­ści, czy uśmiech Ce­gły miał w so­bie choć uła­mek szcze­ro­ści, czy za chwilę ktoś nie przy­łoży mu lufy do skroni. Jed­nak Ce­gła nie się­gnął po broń, tylko uru­cho­mił sto­jący na stole kom­pu­ter i przy­su­nął do niego krze­sło.

- O ja­kich wąt­pli­wo­ściach mó­wimy? - za­gad­nął, kiedy zo­stali sami.

- Jak po­cią­gnie­cie to do końca? Po­wiedzmy so­bie szcze­rze, ro­zu­miem, że to nie ten Recki zgwał­cił Wik­to­rię. Wra­bia­cie go. Wik­to­ria ze­znała, że pra­cuje w ja­kiejś ga­le­rii, że Recki ku­pił ob­raz, że dzwo­nił do niej. Co je­śli ze­zna, że w cza­sie gwałtu był gdzie in­dziej, i ktoś to po­twier­dzi? - za­py­tał.

Ce­gła za­marł w bez­ru­chu. Wpa­try­wał się w Szy­mona niemo, tak że dzien­ni­karz po­my­ślał, czy wła­śnie nie po­peł­nił naj­więk­szego błędu w swoim ży­ciu. Błędu, po któ­rym nie bę­dzie miał już oka­zji, by po­peł­niać na­stępne.

Ale Ce­gła zdo­był się na lekki uśmiech i tro­skli­wym to­nem od­po­wie­dział:

- Za dużo się mar­twisz, Szy­mek. Do­brze wiemy, gdzie był Recki w cza­sie gwałtu. Po­su­wał jedną z na­szych dziew­czyn. Ta cała reszta, o któ­rej mó­wisz, to nic ta­kiego. Wszystko bę­dzie tak, jak ma być. Każde słowo dziew­czyny zo­sta­nie po­twier­dzone przez rze­czy­wi­stość. I ga­le­ria, i ob­raz, na­wet to, że do niej za­dzwo­nił. Wszyst­kim się zaj­miemy. Po­li­cja wła­śnie je­dzie do jego domu, w któ­rym znaj­dzie nie tylko ob­raz, ale też ubru­dzone zie­mią ciu­chy, a może i na­wet ja­kąś część bie­li­zny na­szej bied­nej Wik­to­rii. Znajdą wszystko, co po­twier­dzi, że dzi­siaj oboje ze­zna­li­ście na ko­men­dzie prawdę.

Szy­mon po­czuł się roz­darty. Z jed­nej strony chciałby, żeby prawda wy­szła na jaw. Żeby uka­rano Ce­głę, praw­dzi­wego gwał­ci­ciela i wszyst­kich tych fa­ce­tów za­ra­bia­ją­cych na cu­dzym nie­rzą­dzie. Z dru­giej - mo­dlił się, żeby Ce­gła miał ra­cję. Te­raz rów­nież i jego los wa­żył się na szali. Przy­ła­pany na skła­da­niu fał­szy­wych ze­znań, tra­fiłby na ławę oskar­żo­nych ra­zem z Ce­głą i jego ko­leż­kami. Ja­kim cu­dem dał się wplą­tać w ten in­te­res?! Nie za­uwa­żył na­wet, kiedy z dzien­ni­ka­rza zo­stał prze­stępcą!

Gdy już my­ślał, że ten okropny dzień bę­dzie zmie­rzał ku koń­cowi, Misz­tal ude­rzył dło­nią w opar­cie krze­sła i rzu­cił:

- A te­raz sia­daj i pisz ten ar­ty­kuł.

- Wo­lał­bym na­pi­sać go w domu albo w re­dak­cji...

- A ja wo­lał­bym, że­byś zro­bił to te­raz. Tu­taj.

- Co ty? Nie ufasz mi?

Wy­ko­rzy­sta­nie ich oso­bi­stych re­la­cji oka­zało się nie­wy­star­cza­jące, żeby Szy­mon mógł uciec z tego przy­bytku kłam­stwa i wy­stępku. Cegła uniósł lekko ką­cik ust i od­parł:

- Chcemy od razu prze­czy­tać i za­twier­dzić ar­ty­kuł. Sporo za niego pła­cimy, prawda? Zresztą skła­da­nie ze­znań naj­le­piej wy­cho­dzi na go­rąco, kiedy jesz­cze pa­mię­tasz wszyst­kie szcze­góły.

- A ty wiesz o tym naj­le­piej.

- Tak ga­dają psy i może mają ra­cję. Ja nie sy­pa­łem na swo­ich, kiedy mnie zgarnęli.

- Ja­sne, od­cze­ka­łeś rok.

- Nie­cały - przy­znał Misz­tal, uno­sząc nie­dbale ra­miona. - Trzeba wy­czu­wać oka­zję, Szy­mek. Tak jak ty wy­czu­łeś do­bry in­te­res, kiedy się spo­tka­li­śmy. Dam ci jesz­cze jedną radę: za­wsze trzy­maj z wy­gra­nymi. To jest klucz do suk­cesu!

- No, dzięki! Będę o tym pa­mię­tał.

- Ko­niecz­nie! I pa­mię­taj jesz­cze o jed­nym: jak ugry­ziesz rękę, która cię karmi, to nie zdziw się, jak do­sta­niesz po py­sku. W na­szym biz­ne­sie nie ma żad­nych za­sad oprócz jed­nej: szczury koń­czą mar­nie.

Wy­szedł, a jego ostat­nie słowa jesz­cze długo dzwo­niły Szy­mo­nowi w gło­wie. Wra­cały do niego wie­lo­krot­nie pod­czas pi­sa­nia ar­ty­kułu, pod­czas po­wrotu do domu i przez ja­kiś czas nie po­zwa­lały mu za­snąć.

Le­żał na ple­cach, wpa­tru­jąc się w otrzy­maną od Wik­to­rii fo­to­gra­fię. Parę go­dzin temu prze­pu­ścił ją przez ska­ner i wraz z ar­ty­ku­łem prze­słał do re­dak­cji. Re­dak­tor Szul­ski za­twier­dził tekst do druku dość szybko i wy­czy­ścił dla niego krzy­kliwą pierw­szą stronę.

Szy­mon po­gła­dził pal­cem brzeg zdję­cia, po czym odło­żył je na nocny sto­lik. Po­my­ślał o swo­ich błę­dach, któ­rych cof­nię­cie było trud­niej­sze niż na­ci­śnię­cie "de­lete" na kla­wia­tu­rze mac­bo­oka. Chęt­nie by się ko­muś wy­ża­lił, ko­goś po­ra­dził. Wie­dział, że tym kimś bę­dzie Cha­ber­ski. Przy­znanie się do błędu ni­gdy nie przy­cho­dziło mu ła­two, jed­nak czuł, że tym ra­zem nie po­ra­dzi so­bie bez wspar­cia.

"Szczury koń­czą mar­nie" - przy­po­mniał so­bie i z tą my­ślą za­snął.

21

"Wszy­scy są od cze­goś, od ko­goś za­leżni!"

W re­dak­cji po­ja­wił się z sa­mego rana. Za­mie­rzał się od­ha­czyć, po­ka­zać sze­fowi, krótko po­roz­ma­wiać, wy­ko­nać kilka te­le­fo­nów i uciec na mia­sto. Re­dak­tor Szul­ski przy­wi­tał go w swoim biu­rze sze­ro­kim uśmie­chem.

- To był bar­dzo do­bry tekst, re­dak­to­rze Ra­fal­ski.

"Oho, idzie w ty­tuły - po­my­ślał Szy­mon - musi być wy­jąt­kowo za­do­wo­lony".

- Uzmy­sło­wi­łem so­bie - mó­wił da­lej kie­row­nik działu - że taką aferę na tle po­li­tycz­nym można cią­gnąć mie­sią­cami, roz­wi­jać ją jak te­le­no­welę, więc nie spusz­czaj oka z tej sprawy. My­ślę so­bie też... może ja­kiś wy­wiad z tą dziew­czyną? Ty na­prawdę znasz ją oso­bi­ście? To zna­czy... zna­łeś ją przed tym gwał­tem?

Szy­mon zmie­nił po­zy­cję na krze­śle i zmie­szany wy­beł­ko­tał parę nie­okre­ślo­nych dźwię­ków.

- Nie wy­daje mi się, żeby było moż­liwe... zro­bie­nie z nią wy­wiadu - przy­znał ostroż­nie, wi­dząc, że jego słowa wy­wo­łują na twa­rzy szefa roz­cza­ro­wa­nie. - Ale pew­nie mógł­bym na­pi­sać coś jesz­cze w tym...

Wy­po­wiedź Szy­mona prze­rwał na­gły dźwięk te­le­fonu. Szul­ski obo­jęt­nie zer­k­nął na wy­świe­tlacz, ale wy­raz jego twa­rzy zmie­nił się dość szybko. Ode­brał z uśmie­chem ma­sku­ją­cym nie­pew­ność.

- Co sły­chać? - za­czął swo­bod­nie, ale w miarę trwa­nia roz­mowy co­raz bar­dziej sztyw­niał.

Szy­mon miał wra­że­nie, że uważ­nie do­bie­rał słowa. Chyba wo­lałby być te­raz sam i wła­śnie dla­tego dzien­ni­karz upar­cie sie­dział na swoim miej­scu, na­tar­czy­wie śle­dząc każdy gest prze­ło­żo­nego.

- Nie będę kon­sul­to­wał z wami każ­dego tek­stu, który za­mie­rzamy wy­pu­ścić... Nie zda­wa­łem so­bie z tego sprawy... Nie, nie wi­dzę moż­li­wo­ści, żeby to od­krę­cić, ale ro­zu­miem, co trzeba zro­bić... Nie! Ab­so­lut­nie nie bę­dzie żad­nego spro­sto­wa­nia! To nie na­sza wina, że wasz czło­wiek wpadł. Mógł być bar­dziej ostrożny... Wiem, ja­kie są za­sady... Oczy­wi­ście! Lu­dzie szybko za­po­mną o spra­wie... Wła­śnie tak zro­bimy... O nic się nie martw... Do usły­sze­nia.

W po­koju za­pa­no­wała ci­sza.

- Ja­kiś pro­blem z ar­ty­ku­łem? - ode­zwał się w końcu Szy­mon.

Do­piero po chwili szef po­dra­pał się po gło­wie, wy­stu­kał pal­cami na bla­cie ja­kiś rytm i po­wie­dział:

- Wszystko gra. Tylko... jed­nak zo­staw te­mat na ja­kiś czas. Wy­ślę ko­goś in­nego, żeby po­ga­dał z pre­ze­sem par­tii Rec­kiego. Po­tę­pią go pu­blicz­nie, zro­bią ja­kąś ak­cję na rzecz mo­le­sto­wa­nych ko­biet, żeby wy­ci­szyć sprawę...

- Ale przed chwilą mówił pan coś in­nego.

- Przed chwilą nie było ma­gicz­nego te­le­fonu - od­parł kie­row­nik, wy­raź­nie już zde­ner­wo­wany.

- To je­ste­śmy w końcu ga­zetą nie­za­leżną, czy...

- Kurwa, Szy­mon! Nie wy­jeż­dżaj mi tu te­raz z nie­za­leż­no­ścią prasy! Wszy­scy są od cze­goś, od ko­goś za­leżni! Nie miesz­kamy, do cho­lery, na bez­lud­nej wy­spie! Zo­staw ten te­mat i ba­sta! Wróć do tego o ko­rup­cji w Mi­ni­ster­stwie Zdro­wia. Masz już coś? Ja­kieś od­po­wie­dzi?

- Jesz­cze nie - od­parł Szy­mon, zwie­sza­jąc głowę.

Szef ode­tchnął ciężko, za­klął pod no­sem, po czym po­wie­dział:

- Ze wszyst­kim zro­bi­łeś do­brze, dla­tego masz dwa ty­go­dnie pracy w Sa­mot­nej Górze.

- To, żeby mnie uci­szyć? Taki ro­dzaj łapówki?

- Ra­fal­ski, prze­gi­nasz!

- Ja zajmę się tym te­ma­tem. Po­roz­ma­wiam z Rec­kim...

- Chcesz roz­ma­wiać z Rec­kim?! - Kie­row­nik za­śmiał się ner­wowo. Jego za­cho­wa­nie zdra­dzało nie­moc i było dla Szy­mona ob­ra­zem emo­cji, ja­kich sam do­świad­czał. Szul­ski oparł łok­cie na biurku i ze smut­kiem w oczach do­dał: - Do Rec­kiego to ty się na­wet nie zbli­żysz. Nie po­wiem ci, kto przed chwilą do mnie za­dzwo­nił, ale wiedz, że to wpły­wowy czło­wiek i wy­raź­nie dał mi do zro­zu­mie­nia, że po­wi­nie­nem cię zwol­nić. Ciesz się z tego, co osią­gną­łeś, Szy­mek, i nie wy­chy­laj się za bar­dzo, bo droga ze szczytu do piw­nicy jest za­ska­ku­jąco krótka.

Wszy­scy udzie­lali mu bar­dzo szcze­rych i mą­drych rad. Gdyby któ­ra­kol­wiek z nich rze­czy­wi­ście wy­ra­żała tro­skę o niego, może i byłby za nie wdzięczny. Jed­nak źró­dło tych "do­brych po­rad" le­żało da­leko od tro­ski. Pod spodem kryło się ostrze­że­nie i nie po­trzeba było wy­jąt­ko­wej bły­sko­tli­wo­ści, żeby to do­strzec.

- Dwa ty­go­dnie pracy w Sa­mot­nej Gó­rze - po­wtó­rzył Szul­ski ła­god­nie i do­bro­tli­wie, jakby wła­śnie po­da­ro­wał Szy­mo­nowi ja­kiś wy­jąt­kowo war­to­ściowy pre­zent. - Nasi dwaj nowi sta­ży­ści są na twoje za­wo­ła­nie... Ko­rup­cja w mi­ni­ster­stwie. Zrób to, jak na­leży, to za ja­kiś czas wró­cimy do sprawy se­xwor­kingu.

- Pro­sty­tu­cji - po­pra­wił go Szy­mon bez szcze­gól­nego za­an­ga­żo­wa­nia.

- Se­xwor­kingu - ob­sta­wał przy swoim na­czelny. - To słowo le­piej się ko­ja­rzy. Nie wzbu­dza tak ne­ga­tyw­nych emo­cji.

Po­wi­nien być za­do­wo­lony, ale wy­cho­dząc z ga­bi­netu szefa, czuł je­dy­nie złość. Miał wra­że­nie, że i tu­taj roz­gry­wano jego kar­tami. Miał pi­sać o tym, nie o tam­tym. Uży­wać ta­kiego, nie in­nego słowa. Sie­dzieć za tym, nie in­nym biur­kiem. Jesz­cze ja­kiś czas temu otwar­cie drzwi Sa­mot­nej Góry da­wa­łoby mu ja­kąś sa­tys­fak­cję, ale te­raz, na­ci­ska­jąc płyn­nie ustę­pu­jącą klamkę, nie czuł nic. Ogar­nął spoj­rze­niem zna­jome schludne miej­sce, zda­jąc so­bie sprawę, że nie ma z nim do­brych sko­ja­rzeń. To w tych czte­rech ścia­nach do­szło do ostrej kon­fron­ta­cji z aspi­ran­tem Ba­czu­kiem. Do­stał od niego po twa­rzy i zre­wan­żo­wał się, jak zwy­kle po­wa­la­jąc przy­ja­ciela na zie­mię. Co z tego, skoro wy­gry­wa­jąc, prze­grał tak wiele?

Za sze­ro­kim oknem roz­cią­gał się im­po­nu­jący wi­dok na cen­trum War­szawy. Biu­rowce, ho­tele, Pa­łac Kul­tury. Na ten ob­ra­zek Szy­mon za­słu­żył ciężką pracą i kłam­stwami. To wszystko nie tak miało wy­glą­dać.

Za­plótł ręce na piersi i wtedy po­czuł gruby plik pie­nię­dzy w we­wnętrz­nej kie­szeni kurtki. Jedni pła­cili mu za pi­sa­nie, dru­dzy za mil­cze­nie. Czy wła­śnie tak za­ra­bia się mi­liony? Ży­jąc pod dyk­tando in­nych? Ta­de­usz Ra­fal­ski wie­dział le­piej, był jak Zimny, a na­wet jak trzech Zim­nych ra­zem wzię­tych. Nikt nie mó­wił mu, co ma ro­bić. To on roz­da­wał in­nym ko­perty, on wy­da­wał po­le­ce­nia.

W kie­szeni za­wi­bro­wał te­le­fon, a Szy­mon mo­men­tal­nie po­czuł uwol­nioną do krwi ad­re­na­linę. Wziął głę­boki wdech i spoj­rzał na wy­świe­tlacz. Dzwo­nił nu­mer pry­watny, więc ode­brał nie­pew­nie.

- Ra­fal­ski, słu­cham.

- Cześć, Szy­mon! Mówi Ja­nek Ro­siak.

Ja­nek nie był czło­wie­kiem, któ­rego trzeba by się oba­wiać. Dzien­ni­karz ode­tchnął z ulgą i przy­po­mniał so­bie, że pi­sał do tego zna­jo­mego pra­cow­nika banku z prośbą o spraw­dze­nie pew­nych in­for­ma­cji. Cho­dziło oczy­wi­ście o nie­ty­powe ru­chy na kon­cie mi­ni­stra po­dej­rze­wa­nego o ko­rup­cję. Wy­słu­chał in­for­ma­cji cier­pli­wie i jak zwy­kle za­pew­nił, że ta nie­le­gal­nie zdo­byta wie­dza zo­sta­nie przez niego wy­na­gro­dzona, po czym roz­łą­czył się. Jed­nak te brudne pie­nią­dze do cze­goś się przy­da­dzą! A może przy­da­dzą się na coś jesz­cze?

Nie usiadł na­wet na chwilę za czy­ściut­kim biur­kiem. Pod­szedł do okna, przy­siadł na pa­ra­pe­cie i wy­cią­gnął z port­fela wi­zy­tówkę radcy praw­nego. Pa­ro­krot­nie ob­ró­cił ją mię­dzy pal­cami, za­sta­na­wia­jąc się, czy krok, który za­mie­rzał wy­ko­nać, bę­dzie wła­ściwy. Od na­ci­śnię­cia słu­chawki od­wio­dło go pu­ka­nie do drzwi. Do środka wszedł sta­ży­sta w mod­nych dru­cia­nych oku­la­rach na no­sie i ma­ry­narce w kratę, a wszystko to zdra­dzało jego sen­ty­men­talne wy­obra­że­nia o dzien­ni­kar­skiej pracy.

- Na­czelny po­wie­dział, że może pan po­trze­bo­wać po­mocy - za­gad­nął nie­śmiało.

Szy­mon uśmiech­nął się nie­znacz­nie i od­parł:

- Wejdź i za­mknij drzwi.

Sta­ży­sta po­stą­pił kilka kro­ków na­przód. Trzy­mał przed sobą no­tes i mil­czał.

- Nie przy­sze­dłeś na eg­za­min, roz­luź­nij się - rzu­cił Ra­fal­ski i przy­wo­łał chło­paka ski­nie­niem głowy. Na te­le­fo­nie otwo­rzył ma­ila, któ­rego przed chwilą otrzy­mał od pra­cow­nika banku. Po chwili sto­jąca przy ścia­nie dru­karka wy­dała z sie­bie kilka dźwię­ków i wy­pluła parę za­dru­ko­wa­nych stron. - Weź te kartki - po­in­stru­ował. - To jest wy­ciąg trans­ak­cji do­ko­ny­wa­nych przez mi­ni­stra zdro­wia w ubie­głym mie­siącu. Przyj­rzyj się temu, wy­cią­gnij wnio­ski i na­pisz no­tatkę.

Chło­pak rzu­cił okiem na do­ku­menty, a po­tem zdez­o­rien­to­wany na re­dak­tora.

- Ale czy to jest...

- Co?

- Wy­ciąg z pry­wat­nego konta... skąd? Można tak?

- Na se­rio py­tasz mnie, czy w tej branży coś można czy nie?

- Prze­pra­szam, re­dak­to­rze...

- Szy­mon - po­pra­wił go Ra­fal­ski. - Nie mu­sisz mnie ty­tu­ło­wać. Nie je­stem tu ni­kim waż­nym. Na­czelny chce na­ro­bić szumu wo­kół mi­ni­stra i afery ko­rup­cyj­nej. Nie pisz o wy­ciągu ani źró­dle in­for­ma­cji. Tylko o fak­tach, któ­rym nikt nie za­prze­czy. O wy­jąt­kowo dro­gich wy­dat­kach, jak za­kup ło­dzi za­raz po tym, jak na jego konto wpły­nęło pół mi­liona zło­tych.

- Może coś sprze­dał?

- Może, ale to już mniej istotne. Niech się tłu­ma­czy.

- A skąd wiesz, że ku­pił łódź? - za­py­tał sta­ży­sta, wo­dząc wzro­kiem po trans­ak­cjach.

- Trans­ak­cja z czter­na­stego. Wi­dzisz w ty­tule "par­ker 800"? To jest łódź mo­to­rowa.

- My­śla­łem, że Par­ker robi dłu­go­pisy...

Szy­mon par­sk­nął. Pa­mię­tał, jak jego oj­ciec wa­hał się, czy ku­pić par­kera czy ut­terna.

- To nie jest dłu­go­pis za pół mi­liona. Jak masz w ogóle na imię?

- Mar­cin.

Szy­mon przy­tak­nął i po chwili rzu­cił:

- Dasz so­bie z tym radę? Jesz­cze na dzi­siaj?

- My­ślę, że tak - od­parł, wy­co­fu­jąc się, ale przy­sta­nął przy drzwiach. - Mogę cię jesz­cze o coś za­py­tać?

- Py­taj.

- Cho­dzi o ar­ty­kuł o pro­sty­tu­cji. Bę­dziesz jesz­cze o tym pi­sał?

- Może, a co?

Mar­cin coś so­bie wa­żył. Nad czymś my­ślał.

- Py­tam, bo mia­łem wra­że­nie, że te­mat tylko li­zną­łeś, że jest tam ja­kieś dru­gie dno - od­parł po chwili. - A to chyba spo­łecz­nie waż­niej­sze niż łódka mi­ni­stra. Może się mylę...

- Nie, nie są­dzę, że­byś się my­lił, ale te­raz... mi­ni­ster i jego par­ker - do­dał sta­now­czo, jakby uci­na­jąc roz­mowę.

Chło­pak wy­szedł, jesz­cze raz obie­cu­jąc, że przy­łoży się do za­da­nia, ale Szy­mon nie dbał o to szcze­gól­nie. Do­słow­nie miał to gdzieś, bo rów­nież uwa­żał, że są waż­niej­sze te­maty.

Po­now­nie spoj­rzał na wi­zy­tówkę i wbił na te­le­fo­nie za­pi­sany dłu­go­pi­sem nu­mer. Po kilku sy­gna­łach ode­zwał się miły ko­biecy głos. Nie spo­dzie­wał się tego.

- Dzień do­bry! W czym mogę pomóc?

- Dzień do­bry - od­parł Ra­fal­ski nie­pew­nie. - Do­sta­łem ten na­miar od przy­ja­ciela, który ko­rzy­stał z wa­szych usług. Chciał­bym się umówić na spo­tka­nie.

Jego serce biło jak sza­lone. Wiele kosz­to­wało go za­cho­wa­nie spo­koju i za­pa­no­wa­nie nad drże­niem głosu. Te­raz mu­siał spra­wiać wra­że­nie zo­rien­to­wa­nego i do­świad­czo­nego fa­ceta przy ka­sie, który za­wsze do­staje to, co so­bie za­ma­rzy.

22

"Wiesz, do czego służy pi­sto­let pod­czas strze­la­niny?"

Chyży pro­wa­dził po­dwójne ży­cie od dwóch lat. Od dwóch lat, cią­gną­cych się jak wiecz­ność, oglą­dał się za sie­bie, pil­no­wał, aby wszyst­kie światy - pry­watny, po­li­cyjny, ban­dycki - po­zo­sta­wały od­dzie­lone. Jego żona nie miała po­ję­cia o jego za­da­niach spe­cjal­nych. Nie wspo­mi­na­jąc już o dwu­na­sto­let­nim synu, który co­raz rza­dziej z nim roz­ma­wiał. Czemu się dzi­wić? Pra­wie nie wi­dy­wał wiecz­nie pra­cu­ją­cego, nie­obec­nego cia­łem lub du­chem ojca. Dla niego Chyży nie był bo­ha­te­rem, po­li­cjan­tem chro­nią­cym oby­wa­teli. Był tatą, któ­rego po­trze­bo­wał do­ra­sta­jący chło­piec.

Chyży, kiedy już przy­cho­dził do domu, szybko zja­dał obiad i scho­dził do ga­rażu pra­co­wać nad re­no­wa­cją uko­cha­nego forda mu­stanga. Cza­sami zaj­rzał do po­koju syna, by za­py­tać, czy od­ro­bił lek­cje, na co ten za­wsze od­po­wia­dał, że tak. Oj­ciec i tak ni­gdy ni­czego nie spraw­dzał, więc co za róż­nica.

Tam­tego dnia było ina­czej.

- Cześć, młody. Co w szkole? - za­py­tał Chyży, kiedy sta­nął w progu po­koju syna.

- Do­brze - od­parł na­sto­la­tek, nie od­ry­wa­jąc wzroku od kom­pu­tera.

Grał wła­śnie w ja­kąś strze­lankę. Po­stać, ubrana w woj­skowy mun­dur, prze­dzie­rała się mię­dzy sa­mo­cho­dami i strze­lała z ukry­cia do wir­tu­al­nych wro­gów z krót­kiej broni pal­nej.

Chyży wes­tchnął i jakby zdo­byw­szy się na od­wagę, wszedł do po­koju chło­paka. Usiadł na skraju łóżka za ple­cami syna i przez chwilę przy­glą­dał się, jak młody cel­nie od­daje strzały w głowy prze­ciw­ni­ków.

- Od­ro­bi­łeś lek­cje?

- Tak.

- Co te­raz prze­ra­bia­cie?

- Różne rze­czy.

- Na przy­kład? Jaką oma­wia­cie lek­turę?

- Co?

- Jaką lek­turę... Mo­żesz to na chwilę wy­łą­czyć? Ra­fał, zrób pauzę.

Chło­pak wes­tchnął i ob­ró­cił się na krze­śle w kie­runku ojca. Bi­twa na mo­ni­to­rze za­marła w bez­ru­chu.

- Py­ta­łem, jaką oma­wia­cie lek­turę.

- A ja­kie to ma zna­cze­nie?

- Po pro­stu chcę wie­dzieć.

- Win­ne­tou.

- O tym Apa­czu?

- Czy­ta­łeś?

- Oglą­da­łem film. Nie mie­li­śmy tego na li­ście lek­tur. Po­doba ci się?

- Nie wiem. - Chło­pak wzru­szył ra­mio­nami.

- Ra­fał, po­doba ci się albo nie. To nie jest trudne py­ta­nie.

- A to­bie po­do­bał się film?

- Tak, oglą­da­łem go parę razy. Lu­bię opo­wie­ści o ho­no­ro­wej mę­skiej przy­jaźni.

- Może być.

- Co?

- Książka. Może być. Nie lu­bię pol­skiego.

- A co lu­bisz?

- Matmę.

- Jak twoja mama. Ja ni­gdy nie miałem głowy do li­cze­nia.

- Chcesz po­pa­trzeć, jak gram?

- Mu­szę iść do garażu. Zo­stało mi jesz­cze kilka rze­czy do na­pra­wie­nia w mu­stangu.

- Po co ku­pi­łeś tego grata?

- Lu­bię grze­bać przy sa­mo­cho­dach, a taki mu­stang to kla­syk! Zo­ba­czysz, jak go od­pi­cuję, to wszy­scy będą się za nim oglądali. Będziesz nim wo­ził dziew­czyny na randki.

- Nie będę miał dziew­czyny.

- Nie ga­daj głu­pot, Ra­fał. Jesz­cze ci się po­zmie­nia. - Chyży uśmiech­nął się ła­god­nie i po­czo­chrał syna po gło­wie. - Do­bra, po­każ, w co tam grasz.

Ra­fał uśmiech­nął się pół­gęb­kiem i po­now­nie uru­cho­mił grę. Chyży po­my­ślał, że ni­gdy nie roz­ma­wia z sy­nem o swo­jej ro­bo­cie. Ni­gdy nie za­brał go na strzel­nicę, nie uczył sa­mo­obrony. Może coś prze­ga­pił? Może omi­nął ja­kiś ważny roz­dział w księ­dze o by­ciu do­brym oj­cem? Śle­dził wzro­kiem wir­tu­al­nego żoł­nie­rza. Syn wzdry­gnął się na­gle i syk­nął, bo ekran za­lał się czer­wo­nym świa­tłem.

- Sku­ba­niec! - wark­nął chło­pak, na­ci­ska­jąc szybko przy­ci­ski na pa­dzie.

Żoł­nierz umarł od kilku ciosów no­żem w plecy.

- Nie­po­trzeb­nie cho­dzisz z pi­sto­le­tem - po­wie­dział oj­ciec, gdy na ekra­nie po­ja­wiło się zło­wiesz­cze "game over".

- Lu­bię pi­sto­let.

- Wiesz, do czego służy pi­sto­let pod­czas strze­la­niny?

- No?

- Służy do tego, żeby do­stać się do ka­ra­binu. Na­stęp­nym ra­zem zmień broń na długą. Bę­dziesz szyb­ciej ka­so­wał wro­gów.

Na­sto­la­tek przy­tak­nął. Nie mógł przy­pusz­czać, że oj­ciec zdo­był taką wie­dzę dzięki do­świad­cze­niu w re­al­nym świe­cie.

Chyży po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu syna i wy­szedł.

Świa­tło w ga­rażu za­pa­liło się au­to­ma­tycz­nie, re­agu­jąc na ruch. Z ciem­no­ści wy­ło­nił się piękny, choć stary ford mu­stang. Pod ścianą stała me­ta­lowa szafka, po brzegi wy­peł­niona na­rzę­dziami.

Chyży w kilka se­kund wy­do­był wszyst­kie po­trzebne mu na­rzę­dzia i chwilę po­tem za­nur­ko­wał pod za­wie­sze­nie sa­mo­chodu. Za­nim ta kla­syczna pięk­ność znowu wy­ru­szy na drogę i bę­dzie błysz­czeć peł­nią swo­ich moż­li­wo­ści, upły­nie jesz­cze kil­ka­na­ście go­dzin pracy. Chyży nie mógł się już do­cze­kać tej pierw­szej prze­jażdżki, na którą miał za­miar za­brać syna. Jed­no­cze­śnie za­sta­na­wiał się, czym zaj­mie się w na­stęp­nej ko­lej­no­ści. Co in­nego bę­dzie w sta­nie uspo­ka­jać go tak, jak na­pra­wia­nie sta­rego sa­mo­chodu? Z za­my­śle­nia wy­rwało go na­głe ude­rze­nie w ka­ro­se­rię. Za­klął pod no­sem i wy­su­nął się na de­sce, czu­jąc, że sko­czyło mu ci­śnie­nie. Niech Bóg ma w opiece tego kre­tyna, który ude­rzył w bla­chę sa­mo­chodu!

- Cześć, Chyży. Nie od­bie­rasz te­le­fonu? - za­py­tał Smok, opie­ra­jąc się o bagażnik wozu.

Chyży ode­tchnął, by się uspo­koić. Wy­tarł ręce w leżącą na pod­łodze ścierkę.

- Mu­siał mi się roz­ła­do­wać - po­wie­dział po chwili neu­tral­nym to­nem.

- Noś te­le­fon przy du­pie, do­bra? Ni­gdy nie wia­domo, kiedy coś wy­pły­nie.

- Stało się coś?

- Stało. Zje­bał się trans­port dziew­czy­nek z Fi­li­pin.

Chyży pod­niósł się i spoj­rzał w głąb ga­rażu, by na­brać pew­no­ści, że są sami.

- To zna­czy? - do­py­tał ści­szo­nym gło­sem.

- Do­sta­li­śmy cynk od wła­ści­ciela cię­ża­rówki, że były pro­blemy w Bel­gii. Kie­rowca znik­nął i zo­sta­wił wóz z to­wa­rem.

- Z dziew­czy­nami?

- Prze­cież mó­wię. Po­dobno był nowy w ro­bo­cie, nie wie­dział, co prze­wozi. Ale wła­ści­ciel twier­dzi, że mógł się do­my­ślić, że trans­por­tuje coś nie­le­gal­nego, i stre­fił. Dał nogę po pro­stu i zo­sta­wił wóz na par­kingu. Po­li­cja otwo­rzyła na­czepę i zna­la­zła za­mar­z­nięte ciała.

- Ile?

- Trzy­dzie­ści.

- Kurwa.

- Kurwa, w rze­czy sa­mej. Trzeba się upew­nić, że ko­leś nic nie po­wie. Mam już na niego na­miary. Po­je­dziesz jesz­cze dzi­siaj do Bel­gii i po­roz­ma­wiasz z nim. Przy­po­mnij mu, że wię­zie­nie to jego naj­mniej­sze zmar­twie­nie.

- Smoku, czy nie po­su­wamy się za da­leko?

- Żar­tu­jesz, stary?! Sie­dzimy w tym już po uszy. Szef ma z Zim­nym taki deal, że bę­dziemy usta­wieni do końca ży­cia! Ko­niec z miesz­ka­niem na ku­pie w bloku, ko­niec z jeż­dże­niem sta­rym wo­zem i cze­ka­niem na pięć­set plus każ­dego je­ba­nego mie­siąca. Pro­sty­tu­cja da nam to wszystko, czego przez lata od­ma­wiała nam po­li­cja. W końcu bę­dzie nas stać na po­rządną furę i chatę za mia­stem. A ty za­fun­du­jesz dzie­cia­kowi pry­watną szkołę. Je­bać po­li­cję. Mam już do­syć by­cia po­py­cha­dłem za marne kilka ty­sięcy. Udziały w biz­ne­sie Zim­nego usta­wią nas na lata. Za­łatw sprawę z kie­rowcą, to Zimny od­pali ci bo­nus. Bę­dzie­cie mieli na wa­ka­cje w tym roku.

- Nie mogę tak po pro­stu wy­je­chać.

- Nie masz, kurwa, wyj­ścia. W ro­bo­cie weź L-cztery. Szef szep­nie o to­bie do­bre słówko w wy­dziale, a sta­rej po­wiedz, że je­dziesz na szko­le­nie. Wszystko bę­dzie okej.

Smok przy­pie­czę­to­wał swoje słowa moc­nym klep­nię­ciem w ra­mię Chy­żego i wy­szedł z ga­rażu ze spusz­czoną głową.

Chyży za­klął pod no­sem. Nie tak to miało wy­glą­dać. Roz­pra­co­wy­wali grupę prze­stęp­czą czer­piącą zy­ski z nie­rządu. Byli do­brymi po­li­cjan­tami. Ale szef chciał za­ro­bić na boku. Któ­re­goś dnia, kiedy my­śleli, że koń­czą nie­wy­godną ro­botę pod przy­kry­ciem, Da­rek spo­tkał się z nimi w przy­droż­nym ba­rze i każ­demu wrę­czył po wy­pcha­nej do oporu ko­per­cie. "To pre­mia od Zim­nego" - po­wie­dział. "Od Zim­nego? Od tego Zim­nego, któ­rego mie­li­śmy za­pusz­ko­wać?" - za­py­tał wtedy Chyży, wi­dząc ką­tem oka, jak Smok za­glą­dał już do wnę­trza ko­perty. "To już nie­ak­tu­alne - od­parł Da­rek ze swo­bod­nym uśmie­chem na twa­rzy - za wsa­dze­nie Zim­nego do paki do­sta­niemy, może, pre­mię w wy­so­ko­ści stu zło­tych. Za nie­wsa­dze­nie go do paki do­sta­jemy sto razy tyle na głowę. A to do­piero po­czą­tek".

Smok uśmiech­nął się, par­ska­jąc pod no­sem. Wy­raź­nie po­do­bał mu się taki układ. Chy­żemu nie po­do­bał się on wcale, cho­ciaż ko­perta do­brze czuła się w dłoni. Żona już od mie­sięcy mó­wiła, że trzeba wy­re­mon­to­wać ła­zienkę, która każ­dego roku co­raz bar­dziej śmier­działa i czer­niała od ro­sną­cego w ścia­nie grzyba. Po­my­ślał wtedy, że może to przy­mknię­cie oka na jed­nego ban­dytę nie wy­rzą­dzi wiel­kiej krzywdy, a przy­naj­mniej bę­dzie miał na re­mont. Przy­naj­mniej tyle do­sta­nie Ma­rzena za wszyst­kie sa­motne i nie­prze­spane noce, za wszyst­kie wy­bu­chy zło­ści męża, za wszyst­kie od­wo­ły­wane przez niego wy­jazdy i za­po­mniane rocz­nice. Chciał coś dla niej zro­bić. Coś, co przy­nie­sie jej ra­dość. Kiedy po raz pierw­szy wsu­nął ko­pertę do kie­szeni, nie po­dej­rze­wał, do­kąd do­pro­wa­dzi go ta droga. Te­raz nie było już od­wrotu. Sam zna­lazł się w kie­szeni ban­dyty i nie miał moż­li­wo­ści, by to wszystko od­krę­cić.

Przy­naj­mniej to po­wta­rzał mu wie­lo­krot­nie Smok. Ten wy­da­wał się nie przej­mo­wać całą sy­tu­acją. Krę­cił in­te­resy na boku z po­czu­ciem sa­tys­fak­cji, a jego ape­tyt na kasę rósł w miarę za­robku. Chyży na­wet nie za­uwa­żył, kiedy do­kład­nie jego kum­pel stał się wy­ra­cho­wa­nym kłamcą i ban­dytą. Praw­do­po­dob­nie stało się to tego sa­mego dnia, kiedy Chyży przy­jął pie­nią­dze.

Jed­nak czuł się inny. Każ­dego dnia po­tę­go­wało się w nim wra­że­nie, że dłu­żej już tego nie znie­sie. Po­czuł to pierw­szy raz, kiedy za­wiózł prze­stra­szoną szes­na­sto­latkę do klienta. Dziew­czyna była uma­lo­wana tak, że nie wy­glą­dała na swój wiek, a była za­le­d­wie o cztery lata star­sza od jego syna. Nie chciała tego ro­bić. Nie chciała iść do tam­tego ho­telu i do­ty­kać in­tym­nych miejsc fa­ceta, który mógłby być jej dziad­kiem. Nie miała wy­boru w prze­ci­wień­stwie do Chy­żego, który mimo pod­szep­tów su­mie­nia za­wiózł ją pod wska­zany ad­res. Póź­niej było tylko go­rzej. Na zle­ce­nie Zim­nego bił, po­ry­wał, ku­po­wał i sprze­da­wał lu­dzi. To, co z po­czątku miało być pracą po­li­cyj­nego przy­kryw­kowca, stało się wy­łącz­nie pracą. Bez ukry­tej agendy.

Da­rek do­brze ich usta­wił. Za­ła­twił im udziały w biz­ne­sie Zim­nego. Smok ucie­szył się jak dziecko, a Chyży po­czuł prze­my­ka­jący po krę­go­słu­pie chłód. Każ­dego dnia uczył się o so­bie cze­goś no­wego. Co­dzien­nie po­zna­wał nowe gra­nice swo­jej mo­ral­no­ści. Tego dnia, po roz­mo­wie ze Smo­kiem w ga­rażu, kiedy do­wie­dział się o śmierci z wy­chło­dze­nia trzy­dzie­stu fi­li­piń­skich dziew­czy­nek, coś w nim pę­kło. Po­czuł nie­wy­obra­żalny gniew i strach. Oba te uczu­cia ka­zały mu pod­jąć dra­styczne kroki. Kroki ku wol­no­ści i od­ku­pie­niu.

23

"Prze­ży­jesz"

Obie­cali jej przy­naj­mniej dzień wol­nego, bo do­brze spi­sała się na po­ste­runku. Po­do­bała się im do­kład­ność i szcze­gó­ło­wość za­wia­do­mie­nia, któ­rego za­pis w for­ma­cie au­dio otrzy­mali chwilę po jego na­gra­niu. Wik­to­ria nie mo­gła jed­nak za­pro­te­sto­wać, gdy bur­del­mama po­in­for­mo­wała ją, że ma do­pro­wa­dzić się do po­rządku, zro­bić ma­ki­jaż, przy­pu­dro­wać sińce i być go­towa do pracy przed ósmą wie­czo­rem. Za­py­tała tylko, kto jest klien­tem, a gdy usły­szała, że ktoś nowy, prze­szył ją strach. Nie­pew­ność była naj­gor­sza, a nie­spo­dzianki rzadko wią­zały się z czymś mi­łym.

Igor za­trzy­mał sa­mo­chód przed ho­te­lem. Po­wie­dział, że przy­je­dzie po nią o szó­stej rano.

- Nie mo­żesz wcze­śniej? - za­py­tała.

- Nie. Fa­cet płaci za całą noc - po­wie­dział oschle, po czym się­gnął do kie­szeni i wy­cią­gnął mały me­ta­lowy po­jem­ni­czek.

- Wszystko mnie boli - przy­znała, jakby sama przed sobą, bo nie li­czyła, że Igor zrobi coś z tą in­for­ma­cją.

- Prze­ży­jesz. Wcią­gnij kre­skę. Bę­dzie ci lżej - rzu­cił, pod­su­wa­jąc jej po­jem­nik, i zer­k­nął na jej twarz.

W sła­bym wie­czor­nym świe­tle nie mógł do­strzec śla­dów, które jej zo­sta­wił. Zro­biła mocny ma­ki­jaż, ale jako do­świad­czony strę­czy­ciel, naj­wy­raź­niej do­strze­gał jej opła­kany stan i chciał zro­bić wszystko, by uży­tecz­ność dziew­czyny prze­dłu­żyć do oporu. Chy­trość pod płasz­czy­kiem tro­ski.

Wik­to­ria po­krę­ciła głową, ale Igor nie ustę­po­wał. Wci­snął jej po­jem­nik w dło­nie i ostro roz­ka­zał:

- Wcią­gaj kre­skę! Klient ma być za­do­wo­lony, ro­zu­miesz?

- Tak - od­parła ci­cho, po czym wy­sy­pała so­bie na wierzch dłoni por­cję proszku i wcią­gnęła ją szybko.

Kiedy wy­sia­dła z sa­mo­chodu, po­winna stać się już inną ko­bietą. Nie za­stra­szoną, po­słuszną nie­wol­nicą, tylko pewną sie­bie, do­świad­czoną pro­sty­tutką. A jed­nak tej nocy coś było ina­czej. Z tru­dem po­wstrzy­my­wała łzy, mimo że nar­ko­tyki już za­częły mie­szać jej w gło­wie, za­głu­sza­jąc praw­dziwe emo­cje. Chciało się jej pła­kać i śmiać jed­no­cze­śnie. Nie ro­zu­miała, co się z nią działo, ale wie­działa, że nie może w tym sta­nie po­ka­zać się no­wemu klien­towi. Nie po­do­bało się jej to, że za­mó­wił ją na całą noc, ale za­wsze mo­gła mieć na­dzieję, że to nie­zbyt do­świad­czony dziw­karz, który prze­li­czył swoje siły. A może się my­liła? Cze­kała ją ko­lejna noc upodle­nia, po­ni­że­nia, może fi­zycz­nego bólu.

Na samą myśl o sto­sunku zro­biło się jej nie­do­brze. Za­chwiała się w ho­te­lo­wym holu, w ostat­niej chwili wspie­ra­jąc się o ko­lumnę. Ro­zej­rzała się po prze­stron­nym lobby, spoj­rzała na uśmiech­nięte twa­rze prze­cho­dzą­cych go­ści i przez chwilę po­czuła ema­nu­jącą z nich ener­gię, ich ra­dość. Tak bar­dzo chciała, żeby to uczu­cie z nią zo­stało, chciała być czę­ścią tej ra­do­ści, roz­luź­nie­nia, tej wol­no­ści i de­cy­do­wa­nia o so­bie. Tym­cza­sem chwi­lowe uczu­cie za­częło stop­niowo zni­kać, ula­ty­wało z niej jak ptak, którego nie sposób po­now­nie po­chwy­cić, a ona sama miała wra­że­nie, że spada w ciemną ot­chłań wła­snego bólu.

Za­czerp­nęła po­wie­trza i ru­szyła ku win­dom. Grupa ho­te­lo­wych go­ści rów­nież cze­kała na jedną z dwóch wind. Gdy otwo­rzyły się pierw­sze drzwi, wszy­scy we­szli do środka, jed­nak Wik­to­ria nie miała za­miaru tło­czyć się ra­zem z nimi. Od­su­nęła się na bok, a gdy tylko go­ście od­je­chali, na­ci­snęła przy­cisk.

Nie mo­gła pa­trzeć na swoje od­bi­cie w ota­cza­ją­cych ją ze­wsząd lu­strach. Spoj­rzała tylko na pa­nel i szybko od­na­la­zła nu­mer pię­tra, na któ­rym za­mel­do­wał się klient. Winda su­nęła płyn­nie, a na wy­świe­tla­czu po­ka­zy­wały się ko­lejne cy­fry. Osiem. Drzwi otwo­rzyły się gładko, a ona na­dal stała oparta o ścianę, nie mo­gąc wy­ko­nać kroku. Dość. Miała dość. Wci­snęła gu­zik naj­wyż­szego pię­tra. To, co działo się póź­niej, prze­wi­jało się przed jej oczami, zu­peł­nie jakby oglą­dała film, któ­rego kadr po­ka­zy­wał tylko kilka naj­bliż­szych me­trów. Nie do­strze­gała tego, co znaj­do­wało się da­lej, ani tego, co było po bo­kach. Po­ru­szała się jak w tu­nelu, który pro­wa­dził do jed­nego miej­sca. Naj­pierw przez ko­ry­tarz na je­de­na­stym pię­trze, po­tem do dra­biny, do klapy, do wia­tru sma­ga­ją­cego dach ho­telu, do jego brzegu, do sa­mej kra­wę­dzi...

24

"In­te­re­suje mnie tylko ona"

Szy­mon usiadł na so­fie w ho­te­lo­wym lobby. Wy­brał so­bie miej­sce naj­mniej atrak­cyjne (z punktu wi­dze­nia prze­cięt­nego go­ścia), wci­śnięte w kąt, przy­sło­nięte ko­lumną. Dla ukry­wa­ją­cego się ob­ser­wa­tora było to jed­nak miej­sce ide­alne. Nie rzu­cał się w oczy, sa­memu ma­jąc ogląd na to, kto wcho­dzi do ho­telu. Z nie­sma­kiem przy­po­mniał so­bie roz­mowę te­le­fo­niczną, pod­czas któ­rej umó­wił się na spo­tka­nie.

- In­te­re­suje mnie Wik­to­ria - po­wie­dział, zni­ża­jąc głos.

- Ro­zu­miem - od­parła ra­czej młoda ko­bieta po dru­giej stro­nie słu­chawki. - Wik­to­ria bę­dzie przez kilka dni nie­do­stępna...

- In­te­re­suje mnie tylko ona - upie­rał się Szy­mon. Nie chciał, by jego zde­cy­do­wa­nie wy­dało się ko­bie­cie po­dej­rzane, więc szybko do­dał: - Przy­ja­ciel wy­raź­nie mi ją po­le­cił. Mó­wił, że ona naj­le­piej ssie.

- Skoro tak... Z tym że Wik­to­ria miała nie­dawno wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy i jest tro­chę po­obi­jana.

- Mnie to nie prze­szka­dza - od­parł spo­koj­nie, dła­wiąc wzbu­rze­nie wy­wo­łane sło­wem "wy­pa­dek".

- W ta­kim ra­zie do­brze - stwier­dziła ko­bieta. - Gdzie chciałby się pan spo­tkać?

- W ho­telu. Wy­najmę pokój na dzi­siej­szą noc. Za­dzwo­nię do pani za go­dzinę i po­dam ad­res, zgoda?

- Oczy­wi­ście.

- Ile to kosz­tuje? Przy­ja­ciel mó­wił, że Wik­to­ria bie­rze pięć­set za go­dzinę, ale ja chciał­bym ją na całą noc.

- Za całą noc to będą dwa ty­siące.

Wiele wy­siłku kosz­to­wało Szy­mona, by mó­wić pew­nym gło­sem zde­cy­do­wa­nego, zna­ją­cego się na rze­czy fa­ceta. Od­su­nął na chwilę te­le­fon od ucha i wziął kilka szyb­kich od­de­chów.

- Zgoda. Do usły­sze­nia za go­dzinę.

Za­mó­wił po­kój, po­twier­dził spo­tka­nie, po­da­jąc ad­res i nu­mer po­koju, a te­raz cze­kał. W nie­pew­no­ści i zwąt­pie­niu, bo nie miał po­ję­cia, jak to bę­dzie wy­glą­dało. Czy któ­ryś z mię­śnia­ków po­jawi się ra­zem z nią, żeby naj­pierw ode­brać pie­nią­dze i upew­nić się, z kim zo­sta­wia dziew­czynę? Je­śli tak, to Szy­mon na­wet nie wyj­dzie z ukry­cia. Wy­mknie się z ho­telu przy naj­bliż­szej oka­zji. Je­śli jed­nak Wik­to­ria przyj­dzie sama, pój­dzie za nią i spo­tkają się przy drzwiach po­koju albo w win­dzie.

Spoj­rzał na ze­ga­rek. Było za pięć ósma, kiedy dziew­czyna prze­szła przez ob­ro­towe drzwi ho­telu. Miała wy­so­kie szpilki, mi­niówkę i fu­trzaną kurtkę, ale ani to, ani mocny ma­ki­jaż nie zdo­łały zro­bić z niej tej nocy sek­sow­nej ko­biety. Jej dłu­gie nogi wy­raź­nie drżały, a twarz wy­ra­żała ból. Za­chwiała się i Szy­mon po­de­rwał się, my­śląc, że mdleje, ale ona zna­la­zła opar­cie w naj­bliż­szej ko­lum­nie. Coś było z nią nie tak, do­strze­gał to go­łym okiem. Prze­lot­nie zer­k­nął na in­nych lu­dzi w lobby, ale nikt poza nim nie zwró­cił na nią uwagi.

Szy­mon ob­ser­wo­wał ją z uwagą. Po­woli wstał z ka­napy i pod­szedł bli­żej wind, żeby nie stra­cić jej z oczu. Coś po­wstrzy­my­wało go przed po­dej­ściem do niej od razu. Może był to fakt, że te­raz wi­dział ją, jaka była na­prawdę. Gdy się spo­tkają, ona znowu wej­dzie w swoją rolę. Jedną z wielu. Nie za­uwa­żyła go jesz­cze, co wy­dało mu się dziwne, bo prze­stał się ukry­wać. Stał po pro­stu kilka me­trów od niej, za­sta­na­wia­jąc się, jak za­cząć roz­mowę, jak na­kło­nić ją do współ­pracy.

We­szła do windy i wtedy Szy­mon ru­szył, jed­nak drzwi za­mknęły się szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał. Wik­to­ria po­je­chała na ósme pię­tro, a on zo­stał na dole. Prędko wsiadł do dru­giej, wol­nej już windy, ale gdy do­je­chał na górę i prze­szedł ko­ry­ta­rzem pod po­kój, ni­g­dzie jej nie wi­dział. Szyb­kim kro­kiem wró­cił do wind i zer­k­nął na wy­świe­tla­cze. Ta, którą przy­je­chał, na­dal była otwarta, ale ta druga, do któ­rej wsia­dła Wik­to­ria, znaj­do­wała się te­raz na naj­wyż­szym z pię­ter. Po­dą­żył za nią, pchany ra­czej cie­ka­wo­ścią niż oba­wami. Te po­ja­wiły się do­piero, gdy wy­szedł­szy na szczy­towe pię­tro ho­telu, do­strzegł le­żące pod dra­binką szpilki. Do­padł do szcze­bli. Gdy chwilę póź­niej zna­lazł się na da­chu, w twarz ude­rzył go silny po­dmuch wia­tru.

Ro­zej­rzał się ner­wowo. Nie od razu za­uwa­żył ją w ciem­no­ści, ale kiedy ją doj­rzał, stała na kra­wę­dzi da­chu, wpa­trzona w roz­świe­tlone w od­dali cen­trum War­szawy. Strach wy­rwał z jego gar­dła mo­men­talny okrzyk. Za­wo­łał jej imię i może też coś na kształt: "nie skacz" lub "nie rób tego". Sam nie wie­dział, bo nie­spo­dzie­wana sy­tu­acja go zszo­ko­wała. Po­czuł się do­kład­nie tak samo jak kilka nocy temu w le­sie, gdy sam już żegnał się z ży­ciem.

- Wik­to­ria!

Nie re­ago­wała. Może to wiatr za­głu­szał głos Szy­mona, a może dziew­czyna była w ja­kimś odrę­twie­niu, które cał­kiem od­cięło ją od świata ze­wnętrz­nego. Nie­wiele my­śląc, do­biegł do niej i ła­piąc ją w pa­sie, sta­now­czym ru­chem od­cią­gnął od kra­wę­dzi.

- To ja opłaciłem tę noc! To tylko ja! - wy­krzy­czał, nie lu­zując uści­sku.

Bał się, że mu się wy­rwie i sko­czy, ale ona na­wet nie próbo­wała się wy­swo­bo­dzić. Trwała w jego ra­mio­nach jak szma­ciana, po­zba­wiona ży­cia lalka. Osu­nęła się na zie­mię. Od­garnął jej włosy i ujął w dło­nie de­li­katną, mo­krą od łez twarz.

- Wik­to­ria...

Spoj­rzała na niego, ale w oczach miała pustkę. Do­piero gdy znów powtórzył jej imię, od­parła:

- Alina. Mam na imię Alina.

Spu­ściła oczy, a Szy­mon de­li­kat­nie po­de­rwał ją z ziemi. Sta­nęła na chwiej­nych jesz­cze no­gach i po­zwo­liła, by ją pro­wa­dził. Ra­zem wrócili do bu­dynku.

Kiedy Szy­mon za­mknął klapę pro­wa­dzącą na dach, ode­tchnął swo­bod­niej. Te­raz mógł po­roz­ma­wiać z nią o tym, o czym pla­no­wał, ale kiedy spoj­rzał na jej oświe­tloną ha­lo­ge­nami twarz, za­sta­no­wił się, czy to wła­ściwa droga. Sam już nie wie­dział, kto po­trze­buje po­mocy bar­dziej. On, czy jed­nak ona.

25

"Mnie nie można ku­pić"

Szy­mo­nem wstrzą­snęła świa­do­mość, że za­le­d­wie se­kundy za­de­cy­do­wały o ży­ciu tej dziew­czyny. Rze­czy­wi­stość, a może ja­kaś siła wyż­sza, po­słu­żyła się jego rę­kami, żeby od­cią­gnąć ją od kra­wę­dzi, za którą za­czy­nała się śmierć. Czy przez to ta bez­radna, bez­wolna istota stała mu się bliż­sza?

Po­zba­wiona wszel­kich ma­sek, sił i woli, we­szła do ho­te­lo­wego po­koju i wła­śnie ta jej pustka, te wszyst­kie "bez" spra­wiły, że Szy­mon zo­ba­czył ją w praw­dzie, a to, co zo­ba­czył, prze­ra­ziło go.

Idąc przed sie­bie po­su­wi­stym kro­kiem, zrzu­ciła z ra­mion fu­trzaną kurtkę. A gdy za­częła roz­pi­nać bluzkę, Szy­mon zła­pał jej nad­garstki.

- Prze­stań. Nie po to tu­taj je­steś - po­wie­dział, szu­ka­jąc zro­zu­mie­nia w jej pu­stym spoj­rze­niu.

- Za­pła­ci­łeś za mnie...

- Po­słu­chaj mnie... - Za­wa­hał się, szu­ka­jąc w gło­wie od­po­wied­niego imie­nia. - Alino, chcę tylko z tobą po­roz­ma­wiać.

Prze­cią­gnął ją ostroż­nie w stronę łóżka i usa­dził. Sam przy­su­nął so­bie fo­tel i usiadł na­prze­ciwko zdez­o­rien­to­wa­nej dziew­czyny.

- Oby­dwoje wpa­ko­wa­li­śmy się w trudną sy­tu­ację. Nie wiem, jaka jest twoja hi­sto­ria, ale moja jest cał­kiem pro­sta. Znasz ją. Da­łem się po­dejść, oszu­kać, a te­raz Ce­gła i cała ta... ekipa Zim­nego trzy­mają mnie w gar­ści. Chcą, że­bym pi­sał dla nich usta­wione ar­ty­kuły. Płacą mi za to, więc za­wsze będą mo­gli po­wie­dzieć, że ro­bi­łem to wszystko z wła­snej woli.

- Po­wi­nie­neś się cie­szyć... - od­parła bez­na­mięt­nie.

Szy­mon spoj­rzał na nią py­ta­jąco.

- Przy­naj­mniej płacą ci za by­cie ich kurwą - wy­ja­śniła.

Jej bez­po­śred­niość go zmro­ziła, lecz może nie po­wi­nien się dzi­wić. Do­świad­cze­nia dziew­czyny znie­czu­liły ją na wiele sy­tu­acji i na wiele słów.

Przy­tak­nął.

- Masz ra­cję - po­wie­dział. - Je­stem ich kurwą. Ale tak nie może być! Po­mo­żesz mi ich za­ła­twić.

Przez chwilę pa­trzyła na niego niemo, jakby pró­bo­wała oce­nić, jak po­ważne są jego za­miary.

- Zwa­rio­wa­łeś - oznaj­miła z prze­ko­na­niem.

- Za­ufaj mi. Me­dia są po­tężną bro­nią. Mogę za­ła­twić Zim­nego, zwra­ca­jąc na niego uwagę po­li­cji. Po­trze­buję tylko do­wo­dów i świadka. Po­móż mi, a oboje na tym zy­skamy.

- Nie wiesz, o czym mó­wisz. Od lat sama nie mogę so­bie po­móc, a ocze­ku­jesz, że ura­tuję cie­bie?! Za­biją cię bez wa­ha­nia, kiedy się do­wie­dzą...

- Nie do­wie­dzą się, chyba że sama im o tym po­wiesz. Ale nie zro­bi­ła­byś tego, prawda?

Jej prze­cią­ga­jące się mil­cze­nie zdra­dzało, że jesz­cze nie miał jej po swo­jej stro­nie. Nie w pełni. Oba­wiał się, że jej nie­do­szłe sa­mo­bój­stwo świad­czyło o utra­cie na­dziei i cał­ko­wi­tym zo­bo­jęt­nie­niu. Mo­gła go też wy­dać. Wy­brać ła­twiej­szą drogę; drogę współ­pracy z opraw­cami. Kiedy już za­czął po­dej­rze­wać, że się prze­li­czył i źle oce­nił cha­rak­ter dziew­czyny, ta pod­nio­sła na niego spoj­rze­nie. W jej oczach po­now­nie do­strzegł ży­cie, jakby na nowo zo­ba­czyła przed sobą drogę.

- Po­mogę ci, je­żeli ty po­mo­żesz mnie - szep­nęła.

- Tak jak po­wie­dzia­łem, je­śli zbiorę po­trzebne in­for­ma­cje, oboje na tym sko­rzy­stamy. Za­nim po­li­cja weź­mie się za Zim­nego, upły­nie tro­chę czasu, ale wiem, do kogo z tym pójść, żeby bur­del za­mknęli od razu.

- Nie to mam na my­śli. Szy­mon, nie wy­trzy­mam z nimi ani jed­nego dnia dłu­żej - po­wie­działa drżą­cym gło­sem, tak że nie miał wąt­pli­wo­ści co do praw­dzi­wo­ści jej słów.

Jego imię, wy­po­wie­dziane z na­ci­skiem, za­brzmiało, jakby był dla niej ostat­nią de­ską ra­tunku. Po­czuł się nie­pew­nie. Spo­dzie­wał się, że Alina bę­dzie cze­goś od niego ocze­ki­wała, ale czy do­brze ją zro­zu­miał?

- Pro­sisz mnie o...

- Po­móż mi znik­nąć.

Czy miała na my­śli sa­mo­bój­stwo? Pa­trzył na nią wni­kli­wie, szu­ka­jąc od­po­wie­dzi na py­ta­nie, które bał się po­sta­wić.

- Po­móż mi uciec - do­dała - tak, żeby mnie nie zna­leźli.

- Te­raz?! - Od­chy­lił się, zwięk­sza­jąc dy­stans.

Alina wy­glą­dała na zde­cy­do­waną.

- Nie mogę tam wró­cić. Prę­dzej się za­biję...

- Nie mów tak! Śmierć nie jest roz­wią­za­niem.

- Ty nie ro­zu­miesz - wes­tchnęła, nie tra­cąc jed­nak pew­no­ści w to­nie.

- Ro­zu­miem, że masz do­syć, jed­nak te­raz nie je­steś sama. Po­mogę ci, ale nie tak, nie od razu.

- Na co mam cze­kać?! Na ko­lej­nego klienta?! Na­stępne po­bi­cie?!

Szy­mon po­de­rwał się z miej­sca i za­czął spa­ce­ro­wać po po­koju. Krę­cił przy tym głową, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, że nie spo­dzie­wał się ta­kiego ob­rotu spraw. Nie wie­dział, co po­cząć z jej prośbą, nie był na to przy­go­to­wany i w ogóle nie czuł się na si­łach, żeby to zro­bić. Za­pla­no­wał pod­stępną, stop­niową de­ma­ska­cję dzia­łań Zim­nego. Za­mie­rzał prze­ka­zać po­li­cji in­for­ma­cję o dzia­ła­niu bur­delu, by go za­mknęli, do­ko­nali aresz­to­wań i uwol­nie­nia dziew­czyn. To miała być od­po­wie­dzial­ność służb, nie jego! On był tylko sze­re­go­wym dzien­ni­ka­rzem z pa­roma zna­jo­mo­ściami! Le­d­wie po­tra­fił za­dbać o sa­mego sie­bie, a ona pro­siła go o ochronę przed gan­giem strę­czy­cieli?!

- Nie mogę. Alina... ja nie po­tra­fię...

- W ta­kim ra­zie zo­staje mi tylko skok z da­chu.

Szan­ta­żo­wała go emo­cjo­nal­nie! Nie miał co do tego wąt­pli­wo­ści, ale to, co ro­biła, dzia­łało. Szy­mon po­now­nie usiadł tuż przed nią, ob­jął jej zimne dło­nie i po­wie­dział:

- Jak ty się w to wszystko wpa­ko­wa­łaś?

Pa­trzyła na niego bez słowa.

- Po­móż mi zro­zu­mieć - po­na­glił.

- Po­trze­bo­wa­łam pracy - wy­znała po za­sta­no­wie­niu.

Szy­mon po­czuł na­ra­sta­jące na­pię­cie. Trwał jed­nak w bez­ru­chu, bo­jąc się spło­szyć tę nie­pewną, za­stra­szoną istotę, a dziew­czyna kon­ty­nu­owała:

- Miesz­ka­łam z ro­dziną na Ukra­inie, w ma­łej wsi. Dużo otwar­tej prze­strzeni, góry, łąki. Ży­li­śmy skrom­nie. Ro­dzice, ja i moi dwaj bra­cia. Te­raz mają osiem i dzie­sięć lat. Tata był sto­la­rzem. Utrzy­my­wał nas. Ja szy­ko­wa­łam się na stu­dia do Lwowa. Oszczę­dza­li­śmy na to przez lata. Ale mój naj­młod­szy brat, An­drej, ciężko za­cho­ro­wał. Trzeba było jeź­dzić z nim do mia­sta, do le­ka­rza. Ku­po­wać leki. Pie­nią­dze za­częły się roz­cho­dzić. Sły­sza­łeś kie­dyś, że nie­szczę­ścia cho­dzą pa­rami? Tak było u nas. Tata po­waż­nie zra­nił się przy pracy. Nie chciał wy­da­wać wię­cej pie­nię­dzy na le­ka­rza dla sie­bie, ale po ja­kimś cza­sie w ranę wdało się za­ka­że­nie. Stra­cił dłoń. Sto­larz bez dłoni nie­wiele może. Nie było już szans na stu­dia. Po­ma­ga­łam w są­sied­nich go­spo­dar­stwach, żeby za­ro­bić, ale to nie wy­star­czyło. Pew­nego dnia w wio­sce po­ja­wił się prze­jezdny. Usły­sza­łam, że szuka dziew­czyn do pracy na Za­cho­dzie. Za­pła­cił moim ro­dzi­com trzy­dzie­ści ty­sięcy hry­wien.

- Cztery i pół ty­siąca zło­tych... - prze­li­czył pod no­sem Szy­mon.

- Za tyle moja ro­dzina utrzy­ma­łaby się przez kilka mie­sięcy. Tata pla­no­wał ku­pić też parę owiec. Zmie­nić za­wód...

- Wie­dzieli, że od­dają córkę na pro­sty­tu­cję?

- Nie. Ja też o tym nie wie­dzia­łam. Mó­wili, że przy­wiozą nas do du­żego mia­sta.

- Was?

- Ze­brali kilka dziew­czyn z po­bli­skich wio­sek. Mia­ły­śmy pra­co­wać w fir­mie pro­du­ku­ją­cej ubra­nia. Szyć, przy­mie­rzać, na­wet po­zo­wać do zdjęć. Ga­dali co­kol­wiek, a my­śmy im wie­rzyły. Nie­wiele wie­dzia­ły­śmy wtedy o praw­dzi­wym świe­cie, o praw­dzi­wym Za­cho­dzie. Pie­nią­dze, które dali ro­dzi­com, to był taki kre­dyt. Ja mu­sia­łam je­chać, żeby to wszystko od­pra­co­wać z na­wiązką. Mó­wili, że szybko wrócę do domu...

- Prze­cież cztery i pół ty­siąca od­pra­co­wa­łaś już dawno! Sam da­łem za dzi­siaj dwa ka­fle. Do­łożę na­wet wię­cej, że­byś wró­ciła do domu!

- To nie działa w ten spo­sób. To nie jest uczciwy in­te­res.

- Oczy­wi­ście, że nie jest... - przy­znał, dzi­wiąc się wła­snej chwi­lo­wej na­iw­no­ści.

- Tu­taj ni­gdy nie cho­dziło o od­pra­co­wa­nie tych pie­nię­dzy. Mu­szę ro­bić, co mi każą.

- Mogę wy­ku­pić cię za wię­cej - po­wtó­rzył, za­sta­na­wia­jąc się już, skąd mógłby wziąć więk­szą go­tówkę.

- Nie sprze­da­dzą mnie. Wiesz, ile na mnie za­ra­biają? Noc jak dzi­siaj nie zda­rza się co­dzien­nie, ale rok ma trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć dni. Dziew­czyny pró­bo­wały już wszyst­kiego. Nie­które ucie­kały, inne się oka­le­czały. To wszystko róż­nie się koń­czyło, ale ni­gdy do­brze. Te, które ucie­kły, po ja­kimś cza­sie wra­cały, oka­le­czone, pra­co­wały za niż­sze stawki, chore ofe­rują tylko seks z pre­zer­wa­tywą albo blow­joba. Na wszystko mają spo­sób.

- Któ­rejś udało się uciec?

- Naj­czę­ściej dziew­czyny wra­cają. Nie z wła­snej woli... Ja­koś je znaj­dują i ścią­gają z po­wro­tem. Karą jest po­bi­cie, ale czę­sto też utrud­nie­nie ży­cia ro­dzi­nie. Wię­cej nie pró­bują ucie­kać. Nie chcą, żeby ktoś przez nie cier­piał.

- Nie bo­isz się, że je­śli uciek­niesz, zro­bią krzywdę twoim bli­skim?

- Je­żeli mnie nie znajdą, to po co mie­liby ro­bić im krzywdę? Zresztą mó­wi­łeś, że znasz róż­nych lu­dzi. Mo­żesz ochro­nić moją ro­dzinę.

- Ja?! Prze­ce­niasz moje wpływy. Bar­dzo je prze­ce­niasz!

- Nie wy­daje mi się. Wi­dzę, jak Ce­gła na cie­bie pa­trzy. Jak się do cie­bie od­zywa. Jak się przed tobą za­bez­pie­cza... On się cie­bie boi, Szy­mon. Boi się tego, co mógł­byś zro­bić, gdy­byś był prze­ciwko nim.

- To prze­cież bez sensu! Gdyby Ce­gła się mnie bał, nie za­pra­szałby mnie do współ­pracy! Nie wcią­gałby mnie w to wszystko!

- Dla­tego na sa­mym po­czątku pod­ciął ci skrzy­dła - od­parła dziew­czyna, zwie­sza­jąc głowę. - Ce­gła chce cię mieć po swo­jej stro­nie, ale po­trze­bo­wał pew­no­ści, że mu nie za­szko­dzisz. Te­raz pró­buje cię ku­pić, dać ci złu­dze­nie, że to ty po­trze­bu­jesz jego.

- Mnie nie można ku­pić...

- Każ­dego można ku­pić, tylko nie­któ­rzy mają wy­soką cenę - od­parła smutno.

- Nie mogę się z tym zgo­dzić.

- Nie mo­żesz? Czy się nie zga­dzasz?

Pu­ścił jej dło­nie, po czym roz­ma­so­wał spiętą ner­wami twarz. Dziew­czyna pro­siła go o wiele, a on co­raz bar­dziej czuł, że nie ma in­nego wyj­ścia, jak dać jej to, czego ocze­ki­wała. Czy po­tra­fiłby żyć z my­ślą, że stało się jej coś złego, bo od­mó­wił jej po­mocy?

Te­raz nie miał już wąt­pli­wo­ści, na­prze­ciw kogo sie­dział.

Alina - oszu­kana, am­bitna dziew­czyna, pro­sta i po­mocna. Córka sto­la­rza, star­sza sio­stra dwóch chłop­ców. Skrzyw­dzona i za­stra­szona, ska­zana na ła­skę in­nych, ba­lan­su­jąca na kra­wę­dzi śmierci, znaj­do­wała w so­bie wię­cej od­wagi niż on. Niż aro­gancki, wa­leczny syn gang­stera.

26

"Nie ufam po­li­cji"

- Zgoda - po­wie­dział Szy­mon. - Po­mogę ci uciec, ale mu­sisz mi dać tro­chę czasu.

- Nie mogę tam wrócić - od­parła Alina, nie scho­dząc ze sta­now­czego tonu.

Wy­glą­dało na to, że wi­działa te­raz rze­czy­wi­stość tylko w dwóch ko­lo­rach: czar­nym i białym. Była wol­ność albo śmierć. Szy­mon mu­siał wy­per­swa­do­wać jej po­chop­ność. Po­trze­bowali wspar­cia oraz czasu.

- Je­śli te­raz znik­niesz, będą wie­dzieli, że ostatni klient miał z tym coś wspólnego. I będą wie­dzieli, że to ja. Wy­star­czy, że przy­ci­sną pra­cow­nika ho­telu, który poda im na­zwi­sko.

- Nie za­mel­do­wa­łeś się pod fał­szy­wym? - spy­tała wąt­piąco. Może zdała so­bie sprawę, że za­mie­rza po­wie­rzyć swój los w ręce na­prawdę nie­przy­go­to­wa­nej do tego osoby.

- Mam inny plan, ale mu­sisz mi za­ufać. Je­śli bę­dzie po­trzeba, będę płacił za każdą na­stępną noc.

- Zro­bił­byś to? Co im po­wiem, kiedy za­czną za­da­wać o cie­bie py­ta­nia? Za­in­te­re­sują się prze­cież no­wym sta­łym klien­tem.

Miała ra­cję, a do Szy­mona do­tarło, że Alina ro­zu­miała śro­do­wi­sko su­te­nerów i pro­sty­tu­tek znacz­nie le­piej niż on. Po­trze­bo­wał jej. Tak jak ona jego. Może jed­nak nie mieli tyle czasu, ile by chcieli, i to spra­wiało, że czuł się jesz­cze bar­dziej za­gu­biony.

- Więc zro­bimy to szyb­ciej. Mój przy­ja­ciel, który pra­co­wał w po­li­cji...

- Nie ufam po­li­cji - prze­rwała mu dziew­czyna.

Szy­mon przy­tak­nął.

- Ro­zu­miem, ale ja mu ufam - od­parł, do­strze­ga­jąc na twa­rzy Aliny pewne zmie­sza­nie. - O co cho­dzi? - do­py­tał.

- Ja­kiś rok temu Roma, jedna z dziew­czyn, po­pro­siła klienta, żeby za­wia­do­mił po­li­cję o tym, co oni z nami ro­bią. Igor do­wie­dział się o tym, stłukł ją pra­wie na śmierć i po­wie­dział, że ża­den pies nam nie po­może, bo psy mają w nas udziały. - Spoj­rzała na Szy­mona wy­mow­nie. - To nie ten klient doniósł Igo­rowi. Zro­biła to po­li­cja. Jak bar­dzo ufasz temu przy­ja­cie­lowi? - spy­tała po chwili mil­cze­nia.

- Po­wie­rzył­bym mu ży­cie, Alino. On mnie nie zdra­dzi, ale wiem, kto mógłby.

Szy­mon prze­łknął ślinę. Nie było dla niego no­wo­ścią, że w po­li­cji są zgniłe owoce, ale świa­do­mość, że ci dwu­li­cowi gli­nia­rze próbo­wali go zwer­bo­wać, przy­pra­wiła go o ciarki. Da­rek, Chyży oraz Smok może i byli przy­kryw­kow­cami, ale Zimny ku­pił so­bie ich lo­jal­ność. Albo miał na nich haka.

- Czy pa­dły kie­dy­kol­wiek ja­kieś na­zwi­ska po­li­cjantów? Usły­sza­łaś coś przy­pad­kiem?

- Nie. Ni­czego nie sły­sza­łam.

- Co zro­bili z po­słem Rec­kim? Jak uwia­ry­god­nili ze­zna­nie o gwał­cie?

- Po pro­stu pod­rzu­cili mu do domu ob­raz i te­le­fon, z którego niby do mnie za­dzwo­nił, roz­darte majtki, kilka mo­ich włosów w jego sa­mo­cho­dzie...

- A w cza­sie gwałtu był z inną pro­sty­tutką?

Przy­tak­nęła.

- Nie bę­dzie miał żad­nego alibi - za­pew­niła.

- Co z dziew­czyną z ga­le­rii, która rze­komo wi­działa, jak po cie­bie przy­je­chał?

- To jedna z nas. Po­wie wszystko, co każą jej po­wie­dzieć. Ga­le­ria też jest ich wła­sno­ścią, więc ro­bią tam, co chcą. Wiele razy wy­ko­rzy­sty­wali ją do ło­wie­nia no­wych klientów, do pra­nia pie­nię­dzy.

- A tamto ba­da­nie le­kar­skie? Mia­łaś w so­bie na­sie­nie Rec­kiego, prawda?

- Prze­cho­wy­wali je w lodówce na od­po­wiedni mo­ment.

- Tak samo, jak ro­bią z moim. Je­żeli stanę się nie­wy­godny, zro­bią ze mną to samo, co z Rec­kim? Oskarżą mnie o gwałt?

- W naj­lep­szym wy­padku.

- W naj­lep­szym wy­padku?! Nie mo­żesz spra­wić, żeby ten ku­be­czek ja­koś wy­pa­ro­wał?

- Przy­kro mi, Szy­mon. Nic nie mogę zro­bić.

W jej oczach błysz­czały łzy. Była jak pta­szek w klatce, który za­po­mniał już, jak to jest żyć na wol­no­ści. Na­tura rzą­dzi się jed­nak wła­snymi pra­wami. Na­wet nie­wola nie od­uczy ptaszka mi­ło­ści do słońca. Stąd w Ali­nie tliła się na­dzieja.

- Pomożesz mi? - za­py­tała, nie pa­trząc mu w oczy, jakby chciała na­brać pew­ności, że się nie roz­my­ślił.

- Oczy­wi­ście, że tak. Prze­cież po­wie­dzia­łem.

Spoj­rzała na niego. Miała piękne, ciemne oczy, w których mógłby się za­ko­chać, gdyby nie oko­licz­no­ści. Gdyby byli dwójką prze­cięt­nych lu­dzi, któ­rzy po­znali się przy ba­rze w ho­te­lo­wym lobby, mógłby za­pro­sić ją na ko­la­cję i każ­dego dnia po­zna­wać ją le­piej i le­piej, aż sta­liby się so­bie na­tu­ral­nie bli­scy. Za­miast tego łą­czył ich strach i wspólne kłam­stwo.

- Jesz­cze zo­ba­czysz swoją ro­dzinę. Wró­cisz do nich, wyj­dziesz za mąż za uczci­wego fa­ceta, który bę­dzie pa­rzył ci her­batę i ma­so­wał stopy - snuł wy­obra­że­nia, wi­dząc, że spra­wia jej tym przy­jem­ność.

Uśmiech­nęła się przez łzy.

- Bę­dziesz spo­koj­nie prze­sy­piać noce we wła­snym łóżku - cią­gnął - i bu­dzić się o świ­cie z wdzięcz­no­ścią za ko­lejny dzień. Zro­bię wszystko, co w mo­jej mocy, żeby cię z tego wy­cią­gnąć, sły­szysz? Bę­dziesz wolna, tylko mu­sisz mi za­ufać.

27

"Wol­ność albo śmierć"

O świ­cie Alina za­brała ko­pertę z pie­niędzmi i wy­szła z ho­telu. Wsia­dła do czar­nego mer­ce­desa, w któ­rym cze­kał na nią Igor. Sa­mo­chód od­je­chał po­woli, zwy­czaj­nie, nie wzbu­dza­jąc ni­czy­ich po­dej­rzeń i nie przy­cią­ga­jąc uwagi.

Szy­mon ob­ser­wo­wał z ho­te­lo­wego okna, jak wóz znika za za­krę­tem. W dłoni ści­skał dyk­ta­fon, na któ­rym uwiecz­nił głos wal­czą­cej o wol­ność dziew­czyny. Zgo­dziła się na po­wtó­rze­nie swo­jej hi­sto­rii z naj­drob­niej­szymi szcze­gó­łami. Dzien­ni­karz spoj­rzał na ze­ga­rek. Było wcze­śnie, ale nie za wcze­śnie na te­le­fon do przy­ja­ciela, z któ­rym roz­mowę cią­gle od­kła­dał na póź­niej, a po­wi­nien był za­dzwo­nić już parę dni temu.

Po­łą­cze­nie zo­stało ode­brane dość szybko.

- Nie wie­rzę! Szy­mon Ra­fal­ski za­szczy­cił mnie te­le­fo­nem!

Z piersi dzien­ni­ka­rza wy­do­było się głę­bo­kie wes­tchnie­nie.

- Cześć, Cha­ber. Chcia­łem po­ga­dać.

- To wi­dzę. Dzwo­nisz - od­parł Cha­ber­ski po­sęp­nie.

- Mo­żemy się spo­tkać?

- Prze­cież wiesz, gdzie miesz­kam.

- Nie u cie­bie. Znasz ja­kieś bez­pieczne miej­sce? Może pod War­szawą?

Pod­ko­mi­sarz mil­czał przez chwilę. Mu­siał prze­czu­wać kło­poty.

- Spo­tkajmy się u Sta­rego.

Szy­mon przy­stał na pro­po­zy­cję przy­ja­ciela. Stary, Fi­lip Tyszka, miesz­kał sam w pod­war­szaw­skiej wsi. Jego dom oraz sala tre­nin­gowa w od­re­mon­to­wa­nej sto­dole były miej­scem przy­cią­ga­ją­cym lu­dzi z pro­ble­mami. Lu­dzi szu­ka­ją­cych wy­tchnie­nia i bez­pie­czeń­stwa.

Go­dzinę póź­niej Szy­mon za­par­ko­wał tuż obok srebr­nego vo­lvo. Ob­rzu­cił nie­spiesz­nym spoj­rze­niem całą po­sia­dłość, z którą wią­zały się cał­kiem przy­jemne wspo­mnie­nia. To tu­taj, na de­skach sta­rego ringu, za­przy­jaź­nił się z na­sto­let­nim Ro­ber­tem Ba­czu­kiem, za­sta­na­wia­ją­cym się wtedy nad wstą­pie­niem w sze­regi po­li­cji. To tu­taj zro­zu­miał, że biedny nie zna­czy gor­szy, po­znał wła­sne moż­li­wo­ści i zo­ba­czył, że ma wo­kół sie­bie lu­dzi, któ­rym szcze­rze i bez­in­te­re­sow­nie na nim za­leży.

Gdy tylko wy­siadł z sa­mo­chodu, do jego uszu do­tarło szcze­ka­nie psa. Drzwi domu otwo­rzył Fi­lip Tyszka, ale to Iskra był pierw­szym, który przy­wi­tał dzien­ni­ka­rza. Ina­czej niż po­przed­nio Ra­fal­ski ob­da­rzył zwie­rzaka tylko po­bież­nym po­kle­pa­niem i bez więk­szego roz­czu­la­nia się wszedł do środka. Przez ostat­nie dzie­sięć lat wnę­trze nie zmie­niło się wcale. Było skromne, ale czy­ste. Urzą­dzone nieco nie­dbale, bo je­den me­bel nie pa­so­wał do dru­giego, a wszyst­kie po­cho­dziły chyba z tej sa­mej mi­nio­nej epoki. Ściany ozda­biała bo­aze­ria.

Kac­per Cha­ber­ski sie­dział przy ku­chen­nym stole, po­pi­ja­jąc kawę. Pies za­krę­cił się jesz­cze raz wo­kół go­ścia, po czym po­ło­żył łeb obok stóp swo­jego pana.

- Na­pi­jesz się może cze­goś, Szy­mon? - za­py­tał uprzej­mie Tyszka.

- Kawy, je­śli można - od­parł dzien­ni­karz i usiadł na­prze­ciwko Cha­ber­skiego.

Kac­per przy­glą­dał mu się niemo, jakby czy­tał z jego twa­rzy o wszyst­kim, co wy­da­rzyło się ostat­nio.

- Więc? - za­czął spo­koj­nie po­li­cjant. - Czy coś w stylu "a nie mó­wi­łem" bę­dzie na ten mo­ment od­po­wied­nie?

- Coś w tym stylu... - po­twier­dził Szy­mon, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie po­wie­trze, jakby wa­żyło tonę.

- No to opo­wia­daj.

Cha­ber­ski wy­słu­chał wszyst­kiego bez słowa. Co ja­kiś czas tylko wzdy­chał lub krę­cił głową, by dać wy­raz swo­jej dez­apro­ba­cie. Z ko­lei Fi­lip Tyszka sie­dział mię­dzy nimi nie­wzru­sze­nie. Pew­nie sły­szał i wi­dział już nie ta­kie rze­czy. Gdy Szy­mo­nowi za­bra­kło słów, by kon­ty­nu­ować wy­wód, wy­cią­gnął z kie­szeni płasz­cza dyk­ta­fon i uru­cho­mił na­gra­nie.

Ci­chy, sub­telny głos Aliny zwa­nej Wik­to­rią wy­peł­nił po­miesz­cze­nie. Jej opo­wieść, do­bór i zna­cze­nie słów wy­warły te­raz na Szy­mo­nie wy­jąt­kowo dra­ma­tyczne wra­że­nie. Roz­ma­wia­jąc z Aliną, sku­pił się może bar­dziej na tre­ści, na wy­do­by­wa­niu z niej szcze­gó­ło­wych in­for­ma­cji i pró­bie wzbu­dze­nia za­ufa­nia. Do­piero te­raz zdał so­bie sprawę z drże­nia głosu i prze­dłu­ża­ją­cych się pauz mię­dzy sło­wami.

Cha­ber­ski przy­mru­żył oczy i utkwił wzrok w nie­wiel­kim urzą­dze­niu. Skrzy­wił się, gdy dziew­czyna opo­wia­dała o wro­bie­niu po­sła Rec­kiego w gwałt, otarł twarz dło­nią, gdy wspo­mniała o sa­mo­bój­stwie.

Na­gra­nie trwało kil­ka­na­ście mi­nut, pod­czas któ­rych męż­czyźni nie za­mie­nili ze sobą ani słowa. W końcu Szy­mon wy­łą­czył urzą­dze­nie i nie­spo­koj­nie za­czął ob­ra­cać je na stole. Twarz sta­rego Tyszki nie wy­ra­żała zbyt wiele. Były in­spek­tor wy­da­wał się nie­wzru­szony, choć w jego oczach można było do­strzec cień za­tro­ska­nia. Cha­ber­ski na­to­miast nie mógł utrzy­mać w so­bie emo­cji. Jego zmarsz­czone czoło zdra­dzało obawy, że tym ra­zem Szy­mon nie tylko wpa­ko­wał się w kło­poty, ale za­mie­rzał po­peł­nić sze­reg ko­lej­nych błę­dów.

Szy­mon z tru­dem prze­łknął ślinę przez ści­śnięte gar­dło. Wie­dział, że to on musi prze­rwać to prze­cią­ga­jące się mil­cze­nie.

- Chce współ­pra­co­wać. Dużo wie. Może na­wet wię­cej niż to, co jest na na­gra­niu. Mu­szę ją stam­tąd wy­cią­gnąć i to szybko.

- Dla­czego to ro­bisz, Szy­mon? - za­py­tał Cha­ber­ski rzadko spo­ty­ka­nym u niego ostrym to­nem.

- Nie ro­zu­miem two­jego py­ta­nia...

- Jak to nie ro­zu­miesz? Wcho­dzisz prze­cież w to­talne ba­gno! Pro­sty­tu­cja? Han­del ludźmi? Sko­rum­po­wani po­li­cjanci? Tu­taj ręka rękę myje. Wiesz, ja­kie szy­chy mogą być w to za­mie­szane? Jak wdep­niesz w ta­kie gówno, to nikt nie bę­dzie w sta­nie ci po­móc. Nie po­mogą też dawne kon­takty two­jego ojca, bo ci gang­ste­rzy z chę­cią zo­ba­czy­liby, jak syn Ra­fal­skiego krztusi się wła­sną krwią.

- Dzięki za ob­ra­zowe przed­sta­wie­nie mi sy­tu­acji, Cha­ber.

- Pro­szę. Taka jest prawda - od­po­wie­dział pod­ko­mi­sarz i od­kaszl­nął. Jego od­dech za­świsz­czał, jakby temu jed­nemu płucu, które mu zo­stało, bra­ko­wało tlenu. Wy­cią­gnął z kie­szeni in­ha­la­tor i za­apli­ko­wał lek.

- Wiem, jak to wy­gląda i ja­kie jest ry­zyko - od­parł ci­cho Szy­mon.

- Więc dla­czego się w to pa­ku­jesz?

- Bo Alina też ma wiele do stra­ce­nia. Wczo­raj w nocy pró­bo­wała po­peł­nić sa­mo­bój­stwo. W ostat­niej chwili od­cią­gną­łem ją od kra­wę­dzi bu­dynku. Nie mogę mieć jej śmierci na su­mie­niu, nie zniósł­bym tego. Obie­ca­łem jej, że wróci do domu. Po­mogę jej uciec, ukryję ją w klasz­to­rze pal­lo­ty­nek na ja­kiś czas, aż usa­dzimy tych by­dla­ków.

- My?

- Li­czę na twoją po­moc.

- Za­ko­cha­łeś się w tej dziew­czy­nie czy wy­ko­rzy­stu­jesz ją, żeby ugrać te­mat?

- Może oba, może żadne z tych...

- Nie po­gry­waj ze mną. Mó­wię po­waż­nie. Chcesz jej po­móc wró­cić do domu, to do­brze. Z tym rze­czy­wi­ście mogę ci po­móc. Ale sprawa się na tym nie za­koń­czy! Je­żeli bę­dziesz pró­bo­wał ugrać coś wię­cej, usa­dzić al­fon­sów, za­mie­szasz w to po­li­cję, to ostrze­gam cię, mo­żesz dojść do prawdy, która cię znisz­czy. I oby tylko na tym po­prze­stała.

- Pró­bu­jesz mnie wy­stra­szyć?

- Mó­wię ci, jak jest, i każdy zna­jący się na na­szej ro­bo­cie po­li­cjant, Proca, Ro­bert, na­wet Fi­lip, po­wie­dzą ci to samo: nie idź tą drogą!

Obaj spoj­rzeli wy­cze­ku­jąco na Tyszkę, jakby naj­bar­dziej do­świad­czony mię­dzy nimi po­li­cjant miał być ar­bi­trem.

- Kac­per ma ra­cję - od­parł Tyszka spo­koj­nie i upił łyk kawy. - Nie można zo­sta­wić tej dziew­czyny sa­mej so­bie, ale nie wi­dzę moż­li­wo­ści, żeby obyło się to bez nad­sta­wia­nia karku.

Szy­mon scho­wał dyk­ta­fon.

- Chcę, żeby Alina bez­piecz­nie wró­ciła do domu - przy­znał. - Ale je­żeli oni nie pójdą sie­dzieć, to i tak ją znajdą albo ze­msz­czą się na jej ro­dzi­nie.

- My­ślisz, że ich od­siadka co­kol­wiek zmieni? - wtrą­cił Cha­ber­ski nieco zi­ry­to­wany ży­cze­niową po­stawą mło­dego dzien­ni­ka­rza. - Je­śli ci lu­dzie się do­wie­dzą, że brała w tym udział, do­padną ją prę­dzej czy póź­niej. Je­żeli my­ślisz, że sama im nie zdra­dzi, kto jej po­ma­gał, to je­steś na­iwny.

- Mó­wisz więc, że mam ją tak zo­sta­wić?! Samą so­bie?!

Szy­mon pa­trzył na przy­ja­ciela ba­daw­czo, nie do­wie­rza­jąc jego sło­wom. On sam zma­gał się z ego­izmem, ale Cha­ber był za­wsze tym po­moc­nym, go­to­wym wiele po­świę­cać dla in­nych. To nie wła­sny in­te­res dy­stan­so­wał Cha­ber­skiego od Aliny, ale strach. Nie­po­zba­wiony pod­staw strach o ży­cie i zdro­wie dzien­ni­ka­rza.

- Je­śli bę­dzie trzeba, we­zmę prawdę na klatę i po­niosę wszyst­kie kon­se­kwen­cje - za­pew­nił Szy­mon po chwili mil­cze­nia. - Da­łem się uro­bić i to tylko moja wina. Nie słu­cha­łem, kiedy od­ra­dza­łeś mi kon­takt z Ce­głą. Wko­pa­łem się w to na wła­sne ży­cze­nie, ale ona nie. Alina nie miała wy­boru.

Cha­ber­ski spoj­rzał na chło­paka z po­li­to­wa­niem.

- Przez całe swoje ży­cie mo­głeś li­czyć, że ktoś wy­ciągnie cię z kło­potów. Za­wsze po­ja­wiał się ktoś sil­niej­szy, mą­drzej­szy, bar­dziej wpły­wowy, kto cię ochra­niał, za­czy­na­jąc od two­jego ojca i jego ochro­nia­rzy...

- A koń­cząc na to­bie! Wiem, nie mu­sisz mi tego mó­wić... Już raz wy­mi­ga­łem się od wię­zie­nia. Mo­głem spę­dzić tam pół ży­cia za to, że cię po­strze­li­łem, ale ty po­sta­no­wi­łeś mnie chro­nić, dać mi drugą szansę. Je­stem ci za to wdzięczny. Ale nic nie dzieje się bez po­wodu. Sam za­wsze to po­wta­rzasz. Może uchro­ni­łeś mnie przed od­siadką wła­śnie po to, że­bym mógł zro­bić coś do­brego? Na przy­kład po­móc tej dziew­czy­nie. Masz ra­cję, za­wsze ktoś mi po­ma­gał, ktoś mnie chro­nił. Może rze­czy­wi­ście tym ra­zem mu­szę za­ła­twić to sam, nie li­cząc na cie­bie, Ro­berta...

- Po­słu­chaj... - prze­rwał mu Cha­ber­ski tro­skli­wym, oj­cow­skim to­nem. - Cie­szę się, że pró­bu­jesz zro­bić coś do­brego, że je­steś go­towy na kon­se­kwen­cje, ale do pew­nych ak­cji po­trzeba do­brego przy­go­to­wa­nia i wspar­cia z ze­wnątrz. Cho­dziło mi o to, że wła­śnie po­trze­bu­jesz po­mocy. Te­raz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Z wia­do­mych wzglę­dów Ro­bert ci te­raz nie po­może. Przy­cho­dzisz do mnie, ale co ja mogę? Sa­mym har­dym du­chem i dyk­ta­fo­nem w kie­szeni nie po­ko­nasz gangu al­fon­sów, Szy­mon, nie ura­tu­jesz Aliny. W ten spo­sób mo­żesz naj­wy­żej na­ro­bić ha­łasu i za­ro­bić kulkę. Chcę się upew­nić, że nie dzia­łasz po­chop­nie, pchany wy­łącz­nie emo­cjami, za­uro­cze­niem.

- Tu nie cho­dzi o ja­kąś mi­łość! - obu­rzył się Szy­mon, czu­jąc, że przy­ja­ciel trak­tuje go nie­po­waż­nie.

- Za­wsze cho­dzi o mi­łość, Szy­mon. Nie sły­sza­łeś? Po­dobno każda hi­sto­ria jest opo­wie­ścią o mi­ło­ści.

- Na­bi­jasz się ze mnie, wi­dzę to. Ale ja je­stem te­raz cał­kiem po­ważny - za­pew­nił dzien­ni­karz. - Sły­sza­łeś, co mó­wiła Alina. Nie mogę za­ufać pierw­szemu lep­szemu gli­nie, ro­zu­miesz? Kto wie jak da­leko się­gają macki Zim­nego.

- Ro­zu­miem! Ja to wszystko ro­zu­miem. Wi­dzia­łem wy­star­cza­jąco dużo zdrad i ście­żek na skróty, żeby nie sza­stać za­ufa­niem na lewo i prawo - od­parł po­li­cjant. Mil­czał przez chwilę, pa­trząc na Tyszkę, i obaj wy­glą­dali, jakby ko­mu­ni­ko­wali się sa­mym spoj­rze­niem. W końcu Cha­ber­ski za­py­tał: - Czego ode mnie po­trze­bu­jesz?

- Po pierw­sze dys­kre­cji - po­wie­dział Szy­mon. - Wo­kół bur­delu kręci się trzech po­li­cjan­tów. Twier­dzą, że pra­cują pod przy­krywką, ale nie wzbu­dzili mo­jego za­ufa­nia. - Po­sta­no­wił za­cho­wać dla sie­bie hi­sto­rię o uwię­zie­niu w ba­gaż­niku i wy­cieczce do lasu. - Na szefa mó­wią Da­rek, drugi to Smok, ma na szyi ta­tuaż smoka z chiń­skimi zna­kami i jeź­dzi bor­dową alfą ro­meo. Trze­ciego na­zy­wają Chyży, jest łysy i wy­jąt­kowo duży.

- Dys­kret­nie spró­buję cze­goś się o nich do­wie­dzieć.

- Po dru­gie, po­trze­buję mieć ko­goś za­ufa­nego w go­to­wo­ści. Wy­cią­gnę Alinę i ukryję ją u pal­lo­ty­nek. Gdyby coś po­szło nie tak, obaj bę­dzie­cie wie­dzieli, gdzie ją zna­leźć. Za­opie­ku­je­cie się nią i po­mo­że­cie wró­cić do domu.

- Nie po­doba mi się plan, który prze­wi­duje po­rażkę.

- A po­do­bałby ci się po­zy­tywny plan "A" bez planu "B"?

- Też nie. Więc moje za­an­ga­żo­wa­nie w ra­to­wa­nie dziew­czyny to plan "B"? Jaki jest plan "A"?

- Trzeba do­wa­lić al­fon­som. I to mocno. Tak, żeby się nie pod­nie­śli. Na­gło­śnię tę sprawę, żeby zro­bić szum wo­kół agen­cji i od­wró­cić ich uwagę.

- Za­mie­rzasz o tym pi­sać?

- Roz­głos jest do­brą ba­rierą ochronną. Lu­dzie będą pa­trzyli po­li­cji na ręce, a ha­łas wo­kół bur­delu sprawi, że al­fonsi opusz­czą głowy. Jak skon­cen­trują się na szu­mie i ochro­nie in­te­resów w agen­cji, nie będą za­wra­cali so­bie głowy jedną ucie­ki­nierką.

- Albo po­my­ślą, że to ona syp­nęła.

- Na­pi­szę ar­ty­kuł tak, żeby su­ge­ro­wał, że wsze­dłem do śro­do­wi­ska jako han­dlarz, a in­for­ma­cje uzy­ska­łem od czło­wieka z we­wnątrz, z ochrony bur­delu.

- Dla­czego nie przy­wie­ziesz Aliny tu­taj? - za­py­tał Tyszka, jakby fakt nie­uwzględ­nie­nia go w pla­nie ja­koś mu urą­gał.

- Za wiele osób wie o tym miej­scu. Szcze­gól­nie w śro­do­wi­sku po­li­cyj­nym. Przy­wiozę ją tu­taj, jak sy­tu­acja się usta­bi­li­zuje - od­parł Ra­fal­ski pew­nym to­nem, ale w rze­czy­wi­sto­ści wo­lał, by za­an­ga­żo­wa­nie przy­ja­ciół ogra­ni­czało się do ab­so­lut­nego mi­ni­mum.

Cha­ber­ski nie wy­glą­dał na prze­ko­na­nego. Wle­pił spoj­rze­nie w dzien­ni­ka­rza i chyba w ogóle nie mru­gał, jakby nie chciał prze­ga­pić naj­mniej­szego ge­stu i gry­masu na jego twa­rzy.

- Po­pro­śmy przy­ja­ciół o wspar­cie - za­pro­po­no­wał po chwili.

Ra­fal­ski za­prze­czył ru­chem głowy.

- Prze­cież po­mogą! - cią­gnął Cha­ber. - Proca, Młody... na­dal pra­cuje w CBŚ.

- Z Mło­dym nie mia­łem kon­taktu już od dawna i nie wiem, czy mogę za­ufać jemu i jego lu­dziom.

- Mo­żesz. Rę­czę za niego.

Szy­mon przy­tak­nął i do­dał:

- Li­czę na to, że po­li­cja sama za­in­te­re­suje się sprawą po opu­bli­ko­wa­niu ar­ty­kułu, jed­nak szcze­góły, które zdo­by­łem, nie mogą tra­fić w nie­po­wo­łane ręce. Prze­każę to Mło­demu, ale do­piero gdy Alina bę­dzie już bez­pieczna.

Wy­cią­gnął z kie­szeni klucz USB i po­ło­żył go na sto­liku mię­dzy nimi.

- Za­pi­sa­łem na nim roz­mowę z Aliną. Scho­waj to w sza­fie na broń, czy coś...

- Tak! W naj­bar­dziej oczy­wi­stym miej­scu do prze­cho­wy­wa­nia waż­nych rze­czy - od­parł Cha­ber­ski z pół­u­śmie­chem.

- Ufam, że zro­bisz z tym, co trzeba, gdyby coś po­szło nie tak - skwi­to­wał. Wstał na­gle, wy­tarł spo­cone dło­nie o spodnie i en­tu­zja­stycz­nie do­dał: - Wie­dzia­łem, że można na was po­le­gać!

- Można, ale nie po­pie­ram tego, co pla­nu­jesz zro­bić. Je­steś do­brym chło­pa­kiem, Szy­mon. Dziew­czyna może ci za­ufać, ale czy ty mo­żesz za­ufać jej? Po tym, co zro­biła, wie­rzysz, że nie wyda cię al­fon­som?

- My­ślę, że do­tarła do gra­nicy, za którą koń­czy się strach. Nie wi­dzia­łeś jej pod­czas na­szej roz­mowy. Dla niej są tylko dwa wyj­ścia: wol­ność albo śmierć.

Cha­ber­ski przy­tak­nął. Za­wsze można było na niego li­czyć. Na do­brą radę, słowo wspar­cia i słuszną kry­tykę. Je­żeli Szy­mon Ra­fal­ski miał ko­go­kol­wiek słu­chać, to tylko jego. Tylko jego rady uwa­żał za warte po­skro­mie­nia swo­jego ego.

- Na­pisz ten ar­ty­kuł, Szy­mon, ale nie uprze­dzaj dziew­czyny o ni­czym - prze­strzegł po­li­cjant. - I nie rób ni­czego w po­je­dynkę! Ja­sne?

- Zgoda - od­parł Ra­fal­ski.

Kiedy Szy­mon wy­szedł, Kac­per Cha­ber­ski i Fi­lip Tyszka wy­mie­nili spoj­rze­nia. Stary po­li­cjant osu­nął się na krześle, splótł przed sobą ręce, po czym oznaj­mił:

- Chło­pak upad­nie prę­dzej, niż po­de­rwie się do ataku.

- Tylko z po­zoru jest pewny sie­bie - wes­tchnął Cha­ber­ski, wsta­jąc od stołu. Pod­szedł do okna, przez które wi­dział wsia­da­ją­cego do sa­mo­chodu dzien­ni­ka­rza. - Chce dorównać Ta­de­uszowi, jak każdy syn wład­czego ojca.

- Jest aro­gancki - do­dał Tyszka. - Bra­kuje mu po­kory.

- Próbuje so­bie udo­wod­nić, że jest coś wart. Szuka swo­jej drogi. Skoro nie po­szedł śla­dami ojca, to gdzie jest dla niego miej­sce? - za­py­tał Cha­ber­ski, pa­trząc na sta­ruszka.

Tyszka się­gnął do kie­szeni po paczkę pa­pie­rosów i za­pa­lił.

- Póki ma cie­bie, póki cię słu­cha, nie zbłą­dzi - po­wie­dział. - Ale sam nie dasz rady, więc... Ty do niego za­dzwo­nisz, czy ja mam to zro­bić?

Cha­ber wie­dział, że za­an­ga­żo­wa­nie w sprawę daw­nych przy­ja­ciół z po­li­cji bę­dzie ko­niecz­no­ścią. Po chwili za­sta­no­wie­nia od­parł:

- Ja do niego za­dzwo­nię.

28

"Chcesz iść za złymi ludźmi, to odłóż na bok sen­ty­menty"

Przy­zwy­cza­je­nie i za­my­śle­nie po­pro­wa­dziły Szy­mona do ma­łego kąta w re­dak­cji ga­zety, w któ­rym z re­guły pra­co­wał. Kiedy zo­ba­czył pu­ste biurko, w pierw­szej chwili się wy­stra­szył, ale gdy jego wzrok po­wę­dro­wał w kie­runku Sa­mot­nej Góry, przy­szła ulga. Był prze­mę­czony i ze­stre­so­wany, a wła­śnie te­raz szcze­gól­nie po­trze­bo­wał sku­pie­nia i przy­tom­no­ści umy­słu.

Za­mknięte biuro wpra­wiało go w dziwne sa­mo­po­czu­cie. Nie do­star­czało spo­dzie­wa­nej ra­do­ści, sa­tys­fak­cji ani ni­czego w po­dob­nym, bu­du­ją­cym kli­ma­cie. Szy­mon zi­gno­ro­wał im­po­nu­jący wi­dok za oknem. Usiadł na ob­ro­to­wym krze­śle, które nieco ucie­kło mu spod czte­rech li­ter. Przy­su­nął się z po­wro­tem. Pró­bo­wał wy­re­gu­lo­wać wy­so­kość er­go­no­micz­nego me­bla, ale dźwi­gnia nie słu­chała po­le­ceń. Sie­dze­nie opa­dło na­gle na naj­niż­szy po­ziom, po czym unio­sło się do oporu, za nic ma­jąc su­ge­stie dzien­ni­ka­rza. W końcu udało mu się wy­po­środ­ko­wać wy­so­kość, ale gdy oparł się wy­god­nie, sie­dze­nie po­now­nie gwał­tow­nie opa­dło. Szy­mon pchnął nie­sforny fo­tel w kąt po­miesz­cze­nia. Opar­cie obiło się o ścianę, a kółka prze­to­czyły się jesz­cze o kilka cen­ty­me­trów. Zda­wać by się mo­gło, że fo­tel żył wła­snym ży­ciem i miał na celu utrud­nie­nie Szy­mo­nowi pracy.

Dzien­ni­karz wy­szedł z po­koju i żwa­wym kro­kiem pod­szedł do sta­rego biurka i sta­rego, nie­wy­god­nego, lecz nie­za­wod­nego krze­sła. Przy­cią­ga­jąc pisz­czą­cymi kół­kami cie­kaw­skie spoj­rze­nia ko­le­gów, prze­pchał je do no­wego biura.

Tekst, który z po­wo­dze­niem mógłby za­jąć całą roz­kła­dówkę ga­zety co­dzien­nej, po­wstał w parę go­dzin i chwilę po­tem tra­fił na biurko kie­row­nika działu. Grze­gorz Szul­ski przy­jął go dość nie­chęt­nie, przy­po­mi­na­jąc, że wy­raź­nie mu po­wie­dział, by zo­sta­wił te­mat pro­sty­tu­cji w spo­koju.

Jed­nak Szy­mon na­le­gał, usiadł po dru­giej stro­nie biurka i cier­pli­wie cze­kał, aż szef skoń­czy lek­turę.

Szul­ski odło­żył kartki na blat i zmie­rzył dzien­ni­ka­rza ba­daw­czym spoj­rze­niem.

- Po co w to brniesz, Szy­mek?

- To jest prze­cież co in­nego. Nie ma w tym afery po­li­tycz­nej.

- Pi­szesz tekst o war­szaw­skiej agen­cji to­wa­rzy­skiej, która za ku­li­sami za­ra­bia na pro­sty­tu­cji nie­let­nich i po­ry­wa­nych dziew­czyn. My­ślisz, że kto ko­rzy­sta z ich usług?

- Nie ob­cho­dzi mnie to te­raz.

- Nie? A ja my­ślę, że czy­tel­ni­ków ob­cho­dzi. Po­li­cja też się tym za­in­te­re­suje. Opu­bli­ku­jemy to i na­stęp­nego dnia za­wita tu CBA, CBŚ i chuj wie ja­kie jesz­cze trzy­li­te­rowe służby. Twoje źró­dło, ten ochro­niarz... to spraw­dzone in­for­ma­cje?

- Oczy­wi­ście! Wszystko bę­dzie pod­parte do­wo­dami. Na­gra­nia au­dio, wi­deo, ze­zna­nia świad­ków. Wszystko w swoim cza­sie.

- Wy­wiad byłby lep­szy na po­czą­tek niż ar­ty­kuł. Jak­byś prze­ko­nał któ­rąś z dziew­czyn, żeby z tobą po­ga­dała, może być na­wet in­co­gnito, to wy­glą­da­łoby o wiele bar­dziej wia­ry­god­nie.

- Nie chcę, żeby al­fonsi ob­wi­niali dziew­czyny za prze­ciek - od­parł Szy­mon ner­wowo. Mu­siał dzia­łać szybko, opu­bli­ko­wać ar­ty­kuł pro­wo­ku­jący po­li­cję do dzia­ła­nia. Mu­siał od­wró­cić uwagę su­te­ne­rów od Aliny i to jak naj­szyb­ciej. Nie miał czasu na prze­py­chanki z Szul­skim!

- Włą­czył ci się tryb mi­ło­sier­nego sa­ma­ry­ta­nina? Po­wiem ci coś. - Szul­ski splótł swoje ma­sywne dło­nie na biurku i na­chy­lił się w stronę dzien­ni­ka­rza. Mru­żył przy tym oczy, jakby czuł, że wie i może wię­cej niż wszy­scy jego pod­władni ra­zem wzięci. - Bie­rzesz na sie­bie nie­bez­pieczny te­mat. Chcesz iść za złymi ludźmi, to odłóż na bok sen­ty­menty. Bądź bez­względny, to zaj­dziesz da­leko. Zro­bimy tak. Chcesz, że­bym to pu­ścił? Przy­nieś mi naj­pierw mocny ma­te­riał na mi­ni­stra zdro­wia. Co­kol­wiek, co go do­bije. Po­je­cha­li­śmy po opo­zy­cji przez po­sła Rec­kiego i gwałt, te­raz, żeby było spra­wie­dli­wie, trzeba przy­wa­lić dru­giej stro­nie.

- Co niby mam zro­bić? Stwo­rzyć wo­kół mi­ni­stra ko­cioł? Prze­cież on i tak jest już ugo­to­wany. Wszyst­kie ga­zety pi­szą o tej ko­rup­cji.

- Dla­tego my wy­róż­nimy się czymś jesz­cze.

- Niby czym?

Szul­ski spoj­rzał na Szy­mona uważ­nie. Chyba roz­wa­żał, czy może po­wie­dzieć coś wię­cej, czy ma spre­cy­zo­wać, czy je­dy­nie za­rzu­cić przy­nętę. Oczy­wi­ście stchó­rzył. Ski­nął tylko i po­wie­dział:

- Bądź bez­względny, a zaj­dziesz da­leko. Idź i dzia­łaj! Po­wo­dze­nia!

Ła­two po­wie­dzieć. Szy­mon wie­dział, że aby speł­nić ży­cze­nie szefa, bę­dzie mu­siał po­grze­bać w pry­wat­nych bru­dach mi­ni­stra. Ry­zy­ko­wał zro­bie­nie cze­goś, co na lata mo­głoby mu za­mknąć wszyst­kie drzwi do po­li­ty­ków par­tii sto­ją­cej mu­rem za swoim nie­po­rad­nym re­pre­zen­tan­tem. Znowu po­czuł się bez­wolny. Ro­zej­rzał się po za­szczyt­nych czte­rech ścia­nach Sa­mot­nej Góry i do­tarło do niego, że ceną za luk­sus była utrata za­wo­do­wej wol­no­ści. O ile kie­dy­kol­wiek ją miał. Po kilku pierw­szych mie­sią­cach pracy zro­zu­miał, jaki pro­fil pre­zen­to­wała jego ga­zeta. Stało się dla niego ja­sne, ja­kie ar­ty­kuły będą po­żą­dane, a ja­kie ni­gdy nie ukażą się na stro­nach dzien­nika. Z cza­sem ja­kie­kol­wiek wy­ja­śnie­nia i wy­tyczne były zbędne, a Szy­mon przy­jął sta­no­wi­sko re­dak­cji za wła­sne.

Jed­nak te­raz nie miało ono dla niego zna­cze­nia. Li­czył się wyż­szy cel. Li­czyła się Alina. Opu­bli­ko­wa­nie ar­ty­kułu o agen­cji to­wa­rzy­skiej sprawi, że strę­czy­ciele znajdą się w cen­trum uwagi. Ich dzia­ła­nia będą uważ­nie ob­ser­wo­wane przez służby, prasę i opi­nię pu­bliczną, a to z ko­lei bę­dzie sta­no­wić ochronę dla Aliny i in­nych dziew­czyn. To bę­dzie też ochrona dla niego sa­mego. Ar­ty­kuł o agen­cji mu­siał się uka­zać, a Szy­mon był go­towy zro­bić wiele, by do tego do­pro­wa­dzić.

29

"Nie za­mie­rzam być twoim przy­ja­cie­lem"

Myśl o Ali­nie nie opusz­czała Szy­mona ani na chwilę. Za­sta­na­wiał się, gdzie była, czy dali jej spo­kój, a może zmu­sili ją do ko­lej­nych spo­tkań lub skła­da­nia kłam­li­wych ze­znań. A może wy­py­ty­wali o no­wego klienta? Chcieli wie­dzieć, kim był? Może już wie­dzą? Ta myśl szcze­gól­nie mu się nie po­do­bała. Uświa­do­mił so­bie, że jego dzia­ła­nia były nie do końca prze­my­ślane i że mu­siał się jesz­cze wiele na­uczyć, je­żeli za­mie­rzał pra­co­wać dłu­żej w za­wo­dzie dzien­ni­ka­rza.

Za­par­ko­wał che­vro­leta pod blo­kiem, w któ­rym miesz­kał. Dość szybko po­czuł dys­kom­fort by­cia śle­dzo­nym. Nie wie­dział tylko, czy szpi­cel je­chał za nim, czy cza­to­wał pod bu­dyn­kiem, ale było to naj­mniej­sze ze zmar­twień. Ką­tem oka do­strzegł po­kaźne ga­ba­ryty fa­ceta i jego śmiały krok. Naj­wy­raź­niej gość nie za­mie­rzał się pa­tycz­ko­wać i ba­wić w pod­chody.

Szy­mon przy­spie­szył, ale tam­ten rów­nież. Nim dzien­ni­karz zdą­żył wbić kod do drzwi klatki scho­do­wej, na jego ra­mie­niu spo­częła ma­sywna dłoń Chy­żego.

- Ucie­kasz przede mną? - za­czął po­li­cjant.

- Nie za­uwa­żyłem cię! - za­parł się Ra­fal­ski.

- Ta, nie za­uwa­ży­łeś... Mu­simy po­ga­dać.

Chyży pchnął go przed sie­bie. Po­dą­ża­jąc za nim krok za kro­kiem, blo­ko­wał drogę ucieczki. Do­piero gdy zna­leźli się w miesz­ka­niu, po­li­cjant po­zwo­lił so­bie na parę me­trów od­stępu, jed­nak wciąż uważ­nie ob­ser­wo­wał każdy ruch dzien­ni­ka­rza.

- Sia­daj - roz­ka­zał i sam za­jął miej­sce w fo­telu.

Szy­mon po­słu­chał, choć nie­chęt­nie. Nie po­do­bała mu się ta sy­tu­acja sam na sam, cho­ciaż była lep­sza niż trzech na jed­nego jak ostat­nio. Po co Chyży do niego przy­lazł? W gło­wie Szy­mona hu­czała tylko jedna od­po­wiedź: Już wie­dzą. Wie­dzą o wszyst­kim i uci­szą go szyb­ciej, niż wy­po­wie słowo "bur­del".

- To o czym chcia­łeś po­roz­ma­wiać? - za­py­tał dzien­ni­karz, si­ląc się na swo­bodny ton. Oparł się na­wet i za­ło­żył nogę na nogę, by spra­wić wra­że­nie od­prę­żo­nego.

- Nie znam cię za do­brze - przy­znał Chyży po chwili mil­cze­nia - ale przyj­rza­łem się in­for­ma­cjom, które mamy o to­bie w ba­zie.

- Tak? Ma­cie tam o mnie co­kol­wiek?

- Nie uda­waj zdzi­wio­nego. Je­steś sy­nem Tadka Ra­fal­skiego, nar­ko­ty­ko­wego bossa, mi­lio­nera i gang­stera.

- To żadne od­kry­cie, wszy­scy o tym wie­dzą. No, może nie wszy­scy, ale nie jest to ta­jem­nicą. Nie­wielu jed­nak wie, że ja i mój oj­ciec za­wsze szli­śmy in­nymi dro­gami. Nie mia­łem i nie mam nic wspól­nego z jego in­te­re­sami, nie mam kon­taktu z ludźmi, z któ­rymi pra­co­wał...

- Z wy­jąt­kiem Ce­gły?

Szy­mon za­po­wie­trzył się. Po­sta­no­wił od tej chwili do­bie­rać słowa ostroż­nie.

- Mój kon­takt z Ce­głą wzno­wił się cał­kiem nie­dawno i był dzie­łem przy­padku.

- Czy dzie­łem przy­padku jest też to, że bie­rzesz od Zim­nego kasę za kłam­liwe ar­ty­kuły? I fał­szywe ze­zna­nia? - do­dał Chyży po krót­kiej pau­zie.

Cier­pli­wie cze­kał na od­po­wiedź, pa­trząc na Ra­fal­skiego z taką uwagą i ostroż­no­ścią, że Szy­mon stra­cił pew­ność co do jego in­ten­cji. Nie miał ochoty roz­ma­wiać z tą wielką kupą mięsa, któ­rej nie ufał ani tro­chę.

- Do czego zmie­rza ta roz­mowa? - za­py­tał w końcu.

- Pró­buję cię roz­gryźć, Ra­fal­ski. Zro­zu­mieć, z kim mam do czy­nie­nia.

- Mam po­dobny pro­blem.

- Ze mną?

- Tak. Z tobą i two­imi ko­le­gami.

- Do­myślny je­steś.

- Taka ce­cha cza­sami przy­daje się w ro­bo­cie dzien­ni­ka­rza.

- W mo­jej ro­bo­cie także. Szu­kasz na Zim­nego haka, dla­tego śle­dzi­łeś Smoka i ro­bi­łeś mu zdję­cia. Wplą­ta­łeś się w in­te­res, z któ­rego wy­cho­dzi się tylko na dwa spo­soby: w kaj­dan­kach albo w trum­nie. Chcesz wyjść z tego cało? Su­ge­ruję, że­byś mi za­ufał.

Szy­mon par­sk­nął ner­wowo i od­parł:

- Przy­wa­li­łeś mi w głowę, za­mkną­łeś w ba­gaż­niku i wy­wio­złeś do lasu. Przy­znasz, że to marny po­czą­tek przy­ja­ciel­skich re­la­cji?

- Nie mam za­miaru być twoim przy­ja­cie­lem.

- Więc czego chcesz?

Chyży ode­tchnął głę­boko, wle­pia­jąc spoj­rze­nie w pod­łogę.

- Rze­czy­wi­stość nie jest do końca taka, jak ci się wy­daje - po­wie­dział po chwili za­sta­no­wie­nia.

Szy­mon oparł łok­cie na ko­la­nach, skra­ca­jąc tym sa­mym dy­stans.

- Po­wiem ci, co jesz­cze pod­po­wiada mi moja in­tu­icja. Pod­po­wiada mi, żeby nie ufać ani jed­nemu two­jemu słowu.

- Słusz­nie. Nie po­wi­nie­neś ufać ni­komu. Ale zdra­dzę ci pewną in­for­ma­cję. W Bel­gii zna­le­ziono po­rzu­coną cię­ża­rówkę chłod­ni­czą. W środku było trzy­dzie­ści na­sto­la­tek z Fi­li­pin. Za­mar­zły na śmierć, bo kie­rowca zo­sta­wił włą­czone chło­dze­nie. Do­my­ślasz się, do­kąd je­chały?

- Do bur­delu Zim­nego?

- Już wiesz, dla­czego ma taką ksywkę. Ro­bił to już wiele razy, aż raz się nie udało i te­raz po­li­cja ma­gluje wła­ści­ciela firmy prze­wo­zo­wej. Nie wiem, ile płaci mu Zimny, ale to może być za mało, by fa­cet trzy­mał mordę na kłódkę. Po­dob­nie jak kie­rowca. Je­dyną kwe­stią jest to, czy zde­cy­dują się roz­ma­wiać z psami, za­nim do­pad­nie ich ktoś od Zim­nego.

- Zimny wy­słał ko­goś, żeby ich uci­szyć?

- Tak. Wy­słał mnie.

Szy­mon po­ru­szył się ner­wowo i po­now­nie zwięk­szył dy­stans. Obec­ność Chy­żego wy­da­wała mu się przy­tła­cza­jąca.

- To jak? - wy­krztu­sił po chwili. - Je­dziesz do Bel­gii?

- Nie mam wy­boru... Od­kła­dam to już wy­star­cza­jąco długo. Mam do­syć uda­wa­nia do­brego gli­nia­rza - do­dał Chyży, już jakby sam do sie­bie, po czym wstał. Prze­szedł kilka kro­ków z jed­nego do dru­giego rogu po­koju i z po­wro­tem. - Nie mo­żesz ufać ni­komu - po­wtó­rzył. - A już na pewno nie Smo­kowi i Dar­kowi. Zimny ma ich w kie­szeni. Oni już nie roz­pra­co­wują grupy pod przy­kry­ciem. Stali się jej czę­ścią.

Mię­dzy roz­mów­cami za­wi­sła gę­sta ci­sza. Szy­mon nie ro­zu­miał wszyst­kiego, co pró­bo­wał po­wie­dzieć mu Chyży, wi­dział jed­nak, że męż­czy­zna miota się w swo­ich prze­my­śle­niach. Do­strze­gał w nim nie­uf­ność, nie­pew­ność i zde­ner­wo­wa­nie.

- A ty? - za­py­tał w końcu, za­trzy­mu­jąc tym sa­mym krą­żą­cego po po­koju Chy­żego. - Ty też sta­łeś się czę­ścią grupy?

Przy­tak­nął.

- Bra­łem od Zim­nego pie­nią­dze i ro­bi­łem wszystko, co ka­zał mi Da­rek, czyli ogól­nie mó­wiąc, nie ro­bi­łem nic, żeby po­rząd­nie wy­ko­nać po­wie­rzoną mi po­li­cyjną ro­botę. Ale to wszystko za­szło za da­leko.

- Bo za­mar­zło trzy­dzie­ści na­sto­la­tek? Mu­siały umrzeć, że­byś od­zy­skał su­mie­nie?

- Nie wkur­wiaj mnie, pi­smaku! Wszy­scy są mą­drzy, do­póki nie mają noża na gar­dle. Ja­koś w le­sie, z klamką przy­sta­wioną do głowy, nie by­łeś ta­kim py­ska­czem.

- Cóż, klamka przy­sta­wiona do głowy wiele zmie­nia. Ale ty chyba nie masz noża na gar­dle, co? Dla­czego mó­wisz mi to wszystko?

- Mam ro­dzinę i nie chcę, żeby zgi­nęła ko­lejna osoba. Wiem, że bę­dziesz kom­bi­no­wał, znam ta­kich jak ty. Wci­ska­ją­cych nos w nie swoje sprawy, zgry­wa­ją­cych od­waż­nych, póki wszystko idzie do­brze. Kiedy jed­nak sprawy prze­staną iść do­brze, może już być za późno. Trzy­maj się z da­leka od Smoka i Darka. Nic im nie mów, nie do­noś im na Zim­nego, bo wszystko, co im po­wiesz, wróci do tego skur­wy­syna. Po­tem we­zmą się za cie­bie i ko­niec, ro­zu­miesz? Już cię nie bę­dzie! Znik­niesz! Wy­pa­ru­jesz tak, że nic po to­bie nie zo­sta­nie. Na­wet zwłoki do zba­da­nia. Ro­zu­miesz mnie?

Szy­mon ro­zu­miał do­sko­nale.

- Za­dzwoń do mnie, gdy­byś po­trze­bo­wał po­mocy. Za­raz pusz­czę ci strzałkę, to bę­dziesz miał mój nu­mer.

- A ty to skąd masz mój? I skąd wie­dzia­łeś, gdzie miesz­kam?

- Każdy, kto się tobą za­in­te­re­suje, Ra­fal­ski, bę­dzie wie­dział, gdzie cię zna­leźć. Na­dal my­ślisz, że twoje spo­tka­nie z Ce­głą w ba­rze było przy­pad­kowe? - Po­li­cjant uniósł zna­cząco brew i do­dał: - Miej oczy wkoło głowy, i po­wta­rzam: ni­komu nie ufaj.

Zo­sta­wił Szy­mona bez dal­szych wy­ja­śnień. Po­ja­wił się jak po­dmuch nie­spo­dzie­wa­nego wia­tru i rów­nie na­gle znik­nął, a dzien­ni­karz nie był pe­wien, co o tym wszyst­kim my­śleć. Przy­da­łaby mu się po­moc przy wy­cią­gnię­ciu Aliny z po­trza­sku, jed­nak brak stu­pro­cen­to­wego za­ufa­nia wo­bec po­dej­rza­nego po­li­cjanta wy­klu­czał jego udział w ak­cji.

Szy­mon sie­dział w bez­ru­chu jesz­cze dłuż­szą chwilę po wyj­ściu Chy­żego. Czy rze­czy­wi­ście po­ry­wał się na zbyt wiele? Kaj­danki albo trumna - nie był to obie­cu­jący wy­bór.

Wresz­cie wstał, za­mknął za­mek przy fron­to­wych drzwiach, prze­szedł do kuchni i wy­cią­gnął z szafki dużą bu­telkę wódki. Ze sto­ją­cej na bla­cie szklanki wy­lał resztki po­ran­nej her­baty i nie­dbale na­lał al­ko­holu. Wy­chy­lił całą za­war­tość, po czym do­lał so­bie wię­cej. Czuł, że nie­któ­rych rze­czy nie jest w sta­nie roz­wa­żać na trzeźwo.

W kie­szeni spodni za­wi­bro­wał mu te­le­fon. Nu­mer na wy­świe­tla­czu mu­siał na­le­żeć do Chy­żego. Szy­mon na­ci­snął ikonkę słu­żącą do za­pi­sy­wa­nia kon­taktu w pa­mięci i za­wa­hał się. Po chwili za­sta­no­wie­nia w miej­sce imie­nia wkle­pał słowo "hy­drau­lik".

3

"Cał­kiem do­cho­dowy in­te­res"

Pod wie­czór re­dak­cja za­częła się stop­niowo wy­lud­niać. Poza Szy­mo­nem nikt nie zo­sta­wał dłu­żej, niż mu­siał. Młody re­dak­tor nie miał nic prze­ciwko pracy po go­dzi­nach, nie tylko dla­tego, że za­zwy­czaj przy­cho­dził do re­dak­cji z po­śli­zgiem i za­czy­nał ro­botę póź­niej niż reszta. Ce­nił so­bie na­stę­pu­jącą pod wie­czór ci­szę, przy­ga­szone świa­tło i brak roz­pra­sza­ją­cych go roz­mów. Nie stro­nił od lu­dzi, wręcz prze­ciw­nie! Uwiel­biał to­wa­rzy­stwo, im­prezy, wy­jazdy z ko­le­gami z re­dak­cji, jed­nak po­nie­waż chęt­nie ule­gał tym roz­ryw­kom, ła­two tra­cił sku­pie­nie. Pró­bo­wał więc od­kła­dać przy­jem­no­ści na czas wolny, poza pracą. Gdy skoń­czył pracę nad ar­ty­ku­łem, w re­dak­cji po­zo­stało za­le­d­wie parę osób, z któ­rymi Szy­mon nie utrzy­my­wał re­la­cji. Mło­dzi - za­pewne sta­ży­ści - pró­bo­wali za­bły­snąć po­świę­ce­niem i za­an­ga­żo­wa­niem. Za­pewne praca w ga­ze­cie co­dzien­nej była w ich wy­obra­że­niu speł­nie­niem ma­rzeń. Szy­mon pa­trzył na nich z lek­kim sen­ty­men­tem - na­dal mieli złu­dze­nia - ale też z wyż­szo­ścią, że on sam wie­dział już wię­cej niż oni. Praca nie jest gwa­ran­tem szczę­ścia. Na­wet wię­cej - praca w ga­ze­cie co­dzien­nej nie była dla Szy­mona na­wet przed­sma­kiem szczę­ścia. Już nie.

Prze­szedł obok nich obo­jęt­nie, ale wtedy usły­szał za ple­cami:

- Do­bra­noc, re­dak­to­rze Ra­fal­ski.

Przy­sta­nął i ob­ró­cił się ku sta­ży­stom. Znali go po na­zwi­sku. Z pew­no­ścią wie­dzieli też nie­jedno o jego pracy. Może aspi­ro­wali do by­cia kimś ta­kim jak on. Wy­dało mu się to nie­zwy­kle iry­tu­jące, bo po ostat­nich wy­da­rze­niach on sam wo­lałby być kimś in­nym. Od­po­wie­dział na po­że­gna­nie i wy­szedł.

Skie­ro­wał kroki do po­bli­skiego baru, gdzie oprócz wy­pi­cia piwa można było oglą­dać ka­nał spor­towy i zjeść pizzę lub ta­niego ham­bur­gera. Przy­cho­dził tu re­gu­lar­nie, od­ra­cza­jąc po­wroty do pu­stego, nieco przy­tła­cza­ją­cego miesz­ka­nia. Nie miał ro­dziny, do któ­rej chciałby wra­cać za­raz po pracy. Nie miał też mo­ty­wa­cji, by przy­go­to­wy­wać dla sie­bie sa­mego ja­kieś po­żywne je­dze­nie. Przy­cho­dził więc do Startu - bo tak na­zy­wał się ów lo­kal - by za­koń­czyć dzień w to­wa­rzy­stwie nie­zna­jo­mych.

Sia­dy­wał w rogu przy ba­rze, w miej­scu dla sie­bie stra­te­gicz­nym, z któ­rego on mógł wi­dzieć wszyst­kich, sa­memu nie rzu­ca­jąc się w oczy. Za­ma­wiał coś do je­dze­nia i duże piwo, które są­czył nie­spiesz­nie, wle­pia­jąc wzrok w książkę, ga­zetę lub te­le­wi­zor, je­śli aku­rat trans­mi­to­wano walki. Nie ina­czej było też tego wie­czoru.

To­wa­rzy­szył mu je­dy­nie wi­siel­czy hu­mor i pre­sja ze strony kie­row­nika działu kra­jo­wego. "Dbaj o kon­takty z ko­legą z po­li­cji!" - ma­wiał do niego Szul­ski. Albo: "Prze­cież twój oj­ciec ro­bił z ban­dzio­rami! Nie znasz ni­kogo cie­ka­wego po tam­tej stro­nie?". Od awan­tury z Ro­ber­tem Ba­czu­kiem Ra­fal­ski ogra­ni­czył swoje kon­takty z po­li­cją. Z ko­lei od wy­da­rzeń wo­kół aresz­to­wa­nia pię­ścia­rza Ha­lec­kiego trzy­mał się z da­leka od prze­stęp­czego pół­światka. Przy­naj­mniej pró­bo­wał. Ceną za to było jed­nak to, że wiele po­czyt­nych te­ma­tów prze­cho­dziło mu koło nosa. Nie chciał, żeby za­pa­mię­tano go jako ka­na­lię, sprze­da­ją­cego przy­jaźń za gło­śny ar­ty­kuł pu­bli­ko­wany w pod­rzęd­nej ga­ze­cie. Miał znacz­nie więk­sze am­bi­cje. Z tym że bał się kon­se­kwen­cji ich re­ali­za­cji.

Jego przy­gar­biona po­stać nie przy­ku­wała uwagi. Miał prze­cież nie­wy­soki wzrost, a gdy sie­dział po­chy­lony nad szklanką piwa, po­zo­sta­wał pra­wie nie­zau­wa­żalny.

- Nie wie­rzę, kurwa, młody Ra­fal­ski! - gruch­nął mu na­gle w ucho mocny głos, od­bie­ra­jąc spo­kój du­cha.

Dzien­ni­karz ob­ró­cił się na ba­ro­wym krze­śle. Wle­pił spoj­rze­nie w wy­so­kiego, wy­prę­żo­nego męż­czy­znę o ru­dych wło­sach.

Był nim To­masz Misz­tal, dawny ochro­niarz Ta­de­usza Ra­fal­skiego, który z tego, co wie­dział Szy­mon, do­stał karę pięt­na­stu lat po­zba­wie­nia wol­no­ści. Naj­wy­raź­niej wy­szedł po dzie­się­ciu.

- Ce­gła? Kopę lat! - rzu­cił Szy­mon przy­ja­ciel­sko, cho­ciaż nie kry­jąc za­sko­cze­nia. Wstał i po­zwo­lił, by Ce­gła przy­tu­lił go moc­nym, niedź­wie­dzim uści­skiem. - My­śla­łem, że sie­dzisz - do­dał po chwili szep­tem.

- My­śla­łem, że ty też - od­parł Ce­gła, pusz­cza­jąc oko do dzien­ni­ka­rza. Uśmie­chał się przy tym sze­roko i za­jął miej­sce przy ba­rze. Ski­nął na bar­mana i po­pro­sił o duże piwo, po czym na­chy­lił się ku Szy­mo­nowi i cią­gnął: - Sły­sza­łem, że kiedy twój stary ucie­kał z kraju, ty strze­li­łeś do gli­nia­rza. Szu­kali cię, ale nie wie­dzia­łem, że nie zna­leźli.

- Zna­leźli - od­parł Szy­mon zgod­nie z prawdą i na tym za­mie­rzał skoń­czyć ze swoją praw­do­mów­no­ścią. - Zna­leźli mnie i tra­fi­łem na prze­słu­cha­nie. Mia­łem szczę­ście, bo gli­niarz nie wi­dział, kto do niego strze­lił. Ze­zna­łem, że był to nasz stary zna­jomy, Ho­mer.

- Zwa­li­łeś winę na Ho­mera? - za­py­tał Ce­gła oschle. - Wra­biać wro­gów to jedno, ale ko­pać do­łek pod swoim to inna sprawa.

Szy­mon upił kilka ły­ków piwa i z pół­u­śmie­chem wy­ja­śnił:

- My­ślisz, że wko­pa­łem Ho­mera? Za kogo ty mnie masz, Ce­gła? Kiedy tra­fi­łem na prze­słu­cha­nie, Ho­mer już nie żył. Z tego, co wiem, po­wie­szono go w jego miesz­ka­niu, po­zo­ru­jąc sa­mo­bój­stwo.

- Sły­sza­łem o tym. Szkoda fa­ceta. By­wał dur­no­waty, ale parę w mię­śniach miał nie­złą.

Dzien­ni­karz przy­tak­nął z uśmie­chem na wspo­mnie­nie po­tęż­nego ochro­nia­rza.

- Ho­mer za­wsze cię chro­nił, Szy­mek, za­wsze brał twoją stronę. Nie dzi­wię się, że na­wet po śmierci do­brze wy­ko­nał swoją ro­botę.

Szy­mon po­now­nie przy­tak­nął, a Ce­gła uniósł po­sta­wioną przed nim szklankę piwa.

- Za Ho­mera.

- Za Ho­mera - po­wtó­rzył Szy­mon.

Stuk­nęli się szklan­kami. Ce­gła wy­pił dusz­kiem po­łowę i do­no­śnie od­chrząk­nął.

Na­brał masy od czasu, gdy wi­dzieli się ostat­nim ra­zem. Na­dal no­sił krótko przy­strzy­żone włosy, a z oczu biła mu ja­kaś iskra bun­tow­nika, któ­remu je­śli za­ufać, to tylko w bła­hych spra­wach. Oj­ciec Szy­mona za­trud­niał Ce­głę przez wiele lat jako szefa ochrony, jed­nak nie bez po­wodu zde­cy­do­wał się za­stą­pić go kimś in­nym i ko­niec koń­ców wy­sta­wił Ce­głę po­li­cji. Nie ufał mu. I Szy­mon rów­nież nie miał za­miaru tego ro­bić.

- Czym się te­raz zaj­mu­jesz? - Ce­gła od­chrząk­nął, gło­śno od­sta­wia­jąc szklankę na blat.

- Ni­czym szcze­gól­nym. Do­ra­biam tro­chę tu, tro­chę tam. Nie rzu­cam się w oczy i sta­ram się prze­żyć od pierw­szego do pierw­szego, jak to mó­wią.

- Tak? No to szkoda. Syn Ra­fal­skiego nie po­wi­nien żyć, nie wie­dząc, czy ju­tro bę­dzie miał co do gęby wło­żyć.

Szy­mon uśmiech­nął się pod no­sem. Jako "syn Ra­fal­skiego" ni­gdy nie mógł na­rze­kać na brak pie­nię­dzy. Kiedy był dziec­kiem i na­sto­lat­kiem, miał wszystko, czego po­trze­bo­wał, i wiele po­nad to. Te­raz nie było może tak ciężko, jak po­wie­dział Misz­ta­lowi, ale w po­rów­na­niu z jego daw­nym ży­ciem pod skrzy­dłem ta­tu­sia rze­czy­wi­ście zna­cząco ob­ni­żył stan­dard.

- Po­słu­chaj - pod­jął Ce­gła, znaj­du­jąc spoj­rze­niem wzrok Ra­fal­skiego - pod ko­niec ży­cia two­jego sta­rego po­róż­ni­li­śmy się. To nie jest ta­jem­nicą. Trudno mnie chyba za to wi­nić. Twój stary wy­sta­wił mnie po­li­cji. Mie­li­śmy je­chać ra­zem na Za­chód i zbi­jać ko­kosy, a tu taka wrzuta... Zo­sta­wił mnie za sobą, ale po­mimo tego ja do cie­bie nic nie mam. Za­wsze cię lu­bi­łem, wiesz chyba o tym, co?

- Tak, Ce­gła. Miło spę­dza­li­śmy ra­zem czas.

- No wi­dzisz! - Misz­tal po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu Szy­mona i mocno za­ci­snął na nim palce. - Za­wsze by­łeś by­stry chło­pak, ob­rotny. Oj­ciec chciał, że­byś prze­jął po nim biz­nes. Wie­rzył, zresztą tak jak ja, że dasz so­bie radę z tymi spra­wami. Odzie­dzi­czy­łeś po nim żyłkę do in­te­re­sów, wiem to! Szkoda, żeby taka żyłka szła na zmar­no­wa­nie.

Szy­mon spoj­rzał na zna­jo­mego nieco z ukosa, uśmiech­nął się za­czep­nie i rzu­cił:

- Co ty, Ce­gła? Masz mi do za­pro­po­no­wa­nia ja­kąś fu­chę?

- Może - od­parł rudy, pod­ła­pu­jąc uśmie­szek. - Może spraw­dził­byś się w mo­jej no­wej branży.

- Co to za branża? - za­py­tał Ra­fal­ski z ro­snącą cie­ka­wo­ścią. Nie był, rzecz ja­sna, za­in­te­re­so­wany wcho­dze­niem z Ce­głą w ja­kieś nie­le­galne in­te­resy, ale do­bry dzien­ni­karz po­trafi zwie­trzyć oka­zję na go­rący te­mat. Dla­tego po­sta­no­wił za­taić in­for­ma­cję o wy­ko­ny­wa­nym za­wo­dzie.

To­masz Misz­tal rów­nież nie pla­no­wał zdra­dzać wszyst­kich swo­ich ta­jem­nic na pierw­szej "randce". Mil­czał.

- Wy­glą­dasz jak mi­lion do­la­rów, Ce­gła - za­gad­nął Szy­mon, ski­nąw­szy na czarny ze­ga­rek zdo­biący nad­gar­stek Misz­tala. - A prze­cież mó­wią, że nie jest ła­two wró­cić po od­siadce do ży­cia na po­zio­mie. To jak? Zna­la­złeś ja­kiś do­cho­dowy in­te­res?

- Wi­dzisz?! Mó­wisz cał­kiem jak twój stary! "Cał­kiem do­cho­dowy in­te­res"... W sa­mej, kurwa, rze­czy, pa­nie Ra­fal­ski! Można na nim ukrę­cić nie­złe lody! Ładny, nie? - za­py­tał, pre­zen­tu­jąc dłoń. - Omega mo­on­watch. Pra­wie sześć­dzie­siąt ka­fli. Masz oko do ład­nych rze­czy, za­wsze mia­łeś! - przy­znał z sze­ro­kim uśmie­chem i zwró­cił uwagę na ręce Szy­mona. - A to nie jest omega sta­rego?

- Pa­mię­tasz? W su­mie... tylko to mi po nim zo­stało.

- Pa­mię­tam! I wiem, że miał lep­sze.

- Wszystko po­szło na spłaty dłu­gów i kar, więk­szość kosz­tow­no­ści skon­fi­sko­wano...

Misz­tal z nie­sma­kiem po­krę­cił głową. Po­tem spoj­rzał na Szy­mona z uwagą i smut­nym uśmie­chem. Miał ja­kie­goś asa w rę­ka­wie, a trzy­ma­nie go w ta­jem­nicy wy­raź­nie spra­wiało mu przy­jem­ność. Wstał z krze­sła, klep­nął Szy­mona w plecy i wy­cią­gnął te­le­fon.

- Daj mi swój nu­mer. Za­dzwo­nię do cie­bie, umó­wimy się na spo­tka­nie i wtedy wszystko ci wy­ja­śnię. Stoi?

Dzien­ni­karz przy­tak­nął. Po­dał Misz­ta­lowi na­miary, a ten po­ło­żył na ba­rze pięć­dzie­siąt zło­tych, oświad­cza­jąc, że to on dzi­siaj sta­wia. Za te pięć dych Szy­mon mógłby wy­pić jesz­cze ze dwa piwa, a jed­nak, kiedy tylko Misz­tal wy­szedł, dzien­ni­karz zo­sta­wił swoje nie­do­pite i opu­ścił lo­kal.

30

"Nie je­stem jak wszy­scy inni"

Al­ko­hol nie uspo­koił ner­wów dzien­ni­ka­rza, ale po­zwo­lił spoj­rzeć na pro­blemy z więk­szym dy­stan­sem. Do­dał mu rów­nież śmia­ło­ści w dzia­ła­niu, a śmia­ło­ści po­trze­bo­wał tego dnia nie­mało.

Od go­dziny to­nął w sto­sie ru­pieci. Prze­glą­dał sto­jące pod ścianą kar­tony wy­peł­nione pa­pie­rami, książ­kami, dro­bia­zgami. Zna­lazł dwa ro­dzinne al­bumy, a je­den z nich miał za­wie­rać kartę prze­tar­gową do roz­mowy z rzecz­ni­kiem Mi­ni­ster­stwa Zdro­wia.

Wy­si­lił się, by wy­do­być je spod kilku ksią­żek. Zde­ze­lo­wany kar­ton roz­le­ciał się, a jego za­war­tość wy­lą­do­wała na pod­ło­dze. Kilka wo­lu­mi­nów spa­dło Szy­mo­nowi na stopę. Dzien­ni­karz syk­nął. Spró­bo­wał roz­cho­dzić ból. Po chwili usiadł na ka­na­pie, roz­tarł jesz­cze stopę i za­czął prze­glą­dać al­bum fo­to­gra­ficzny. Kiedy po śmierci matki zna­lazł go w jej miesz­ka­niu, za­sta­na­wiał się, czy go nie wy­rzu­cić. Z każdą fo­to­gra­fią, na­wet we­sołą, wią­zały się ja­kieś smutne lub złosz­czące go wspo­mnie­nia. Wy­jazd z oj­cem w Alpy, pod­czas któ­rego Ta­de­usz Ra­fal­ski spił się tak bar­dzo, że syn mu­siał spro­wa­dzać go ze stoku nar­ciar­skiego. Wa­ka­cje na Ma­le­di­wach, gdzie oj­ciec znik­nął któ­re­goś wie­czoru, a roz­wście­czona matka zna­la­zła na jego ko­szuli ślady szminki. Stud­niówka... tę wspo­mi­nał miło, ale pa­mię­tał, że za­nim wy­szedł z domu, ro­dzice kłó­cili się tak, że na­wet nie za­uwa­żyli, kiedy wsiadł do sa­mo­chodu i od­je­chał. Były tam rów­nież zdję­cia Ta­de­usza Ra­fal­skiego z jego wy­jaz­dów w po­je­dynkę. Na jed­nym z nich oj­ciec opa­lał się na plaży, w le­żaku. Obok sie­dział Ce­gła i Sta­ni­sław Po­go­rzel­ski, dłu­go­letni współ­pra­cow­nik ojca, wła­ści­ciel wy­staw­nego ho­telu na Po­mo­rzu. Ko­lejna fo­to­gra­fia uwiecz­niała ten sam dzień. W tle wi­dać było tłum lu­dzi. Jedni tań­czyli, dru­dzy sie­dzieli przy sto­łach, pili i roz­ma­wiali. Na pierw­szym pla­nie stał uśmiech­nięty od ucha do ucha Ta­de­usz Ra­fal­ski. Miał spo­cone czoło i ru­miane po­liczki. Sze­roko roz­kła­dał ręce, ści­ska­jąc ser­decz­nie z jed­nej strony Ce­głę, z dru­giej obec­nego rzecz­nika Mi­ni­ster­stwa Zdro­wia. Szy­mon wy­cią­gnął fo­to­gra­fię z ko­szulki, do­pił al­ko­hol i po chwili wy­szedł z miesz­ka­nia.

- Przy­kro mi, ale pan rzecz­nik jest dziś za­jęty - za­pew­niła se­kre­tarka sta­now­czym to­nem.

Szy­mon uśmiech­nął się pół­gęb­kiem i od­parł:

- Tak ka­zał pani po­wie­dzieć: "Jak przyj­dzie ten Ra­fal­ski, po­wiedz mu, że nie mam czasu"?

- Na­prawdę ma dzi­siaj dużo spo­tkań i do­ku­men­tów do spo­rzą­dze­nia. Pro­sił, żeby mu nie prze­szka­dzać.

- A ja pro­szę, żeby mu jed­nak prze­szko­dzić. Wej­dzie tam pani i po­wie mu, że roz­mowa ze mną leży w jego in­te­re­sie - na­ci­skał dzien­ni­karz. Sta­nął nad biur­kiem se­kre­tarki, oparł się na nim pięściami i pa­trzył na drobną ko­bietę wzro­kiem tak wro­gim i peł­nym po­gardy, jakby była winna wszyst­kich jego utra­pień. Nie przej­mo­wał się tym, że mo­gła wy­czuć od niego al­ko­hol.

- Nie bę­dzie mi pan roz­ka­zy­wał - od­parła ko­bieta. Naj­wy­raź­niej przy­wy­kła do trud­nych sy­tu­acji i pro­ble­ma­tycz­nych pe­tentów.

- Nie wyjdę stąd, dopóki z nim nie po­roz­ma­wiam! - Szy­mon zna­cząco podniósł głos.

- Za chwilę wezwę ochronę...

- Naj­pierw we­zwij jego, bo je­śli nie, to za parę dni oboje bę­dzie­cie szu­kali no­wej pracy!

- Ra­fal­ski! - za­grzmiał obok głos rzecz­nika. Męż­czy­zna po­krę­cił głową, uspo­koił se­kre­tarkę, za­pew­nia­jąc, że wszystko jest w po­rządku, i wpu­ścił dzien­ni­ka­rza do środka. - Nie mo­żesz za­cho­wy­wać się w ten spo­sób! Co w cie­bie wstą­piło?! - wy­pa­lił, gdy tylko za­mknął drzwi ga­bi­netu. - Wy­stra­szy­łeś Ma­ry­się, na­cho­dzisz mnie bez za­po­wie­dzi. Chcesz roz­ma­wiać, to za­dzwoń i umów się na spo­tka­nie, jak wszy­scy inni - po­wie­dział sta­now­czo.

- Nie je­stem jak wszy­scy inni - za­pew­nił Szy­mon, po czym po­ło­żył na biurku wy­jętą z al­bumu fo­to­gra­fię. - Je­stem go­towy uto­pić cię w tym ba­gnie. Opu­bli­ko­wa­nie tego zdję­cia za­koń­czy twoją ka­rierę w po­li­tyce raz na za­wsze. Nikt nie za­trudni, nie przy­gar­nie w po­li­tyczne sze­regi go­ścia, który im­pre­zo­wał z Ta­de­uszem Ra­fal­skim i do­pu­ścił, by wy­pły­nęły do­wody na to.

- Czego ty ode mnie chcesz, Szy­mon? - za­py­tał rzecz­nik, zer­ka­jąc to na fo­to­gra­fię, to na dzien­ni­ka­rza. W jego oczach wi­dać było strach, który zdra­dzał Szy­mo­nowi, że ma go w gar­ści.

Jed­nak dzien­ni­ka­rzowi wcale nie po­do­bała się rola per­fid­nego szan­ta­ży­sty, jaką przy­szło mu te­raz od­gry­wać. Wy­si­lił się, by nie oka­zać zwąt­pie­nia, i od­parł:

- Od­dam ci je i ni­gdy wię­cej nie wspo­mnę o spra­wie...

- W za­mian za co?

- Daj mi coś na mi­ni­stra. Coś, czego inni nie mają. Ja­kiś pry­watny brud, coś do­brego dla bru­kow­ców.

- My­śla­łem, że pra­cu­jesz w dzien­niku...

Szy­mon nie od­po­wie­dział. Je­dy­nie upo­rczy­wie pa­trzył na rzecz­nika.

Po chwili męż­czy­zna wes­tchnął i wstał zza biurka. Chwy­cił wi­szący przy drzwiach płaszcz.

- Przejdźmy się - po­wie­dział, otwie­ra­jąc drzwi. Pu­ścił dzien­ni­ka­rza przo­dem i po­in­for­mo­wał se­kre­tarkę, że idą coś zjeść.

Chwilę póź­niej zmie­rzali ulicą Mio­dową w kie­runku placu Zam­ko­wego. Rzecz­nik wci­snął ręce do kie­szeni płasz­cza i za­czął:

- Chcesz mi skoń­czyć ka­rierę, Szy­mon?

- Nie chcę. Dla­tego daję ci szansę.

- To, co mogę ci po­wie­dzieć... Je­żeli ktoś się do­wie, że wiesz to ode mnie...

- Nikt ni­czego się nie do­wie. Współ­pra­cu­jemy nie od wczo­raj. Wiesz, że nie zdra­dzam swo­ich kon­tak­tów. Mi­ni­ster i tak idzie już na dno. Co­kol­wiek mi po­wiesz, bar­dziej mu nie za­szko­dzi.

- W ta­kim ra­zie po co chcesz ta­kie brudy?

Ra­fal­ski spoj­rzał na rzecz­nika z ukosa i od­parł:

- Czy­tel­nicy, na­kład, kasa, na­ci­ski z góry... Mu­szę kon­ty­nu­ować?

- Z two­imi zdol­no­ściami do wy­cią­ga­nia z lu­dzi in­for­ma­cji mógłbyś się za­jąć nie­za­leż­nym dzien­ni­kar­stwem śled­czym. Ni­gdy nie ro­zu­mia­łem, dla­czego pra­cu­jesz w tej ga­ze­cie...

Szy­mon się­gnął do kie­szeni po pa­pie­rosy i za­pa­lił.

- Nie po­trze­buję te­raz do­brych rad, tylko in­for­ma­cji. Po­wiesz mi coś, nim doj­dziemy pod Bel­we­der?

Rzecz­nik przy­sta­nął gwał­tow­nie. W jego spoj­rze­niu można było do­strzec pre­ten­sje, że zo­stał po­trak­to­wany przez mło­dego dzien­ni­ka­rza tak nie­spra­wie­dli­wie.

- Mam tylko jedną rzecz na mi­ni­stra - wy­znał ści­szo­nym gło­sem. - Nie cho­dzi w niej o pie­nią­dze. To bar­dzo pry­watne sprawy, Szy­mon. Je­steś pe­wien, że chcesz w to wcho­dzić? To może być cios poniżej pasa, na­wet dla cie­bie.

- Mów, co wiesz - od­parł bez na­my­słu dzien­ni­karz.

Rzecz­nik zmie­rzył go spoj­rze­niem, jakby stał na­prze­ciw cał­kiem ob­cego mu czło­wieka.

- W ubie­głym roku u żony mi­ni­stra wy­kryto raka. Do­my­ślasz się już, do czego to zmie­rza?

- Mu­szę znać szcze­góły.

- Szcze­góły? Rak wą­troby. Le­karz za­le­cił prze­szczep, ale ter­min był od­le­gły. Ty­powy ro­dzinny dra­mat. Było z nią kiep­sko, a wy­lą­do­wała gdzieś w środku li­sty ocze­ku­ją­cych na na­rządy. Wła­dek bar­dzo to prze­ży­wał. Sam po­wiedz, co zro­bił­byś na jego miej­scu, jak­byś był mi­ni­strem zdro­wia?

- Ilu le­ka­rzy mu­siał za­stra­szyć lub prze­ku­pić?

- Nikt ci nic nie po­wie, Szy­mon. Nie­ważne, co na nich znaj­dziesz, ża­den nie przy­zna się, że do­stał ła­pówkę za prze­su­nię­cie żony mi­ni­stra na po­czą­tek li­sty. Mogę dać ci na­zwi­sko jej le­ka­rza, ale to ni­czego nie zmieni. Wiedz tylko, że pie­nią­dze nie tra­fiły do pry­wat­nej kie­szeni. Le­karz miał resztki ho­noru i po­pro­sił o do­fi­nan­so­wa­nie szpi­tala. Wy­re­mon­to­wano od­dział on­ko­lo­giczny.

- Gdyby wziął pie­nią­dze do kie­szeni, po umo­wie nie by­łoby śladu. Tak zo­stał dowód.

- Jaki dowód?! Co rusz ja­kieś pie­nią­dze tra­fiają do szpi­tali. Mi­ni­ster­stwo to­nie we wnio­skach z prośbą o do­fi­nan­so­wa­nie re­montów, za­kupu sprzętu, za­trud­nie­nia per­so­nelu...

- Ale pie­nią­dze do­stał aku­rat szpi­tal, w którym prze­pro­wa­dzono prze­szczep jego żo­nie, prawda? My­ślę, że tyle lu­dziom wy­star­czy, aby zro­zu­mieli, że w tym kraju są równi i równiejsi.

- A w ja­kim kraju jest ina­czej? Wszę­dzie ten, kto ma wła­dzę, stwa­rza moż­li­wo­ści.

- Do­kład­nie tak - po­twier­dził Szy­mon i wy­cią­gnął z kie­szeni zdję­cie. - Będę po­trze­bo­wał na­zwy tego szpi­tala, kilka dat oraz na­zwisk.

Rzecz­nik ode­tchnął ciężko. Na­gle zro­bił się blady i dzien­ni­karz za­czął się oba­wiać, czy za­raz nie bę­dzie mu­siał zbie­rać go z chod­nika. Jed­nak męż­czy­zna ru­szył da­lej ulicą, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie istotne dla Ra­fal­skiego szcze­góły.

31

"Wcią­gnij mnie"

Rzecz­nik od­da­lił się szyb­kim kro­kiem, kiedy tylko skoń­czyli roz­mowę. Szy­mon nie miał za­miaru to­wa­rzy­szyć mu w dro­dze po­wrot­nej do biura. Wo­lał prze­my­śleć so­bie całą tę hi­sto­rię, uło­żyć w gło­wie ar­ty­kuł, za­nim przy­sią­dzie do pi­sa­nia, i ja­koś za­głu­szyć nie­spo­dzie­wane wy­rzuty su­mie­nia. Kiedy w za­sięgu wzroku po­ja­wił się bar, na­wet się nie za­sta­na­wiał. Wszedł do środka i zamówił kie­li­szek wódki. Nie był wy­bred­nym kon­su­men­tem. Nie tak jak jego oj­ciec, który gu­sto­wał w dro­gich al­ko­ho­lach i nie pi­jał ni­czego, na co mógł so­bie po­zwo­lić prze­ciętny Ko­wal­ski.

Szy­mon wy­chy­lił kie­li­szek i szybko zamówił ko­lejny, po­tem na­stępny. Kiedy za­częło mu szu­mieć w gło­wie, spo­strzegł, że za oknem zro­biło się ciemno. Ze­ga­rek na te­lefonie wy­świe­tlał dzie­więt­na­stą z mi­nu­tami.

Za­pła­cił za wy­pitą wódkę i szyb­kim kro­kiem ru­szył w kie­runku sie­dziby mi­ni­ster­stwa, gdzie zo­sta­wił za­par­ko­wany sa­mo­chód.

Je­chał płyn­nie przez ob­lane świa­tłami mia­sto. Mi­ga­jące neony zda­wały się usy­piać go ce­lowo, tak jak pod­krę­cone w au­cie ogrze­wa­nie. Wy­łą­czył je i uchy­lił okno, żeby chłodne po­wie­trze nieco go orzeź­wiło. Przez chwilę rze­czy­wi­ście po­czuł się świeżo, jed­nak parę mi­nut póź­niej sen­ność znowu się na­si­liła. Pie­kły go oczy, a po­wieki stały się cięż­kie.

Ostry, prze­cią­gły dźwięk klak­sonu mo­men­tal­nie przy­wró­cił go do peł­nej świa­do­mo­ści. Tuż przed no­sem mi­gnął mu żółty sa­mo­chód. Szy­mon nie­zgrab­nie skrę­cił na chod­nik i za­ha­mo­wał tak gwał­tow­nie, że za­rzu­ciło nim do przodu. Pra­wie ude­rzył czo­łem w kie­row­nicę. Serce wa­liło mu w piersi, a dło­nie zro­biły się mo­kre.

Wi­docz­nie wje­chał na skrzy­żo­wa­nie na czer­wo­nym świe­tle. Omal nie stra­cił ży­cia! Co by się wtedy stało z Aliną?! Cze­ka­łaby na po­moc, która ni­gdy by nie na­de­szła.

Szy­mon pla­snął się otwartą dło­nią w po­li­czek. "Weź się w garść, Ra­fal­ski" - skar­cił sam sie­bie i włą­czył gło­śno ra­dio. Wy­tę­ża­jąc uwagę do gra­nic moż­li­wo­ści, do­je­chał do swo­jego miesz­ka­nia.

Al­ko­hol na­dal dzia­łał, wy­wo­łu­jąc de­li­katne mro­wie­nie w skro­niach.

Ze­ga­rek na pie­kar­niku wy­świe­tlał go­dzinę dwu­dzie­stą. Nie było wcale tak późno, jak przy­pusz­czał. Miał jesz­cze chwilę, żeby na­pi­sać i wy­słać do re­dak­cji tekst, jed­nak znu­że­nie brało górę nad jego cia­łem i wolą. Pod­szedł do ku­chen­nego blatu, oparł na nim dło­nie i za­stygł w bez­ru­chu. Otwo­rzyć szu­fladę czy nie? Py­tał sam sie­bie, choć czuł, że pod­jął de­cy­zję, już kiedy za­czął się za­sta­na­wiać.

Z głębi szu­flady peł­nej her­bat, przy­praw i przeróż­nych przed­mio­tów - które nie wia­domo dla­czego znaj­do­wały się w tej szu­fla­dzie - wy­grze­bał dwie małe di­lerki z białym prosz­kiem.

Nie było tego wiele. Pa­mię­tał, że przyniósł je do domu z ja­kiejś im­prezy. Ktoś zo­sta­wił je na stole i stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie to­wa­rem. Wszy­scy byli już pi­jani, niektórzy odu­rzeni ko­ka­iną. Nikt nie zwra­cał uwagi na Szy­mona, który wci­snął so­bie di­lerki do kie­szeni i po­sta­no­wił prze­cho­wać je na od­po­wied­nią oka­zję. Po tak zwane "re­kre­acyjne nar­ko­tyki" się­gał spo­ra­dycz­nie. Za­zwy­czaj przy oka­zji im­prez. Ko­rzy­stał, kiedy ktoś czę­sto­wał - a to skrę­tem, a to kre­ską czy ta­bletką. Nie wie­dział, co go wtedy pod­ku­siło, żeby za­brać di­lerki.

Jedną wrzu­cił z po­wro­tem do szu­flady, a z dru­giej wy­sy­pał nieco proszku na ku­chenny blat. Wy­cią­gnął z kie­szeni kartę płat­ni­czą i ufor­mo­wał dzie­się­cio­cen­ty­me­trową wą­ską kre­skę.

Oparł dło­nie o kant blatu i pa­trzył na li­nię wy­cze­ku­jąco, jakby miała do niego prze­mó­wić. Po­wie­dzia­łaby coś w stylu: "Wcią­gnij mnie. Tylko raz. Po­trze­bu­jesz mnie te­raz". Usły­szał w pod­świa­do­mo­ści te słowa, wy­po­wie­dziane nie­win­nym gło­sem. Na­chy­lił się i szybko wpro­wa­dził pro­szek do nosa.

32

"A ty cią­gle swoje..."

- Wczo­raj le­dwo zdą­ży­łeś z tym ar­ty­ku­łem! - przy­wi­tał Szy­mona kie­row­nik działu, kiedy ten prze­kro­czył próg jego biura. - Na drugi raz po­sta­raj się wy­sy­łać tek­sty wcze­śniej. Skład nie był za­do­wo­lony, kiedy za­dzwo­ni­łem do nich o dwu­dzie­stej pierw­szej ze zmia­nami na pierw­szą stronę. Poza tym wy­ko­na­łeś ka­wał do­brej ro­boty! W końcu wrócił dawny re­dak­tor Ra­fal­ski! Bez­względny i kon­kretny. Ta­kiego cię lu­bię, Szy­mek!

- Cie­szę się... - od­parł ospale dzien­ni­karz.

Nie czuł się za do­brze. Był nie­wy­spany, obo­lały i roz­draż­niony, co dia­me­tral­nie róż­niło się od sa­mo­po­czu­cia, ja­kiego do­świad­czał wczo­raj­szego wie­czoru. Ko­ka­ina po­bu­dziła go tak, że na­pi­sał ar­ty­kuł w pięt­na­ście mi­nut. Wy­ko­nał kilka te­le­fonów, po­twier­dził parę faktów, by na­brać pew­ności, że rzecz­nik nie zbył go fał­szy­wymi in­for­ma­cjami. Na ja­kiś czas stra­cił wszel­kie opory co do pu­bli­ka­cji ar­ty­kułu, który stwo­rzył, po­bu­dzony nie tylko dzia­ła­niem ko­ka­iny. Kle­pał słowa na kla­wia­tu­rze, wle­wa­jąc w sie­bie ko­lejne dwa piwa. Nic dziw­nego, że od rana mę­czyły go dwa ro­dzaje kaca: fi­zjo­lo­giczny i ten drugi - mo­ralny. Tego, co zro­bił, nie dało się już od­krę­cić. Tekst uka­zał się na pierw­szej stro­nie i o świ­cie tra­fił do kil­ku­na­stu ty­sięcy punk­tów sprze­daży.

Naj­waż­niej­sze było, że za­do­wo­lił szefa. Do­star­czył mu do­kład­nie to, czego ten ocze­ki­wał.

- Te­raz za­ak­cep­tuje pan mój tekst o bur­delu? - za­py­tał, mrużąc oczy.

- A ty cią­gle swoje... - od­parł re­dak­tor z wy­raź­nym roz­cza­ro­wa­niem w gło­sie. - Jak ci obie­ca­łem, to tak bę­dzie. Pu­ścimy tekst o bur­delu, ale mu­sisz go skró­cić. Niech to bę­dzie wstęp do te­matu. Na ra­zie bez szcze­gó­łów. Zo­staw otwarty te­mat. Niech czy­tel­nicy czują, że ciąg dal­szy na­stąpi. Nie su­ge­ruj żad­nych teo­rii. Nie chcę, żeby służby zwa­liły się nam na głowę. A! I nie pod­pi­szemy go twoim na­zwi­skiem. Na wszelki wy­pa­dek.

Dzien­ni­karz przy­tak­nął bez słowa i za­czął wy­co­fy­wać się z biura kie­row­nika.

- I za­łatw ja­kiś wy­wiad! Może być z pro­sty­tutką, gli­nia­rzem, al­fon­sem... obo­jętne.

- Po­sta­ram się - od­po­wie­dział Szy­mon bez prze­ko­na­nia.

Szef mruk­nął coś pod no­sem, ale on nie zwra­cał już na to uwagi. Naj­chęt­niej wróciłby do domu, rzu­cił na łóżko zmę­czone ciało, na­krył głowę po­duszką i za­snął na kilka naj­bliż­szych go­dzin. Za­miast tego za­mknął za sobą drzwi Sa­mot­nej Góry. Wy­ci­szyły się głosy ko­legów dzien­ni­ka­rzy, bez­u­stanne stu­ka­nie pal­cami w kla­wia­turę i przy­cisk myszki, bu­cze­nie eks­presu do kawy oraz dzwo­niące do re­dak­cji te­le­fony.

Szy­mon ode­tchnął głę­boko i mocno prze­tarł twarz dłońmi ze szczególnym uwzględ­nie­niem za­spa­nych oczu. Pod­szedł do okna z wi­do­kiem na war­szaw­skie wie­żowce. Zwol­nił blo­kadę ża­lu­zji, która opu­ściła się agre­syw­nie aż po sam pa­ra­pet. Prze­kręcone pióra mo­men­tal­nie przy­ciem­niły po­miesz­cze­nie. Te­raz, kiedy w po­koju pa­no­wała względna ci­sza i pół­mrok, Szy­mon usiadł przy biurku i uru­cho­mił lap­top. Przy­stą­pił do pracy nad ko­lej­nym ar­ty­ku­łem.

33

"Wiem do­sko­nale, co ro­bota może zro­bić z czło­wie­kiem"

Tekst o agen­cji to­wa­rzy­skiej, która pro­wa­dziła pod­ziemną dzia­łal­ność, uka­zał się w ga­ze­cie na­stęp­nego dnia. Na­zwa­nie go "ar­ty­ku­łem" by­łoby spo­rym nad­uży­ciem. Zaj­mo­wał nie­całe dwa­dzie­ścia pięć pro­cent strony i nie zo­stał pod­pi­sany imie­niem i na­zwi­skiem au­tora, a je­dy­nie zmy­ślo­nym ini­cja­łem. Nie było już od­wrotu. Ten mały, po­zor­nie nie­wielki akt od­wagi miał uru­cho­mić nie­od­wra­calną ma­chinę in­wi­gi­la­cji agen­cji to­wa­rzy­skiej. Już o dzie­wią­tej rano do Szy­mona za­dzwo­nił Ce­gła. Dzien­ni­karz od­cze­kał kilka se­kund, po czym ode­brał.

- Co się, kurwa, wy­da­rzyło, Szy­mek?! - syk­nął męż­czy­zna po dru­giej stro­nie słu­chawki.

- Masz pew­nie na my­śli ten ar­ty­kuł...

- Nie po­gry­waj ze mną! Ty to na­pi­sa­łeś?!

- Jesz­cze mi nie od­je­bało! - Blef dzien­ni­ka­rza za­brzmiał dość prze­ko­nu­jąco. - Nie wiem, kto to na­pi­sał. Nie przej­mo­wał­bym się tym tak bar­dzo.

- Po­słu­chaj mnie uważ­nie, bo po­wiem to tylko raz. Ten, kto to na­pi­sał, zaj­muje te­raz pierw­sze miej­sce na czar­nej li­ście Zim­nego i uwierz mi, nie otrzyma za to me­dalu. Zimny do­stał cynk, że ktoś w pro­ku­ra­tu­rze za­in­te­re­so­wał się te­ma­tem i będą wę­szyć. Jak się okaże, że to ja­kiś upier­dliwy ku­tas, to cze­kają nas spore pro­blemy.

Szy­mon słu­chał słów Ce­gły z co­raz mniej­szą uwagą, bo tę po­chło­nął mu wi­dok po­ru­sze­nia na ko­ry­ta­rzu re­dak­cji. Na­czelny roz­ma­wiał wła­śnie z dwoma po­li­cjan­tami i wy­so­kim męż­czy­zną, który je­śli nie był z pro­ku­ra­tury, to Szy­mon nie­wiele wie­dział o świe­cie. Po­woli za­czął wy­co­fy­wać się do drzwi ewa­ku­acyj­nych, które za­zwy­czaj były uży­wane przez le­ni­wych pa­la­czy, chcą­cych ulec na­ło­gowi bez ko­niecz­no­ści opusz­cze­nia bu­dynku.

Szy­mon zła­pał kurtkę oraz torbę z lap­to­pem i naj­dy­skret­niej, jak po­tra­fił, opu­ścił pię­tro re­dak­cji.

- Nie mar­twił­bym się o ten ar­ty­kuł, Ce­gła - po­wtó­rzył do te­le­fonu, kiedy był już na klatce scho­do­wej. - Za­łożę się, że ja­kiś sta­ży­sta od­wie­dził agen­cję i nie­win­nie po­ga­dał z ja­kimś klien­tem, który na­opo­wia­dał mu sen­sa­cji. Za­zwy­czaj mło­dzi pod­pi­sują się ini­cja­łami. Sza­nu­jący się dzien­ni­karz wal­nąłby swoje dane czarno na bia­łym.

Ble­fo­wa­nie w wy­ko­na­niu Szy­mona zda­wało się speł­niać swoją rolę, bo Ce­gła mil­czał, ana­li­zu­jąc jego słowa.

- Po­sta­raj się do­wie­dzieć, co to za pa­lant, i daj mi znać. Za­pew­nimy mu do­ży­wotni za­kaz wstępu do agen­cji.

- Ja­sne - od­parł dzien­ni­karz, wsia­da­jąc do sa­mo­chodu.

Kiedy się roz­łą­czył, zdał so­bie sprawę, że jego serce biło ab­sur­dal­nie mocno. Jakby za chwilę miało mu ro­ze­rwać klatkę pier­siową. Serce po­zo­sta­wało jed­nak na swoim miej­scu, a Szy­mon zmu­sił się do wy­ko­na­nia kilku uspo­ka­ja­ją­cych od­de­chów.

Na­głe pu­ka­nie w szybę spra­wiło, że serce znów za­ło­mo­tało. Przez chwilę dzien­ni­ka­rzowi zro­biło się ciemno przed oczami, ale spoj­rzał przez okno i zo­ba­czył zna­jomą twarz.

- Dzień do­bry, re­dak­to­rze Ra­fal­ski! - przy­wi­tał się pod­ko­mi­sarz Ju­lian Si­kor­ski, któ­rego mimo już śred­niego wieku przy­ja­ciele na­dal na­zy­wali Mło­dym. W jego twa­rzy rze­czy­wi­ście było coś chło­pię­cego. Ło­bu­zer­ski uśmiech, en­tu­zja­styczne spoj­rze­nie.

Pod­ko­mi­sarz był daw­nym bli­skim współ­pra­cow­ni­kiem Alana Berga, Kac­pra Cha­ber­skiego i Fi­lipa Tyszki, ich przy­ja­cie­lem i za­ufa­nym to­wa­rzy­szem w walce ze świa­tem prze­stęp­czym.

- Cześć! - od­parł Szy­mon, wy­mu­sza­jąc uśmiech.

- Chyba cię nie prze­stra­szy­łem, co? - za­py­tał wy­soki, nie­bie­sko­oki funk­cjo­na­riusz.

- Tro­chę. Ostat­nio w re­dak­cji pa­nuje na­pięta at­mos­fera - od­parł dzien­ni­karz, uświa­da­mia­jąc so­bie, że kłam­stwa co­raz ła­twiej prze­cho­dziły mu przez gar­dło.

Ju­lian Si­kor­ski był funk­cjo­na­riu­szem CBŚP i skoro przy­je­chał tu w tej sa­mej spra­wie, co pro­ku­ra­tor, to ozna­czało, że zro­biło się na­prawdę po­waż­nie, a ar­ty­kuł przy­no­sił efekty szyb­ciej, niż Szy­mon się spo­dzie­wał.

- Wiem do­sko­nale, co ro­bota może zro­bić z czło­wie­kiem - przy­znał po­li­cjant. - Nerwy na­pięte jak po­stronki to nic przy­jem­nego. Trzeba jeź­dzić na urlop od czasu do czasu.

- Zde­cy­do­wa­nie! A co ty tu­taj ro­bisz? Bę­dziesz udzie­lał wy­wiadu...

- Bez ob­razy, Szy­mek, ale ten ty­tuł to tro­chę nie moje kli­maty. Wiem, że mamy wol­ność słowa i prasy, ale na­wet te po­winny mieć ja­kąś gra­nicę przy­zwo­ito­ści.

- Ro­zu­miem...

- Przy­je­cha­łem na prośbę pro­ku­ra­tora. Mia­łem wła­śnie iść do re­dak­cji, ale zo­ba­czy­łem zna­jomą twarz i po­sta­no­wi­łem się przy­wi­tać.

- Pro­ku­ra­tor? Coś się stało?

- Jesz­cze nie wiem. Mó­wił, że ga­zeta opu­bli­ko­wała ar­ty­kuł o agen­cji to­wa­rzy­skiej, która na za­ple­czu pro­wa­dzi bur­del w bar­dzo sta­rym i nie­przy­zwo­itym stylu. Po­ja­wiły się tam po­noć spe­ku­la­cje o związku z cię­ża­rówką z tru­pami w Bel­gii. Sły­sza­łeś coś o tym?

- O ar­ty­kule coś tam ogól­nie sły­sza­łem, ale nie czy­tam wszyst­kiego, co dru­ku­jemy.

- Po­wi­nie­neś. Każdy pra­cow­nik jest twa­rzą swo­jej firmy.

- Będę o tym pa­mię­tał.

Si­kor­ski uśmiech­nął się sze­roko i wy­glą­dało na to, że już miał od­cho­dzić, ale klep­nął jesz­cze w dach sa­mo­chodu i na­chy­lił się do okna.

- Wi­dzia­łem w ze­szłym mie­siącu twoje tek­sty o za­bój­stwie Fe­liń­skiego - za­gad­nął po­waż­niej­szym to­nem. Przy­mru­żył jedno oko. Nie miał ra­czej za­miaru stro­fo­wać dzien­ni­ka­rza, ale że był czło­wie­kiem szcze­rym z na­tury, nie po­tra­fiłby zi­gno­ro­wać te­matu. - Nie­do­brze to wy­szło, Szy­mon. - Po­krę­cił głową z dez­apro­batą.

- Wiem - od­parł dzien­ni­karz. - To było nie­po­trzebne.

- Rob­son się pew­nie wku­rzył, co? I córka Fe­liń­skiego też?

- Tak, mie­li­śmy spię­cie.

- Ale na­dal ga­da­cie?

- Nie wiem. Rob­son do­cho­dzi do sie­bie w szpi­talu. Jak go od­wie­dzi­łem, był jesz­cze nie­przy­tomny.

Z twa­rzy Si­kor­skiego bił smu­tek, a jed­no­cze­śnie zro­zu­mie­nie, jakby do­sko­nale wie­dział, czym są przy­ja­ciel­skie kłót­nie i ci­che okresy. Uśmiech­nął się życz­li­wie i do­dał:

- Jak­byś po­trze­bo­wał kon­sul­ta­cji, czy cze­goś ta­kiego, za­wsze mo­żesz do mnie za­dzwo­nić. Nie trzeba pi­sać sen­sa­cji na chama, byle szumu na­ro­bić. Wiem, że w pod­bram­ko­wych sy­tu­acjach za­wsze bi­jesz do Cha­bra i Berga, ale oni już wy­pa­dli z obiegu, a ja ciągle je­stem na bie­żąco, więc...

- Ja­sne, ro­zu­miem! Dzięki za wspar­cie, Młody.

- No, to do usły­sze­nia?

- Pew­nie.

- Jak­byś za­sły­szał w re­dak­cji coś w spra­wie bur­delu, to daj znać.

- Ja­sne - od­parł Szy­mon, kiedy szyba już się uno­siła.

Nie był pe­wien, czy bar­dziej bał się tego, że pod­ko­mi­sarz Si­kor­ski zde­ma­skuje sze­reg jego kłamstw, czy że on sam za chwilę po­dzieli się z nim wszyst­kimi swo­imi tro­skami i po­prosi o po­moc w roz­bi­ciu gangu han­dla­rzy ży­wym to­wa­rem. "Ni­komu nie mo­żesz ufać" - brzmiały mu w gło­wie słowa Chy­żego i Ra­fal­ski czuł ich głę­bię. Brudni po­li­cjanci mieli swój udział w funk­cjo­no­wa­niu agen­cji, a czas na za­an­ga­żo­wa­nie służb mun­du­ro­wych w roz­bi­cie prze­stęp­czej szajki jesz­cze nie nad­szedł. I nie na­dej­dzie, dopóki Alina nie bę­dzie bez­pieczna.

34

"To już dzi­siaj?!"

Na ze­wnątrz pa­dało, kiedy Chyży za­par­ko­wał w końcu przed bu­dyn­kiem oto­czo­nym la­sem i be­to­no­wym pło­tem. Cho­ciaż szybko i bez żad­nych pro­ble­mów ob­ró­cił mię­dzy War­szawą a Bel­gią, bo­lały go plecy od dłu­go­trwa­łego sie­dze­nia za kół­kiem, a jesz­cze ka­zali mu przy­je­chać do tego pod­miej­skiego domu.

- Za­ła­twi­łeś sprawę? - rzu­cił Ce­gła, kiedy tylko po­li­cjant prze­kro­czył próg bu­dynku.

- Nie było żad­nych pro­ble­mów - za­pew­nił oszczęd­nie.

- Zna­la­złeś kie­rowcę?

- Zna­la­złem. Bę­dzie sie­dział ci­cho.

- Je­steś pewny?

Chyży spoj­rzał na Ce­głę wy­mow­nie. Nie lu­bił się po­wta­rzać i nie miał za­miaru tłu­ma­czyć się przed ru­dziel­cem ze swo­ich dzia­łań.

- Za­ła­twi­łem sprawę zgod­nie z usta­le­niami. Prze­każ sze­fowi, że nie musi się mar­twić. Po­li­cja ugrzęź­nie i sprawa nie wyj­dzie poza Bel­gię.

Ce­gła przy­tak­nął bez ko­men­ta­rza.

Krótką ci­szę prze­rwało stu­ka­nie ob­casów na klatce scho­do­wej. Do przed­po­koju we­szła Alina. Miała na so­bie wyj­ściowy strój, czyli szpilki, ka­ba­retki, mi­nispódniczkę i ob­ci­słą czer­woną bluzkę z dużym de­kol­tem. Na przed­ra­mie­niu zwi­sał jej czarny płaszcz. Męż­czyźni zmie­rzyli ją szyb­kimi spoj­rze­niami.

- Go­towa? - za­py­tał Ce­gła, na co dziew­czyna przy­tak­nęła. - Zamówił ją klient na całą noc. Za­wie­ziesz ją - za­rzą­dził, chyba nie spo­dzie­wa­jąc się sprze­ciwu.

- Dla­czego ja?! Całą noc i pół dnia spę­dzi­łem za kół­kiem. Obróci­łem do Bel­gii i z po­wro­tem bez po­rząd­nie prze­spa­nej nocy!

- Igor po­je­chał już z inną dziew­czyną, a ja jadę do Zim­nego. Pod­rzuć ją, a po­tem jedź do domu. Nie mu­sisz na nią cze­kać, skoro klient płaci za nockę. Rano od­bie­rze ją Igor.

Chyży wy­wró­cił oczami i bez dal­szych uwag wró­cił do swo­jego bia­łego mon­deo. W ślad za nim drob­nymi krocz­kami po­dą­żyła Alina. Usia­dła z przodu i wle­piła wzrok w okno.

Kie­rowca otarł dłońmi mo­krą od desz­czu twarz i od­pa­la­jąc sil­nik sa­mo­chodu, ob­rzu­cił uda dziew­czyny po­żą­dli­wym wzro­kiem. Był zmę­czony, a jej nogi ude­ko­ro­wane ka­ba­ret­kami wy­dały mu się nad wy­raz po­nętne. Po­trzą­snął głową, od­chrząk­nął i za­py­tał:

- Stały klient?

- Nie wiem. Ce­gła nie po­wie­dział, kto to - od­parła obo­jęt­nie, wle­pia­jąc spoj­rze­nie w roz­myty za oknem las.

- Może to ja­kiś nowy? Mam pójść z tobą? Spraw­dzić go­ścia?

- Nic nie mu­sisz ro­bić. Jakby Ce­gła miał wąt­pli­wo­ści, toby ci o nich po­wie­dział.

- Do­bra. Jak so­bie chcesz.

Resztę drogi prze­je­chali bez słowa. Chyży włą­czył ra­dio sa­mo­cho­dowe, w któ­rym le­ciała im­pre­zowa au­dy­cja. Szyb­kie, elek­tro­niczne ka­wałki iry­to­wały go, ale i roz­bu­dzały. Nie zwa­ża­jąc na skąpo ubraną to­wa­rzyszkę, otwo­rzył okno, żeby cie­płe po­wie­trze z na­wiewu nie uśpiło jego przy­tom­no­ści. Dziew­czyna je­dy­nie za­ci­snęła moc­niej płaszcz pod szyją.

Za­trzy­mał się na po­bo­czu przed ho­te­lem. Alina trza­snęła drzwiami i wol­nym kro­kiem ru­szyła w stronę wej­ścia. Chyży od­pro­wa­dził ją wzro­kiem i po­czuł, że kleją mu się oczy. Już od do­brych kilku mi­nut wal­czył z ata­ku­ją­cym go snem. Prze­ciw­nik wy­da­wał się co­raz trud­niej­szy do od­pie­ra­nia, to­też prze­je­chał ka­wa­łek da­lej w po­szu­ki­wa­niu miej­sca par­kin­go­wego i po­sta­no­wił wy­pić w ho­te­lo­wym lobby jedną mocną kawę.

Alina wje­chała na wska­zane przez Ce­głę pię­tro. Za­trzy­mała się przy wy­wie­szo­nym na ko­ry­ta­rzu lu­strze. Uma­lo­wała usta mocno czer­woną szminką i po­pra­wiła zwil­żone desz­czem włosy. Roz­pięła płaszcz i górny gu­zik bluzki.

"Wy­trzy­maj" - po­wie­działa w my­ślach do smut­nego od­bi­cia. "Wy­trzy­maj jesz­cze je­den raz".

Po kilku głęb­szych od­de­chach ru­szyła ko­ry­ta­rzem. Za­pu­kała do drzwi, za któ­rymi miał cze­kać na nią klient. Gdy się otwo­rzyły, a w progu sta­nął Szy­mon Ra­fal­ski, po­czuła na­pie­ra­jące do jej oczu łzy. Rzu­ciła się dzien­ni­ka­rzowi na szyję i wtu­liła się w niego mocno.

Za­sko­czony jej re­ak­cją, ob­jął ją nie­śmiało. Przez krótką chwilę miał wra­że­nie, że tylko ona jedna na ca­łym świe­cie da­rzy go za­ufa­niem i ja­ki­miś po­zy­tyw­nymi uczu­ciami. Z uwagą i bło­go­ścią głę­boko wcią­gnął po­wie­trze wy­peł­nione jej za­pa­chem.

- To już dzi­siaj?! Dzi­siaj ucie­kamy? - za­py­tała peł­nym pod­eks­cy­to­wa­nia szep­tem.

- Taki mam plan.

Na­tu­ralny, sze­roki uśmiech na twa­rzy Aliny spra­wił, że przez krótką chwilę Szy­mon do­strzegł w niej nie­win­ność i chyba praw­dziwy, dość młody wiek.

- Kto cię przy­wiózł? - do­py­tał, ga­sząc świa­tło. Pod­szedł do okna. Miał stam­tąd cał­kiem nie­zły wi­dok na par­king.

- Je­den z ochro­nia­rzy. Nie bę­dzie cze­kał - za­pew­niła, sta­jąc z dru­giej strony okna. De­li­kat­nie od­chy­liła za­słonę i rów­nież wyj­rzała na par­king. - Pod­wiózł mnie bia­łym mon­deo. Wy­sko­czy­łam tylko, a on od­je­chał. Nie my­śla­łam, że to bę­dziesz ty - do­dała po chwili, a jej ciemne oczy błysz­czały w świe­tle ulicz­nych la­tarni.

Szy­mon prze­łknął ślinę. Bał się. Chęć po­mocy Ali­nie była jed­nak sil­niej­sza od stra­chu.

- Inny ho­tel, fał­szywe na­zwi­sko w re­cep­cji. Dzwo­ni­łem też z in­nego nu­meru te­le­fonu niż po­przed­nio. Ro­bię się w tym cał­kiem do­bry - po­wie­dział z lek­kim uśmie­chem, ale szybko spo­waż­niał. - Przy­wio­złem ci ubra­nia. Po­winny być do­bre. Prze­bierz się - za­rzą­dził to­nem fa­chowca, jakby do­sko­nale wie­dział, co na­leży ro­bić w po­dob­nych sy­tu­acjach.

Prawda była taka, że nie miał po­ję­cia. Im­pro­wi­zo­wał.

Kiedy dziew­czyna za­mknęła za sobą drzwi ła­zienki, wy­cią­gnął z kie­szeni di­lerkę z bia­łym prosz­kiem oraz nie­wielką po­zła­caną ły­żeczkę do ta­baki. Na­brał na nią nieco nar­ko­tyku i wcią­gnął go. Wy­tarł nos w rę­kaw i po­now­nie pod­szedł do okna. Ob­ser­wo­wał par­king przez kilka chwil, aż w po­miesz­cze­niu roz­bły­sło świa­tło bi­jące z ła­zienki.

- Go­towa? - za­py­tał dzien­ni­karz, pod­cho­dząc bli­żej.

W dżin­so­wych spodniach, bia­łym T-shir­cie, spor­to­wych bu­tach i czapce z dasz­kiem wy­glą­dała jak zwy­czajna dziew­czyna, która nie ma żad­nych pro­ble­mów. Która żyje z dnia na dzień bez stra­chu o wła­sne zdro­wie i ży­cie. Tego wła­śnie chciał dla niej Szy­mon - bez­pie­czeń­stwa.

Do­strzegł, że zmyła cały ma­ki­jaż. I bez niego była ładna. Miała ru­miane po­liczki i duże oczy. Owalna li­nia jej twa­rzy sta­no­wiła ramę dla wy­dat­nych ust.

- Dzię­kuję, Szy­mon - po­wie­działa ci­cho, jakby się bała, że ktoś może pod­słu­chać ich roz­mowę.

- Po­dzię­ku­jesz, jak bę­dzie po wszyst­kim - od­parł po­spiesz­nie i po­cią­gnął no­sem. Nar­ko­tyk draż­nił ślu­zówkę i dzien­ni­karz wy­raź­nie czuł już jego dzia­ła­nie. Zła­pał le­żący przy drzwiach ple­cak i ostroż­nie wy­su­nął głowę na ko­ry­tarz. Ni­kogo w nim nie do­strzegł.

35

"Le­piej, że­by­śmy ju­tro cię nie zna­leźli"

Chyży wy­chy­lił małą fi­li­żankę kawy, jakby miała ura­to­wać mu ży­cie. Za­zwy­czaj, kiedy już za­pa­rzał so­bie por­cję czar­nej, naj­czę­ściej w pracy, była to więk­sza ilość w po­kaź­nym kubku z na­pi­sem: "Po­li­cja". Do tego on albo Smok za­ła­twiali po słod­kiej bułce albo lu­kro­wa­nym pączku. Jak to ma­wiali, "taki ka­wu­lec ze słod­kim jest naj­mil­szym mo­men­tem dnia". Te­raz w pi­ciu espresso nie miało być nic przy­jem­nego. Chyży po­trze­bo­wał je­dy­nie kopa, żeby bez­wy­pad­kowo do­je­chać do domu. Po­pił gorzką kawę pa­roma ły­kami wody.

Nie chciało mu się wy­cho­dzić na desz­czowy ziąb na ze­wnątrz. Nie­chęt­nie spoj­rzał przez oszklone drzwi ho­telu. Wi­dok ście­ka­ją­cych z nich kro­pli desz­czu spra­wił, że po­czuł ci­śnie­nie na pę­cherz. Po­dzię­ko­wał bar­ma­nowi za kawę, która "ura­to­wała mu ży­cie", i za­py­tał o to­a­letę. Po­woli po­dą­żył we wska­za­nym kie­runku. Za­ła­twił po­trzebę, umył dło­nie i po­czuł, że kawa za­czyna speł­niać po­kła­dane w niej na­dzieje. Roz­bu­dziła go nieco. Dla lep­szego efektu po­li­cjant ob­mył jesz­cze twarz zimną wodą i de­li­kat­nie osu­szył się szorst­kim ręcz­ni­kiem pa­pie­ro­wym. "Taki ho­tel mógłby ofe­ro­wać coś lep­szego od pa­pieru ścier­nego" - po­my­ślał, wy­rzu­ca­jąc mo­kry ka­wa­łek do śmieci. Okle­pał jesz­cze pa­ro­krot­nie swoje blade po­liczki, by po­pra­wić ukrwie­nie, i nie spie­sząc się, wy­szedł na ko­ry­tarz.

Na­gle sta­nął jak wryty. W jego kie­runku po­dą­żał Szy­mon Ra­fal­ski w to­wa­rzy­stwie spor­towo ubra­nej dziew­czyny w czar­nym płasz­czu.

- Kurwa jego mać - za­klął pod no­sem po­li­cjant.

Ich spoj­rze­nia skrzy­żo­wały się w na­pię­ciu ni­czym dwa wy­mie­rzone w sie­bie pi­sto­lety.

Szy­mon zła­pał Alinę za nad­gar­stek, aż jęk­nęła. Po­bu­dzony ad­re­na­liną i nar­ko­ty­kiem, nie zda­wał so­bie sprawy ze swo­jej siły. Strach, który jesz­cze przed chwilą czuł w ho­te­lo­wym po­koju, cał­kiem gdzieś ule­ciał. Nie było od­wrotu. Dzien­ni­karz był go­towy skon­fron­to­wać się z mię­śnia­kiem. W końcu po­tra­fił się bić! Po­wa­lał na de­ski prze­ciw­ni­ków do­rów­nu­ją­cych Chy­żemu ga­ba­ry­tami.

Chyży, spo­koj­nym, po­wol­nym kro­kiem, zbli­żył się do dwójki, jakby byli parą pło­chych dzi­kich zwie­rząt.

- Co wy, kurwa, wy­pra­wia­cie?! - syk­nął szep­tem, kiedy zna­lazł się już wy­star­cza­jąco bli­sko.

- Za­bie­ram ją. Nie py­taj do­kąd - od­po­wie­dział Ra­fal­ski hardo, pa­trząc po­li­cjan­towi pro­sto w oczy.

Chyży nie od­stę­po­wał. Blo­ko­wał im drogę, wy­raź­nie za­sta­na­wia­jąc się nad ko­lej­nym kro­kiem. Dla­czego? Tego Szy­mon do końca nie wie­dział. Gli­niarz był z pew­no­ścią uzbro­jony i ra­czej, gdyby chciał za­dzia­łać, nie przej­mo­wałby się po­stron­nymi ob­ser­wa­to­rami.

Gę­stą ci­szę i mie­rze­nie się spoj­rze­niami prze­rwała gło­śna me­lo­dia te­le­fonu. Męż­czy­zna groź­nie uniósł pa­lec wska­zu­jący i się­ga­jąc po komórkę, ostrzegł:

- Ani, kurwa, drgnij­cie! Co jest? - za­py­tał już spo­koj­nym to­nem do apa­ratu.

Gło­śno usta­wiony dźwięk po­zwo­lił Szy­mo­nowi usły­szeć głos po dru­giej stro­nie.

- Wróci­łeś już do Pol­ski?

- Do­piero co. Wszystko za­ła­twione, Smoku - od­po­wie­dział Chyży.

- Sły­sza­łeś już o ar­ty­kule?

- Nie, o ni­czym nie sły­sza­łem. O ja­kim ar­ty­kule? - do­py­tał po­li­cjant, zer­ka­jąc po­dejrz­li­wie na dzien­ni­ka­rza.

- Ja­kiś gno­jek opu­bli­ko­wał ar­ty­kuł o bur­delu. Zimny wy­zna­czył na­grodę za jego głowę. Wpraw­dzie głowa ma być na­dal czę­ścią jego par­szy­wego ciała, ale trzeba wy­wę­szyć, kto za tym stoi. Po­my­śla­łem o na­szym zna­jo­mym pi­smaku. Tym Ra­fal­skim.

- Ra­fal­ski bie­rze od Zim­nego kasę za ar­ty­kuły - przy­po­mniał Chyży, nie­ustan­nie świ­dru­jąc Szy­mona spoj­rze­niem. - Jakby chło­pina na­pisał taki tekst, byłby bar­dzo głu­pim czło­wie­kiem, bo na­ra­ziłby się nie tylko Zim­nemu, ale też po­li­cji.

- Nie wiem, czy jest głupi, czy prze­bie­gły, ale trzeba bę­dzie wziąć go w ob­roty.

- Do­brze. Weź­miemy go w ob­roty, tylko zróbmy to ju­tro, do­bra? Dzi­siaj mu­szę nad­ro­bić za­rwaną noc.

- Ja­sne! Do zo­ba­cze­nia ju­tro, Chyży.

Po­li­cjant scho­wał komórkę do kie­szeni. Szy­mon uważ­nie ob­ser­wo­wał wędrówkę jego dłoni. Nie zdzi­wiłby się, gdyby ręka z kie­szeni prze­nio­sła się za plecy, gdzie męż­czy­zna praw­do­po­dob­nie trzy­mał pi­sto­let. Chyży jed­nak opu­ścił dłoń wzdłuż tu­ło­wia i po chwili wy­znał:

- Ju­tro bę­dziemy cię szu­kać. Po­dobno na­pi­sa­łeś ja­kiś nie­zle­cony przez Zim­nego tekst o bur­delu?

- Nie był pod­pi­sany moim na­zwi­skiem. To nie ja.

- Le­piej, że­byś nie mu­siał tłu­ma­czyć tego Zim­nemu. Le­piej, że­by­śmy cię ju­tro nie zna­leźli. Ro­zu­miesz?

Szy­mon przy­tak­nął.

- Długo bę­dzie­cie tak jesz­cze stali? - za­py­tał ner­wowo Chyży i otarł dłonią twarz.

Dzien­ni­karz po­cią­gnął Alinę za rękę i szyb­kim kro­kiem wy­szli z bu­dynku.

36

"Fa­cet jest już mar­twy!"

Świt był wy­jąt­kowo zimny i mgli­sty. Je­sień już doj­rzała, a na drze­wach pra­wie nie było li­ści. Sczer­niałe i mo­kre za­le­gały na po­bo­czach i kra­wę­dziach chod­ni­ków.

W ka­wa­lerce przy Ra­gi­nisa, tuż nad ko­mi­sa­ria­tem po­li­cji, miesz­kał były ska­za­niec To­masz Misz­tal, znany le­piej jako Ce­gła. Wbrew po­zo­rom to nie po­li­cja na par­te­rze miała oko na Ce­głę, ale Ce­gła miał oko na nią. Mó­wią, że naj­ciem­niej jest pod la­tar­nią, to­też Misz­tal każ­dego dnia pa­ra­do­wał przed ko­mi­sa­ria­tem, nie wy­wo­łu­jąc żad­nych ne­ga­tyw­nych wra­żeń, i od­gry­wał rolę na­wró­co­nego ban­dyty. Co rano ku­po­wał kaj­zerki w osie­dlo­wej pie­karni, do ro­boty wy­cho­dził o przy­zwo­itej go­dzi­nie, wra­cał trzeźwy i nie urzą­dzał w miesz­ka­niu im­prez. W ogóle nie mie­wał go­ści. Za­cho­wy­wał po­zory uczci­wego, spo­koj­nego ży­cia, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści nie po­tra­fił po­rzu­cić sta­rych na­wy­ków.

Zbyt długo za­ra­biał wy­łącz­nie w nie­le­galny spo­sób. Okra­dał domy, han­dlo­wał nar­ko­ty­kami, nad­zo­ro­wał han­del nar­ko­ty­kami, prze­my­cał nar­ko­tyki... Nie znał się na ni­czym in­nym i nie po­tra­fił wy­obra­zić so­bie ży­cia w nor­mal­nej pracy za naj­niż­szą kra­jową. Lu­bił modne ubra­nia, nowe sa­mo­chody i za­gra­niczne wy­cieczki. Na­uczył się ro­bić to, czego od niego wy­ma­gano. Wy­ko­ny­wał po­le­ce­nia i nie my­ślał za wiele, wszystko pod­po­rząd­ko­wu­jąc my­śli, żeby mieć wy­pchany port­fel i unik­nąć wię­zie­nia.

Ostry dźwięk te­le­fonu wy­rwał Ce­głę ze snu o siód­mej rano. Roz­ma­wiał krótko, a gdy odło­żył ko­mórkę, za­sta­na­wiał się przez chwilę, czy aby jesz­cze nie śni. Oszczędna in­for­ma­cja, którą otrzy­mał, wy­da­wała się nie tylko nie­po­żą­dana, ale też nie­praw­do­po­dobna. Za­klął pod no­sem, po czym wy­gra­mo­lił się z łóżka. Od razu za­ło­żył spodnie, ko­szulę i wczo­raj­sze, le­żące obok łóżka skar­petki. Mu­siał je­chać na spo­tka­nie z sze­fem. Na­tych­miast.

Chwilę póź­niej, prze­cie­ra­jąc za­spane oczy, wszedł na te­ren domu pu­blicz­nego. Gdy otwo­rzył drzwi biura Zim­nego, od razu ude­rzyło go po­sępne ob­li­cze szefa i roz­gnie­wane spoj­rze­nie Igora. W po­koju sie­dzieli także po­li­cjanci Da­rek oraz Smok.

- Co się stało? - za­py­tał Ce­gła, po­dej­rze­wa­jąc, że sprawa jest po­ważna.

- Sia­daj - roz­ka­zał Zimny, wska­zu­jąc na wolne krze­sło po dru­giej stro­nie biurka.

Ce­gła usiadł i ką­tem oka do­strzegł, jak noga sie­dzą­cego obok Igora drga ner­wowo. Męż­czy­zna za­ci­skał i roz­luź­niał pię­ści, od­dy­cha­jąc przy tym ciężko.

Szef wy­ko­nał w stronę Igora lek­kie ski­nie­nie, a on za­czął:

- Za­je­bię tego two­jego dzien­ni­ka­rza, Ce­gła! Fa­cet jest już mar­twy!

- Wy­ja­śni­cie mi, o co cho­dzi?

- Ten ko­leś, który wczo­raj wie­czo­rem zamówił Wik­to­rię, to był on. Ra­fal­ski! Za­brał ją! Ulot­nili się!

Ce­gła roz­dzia­wił usta i oczami wiel­kimi jak spodki spoj­rzał na Zim­nego. Ob­li­cze szefa po­zo­sta­wało jed­nak nie­wzru­szone. Da­lej te­mat pod­jął sie­dzący pod ścianą Smok.

- To jesz­cze nie wszystko. Je­ste­śmy pra­wie pewni, że to on na­pi­sał ten ar­ty­kuł o agen­cji. Pu­ścił na nas gliny, żeby odwrócić na­szą uwagę. W tym cza­sie dy­mał na­szą kurwę i po­ma­gał jej.

- Nie jest chyba aż taki głupi... - jęk­nął Cegła.

- Oj, jest! I to nie tylko on. - Igor po­ru­szył się ner­wowo na krze­śle i wy­ja­śnił: - Rano po­je­cha­łem ode­brać Wik­to­rię z ho­telu. Klient zamówił ją na całą noc, więc tak jak za­wsze po­winna skoń­czyć ro­botę o szóstej. Kiedy do szóstej trzy­dzie­ści nie scho­dziła, po­sze­dłem spraw­dzić, co się dzieje. W po­koju ni­kogo nie było. Zo­stały tylko jej ciu­chy.

- Skąd wie­cie, że to Szy­mon?

- Wner­wiony, za­dzwo­ni­łem do Dłu­giego. Pra­cuje w tym ho­telu w re­cep­cji. Po­wie­dział, że miał tam­tego dnia nockę i wi­dział Chy­żego w lobby. Pił kawę w ba­rze, a po­tem roz­ma­wiał na ko­ry­ta­rzu z dwójką go­ści. Mó­wił, że wy­glą­dali na spię­tych. Opi­sa­łem mu Ra­fal­skiego, po­twier­dził, że ko­leś tak wła­śnie wy­glą­dał. Chyży ich pu­ścił. Od­je­chali spod ho­telu czer­wo­nym chevi. To wóz Ra­fal­skiego, nie?

- Chyży ich pu­ścił? - do­py­tał Ce­gła, chcąc prze­rzu­cić uwagę z nie­mą­drego dzien­ni­ka­rza na zdra­dziec­kiego po­li­cjanta.

- Długi zna Chy­żego dość do­brze - wtrą­cił Smok przez za­ci­śnięte zęby.

- Daro - za­brzmiał głos Zim­nego, ostry jak brzy­twa.

Po­li­cjant Da­rek Gło­gow­ski spoj­rzał mu pro­sto w oczy i słu­chał z uwagą.

- To twój czło­wiek na­wa­lił. Zaj­mij­cie się nim.

Da­rek przy­tak­nął, po czym szturch­nął łok­ciem Smoka. Obaj wy­szli z po­koju.

- Igor, ty wra­caj do dziew­czyn. Nie mogą się do­wie­dzieć, że jedna z nich ucie­kła. To może pod­su­nąć im ja­kieś głu­pie po­my­sły.

- Tak jest, sze­fie - burk­nął Igor i ob­rzu­ciw­szy Ce­głę ostat­nim gniew­nym spoj­rze­niem, rów­nież wy­szedł z po­koju.

Ce­gła zwie­sił głowę. Sam po­le­cił Szy­mona do tej ro­boty. Od­po­wia­dał za niego przed sze­fem i nie miał wąt­pli­wo­ści, że te­raz przyj­dzie mu od­po­wie­dzieć za błędy dzien­ni­ka­rza.

- Twój chło­pak za­wa­lił sprawę - orzekł Zimny, wy­grze­bu­jąc z paczki pa­pie­rosa. Ob­ró­cił go de­li­kat­nie mię­dzy pal­cami i za­pa­lił. Uto­nął przez chwilę w chmu­rze sza­rego dymu.

- Nie wiemy, czy to on na­pi­sał ten ar­ty­kuł...

Zimny ude­rzył pię­ścią o biurko. Nieco pa­pie­ro­so­wego po­piołu wy­lą­do­wało na bla­cie.

- Je­steś idiotą, Ce­gła, czy tylko uda­jesz?! My­śla­łeś, że bie­rzesz pod swoje skrzy­dła wy­stra­szo­nego szcze­niaka, a gno­jek ugryzł cię w rękę i, uwierz mi, krwa­wisz mocno.

- Na­pra­wię to. Znajdę dziew­czynę i uci­szę Szy­mona. Jest młody i głupi. Prze­spał się z nią i pew­nie my­śli, że się za­ko­chał.

Zimny wy­dmuch­nął ko­lejną por­cję dymu i na­chy­lił się nad biur­kiem.

- Weź­miesz dwóch chło­pa­ków i po­je­dziesz do Ra­fal­skiego. Szarp­nij­cie go tak, żeby za­mknął mordę na amen. Wy­du­ście z niego, gdzie jest dziew­czyna.

- Tak jest - od­parł Ce­gła pra­wie nie­do­sły­szal­nym gło­sem. Nerwy zwią­zy­wały mu gar­dło, jed­nak miał wąt­pli­wo­ści, czy bar­dziej bał się o swoją skórę, czy o to, co sta­nie się z dzien­ni­ka­rzem. Wstał i ru­szył w stronę drzwi.

Zimny za­trzy­mał go wpół drogi.

- Jak ta sprawa się nie wy­pro­stuje...

- Wszystko za­ła­twię, sze­fie - od­parł po­spiesz­nie Cegła.

Wolał nie sły­szeć, jak Zimny ubiera swój za­miar w słowa. Wszy­scy wie­dzieli, że groźby wy­po­wia­dane przez Zim­nego za­wsze zo­stają zre­ali­zo­wane.

37

"Wiesz, że zro­bimy, co trzeba, żeby wy­cią­gnąć z cie­bie in­for­ma­cje"

Po­ranki w domu Chy­żego by­wały cha­otyczne. Troje miesz­kań­ców - żona, mąż i na­sto­letni syn - szy­ko­wali się do wyj­ścia z domu o tej sa­mej go­dzi­nie. Ma­rzena każ­dego dnia o ósmej rano otwie­rała nie­wielki sklep z ubra­niami w przej­ściu pod­ziem­nym pro­wa­dzą­cym do me­tra. W tym nie­po­zor­nym miej­scu gro­ma­dziła swe­try z Fran­cji, któ­rych ja­kość znacz­nie prze­wyż­szała te spo­ty­kane w sie­ciów­kach.

Była pro­stą ko­bietą o by­strym umy­śle. Miała żyłkę do han­dlu. Do pracy ubie­rała się we wła­sne to­wary, a tego dnia wy­bór padł na kasz­mi­rowy pół­golf w ko­lo­rze bur­gundu. Koń­czyła ukła­dać włosy w nie­dbały kok, kiedy do ła­zienki wpa­ro­wał dwu­na­sto­letni Ra­fał.

- Jesz­cze nie ubrany? - za­py­tała re­to­rycz­nie, ob­rzu­ca­jąc spoj­rze­niem od­bi­cie syna w lu­strze.

- Ja­dłem śnia­da­nie.

- Jest już późno... Znowu tata spóźni się przez nas do pracy.

- Nie spóźni się. Za pięć mi­nut będę go­towy.

- Nor­malne pięć mi­nut czy twoje pięć mi­nut?

Chło­pak uśmiech­nął się pod no­sem i przy­stą­pił do szo­ro­wa­nia zębów.

- Go­towi? - za­py­tał Chyży, wsu­wa­jąc głowę do ła­zienki. - Jesz­cze nie ubrany?

- Za­raz będę go­towy - wy­beł­ko­tał Ra­fał z bu­zią pełną pa­sty do zębów.

- Jak po­szła wczo­raj na­uka? Masz dzi­siaj klasówkę z an­glika, tak? - za­gad­nął oj­ciec ze szcze­rym za­in­te­re­so­wa­niem.

Nie mieli od prze­bu­dze­nia zbyt wiele czasu, by nad­ro­bić kilka ostat­nich dni, pod­czas których w ogóle się nie wi­dzieli, ale każdy naj­mniej­szy gest za­in­te­re­so­wa­nia po­ma­gał w utrzy­ma­niu zdro­wej re­la­cji z dzie­cia­kiem.

Chło­pak uniósł do góry kciuk i ob­mył twarz wodą.

W kie­szeni Chy­żego za­dźwię­czał te­le­fon. Po­li­cjant prze­czy­tał wia­do­mość.

- Zo­sta­wiłem coś w ga­rażu - oznaj­mił. - Wrócę za kilka mi­nut. Le­piej, że­byś był wtedy go­towy do wyjścia. - Po­gro­ził sy­nowi pal­cem, na co Ra­fał od­parł coś nie­wy­raź­nie.

Ko­bieta ode­rwała się na mo­ment od lu­stra.

- Jaśku!

- No? - za­py­tał Chyży, za­trzy­mu­jąc się w pół­kroku.

- Może wyj­dziemy gdzieś dzi­siaj wie­czo­rem?

- Randka? - do­py­tał po­li­cjant z uśmie­chem. Szybko zna­lazł się obok żony i za­czep­nie ob­jął ją w pa­sie. - Pani za­pra­sza mnie na randkę?

- Mają nową ko­me­dię w Ka­mie­nicy. Dawno ni­g­dzie nie by­li­śmy. Po­śmie­jemy się tro­chę...

Nie miał pew­no­ści, czy ko­me­diowe przed­sta­wie­nie bę­dzie w sta­nie ode­rwać jego uwagę od pro­ble­ma­tycz­nej co­dzien­no­ści. W ostat­nim cza­sie nie my­ślał pra­wie o ni­czym in­nym niż o za­mar­z­nię­tych w cię­ża­rówce na­sto­lat­kach. Pra­co­wał dużo i rzadko zda­rzało mu się spę­dzać w domu po­nad osiem go­dzin, a je­żeli już, to czas ten prze­zna­czał na sen oraz zje­dze­nie po­siłku. Wspólne wyj­ście z za­nie­dby­waną żoną mo­gło uchro­nić go od ko­lej­nych ci­chych dni, a w przy­szło­ści od po­pu­lar­nego w jego krę­gach za­wo­do­wych roz­wodu.

- O której ten te­atr?

- O dzie­więt­na­stej.

- Zgoda! - od­parł po­spiesz­nie, po­ca­ło­wał żonę w po­li­czek, po czym do­rzu­cił: - Idę do ga­rażu.

- Za­ła­twię bi­lety! - za­wo­łała jesz­cze do wy­cho­dzą­cego z miesz­ka­nia Chy­żego.

Ciem­ność spo­wi­jała pod­ziemny ga­raż ni­czym war­stwa gę­stej smoły. Po­li­cjant szedł pew­nie przed sie­bie. Do­sko­nale znał drogę od drzwi do swo­jego miej­sca par­kin­go­wego, na którym stał re­mon­to­wany przez niego mu­stang. Czuj­nik ru­chu włą­cza­jący świa­tło cza­sami za­wo­dził. To, że nie włą­czył się od razu, wcale Chy­żego nie nie­po­ko­iło. Do­piero po kil­ku­na­stu kro­kach zwol­nił nieco i za­sta­no­wił się, czy to cał­kiem nor­malne. Zmru­żył oczy, by doj­rzeć co­kol­wiek w ciem­no­ści. Przez chwilę zda­wało mu się, że czuje za ple­cami czyjś od­dech, i sam się zdzi­wił, ale ogar­nął go strach. Strach, który jak lekki, pra­wie nie­wy­czu­walny pa­jąk prze­biegł mu po ple­cach.

Nad głową po­li­cjanta za­mi­go­tało kilka ja­rze­niówek. Nie do­strzegł ni­kogo przed sobą ani za sobą. Uśmiech­nął się w du­chu na żart, który spła­tał mu jego umysł, i śmiało po­dą­żył da­lej. Kiedy wy­szedł zza za­krętu, zo­ba­czył Darka oraz Smoka sto­ją­cych obok mu­stanga. Roz­ma­wiali o czymś ci­cho. Po­li­cjant nie był w sta­nie do­sły­szeć słowa. Prze­rwali roz­mowę, do­strze­gł­szy ko­legę.

- To nie mo­gło za­cze­kać? - rzu­cił Chyży za­miast po­wi­ta­nia. - Wi­dzimy się prze­cież za kil­ka­na­ście mi­nut w ro­bo­cie.

- Jest te­mat, którego nie mo­żemy po­ru­szać na ko­men­dzie - wy­ja­śnił Da­rek. Stał pra­wie nie­ru­chomo z rę­kami za­ple­cio­nymi na piersi i tak prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem, że Chyży miał wra­że­nie, jakby szef po­tra­fił prze­świe­tlić jego du­szę na wskroś.

- Coś się stało? - za­py­tał po­li­cjant nie­pew­nie.

- Jedna z dziew­czyn uciekła.

Chyży mil­czał, uda­jąc za­sko­czo­nego.

- Nic ci o tym nie wia­domo? - do­py­tał Da­rek, prze­ry­wa­jąc ci­szę.

- Niby skąd?

- Za­wo­zi­łeś ją wczo­raj do ho­telu. Miała spo­tka­nie z klien­tem.

- Tak. Usta­li­łem wszystko z Ce­głą. Miała zo­stać w ho­telu całą noc. Pod­wio­złem ją pod drzwi, wy­sko­czyła i tyle. Rano miał ode­brać ją Igor.

- Przy­je­chał po nią, ale pokój był pu­sty. Ani dziew­czyny, ani klienta. Masz coś jesz­cze do do­da­nia, Chyży?

Po­li­cjant przeniósł spoj­rze­nie z Darka na Smoka i z po­wro­tem. Prze­stą­pił z nogi na nogę i wy­prę­żył się.

- Co jest, kurwa? Ma­cie mi coś do za­rzu­ce­nia? - za­py­tał naj­tward­szym to­nem, na jaki się zdo­był. Zbli­żył się do Darka, sta­nął tuż przed nim, by spoj­rzeć mu pro­sto w zimne jak lód oczy.

- Wi­dzieli cię, Chyży - od­parł Da­rek oszczęd­nie. - Wi­dzieli cię w ho­telu.

Chyży nie mógł uwie­rzyć wła­snym uszom. Jego umysł pra­co­wał te­raz na naj­wyż­szych ob­ro­tach, próbu­jąc wy­my­ślić bły­sko­tliwą od­po­wiedź. Nim zdą­żył wy­po­wie­dzieć słowo, po­czuł silne ude­rze­nie w tył ko­lana, które po­wa­liło go na zie­mię. Gdy uniósł głowę, zo­ba­czył wy­ce­lo­waną w sie­bie lufę pi­sto­letu.

- Gdzie jest dziew­czyna? Po­wiedz, a da­ru­jemy ci tę jedną wpadkę.

- Nie wiem, o czym, do cho­lery, mówisz!

- Mamy cię lać, stary? - włą­czył się w dys­ku­sję Smok. Sta­nął te­raz obok szefa i pa­trzył na Chy­żego gniew­nie. - Wiesz, jak to działa. Wiesz, że zro­bimy, co trzeba, żeby wy­cią­gnąć z cie­bie in­for­ma­cje. Po co ci to?

- Zdra­dzi­łeś nas, Chyży - do­dał Da­rek, nie­prze­rwa­nie mie­rząc pod­wład­nemu mię­dzy oczy. - My­ślisz, że je­steś lep­szy od nas? Ze­brało ci się na uczci­wość po tych wszyst­kich ty­sią­cach, które za­ro­bi­łeś dzięki nam i Zim­nemu? Po­ma­gasz te­raz dzien­ni­ka­rzowi?

Po­li­cjant za­sta­no­wił się nad po­sta­wio­nym mu py­ta­niem. Oczy­wi­ście, że nie miał za­miaru umie­rać za Ra­fal­skiego i dziew­czynę! Uśmiech­nął się w du­chu do my­śli, że Ra­fal­ski jed­nak go po­słu­chał. Ni­komu nie za­ufał. Na­wet jemu. Nie zdra­dził mu, do­kąd za­biera dziew­czynę.

- Pi­smak i kurwa są warci two­jego ży­cia? - na­ci­skał Da­rek to­nem po­zba­wio­nym emo­cji.

- Nie są - przy­znał szcze­rze Chyży i po chwili do­dał: - Ale nie wiem, do­kąd ją za­brał.

- W ta­kim ra­zie ża­den z cie­bie po­ży­tek - usły­szał, po czym na­stą­pił krótki świst.

Za­mon­to­wany na broni tłu­mik wy­ci­szył strzał.

Smok pa­trzył na le­żące na ziemi ciało ko­legi z nie­do­wie­rza­niem. Mil­czał.

Da­rek od­krę­cił tłu­mik z na­sady broni i scho­wał go do kie­szeni.

- Nie stój jak ko­łek! - syk­nął, spro­wa­dza­jąc Smoka na zie­mię. - Idź, wy­cią­gnij cie­cia z ki­bla. Upew­nij się, że nic nie po­wie.

Smok przy­tak­nął bez słowa. My­ślał, że za­my­kają ochro­nia­rza osie­dla w to­a­le­cie i wy­łą­czają ka­mery po to, żeby nikt nie we­zwał po­li­cji do po­bi­cia. Nie spo­dzie­wał się, że będą pró­bo­wali za­ma­sko­wać mor­der­stwo.

Da­rek wy­cią­gnął z kie­szeni te­le­fon. Po chwili ga­raż roz­świe­tlił się krót­kim bły­skiem fle­sza.

Krew są­cząca się z ciała Chy­żego two­rzyła już na pod­ło­dze sporą ka­łużę. Po­li­cjant przy­kuc­nął ostroż­nie obok, sta­ra­jąc się w nią nie wdep­nąć. Wło­żył broń do ręki zmar­łego i za­ci­snął na niej jego palce. Od­da­la­jąc się, szturch­nął stopą otwarte drzwiczki szafki na na­rzę­dzia. Ob­rzu­cił jesz­cze ostat­nim spoj­rze­niem całą nie­szczę­sną scenę, po czym wy­szedł z pod­ziem­nego ga­rażu.

Ja­rze­niówka za­mi­go­tała, a po chwili par­king po­grą­żył się w ciem­no­ści.

38

"Oczy­wi­ście mu­sia­łeś fi­kać na wła­sną rękę!"

Szy­mon Ra­fal­ski gwał­tow­nie ze­rwał się z łóżka. Był zdez­o­rien­to­wany, a serce wa­liło mu w piersi. Czy miał zły sen? Ni­czego ta­kiego nie pa­mię­tał. Usiadł na brzegu ma­te­raca i mocno prze­tarł za­spaną twarz. Miesz­ka­nie wy­peł­nił gło­śny dźwięk wa­le­nia do drzwi. To ono mu­siało wy­bu­dzić go ze snu.

Nie spo­dzie­wał się od­wie­dzin, a kto­kol­wiek znaj­do­wał się na ko­ry­ta­rzu, bar­dzo chciał się spo­tkać. Na zmianę dzwo­nił i pu­kał. Szy­mon pod­szedł do drzwi naj­ci­szej, jak po­tra­fił. Już miał zaj­rzeć przez wi­zjer, kiedy usły­szał głos Cha­ber­skiego.

- Szy­mon, to ja. Je­steś?

Mo­men­tal­nie otwo­rzył za­mek i wpu­ścił przy­ja­ciela do środka. Cha­ber­ski ob­rzu­cił go uważ­nym spoj­rze­niem.

- Dzwo­ni­łem do cie­bie, ale masz wy­łą­czony te­le­fon.

- Mu­siał mi się roz­ła­do­wać - mruk­nął dzien­ni­karz i za­czął roz­glą­dać się za ko­mórką, jed­nak ni­g­dzie nie mógł jej zna­leźć. Do­piero do­cho­dził do sie­bie. - Stało się coś?

- Na szczę­ście nie - od­parł Cha­ber­ski - ale chcia­łem się upew­nić, że z tobą wszystko w po­rządku. Nie od­bie­rasz te­le­fonu, więc po­ja­wiły mi się w gło­wie czarne sce­na­riu­sze.

- Może czy­tasz za dużo o teo­riach spi­sko­wych przed snem.

- Może mam za dużo przy­krych do­świad­czeń - od­bił pi­łeczkę pod­ko­mi­sarz i po chwili usiadł swo­bod­nie przy ku­chen­nym stole.

- Fi­li­żankę kawy? - za­py­tał Szy­mon, sta­ra­jąc się być uprzej­mym go­spo­da­rzem.

- Nie wiem, co to fi­li­żanka kawy, ale słowo "ku­bek" brzmi zna­jomo.

- Czarna, tak?

- Może być. Nie udało nam się jesz­cze usta­lić, kim są ci trzej po­li­cjanci, o któ­rych mó­wi­łeś. Wiemy, że po­li­cja ko­goś tam ma, ale ich toż­sa­mość jest do­brze chro­niona. Sam ro­zu­miesz... Ale roz­ma­wia­łem też z przy­ja­cie­lem ma­ją­cym kon­takty na Wscho­dzie. Do­wie­dział się, że grupa wer­bu­jąca dziew­czyny z re­gionu, z któ­rego po­cho­dzi Alina, zo­stała roz­bita w ze­szłym roku. Po­dobno jest tam te­raz spo­koj­nie, ale ni­gdy nie wia­domo, czy ktoś się na nią nie uweź­mie i nie po­je­dzie jej tam szu­kać.

- Dla­tego trzeba roz­wa­lić grupę Zim­nego - od­parł Szy­mon, prze­szu­ku­jąc kie­sze­nie kurtki, którą ze­szłej nocy za­wie­sił na krze­śle w kuchni.

- O tym też roz­ma­wia­li­śmy - przy­znał Cha­ber­ski.

W czaj­niku za­bul­go­tało i włącz­nik od­sko­czył.

- Woda się ugo­to­wała.

- Tak. - Szy­mon za­krę­cił się wo­kół wła­snej osi, jakby zgu­bił drogę do czaj­nika. Ale to nie czaj­nik za­przą­tał mu te­raz głowę, lecz za­wie­ru­szony te­le­fon ko­mór­kowy. - Co mó­wi­łeś o tym roz­wa­la­niu grupy? - do­py­tał, za­le­wa­jąc kawę roz­pusz­czalną.

- Do­szli­śmy do wnio­sku, że le­piej za­an­ga­żo­wać w to CBŚ. Po­wi­nie­neś na­wią­zać z nimi współ­pracę od razu. Zo­stać in­for­ma­to­rem i ofi­cjal­nie po­móc w zdo­by­ciu do­wo­dów.

- I za­ry­zy­ko­wać, że lu­dzie Zim­nego mnie przy­ła­pią i obe­tną mi łeb?

- Prze­cież i tak chcia­łeś no­sić pod­słuch...

- Jako dzien­ni­karz, nie po­li­cyjna wtyka! Uwierz mi, Cha­ber, w śro­do­wi­sku prze­stęp­czym to jest róż­nica!

- Alina też mo­głaby nam po­móc. Zna bur­del od środka. Zna lu­dzi, któ­rzy pra­cują dla Zim­nego. Mo­głaby za­mon­to­wać pod­słuch...

- Nie mo­głaby. Za późno.

- Co za późno?

Szy­mon mil­czał, zno­sząc nie­cier­pliwe spoj­rze­nie Cha­ber­skiego.

- Coś ty zro­bił? - do­py­tał po­li­cjant.

- To, co pla­no­wa­li­śmy. Wczo­raj w nocy wy­wio­złem ją do pal­lo­ty­nek. Jest bez­pieczna.

- Ale ty nie je­steś! My­ślisz, że Zimny bę­dzie na tyle głupi, że nie bę­dzie cię po­dej­rze­wał?! Wła­śnie o to nam cho­dziło: żeby za­bez­pie­czyć ja­koś ją i cie­bie, że­by­ście nie byli o nic po­dej­rze­wani, a ty oczy­wi­ście mu­sia­łeś fi­kać na wła­sną rękę! Co je­śli ktoś was wi­dział?!

- Nikt nie wi­dział! To zna­czy... ktoś wi­dział.

- Kto?

- Chyży. Je­den z tych po­li­cjan­tów, któ­rzy pra­cują dla Zim­nego. Już wcze­śniej ze mną roz­ma­wiał, przy­ja­ciel­sko ostrze­gał. Od­nio­słem wra­że­nie, że pró­buje od­ciąć się od ko­le­gów. Wpa­dli­śmy na niego z Aliną w ho­te­lo­wym holu, ale nas pu­ścił.

Cha­ber­ski od­su­nął ku­bek z kawą od ust i po chwili kon­ster­na­cji za­py­tał:

- Po­wie­dzia­łeś mu, do­kąd ją za­bie­rasz?

- Nie. Nie ufam mu aż tak, ale na tyle, żeby wie­rzyć, że nie wyda mnie lu­dziom Zim­nego. A ten "przy­ja­ciel", z któ­rym roz­ma­wia­łeś, to nie był przy­pad­kiem Młody, co? Może Proca?

Cha­ber­ski pa­trzył na dzien­ni­ka­rza wzro­kiem po­zba­wio­nym wy­razu. Nie od­po­wie­dział.

- Gdzie jest ten te­le­fon? - po­wie­dział Szy­mon sam do sie­bie i wstał, żeby kon­ty­nu­ować po­szu­ki­wa­nia. Wy­szedł z kuchni.

- Skoro już wy­pro­wa­dzi­łeś dziew­czynę, my­ślę, że po­win­ni­śmy od razu wy­wieźć ją za gra­nicę. Albo zna­leźć cho­ciaż bez­piecz­niej­sze miej­sce.

- My­ślisz, że w klasz­to­rze nie jest bez­piecz­nie? - do­py­tał Szy­mon z przed­po­koju.

Cha­ber­ski zła­pał swój ku­bek kawy i prze­miesz­cza­jąc się po­woli przez miesz­ka­nie, po­pi­jał po­woli łyk za ły­kiem. Do­tarł do sy­pialni, gdzie zna­lazł le­żą­cego na pod­ło­dze Szy­mona. Dzien­ni­karz za­glą­dał pod łóżko.

- Do pal­lo­ty­nek przy­cho­dzą dziew­czyny z pro­ble­mami, ale nie aż ta­kimi. Le­piej ją prze­nieść.

Szy­mon wy­cią­gnął te­le­fon spod ste­laża i pod­niósł się z pod­łogi. Wy­mi­nął przy­ja­ciela, wra­ca­jąc do kuchni, gdzie pod­łą­czył ko­mórkę do prądu. Cze­kał, aż urzą­dze­nie się uru­chomi.

- My­ślisz, że by­łaby bez­piecz­niej­sza u Sta­rego?

- Nie po­winna zo­stać za długo w jed­nym miej­scu. Mo­żemy po nią po­je­chać, jak się ubie­rzesz. Co ty na to?

Szy­mon mil­czał. Wle­piał wzrok w wy­świe­tlacz te­le­fonu, a to, co na nim zo­ba­czył, spra­wiło, że po­czuł, jak sty­gnie w nim krew.

39

"Strach robi cza­sami lep­szą ro­botę niż pięść"

- Po cho­lerę cze­kamy? - syk­nął Smok zza kie­row­nicy przez opusz­czoną w bor­do­wej al­fie szybę.

W fo­telu pa­sa­żera spo­koj­nie sie­dział Da­rek, a w sa­mo­cho­dzie obok Ce­gła i paru in­nych lu­dzi Zim­nego.

- Cze­kamy, aż Ra­fal­ski zo­sta­nie sam - wy­ja­śnił Ce­gła, nie od­ry­wa­jąc wzroku od wej­ścia do bu­dynku na­prze­ciwko.

Na par­kingu było pełno sa­mo­cho­dów, więc oni sami nie po­winni przy­cią­gnąć ni­czy­jej uwagi.

Smok i Da­rek do­je­chali do nich kilka mi­nut wcze­śniej. Ce­gła nie spo­dzie­wał się, że będą to­wa­rzy­szyli mu w roz­mo­wie z Szy­mo­nem, i nie po­do­bała mu się ich obec­ność. A szcze­gól­nie za­cho­wa­nie Smoka, który przy­wo­dził na myśl gra­nat po­zba­wiony za­wleczki. Wier­cił się bez prze­rwy, dużo prze­kli­nał i zde­cy­do­wa­nie za dużo ga­dał. Nie tylko do wszyst­kich wo­koło, ale rów­nież sam do sie­bie. Po­now­nie mruk­nął coś pod no­sem. Ce­gła spoj­rzał na niego zi­ry­to­wany i po­wie­dział:

- Za­nim do­tar­li­ście, przy­je­chał tu­taj były glina, Kac­per Cha­ber­ski. Pew­nie jest u Ra­fal­skiego. Po­cze­kamy. Nie chcemy do­dat­ko­wych pro­ble­mów.

- Ich jest dwóch, a nas pię­ciu? O ja­kich pro­ble­mach mó­wisz?

- Zimny ka­zał za­ła­twić to po ci­chu. Ko­ja­rzę fa­ceta, który przy­je­chał. To je­den z tych upar­tych...

- Ach tak? - Smok wy­prę­żył się ner­wowo i za­plótł ręce na piersi.

- Nie po­trzeba nam świadka. Ani ko­lej­nego mar­twego psa - od­parł Ce­gła, rzu­ca­jąc po­li­cjan­tom wy­mowne spoj­rze­nie.

- Masz ja­kiś pro­blem z tym, jak za­ła­twiamy sprawy?

- Chyży to był wasz czło­wiek. Wa­sza sprawa. Nie wni­kam. Ale Ra­fal­ski to mój pro­blem i ja go roz­wiążę.

- Mam na­dzieję - wtrą­cił się w roz­mowę Da­rek.

Do tej pory mil­czał za­wzię­cie i za­raz za­milkł po­now­nie.

- Dzien­ni­karz pew­nie już sika ze stra­chu - oce­nił Smok, ru­sza­jąc się ner­wowo na sie­dze­niu kie­rowcy. Cze­ka­nie wy­raź­nie mu do­skwie­rało. - Wy­sła­li­śmy mu fotkę Chy­żego.

Ce­gła za­klął pod no­sem i spoj­rzał na po­li­cjan­tów gniew­nie.

- Więc go, kurwa, uprze­dzi­li­ście!

- Niech wie, że po niego idziemy. Strach robi cza­sami lep­szą ro­botę niż pięść.

Misz­tal nie od­po­wie­dział. Nie spoj­rzał po­now­nie na Smoka, któ­rego za­cho­wa­nie za­czy­nało go nie tyle iry­to­wać, co nie­po­koić. Li­czył na to, że po­li­cjanci do­staną za chwilę ja­kiś te­le­fon, we­zwa­nie, które sprawi, że stąd od­jadą i zo­sta­wią Szy­mona Ra­fal­skiego na ła­sce Ce­gły. Znał ta­kich jak Smok i Da­rek. Po­li­cjan­tów gor­szych od gang­ste­rów. Ci sie­dzący z Ce­głą w sa­mo­cho­dzie rów­nież nie mieli mięk­kich su­mień, ale przy­naj­mniej wy­ko­ny­wali roz­kazy bez pro­testów. Wy­star­czyło jedno ski­nie­nie, by pod­jęli ak­cję, i dru­gie, aby ją prze­rwali. Nad po­li­cjan­tami Ce­gła nie miał ta­kiej kon­troli. Po­winni grać w tej sa­mej dru­ży­nie, tym­cza­sem nie mógł wy­zbyć się wra­że­nia, że tych dwóch roz­gry­wało te­raz wła­sną kam­pa­nię.

- Co się stało? Po­bla­dłeś - stwier­dził Cha­ber­ski i od­sta­wił ku­bek z kawą na stół.

Fak­tycz­nie Szy­mon miał przez chwilę wra­że­nie, że mdleje. Ciężko usiadł na krześle.

- Chyży. Za­bili Chy­żego i wy­słali mi zdję­cie - jęk­nął przez ści­śnięte gar­dło.

- Wi­dzisz! Mó­wi­łem, że będą pro­blemy!

- Wie­dzą, że to ja za­bra­łem Alinę. Może wie­dzą też o ar­ty­kule... Je­stem tru­pem.

- Nie że­gnaj się jesz­cze ze świa­tem. Ubie­raj się. Je­dziemy po nią - za­rzą­dził Cha­ber, za­cho­wu­jąc przy­tom­ność umy­słu. Zła­pał kurtkę i już był go­towy do wyj­ścia, z ko­lei Szy­mon sie­dział w bok­ser­kach i ko­szulce.

- Ty po nią jedź! - od­parł, od­zy­sku­jąc ja­sność sy­tu­acji. - Nie traćmy czasu!

- Weź ko­mórkę! Spo­tkamy się u Sta­rego! - przy­po­mniał mu jesz­cze Cha­ber­ski i szybko wy­szedł z miesz­ka­nia.

4

"Pa­ku­jesz się w ba­gno"

Pod­ko­mi­sarz Kac­per Cha­ber­ski wrócił do domu po zmroku. Jak co dzień w progu przy­wi­tał go la­bra­dor o ja­snej sier­ści. Nie­młody już pies wier­cił się nie­cier­pli­wie, cze­ka­jąc, aż jego pan zdej­mie buty oraz kurtkę i da sy­gnał, że pora na przy­wi­ta­nie. Gdy tylko otrzy­mał znak, od razu na­sko­czył przed­nimi ła­pami na tors pod­ko­mi­sa­rza, który czule go uści­skał. Pies mer­dał ogo­nem i po­pi­ski­wał z ra­do­ści. Uspo­koił się do­piero, kiedy otrzy­mał mi­skę z je­dze­niem oraz świeżą wodę.

Cha­ber­ski od­grzał so­bie przy­wie­ziony z baru mlecz­nego obiad i włą­czył te­le­wi­zor usta­wiony już na ka­nał in­for­ma­cyjny. Dźwięk był przy­ci­szony, więc pod­ko­mi­sarz zer­kał tylko od czasu do czasu na ekran, żeby prze­czy­tać prze­wi­ja­jące się na dol­nym pa­sku wia­do­mo­ści. Jed­no­cze­śnie jadł i czy­tał roz­ło­żoną obok ta­le­rza książkę. Wie­lo­za­da­nio­wość nie była mu obca, a umie­jęt­ność sku­pie­nia uwagi w ha­ła­sie opa­no­wał do per­fek­cji pod­czas pracy w CBŚP, w któ­rym słu­żył kil­ka­na­ście lat. Nie­do­ma­ga­nie fi­zyczne, zwią­zane z bra­kiem pra­wego płuca, zmu­siło go do zmian. Wy­kładał więc tech­niki dzia­łań ope­ra­cyjno-roz­po­znaw­czych w Cen­trum Szko­le­nia Po­li­cji, a znał się na śle­dze­niu, pod­słu­chi­wa­niu, fo­to­gra­fo­wa­niu oraz in­fil­tro­wa­niu śro­do­wisk prze­stęp­czych jak mało kto.

Na­gle pies ode­rwał łeb od mi­ski. Wle­pił wzrok w przed­po­kój i wy­dał z sie­bie alar­mu­jące wark­nię­cie.

- Co jest, Iskra? - za­py­tał pan, po­dą­ża­jąc za wzro­kiem zwie­rzę­cia, i wtedy roz­legł się dźwięk dzwonka u drzwi.

Nie spo­dzie­wali się go­ścia. Ani o tej, ani o in­nej po­rze. Re­gu­lar­nie, w ciągu dnia, przy­cho­dziła je­dy­nie na­sto­latka z pię­tra ni­żej, żeby wy­pro­wa­dzić Iskrę na spa­cer, ale nie­za­po­wie­dziane od­wie­dziny o wie­czor­nej po­rze na­le­żały do rzad­ko­ści.

Pies do­padł do drzwi i za­marł z no­sem przy pod­ło­dze. Po chwili wę­sze­nia jego ogon ra­do­śnie się po­ru­szył.

- Dasz mi otwo­rzyć te drzwi? - rzu­cił Cha­ber­ski, jakby zwie­rzak mógł zro­zu­mieć każde ludz­kie słowo.

Fak­tycz­nie, od­su­nął się po­słusz­nie i wy­raź­nie po­wstrzy­mu­jąc ra­dość, przy­siadł obok, by dać panu prze­strzeń.

Twarz Szy­mona Ra­fal­skiego roz­pro­mie­niała sze­ro­kim uśmie­chem na wi­dok go­spo­da­rza i jego psa. Szcze­gólną uwagę jak zwy­kle po­świę­cił psu i klep­nąw­szy się w klatkę pier­siową, rzu­cił:

- No chodź, wa­ria­cie, chodź!

Iskra wy­rwał we­soło, sko­czył na go­ścia i wy­li­zał go po rę­kach. Z ra­do­ścią przy­jął tar­mo­sze­nie za uszy i sze­reg po­chwał wy­po­wie­dzia­nych piesz­czo­tli­wym to­nem.

- Do­bry pies! Taki mą­dry! Grzeczny Iskra!

- Byłby grzecz­niej­szy, jak­byś naj­pierw przy­wi­tał się z go­spo­da­rzem - od­parł Cha­ber­ski, za­my­ka­jąc drzwi.

Szy­mon wy­cią­gnął ku niemu dłoń.

- No, siema, pa­nie go­spo­da­rzu!

Cha­ber­ski, naj­wy­raź­niej wy­czu­wa­jąc psią ślinę mię­dzy pal­cami, w pierw­szym od­ru­chu chciał wy­trzeć dłoń o spodnie, ale za­wa­hał się. Uwa­żał, że po­winna ist­nieć pewna gra­nica mię­dzy pa­nem a jego psem. Szy­mon ta­kiej gra­nicy nie uzna­wał. Ale Szy­mon nie miał psa.

Kiedy go­spo­darz mył ręce, Szy­mon prze­szedł do po­koju dzien­nego. Czuł się swo­bod­nie w miesz­ka­niu pod­ko­mi­sa­rza, pra­wie jak u sie­bie. Otwo­rzył szafkę, w któ­rej Cha­ber­ski trzy­mał moc­niej­sze trunki oraz szkło, i na­lał whi­sky do dwóch szkla­nek. Usiadł na środku ka­napy i klep­nął się w ko­lano, przy­wo­łu­jąc psa. Iskra usa­do­wił się wy­god­nie obok niego, a ja­sny łeb uło­żył na jego ko­la­nie.

- Nie po­zwa­lam mu wcho­dzić na ka­napę - rzu­cił Cha­ber­ski na wej­ściu.

- Je­steś zbyt su­rowy.

- A ty zbyt po­błaż­liwy. Ob­słu­ży­łeś się?

- To­bie też na­la­łem. Śred­nia ta whi­sky.

- Na lep­szą mnie nie stać.

- Mnie też nie - przy­znał Szy­mon z uśmie­chem.

Pod­ko­mi­sarz usiadł w fo­telu na­prze­ciwko i upił łyk ze szklanki.

- Co no­wego? - za­py­tał, przy­glą­da­jąc się dzien­ni­ka­rzowi, i szybko do­dał: - Do­my­ślam się, że coś się wy­da­rzyło, skoro przy­sze­dłeś mnie od­wie­dzić. Że­nisz się? Do­sta­łeś ro­botę w sza­no­wa­nej ga­ze­cie? Wy­gra­łeś w totka?

- Może! Może to ostat­nie, jesz­cze nie wiem. Wy­obraź so­bie, że za­le­d­wie kil­ka­dzie­siąt mi­nut temu sie­dzia­łem w ba­rze i pi­łem piwo w to­wa­rzy­stwie To­ma­sza Misz­tala!

- Za­wsze za­dzi­wia mnie in­for­ma­cja o tym, że któ­ryś z nich wy­cho­dzi na wol­ność - od­parł Cha­ber­ski bez­na­mięt­nie. - Wiem, że do­stają kilka albo kil­ka­na­ście lat, ale za­wsze ta in­for­ma­cja mnie za­ska­kuje.

- Czas nie stoi w miej­scu.

- Naj­wy­raź­niej. O czym roz­ma­wia­li­ście?

- O ży­ciu. O moż­li­wo­ściach.

- Po­wie­dzia­łeś mu, że je­steś dzien­ni­ka­rzem? To mo­głoby spra­wić, że zo­sta­wiłby cię w spo­koju.

- Zwa­rio­wa­łeś, Cha­ber? To rze­czy­wi­ście albo za­mknę­łoby mu gębę, albo spra­wiło, że chciałby mnie do cze­goś wy­ko­rzy­stać.

- A ty wo­lisz, żeby było od­wrot­nie. Chcesz wy­ko­rzy­stać jego...

- Ja­sne, że tak! Tacy jak on ni­gdy nie scho­dzą ze złej drogi! Zresztą ty i Rob­son za­wsze po­wta­rza­cie, że­bym za­jął się dzien­ni­kar­stwem śled­czym. To może być do­bra oka­zja. Ce­gła naj­wy­raź­niej kręci lewy in­te­res i ma ochotę po­dzie­lić się ze mną oka­zją.

- My­śla­łem, że po tym, co stało się z pię­ścia­rzem Ha­lec­kim, masz do­syć wcho­dze­nia mię­dzy ban­dy­tów i gli­nia­rzy.

- No... - od­parł dzien­ni­karz prze­cią­gle. Wle­pił spoj­rze­nie w su­fit, jakby spo­dzie­wał się zna­leźć tam pod­po­wiedź. - Tak było z po­czątku, ale po­tem mie­sią­cami opi­sy­wa­łem wy­ssane z palca hi­sto­ryjki o po­li­ty­kach. Każ­dego dnia to samo! "My do­gry­zamy tam­tym dzi­siaj. Tamci do­gryzą nam ju­tro". Tak ma­wia na­czelny, a ja nie czuję się ani "tym", ani "tam­tym".

Cha­ber­ski wy­chy­lił szklankę. Skrzy­wił się nieco i przy­mru­żył oczy.

- Ostat­nio pi­sa­łeś o zabójstwach.

- Wiesz o wszyst­kim?

- Obiło mi się o uszy to i owo.

- Wie­dzia­łem, że do­wiesz się prę­dzej czy póź­niej - od­parł Szy­mon i ciężko wes­tchnął. - Prze­sa­dzi­łem tym ra­zem. Na­pi­sa­łem za dużo, po­kłó­ci­łem się z Rob­so­nem, a te­raz on leży w szpi­talu. Mam wy­rzuty su­mie­nia, a nie mogę go prze­pro­sić. Nie wiem na­wet, czy chcę go prze­pra­szać, bo boję się, że każe mi spier­da­lać. Wszystko, o czym pi­sa­łem, spodo­bało się jed­nak kie­row­ni­kowi, bo sko­czyła sprze­daż, więc je­stem te­raz na re­dak­cyj­nym świecz­niku. Cze­kają na ja­kąś pe­tardę z mo­jej strony, a ja nie chcę an­ga­żo­wać się w po­li­cyjne do­cho­dze­nia. Za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy nie po­szu­kać te­matu po tej dru­giej stro­nie ba­ry­kady, a tu na­gle po­ja­wia się Ce­gła! Ty nie wie­rzysz w przy­padki, więc ro­zu­miesz.

- Wła­śnie dla­tego, że nie wie­rzę w przy­padki, po­my­ślał­bym pięć razy, za­nim wszedł­bym z Ce­głą w in­te­resy. Nie­za­leż­nie, na ja­kim polu. Po­dał ci ja­kieś kon­krety?

- Jesz­cze nie. Da­łem mu swój nu­mer, po­wie­dział, że za­dzwoni i umó­wimy spo­tka­nie. Wspo­mi­nał o ja­kimś bar­dzo do­cho­do­wym in­te­re­sie. Wiesz, co to może ozna­czać...

- Ja­sne. Za­czy­na­jąc od kra­dzieży sa­mo­cho­dów, a koń­cząc na han­dlu nar­ko­ty­kami. Sło­wem, nic le­gal­nego. Po co się w to mie­szać?

- Jak to?! Mogę mieć z tego te­mat, na jaki cze­ka­łem! Dzien­ni­kar­stwo śled­cze, do któ­rego tak bar­dzo mnie za­chę­ca­li­ście! - Szy­mon omal nie po­de­rwał się z ka­napy.

Iskra uniósł zdez­o­rien­to­wany łeb i spoj­rzał na dzien­ni­ka­rza z pre­ten­sją. Ten usa­do­wił się po­now­nie i uspo­ka­ja­jąco po­gła­skał psa.

- Mam za­miar udać, że je­stem za­in­te­re­so­wany współ­pracą. Przy­go­tuję się do spo­tka­nia. Zro­bię na­gra­nie au­dio-wi­deo, a je­żeli się okaże, że to coś gru­bego, pusz­czę to chło­pa­kom z CBŚ. Jed­no­cze­śnie będę miał swój ma­te­riał. Prze­cież wiesz, Cha­ber! Mam uczyć ojca, jak dzieci ro­bić?!

- Wiem, jak in­fil­tro­wać śro­do­wi­ska prze­stęp­cze, Szy­mon, i po­wiem ci na wstę­pie, że pa­ku­jesz się w ba­gno - stwier­dził. - Nie mo­żesz wcho­dzić sa­memu w ta­kie śro­do­wi­sko. Po­wi­nie­neś mieć osłonę, swo­jego czło­wieka w środku, który bę­dzie ci ro­bił plecy. Niech Ce­gła przy­ła­pie cię na na­gry­wa­niu! Wtedy na­wet wa­sza wspólna prze­szłość ci nie po­może...

- Prze­cież znam się na tej ro­bo­cie, Cha­ber! Mam do­bry sprzęt do ta­kich rze­czy, nie ja­kieś prze­sta­rzałe ka­ble, które wy­ma­casz pod ko­szulką, tylko ta­kie pro­fe­sjo­nalne wszywki na GSM. I tu­taj mam małą prośbę do cie­bie...

- Chcesz, że­bym śle­dził twoją lo­ka­li­za­cję na wszelki wy­pa­dek?

- No! Na wszelki wy­pa­dek. Cho­ciaż nie spo­dzie­wam się kło­po­tów, to wiesz, jakby co, bę­dziesz wie­dział, gdzie Rob­son ma szu­kać trupa. A jak znaj­dzie, po­wiedz mu, żeby dbał o niego jak o wła­snego.

- Ro­bisz so­bie z tego żarty... - wes­tchnął Cha­ber­ski z po­wagą bi­jącą z jego ła­god­nej twa­rzy.

Szy­mon od­po­wie­dział uśmie­chem.

- To tylko taka re­ak­cja obronna mo­jego mó­zgu na myśl o kulce w łeb.

- Nie po­doba mi się to, Szy­mon. Nie je­steś na to przy­go­to­wany. Nie masz wspar­cia ani in­for­ma­cji, dzia­łasz cha­otycz­nie, by­wasz nie­dbały i py­skaty...

- Dzięki...

- To kiep­ski ze­staw do ta­kiej ro­boty.

- Za­wsze mu­sisz być szczery aż do bólu?

- Tak już mam.

- Wiem! Sły­sza­łem le­gendy o two­jej praw­domówno­ści i trzy­ma­niu się za­sad. Proca wspo­mi­nał, że kiedy ko­le­dzy chcieli zro­bić ci ka­wał, pod­ju­dzali za­trzy­ma­nych, by za­ofe­ro­wali ci łapówkę.

- Do­sta­wa­łem różne pro­po­zy­cje.

- Od mi­lionów po dzie­sięć zło­tych, od nowo za­ku­pio­nego sa­mo­chodu po stary te­le­fon, od loda od żony za­trzy­ma­nego po loda od sa­mego za­trzy­ma­nego...

- Nie mu­sisz być taki wul­garny.

- A ty taki święty - od­bił pi­łeczkę Ra­fal­ski i po chwili pod­chwy­tli­wie za­py­tał: - Ni­gdy nie skła­ma­łeś?

- Tylko w ra­zie wyż­szej ko­niecz­no­ści.

- Gdyby nie twoje kłam­stwo, sie­dział­bym w wię­zie­niu za usi­ło­wa­nie zabójstwa.

Cha­ber­ski opu­ścił wzrok i od­parł:

- Po­stą­pi­łem, jak pod­po­wia­dało mi su­mie­nie. Wo­lałem dać ci drugą szansę niż ry­zy­ko­wać, że wię­zie­nie zrobi z cie­bie gang­stera.

- Nikt nie zro­biłby cze­goś ta­kiego jak ty. Strze­li­łem do cie­bie. Stra­ci­łeś płuco, a ty o wszyst­kim za­po­mnia­łeś...

- Wy­ba­czy­łem. Jest różnica.

- Za­wsze mo­głem na to­bie po­le­gać - oznaj­mił. - Do­brze znam swoje ogra­ni­cze­nia, Cha­ber, ale mimo wszystko chcę spróbo­wać. Pew­nie na­ro­bię błędów, ale kto wie, co z tego wy­nik­nie!

- Tylko ten nie po­peł­nia błędów, kto nic nie robi. - Cha­ber­ski za­milkł, a Szy­mon cier­pli­wie dał mu czas na pod­ję­cie de­cy­zji. - Zgoda - po­wie­dział w końcu pod­ko­mi­sarz, czym wy­wo­łał uśmiech na twa­rzy rozmówcy. - Po­mogę ci, ale pod jed­nym wa­run­kiem! Je­żeli wy­czuję, że sprawa wy­myka się spod kon­troli, od razu in­for­mu­jemy o tym mun­du­ro­wych.

- Tak jest, pod­ko­mi­sa­rzu! - od­parł Szy­mon, sa­lu­tu­jąc nad wy­raz ener­gicz­nie, i uca­ło­wał śpią­cego na jego ko­la­nach psa.

40

"Sam się o to pro­si­łeś"

Ce­gła prze­rwał swój gniewny mo­no­log, bo zo­ba­czył otwie­ra­jące się drzwi ka­mie­nicy.

- To on - oznaj­mił.

- Ten gli­niarz?

Ce­gła przy­tak­nął.

- Po­je­dziemy za nim - zde­cy­do­wał Da­rek, przy­glą­da­jąc się Cha­ber­skiemu przy­mru­żo­nymi oczami. - Może do­pro­wa­dzi nas do dziew­czyny.

Ce­gła nie miał nic prze­ciwko temu, by się roz­dzie­lili. Wo­lał mieć kon­trolę nad tym, jak prze­bie­gnie jego roz­mowa z Szy­mo­nem Ra­fal­skim. Z nie­znacz­nym po­czu­ciem ulgi pa­trzył, jak bor­dowa alfa ro­meo od­jeż­dża w ślad za pod­ko­mi­sa­rzem. Po­tem zer­k­nął we wsteczne lu­sterko, gdzie sie­dział je­den z go­ryli Zim­nego. Uśmie­chał się.

- Czego rżysz? - za­py­tał Ce­gła z iry­ta­cją.

- Długo cze­ka­łem na spo­tka­nie z Ra­fal­skim - od­parł tam­ten, nie tra­cąc do­brego na­stroju.

Szy­mon ubie­rał się w po­śpie­chu. Za­ło­żył bluzę tył na przód i skar­petki na lewą stronę. Wy­cią­gnął z szafy ple­cak. Spa­ko­wał do niego lap­top, ła­do­warkę, no­tat­nik oraz port­fel. Zgar­nął z ku­chen­nego blatu klu­cze i te­le­fon z pod­łą­czo­nym do niego ka­blem. Zdą­żył za­ło­żyć buty, za­rzu­cić kurtkę i otwo­rzyć drzwi. Jed­nak nim prze­kro­czył próg, zro­bił krok do tyłu.

W drzwiach jego miesz­ka­nia stał Ar­ka­diusz Ha­lecki. Wielki Arek. Pchnął dzien­ni­ka­rza obu­rącz, a ten wpadł w głąb przed­po­koju. Ha­lecki po­stą­pił na­przód, zaj­mu­jąc swoim ma­syw­nym cia­łem nie­mal całą sze­ro­kość drzwi. Za nim wszedł do miesz­ka­nia drugi fa­cet, a na­stęp­nie trzeci, ostatni, który za­mknął za sobą górny za­mek. Do­piero gdy Ha­lecki nieco od­stą­pił w bok, Szy­mon zo­ba­czył, że jego to­wa­rzy­szami byli Igor i To­masz Misz­tal.

- Ce­gła? Co się tu­taj dzieje? - za­py­tał Ra­fal­ski, chwy­ta­jąc się ostat­niej de­ski ra­tunku, jaką było uda­wa­nie głu­piego.

- Ty już do­brze wiesz, co się dzieje - od­parł Ce­gła ci­cho, pra­wie nie­do­sły­szal­nie.

Dwóch zro­biło krok w stronę Szy­mona i wtedy do­tarło do niego, że kło­poty, któ­rych się spo­dzie­wał, wła­śnie na­bie­rały kształtu. Rzu­cił się do ucieczki w kie­runku kuchni. Nie było to jed­nak szu­ka­nie wyj­ścia, ale naj­bliż­szej broni. Udało mu się do­paść ma­syw­nego ku­chen­nego noża. Ści­snął go mocno w pra­wej dłoni i ostry ko­niec wy­mie­rzył w na­past­ni­ków. Igor z ka­mien­nym wy­ra­zem twa­rzy wsu­nął dłoń pod bluzę, wy­cią­gnął pi­sto­let i le­ni­wie wy­ce­lo­wał w nie­do­szłego no­żow­nika.

- Nie wy­dur­niaj się, dzien­ni­karz - ostrzegł, mie­rząc do niego z taką śmia­ło­ścią, jakby była to pierw­sza rzecz, którą ro­bił każ­dego po­ranka.

- Nie chcemy cię za­bić, Szy­mon - do­dał Ce­gła, jak po­przed­nio ci­cho. - Twój opór nie uła­twi nam za­da­nia.

Ra­fal­ski pa­trzył na nich z prze­ra­że­niem.

- Odłóż ten nóż, kurwa! - wrza­snął po chwili Ce­gła. - Chcesz, żeby Igor cię za­strze­lił?!

Szy­mon drgnął i odło­żył ostrze na stół. Igor, nie­zmien­nie w niego mie­rząc, pod­szedł bli­żej, zła­pał go za ra­mię i wy­wlókł z kuchni. Moc­nym szarp­nię­ciem wpro­wa­dził go do po­koju dzien­nego, szu­ka­jąc za­pewne bar­dziej prze­strzen­nego miej­sca.

Na­gle na kark Szy­mona spadł silny cios i po­wa­lił go na zie­mię. Szy­mon pod­niósł się po chwili i wy­zy­wa­jąco spoj­rzał w oczy Ha­lec­kiego, który oczy­wi­ście był au­to­rem tego ude­rze­nia. Bok­ser uśmiech­nął się pod no­sem i za­mach­nął pię­ścią. Cios ude­rzył je­dy­nie po­wie­trze.

- Bę­dziesz fi­kał? - wark­nął męż­czy­zna i agre­syw­nie rzu­cił się na dużo mniej­szego od sie­bie Szy­mona. Udało mu się zła­pać go za nad­gar­stek i se­kundę póź­niej miał go już w cał­kiem sta­bil­nym uści­sku. - Ja przy­trzy­mam, a ty wal - po­wie­dział do Igora.

Ten bez zwłoki scho­wał pi­sto­let, pod­szedł bli­żej, po czym ude­rzył Ra­fal­skiego w brzuch. Ko­lejny cios padł nieco wy­żej. Za­ha­czył o dolne że­bra. Trzeci tra­fił w oko­lice wą­troby. Pod Ra­fal­skim ugięły się nogi. Przez chwilę nie mógł zła­pać po­wie­trza. Nie był w sta­nie okre­ślić, ile cio­sów przy­jął od tego mo­mentu. Z pew­no­ścią było to wię­cej, niż otrzy­mał w ciągu wszyst­kich sto­czo­nych przez sie­bie walk na ringu.

Po kilku mi­nu­tach nie miał już siły stać.

- Zmę­czy­łem się - oznaj­mił Igor, więc Ha­lecki zwol­nił uścisk, rzu­ca­jąc dzien­ni­ka­rza na pod­łogę.

Szy­mon pod­dał się gra­wi­ta­cji. Nie był w sta­nie się bro­nić, nie miał siły wstać. Otwo­rzył oczy i do­strzegł sto­ją­cego w drzwiach Ce­głę.

To­masz Misz­tal tkwił nie­ru­chomo ze sple­cio­nymi na piersi rę­koma. Jego twarz wy­ra­żała jed­nak znacz­nie wię­cej niż ka­mienna po­stawa ciała. Miał w spoj­rze­niu żal, a także lęk. Nie od­zy­wał się jed­nak sło­wem. Opu­ścił głowę, kiedy Szy­mon otrzy­mał pierw­sze kop­nię­cie od Ha­lec­kiego. Po­tem na­stą­piło ko­lejne. Okła­dali na ślepo, w co po­pa­dło. Prze­stali do­piero, kiedy zmę­czyli się na tyle, że obaj za­częli sa­pać i od­chrzą­ki­wać. Igor od­su­nął się od za­krwa­wio­nej ofiary i przy­siadł na pod­ło­kiet­niku ka­napy. Otarł twarz z potu.

- Nie masz kon­dy­cji, Igor - oce­nił we­soło Ha­lecki.

Szy­mon jęk­nął i z tru­dem ob­ró­cił ciało na bok. Sku­lił się, by chro­nić brzuch przed ewen­tu­al­nym ko­lej­nym kop­nię­ciem. Bo­lał go każdy skra­wek ciała.

W końcu Ce­gła opu­ścił swoje sta­no­wi­sko i przy­kuc­nął przy gło­wie po­bi­tego.

- Sam się o to pro­si­łeś - oznaj­mił drżą­cym gło­sem. - Nie chcia­łem, żeby tak to się po­to­czyło. Obaj mie­li­śmy za­ro­bić. My­śla­łem, że się do­ga­damy, a ty wszystko spier­do­li­łeś!

Szy­mon stęk­nął, pró­bu­jąc coś po­wie­dzieć.

Ce­gła na­chy­lił się.

- Co mó­wisz?

- Alina.

- Alina?! Za­po­mnij o niej! To jest tylko kurwa! A my by­li­śmy kum­plami!

- Ni­gdy nie by­łeś moim kum­plem, Ce­gła.

Misz­tal wziął głę­boki, agre­sywny wdech. Miał łzy w oczach i gniew­nie za­ci­skał pię­ści.

- Do­kąd ją wy­wio­złeś? - za­py­tał przez za­ci­śnięte zęby. Od­po­wie­działo mu mil­cze­nie. - Do­kąd?! - wrza­snął.

Szy­mon spoj­rzał na niego bez cie­nia stra­chu, po czym splu­nął na niego czer­woną plwo­ciną.

Ce­gła zer­k­nął na swoją za­bru­dzoną kurtkę i stwier­dził:

- My­śla­łem, że je­steś mą­drzej­szy.

- Nie znasz mnie.

- Znam cię le­piej, niż my­ślisz - syk­nął Misz­tal. Po chwili roz­luź­nił za­ci­śnięte pię­ści i do­dał: - Za­wsze pró­bo­wa­łeś za­im­po­no­wać ojcu. Dla­tego cią­gle pa­ko­wa­łeś się w kło­poty. Chcia­łeś, żeby cię za­uwa­żył. Rok temu do­wie­dzia­łem się, że bra­łeś udział w nie­le­gal­nych wal­kach. Szy­mon Ra­fal­ski "Ko­bra". - Par­sk­nął szy­der­czym śmie­chem. - Żadna z cie­bie ko­bra. Masz w so­bie nieco z ojca, ale nie do­ra­stasz mu do pięt. Za­wsze bę­dziesz tym dru­gim Ra­fal­skim. Znaj­dziemy dziew­czynę i bez two­jej po­mocy. Ona jest już mar­twa, a ty... - Ce­gła na­chy­lił się do sa­mego ucha dzien­ni­ka­rza. Śmier­dział pa­pie­ro­sami i ostrą wodą ko­loń­ską. - Nie chcę cię za­bi­jać, Szy­mon, ale przy­się­gam... Przy­się­gam, że to zro­bię, je­śli nie prze­sta­niesz ro­bić nam kło­po­tów.

Wstał i po­wol­nym kro­kiem ru­szył w stronę drzwi. Ha­lecki i Igor po­dą­żyli za nim. Któ­ryś z nich jesz­cze splu­nął Szy­mo­nowi na twarz.

Gdy tylko dzien­ni­karz usły­szał trza­śnię­cie drzwi, spró­bo­wał wstać, ale oka­zało się to trud­niej­sze, niż przy­pusz­czał. Bo­lało go wszystko. Ciało zda­wało się wa­żyć wię­cej niż za­zwy­czaj i upar­cie cią­gnęło ku ziemi. Jęki mi­mo­wol­nie wy­do­by­wały się z jego ust.

Wresz­cie pod­niósł się z pod­łogi. Chwiej­nym kro­kiem, trzy­ma­jąc się ściany, do­tarł do przed­po­koju, gdzie od­na­lazł le­żący na pod­ło­dze te­le­fon. Wspie­ra­jąc się na szafce na buty, przy­kuc­nął, by do­się­gnąć komórki. Kiedy się pod­no­sił, po­czuł ostry ból w pra­wym boku i dys­kom­fort, który mógł zdra­dzać zła­ma­nie że­bra. Wi­dział nie­wy­raź­nie. Trzę­sącą się dłonią pa­ro­krot­nie próbo­wał od­blo­ko­wać te­le­fon. W końcu do­tarło do niego, że po­rwał się na zbyt wiele. Po­trze­bo­wał po­mocy.

41

"Spo­tkamy się po dru­giej stro­nie"

Po­ra­nek był spo­kojny i świeży. Sio­stra Mi­cha­lina otwie­rała na oścież wszyst­kie okna w klasz­to­rze. Rześ­kie po­wie­trze oczysz­czało po ko­lei iz­debki z noc­nego za­du­chu i złych snów, śnio­nych przez nie­jedną z miesz­ka­ją­cych tu tym­cza­sowo ko­biet. Te­raz więk­szość z nich była w ko­ściele na mo­dli­twie, a po­koje po­zo­stały pu­ste. Nie­malże do­słow­nie pu­ste. Ko­biety po­sia­dały nie­wiele albo nic. Tak jak Alina, przy­wie­ziona tu wczo­raj­szej nocy przez Szy­mona Ra­fal­skiego.

Mocne pu­ka­nie do drzwi ode­rwało sio­strę od otwie­ra­nia ko­lej­nych okien. Ko­ły­sząc na boki przy­cięż­kim cia­łem, po­dą­żyła po­woli w stronę wej­ścia. Na­tar­czywe pu­ka­nie świad­czyło o znie­cier­pli­wie­niu go­ścia, a ta­kie znie­cier­pli­wie­nie nie mo­gło zwia­sto­wać ni­czego do­brego. Ko­bieta prze­że­gnała się, zmarsz­czyła czoło, po czym otwo­rzyła ma­sywne drzwi.

- Kac­pe­rek! - Na wi­dok pod­ko­mi­sa­rza Cha­ber­skiego za­kon­nicę opu­ściły wszyst­kie obawy.

- Szczęść Boże, sio­stro Mi­cha­lino! - przy­wi­tał ją Kac­per i prze­stą­pił próg klasz­toru.

- Szczęść Boże! Co cię spro­wa­dza tak wcze­śnie?

- Nie­stety nic do­brego. Mu­szę za­brać stąd jedną z dziew­czyn.

- Pew­nie Alinkę, co? Szy­mon przywiózł ją wczo­raj - wy­ja­śniła, pro­wa­dząc by­łego po­li­cjanta ko­ry­ta­rzem w głąb bu­dynku. - Mówił, że bie­daczka ma po­ważne kło­poty, ale i bez tego wie­dzia­łam. Można to po­znać po oczach. Od razu wi­dać w nich stra­pioną du­szę. Mówiła, że nie mo­gła za­snąć. Wiele dziew­czyn ma pro­blem ze snem na sa­mym po­czątku. Żyją swoim stra­chem, a strach żywi się ich umysłem i zdro­wiem. Wiesz, co jest naj­lep­szym le­kar­stwem na umysł opa­no­wany stra­chem?

- Mo­dli­twa?

- Praca, Kac­perku! Praca po­zwala nam nie my­śleć o pro­ble­mach. Wzię­łam więc Alinkę do kuchni, żeby po­mo­gła w przy­go­to­wa­niu po­siłku. Mamy tu te­raz wię­cej ko­biet, więc go­to­wa­nia i sprzą­ta­nia jest nie­mało, ale one po­ma­gają we wszyst­kim.

Sio­stra Mi­cha­lina otwo­rzyła jedne z drzwi i wpro­wa­dziła Cha­ber­skiego do gwar­nej kuchni. W tle le­ciało Ra­dio Nie­po­ka­lanów. Ku­charki spie­rały się, czy na­leży wy­cią­gać już chleb z pie­kar­nika, czy od­cze­kać jesz­cze parę mi­nut. W ką­cie, ze spusz­czoną głową, sie­działa młoda, szczu­pła dziew­czyna o ciem­nych wło­sach upię­tych w nie­dbały kok. Miała bladą skórę, pod­krą­żone oczy i brudne dło­nie. Sku­piała uwagę na obie­ra­niu ziem­niaków, które z plu­skiem lą­do­wały w ga­rze z zimną wodą.

- Alinko! Chodź tu­taj, dziecko! - za­wo­łała sio­stra, prze­bi­ja­jąc się przez gwar rozmów. Dziew­czyna pod­nio­sła na nią swoje wiel­kie oczy. Odło­żyła ob­rany do po­łowy ziem­niak oraz mały nożyk. Za­mo­czyła ręce w garnku i wy­tarła dło­nie w prze­wie­szony przez ko­lano ręcz­nik. Nie­uf­nie przyj­rzała się Cha­ber­skiemu.

- To jest Kac­per - wy­ja­śniła za­kon­nica. - Przy­ja­ciel Szy­mona i mój.

- Mu­szę cię stąd za­brać - wtrą­cił Cha­ber, nie tra­cąc czasu na kur­tu­azyjne roz­mowy.

- Szy­mon ka­zał mi za­cze­kać tu­taj - od­parła nie­pew­nie Alina.

- Tak, ale te­raz mu­simy je­chać. Oni o wszyst­kim wie­dzą - wy­ja­śnił pod­ko­mi­sarz ści­szo­nym gło­sem. - Za­bili czło­wieka, który wczo­raj po­zwo­lił wam uciec. Za­biorę cię w bez­piecz­niej­sze miej­sce. Spo­tkamy się tam z Szy­mo­nem.

Z każ­dym ko­lej­nym jego sło­wem dziew­czyna wy­glą­dała na co­raz bar­dziej prze­ra­żoną. Wi­docz­nie ła­godna twarz i in­te­li­gentne spoj­rze­nie Cha­ber­skiego nie były wy­star­cza­jące, by ob­da­rzyć go za­ufa­niem. Wielu jest ta­kich, którzy ma­jąc twarz anioła, cho­wają pod skórą sza­tana. Sio­stra Mi­cha­lina do­tknęła ra­mie­nia Aliny i uspo­ka­ja­jąco po­wie­działa:

- Mo­żesz mu za­ufać.

- Masz ja­kieś rze­czy? - za­py­tał Cha­ber­ski.

- Nie. We­zmę tylko płaszcz - od­parła Alina i zer­k­nęła na za­kon­nicę, która po­słała jej ła­godny uśmiech.

- Dasz so­bie radę, dziecko - po­wie­działa i ob­jęła ją na po­że­gna­nie.

Alina opusz­czała klasz­tor nie­chęt­nie, ale nie ocią­gała się. Za­pewne było to pierw­sze miej­sce, w którym od lat po­czuła się względ­nie bez­pieczna. Kac­per to ro­zu­miał, ale czas nie był te­raz po ich stro­nie.

Zmie­rza­jąc do sa­mo­chodu, wy­cią­gnął z kie­szeni komórkę i zer­k­nął na wy­świe­tlacz. Miał nie­ode­brane po­łą­cze­nie od Szy­mona. Już wcze­śniej, w klasz­to­rze, po­czuł wi­bra­cje, ale sku­pił się na wzbu­dze­niu za­ufa­nia dziew­czyny. Nim na­ci­snął słu­chawkę, by od­dzwo­nić do dzien­ni­ka­rza, usły­szał za ple­cami wo­ła­nie.

- Hej! Do­kąd pan ją za­biera?! - krzyk­nął po­stawny męż­czy­zna w mun­du­rze.

Kac­per za­trzy­mał się i prze­su­nął Alinę za sie­bie. Dwóch zmie­rzało w ich kie­runku. Je­den z nich kon­ty­nu­ował:

- Pani Alina, prawda? Pani ma być świad­kiem w do­cho­dze­niu, mu­simy za­brać ją w bez­pieczne miej­sce.

- Znasz ich? - szep­nął Cha­ber, a dziew­czyna za­prze­czyła.

Niż­szy po­li­cjant, który roz­ma­wiał z Cha­ber­skim, pa­trzył mu pro­sto w oczy, nie zwal­nia­jąc kroku. Drugi roz­glą­dał się wo­koło.

- Dziew­czyna je­dzie ze mną - za­pie­rał się Cha­ber­ski.

- Pan jest tym by­łym po­li­cjan­tem, tak? Kac­per... Cha­ber­ski, prawda? Pan Ra­fal­ski wspo­mi­nał, że może się pan po­ja­wić. Wszystko jest w po­rządku. Mamy ode­skor­to­wać pa­nią w bez­pieczne miej­sce.

- Nic mi o tym nie wia­domo. Kim wy w ogóle je­ste­ście?

- Prze­pra­szam, aspi­rant szta­bowy Gło­gow­ski, a to sier­żant Re­wus. Pan Szy­mon Ra­fal­ski zgło­sił przed chwilą po­bi­cie. Po­dobno ktoś na­padł na niego w jego miesz­ka­niu. Przy­je­cha­li­śmy od razu...

- Świet­nie, ale skoro ja już tu­taj je­stem, zajmę się jej bez­pie­czeń­stwem.

- Pan sam? Je­den? - Męż­czy­zna uśmiech­nął się zna­cząco. - Zdaje pan so­bie sprawę z tego, jacy lu­dzie jej szu­kają? Chyba nie. Zro­bimy tak: pan ją weź­mie, a my po­je­dziemy za wami na wszelki wy­pa­dek, zgoda?

Cha­ber za­sta­no­wił się przez chwilę. Może wła­śnie po to Szy­mon do niego dzwo­nił? Chciał po­wie­dzieć o po­bi­ciu i uprze­dzić o nad­cią­ga­ją­cym wspar­ciu? Czy na­prawdę ktoś na­padł Szy­mona w miesz­ka­niu za­raz po jego wyj­ściu? Cha­ber­ski prze­czu­wał kło­poty, ale nie miał jesz­cze pew­no­ści co do kie­runku, z któ­rego na­dejdą. Wie­dział jedno: nie za­mie­rzał za­ufać tym dwóm.

- Zgoda - od­parł. Ob­jął dziew­czynę ra­mie­niem i od­pro­wa­dził ją do swo­jego sa­mo­chodu.

- Nie ufam im - przy­znała Alina szep­tem.

- Ja też nie. Dla­tego zgu­bimy ich po dro­dze - wy­ja­śnił, za­pi­na­jąc pasy. Dwóch po­li­cjan­tów stało już przy sa­mo­cho­dzie. Je­den z nich wy­cią­gnął coś z niego i po chwili po­ma­chał tym, uśmie­cha­jąc się do Cha­ber­skiego.

Kac­per opu­ścił szybę. Po­li­cjant biegł ku niemu truch­tem, ści­ska­jąc w dłoni krót­ko­fa­lówkę.

- Weź­mie ją pan na wszelki wy­pa­dek, do­bra?

Kac­per prze­jął urzą­dze­nie i po­dzię­ko­wał. Wtedy jego uwaga sku­piła się na sa­mo­cho­dzie, któ­rym przy­je­chali funk­cjo­na­riu­sze. Bor­dowa alfa ro­meo. Mun­du­rowy na­chy­lił się do okna. Oparł przed­ra­mię na drzwiach i do­dał:

- Bę­dziemy w kon­tak­cie, gdy­by­śmy się przy­pad­kiem zgu­bili.

- Ja­sna sprawa - od­parł pod­ko­mi­sarz.

Funk­cjo­na­riusz przy­tak­nął z uśmie­chem. Wy­glą­dał, jakby się nad czymś za­my­ślił, po czym obrócił głowę w stronę auta. Kiedy wy­cią­gnął szyję, wzrok Cha­ber­skiego padł na czę­ściowo skry­wany za koł­nie­rzem ta­tuaż. Przez krótką chwilę nie miał pew­no­ści, na co pa­trzy. Za­nim zro­zu­miał, że wi­dzi frag­ment nie­bie­skiego smoka, było już za późno.

Smok wła­do­wał do sa­mo­chodu za­ci­śniętą na nożu lewą łapę i pa­ro­krot­nie za­to­pił ostrze w ciele pod­ko­mi­sa­rza. Ude­rzał mocno i na ślepo, bo po­zy­cję miał nie­wy­godną. Nim Alina zdo­łała za­re­ago­wać, jej krzyk zo­stał stłu­miony przez czy­jąś dłoń. Ktoś wy­szarp­nął ją z auta.

Cha­ber­ski kaszl­nął krwią. Spoj­rzał w dół i zo­ba­czył, że jego nie­bie­ska ko­szula za­lała się pur­purą. Naj­mniej­szy ruch sta­wał się przy­czyną jesz­cze więk­szego bólu. Bo­lało go na­wet samo od­dy­cha­nie, któ­remu te­raz to­wa­rzy­szyło nie­po­ko­jące świsz­cze­nie. Oparł się na kie­row­nicy. Jak przez mgłę wi­dział od­da­la­jącą się, pro­wa­dzoną przez ko­goś Alinę. Prawą dło­nią ma­cał po wnęce przy pod­ło­kiet­niku w po­szu­ki­wa­niu te­le­fonu.

- Ni­g­dzie nie za­dzwo­nisz, su­kin­sy­nie - wark­nął Smok, wsu­wa­jąc się do sa­mo­chodu od strony pa­sa­żera. Za­brał krót­ko­fa­lówkę oraz ko­mórkę.

Kac­per spoj­rzał na niego wy­zy­wa­jąco za­szklo­nymi oczami, po czym na­ci­snął klak­son.

- Zdy­chaj, kurwa - do­dał gniew­nie po­li­cjant i bie­giem ru­szył w stronę alfy.

Kac­per nie ścią­gał ręki z klak­sonu. Był to ostatni wy­si­łek, na jaki było go stać. Ostatni krzyk, wo­ła­nie o po­moc. Z tym że na ja­ką­kol­wiek po­moc było już za późno. Nim jego oczy się za­mknęły, wy­szep­tał spo­koj­nym gło­sem:

- Spo­tkamy się po dru­giej stro­nie.

42

"Miał ochotę krzy­czeć"

Szy­mon Ra­fal­ski za­klął ła­mią­cym się gło­sem. Czuł w gar­dle gulę, ale bar­dziej niż to do­skwie­rał mu ból twa­rzy i brzu­cha. Prze­to­czył się do kuchni. Za­tkał zle­wo­zmy­wak i od­krę­cił zimną wodę. Z za­mra­żal­nika wy­cią­gnął to­rebkę z kost­kami lodu i całą za­war­tość wrzu­cił do zlewu. Za­mie­szał, two­rząc wir, po czym za­nu­rzył twarz w lo­do­wa­tej wo­dzie. Wy­trzy­mał kilka se­kund pod po­wierzch­nią.

De­li­kat­nie osu­szył twarz ręcz­ni­kiem. Po­ja­wiło się na nim kilka czer­wo­nych plam.

Wy­ko­nał po­nowną próbę po­łą­cze­nia z Kac­prem Cha­ber­skim, ale ten nie tylko nie od­bie­rał, ale miał te­raz cał­kiem wy­łą­czony te­le­fon. Szy­mon wie­dział, że nie może to ozna­czać ni­czego do­brego. Prze­cież Cha­ber­ski za­wsze od­po­wiada na te­le­fony!

Wsia­da­nie do sa­mo­chodu nie na­le­żało w tej chwili do naj­prost­szych czyn­no­ści. Obo­lałe plecy utrud­niały sie­dze­nie. Szy­mon się­gnął do kie­szeni kurtki. Wy­cią­gnął z niej sa­szetkę z ko­ka­iną i wcią­gnął dwie ły­żeczki. Ból szybko ze­lżał.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach jazdy Szy­mon skrę­cił w ulicę pro­wa­dzącą do klasz­toru sióstr pal­lo­ty­nek. Zwol­nił znacz­nie, gdyż za­uwa­żył mi­ga­jące na prze­mian nie­bie­skie i czer­wone świa­tła. Nie­dbale za­par­ko­wał na po­bo­czu. Wy­siadł z sa­mo­chodu, lecz nie za­mie­rzał pod­cho­dzić bli­żej.

Frag­ment chod­nika oto­czono po­li­cyjną ta­śmą, a ulicę za­mknięto. Wi­dział sa­mo­chód Kac­pra Cha­ber­skiego i sto­jący obok niego pa­ra­wan, co mo­gło ozna­czać tylko jedno.

Z oczu Szy­mona mi­mo­wol­nie po­pły­nęły łzy. Uwie­sił się na otwar­tych drzwiach sa­mo­chodu. Za­ci­snął pięść i wbił w nią zęby. Tłu­mił płacz, ale miał ochotę krzy­czeć. To prze­cież nie może być prawdą! Prze­cież Cha­ber... Kac­per nie mógł zgi­nąć!

Dzien­ni­karz wle­piał oczy w scenę roz­gry­wa­jącą się kil­ka­dzie­siąt me­trów od niego. Zza pa­ra­wanu wy­szło dwóch męż­czyzn, któ­rych Szy­mon roz­po­znał od razu. Pierw­szym, pręż­nym i szczu­płym, był nad­ko­mi­sarz Ce­zary Mec z wy­działu za­bójstw, prze­ło­żony Ro­berta Ba­czuka. Dru­gim, nie­wy­so­kim i le­piej zbu­do­wa­nym, był Alan Berg. Roz­ma­wiali, ale tylko Berg wy­raź­nie prze­ży­wał sprawę emo­cjo­nal­nie. Oparł się o sto­jący obok ra­dio­wóz, otarł oczy rę­ka­wem i za­pa­lił pa­pie­rosa. Mec po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu by­łego po­li­cjanta i tłu­ma­czył coś spo­koj­nie. Rów­nież się­gnął po pa­pie­rosa.

Szy­mon nie chciał ry­zy­ko­wać by­cia za­uwa­żo­nym przez Berga. Z tru­dem wsiadł do sa­mo­chodu i za­wró­cił. Je­chał przez chwilę bez celu. Po­wi­nien obrać trasę do szpi­tala, ale na­wet nie prze­szło mu to przez myśl. Znał bar­dziej od­po­wied­nie dla sie­bie miej­sce.

43

"Za­bili go przeze mnie"

Za­pach kawy wy­peł­niał cały dom. W swoim ci­chym za­kątku Fi­lip Tyszka, były po­li­cjant, znaj­do­wał spo­kój. Nie­stety nie było to miej­sce cał­kiem od­izo­lo­wane od tru­dów ży­cia. Zda­rzało się, że cu­dze pro­blemy i stres pu­kały do jego drzwi. Naj­czę­ściej miało to miej­sce w naj­bar­dziej nie­spo­dzie­wa­nych mo­men­tach.

Kiedy do­sła­dzał kawę, jego czujny słuch wy­ła­pał szum sa­mo­cho­do­wego sil­nika. Wyj­rzał przez okno i rze­czy­wi­ście zo­ba­czył zbli­ża­jący się do domu czer­wony sa­mo­chód. Nie­wielu znał lu­dzi jeż­dżą­cych czer­wo­nym sa­mo­cho­dem, a od­wie­dziny jed­nego z nich mu­siały wró­żyć szcze­gólny ro­dzaj kło­po­tów.

Pod­szedł do czaj­nika. Do­lał wię­cej wody, za­kła­da­jąc, że gość skusi się na przed­po­łu­dniową kawę. Na­szy­ko­wał szklankę i wsy­pał do niej łyżkę roz­pusz­czal­nej. Pu­ka­nie przy­wo­łało go do drzwi. Gdy otwo­rzył, za­stał za nimi ob­raz, któ­rego nie ży­czył so­bie w naj­gor­szych snach.

Szy­mon ku­lił się, spla­ta­jąc ręce na brzu­chu. Jego twarz wy­glą­dała, jakby ktoś zro­bił so­bie z niej wo­rek tre­nin­gowy. By­stre za­zwy­czaj oczy były te­raz za­czer­wie­nione i na­puch­nięte, a po­liczki błysz­czały od łez.

- Szy­mek? - wy­du­sił sta­ru­szek, a gość nie­spo­dzie­wa­nie uwie­sił mu się na szyi, wy­bu­cha­jąc po­nowną falą pła­czu.

Były po­li­cjant wpro­wa­dził go do środka i po­mógł mu usiąść przy ku­chen­nym stole. Fi­li­powi ko­tło­wało się w gło­wie wiele py­tań, ale uznał, że za­sy­py­wa­nie nimi przy­by­sza w ni­czym te­raz nie po­może. Przy­kuc­nął na­prze­ciw dzien­ni­ka­rza.

- Co się stało? - za­py­tał prze­ra­żony.

- Kac­per nie żyje - wy­krztu­sił Ra­fal­ski. - Za­bili go przeze mnie.

Fi­lip po­czuł go­rycz i ci­snące się do oczu łzy. Opa­no­wał się jed­nak. Miał przed sobą mło­dego męż­czy­znę, który wła­śnie stra­cił bli­skiego przy­ja­ciela, a sam naj­wy­raź­niej otarł się o śmierć. Szy­mon drżał na ca­łym ciele. To cud, że do­je­chał tu­taj w jed­nym ka­wałku, bę­dąc w ta­kim sta­nie.

Tyszka wstał z ku­cek i pod­szedł do czaj­nika. Po­my­ślał, że kawa to jed­nak za mało. Od­su­nął na bok szklankę z nie­za­la­nym gra­nu­la­tem i otwo­rzył jedną z wi­szą­cych sza­fek. Wy­cią­gnął z niej bu­telkę wódki oraz kie­liszki o słusz­nej po­jem­no­ści.

Po­sta­wił je na stole i usiadł na­prze­ciw Szy­mona. Na­lał im obu po sam brzeg kie­lisz­ków.

- Pij - roz­ka­zał sta­now­czym to­nem. - I mów, co się stało - do­dał po chwili, wsta­jąc od stołu. Z ko­lej­nej szafki wy­cią­gnął ap­teczkę. Słu­cha­jąc uważ­nie opo­wie­ści dzien­ni­ka­rza, od­ka­żał i opa­try­wał jego rany na tyle do­brze, na ile po­tra­fił. Po tych wszyst­kich sło­wach, łzach i ob­ra­zach rze­czy­wi­sto­ści, w których praw­dzi­wość Tyszka nie uwie­rzyłby, gdyby nie lata prze­pra­co­wane w po­li­cji, stary in­spek­tor podniósł się ciężko i po­wie­dział:

- Za­wiozę cię do szpi­tala.

- Nie chcę.

- Po­ła­tałem cię na ze­wnątrz, ale kto wie, co prze­trą­cili ci w środku.

- Nic mi nie bę­dzie. Mu­szę się tylko po­ło­żyć i od­po­cząć.

Fi­lip za­sta­no­wił się, po czym przy­tak­nął. Pomógł chło­pa­kowi wstać z krze­sła i za­pro­wa­dził go do sy­pialni. Nie da­wał po so­bie po­znać to­wa­rzy­szą­cych mu emo­cji. Choć żal ści­skał mu serce, a na usta ci­snęły się słowa po­tę­pie­nia za po­chopne dzia­ła­nia dzien­ni­ka­rza, nie ode­zwał się sło­wem. Na wszystko przyj­dzie pora. Tym­cza­sem pomógł obi­temu się po­ło­żyć, przy­krył go, za­cią­gnął cięż­kie za­słony i wy­szedł.

44

"Za­wsze zgod­nie z gło­sem swo­jego su­mie­nia"

Ze snu wy­rwał go okropny ból głowy. Ucisk na skro­niach był tak silny, jakby ści­skano jego głowę w ima­dle. Za oknem pa­no­wała ciem­ność. W sy­pialni rów­nież.

Szy­mon przy­siadł na brzegu łóżka. Omal nie na­dep­nął spo­czy­wa­ją­cego pod nim Iskry. Co tu ro­bił pies Cha­ber­skiego? W pierw­szej chwili po­my­ślał, że jesz­cze śni, w dru­giej, że to, co się stało, było je­dy­nie snem, że Cha­ber żyje. Jed­nak gdy usły­szał do­cho­dzące z kuchni do­brze mu znane głosy, po­jął, że rze­czy­wi­stość była nie­uchron­nie bo­le­sna. Pies za­mor­do­wa­nego wła­ści­ciela zo­stał tu­taj przy­wie­ziony przez jego przy­ja­ciół.

Szy­mon po­dej­rze­wał, że jego wej­ście prze­rwie roz­mowę. Po­sta­no­wił więc przy­bli­żyć się do kuchni ci­cha­czem i nieco pod­słu­chać. Nie mógł jed­nak skon­cen­tro­wać uwagi. Wy­ła­py­wał je­dy­nie po­je­dyn­cze szep­tane słowa. Po­my­ślał, że nie po­wi­nien tak się czaić. Od­po­wia­dał za to, co się wy­da­rzyło, i mu­siał po­nieść kon­se­kwen­cje. Ode­tchnął, po czym sta­nął w progu kuchni. Roz­mowa uci­chła. Wszyst­kie trzy pary oczu sku­piły się na dzien­ni­ka­rzu.

- Jak się czu­jesz? - za­py­tał Tyszka, prze­ry­wa­jąc kil­ku­se­kun­dową ci­szę.

- Kiep­sko. Masz ja­kieś ta­bletki prze­ciw­bó­lowe?

- To ci nie wy­star­cza? - za­py­tał Alan Berg, rzu­ca­jąc na stół di­lerkę z bia­łym prosz­kiem.

- Grze­ba­łeś w mo­ich rze­czach? - za­py­tał Szy­mon sła­bym gło­sem.

Ko­mi­sarz spoj­rzał na niego z wy­rzu­tem.

- A jak my­ślisz? Przy­jeż­dżasz tu­taj cały po­obi­jany, po tym, jak przy­wio­złeś do pal­lo­ty­nek pro­sty­tutkę, przez którą za­bito Cha­ber­skiego...

- Nie za­bili go przez nią, tylko przeze mnie. Pró­bo­wał mi po­móc - przy­znał dzien­ni­karz, wolno pod­cho­dząc do stołu. Usiadł obok pod­ko­mi­sa­rza Si­kor­skiego, który pa­trzył na niego znacz­nie ła­god­niej, i zgar­nął ze stołu di­lerkę.

- Od dawna bie­rzesz? - za­py­tał Młody.

- Nie biorę. Zda­rza się spo­ra­dycz­nie.

- Jesz­cze masz czel­ność kła­mać... - skar­cił go Berg. Wstał od stołu i prze­szedł ner­wowo po po­miesz­cze­niu, jakby szu­kał w nim roz­rzu­co­nych, od­po­wied­nich słów. - Nie waż się te­raz łgać! W żad­nym te­ma­cie! - Po­gro­ził dzien­ni­ka­rzowi pal­cem.

Szy­mon spoj­rzał wy­mow­nie na go­spo­da­rza.

- Mu­sia­łeś po nich dzwo­nić? - za­py­tał.

- Oczy­wi­ście, że mu­sia­łem! - od­parł Stary, po czym wlał w sie­bie kie­li­szek wódki.

- Za­dzwo­nił do mnie, kiedy i tak by­łem już w dro­dze - przy­znał Berg. - Wi­dzia­łem twój sa­mo­chód, jak za­wra­ca­łeś przy pal­lo­tyn­kach. Nie po­ku­si­łeś się, żeby po­dejść, co?! Zo­ba­czyć, co mu zro­bili?!

- Berg... - Ci­cha uwaga Mło­dego nieco przy­sto­po­wała ko­mi­sa­rza.

Wszy­scy byli roz­go­ry­czeni śmier­cią Cha­ber­skiego.

Szy­mon zwie­sił głowę w mil­cze­niu. Do­piero po chwili za­py­tał pra­wie nie­do­sły­szal­nie:

- Jak zgi­nął?

Berg zmie­rzył go uważ­nym spoj­rze­niem. Wrócił na swoje miej­sce na krze­śle i od­parł:

- Do­stał sześć cio­sów no­żem w brzuch i klatkę pier­siową. Sie­dział w sa­mo­cho­dzie. Sio­stra Mi­cha­lina po­wie­działa, że przy­je­chał po dziew­czynę. Wy­szli z klasz­toru ra­zem, a parę mi­nut póź­niej usły­szała dźwięk klak­sonu na ulicy. Wy­szła, żeby zo­ba­czyć, co się stało. Cha­ber po­ło­żył się na kie­row­nicy i na­ci­snął klak­son, żeby przy­kuć uwagę. Jesz­cze żył, kiedy go zna­la­zła, ale nie­długo. Na­to­miast dziew­czyny ni­g­dzie nie było.

- Ktoś mu­siał go śle­dzić, kiedy wy­szedł z mo­jego miesz­ka­nia.

- Fi­lip opo­wie­dział nam o wszyst­kim - po­wie­dział Młody, pa­trząc na dzien­ni­ka­rza współ­czująco.

Berg na­dal nie miał tyle ła­god­no­ści w oczach, co pod­ko­mi­sarz Si­kor­ski, jed­nak uspo­koił się już nieco. Po chwili za­py­tał:

- Ce­gła mówił ci co­kol­wiek, kiedy do cie­bie przy­je­chał?

- Po­wie­dział, że Alina jest już mar­twa, że­bym o niej za­po­mniał, ale nie mógł mó­wić do­słow­nie, bo to mu­siało być, za­nim Kac­per do­je­chał do pal­lo­ty­nek. Dzwo­ni­łem do Cha­bra, kiedy Ce­gła wy­szedł, ale nie od­bie­rał.

Mię­dzy męż­czy­znami za­wi­sła chwila ci­szy, którą Szy­mon prze­rwał nie­chęt­nie.

- Proca... - wy­szep­tał. - To z tobą roz­ma­wiał Kac­per kilka dni temu, prawda? Po­ra­dził się w spra­wie dziew­czyny i bur­delu?

Ko­mi­sarz przy­tak­nął.

Szy­mon do­strzegł błysk w jego oczach, a za­raz po­tem za­drżała mu szczęka.

- Idę za­pa­lić - oznaj­mił Berg i szybko wy­szedł przed dom.

Dzien­ni­karz wle­pił spoj­rze­nie w pod­łogę.

- Do Ro­berta też dzwo­ni­li­ście? - za­py­tał. - Wi­dzia­łem jego szefa przed pal­lo­tyn­kami. Zaj­mują się tym?

- Ce­zary Mec do­stał przy­dział. Ro­bert jest jesz­cze na zwol­nie­niu - wy­ja­śnił pod­ko­mi­sarz Si­kor­ski.

Szy­mon ode­tchnął głę­boko. Mię­dzy nim a Ro­ber­tem by­wało róż­nie, ale mimo wszystko byli przy­ja­ciółmi. Po­czuł, że gdyby stra­cił i jego, świat cał­kiem by ru­nął. Z tru­dem pod­niósł się z krze­sła. Zła­pał za­wie­szoną przy drzwiach kurtkę i wy­szedł na ze­wnątrz.

Ude­rzyło go świeże wie­czorne po­wie­trze, które ła­god­nie chło­dziło po­ra­nioną twarz. Usiadł na schodku obok Berga. Z tru­dem za­kła­dał kurtkę, ale nie otrzy­mał od ko­mi­sa­rza po­mocy.

- Po­czę­stu­jesz fajką?

Berg po­dał mu paczkę oraz za­pal­niczkę. Dzien­ni­karz wy­cią­gnął dwa che­ster­fieldy. Jed­nego wsu­nął so­bie za ucho, dru­giego wło­żył do ust. Wy­dmu­chał dym i za­pa­trzył się na roz­gwież­dżone niebo.

- Pa­mię­tam, jak przy­wio­złeś mnie tu­taj po raz pierw­szy.

- Nie­na­wi­dzi­łeś mnie wtedy.

- Nie­prawda. Ni­gdy cię nie nie­na­wi­dzi­łem. By­łem tylko... zły. Roz­go­ry­czony. Cha­ber wie­dział, jak mnie utem­pe­ro­wać.

Ko­mi­sarz przy­tak­nął.

- Po­tra­fił czy­tać lu­dzi.

- Wiesz, Proca, ze wszyst­kich to on był mi naj­bliż­szy - przy­znał dzien­ni­karz, a po jego po­licz­kach po­pły­nęły łzy. Nie mógł się po­wstrzy­mać, nie po­tra­fił opa­no­wać wzbie­ra­ją­cego w nim żalu. Ner­wowo otarł oczy i za­cią­gnął się po­now­nie pa­pie­ro­sem.

- Był taki czas w moim ży­ciu - po­wie­dział Berg po chwili mil­cze­nia - kiedy Cha­ber mocno dzia­łał mi na nerwy. Jak pró­bo­wa­łem coś za­ła­twić po swo­jemu, przy­ci­snąć ko­goś, uło­żyć się z kimś, ten za­wsze wtrą­cał swoje trzy gro­sze, ga­dał o spra­wie­dli­wo­ści, pra­wie, ry­zyku zgu­bie­nia du­szy.

- To brzmi jak jego słowa.

- Prawda? Po­wie­dział mi kie­dyś, że nie chce pew­nego dnia spoj­rzeć w lu­stro i nie roz­po­znać sa­mego sie­bie. Tak wła­śnie żył. Za­wsze zgod­nie z gło­sem swo­jego su­mie­nia. Wierny przy­rze­cze­niom, do­trzy­mu­jący obiet­nic i po­mocny...

Ich spoj­rze­nia skrzy­żo­wały się. Wie­dzieli, że po­my­śleli o tym sa­mym. O tym, że Cha­ber­ski nie tylko żył, jak mó­wił, ale tak samo zgi­nął. Pró­bo­wał po­móc, wie­dząc, że może to być nie­bez­pieczne, że może go to kosz­to­wać ży­cie.

- Co z Ro­ber­tem? - za­py­tał Szy­mon, chwy­ta­jąc się po­cie­sza­ją­cej my­śli o ży­ją­cym przy­ja­cielu.

- Jak­byś do niego za­dzwo­nił, sam by ci po­wie­dział...

- Nie ga­da­li­śmy, od­kąd wy­cią­gnął na mnie pi­sto­let.

- Wku­rzy­łeś go... Ale nie miał prawa tego ro­bić. Obaj prze­kro­czy­li­ście gra­nicę.

Szy­mon po­ki­wał głową ze zro­zu­mie­niem, a Berg, wy­pusz­cza­jąc dym, do­dał:

- Wy­liże się. Mam tylko na­dzieję, że bę­dzie po tym nieco mą­drzej­szy. - Po chwili mil­cze­nia zmie­nił te­mat. - Po­wi­nie­neś od razu przyjść z tą sprawą do mnie. Albo do Mło­dego. Albo przy­naj­mniej nie pro­sić Cha­ber­skiego o dys­kre­cję! Jak zwy­kle pró­bo­wał być słowny.

- A jed­nak za­dzwo­nił do cie­bie.

- Zdra­dza­jąc wy­łącz­nie ogól­niki. Nie po­wie­dział, że cho­dzi o cie­bie, ale mo­głem się do­my­ślić. Po­tem za­dzwo­nił do mnie Młody z in­for­ma­cją o tym ar­ty­kule o bur­delu w two­jej ga­ze­cie. Po­dobno spo­tkał cię na par­kingu i kła­ma­łeś mu w żywe oczy, że nie masz z tym nic wspól­nego.

- Przej­rzał mnie?

- Po­wiem ci tak: je­żeli chcesz się kie­dyś zaj­mo­wać dzien­ni­kar­stwem śled­czym, za­pisz się naj­pierw na ja­kieś kółko te­atralne.

Szy­mon przy­tak­nął. Po­czuł na so­bie uważne spoj­rze­nie ko­mi­sa­rza.

- To od dawna się­gasz po pro­chy?

- Nie biorę tego, Proca. Po­waż­nie. Wzią­łem może ze dwa razy. Mia­łem paczkę w miesz­ka­niu, za­wie­ru­szyła się w szu­fla­dzie po ja­kiejś im­pre­zie. Nie była moja. Wcią­gną­łem raz, jak mu­sia­łem za­rwać noc nad ar­ty­ku­łem.

- A drugi raz?

- Drugi? - Szy­mon za­my­ślił się przez chwilę. - Drugi raz w noc ucieczki z Aliną. Chcia­łem do­dać so­bie od­wagi. Nie bra­łem wię­cej, słowo - za­pew­nił szcze­rze i wtedy przy­po­mniał so­bie, że wcią­gnął też, za­nim przy­je­chał do Tyszki.

- Nie bierz tego świń­stwa, Szy­mon. Uza­leż­nisz się, na­wet nie za­uwa­żysz kiedy.

- My­śla­łem, że ko­ka­ina nie uza­leż­nia.

Proca znów spoj­rzał na niego.

- To źle my­śla­łeś. Pro­chy nisz­czyły ży­cie dużo tward­szym od cie­bie.

Ra­fal­ski ski­nął głową i wy­jął z kie­szeni di­lerkę. Zo­stało w niej już nie­wiele. Może parę da­wek. Otwo­rzył to­rebkę i wy­sy­pał jej za­war­tość na wiatr.

Ko­mi­sarz wstał, wsu­nął dło­nie do kie­szeni i sta­now­czym to­nem oznaj­mił:

- Rano za­wie­ziemy cię do le­ka­rza. Prze­świe­tlą cię dla pew­ności, że wszystko jest okej.

- Po­wi­nie­nem za­jąć się sprawą. Beze mnie bę­dzie wam trudno do­trzeć do Cegły i Zim­nego.

- Nie ta­kie rze­czy ro­bi­li­śmy już bez cie­bie.

- Chyba nie od­su­niesz mnie te­raz od tego wszyst­kiego, co? Nie po tym, co spo­tkało Cha­bra! Muszę to na­pra­wić, mu­szę zna­leźć Alinę!

- Je­śli ona w ogóle żyje...

Dzien­ni­karz zwie­sił głowę, a póź­niej utkwił spoj­rze­nie w gę­stym le­sie ro­sną­cym nie­opo­dal.

- Za­ła­twimy to z Mło­dym. Do­wiemy się, do­kąd ją za­brali i kto za­ła­twił Cha­bra. A ty trzy­maj się od tego z da­leka, ro­zu­miesz? Nie je­steś te­raz na si­łach, żeby ba­wić się w bo­ha­tera.

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, Berg wró­cił do środka.

Szy­mon bił się z my­ślami. Plan ko­mi­sa­rza wcale mu się nie po­do­bał. Był wi­nien spra­wie­dli­wość przy­ja­cie­lowi, a przy­naj­mniej za­an­ga­żo­wa­nie w dal­sze do­cho­dze­nie po­li­cji. Mógł prze­cież po­móc! Znał ad­resy, znał pra­cow­ni­ków. Wie­dział, kto po­ru­sza się ja­kim sa­mo­cho­dem i jaki ma za­kres obo­wiąz­ków. Mógł no­sić pod­słuch, spo­tkać się z Zim­nym po­now­nie. Dać po­li­cji ma­te­riały na po­par­cie oskar­że­nia. Mógł wy­sta­wić im sko­rum­po­wa­nych po­li­cjan­tów! Za­miast tego Berg pro­po­no­wał mu wi­zytę u le­ka­rza i L4!

Nie mu­siał się pod­po­rząd­ko­wać. Ob­ma­cał kie­szeń kurtki i zna­lazł w niej to, czego po­trze­bo­wał.

45

"Na­prawdę chcesz, żeby ka­zali mi cię skoń­czyć?"

Sa­mo­chód wy­rwał do przodu, mą­cąc nocną ci­szę i wzbi­ja­jąc spod kół tu­man ku­rzu. Szy­mon do­ci­snął pe­dał gazu. Je­żeli tliła się jesz­cze na­dzieja na ura­to­wa­nie Aliny, mu­siał spró­bo­wać. Obie­cał jej wol­ność i za­mie­rzał do­trzy­mać słowa. Był to winny Kac­prowi. Pę­dził, nie chcąc, by przy­ja­ciele zdo­łali go do­go­nić. Pró­bo­wa­liby go po­wstrzy­mać.

Wy­cią­gnął te­le­fon z kie­szeni kurtki i za­dzwo­nił do Ce­gły. Kilka sy­gna­łów spra­wiło, że za­czął wąt­pić, czy Misz­tal od­bie­rze.

- Nie dzwoń do mnie, Szy­mek - za­brzmiał stłu­miony głos.

- Chcę za­pro­po­no­wać ci wy­mianę.

- Po­wie­dzia­łem już. Trzy­maj się z da­leka.

- Je­żeli mnie nie wy­słu­chasz, wy­pusz­czę na was ma­te­riały.

- Mało ci jesz­cze wla­li­śmy? Na­prawdę chcesz, żeby ka­zali mi cię skoń­czyć?

- A ty na­prawdę chcesz tłu­ma­czyć Zim­nemu, dla­czego po­zwo­li­łeś na ko­lejną pu­bli­ka­cję?

Ci­sza po dru­giej stro­nie mo­gła świad­czyć o tym, że To­masz Misz­tal stra­cił nieco pew­no­ści sie­bie.

- Ja­kie ma­te­riały?

- Na­gra­łem Chy­żego. Opo­wie­dział mi o wszyst­kim. Mam też na ko­mórce zdję­cie jego trupa. Moja ga­zeta lubi ta­kie smaczki.

- Zwa­rio­wa­łeś? Pu­ścisz co­kol­wiek, to bę­dziesz mar­twy! Chcesz skoń­czyć z dziurą w gło­wie jak Chyży?!

- Tak ci na mnie za­leży, Ce­gła?

- Już ci po­wie­dzia­łem. Nie chcę cię za­bi­jać, ale je­śli będę mu­siał, Bóg mi świad­kiem, zro­bię to!

- A po­tem bę­dziesz mu­siał z tym żyć. Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję. Za­ła­twmy to mię­dzy nami. Spo­tkajmy się. Przy­niosę na­gra­nie. Ty po­wiesz mi, kto za­ła­twił Kac­pra Cha­ber­skiego, i przy­pro­wa­dzisz Alinę.

Ce­gła par­sk­nął śmie­chem.

- Ty na­prawdę my­ślisz, że ona jesz­cze żyje?

- Le­piej, żeby żyła, Ce­gła, bo je­śli nie, to przy­się­gam, że prze­czy­tasz w ga­ze­cie przed­śmiertną spo­wiedź Chy­żego!

- Do­bra! Gdzie chcesz się spo­tkać?

- Na niż­szym po­zio­mie mo­stu Gdań­skiego. Za dwie go­dziny. Przy­pro­wadź dziew­czynę.

Szy­mon prze­rwał po­łą­cze­nie i do­ci­snął pe­dał gazu. Go­dzinę póź­niej wpadł do miesz­ka­nia. Z szu­flady biurka wy­jął je­den z pen­drive'ów. Nie miał po­ję­cia, co się na nim znaj­do­wało. Nie miało to zna­cze­nia. Okła­mał Ce­głę. Nie było żad­nego na­gra­nia Chy­żego, żad­nej karty prze­tar­go­wej, ale Ce­gła nie miał o tym po­ję­cia i to było te­raz naj­waż­niej­sze. Wci­snął pen­drive do kie­szeni i prze­szedł do sy­pialni. Stała tam nie­wielka szafka pan­cerna. Dzien­ni­karz wpro­wa­dził kod, a gdy drzwiczki się otwo­rzyły, wy­cią­gnął z niej glocka 26. Pi­sto­let wy­glą­dał nie­po­zor­nie, ale jego siła raże­nia ni­czym nie róż­niła się od broni krótkiej no­szo­nej przez kontr­ter­ro­rystów. A przy tym mie­ścił się w kie­szeni kurtki.

Szy­mon miał już wy­cho­dzić z miesz­ka­nia, ale za­trzy­mał się w drzwiach. Spoj­rzał w kie­runku kuchni i za­wa­hał się przez chwilę. Na­stęp­nie szyb­kim kro­kiem pod­szedł do blatu, otwo­rzył szu­fladę i z jej końca wy­grze­bał drugi wo­re­czek z ko­ka­iną. Wy­sy­pał nieco na blat.

Już po raz ko­lejny w jego kie­szeni za­dzwo­nił te­le­fon. Proca. Wy­dzwa­niał do Szy­mona przez całą drogę do domu, jed­nak dzien­ni­karz nie miał za­miaru od­bie­rać. Nie mógł wy­łą­czyć komórki, bo prze­cież Ce­gła również mógł próbo­wać się z nim skon­tak­to­wać. Po­zo­sta­wało je­dy­nie igno­ro­wać po­łą­cze­nie od ko­mi­sa­rza i po raz ko­lejny je od­rzu­cić. Szy­mon na­chy­lił się nad prosz­kiem i wcią­gnął go do nosa.

46

"Upew­nij się naj­pierw, do kogo strze­lasz"

Za­par­ko­wał po pra­skiej stro­nie Wi­sły. Sta­nął przy ba­rierce i ob­ser­wu­jąc drugi ko­niec mo­stu, cze­kał. Miał stąd do­bry wi­dok za­równo na bul­war, jak i na drogę łą­czącą oba brzegi. Gdyby Ce­gła pla­no­wał przy­je­chać z to­wa­rzy­stwem, Ra­fal­ski od razu by się zo­rien­to­wał. Li­czył na to, że prze­ciw­nik nad­je­dzie z prze­ciw­nej strony rzeki.

Się­gnął po tkwiący za uchem pa­pie­ros i za­pa­lił. Prze­stę­po­wał z nogi na nogę, wier­cił się ner­wowo. Serce biło mu jak osza­lałe, a ręce nie mo­gły zna­leźć so­bie za­ję­cia. Ko­ka­ina trzę­sła jego cia­łem, jakby szy­ko­wał się do wej­ścia na ring. Szcze­rze mó­wiąc, nie wy­klu­czał moż­li­wo­ści, że gdy tylko nada­rzy się oka­zja, ude­rzy Ce­głę. I to nie raz.

Nie zdą­żył do­pa­lić pa­pie­rosa, kiedy z dru­giej strony mo­stu do­strzegł zbli­ża­jącą się po­stać. Tylko jedną, co po­bu­dziło jego ner­wo­wość. Gdzie była Alina? Może Ce­gła za­mknął ją w sa­mo­cho­dzie? A może już nie żyła? Wy­rzu­cił peta do Wi­sły i ru­szył w kie­runku Tomka Misz­tala. Obie dło­nie trzy­mał w kie­sze­niach kurtki. Prawą mocno za­ci­snął na glocku.

- Gdzie jest Alina?! - krzyk­nął Szy­mon, gdy od Misz­tala dzie­liło go za­le­d­wie dwa­dzie­ścia me­trów.

- Mu­sisz uwie­rzyć mi na słowo, że nie wiem! Smok i Da­rek ją za­brali. Mam za­py­tać ich wprost, żeby do­my­ślili się kło­po­tów?!

- My­śla­łem, że po­tra­fisz za­ła­twić sprawę, Ce­gła! Mie­li­śmy umowę! Na­gra­nie i moje mil­cze­nie za dziew­czynę!

- Coś się jej tak ucze­pił? Za­po­mnij o niej! To kurwa! Wy­ko­rzy­sty­wała cię po to, żeby uciec, nie ro­zu­miesz tego?! One wszyst­kie tylko cze­kają na taką oka­zję!

- To jest moja sprawa i nic ci do tego! - od­parł Szy­mon i mocno za­ci­snął zęby. Nie mógł się uspo­koić. Lewą rękę pa­ro­krot­nie wy­cią­gał i wkła­dał do kie­szeni. Do­dat­kowo uważne spoj­rze­nie Ce­gły jesz­cze bar­dziej go iry­to­wało.

- Bra­łeś coś, Szy­mek? Je­steś na haju?

Dzien­ni­karz nie wy­trzy­mał na­pię­cia. Wy­cią­gnął glocka z kie­szeni i ce­lu­jąc w głowę Ce­gły, pod­szedł bli­żej. Misz­tal uniósł ręce. Wy­raź­nie stra­cił kilka cen­ty­me­trów. Chciał coś po­wie­dzieć, ale Szy­mon ude­rzył go na­sadą chwytu w skroń. Męż­czy­zna za­chwiał się i za­sła­nia­jąc twarz, usiadł na ziemi.

- Osza­la­łeś, Szy­mek?! - za­wo­łał, za­sko­czony ob­ro­tem spraw. Szybko do­dał: - Prze­pra­szam, że cię po­bili. Nie chcia­łem, pró­bo­wa­łem cię bro­nić przed Zim­nym! Przy­się­gam! Ale ja na nic nie mam wpływu! Je­stem tylko pion­kiem!

- Kto za­bił Cha­ber­skiego i za­brał Alinę?!

- Nie wiem do­kład­nie! Smok i Da­rek za nim po­je­chali, kiedy od cie­bie wy­cho­dził. Nie wiem, który z nich...

- Kła­miesz! Nie roz­ma­wia­łeś z nimi?! Nie chwa­lili się, który z nich to zro­bił?!

- Przy­się­gam! Nie wi­dzia­łem ich od rana!

Ra­fal­ski po­now­nie za­mach­nął się pi­sto­le­tem i zdzie­lił go po gło­wie. Przed jego oczami po­ja­wiła się lekka mgła. Nie wi­dział zbyt wy­raź­nie, ale za­uwa­żył, że twarz Ce­gły ro­biła się co­raz bar­dziej czer­wona.

- Do­kąd za­brali Alinę?! - syk­nął Szy­mon.

- Nie wiem, kurwa! Oni mi nie pod­le­gają! Dzia­łają na dziko!

Szy­mon po­now­nie się za­mach­nął, ale jego dłoń za­wi­sła w po­wie­trzu, kiedy usły­szał, że ktoś wy­krzy­czał jego imię z od­dali. Po­bu­dzony nar­ko­ty­kiem oraz swoim gnie­wem, in­stynk­tow­nie wy­ce­lo­wał w bie­gną­cego i od­dał strzał. Gdy usły­szał brzdęk me­talu, zdał so­bie sprawę, że na­ci­snął spust. Za­wa­hał się i wy­tę­ża­jąc wzrok, zo­ba­czył, jak dwóch męż­czyzn rzuca się na zie­mię.

- Nie strze­laj, kurwa! To prze­cież my! - wrza­snął Alan Berg.

Szy­mon opu­ścił broń.

- Nie wie­dzia­łem, że to wy!

- To upew­nij się naj­pierw, do kogo strze­lasz! - od­krzyk­nął Młody i pod­niósł się ostroż­nie.

Gdy obaj po­de­szli bli­żej, Młody wy­krę­cił Misz­ta­lowi rękę i pod­niósł go z ziemi. Berg zła­pał Szy­mona za ra­miona i ob­ró­cił go ku świa­tłu la­tarni, by zo­ba­czyć jego twarz. Wy­star­czył je­den rzut oka i już wie­dział. Ode­brał dzien­ni­ka­rzowi broń.

- Jest moja! Po­sia­dam ją le­gal­nie! - za­pro­te­sto­wał Szy­mon.

Berg zdzie­lił go otwartą dło­nią przez głowę i gro­żąc mu pal­cem, po­wie­dział szep­tem:

- Po­wiedz jesz­cze słowo, a za­dbam o to, żeby Młody za­brał cię na do­łek!

- O co ci cho­dzi?!

Za­ku­wa­jąc Misz­tala w kaj­danki, Młody zer­k­nął na nich z ukosa, ale nie wtrą­cił się.

- Masz mnie za idiotę? - wy­pa­lił ostro Berg. - Prze­cież wi­dzę, że znowu bra­łeś. Masz oczy jak spodki! Chcesz skoń­czyć pod mo­stem jako je­bany ćpun czy w wię­zie­niu za za­bój­stwo na haju?!

Szy­mon nie od­po­wie­dział. Po­cią­gnął ner­wowo no­sem. Prze­lot­nie spoj­rzał na Mło­dego i Ce­głę.

- Po­wie­dział, że Smok i Da­rek po­je­chali za Cha­brem i za­brali Alinę. To tych dwóch po­li­cjan­tów, któ­rzy pra­cują dla Zim­nego. Za­łożę się, że to oni za­bili Chy­żego.

- Masz coś jesz­cze do do­da­nia, Ce­gła? - za­py­tał Berg, pod­cho­dząc do za­ku­tego w kaj­danki męż­czy­zny. - Wiesz przy­pad­kiem, co się stało z dziew­czyną?

- Nie mam po­ję­cia. Nie wi­dzia­łem jej, Proca.

- Ja­kieś po­my­sły, do­kąd mo­gli ją za­brać?

- Skąd ja mogę wie­dzieć?! Ob­sta­wiam, że za­brali ją do lasu i wy­koń­czyli.

- Mamy długą hi­sto­rię burz­li­wych roz­mów - przy­po­mniał mu Berg. - Da­lej chcesz iść tą drogą?

- Wiemy, że Zimny pro­wa­dzi agen­cję - wtrą­cił Młody, szar­piąc skrę­po­wane ręce Ce­gły. Męż­czy­zna wy­krę­cił się nieco i syk­nął z bólu. - Oprócz tego ob­ser­wu­jemy jego bur­del pod War­szawą. Ja­kie jesz­cze lo­ka­li­za­cje mo­głyby nas za­in­te­re­so­wać?

Ce­gła mil­czał przez chwilę. O chwilę za długo, bo dał tym sy­gnał, że w jego gło­wie po­stę­puje ja­kaś kal­ku­la­cja.

- Nie wiem - od­parł nie­zbyt pew­nie.

Wy­star­czyło, że Młody i Berg wy­mie­nili spoj­rze­nia. Parę se­kund póź­niej Ce­gła wi­siał głową w dół po dru­giej stro­nie ba­rierki.

- Coś ci się może przy­po­mina? - do­py­tał Berg, trzy­ma­jąc Ce­głę za lewą nogę.

Misz­tal jęk­nął, wle­pia­jąc prze­ra­żone spoj­rze­nie w pły­nącą na dole Wi­słę.

Młody po­pra­wił chwyt na pra­wej no­dze Ce­gły, na co ten szarp­nął się ner­wowo.

- Moc­niej trzy­maj, moc­niej! - krzyk­nął.

- Pró­buję cię trzy­mać, ale koń­czą mi się siły! Ga­daj szyb­ciej!

- Le­śna droga za Oku­nie­wem. Zie­lonka czy ja­koś tak! Wcią­gnij­cie mnie!

Po­li­cjanci po­ki­wali gło­wami i po­cią­gnęli Ce­głę z po­wro­tem. Nie było to pro­ste, więc Berg zła­pał Misz­tala za pa­sek od spodni i prze­wle­kli przez ba­lu­stradę naj­pierw same nogi, a do­piero przy ko­lej­nym po­cią­gnię­ciu całą resztę. Ce­gła upadł na zie­mię.

- Dużo mają tam lu­dzi? To jest ja­kiś ma­ga­zyn? Drugi bur­del? - do­py­tał Proca, opie­ra­jąc ręce na bio­drach.

- Taki tro­chę ma­ga­zyn. Cza­sami przej­ściowa nora dla no­wych dziew­czyn, ale w su­mie to stara, mała chata - wy­ce­dził Ce­gła, po­woli do­cho­dząc do sie­bie. Krew od­pły­wała mu z mó­zgu i wy­raź­nie za­krę­ciło mu się w gło­wie.

- Ilu lu­dzi tego pil­nuje?

- Nie wiem, Proca.

- Mamy cię, kurwa, po­now­nie za ba­rierkę wy­sta­wić?! - za­py­tał na cięż­kim wy­de­chu.

Misz­tal szybko po­krę­cił głową.

- Nie­wielu. Dwóch, może trzech.

- Uzbro­jeni?

- A jak my­ślisz?!

Po­li­cjanci spoj­rzeli na sie­bie.

- Przy­da­łoby się wspar­cie, Młody.

- Mo­żemy za­ła­twić ekipę na ju­tro.

- Ju­tro?! - wtrą­cił Szy­mon. Przez cały ten czas sie­dział pod ba­lu­stradą z pod­ku­lo­nymi no­gami. Nie czuł się za do­brze. - Chce­cie cze­kać do ju­tra?! A je­śli dzi­siaj po­sta­no­wią za­bić Alinę?

- Je­śli chcie­liby ją za­bić, zro­bi­liby to od razu - od­parł Proca.

- Nie­ko­niecz­nie.

- Co tam, Ce­gła?

- Mówię, że nie­ko­niecz­nie! Oni mają spe­cy­ficzny sposób za­cie­ra­nia śladów. Po­zby­wa­nia się lu­dzi, którzy spra­wiają pro­blemy.

- To zna­czy?

- Roz­pusz­czają ciała w ługu.

Po­li­cjanci mil­czeli przez chwilę.

- Mówisz po­waż­nie? - do­py­tał ko­mi­sarz.

- Mówię prawdę. Nie za­bi­jają od razu, żeby ciało nie gniło. Jeśli mieli przed Aliną klienta, który jesz­cze się roz­pusz­cza, to będą trzy­mać ją żywą, dopóki nie zwolni się miej­sce w wan­nie.

Szy­mon jęk­nął pod no­sem. Się­gnął do kie­szeni i wy­cią­gnął di­lerkę. Zo­ba­czyw­szy to, Berg do­sko­czył do niego i wy­szarp­nął z ręki to­re­beczkę.

- Proca, nie!

Nie zwa­ża­jąc na pro­test dzien­ni­ka­rza, Berg wy­rzu­cił wo­re­czek poza ba­rierkę.

Szy­mon za­klął pod no­sem.

- Masz zjazd? - za­py­tał ostro były po­li­cjant, ku­ca­jąc obok niego. - Ja­koś mu­sisz to prze­cier­pieć. A te­raz wsta­waj! - Zła­pał go za ra­mię i po­cią­gnął w górę.

Młody za­jął się z ko­lei Ce­głą i cała czwórka po­dą­żyła mo­stem w kie­runku le­wego brzegu Wi­sły.

47

"Zda­wa­li­ście te­sty spraw­no­ściowe do po­li­cji czy nie?!"

Sa­mo­chód mknął wzdłuż Wi­sło­strady, aż droga wy­pro­wa­dziła go z War­szawy. Sie­dzący za kie­row­nicą pod­ko­mi­sarz Ju­lian Si­kor­ski co chwilę zer­kał na sku­lo­nego obok dzien­ni­ka­rza.

- Mam sta­nąć? Bę­dziesz za­raz rzy­gał? - za­py­tał, na co Szy­mon za­prze­czył nie­znacz­nym ru­chem głowy. - Jakby co, to uprze­dzaj. To no­wiutki volks­wa­gen. Jesz­cze pach­nie.

Na tyl­nym sie­dze­niu Berg szturch­nął Ce­głę w ra­mię.

- Ty go w to wcią­gną­łeś?

- W pro­chy? Nie. Nie wie­dzia­łem na­wet, że brał.

Młody spoj­rzał na Ra­fal­skiego współ­czu­jąco.

- Wiem, że nie jest lekko, ale przej­dzie.

- Mó­wisz, jak­byś miał po­ję­cie - od­szcze­kał się dzien­ni­karz, jed­nak jego aro­gancka po­stawa nie ko­re­spon­do­wała ze sła­bym gło­sem.

Ber­gowi rów­nież było żal Szy­mona, ale sku­piał uwagę na waż­niej­szych te­raz spra­wach. Ob­raz za­krwa­wio­nego, po­zba­wio­nego ży­cia ciała Kac­pra Cha­ber­skiego nie da­wał mu spo­koju i ko­mi­sarz prze­wi­dy­wał, że tak zo­sta­nie jesz­cze długo. Przy­naj­mniej do czasu uka­ra­nia sprawcy, a i po­tem spo­kój we­wnętrzny nie był gwa­ran­to­wany. Uważ­nie przy­glą­dał się Ce­gle, który wpa­try­wał się z ko­lei w roz­mytą ciem­ność za oknem. Po chwili Proca ci­cho za­py­tał:

- Kto za­ła­twił Cha­ber­skiego?

- Mó­wi­łem, że Smok albo Da­rek. Albo obaj.

- Co to za jedni?

- Nie znam ich praw­dzi­wych na­zwisk, ale to wasi. Przy­kryw­kowcy. Roz­pra­co­wy­wali Zim­nego. Fa­cet zo­rien­to­wał się dość szybko, ale za­miast ich za­ła­twić, do­ga­dał się z Dar­kiem, ich co­ver­ma­nem. Smok i Chyży nie mieli za bar­dzo wyj­ścia. Mu­sieli się zgo­dzić na sta­wiane wa­runki. Wy­gląda na to, że Smok nie miał z tym żad­nego pro­blemu, w prze­ci­wień­stwie do Chy­żego. Zimny miał swo­jego czło­wieka w re­cep­cji ho­telu, który wi­dział, jak Chyży roz­ma­wiał z Szy­mo­nem i Aliną w lobby, jak ich wy­pu­ścił. Tak do­wie­dzie­li­śmy się o wszyst­kim.

- A te ar­ty­kuły Szy­mona? Chło­pak się pod nimi nie pod­pi­sał...

- Zdrowa lo­gika, Proca. Nie trzeba być Ein­ste­inem, żeby po­znać ko­nia, kiedy się na niego pa­trzy. Zimny ka­zał mi za­ła­twić sprawę tak, żeby chło­paka uci­szyć. No to po­je­cha­łem do niego z dwoma ko­le­gami. Obili mu ryj, a on jesz­cze py­sko­wał.

- Taki już ma cha­rak­ter.

- Po ta­tu­siu.

Berg spoj­rzał wy­mow­nie na Ce­głę. Nie ży­czył Szy­mo­nowi, by odzie­dzi­czył po swoim ojcu gang­ste­rze co­kol­wiek oprócz by­stro­ści umy­słu, ale ten naj­wy­raź­niej miał w so­bie wię­cej ze sta­rego Ra­fal­skiego, niż ko­mi­sarz przy­pusz­czał.

W sa­mo­cho­dzie roz­brzmiał dzwo­nek te­le­fonu. Młody rzu­cił okiem na wy­świe­tlacz.

- Ne­ścior dzwoni - oznaj­mił i prze­ka­zał ko­mórkę do tyłu.

Berg ode­brał i po krót­kiej roz­mo­wie po­wie­dział:

- Będą z To­do­row­skim na miej­scu za pięt­na­ście mi­nut.

- To po­dob­nie jak my - od­parł Młody, zer­ka­jąc na wmon­to­wany w de­skę roz­dziel­czą GPS.

Przed wska­za­nym przez Ce­głę zjaz­dem stał sa­mo­chód. Młody za­par­ko­wał za nim.

Noc była gę­sta i ci­cha. Po jed­nej stro­nie drogi roz­cią­gały się pola, a po dru­giej las. Gdy wy­sie­dli z sa­mo­chodu, Berg roz­kuł Ce­gle jedną rękę, po czym prze­ło­żył kaj­danki przez uchwyt w drzwiach i za­kuł ją po­now­nie.

- Zo­sta­jesz tu­taj, Ce­gła, ra­zem ze śpiącą kró­lewną - za­rzą­dził, kiw­nąw­szy w stronę Szy­mona, któ­rego kilka mi­nut wcze­śniej zmo­rzył sen.

Misz­tal od­burk­nął coś w ge­ście pro­te­stu, ale Proca już go nie słu­chał. Do­łą­czył do Mło­dego, który roz­ma­wiał z dwoma męż­czy­znami.

Pierw­szy miał na na­zwi­sko Ne­ścior. Zde­cy­do­wa­nymi ru­chami wyj­mo­wał ka­mi­zelki ku­lo­od­porne z ba­gaż­nika. Na wi­dok ko­mi­sa­rza uśmiech­nął się i wy­cią­gnął rękę w jego kie­runku. Berg uści­snął ją, po czym ski­nął na po­wi­ta­nie do dru­giego, ra­czej ocię­ża­łego, wy­jąt­kowo wy­so­kiego i roz­bu­do­wa­nego po­li­cjanta.

- Do­bry wie­czór, pa­nie To­do­row­ski! - rzu­cił z lek­kim uśmie­chem.

Tam­tem uniósł ku gó­rze za­le­d­wie je­den ką­cik ust, nie szczę­dząc za to siły w uści­sku dłoni. Wzbu­dzał re­spekt sa­mym wy­glą­dem. Ski­nął w kie­runku sa­mo­chodu.

- Co jest z chło­pa­kiem?

- Śpi i niech tak zo­sta­nie. Bę­dziemy mieli jesz­cze ja­kieś wspar­cie? - spy­tał Berg, do­cho­dząc do wnio­sku, że ich czte­rech kon­tra nie­wia­doma po stro­nie prze­ciw­nika to nie gwa­ran­cja zwy­cię­stwa.

- Je­śli zrobi się go­rąco, to tak - od­parł Ne­ścior i zer­k­nął prze­pra­sza­jąco na Mło­dego.

- Są cho­ciaż w po­go­to­wiu? - do­py­tał pod­ko­mi­sarz z na­dzieją w gło­sie.

- Tak, cze­kają na te­le­fon. Sorry, ale nie dało się za­ła­twić ni­czego wię­cej. Nie mamy na­kazu... Co my tu w ogóle pla­nu­jemy? Wła­ma­nie?

- Dzia­ła­nie w wyż­szej ko­niecz­no­ści, mą­dralo - rzu­cił Proca ostrzej. - W bu­dynku może prze­by­wać upro­wa­dzona ko­bieta oraz za­bójcy Kac­pra Cha­ber­skiego.

- Po­li­cjanci - do­dał Ne­ścior scep­tycz­nie - któ­rzy za­pewne wy­prą się wszyst­kiego. Bo co mamy? Słowo ban­dziora? - Ski­nął w kie­runku sa­mo­chodu. Nie był chyba za­do­wo­lony, że ścią­gnęli go w środku nocy na obrzeża War­szawy bez urzę­do­wej pod­kładki.

Berg nie lu­bił ta­kiego po­dej­ścia i po­dob­nych dys­ku­sji. Już pod­nio­sło mu się ci­śnie­nie, ale Młody uprze­dził go uspo­ka­ja­jąco.

- Biorę od­po­wie­dzial­ność za wa­sze dzia­ła­nia. Cha­ber­ski stra­cił dzi­siaj ży­cie, bro­niąc tej dziew­czyny.

Ne­ścior przy­tak­nął na te słowa i po chwili do­py­tał:

- To co jesz­cze po­wie­dział wam Ce­gła?

- Twier­dzi, że bu­dy­nek ma jedno wej­ście od strony drogi - po­in­for­mo­wał rze­czowo Berg - i dru­gie na ty­łach, tyle że cały oto­czony jest siatką.

- Mamy je­den prze­ci­nak - oznaj­mił Neścior.

- Da­rujmy so­bie przed­nie drzwi i roz­dzie­la­nie się. Je­śli bu­dynku pil­nuje tylko paru karków, nie będą prze­cież roz­sta­wieni po ca­łej po­sia­dło­ści. Jest przed pierw­szą, pew­nie i tak będą spali w środku.

- Mają ja­kieś psy?

- Ce­gła nie wspo­mi­nał o psach - od­parł Młody.

- A py­ta­li­ście go? - wtrą­cił To­do­row­ski tu­bal­nym gło­sem.

Berg wrócił do sa­mo­chodu, otwo­rzył ci­cho drzwi i szep­tem za­py­tał:

- Trzy­mają ja­kieś psy na te­re­nie?

- Kiedy by­łem tu ostat­nim ra­zem, nie było żad­nych psów.

- A kiedy to było?

- Ze dwa ty­go­dnie temu...

- Ja­kieś ka­mery?

- Jedna przy wjeź­dzie.

- Nie kła­miesz, Ce­gła, prawda? Wiesz, że jakby co, to wró­cimy się na most Gdań­ski?

Misz­tal nie od­po­wie­dział, ale jego spoj­rze­nie wy­star­czyło. Mó­wił prawdę, choć wcale mu się to nie po­do­bało. Ko­mi­sarz wró­cił do ko­le­gów i prze­ka­zał im wia­do­mość. Chwilę póź­niej byli już w dro­dze do bu­dynku.

Był to duży, choć nie­po­zor­nie wy­glą­da­jący, nie­wy­koń­czony jed­no­pię­trowy dom. Ota­czał go spory pas za­nie­dba­nego traw­nika i prze­ciętna me­ta­lowa siatka. Po­li­cjanci pod­kra­dli się od tyłu bu­dynku. Gdy sta­nęli pod samą siatką, To­do­row­ski zła­pał pierw­szy pręt mię­dzy klesz­cze i za­ci­snął. Drut pękł. Po­tem drugi i trzeci.

- W ta­kim tem­pie nie wej­dziemy tam do świtu - syk­nął Proca ner­wowo. Po­winni za­ła­twić to naj­szyb­ciej, jak się da, od­bić dziew­czynę (je­żeli w ogóle tam była) i ucie­kać! Nie za­mie­rzał jed­nak wer­ba­li­zo­wać swo­ich obaw. Wy­star­czyło, że Ne­ścior miał scep­tyczne po­dej­ście do ich nie do końca za­pla­no­wa­nej ak­cji.

- Szyb­ciej nie po­tra­fię! - od­wark­nął To­do­row­ski, pa­trząc na niego gniew­nie. - Może sam bę­dziesz prze­ci­nał?

- Nie mo­żemy po pro­stu prze­sko­czyć?

- Bę­dziesz ska­kał przez siatkę, Berg?! - rzu­cił Młody, pa­trząc na przy­ja­ciela wiel­kimi oczami. Chyba znał już od­po­wiedź.

- To już lep­sze niż cze­kać do świtu, aż pan To­do­row­ski wy­tnie so­bie drzwiczki!

To po­wie­dziaw­szy, Proca rzu­cił okiem na szczyt ogro­dze­nia i za­raz po­tem wdra­pał się na dwu­ipół­me­trową siatkę.

- Zda­wa­li­ście te­sty spraw­no­ściowe do po­li­cji czy nie?! - po­na­glił ich już z dru­giej strony ogro­dze­nia.

- Zda­wa­łem! - za­pew­nił Młody z na­ci­skiem. - Pra­wie trzy­dzie­ści lat temu!

Po­ko­nał jed­nak ogro­dze­nie cał­kiem spraw­nie.

- Za dużo pra­cu­jesz za biur­kiem - oce­nił Proca. Po­cze­kali jesz­cze chwilę, aż naj­młod­szy z obec­nych, Ne­ścior, do nich do­łą­czy. Po­tem Berg na­chy­lił się jesz­cze nad ku­ca­ją­cym To­do­row­skim i szep­nął: - Wy­ci­naj da­lej, pa­nie To­do­row­ski, byle nie za długo.

To­do­row­ski od­burk­nął, nie­za­do­wo­lony. Kon­se­kwent­nie prze­ci­nał je­den drut po dru­gim.

48

"Nie po­wi­nie­neś tyle kle­pać ję­zo­rem"

Chłód i ból zdrę­twia­łej szyi wy­rwały Szy­mona ze snu. Lekko otwo­rzył oczy i po­czuł silne par­cie na pę­cherz. Po omacku od­na­lazł klamkę, po czym ję­cząc z po­wodu bólu w że­brach, wy­szedł z sa­mo­chodu. Kiedy tak stał w ota­cza­ją­cej go ciem­no­ści i pod­le­wał mo­czem czy­jeś pole, za­czął od­zy­ski­wać orien­ta­cję. Ro­zej­rzał się wo­koło i zo­ba­czył dwa sa­mo­chody oraz jedną sa­motną la­tar­nię kil­ka­na­ście me­trów da­lej. Zaj­rzał do wnę­trza wozu, w któ­rym sie­dział na­bur­mu­szony Ce­gła.

- Gdzie są wszy­scy? - za­py­tał.

Misz­tal spoj­rzał na niego w mil­cze­niu. Do­piero po kilku se­kun­dach od­po­wie­dział:

- Po­szli szu­kać Aliny.

- Gdzie?! - Szy­mon mi­mo­wol­nie pod­niósł głos.

- Jest ich czte­rech, Szy­mek - od­parł Ce­gła bez­na­mięt­nie. - Wszy­scy uzbro­jeni. Po­ra­dzą so­bie bez mło­kosa na zjeź­dzie kok­so­wym.

Szy­mon, nie cze­ka­jąc, aż tam­ten skoń­czy, zaj­rzał do sa­mo­cho­do­wego schowka w po­szu­ki­wa­niu swo­jego pi­sto­letu, jed­nak Proca mu­siał za­brać go ze sobą. Prze­szedł do ba­gaż­nika, by ro­zej­rzeć się za czym­kol­wiek, co mo­głoby po­słu­żyć mu za broń.

Z tru­dem sku­piał uwagę. Jego ciało pul­so­wało w miej­scach zra­nień, a my­śli pę­dziły w roz­ma­itych kie­run­kach. Po­bu­dze­nie i bez­sil­ność. Gniew i strach. Bu­zo­wały w nim emo­cje i nie mógł nic na to po­ra­dzić. Z ko­lei Ce­gła je­dy­nie wo­dził za nim spoj­rze­niem.

- Daj spo­kój! W ni­czym tu­taj nie po­mo­żesz, sły­szysz? Oni so­bie po­ra­dzą, a ty mo­żesz tylko na­ro­bić więk­szych pro­ble­mów. Wra­caj do sa­mo­chodu i cze­kaj!

- Za­mknij się, Ce­gła - rzu­cił Szy­mon i prze­rzu­cił z boku na bok kilka gra­tów w ba­gaż­niku. Kiedy tam rów­nież nie zna­lazł ni­czego, za­mknął klapę, otwo­rzył tylne drzwi i za­py­tał: - Gdzie jest ten bu­dy­nek?

Misz­tal mil­czał przez chwilę, po czym wes­tchnął i pa­trząc w oczy dzien­ni­ka­rza z ja­kimś ża­lem czy bła­ga­niem, po­wie­dział:

- Prze­pra­szam, że ci to zro­bili, Szy­mek, ale to było ko­nieczne. Ina­czej by cię za­bili.

Szy­mon uśmiech­nął się mi­mo­wol­nie. Nie wie­rzył w szcze­rość prze­pro­sin ru­dzielca. Nie wie­rzył w jego sen­ty­ment i do­bre in­ten­cje.

- Je­steś tchó­rzem, Ce­gła. Wy­słu­ży­łeś się nimi, a sam sta­łeś bez­czyn­nie.

- Mia­łem cię lać jak oni? Osza­la­łeś...

- Za­wsze by­łeś opor­tu­ni­stą. Ucie­kasz albo zdra­dzasz. Trzy­masz z sil­niej­szymi i sil­niej­szego na­zy­wasz przy­ja­cie­lem. Ni­gdy nie by­łeś wierny żad­nym za­sa­dom, dla­tego oj­ciec ci nie ufał.

Twarz Ce­gły spą­so­wiała, a oczy otwo­rzyły się sze­roko. Misz­tal z tru­dem przyj­mo­wał prawdę i Szy­mon do­strze­gał to z sa­tys­fak­cją.

- Ona nie jest tego warta - wark­nął Ce­gła przez zęby.

- Nie ro­bię tego tylko dla niej. Nie ro­zu­miesz...

- Ja­sne - od­parł Misz­tal sar­ka­stycz­nie.

- Tak! Na sam ko­niec nie chcę być tym, który nie kiw­nął pal­cem. Chcę coś zna­czyć.

Mil­cze­nie mię­dzy nimi trwało tylko chwilę, ale było czymś po­nad samą ci­szą. Ce­gła ciężko wy­pu­ścił po­wie­trze i pa­trząc w stronę bocz­nej drogi, po­wie­dział:

- Ja­kieś sześć­set me­trów.

Z go­łymi rę­kami, naj­szyb­ciej, jak po­tra­fił, Szy­mon Ra­fal­ski po­biegł drogą w kie­runku bu­dynku.

Ce­gła szarp­nął kaj­dan­kami. Przez kilka ko­lej­nych mi­nut ro­bił to nie­ustan­nie, pró­bu­jąc wy­rwać uchwyt przy drzwiach. Bez­sku­tecz­nie. Kiedy ból za­czer­wie­nio­nych, otar­tych nad­garst­ków stał się trudny do znie­sie­nia, za­uwa­żył świa­tło, które roz­bły­sło za jego ple­cami. Ob­ró­cił się na tyle, na ile mógł. Pod­jeż­dża­jący sa­mo­chód wy­raź­nie zwol­nił. Za­trzy­mał się kilka me­trów z tyłu. Kto­kol­wiek sie­dział za kie­row­nicą, z pew­no­ścią nie był czło­wie­kiem po­chop­nym. Do­piero po dłuż­szej chwili kie­rowca otwo­rzył drzwi. Nie zga­sił sil­nika ani świa­teł, przez co Ce­gła, ośle­piony ich bla­skiem, nie mógł roz­po­znać syl­wetki zbli­ża­ją­cego się do niego męż­czy­zny. Jed­nak zdał so­bie sprawę, że męż­czyzn było znacz­nie wię­cej.

Misz­tal śle­dził pierw­szego wzro­kiem. Gdy ten pod­szedł do drzwi, uwagę Ce­gły przy­kuła ści­skana w dłoni broń. Do­piero póź­niej w szy­bie po­ja­wiła się twarz.

Smok zła­pał za klamkę i otwo­rzył drzwi, szar­piąc za nimi skrę­po­wane dło­nie Ce­gły.

- Co jest? - za­py­tał, świ­dru­jąc za­ku­tego spoj­rze­niem. Opu­ścił pi­sto­let.

- Aresz­to­wali mnie.

- Przy­pro­wa­dzi­łeś ich tu­taj?

- Ra­czej nie mia­łem wyj­ścia! - żach­nął się Ce­gła i omiótł spoj­rze­niem twa­rze ze­bra­nych. To byli lu­dzie Zim­nego. Przy­je­chali ze Smo­kiem, co mo­gło ozna­czać, że sko­rum­po­wany gli­niarz do­stał od szefa wię­cej wła­dzy, niż za­słu­gi­wał. - Roz­kuj­cie mnie! - za­żą­dał ostrym to­nem przy­wódcy, zwra­ca­jąc się już do paru kon­kret­nych osób.

Dwóch od razu ru­szyło do sa­mo­chodu, naj­pew­niej po ja­kieś na­rzę­dzia. Jed­nak Smok trwał nie­wzru­szony, z nie­bez­pieczną po­dejrz­li­wo­ścią w spoj­rze­niu.

- Dawno po­szli? - drą­żył.

- Ja­kieś pięt­na­ście mi­nut temu.

- Ilu?

- Czte­rech. I młody Ra­fal­ski, ale jego bym nie li­czył. Jest w kiep­skim sta­nie.

Smok przy­tak­nął. Utkwił spoj­rze­nie w to­ną­cej w ciem­no­ści bocz­nej dro­dze i wy­raź­nie się wa­hał.

- Nie­po­trzeb­nie do­je­cha­li­ście tego Cha­ber­skiego - oce­nił Misz­tal, prze­ry­wa­jąc prze­dłu­ża­jącą się ci­szę. - Jego ko­le­dzy nie­źle się wście­kli. Będą was szu­kać. Chyży to co in­nego, był wasz, ale za Cha­ber­skiego obe­rwie­cie. Ty i Da­rek - do­pre­cy­zo­wał dla pew­no­ści, chcąc pod­kre­ślić, że Zimny i spółka od­ci­nają się od ich wy­skoków. - Znam tych go­ści. Nie od­pusz­czą...

- Wiesz co, Ce­gła? - prze­rwał mu Smok ostrym to­nem.

Scho­wał pi­sto­let, wy­cią­gnął z kie­szeni paczkę pa­pie­rosów i za­pa­lił. Pa­trzył na Misz­tala spod przy­mru­żo­nych po­wiek i groź­nie ściągniętych brwi. Gdy dwóch wróciło z sa­mo­chodu z po­tęż­nymi ob­cę­gami i za­częli prze­ci­nać kaj­danki, Smok do­dał:

- Nie po­wi­nie­neś tyle kle­pać ję­zo­rem.

49

"Nic tu po to­bie"

Szy­mona Ra­fal­skiego za­trzy­mała brama za­mknięta łań­cu­chem i kłódką. Zzia­jany dzien­ni­karz przy­sta­nął, gwał­tow­nie ła­piąc po­wie­trze, i rzu­cił okiem na bu­dy­nek. We wszyst­kich oknach pa­liło się świa­tło, ale nie można było do­sły­szeć naj­mniej­szego dźwięku. Po­dą­żył wzro­kiem wzdłuż ogro­dze­nia. Po­sta­no­wił obejść po­sia­dłość.

Na jej ty­łach zna­lazł wy­ciętą, sporą dziurę w siatce. Prze­szedł przez nią bez trudu, po czym prze­mknął przez ka­wa­łek otwar­tej prze­strzeni, czu­jąc się jak zwie­rzyna pusz­czona na od­strzał. Nikt jed­nak nie strze­lił, a oko­lica zio­nęła nie­po­ko­jącą wręcz ci­szą.

Zła­pał za klamkę, a drzwi ustą­piły. Wszedł i naj­ci­szej, jak po­tra­fił, po­ko­ny­wał ko­lejne cen­ty­me­try ciem­nego po­miesz­cze­nia, aż do­strzegł drzwi pro­wa­dzące do na­stęp­nego po­koju. Były uchy­lone i wla­ty­wała przez nie słaba wiązka świa­tła. Miał wra­że­nie, że po­dąża w kie­runku tej ni­kłej ja­sno­ści wą­skim ko­ry­ta­rzem, tu­ne­lem. Roz­po­starł ręce w po­szu­ki­wa­niu ścian, jed­nak po­czuł pod pal­cami tylko ja­kieś kar­tony, przed­mioty, dzi­waczne kształty, któ­rych nie był w sta­nie roz­po­znać. Po­wie­trze śmier­działo ku­rzem i stę­chli­zną.

Wy­tę­żał słuch, ale nie był w sta­nie usły­szeć żad­nych rozmów. Do­cie­rały do niego wy­łącz­nie ja­kieś szmery i po­ka­sły­wa­nie. Nie miał po­ję­cia, czy Berg i inni w ogóle tu­taj do­tarli, a je­śli tak, co się z nimi stało. Szy­mon czuł, że od­po­wiedź znaj­duje się za ko­lej­nymi drzwiami. Tam, skąd biło światło.

Szedł ci­cho i wolno, jed­nak gdy był już cał­kiem bli­sko, po­tknął się i mo­men­tal­nie stra­cił rów­no­wagę. Coś upa­dło, grzmot­nęło o zie­mię. Szy­mon chwy­cił ja­kąś rzecz w pa­nice, in­stynk­tow­nie szu­ka­jąc ra­tunku, ale i to ru­nęło ra­zem z nim. Osta­tecz­nie ciężki przed­miot pchnął go ku drzwiom i dzien­ni­karz wpadł do są­sied­niego po­miesz­cze­nia. Ude­rze­nie o pod­łogę za­bo­lało, a to, co przy­gnio­tło go od góry, za­dało jesz­cze moc­niej­szy cios. Z piersi dzien­ni­ka­rza wy­rwał się jęk. Zda­wał so­bie sprawę, że ha­łas, któ­rego na­ro­bił, mu­siał go zde­kon­spi­ro­wać. Bał się, co zo­ba­czy, gdy otwo­rzy za­ci­śnięte z bólu oczy. Kiedy to zro­bił, uj­rzał cztery wy­mie­rzone w sie­bie pi­sto­lety.

- Szy­mon! - syk­nął Berg, cho­wa­jąc glocka do ka­bury. - Cho­lera, mia­łeś zo­stać w sa­mo­cho­dzie! Nic tu po to­bie!

- Nasi już wy­je­chali - po­wie­dział Młody, cho­wa­jąc do kie­szeni te­le­fon. Scho­wał też pi­sto­let.

Nie­zwy­kle ro­sły męż­czy­zna po­mógł Szy­mo­nowi po­zbie­rać się z pod­łogi. Dzien­ni­karz ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu, pró­bu­jąc ro­ze­znać się w sy­tu­acji, a przede wszyst­kim szu­ka­jąc śla­dów obec­no­ści Aliny. Na pierw­szy rzut oka nie znaj­do­wał żad­nych, ale do­strzegł drzwi do są­sied­niego po­miesz­cze­nia i wolno ru­szył w ich kie­runku.

- Nie ma jej tu - za­pew­nił Młody i zła­pał dzien­ni­ka­rza za ra­mię, jed­nak ten szarp­nął się, na ile po­zwa­lały mu siły.

- Zo­staw go, Młody - rzu­cił Berg, jakby bez­rad­nie.

Pod­ko­mi­sarz zwol­nił uścisk i po­li­cjanci pod­jęli roz­mowę z przy­ku­tymi do rury ban­dzio­rami. Mó­wili coś o broni, py­tali o źró­dło nar­ko­ty­ków, które zna­leźli, ale Szy­mon nie sku­piał na nich uwagi. Po­woli zmie­rzał ku drzwiom, które jakby go przy­cią­gały, jed­no­cze­śnie pro­mie­niu­jąc ja­kąś straszną, bo­le­sną prawdą.

Gdy sta­nął pod drzwiami, do jego noz­drzy do­le­ciał nie­okre­ślony, ale wy­raź­nie wy­czu­walny smród. Otwo­rzył drzwi i ostry, du­szący za­pach przy­brał na sile. Od­ru­chowo za­cią­gnął bluzę na nos, lecz i tak sta­rał się ogra­ni­czyć od­dy­cha­nie do ko­niecz­nego mi­ni­mum. Znaj­do­wał się w nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu, na któ­rego dru­gim końcu były ko­lejne drzwi. Prze­szedł kilka kro­ków. Brzmiały do­no­śnie, jakby stą­pał po sce­nie zbi­tej z de­sek. Nad głową dość gło­śno szu­miały mu dwa wen­ty­la­tory, umiesz­czone na prze­ciw­le­głych ścia­nach, które jed­nak nie da­wały rady oczy­ścić po­wie­trza.

Szy­mon za­wa­hał się przed otwar­ciem dru­gich drzwi. Co­kol­wiek było źró­dłem ta­kiego smrodu, nie mo­gło być ni­czym do­brym. "Roz­pusz­czają ciała w ługu" - za­dźwię­czały mu w gło­wie słowa Ce­gły. Gdy tylko od­chy­lił skrzy­dło, wstrzą­snął nim od­ruch wy­miotny. Do­ci­snął dłoń do bluzy, by jesz­cze bar­dziej ogra­ni­czyć do­pływ po­wie­trza i uspo­koić skur­cze żo­łądka. Po­miesz­cze­nie było duże, ale całe za­wa­lone gra­tami oraz śmie­ciami. W sa­mym rogu pię­trzyła się sterta szmat oraz ubrań. Szy­mon chciał jak naj­szyb­ciej za­mknąć drzwi z po­wro­tem, jed­no­cze­śnie po­trze­bo­wał pew­no­ści. Jego spoj­rze­nie prze­wę­dro­wało po brud­nej te­ra­ko­cie i spo­częło na spo­rej wan­nie wy­peł­nio­nej pły­nem o trud­nym do okre­śle­nia ko­lo­rze. To z niej uno­sił się smród.

Gwał­tow­nie wy­su­nął się z po­koju, ale w ostat­niej chwili, gdy już miał za­my­kać drzwi, na ster­cie ubrań do­strzegł czapkę z dasz­kiem. Zwy­czajną bejs­bo­lówkę, którą jed­nak roz­po­znał od razu. Na­le­żała kie­dyś do niego, a wczo­raj w ho­telu dał ją Ali­nie.

Znów wstrzą­snęły nim tor­sje, lecz tym ra­zem nie po­tra­fił się opa­no­wać. Wy­pluł z sie­bie treść żo­łądka i za­trza­snął drzwi. Na­brał w płuca śmier­dzą­cego po­wie­trza. Jego noz­drza drżały, a żo­łą­dek znów się skur­czył. Zro­biło mu się słabo. Ko­lana same się ugięły. Wsparł się na ścia­nie i po dud­nią­cej pod­ło­dze wy­co­fał się z ma­łego, wen­ty­lo­wa­nego po­miesz­cze­nia.

Gdy tylko za­mknął za sobą drzwi, osu­nął się na zie­mię i opie­ra­jąc plecy o ścianę, scho­wał głowę w ko­la­nach.

- Przy­kro mi, Szy­mon - usły­szał głos Berga.

Do­piero po chwili, czu­jąc, że były po­li­cjant na­dal nad nim stoi, uniósł na niego mo­kre oczy, ale nie mógł wy­du­sić słowa.

Za­raz po­tem Młody przy­wo­łał Berga do sie­bie. Za oknem zo­ba­czył coś, co wy­raź­nie ich za­nie­po­ko­iło.

- Za wcze­śnie, żeby to byli nasi - po­wie­dział Młody, gdy do okna do­pa­dli rów­nież To­do­row­ski z Ne­ścio­rem. Któ­ryś z nich gło­śno prze­klął.

Długą, pro­wa­dzącą do bu­dynku drogą zbli­żały się re­flek­tory sa­mo­cho­dów.

- Mam na­dzieję, że wzię­li­ście ze sobą ja­kiś za­pas amu­ni­cji - rzu­cił Berg. Chwy­cił je­den pi­sto­let, który wcze­śniej mu­sieli ode­brać za­trzy­ma­nym, a drugi po­dał Mło­demu. Spraw­dzili ma­ga­zynki. Były pełne. Mo­gły ura­to­wać im skórę, oka­zać się nie­wy­star­cza­jące albo w ogóle nie­po­trzebne. Na to ostat­nie wszy­scy szcze­rze li­czyli.

To­do­row­ski, jako że gó­ro­wał nad ko­le­gami za­równo wzro­stem, jak i masą mię­śni, pod­szedł do dwóch za­ku­tych w kaj­danki ban­dy­tów i za­py­tał:

- Ma­cie tu jesz­cze ja­kąś broń?

Je­den z nich po­słał mu prze­sy­cone po­li­to­wa­niem spoj­rze­nie.

- Tak, pełno, i już ci mó­wię, gdzie ją zna­leźć...

Nie mo­gli li­czyć na współ­pracę za­trzy­ma­nych i po­sta­no­wili nie tra­cić czasu, pra­cu­jąc nad ich na­sta­wie­niem.

- Ne­ścior, ro­zej­rzyj się za ja­kąś bro­nią. Nie wie­rzę, że ni­czego tu nie mają - za­rzą­dził Berg.

Młod­szy po­li­cjant za­czął roz­glą­dać się po po­miesz­cze­niu, po czym prze­szedł do gra­ciarni, przez którą wcze­śniej prze­ci­skał się Szy­mon. Po chwili wró­cił z pu­stymi rę­kami i oznaj­mił, że to, co mają, bę­dzie mu­siało wy­star­czyć. Za­pro­po­no­wał też, by wy­szli tą samą drogą, którą tu­taj we­szli, i la­sem prze­mknęli do po­zo­sta­wio­nych na dro­dze sa­mo­cho­dów. Młody sta­now­czo od­rzu­cił ten po­mysł. Nie mieli pew­no­ści, co za­staną przy sa­mo­cho­dach. Może zgraję ban­dy­tów, może prze­bite opony? Do­dat­kowo las nie sta­no­wił dla nich żad­nego schro­nie­nia.

Zga­sili świa­tło w bu­dynku, po­zo­sta­wia­jąc jed­nak re­flek­tor roz­świe­tla­jący pod­jazd. Po­li­cjanci otwo­rzyli oba okna po­koju, by w ra­zie ostrzału szkło nie po­sy­pało się im na głowy, i za­jęli miej­sca obok nich. Świa­tło sa­mo­cho­dów rzu­cało co­raz wy­raź­niej­szy blask na prze­ciw­le­głą do okien ścianę, a dźwięk sil­ni­ków był co­raz gło­śniej­szy.

Szy­mon nie zmie­niał swo­jej przy­kur­czo­nej po­zy­cji. Ob­ser­wo­wał dwóch sie­dzą­cych nie­opo­dal prze­stęp­ców, za­sta­na­wia­jąc się, czy to oni bez­po­śred­nio od­po­wia­dali za po­zby­cie się zwłok Aliny. Czy ją za­bili? Czy przed tym ją skrzyw­dzili? Obaj byli mło­dzi, może w wieku jego sa­mego. Na pierw­szy rzut oka wcale nie wy­glą­dali groź­nie. Byli do­brze, mod­nie ubrani, a z ich spoj­rzeń biło na­wet więk­sze prze­ra­że­nie niż obawy ma­lu­jące się na twa­rzach po­li­cjan­tów.

Szy­mon oglą­dał to wszystko ze spo­ko­jem, któ­remu sam się dzi­wił.

Młody po­now­nie wy­ko­nał te­le­fon po­na­gla­jący wspar­cie. Mó­wił coś o pod­bram­ko­wej sy­tu­acji i moż­li­wej wy­mia­nie ognia. Po­tem roz­łą­czył się wzbu­rzony i po­wie­dział:

- Ja­kieś pół go­dziny.

- Czyli mu­simy grać na zwłokę - oce­nił Berg.

- Ja­kieś po­my­sły?

- Im­pro­wi­za­cja.

5

"Taką mam ro­botę: wie­dzieć różne rze­czy"

- Niech to szlag! - syk­nął męż­czy­zna le­żący pod za­wie­sze­niem sa­mo­chodu.

Ga­raż wy­peł­nił tępy brzdęk upa­da­ją­cego na be­ton klu­cza fran­cu­skiego. Męż­czy­zna szu­kał na­rzę­dzia po omacku. Nie­wielka prze­strzeń ogra­ni­czała jego ru­chy, a umię­śnione, po­tężne ciało nie było zbyt gięt­kie. W końcu po­czuł pod pal­cami chłód me­talu i już miał wró­cić do na­pra­wia­nia sa­mo­chodu, gdy usły­szał głos.

- Dzięki za in­for­ma­cje o Ra­fal­skim, Chyży.

Chyży na­tych­miast wy­su­nął się spod sa­mo­chodu. Jego sta­ran­nie ogo­lona głowa błysz­czała od potu, po­dob­nie jak sze­roka szczęka i nieco pła­ski nos, a cała twarz po­zo­sta­wała po­ważna, kiedy spo­strzegł sto­ją­cego przy sa­mo­cho­dzie Ce­głę.

- Zna­la­złeś go? - za­py­tał Chyży obo­jęt­nym to­nem. Nie da­rzył Misz­tala szcze­gólną sym­pa­tią i nie był zwo­len­ni­kiem nie­za­po­wie­dzia­nych wi­zyt.

Ce­gła oparł się o drzwi wozu i za­pa­la­jąc pa­pie­rosa, od­po­wie­dział:

- Do­kład­nie tam, gdzie mi po­wie­dzia­łeś. Za­wsze za­ska­kuje mnie twoje do­in­for­mo­wa­nie.

- Taką mam ro­botę: wie­dzieć różne rze­czy. Zresztą za to pła­ci­cie.

- Da­rek ci za to płaci.

- A Dar­kowi płaci twój szef - od­parł Chyży. Wy­tarł ner­wowo czarne od smaru dło­nie w le­żącą obok ścierkę. Spoj­rzał na Ce­głę spode łba. - Chcesz cze­goś ode mnie? Jak wi­dzisz, je­stem tro­chę za­jęty - po­na­glił.

- Szy­kuje się do­stawa - oznaj­mił Ce­gła to­nem po­zba­wio­nym emo­cji.

Chyży mruk­nął pod no­sem, aby dać znać, że usły­szał.

- Prze­każ Dar­kowi, że­by­ście byli go­towi ode­brać cię­ża­rówkę przy gra­nicy, tak jak ostat­nio.

- Prze­każę.

- Tylko tym ra­zem zaj­rzyj­cie do środka, za­nim przyj­mie­cie to­war, ja­sne? Żeby nie było tak, jak ostat­nim ra­zem, że jedna nie do­je­chała żywa. Serca nie mają te skur­wy­syny zza gra­nicy. Gło­dzą je...

- Tak się tym przej­mu­jesz, Ce­gła?

Ce­gła cmok­nął i po chwili od­parł:

- Są chude i wy­zię­bione tak, że po­tem ty­go­dniami do­cho­dzą do sie­bie. A czas to pie­niądz.

Chyży zmu­sił się do przy­tak­nię­cia, choć naj­chęt­niej wal­nąłby Ce­głę w par­szywą gębę. Za­gryzł zęby, żeby nie po­wie­dzieć cze­goś, co mo­głoby zdra­dzić jego praw­dziwe od­czu­cia, i po krót­kiej chwili za­pew­nił:

- Spraw­dzimy je. - Po­ło­żył się z po­wro­tem na de­sce. - Chcesz cze­goś jesz­cze?

- Nie. Na ra­zie to wszystko.

Chyży nie od­po­wie­dział. Nie po­że­gnał na­wet zle­ce­nio­dawcy, tylko wsu­nął się pod sa­mo­chód i wró­cił do swo­ich za­jęć, słu­cha­jąc od­da­la­ją­cych się kro­ków. Od mie­sięcy wy­mie­niali oszczędne ko­mu­ni­katy. Chyży nie zno­sił tych spo­tkań, ale uwa­żał, że nie ma wy­boru. De­cy­zja o współ­pracy nie na­le­żała do niego, tylko do Darka, a ten po­sta­no­wił ubić in­te­res ży­cia z sze­fem Ce­gły - Zim­nym. Ży­cie i los Chy­żego spo­czy­wały więc po­nie­kąd w rę­kach Zim­nego. Po­dob­nie jak ży­cie Ce­gły. Mieli jed­nak ze sobą coś wspól­nego.

50

"Czuję się jak ter­ro­ry­sta"

- Nie wtrą­caj się - rzu­cił Ce­gła do Smoka, gdy ich sa­mochód za­trzy­mał się przed do­mem.

Sko­rum­po­wany po­li­cjant od­burk­nął pod no­sem coś, co za­brzmiało jak kilka prze­kleństw.

- Coś ci się nie po­doba? - spy­tał Ce­gła na cięż­kim wy­de­chu. Przy­bie­rał dość ostry ton i przy­wód­czą po­sturę, żeby Smok nie my­ślał so­bie za wiele. Był tu je­dy­nie do­dat­kiem. Ku­pio­nym za forsę Zim­nego gli­nia­rzem. Go­ściem od in­for­ma­cji i cza­sami bar­dzo brud­nej ro­boty, która zda­wała się nie wy­wie­rać na nim zbyt du­żego wra­że­nia. Przede wszyst­kim mu­siał znać swoje miej­sce, a to znaj­do­wało się zde­cy­do­wa­nie po­ni­żej wpły­wów Misz­tala.

Smok łyp­nął na niego nie­za­do­wo­lony i od­parł:

- My­ślisz, że od­da­dzą ci to­war ot tak? Na ładną gębę i miłe słowo?

- Nie bę­dziemy się strze­lać. Żad­nego za­bi­ja­nia psów. Na dzi­siaj wy­star­czy...

Misz­tal wy­siadł z sa­mo­chodu, mocno za­ci­ska­jąc dło­nie na pi­sto­le­cie ma­szy­no­wym. Reszta lu­dzi po­dążyła za nim. Miał pew­ność, że znaj­du­jący się w bu­dynku gli­nia­rze nie otwo­rzą ognia jako pierwsi, mu­siał więc trzy­mać swo­ich lu­dzi w ry­zach, je­śli nie chciał, by ta noc za­koń­czyła się obu­stronną ma­sa­krą. Spoj­rzał na swo­ich spode łba i przy­po­mniał:

- Nikt się nie wy­chyla. Przy­je­cha­li­śmy po to­war i z to­wa­rem od­je­dziemy, ale jak mi któ­ryś wyj­dzie przed sze­reg, to mu klamkę w dupę wsa­dzę! Zro­zu­miano?

Ze­brani od­po­wie­dzieli głów­nie ski­nie­niem. Było ich łącz­nie pięt­na­stu. Przy­je­chali trzema sa­mo­cho­dami. Mieli po­nad dwa­dzie­ścia sztuk broni, a amu­ni­cji aż nadto. Ich prze­waga była wi­doczna go­łym okiem.

Ce­gła wy­su­nął się na­przód. Li­czył na to, że prze­ciw­nicy od­da­dzą nar­ko­tyki bez spra­wia­nia kło­po­tów. Po­tem wszy­scy się roz­jadą i bę­dzie po spra­wie. Tak na­prawdę nie dbał o Berga, Mło­dego i po­zo­sta­łych, któ­rych na­wet nie znał. Nie chciał jed­nak, żeby Ra­fal­skiemu stała się krzywda. "Niech cho­lera weź­mie tego chło­paka!" - po­my­ślał, wi­dząc, że żywi ku dzien­ni­ka­rzowi ja­kiś sen­ty­ment. Nie tylko ze względu na jego zmar­łego ojca.

Misz­tal od­chrząk­nął i zwra­ca­jąc się w kie­runku oświe­tlo­nego re­flek­to­rami domu, krzyk­nął:

- Proca! Przy­je­cha­li­śmy po to­war!

Od­po­wie­działa głu­cha nocna ci­sza, a po­tem stłu­mione par­sk­nię­cie Smoka.

Ce­gła spoj­rzał na jed­nego ze sto­ją­cych za nim męż­czyzn.

- Puść se­rię w po­wie­trze - roz­ka­zał, a chwilę póź­niej prze­strzeń za­drżała od grom­kich wy­strza­łów. Gdy echo roz­nio­sło się oko­licz­nymi łą­kami, Smok spoj­rzał na Ce­głę scep­tycz­nie.

- Chyba już przy­ku­łeś ich uwagę - po­wie­dział, przy­ci­ska­jąc ka­łasz­ni­kowa do umię­śnio­nego torsu.

- Od­daj­cie to­war! - po­wtó­rzył Ce­gła. Wie­dział, że nie po­wi­nien się po­wta­rzać. Mu­siał od­zy­skać to, co na­le­żało do Zim­nego, a je­śli zaj­dzie taka po­trzeba, użyć siły.

- Za­pra­szamy! Wa­szych dwóch już tu jest! - krzyk­nął ktoś z okna bu­dynku.

Ce­gła zmru­żył oczy, ale ni­kogo nie do­strze­gał. Do­my­ślił się jed­nak, że py­ska­tym ne­go­cja­to­rem był były ko­mi­sarz Berg.

Nim Ce­gła po­now­nie otwo­rzył usta, sto­jący obok niego Smok szturch­nął go łok­ciem i za­py­tał:

- Je­steś pe­wien, że mają tylko klamki?

- Na to wy­glą­dało.

- Więc?

- Nie chcę rzezi! - syk­nął Misz­tal przez zęby. Miał już ser­decz­nie do­syć wy­ryw­nego gli­nia­rza po swo­jej le­wicy. Po­now­nie zwró­cił się w kie­runku domu. - Daj im to­war i wy­puść ich! - od­krzyk­nął. - Od­je­dziemy i ni­komu nic się nie sta­nie. De­cy­duj szybko, bo nie mam za­miaru cze­kać na wa­sze wspar­cie! Za sześć­dzie­siąt se­kund ostrze­lamy bu­dy­nek!

Z tru­dem prze­łknął ślinę. Wy­po­wie­dział ostrze­że­nie i po­wi­nien do­trzy­mać słowa. Wiele mógł za­rzu­cić Procy, ale z pew­no­ścią nie to, że był głupi. Gli­nia­rze zna­leźli się w po­trza­sku. Z grupą pięt­na­stu uzbro­jo­nych nie mieli szans. Mu­sieli to do­strze­gać. Mu­sieli przy­stać na po­sta­wione im wa­runki.

- Czuję się jak ter­ro­ry­sta - rzu­cił Berg, zer­ka­jąc na Mło­dego.

- Na­wet za­kład­ni­ków mamy - od­parł Młody, ski­nąw­szy na dwóch ban­dzio­rów. - My­ślisz, że Ce­gła ble­fuje?

- Nie mam po­ję­cia. Ce­gła... może ble­fo­wać, ale jest z nim kil­ku­na­stu lu­dzi. Nie wiem, czy ma wśród nich wy­star­cza­jący po­słuch.

- A może wy­pu­ścimy jed­nego z to­wa­rem? - za­su­ge­ro­wał Młody.

- A dru­giego zo­sta­wimy jako za­bez­pie­cze­nie? Czyli fak­tycz­nie kal­ku­lu­jemy jak ter­ro­ry­ści.

- Wi­dzisz inne wyj­ście? Ta­kie, które nie prze­wi­duje strze­la­niny?

- Wiem jedno, że Ce­gle nie można ufać. Od­damy to­war, prze­staną ne­go­cjo­wać. Tych dwóch ich pew­nie nie ob­cho­dzi... Mu­simy to prze­cią­gnąć do przy­jazdu na­szych. Długo im to zaj­muje...

- Nie mi­nęło na­wet dzie­sięć mi­nut, Berg.

- Nie? Wiesz, ko­lej­nych dzie­się­ciu mo­żemy już nie prze­żyć.

Sie­dzący w ką­cie Szy­mon nie od­ry­wał od nich spoj­rze­nia. Roz­mowa, którą pro­wa­dzili, wy­da­wała mu się cał­kiem od­re­al­niona, a pro­blem, jaki mieli, z ja­kie­goś po­wodu nie był jego zda­niem aż tak bar­dzo skom­pli­ko­wany.

- Chcesz cze­kać na ra­tu­nek? - za­py­tał dość ci­cho, ale nie na tyle, by zo­stać zi­gno­ro­wa­nym.

Proca spoj­rzał na niego py­ta­jąco.

- Walcz tak, jakby wspar­cie miało w ogóle nie na­dejść - do­dał Szy­mon. - Tak mi po­wie­dzia­łeś przed walką z Ha­lec­kim.

- To co in­nego, Szy­mon. Z Ha­lec­kim mia­łeś ja­kieś szanse, a my mamy prze­srane.

- Wy­pu­śćmy jed­nego, Berg - po­wtó­rzył Młody, a za­raz za jego sło­wami po­dą­żył ogłu­sza­jący ha­łas. Przez otwarte okna z im­pe­tem wle­ciał pył, frag­menty ele­wa­cji i drew­nia­nych fu­tryn. Wtar­gnęły po­ci­ski ma­sa­kru­jące prze­ciw­le­głą ścianę.

- Do­syć! - wrza­snął Ce­gła.

Smok zdjął pa­lec ze spu­stu i pa­trząc na niego z pół­u­śmiesz­kiem, od­parł:

- Sześć­dzie­siąt se­kund dawno mi­nęło. Mu­sisz być słowny, je­żeli chcesz wzbu­dzać sza­cu­nek.

- Nie je­steś słowny, Ce­gła! - za­brzmiał głos z domu. - Czas jesz­cze nie mi­nął!

- To nie nasz pu­ścił se­rię! - od­parł Misz­tal, czu­jąc na so­bie zło­wro­gie spoj­rze­nie Smoka.

- Więc kto niby?!

- Wasz!

- Uwa­żaj, Ce­gła... - wark­nął Smok, lecz Misz­tal też zgro­mił go spoj­rze­niem.

- My­ślisz, że jesz­cze nie wie­dzą, kim je­steś? - od­parł, po czym od­wró­cił się do bu­dynku i krzyk­nął: - Proca, to trwa już za długo! Wiesz chyba, jak się koń­czy star­cie pi­sto­le­tów z ka­ła­chami? Nie chcesz pu­ścić dwóch, to wy­puść jed­nego z to­wa­rem! Kogo tam ma­cie?

Cze­ka­jąc na od­po­wiedź, Ce­gła obej­rzał się za sie­bie. Nie wie­dział, kiedy nad­je­dzie po­li­cja, ale czuł, że nie mogą już za długo prze­cią­gać ne­go­cja­cji. Na dro­dze do­jaz­do­wej na­dal było ciemno.

- Jak na was mó­wią? - zwró­cił się Młody do dwóch za­ku­tych w kaj­danki.

- Na­sze imiona nic im nie po­wie­dzą - od­parł je­den z nich, ten bar­dziej py­skaty.

- Okej, wła­śnie zgło­si­łeś ko­legę na ochot­nika - wtrą­cił Berg i schy­la­jąc się, pod­szedł do za­kład­ni­ków.

Mil­czący do­tąd chło­pak spoj­rzał na niego wiel­kimi, prze­ra­żo­nymi oczami.

- Ja nie pójdę. Nie każ­cie mi! - wy­du­kał.

Wszyst­kich opa­no­wało zdzi­wie­nie, które mo­men­tal­nie prze­rwało po­nowne wo­ła­nie Ce­gły.

- Proca! Koń­czy mi się cier­pli­wość! Pusz­cza­cie jed­nego czy strze­lamy?

- Daj nam chwilę! - wrza­snął Berg, po czym ła­god­niej spoj­rzał na chło­pa­ków. - Daj te kaj­danki.

- Nie! - Chło­pak, wzbra­nia­jąc się, omal nie kop­nął Berga.

Na twa­rzy ko­mi­sa­rza wy­ma­lo­wało się zdzi­wie­nie. Spoj­rzał na dru­giego, py­ska­tego.

- Ja też nie pójdę. Nie licz na to, psie.

- Cze­goś nie ro­zu­miem? Wo­li­cie puszkę od wol­no­ści?

- Wo­limy żyć - od­parł py­skaty, po czym ski­nął w kie­runku drzwi. - Tam je­ste­śmy skoń­czeni. Mie­li­śmy wszyst­kiego pil­no­wać, a spie­przy­li­śmy, i to kon­kret­nie!

- Jak pójdę do paki, to cho­ciaż dla nie­któ­rych będę bo­ha­te­rem - do­dał drugi, ten wy­stra­szony.

Ber­gowi opa­dły ręce. Kon­ty­nu­ował roz­mowę z dwoma.

Tym­cza­sem wzrok Szy­mona padł na le­żące nie­opo­dal dwie spore torby, za­wie­ra­jące tak ważny dla lu­dzi Zim­nego to­war.

- Ja im to za­niosę - po­wie­dział Szy­mon z za­dzi­wia­ją­cym jego sa­mego spo­ko­jem.

Berg zbył go mach­nię­ciem dłoni, więc Ra­fal­ski po­wtó­rzył, tylko gło­śniej i bar­dziej sta­now­czo:

- Ja za­niosę im to­war!

- Stra­ci­łeś ro­zum, Szy­mon?! - od­parł ostro Berg, po czym jesz­cze bar­dziej wład­czym to­nem zwró­cił się do za­ku­tego w kaj­danki chło­paka: - Nie mamy czasu! Idziesz!

- Nie pójdę! Nie zmu­sisz mnie!

- Za­ło­żysz się?

- A co, za­strze­lisz mnie?!

- Proca! - Krzyk Ce­gły mo­men­tal­nie prze­rwał słowną prze­py­chankę.

Berg prze­mie­ścił się z po­wro­tem pod okno, a Młody za­stą­pił go w ne­go­cja­cji z za­kład­ni­kami.

- Mamy pro­blem, Ce­gła! - po­in­for­mo­wał Berg. - Wasi lu­dzie nie chcą wyjść! Przy­ślij tu jed­nego z ja­jami, bez broni, to od­damy to­war!

- Nie ma mowy! W ta­kim ra­zie niech je­den z wa­szych go wy­nie­sie!

- Masz nas za idio­tów?! Co, do cho­lery...? - Berg nie do­wie­rzał temu, co na­gle zo­ba­czył.

Od­wró­cił się gwał­tow­nie, by spraw­dzić miej­sce, w któ­rym przed chwilą sie­dział Szy­mon. Nie było go. Nie było też to­reb z nar­ko­ty­kami. A Ra­fal­ski, lekko ku­le­jąc, wła­śnie po­dą­żał w kie­runku Ce­gły i jego lu­dzi.

Nie za­sta­na­wiał się nad de­cy­zją zbyt długo. Po pro­stu wie­dział, co na­leży zro­bić, by nikt wię­cej tej nocy nie zgi­nął. I pod­jął dzia­ła­nie. Tak, jak uczył go Berg: nie cze­ka­jąc na wspar­cie, nie li­cząc na to, że ktoś wy­cią­gnie go z kło­po­tów, po­sta­no­wił wziąć sprawy w swoje ręce. Pod­czas gdy Ne­ścior i To­do­row­ski ob­ser­wo­wali po­dwó­rze, a Berg i Młody ne­go­cjo­wali z tchórz­li­wymi mło­dymi ban­dy­tami, Szy­mon za­brał torby i wy­mknął się tyl­nymi drzwiami.

Okrą­żył bu­dy­nek chwiej­nym kro­kiem. Bo­lało go po­tur­bo­wane ciało, a do­dat­kowo mu­siał obić so­bie ko­lano pod­czas upadku, gdy przy­gnio­tły go graty. Szedł, ma­jąc wra­że­nie, że tuż obok niego kro­czy Kac­per Cha­ber­ski. "Nie bój się" - zda­wał się mó­wić i Szy­mon nie czuł stra­chu. W tym mo­men­cie nie czuł nic.

Gdy wy­ło­nił się zza bu­dynku, kilka luf skie­ro­wało się ku niemu. Zi­gno­ro­wał je. Nie zwol­nił. Szedł w kie­runku Ce­gły sto­ją­cego na czele wa­tahy. Gdy dzie­liło ich za­le­d­wie dwa lub trzy me­try, Szy­mon rzu­cił przed sie­bie obie torby.

- Na­ćpał się, czy co? - za­py­tał Smok, pa­trząc na niego z nie­skry­wa­nym zdzi­wie­niem.

Po­dob­nie Ce­gła miał minę za­sko­czo­nego ob­ro­tem spraw.

- Bierz­cie i zjeż­dżaj­cie - po­wie­dział Szy­mon.

- Roz­ka­zu­jesz nam, psie?! - rzu­cił je­den z bandy, fa­cet z brodą pra­wie do pasa.

- Je­stem dzien­ni­ka­rzem, nie po­li­cjan­tem! - od­parł Ra­fal­ski.

- Oszu­stem i cwa­nia­kiem - do­pre­cy­zo­wał Smok.

- Ode­zwał się czło­wiek ho­noru - od­bił pi­łeczkę Szy­mon.

- Py­sku­jesz jesz­cze?

- Je­steś gor­szy od nich wszyst­kich ra­zem wzię­tych. Przy­kryw­ko­wiec, któ­rego Zimny so­bie ku­pił za kilka mar­nych ty­sięcy. Nie mia­łeś na­wet ułamka od­wagi Chy­żego. A twój szef wy­słu­żył się tobą i gdzie te­raz jest? Nie z tobą, prawda? - Szy­mon wy­po­wia­dał słowa z nie­bez­pieczną lek­ko­ścią, która szybko spro­wo­ko­wała sko­rum­po­wa­nego gli­nia­rza do unie­sie­nia broni.

Jed­nak w tej sa­mej se­kun­dzie, w któ­rej Smok wziął Szy­mona na ce­low­nik, sam zna­lazł się na ce­low­niku Ce­gły.

51

"Mo­żesz mieć wła­sną le­gendę"

Nie był to pierw­szy raz, kiedy Szy­mon Ra­fal­ski mógł się przyj­rzeć wy­lo­towi lufy z bli­ska, ale po raz pierw­szy ży­cie i śmierć były mu cał­kiem obo­jętne. Tępo pa­trzył na Smoka, który dość szybko zdał so­bie sprawę, że po­peł­nił błąd. W jego spoj­rze­niu go­ściło nie tylko głę­bo­kie za­sko­cze­nie, ale też wy­raźny strach.

- Co ty od­pier­da­lasz, Ce­gła? - za­py­tał do­bit­nie.

- Ra­fal­skiego nikt nie ru­szy - od­parł Misz­tal z przywódczą sta­now­czo­ścią, ja­kiej Szy­mon ni­gdy do­tąd u niego nie sły­szał. Ce­gła mie­rzył w sam śro­dek głowy Smoka i wy­glą­dało na to, że był go­towy na­ci­snąć spust. - Mamy to, po co przy­je­cha­li­śmy - do­dał po chwili, ani na mo­ment nie tra­cąc sku­pie­nia na celu. - Bierz to­war i za­wieź go, gdzie trzeba. Reszta to nie twoja sprawa.

Smok mil­czał, wle­pia­jąc w Ce­głę mor­der­cze spoj­rze­nie. Te­raz cały jego gniew wy­da­wał się sku­piać wła­śnie na ru­dzielcu, który jesz­cze kilka mi­nut temu tkwił bez­bronny, przy­kuty do drzwi sa­mo­chodu. Te­raz ru­dzie­lec wy­da­wał roz­kazy i stała za nim gro­mada słu­gu­sów Zim­nego.

- Ra­fal­ski? - po­wie­dział bro­daty czło­nek bandy i wy­su­nął się krok naprzód. - Syn Ra­fal­skiego? Szy­mon? Mały Szy­mek? Czemu, kurwa, wcze­śniej nie mówi­łeś?! Twój sta­ru­szek za­opie­ko­wał się moją ro­dziną, kiedy sie­dzia­łem.

- A mi dał pierw­szą po­rządną ro­botę - wtrą­cił drugi fa­cet, młod­szy od bro­da­tego. - Dzięki niemu spłaciłem długi.

- Co to ma być?! Ro­dzinny spęd?! In­te­gra­cja po la­tach?! - ob­ru­szył się ner­wowo Smok.

- O, za­mknij się... - roz­ka­zał Ce­gła prze­cią­gle. - Bierz to­war i zjeż­dżaj!

Smok prze­klął do­no­śnie. Szybko otak­so­wał jesz­cze kilka twa­rzy człon­ków bandy (za­pewne szu­ka­jąc wspar­cia), po czym scho­wał broń i pod­szedł do Ra­fal­skiego. Sta­nął tuż przed nim, ma­jąc go na wy­cią­gnię­cie ręki. Pa­trzył mu pro­sto w oczy. Jego zimne spoj­rze­nie zda­wało się gro­zić, ostrze­gać przed ich przy­szłym spo­tka­niem.

Pod­nió­sł­szy z ziemi dwie pę­ka­jące w szwach torby, Smok ru­szył w stronę sa­mo­chodu wraz z kil­koma ludźmi Zim­nego. Chwilę póź­niej od­je­chali, zo­sta­wia­jąc za sobą tu­man ku­rzu.

Bro­daty po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu Szy­mona i z uśmie­chem na twa­rzy po­wie­dział:

- Pa­mię­tam, jak by­łeś taki mały. - Jego dłoń za­wi­sła nie wię­cej jak metr nad zie­mią. - Do­brze było cię dzi­siaj zo­ba­czyć, ale źle, że zna­la­złeś się po tam­tej stro­nie. - Ski­nął w kie­runku domu i przy­mru­żył oczy. Po­tem do­dał: - Przez sza­cu­nek dla Ta­de­usza dzi­siaj nikt cię nie tknie, Szy­mon, ale nie plącz się nam wię­cej pod no­gami.

Życz­li­wie klep­nął Ra­fal­skiego i od­szedł, a reszta po­dą­żyła za nim. Gdy za­częli wsia­dać do sa­mo­cho­dów, w od­dali dało się sły­szeć wy­cie po­li­cyj­nych sy­ren.

- Ce­gła! Psy jadą! - za­wo­łał ktoś z bandy, a Misz­tal smutno uśmiech­nął się do Szy­mona.

- Wię­cej już się nie spo­tkamy - po­wie­dział.

- Pła­kał nie będę - od­parł Ra­fal­ski.

- Wiesz, dla­czego mó­wili na two­jego ojca Ko­bra? Bo to wąż, któ­rego każdy roz­po­znaje. Nie musi ką­sać, żeby lu­dzie się go bali. Samo na­zwi­sko za­ła­twiało sprawę.

- Nie będę je­chał na le­gen­dzie ojca...

- Nie bę­dziesz. Ale mo­żesz mieć wła­sną le­gendę. Te­raz to zo­ba­czy­łem. - Ce­gła pa­trzył na niego przez chwilę w mil­cze­niu.

Sy­reny sta­wały się gło­śniej­sze. Lu­dzie Zim­nego od­pa­lili już sil­niki. Je­den sa­mo­chód od­je­chał. Drugi na­dal cze­kał, choć po mi­nach pa­sa­że­rów dało się do­strzec znie­cier­pli­wie­nie.

- Dziew­czyna? - za­py­tał Ce­gła.

- Była tu­taj - od­parł Szy­mon. - Przy­je­cha­li­śmy za późno.

Ce­gła uśmiech­nął się pół­gęb­kiem, co było szcze­gól­nie iry­tu­jące. Szy­mona opa­no­wało obrzy­dze­nie w sto­sunku do tego czło­wieka i nie wy­bie­lał go na­wet fakt, że gdyby nie on, Smok za­pewne za­koń­czyłby Szy­mo­nowi ży­cie. Miał szczerą na­dzieję, że słowa Misz­tala okażą się prawdą i ni­gdy wię­cej się nie spo­tkają. Coś pod­po­wia­dało mu jed­nak, że może być ina­czej.

Ce­gła od­szedł do sa­mo­chodu, ale nim usiadł za kie­row­nicą, spoj­rzał jesz­cze w stronę dzien­ni­ka­rza.

- Sprawdź pod­piw­ni­cze­nie - rzu­cił, po czym wsiadł i od­je­chał.

W od­dali mi­go­tały już nie­bie­skie i czer­wone świa­tła ra­dio­wo­zów.

Na po­dwó­rzu nie było już ni­kogo prócz Szy­mona. Czy do­brze zro­zu­miał Misz­tala?

Ru­szył w stronę domu, któ­rego drzwi na­gle się otwo­rzyły i wy­biegł z nich Berg, a za nim Młody.

- Co tam się stało?! - wy­pa­lił były ko­mi­sarz, lecz Szy­mon zi­gno­ro­wał jego py­ta­nie i na­wet nie zwol­nił.

- Jest tu­taj piw­nica?! - za­py­tał, prze­kra­cza­jąc próg.

Zdez­o­rien­to­wani jego za­cho­wa­niem po­li­cjanci po­krę­cili gło­wami.

- Czego szu­kasz? Spraw­dzi­li­śmy już bu­dy­nek - za­pew­nił Berg, po­now­nie wcho­dząc do środka.

- Ce­gła mó­wił o piw­nicy!

Berg bez­rad­nie za­prze­czył, a Młody pod­szedł do dwóch za­trzy­ma­nych, szu­ka­jąc in­for­ma­cji. Na­dal upar­cie od­ma­wiali ja­kiej­kol­wiek współ­pracy, więc po­li­cjanci ro­ze­szli się po po­miesz­cze­niach. Tylko Berg i Szy­mon zo­stali ra­zem w po­koju. Wy­mie­nili spoj­rze­nia, jakby obaj ana­li­zo­wali w gło­wach układ bu­dynku, za­miast la­tać bez­myśl­nie po wszyst­kich ką­tach. I wtedy Szy­mon przy­po­mniał so­bie dud­niącą pod­łogę.

Wen­ty­la­tory pra­co­wały na peł­nych ob­ro­tach, a w ko­ry­ta­rzu i tak uno­sił się smród. Drew­niana pod­łoga nie miała wi­docz­nego na pierw­szy rzut oka włazu czy uchwytu, ale głu­chy dźwięk kro­ków zdra­dzał, że pod spodem coś się kryło. Szy­mon za­wo­łał Alinę w na­dziei, że usły­szy od­po­wiedź, jed­nak sły­szał tylko wen­ty­la­tory i szu­ra­nie wła­snych bu­tów po pod­ło­dze.

Gdy Berg otwo­rzył na oścież drzwi po­miesz­cze­nia z wanną, ude­rzył ich smród unie­moż­li­wia­jący swo­bodne od­dy­cha­nie. Szy­mon od­kaszl­nął, ale opa­no­wał tor­sje. Wle­piał spoj­rze­nie w pod­łogę. Na­dal nie wi­dział uchwytu, ale gdy Berg przy­klęk­nął, by pal­cami wy­ba­dać szparę na progu obu po­miesz­czeń, zro­zu­miał, że stoi na wła­zie. Śmiało wszedł więc do cuch­ną­cego po­koju i po­now­nie od­ka­słu­jąc, po­mógł ko­mi­sa­rzowi pod­nieść spo­rej wiel­ko­ści klapę. Unio­sła się cała pod­łoga wen­ty­lo­wa­nego ko­ry­ta­rza, a przed ich oczami uka­zały się schody. Berg od­piął od pa­ska la­tarkę, a gdy tylko ją za­pa­lił, Szy­mon wy­rwał do środka. Stopa ze­śli­zgnęła mu się z jed­nego ze stopni i kilka ostat­nich po­ko­nał, zjeż­dża­jąc na tyłku. Ból mię­dzy że­brami znów dał o so­bie znać, ale Szy­mon pod­niósł się mimo tego. Idący za nim Berg oświe­tlał to, co znaj­do­wało się przed nim. A znaj­do­wało się nie­wiele.

Goła zie­mia. Ściany z su­ro­wych de­sek.

I ona! Sku­lona w kłę­bek pod ścianą. Pra­wie nie­do­strze­galna.

Miała na so­bie je­dy­nie bie­li­znę, a całe jej ciało ob­le­piała zie­mia. Od­dy­chała. Gdy Szy­mon po­ło­żył dłoń na jej lo­do­wa­tym ra­mie­niu, nie­znacz­nie otwo­rzyła oczy i nie­przy­tom­nie na niego spoj­rzała. Wy­glą­dała na odu­rzoną.

Szy­mon okrył Alinę swoją kurtką. Igno­ru­jąc ból i fi­zyczne wy­czer­pa­nie, chwy­cił dziew­czynę pod ra­miona i ra­zem z Ber­giem wy­nie­śli ją z pod­piw­ni­cze­nia.

52

"Uwa­żaj na sie­bie"

Mie­siąc póź­niej

Au­to­bu­sowy Dwo­rzec Za­chodni był jak za­wsze za­tło­czony i gwarny. Lu­dzie cze­ka­jący na od­jazd po­zaj­mo­wali wszyst­kie sie­dze­nia w po­cze­kalni. Nie­któ­rzy coś je­dli, inni roz­ma­wiali albo wpa­try­wali się w gra­jący nad ich gło­wami te­le­wi­zor. Nie mo­gli ni­czego usły­szeć, ale po wie­lo­kroć czy­tali te same pa­ski in­for­ma­cyjne. Te oznaj­miały, że za­trzy­mano war­szaw­skiego strę­czy­ciela Mi­ro­sława O., pseu­do­nim Zimny. Pi­sano, że męż­czyź­nie po­sta­wiono za­rzuty han­dlu ko­bie­tami, czer­pa­nia zy­sków z nie­rządu i zle­ce­nia za­bój­stwa kil­ku­dzie­się­ciu osób. Wspo­mniano też o roz­pusz­cza­niu zwłok w ługu.

Po­dróżni nie zwró­cili uwagi na prze­cho­dzącą przez dwo­rzec parę. On cią­gnął nie­wielką wa­lizkę, ona, wci­ska­jąc ko­smyki wło­sów pod bejs­bo­lową czapkę, po­dą­żała za nim krok za kro­kiem. Wy­szli na ze­wnątrz, gdzie nie­liczni pa­sa­że­ro­wie cze­kali na przy­jazd swo­ich au­to­bu­sów. Kro­piło. Po­de­szli do przy­stanku ozna­czo­nego nu­me­rem sześć. Tam stało naj­wię­cej lu­dzi. Au­to­bus z na­pi­sem: "Lwów" wła­śnie pod­jeż­dżał. Męż­czy­zna spoj­rzał na ko­bietę i po­waż­nym gło­sem za­py­tał:

- Na pewno wszystko wzię­łaś? Masz bi­let i pasz­port? Do­brze scho­wa­łaś pie­nią­dze?

- Tak, Szy­mek. Py­tasz już dzie­siąty raz. Wszystko mam w to­rebce, a pie­nią­dze w bez­piecz­niej­szym miej­scu.

- Do­brze - od­parł i uśmiech­nął się smutno. - Za­dzwoń, jak do­je­dziesz do Lwowa. Póź­niej masz jesz­cze kilka prze­sia­dek...

- Po­ra­dzę so­bie - od­parła i za­pięła kurtkę pod samą szyję. Wiało, więc deszcz za­ci­nał pod wiatę.

Z au­to­busu wy­sia­dło dwóch męż­czyzn. Je­den za­czął pa­ko­wać wa­lizki po­dróż­nych do schowka, drugi spraw­dzał bi­lety.

- Tylko za­dzwoń - po­wtó­rzył Szy­mon, pa­trząc Ali­nie w oczy.

- Za­dzwo­nię!

Chciał coś do­dać, ale dziew­czyna ob­jęła go mocno za szyję.

- Dzię­kuję ci za wszystko.

- Nie mu­sisz mi dzię­ko­wać.

- Mu­szę. I będę do końca ży­cia. Dzięki to­bie jesz­cze zo­ba­czę moją ro­dzinę.

- Może cię kie­dyś od­wie­dzę!

- By­łoby miło - od­parła, wy­cie­ra­jąc rę­ka­wem wil­gotne oczy.

- Uwa­żaj na sie­bie.

- Ty też, re­dak­to­rze.

Po­ca­ło­wała go w po­li­czek. Uśmiech­nął się, po czym prze­ka­zał wa­lizkę Aliny do za­ła­dunku. Sta­nął z boku, gdy jako ostat­nia z pa­sa­że­rów po­da­wała bi­let do kon­troli. We­szła na stop­nie i jesz­cze raz spoj­rzała w jego kie­runku z wdzięcz­no­ścią.

Szy­mon śle­dził jej nie­wy­raźną po­stać prze­ci­ska­jącą się przez wnę­trze au­to­busu. Po chwili usia­dła na swoim miej­scu przy oknie. Po­ma­chała. Od­po­wie­dział jej tym sa­mym. Pa­trzyli na sie­bie bez prze­rwy, jakby pró­bo­wali wy­ryć w pa­mięci swoje twa­rze i ten mo­ment po­że­gna­nia, który mimo szcze­rych chęci zo­ba­cze­nia się kie­dyś po­now­nie mógł być prze­cież ich ostat­nim ra­zem. Kie­rowca od­pa­lił sil­nik i chwilę póź­niej au­to­bus z wolna ru­szył. Szy­mon prze­szedł kilka kro­ków po wy­sepce, aby od­pro­wa­dzić Alinę tak da­leko, jak tylko mógł. Gdy do­tarł do kra­węż­nika, za­trzy­mał się, a po­jazd po­je­chał da­lej.

W jego umy­śle po­ja­wiło się wspo­mnie­nie sprzed mie­siąca. Wspo­mnie­nie nocy, któ­rej od­na­lazł Alinę, bę­dącą już jedną nogą po dru­giej stro­nie ży­cia. Jak przez mgłę pa­mię­tał swoje spo­tka­nie z Ce­głą na mo­ście, a póź­niej dru­gie przy prze­ka­za­niu to­reb z nar­ko­ty­kami. Wy­zy­wa­jące spoj­rze­nie Smoka, który od­je­chał z to­wa­rem. Bo­le­sne po­bi­cie w jego wła­snym miesz­ka­niu. Ostat­nią roz­mowę z Kac­prem Cha­ber­skim. Ostat­nie słowa, które pod­ko­mi­sarz wy­po­wie­dział do Szy­mona: "Spo­tkamy się u Sta­rego!". Otwarte po­że­gna­nie. Ta­kie da­jące na­dzieję. A jed­nak do żad­nego spo­tka­nia nie do­szło.

Pod­ko­mi­sarz Ju­lian Si­kor­ski za­pew­niał, że od­po­wiedni, za­ufani lu­dzie zajmą się sprawą za­bój­stwa Cha­ber­skiego i Chy­żego. Rze­czy­wi­ście szybko udało się zi­den­ty­fi­ko­wać za­równo Smoka, jak i Darka. Jed­nak kiedy po­li­cja przy­je­chała do ich miesz­kań, ni­kogo nie za­stała. Sko­rum­po­wani po­li­cjanci zo­sta­wili za sobą cały swój do­ro­bek, pracę oraz ży­cie. Ucie­kli, nie po­zo­sta­wia­jąc śladów. Przy­naj­mniej tak wy­da­wało się z po­czątku.

Szy­mon wy­cią­gnął z kie­szeni dzwo­niącą komórkę. Od­bie­ra­jąc po­łą­cze­nie, prze­kro­czył kra­węż­nik wy­sepki i ru­szył do bu­dynku dworca.

- Spo­tkamy się za go­dzinę? Tam, gdzie ostat­nio? - za­py­tał męż­czy­zna po dru­giej stro­nie apa­ratu.

- Tak. Do zo­ba­cze­nia - od­parł dzien­ni­karz i prze­rwał po­łą­cze­nie. Obej­rzał się jesz­cze za wy­jeż­dża­ją­cym z płyty dworca au­to­bu­sem. Cze­kał, aż cał­kiem znik­nie mu z pola wi­dze­nia.

53

"Se­ryjni sa­mobójcy za­wsze gra­sują w piątki"

Lo­do­waty deszcz roz­pa­dał się na do­bre. Zda­wać by się mo­gło, że ktoś ro­ze­rwał chmurę na pół, uwal­nia­jąc zgro­ma­dzone w niej hek­to­li­try wody.

Szy­mon prze­je­chał obok umó­wio­nego ad­resu i roz­glą­dał się za miej­scem par­kin­go­wym. Pierw­sze, które wy­pa­trzył, znaj­do­wało się ja­kieś sto me­trów da­lej. Trudno. Naj­wy­żej zmok­nie. Wy­sko­czył z auta i bie­giem ru­szył przed sie­bie. Pod za­da­sze­niem już cze­kał na niego męż­czy­zna w czar­nej kurtce, z kap­tu­rem za­cią­gnię­tym na głowę.

- Tak bez pa­ra­sola? - rzu­cił za­miast po­wi­ta­nia.

Dzien­ni­karz otarł twarz z zim­nego desz­czu, otrze­pał ręce i za­py­tał:

- Masz to­war?

Kap­tur przy­tak­nął, po czym wy­cią­gnął z kie­szeni di­lerkę za­wie­ra­jącą biały pro­szek. Dzien­ni­karz wrę­czył mu po­spiesz­nie kilka bank­no­tów i scho­wał nar­ko­tyki do kie­szeni płasz­cza.

- Ja­kieś in­for­ma­cje? - do­py­tał, gdy di­ler scho­wał pie­nią­dze bez prze­li­cze­nia.

- Może, ale nic po­twier­dzo­nego. Zna­jomy z Pod­la­sia, który robi w prze­rzu­cie do sto­licy, mó­wił, że od nie­dawna pra­cuje dla nich ja­kiś ko­leś z ta­tu­ażem smoka. Wi­dział go tylko raz i na ra­zie nie wie, co to za je­den. Nie chciał wy­py­ty­wać na chama, ale po­wie­dział, że za­dzwoni, jak tylko cze­goś się do­wie.

- Dzięki.

- Nie ma sprawy. Ro­bię to tylko przez wzgląd na pa­mięć o twoim sta­rym. Był do­brym pra­co­dawcą - od­parł męż­czy­zna, po­pra­wia­jąc kap­tur, po czym, pusz­cza­jąc do Szy­mona oko, do­dał: - Po­zdrów Procę.

- Jakby Proca się do­wie­dział, udu­siłby mnie, a cie­bie wy­słał do paki.

- On nie ma już ta­kich moż­li­wo­ści.

- Ale jego ko­le­dzy mają - od­parł Ra­fal­ski, ro­biąc krok do tyłu. Na od­chodne uniósł rękę w ge­ście po­że­gna­nia i bie­giem ru­szył z po­wro­tem do sa­mo­chodu.

Miał jesz­cze jedno spo­tka­nie tego wie­czoru. Spo­tka­nie, na które cze­kał od wielu ty­go­dni.

Z aspi­ran­tem Ro­ber­tem Ba­czu­kiem umó­wili się w ka­wiarni przy placu Trzech Krzyży. Oczy­wi­ście par­ko­wa­nie po­now­nie na­strę­czyło pro­ble­mów. Szy­mon po­my­ślał, że bar­dziej i tak już nie zmok­nie. Za­brał le­żący na fo­telu pa­sa­żera ple­cak. Prze­biegł pół ki­lo­me­tra i zzia­jany wszedł do ka­wiarni.

W rogu po­miesz­cze­nia, z któ­rego roz­cią­gał się do­bry wi­dok na wej­ście i całe wnę­trze lo­kalu, sie­dział jego przy­ja­ciel. Już na pierw­szy rzut oka wy­dał się Ra­fal­skiemu wy­chu­dzony. Nie był jed­nak tak blady jak wtedy, gdy Szy­mon wi­dział go nie­przy­tom­nego na szpi­tal­nym łóżku. W spoj­rze­niu miał nie­spo­dzie­waną ła­god­ność i spokój, które wy­da­wały się cał­kiem no­wym zja­wi­skiem. Przy­wi­tał dzien­ni­ka­rza szyb­kim ski­nie­niem oraz pół­u­śmie­chem, którym do­dał Szy­mo­nowi od­wagi.

- Dziw­nie brzmiał twój głos przez te­le­fon - za­czął po­li­cjant, gdy ocie­ka­jący desz­czem Ra­fal­ski prze­wie­szał odzie­nie przez krzesło.

- Nieła­two przy­cho­dzi mi przy­zna­wa­nie się do błędów.

Ro­bert przy­tak­nął. Nie roz­ma­wiali od czasu ich ostat­niej kłótni, jed­nak obaj do­sko­nale orien­to­wali się, przez co każdy z nich prze­cho­dził ostat­nimi ty­go­dniami.

- Ja też po­wi­nie­nem prze­pro­sić - oce­nił aspi­rant. - Mocno prze­sa­dzi­łem ostat­nim ra­zem.

- Mia­łeś prawo się zde­ner­wo­wać - od­parł dzien­ni­karz i po­cią­gnął no­sem. Drżał od chłodu. Z ko­smyków włosów są­czyły mu się kro­ple desz­czu, więc prze­cze­sał je pal­cami do tyłu.

- Zamówię ci her­batę - rzu­cił Ro­bert i nie­spiesz­nie wstał od stołu. Pro­stu­jąc się, zła­pał dłonią za prawy bok.

Szy­mon po­my­ślał, że pew­nie tam przy­ja­ciel otrzy­mał cios nożem.

Z ra­do­ścią przy­jął po­sta­wiony przed nim ku­bek go­rą­cej her­baty. Ob­jął go zmar­z­nię­tymi dłońmi. Ostroż­nie upił łyk na­paru, po czym się­gnął do ple­caka. Wy­do­był z niego fol­der za­wie­ra­jący kilka do­ku­mentów. Spo­mię­dzy kar­tek wy­su­nął jedną fo­to­gra­fię i poło­żył ją przed przy­ja­cie­lem. Przed­sta­wiała skąpane we krwi zwłoki Chy­żego.

- Znowu masz zdję­cie z miej­sca zbrodni? Ni­czego się jesz­cze nie na­uczy­łeś? - za­py­tał aspi­rant, pio­ru­nu­jąc Szy­mona spoj­rze­niem.

- Tym ra­zem to nie jest tak, jak my­ślisz. To zdję­cie zo­stało mi wy­słane MMS-em jako ostrze­że­nie w dzień zabójstwa Kac­pra. To jest mój in­for­ma­tor. Był... - wy­ja­śnił Szy­mon i po chwili do­koń­czył: - Był po­li­cjan­tem.

- Sa­mobójstwo? - do­cie­kał Ro­bert, bio­rąc do ręki zdję­cie.

- Po­zo­ro­wane. Za­ła­twili go ko­le­dzy po fa­chu.

- Dla­czego nie pójdziesz z tym do pro­ku­ra­tury? To zdję­cie jest do­wo­dem.

- Przy­cho­dzę z tym do cie­bie - od­parł Szy­mon i dys­kret­nie obej­rzał się za sie­bie. Na­chy­lił się nad sto­łem i ści­szo­nym gło­sem do­dał: - Za­ła­twili go nie­bez­pieczni lu­dzie. Ci sami za­mor­do­wali Kac­pra. W obu przy­pad­kach nie wia­domo tylko, kto po­cią­gnął za spust i kto trzy­mał nóż.

- Może le­piej byś zro­bił, zo­sta­wia­jąc to pro­fe­sjo­na­li­stom, co? Czy Młody nie ma tej sprawy na ta­pe­cie?

- Ma, ale jego lu­dzie utknęli w mar­twym punk­cie. Mnie nie słu­chają. Je­żeli wsta­wisz się za mną, ale sam wnie­siesz in­for­ma­cje...

- Szy­mon, oni so­bie po­ra­dzą, a ty po­wi­nie­neś trzy­mać głowę ni­sko. Wy­jedź gdzieś na wa­ka­cje. Ukryj się. Prze­cież ty też pod­pa­dłeś tym lu­dziom!

- Mam się scho­wać do nory, bo kry­mi­na­li­ści cho­dzą na wol­no­ści? Chcę, że­byś mi po­mógł, nie od­wa­lał za mnie ro­botę, Rob­son! My­ślisz, że po­zwolę, żeby śmierć Cha­bra i Chy­żego prze­szły nie­zau­wa­żone? Nie­wy­ja­śnione?! Wszy­scy wiele mi obie­cy­wali: Berg, Tyszka, Młody... Wszy­scy się za­an­ga­żo­wali, ale efek­tów nie ma. Młody, ow­szem, po­su­nął sprawę su­te­ner­stwa, Zimny sie­dzi, cze­ka­jąc na roz­prawę, ale mor­dercy Cha­bra i Chy­żego ucie­kli, a sprawa ugrzę­zła.

- To jest Chyży? - do­py­tał aspi­rant, lekko uno­sząc zdję­cie.

Szy­mon przy­tak­nął.

- Zgad­nij, kiedy go ska­so­wali - za­gad­nął Szy­mon, wi­dząc ro­snące w spoj­rze­niu przy­ja­ciela za­in­te­re­so­wa­nie.

- W pią­tek? - od­parł aspi­rant.

- Strzał w dzie­siątkę. Se­ryjni sa­mobójcy za­wsze gra­sują w piątki, bo sek­cję zwłok prze­pro­wa­dza się do­piero w po­nie­działki. Czas upływa i niektóre ślady zni­kają. Jak­bym kie­dyś po­sta­no­wił ze sobą skoń­czyć, to wiedz, że zro­bię to w po­nie­dzia­łek - od­parł dzien­ni­karz.

- To naj­bar­dziej ob­le­gany przez sa­mobójców dzień.

- Obie­cuję, że grzecz­nie po­cze­kam w ko­lejce.

- Po­słu­chaj mnie, Szy­mon. Ro­zu­miem, że je­steś bo­jowo na­sta­wiony, i znam po­wód. Cha­ber­ski był twoim bli­skim przy­ja­cie­lem. Ale nie je­steś na­wet gli­nia­rzem, a za­cho­wu­jesz się te­raz jak pie­przony John Wick szu­ka­jący ze­msty!

Szy­mon nie od­po­wie­dział na po­sta­wiony mu za­rzut. Upił łyk her­baty i świ­dro­wał przy­ja­ciela za­czep­nym spoj­rze­niem.

- To po­mo­żesz mi czy nie?

- Prze­cież wiesz, że tak - od­po­wie­dział aspi­rant bez wa­ha­nia. - Sam cię na­ci­ska­łem, że­byś za­jął się w końcu praw­dzi­wym dzien­ni­kar­stwem śled­czym. Zna­la­złeś te­mat han­dlu pro­sty­tut­kami... Sie­dzimy w tym ra­zem. Kto­kol­wiek za­ła­twił tego po­li­cjanta, nie miał żad­nych skru­pu­łów. Oczy­wi­ście, nie jest trudno po­zba­wić ży­cia nie­wy­god­nego czło­wieka i upo­zo­ro­wać jego sa­mo­bój­stwo, ale my­śle­nie, że coś ta­kiego uj­dzie pła­zem, świad­czy albo o sza­leń­stwie, albo o tym, że ma się po swo­jej stro­nie bar­dzo wpły­wo­wych lu­dzi.

Aspi­rant utkwił spoj­rze­nie w wy­dru­ko­wa­nej fo­to­gra­fii. Ba­dał każdy jej cen­ty­metr.

- Be­stie - wy­szep­tał.

- Po­li­cjan­tów było dwóch - po­wie­dział Szy­mon, od­su­wa­jąc ku­bek z her­batą od ust. - Aspi­rant Da­riusz Gło­gow­ski i Smok, czyli sier­żant Sta­ni­sław Re­wus. Da­rek znik­nął za­raz po za­bój­stwie Kac­pra, ale Smok po­ja­wił się z ludźmi Zim­nego, gdy zna­leź­li­śmy Alinę. Po­tem od­je­chał z nar­ko­ty­kami. Mam in­for­ma­cję, jesz­cze nie po­twier­dzoną, że na Pod­la­siu wśród han­dla­rzy nar­ko­ty­ków po­ja­wił się nowy czło­wiek z ta­tu­ażem smoka na szyi. Przy­pa­dek?

- Może?

- Cha­ber po­wta­rzał, że w po­li­cyj­nej ro­bo­cie przy­pa­dek to rzad­kość.

Ro­bert zmie­rzył Szy­mona uważ­nym spoj­rze­niem. Czy do­strzegł jego cier­pie­nie? Jego po­trzebę po­zna­nia prawdy? Być może. Mimo dzie­lą­cych ich róż­nic znali się i ro­zu­mieli do­sko­nale.

- Znaj­dziemy ich - za­pew­nił Ro­bert, na­chy­la­jąc się nad sto­łem. Po­pa­trzył przy­ja­cie­lowi w oczy. - Zro­bię, co w mo­jej mocy, żeby tych dwóch sta­nęło przed są­dem, ale mu­sisz mi wszystko opo­wie­dzieć. Co się z tobą działo przez ostat­nie ty­go­dnie? O co cho­dziło z tą dziew­czyną? I jest wa­ru­nek: mu­sisz opo­wie­dzieć mi wszystko. Całą prawdę i tylko prawdę.

- Od czego by tu za­cząć...

- Od po­czątku, stary. Za­cznij od po­czątku - od­parł aspi­rant.

Cia­łem Szy­mona mi­mo­wol­nie wstrzą­snęły dresz­cze. Za oknem bły­snęło ja­sne świa­tło. Po­tem ude­rzył grzmot.

6

"Męż­czy­zna po­wi­nien ro­snąć, zdo­by­wać, pa­trzeć w stronę ho­ry­zontu"

Za każ­dym ra­zem, gdy te­le­fon wy­da­wał z sie­bie dźwięk, Szy­mon mo­men­tal­nie za niego ła­pał, żeby zer­k­nąć na wy­świe­tlacz. Był przy­go­to­wany do spo­tka­nia z Ce­głą już od paru dni. Pod­słuch zo­stał uzbro­jony w kartę SIM, któ­rej nu­mer po­sia­dał Kac­per Cha­ber­ski. Miał za­dzwo­nić, gdy do­sta­nie sy­gnał od Szy­mona, pod­słu­chi­wać roz­mowę i śle­dzić lo­ka­li­za­cję urzą­dze­nia, gdyby do­szło do nie­spo­dzie­wa­nego prze­miesz­cza­nia się. Nie mógł użyć ka­mery ukry­tej w oku­la­rach, bo Ce­gła mógłby zwę­szyć pod­stęp. Od­pa­dała też ka­mera ukryta w kra­wa­cie, dłu­go­pi­sie czy kubku do kawy, który mógłby wy­lą­do­wać w ko­szu na śmieci szyb­ciej, niż za­re­je­stro­wałby co­kol­wiek. Pod­słuch mu­siał wy­star­czyć.

Szy­mon każ­dego dnia przy­cho­dził do baru, w któ­rym się spo­tkali. Za­czy­nał po­dej­rze­wać, że dawny zna­jomy się roz­my­ślił, ale Ce­gła w końcu za­dzwo­nił.

- Cześć, Szy­mek! Co u cie­bie? - za­czął ra­do­śnie. Nie po­cze­kał jed­nak na od­po­wiedź, ale od razu kon­ty­nu­ował: - Mo­żemy się spotkać dzi­siaj wie­czo­rem?

- Ja­sne! Tylko gdzie? - pa­dła szybka od­po­wiedź.

Do spo­tka­nia miało dojść w luk­su­so­wym ho­telu w cen­trum War­szawy. Umó­wili się w ba­rze na par­te­rze o go­dzi­nie dwu­dzie­stej pierw­szej.

Wie­czór był zimny i po­chmurny. Pięt­na­ście mi­nut przed cza­sem Szy­mon, sie­dząc w swoim czer­wo­nym che­vro­le­cie, uru­cho­mił sprzęt na­gry­wa­jący. Wie­dział, że Cha­ber­ski za chwilę spa­ruje urzą­dze­nie ze swoim te­le­fo­nem i roz­pocz­nie pod­słu­chi­wa­nie. Tak byli umó­wieni. Szybko prze­biegł od sa­mo­chodu do drzwi ho­te­lo­wych. Miał na so­bie tylko ko­szulkę i ma­ry­narkę, więc chłód nie­przy­jem­nie prze­szył jego ciało. Za­trząsł się, kiedy wszedł do środka, i ro­zej­rzał wo­koło w po­szu­ki­wa­niu baru. Do­strzegł go po pra­wej stro­nie.

Ni­g­dzie jed­nak nie wi­dział Ce­gły. Ze­ga­rek po­ka­zy­wał dwu­dzie­stą pięć­dzie­siąt, więc dzien­ni­karz na­sta­wił się na przy­naj­mniej kil­ka­na­ście mi­nut cze­ka­nia. Sta­nął przy ba­rze i za­mó­wił szklankę whi­sky na roz­grza­nie i roz­luź­nie­nie ner­wów. Wy­chy­lił ją, po czym za­mó­wił ko­lejną, z którą usiadł na ba­ro­wym krze­śle. W gło­wie sły­szał głos Cha­ber­skiego, który sta­now­czo od­ra­dzał pi­cie "na służ­bie".

Dys­kret­nie ro­zej­rzał się po twa­rzach go­ści. Ni­kogo nie roz­po­zna­wał. Za­krę­cił swoją szklanką. Są­czył te­raz tru­nek po­woli. Dłu­żyło mu się cze­ka­nie i wal­czył ze sobą, by nie zer­kać co chwilę na ze­ga­rek.

O wpół do dzie­sią­tej Szy­mon za­czął po­dej­rze­wać, że Ce­gła już się nie po­jawi. Sie­dzący w ba­rze lu­dzie wy­mie­niali się bez prze­rwy. Jedni wy­cho­dzili, dru­dzy przy­cho­dzili. Kilka mi­nut wcze­śniej trzy krze­sła da­lej usia­dła atrak­cyjna ko­bieta. Do­strzegł ją od razu, bo była zu­peł­nie w jego ty­pie. Szczu­pła, ale o ko­bie­cych kształ­tach. Ciem­no­włosa, z du­żymi oczami i czer­wo­nymi ustami. Była ele­gancko ubrana. Do­pa­so­wana spód­nica i ża­kiet pod­kre­ślały jej zgrabną fi­gurę. Na krze­śle obok po­ło­żyła skó­rzaną ak­tówkę. "Biz­ne­swo­man" - po­my­ślał Szy­mon. Ko­bieta spoj­rzała w bok, a gdy za­ha­czyła o wzrok dzien­ni­ka­rza, nie spe­szyła się wcale. Po­słała mu de­li­katny uśmiech, który Szy­mon z przy­jem­no­ścią od­wza­jem­nił. Szybko skar­cił się w my­ślach za roz­pra­sza­nie uwagi i po­now­nie zer­k­nął na ze­ga­rek.

Parę mi­nut póź­niej le­żący przed nim te­le­fon za­wi­bro­wał le­ni­wie. Szy­mon od­czy­tał SMS od Ce­gły od­wo­łu­ją­cego spo­tka­nie i wes­tchnął roz­cza­ro­wany. Sie­dząca nie­da­leko ko­bieta są­czyła drinka przez słomkę, przy­glą­da­jąc się dzien­ni­ka­rzowi z za­cie­ka­wie­niem.

- Dziew­czyna cię wy­sta­wiła? - za­gad­nęła w końcu. Za­sko­czyła go swoją bez­po­śred­nio­ścią.

- Zna­jomy - od­po­wie­dział. - In­te­resy.

- Po­win­nam była się do­my­ślić. Dziew­czyna ra­czej by nie zre­zy­gno­wała - do­dała za­czep­nie i uśmiech­nęła się uro­czo.

W jej wy­mo­wie dźwię­czała wschod­nia nuta, któ­rej Szy­mon nie był jesz­cze pewny.

Po­my­ślał, że może ten wie­czór nie musi iść na zmar­no­wa­nie. Pod­niósł się z krze­sła, roz­pro­sto­wał spięte plecy i ze swoją szklanką w dłoni pod­szedł do ko­biety.

- Mogę się do­siąść?

- Pew­nie - od­parła, prze­kła­da­jąc ak­tówkę na dru­gie krze­sło.

- Szy­mon Ra­fal­ski - przed­sta­wił się, po­da­jąc jej rękę.

Uści­snęła ją pew­nie, choć dłoń miała miękką i de­li­katną.

- Wik­to­ria.

- Je­steś tu służ­bowo? W War­sza­wie?

- Jak zga­dłeś? - Za­śmiała się, pre­zen­tu­jąc do­brze do­pa­so­wany ko­stium. - W ta­kim miej­scu, w ta­kim stroju... Tu może cho­dzić wy­łącz­nie o biz­nes.

- Na tu­rystkę rze­czy­wi­ście nie wy­glą­dasz. Mam na­dzieję, że twoje spo­tka­nie po­szło dużo le­piej niż moje.

- Od­było się. Cho­ciaż na efekty mu­szę jesz­cze po­cze­kać. Za­wsze jest tak samo. Przy­jazd do sto­licy, szyb­kie spo­tka­nie, ta­kie ob­wą­chi­wa­nie się, wy­czu­wa­nie sy­tu­acji, za­pew­nia­nie, że u nas bę­dzie ta­niej i szyb­ciej niż u kon­ku­ren­cji... Nikt w tym kraju nie pyta o ja­kość usług.

- Czym się zaj­mu­jesz?

- Za­bez­pie­cze­niem.

- Za­bez­pie­cze­niem?

- Tak. Za­kła­damy sys­temy ochronne na kom­pu­tery. Ob­słu­gu­jemy duże kor­po­ra­cje. Firmy far­ma­ceu­tyczne, ga­zety...

- Może za­bez­pie­cza­cie też moją firmę? Je­stem dzien­ni­ka­rzem.

- A to do­bra ga­zeta? Bo my współ­pra­cu­jemy tylko z naj­lep­szymi - od­parła, pusz­cza­jąc mu oko.

- Ga­zeta marna, ale dzien­ni­karz na po­zio­mie. Już nie­długo u nich za­ba­wię. Mam więk­sze am­bi­cje.

- To do­brze! Męż­czy­zna po­wi­nien ro­snąć, zdo­by­wać, pa­trzeć w stronę ho­ry­zontu.

- Ład­nie po­wie­dziane - przy­znał, mru­żąc oczy.

Po­do­bała mu się i o ile nie my­lił go jego we­wnętrzny ra­dar, ona też po­czuła do niego miętę. Rzu­cił okiem na jej ręce. Nie za­uwa­żył obrączki ani pier­ścionka za­rę­czy­no­wego. Miała czy­ste, za­dbane dło­nie po­zba­wione ja­kich­kol­wiek ozdób.

- Skąd je­steś? - za­py­tał po chwili.

- Zdra­dził mnie ak­cent?

- Tro­szeczkę - przy­znał z uśmie­chem - ale po­trze­bo­wa­łem chwili, żeby się upew­nić.

- Uro­dzi­łam się we Lwo­wie, ale te­raz miesz­kam w Ełku i wal­czę z ak­cen­tem.

- Nie­po­trzeb­nie! Po­wiem ci, że Ełk znam bar­dzo do­brze! Jeź­dzi­łem tam z ro­dzi­cami nad je­ziora. Ko­ja­rzy mi się z wa­ka­cjami, dzie­ciń­stwem i cał­kiem do­brymi cza­sami. A... pew­nie twój part­ner nie prze­pada za tymi wy­jaz­dami służ­bo­wymi?

- Może gdy­bym ja­kie­goś miała, toby nie prze­pa­dał. Dużo pra­cuję, nie mam czasu na stały zwią­zek.

- Może nie spo­tka­łaś jesz­cze tego je­dy­nego, war­tego za­chodu?

- Może! - przy­tak­nęła z uśmie­chem.

Szy­mon czuł się jak ryba w wo­dzie. Roz­mowa z piękną ko­bietą, flirt, to były sy­tu­acje, w których mógł za­bły­snąć.

- Ju­tro wra­cam do domu - do­dała Wik­to­ria po chwili.

- Ju­tro. A dzi­siaj?

Zerknęła na ze­ga­rek.

- Oba­wiam się, że nie mam już czasu na zwie­dza­nie Ła­zie­nek i Zamku Królew­skiego. Ogra­ni­czę się do do­pi­cia tego drinka i po­zwie­dzam swój ho­te­lowy pokój.

- Za­trzy­mu­jesz się tu­taj? Twoja firma musi cał­kiem nie­źle pro­spe­ro­wać, skoro lo­kuje pra­cow­ników w ta­kim miej­scu!

- Za­do­wo­lony pra­cow­nik to wy­dajny pra­cow­nik. Twoja ga­zeta pew­nie nie po­zwo­li­łaby ci na taki luk­sus.

Szy­mon po­czuł się nie­zręcz­nie. Ko­bieta nie mówiła do niego z wyż­szo­ścią, jed­nak jej słowa przy­po­mniały mu o dawno utra­co­nym oj­cow­skim bo­gac­twie. Był te­raz wolny, nie­za­leżny i sam bu­do­wał swoją przy­szłość, jed­nak efekty, które osią­gał, nie do końca go za­do­wa­lały. Nie do­ra­stał tej ko­bie­cie do pięt, ale znał swoją war­tość i znał swoje mocne strony. Uśmiech­nął się pół­gęb­kiem, uniósł do góry brew i od­parł:

- Po­koje w ta­kich ho­te­lach mogę so­bie po­oglą­dać je­dy­nie w In­ter­ne­cie.

- Może nie.

Ko­bieta pa­trzyła na niego bez cie­nia wstydu. Czuł, do czego zmie­rza ta roz­mowa, i za­sta­na­wiał się, czy Wik­to­ria ro­biła to na każ­dym wy­jeź­dzie służ­bo­wym. Na­wet je­śli tak było, nie prze­szka­dzało mu to. Była atrak­cyjna, wolna i chętna. Była tu i te­raz.

- Masz ochotę zo­ba­czyć, jak wy­glą­dają po­koje na żywo? - spy­tała. - Mo­żesz już nie mieć dru­giej oka­zji.

Na­chy­lił się ku niej i mięk­kim gło­sem od­po­wie­dział:

- Cechą do­brego dzien­ni­ka­rza jest otwar­tość i cie­ka­wość świata. Z chę­cią rzucę okiem na ten pokój.

Uśmiech­nęła się zna­cząco i do­piła drinka do dna. Szy­mon też wy­chy­lił szklankę i za­pła­cił za nich oboje. Pra­wie za­po­mniał o ukry­tym w kla­pie ma­ry­narki pod­słu­chu. Ru­szył kilka kro­ków za ko­bietą. Wy­cią­gnął z ukry­tej kie­szeni urzą­dze­nie i nim je wy­łą­czył, wy­szep­tał do mi­kro­fonu:

- Nie myśl, że dam ci posłuchać, co bę­dzie da­lej.

7

"Nie chcia­łem kom­pli­ko­wać sy­tu­acji"

Gdy tylko drzwi windy się za­mknęły, Wik­to­ria agre­syw­nie przy­warła ustami do Szy­mona. Cho­ciaż spał już z kil­koma ko­bie­tami, cze­goś po­dob­nego ni­gdy wcze­śniej nie do­świad­czył. Wi­docz­nie uznała ich flirt przy ba­rze za wy­star­cza­jącą grę wstępną, a on nie miał za­miaru pro­te­sto­wać. Jedną dło­nią zła­pał ko­bietę za po­śla­dek, a drugą wto­pił w jej gę­ste, ciemne włosy. Kiedy po­dą­żał za nią ko­ry­ta­rzem, nie mógł ode­rwać oczu od jej prze­pięk­nych kształ­tów, ści­śnię­tych zgrab­nie przez ołów­kową spód­nicę. Zu­peł­nie jakby ruch jej bio­der hip­no­ty­zo­wał go i wpro­wa­dzał w błogi stan za­po­mnie­nia o ota­cza­ją­cym go świe­cie. Od­dał się temu za­po­mnie­niu bez reszty.

Byłby go­towy od razu przy­stą­pić do dzia­ła­nia, gdy tylko za­mknęły się za nimi drzwi po­koju. Jed­nak ko­bieta od­su­nęła się nieco, wy­cią­gnęła rękę ku noc­nej szafce, z któ­rej po chwili wy­cią­gnęła pre­zer­wa­tywę. Jej przy­go­to­wa­nie spra­wiło, że w gło­wie dzien­ni­ka­rza po­ja­wiło się py­ta­nie, czy gdyby przy ba­rze sie­dział inny męż­czy­zna, te­raz to on, a nie Szy­mon, ca­ło­wałby jej roz­grzane ciało.

Uśmiech­nął się jed­nak i ro­ze­rwał opa­ko­wa­nie, po­ma­ga­jąc so­bie zę­bami. Po­sta­no­wił nie my­śleć za wiele. Od­su­nął na bok ha­mulce mo­ralne, dzwo­niącą mu w gło­wie kry­tykę przy­ja­ciół, nie­gdyś zra­nione zdradą serce. Po­sta­no­wił od­dać się chwili i czer­pać z niej jak naj­wię­cej przy­jem­no­ści tak długo, jak bę­dzie to moż­liwe.

Ro­bił wszystko, by prze­cią­gać de­li­katne piesz­czoty. Ca­ło­wał ko­bietę po szyi, pier­siach, brzu­chu, sto­pach, jakby oprócz sa­mego seksu szu­kał cze­goś jesz­cze. Praw­dzi­wego po­łą­cze­nia, cze­goś, co prze­trwa dłu­żej niż jedną noc: więzi. Wy­da­wało mu się, że ją zna­lazł, ale wtedy Wik­to­ria za­marła na mo­ment. Jej włosy de­li­kat­nie ła­sko­tały go po twa­rzy, a ona spoj­rzała mu w oczy. Nie miał pew­no­ści, co zo­ba­czył w tym spoj­rze­niu. Wy­da­wało mu się, że była w nich odro­bina smutku, ja­kie­goś sen­ty­mentu lub bez­sil­no­ści.

- Coś nie tak? - za­py­tał czule, wy­wi­ja­jąc ko­smyk jej włosów za ucho.

- Nie, wszystko do­brze - od­parła uspo­ka­jająco.

Po chwili unie­sie­nia ko­bieta de­li­kat­nie opa­dła na łóżko. Szy­mon ścią­gnął pre­zer­wa­tywę, za­wią­zał na niej su­pe­łek, po czym odło­żył ją na pod­łogę.

- Chodź do mnie - wy­szep­tał, przy­cią­ga­jąc Wik­to­rię do sie­bie, ale ona wy­wi­nęła się z uści­sku.

- Za­raz wrócę - od­parła z bla­dym uśmie­chem. Prze­szła do ła­zienki, skąd rze­czy­wi­ście wró­ciła po krót­kiej chwili. Do­szła do lo­dówki, z któ­rej wy­jęła małą bu­telkę wody mi­ne­ral­nej.

Stała tak przez mo­ment w sła­bym świe­tle, a Szy­mon już wy­raź­nie do­strze­gał jej za­my­śle­nie i smu­tek. Po­dała mu bu­telkę, z której po­cią­gnął kilka łyków. Kiedy zła­pała wodę z po­wro­tem, chwy­cił ją za nad­gar­stek i de­li­kat­nie przy­cią­gnął do sie­bie.

- Przy­tul się jesz­cze - po­pro­sił, a ona po­ło­żyła się obok i wtu­liła w jego roz­grzane, spo­cone ciało. Gła­skał ją po ra­mie­niu i raz po raz skła­dał na jej gło­wie czuły po­ca­łu­nek. - Chciał­bym jesz­cze się z tobą zo­ba­czyć - wy­znał po chwili, a Wik­to­ria spoj­rzała na niego nie­pew­nie. - Może tym ra­zem w ciągu dnia, na ka­wie? Za­pro­szę cię na praw­dziwą randkę! Taką z ko­la­cją w do­brej re­stau­ra­cji. Może na­wet pój­dziemy do te­atru? Lu­bisz te­atr?

- Szy­mon, ja prze­cież wy­jeż­dżam ju­tro rano.

- No wiem... Ale to nie zna­czy, że nie mo­żesz wró­cić. I ja z chę­cią przy­je­chał­bym do Ełku! Ma­cie w Ełku te­atr? Kie­dyś była tam do­bra re­stau­ra­cja w cen­trum, ale mi­nęło już wiele lat...

- Co ty kom­bi­nu­jesz? - za­py­tała jakby zbita z tropu. - My­śla­łam, że ro­bimy to raz. Seks bez zo­bo­wią­zań. Żad­nych ocze­ki­wań...

Spoj­rzał na nią zmie­szany. Może jed­nak po­peł­nił błąd. Może jego po­trzeby były inne, głęb­sze niż ocze­ki­wa­nia Wik­to­rii.

- Nie chcia­łem kom­pli­ko­wać sy­tu­acji - wy­du­sił, ma­sku­jąc roz­cza­ro­wa­nie uśmie­chem.

Wy­buch eks­cy­ta­cji i bli­sko­ści, któ­rych przed chwilą do­świad­czył, cał­kiem za­mą­ciły mu w gło­wie. Przez uła­mek se­kundy wi­dział swoje ży­cie obok niej. Po­czuł, że chciałby być z nią już za­wsze, cał­kiem jakby rzu­ciła na niego ja­kiś urok, a te­raz na­gle wszystko ode­brała. Może tak wła­śnie dzia­łał praw­dziwy świat? Może zdrada i przy­godny seks były w po­rządku, a to z Szy­mo­nem było coś nie tak?

- Nie mu­simy się wię­cej wi­dy­wać - do­dał po chwili, żeby nie zo­sta­wić po so­bie wra­że­nia sen­ty­men­tal­nego mię­czaka - ale je­śli chcia­ła­byś, to ja bar­dzo chęt­nie... I za­pro­sze­nie na randkę jest ak­tu­alne, i bę­dzie... ważne ja­kiś mie­siąc.

Uśmiech­nął się, a ona par­sk­nęła pod no­sem. Mówi się, że je­śli męż­czy­zna po­trafi roz­ba­wić ko­bietę, to mają szanse na stwo­rze­nie do­brego związku. Naj­wy­raź­niej ro­ko­wa­nia Szy­mona były cał­kiem wy­so­kie, jed­nak jego na­dzieja po­now­nie zga­sła wraz z uśmie­chem na twa­rzy Wik­to­rii.

- Nie chciał­byś tej randki, gdy­byś wie­dział wię­cej.

- No, te­raz to mnie za­in­try­go­wa­łaś - od­parł, uno­sząc się na łok­ciu. Na prze­kór po­wa­dze ko­biety uśmiech­nął się. - Po­ru­szy­łaś bar­dzo wraż­liwą dzien­ni­kar­ską strunę, która każe mi po­wie­dzieć: "Mów da­lej".

Mil­cze­nie Wik­to­rii zdra­dzało, że ża­ło­wała po­ru­szo­nego te­matu, ale Szy­mon miał świa­do­mość, że tak wła­śnie dzia­łał na lu­dzi: wzbu­dzał za­ufa­nie, ocza­ro­wy­wał.

- Tak jak mó­wi­łam - za­częła po chwili - nie mam czasu na zwią­zek czy randki. Mu­szę... mieć swo­bodę.

Uło­żył się i ob­jął ją ra­mie­niem. Na tę jedną noc chciał cie­szyć się jej to­wa­rzy­stwem, nie mar­twiąc się o ju­tro. Miał jed­nak wra­że­nie, że swo­boda Wik­to­rii była fa­sadą. A może tylko chciał, żeby tak było. Ile nam z wol­no­ści, kiedy nie mamy ni­czego, na czym nam za­leży? Po co nie­za­leż­ność, gdy na­le­żąc do sie­bie sa­mego, od­czu­wamy je­dy­nie jesz­cze więk­szą pustkę? Za­sta­na­wia­jąc się nad tym, za­snął.

8

"Co jest to­wa­rem?"

Zmę­cze­nie i cie­pło bi­jące z ciała Wik­to­rii szybko go uśpiły. Nie za­snął na długo. Za­le­d­wie na kilka mi­nut. Po­budka była gwał­towna i nie­przy­jemna, gdyż spo­wo­do­wało ją na­głe otwar­cie drzwi.

- Co jest? - za­py­tał zdez­o­rien­to­wany.

Na­dal czuł Wik­to­rię w swo­ich ob­ję­ciach. Zdzi­wił się więc, kiedy nie­spo­dzie­wa­nie roz­bły­sło świa­tło w ho­te­lo­wym po­koju. Szy­mon przy­sło­nił oczy ręką. Czuł, jak ko­bieta wy­suwa się z jego ra­mion. Przez za­spany umysł z pręd­ko­ścią bły­ska­wicy prze­le­ciała myśl o za­ta­jo­nym przed nim mężu. Te­raz to on oka­zał się tym trze­cim! Kiedy już spo­dzie­wał się, że ja­kiś roz­wście­czony fa­cet zwali mu na głowę grad po­tęż­nych cio­sów, usły­szał zna­jomy głos.

- Dzień do­bry, go­łąbki, a ra­czej do­bry wie­czór.

Szy­mon przy­mru­żył oczy i zmu­sił się, by spoj­rzeć na męż­czy­znę.

- Ce­gła? Co, do cho­lery...

Ce­gła ro­zej­rzał się po po­koju, na­step­nie ze­brał z pod­łogi ubra­nia Szy­mona, wrzu­cił je do ła­zienki i za­mknął drzwi. Wtedy dzien­ni­karz zdał so­bie sprawę, że jest cał­kiem nagi. Próbo­wał się okryć, ale Wik­to­ria za­własz­czyła so­bie więk­szość po­ścieli. Sie­działa te­raz na brzegu łóżka ze spusz­czoną głową i wcale nie wy­glą­dała na za­sko­czoną tą nie­co­dzienną sy­tu­acją.

- Oj, Szy­mo­nek, Szy­mo­nek... Odzie­dzi­czy­łeś po sta­rym różne ce­chy - wy­sa­pał Ce­gła i po­ło­żył nie­wielką wa­lizkę na sto­ją­cym pod ścianą biurku. - Za­bez­pie­czy­łaś? - za­py­tał i otwo­rzył ho­te­lową lodówkę. Z uśmie­chem na twa­rzy wy­cią­gnął z niej nie­wielki pla­sti­kowy po­jem­nik. Szy­mon, choć mru­żył oczy, nie mógł doj­rzeć, czym była jego za­war­tość. Oczami wiel­kimi jak spodki ob­ser­wo­wał, jak Ce­gła prze­kłada po­jem­nik do przy­nie­sio­nej przez sie­bie wa­lizki, która oka­zała się prze­no­śną chło­dziarką.

- Co się dzieje? - po­wta­rzał Szy­mon, ocze­ku­jąc od­po­wie­dzi. Sie­dział na łóżku, okry­wa­jąc przy­ro­dze­nie, i prze­no­sił wzrok z Wik­to­rii na Ce­głę i z po­wro­tem.

- Już tłu­ma­czę - od­parł To­masz Misz­tal i z nieco może współ­czu­ją­cym uśmie­chem usiadł na brzegu łóżka.

Szy­mon po­ru­szył się za­że­no­wany, a Ce­gła wy­ło­żył:

- Sta­łem się wła­śnie po­sia­da­czem two­jego na­sie­nia, Szy­mek. Schło­dzo­nego, więc w pełni funk­cjo­nal­nego, go­to­wego do użytku w do­wol­nym mo­men­cie. To tylko za­bez­pie­cze­nie na wy­pa­dek, gdy­byś pró­bo­wał ja­kichś swo­ich dzien­ni­kar­skich sztu­czek.

Szy­mon ga­pił się na Cegłę z roz­dzia­wio­nymi ustami. Nie mógł uwie­rzyć, że to się działo na­prawdę. Skąd Misz­tal wie­dział, że pra­co­wał w pra­sie?

- Chyba pan re­dak­tor nie my­ślał, że na­sze spo­tka­nie w ba­rze było zu­peł­nie przy­pad­kowe? - za­py­tał Ce­gła z ja­kimś okru­cień­stwem w oczach. - Je­żeli okaże się, że bę­dziemy po tej sa­mej stro­nie, nie masz się czego oba­wiać. Prze­cież mie­li­śmy się spo­tkać, żeby wkrę­cić cię do in­te­resu!

- Ja­kiego in­te­resu? - za­py­tał Szy­mon, si­ląc się na zde­cy­do­wany ton, by nad­ro­bić stra­cony re­zon. Przy­cho­dziło mu to jed­nak z tru­dem, bo na­gość i obec­ność Wik­to­rii sta­wiały go w nie­kom­for­to­wej sy­tu­acji.

Ce­gła na­to­miast za­cho­wy­wał się cał­kiem swo­bod­nie.

- Tego "do­cho­do­wego in­te­resu" - do­pre­cy­zo­wał, uśmie­cha­jąc się zna­cząco. - Do­sta­niesz kilka cie­ka­wych te­matów do opi­sa­nia w tej swo­jej ga­ze­cie, a poza tym może tro­chę ra­zem po­han­dlu­jemy.

- Co jest to­wa­rem?

- Co jest to­wa­rem?! - Ce­gła par­sk­nął i spoj­rzał na wpa­trzoną w pod­łogę Wik­to­rię. - Wła­śnie wy­dup­czy­łeś mój to­war, Ra­fal­ski! Wiesz, za­nim przy­stę­puje się do han­dlu, do­brze jest wie­dzieć do­kład­nie, czym się bę­dzie han­dlo­wało, prawda?! - Za­śmiał się szcze­rze.

Ko­bieta sku­liła się i się­gnęła po leżącą na pod­ło­dze bluzkę.

- Ka­za­łem ci się ubie­rać?! - za­py­tał ostro Ce­gła, a ona cof­nęła rękę. Misz­tal gwał­tow­nym ru­chem ze­rwał z niej po­ściel i rzu­cił ją na Szy­mona. Mil­czał przez chwilę, uważ­nie przy­pa­tru­jąc się ko­bie­cie. Obej­rzał ją od czubka głowy po lekko drżące ko­lana. W końcu po­wie­dział: - Cie­szę się, że miło spę­dzi­łeś wie­czór, Szy­mek. Ten raz masz oczy­wi­ście za darmo. Za­dzwo­nię do cie­bie za kilka dni. Po­ga­damy o pierw­szym ar­ty­kule. I pa­mię­taj, że je­żeli jesz­cze raz bę­dziesz pró­bo­wał mnie wy­ki­wać, jak z tym prze­mil­cze­niem, że je­steś dzien­ni­ka­rzem, to twoja sperma sprawi, że z dzien­ni­ka­rza zo­sta­niesz gwał­ci­cie­lem. Wszystko zro­zu­miałe?

Szy­mon przy­tak­nął nie­chęt­nie. Ci­snęły mu się na usta różne prze­kleń­stwa. Jedne pod ad­re­sem Ce­gły, dru­gie pod ad­re­sem Wik­to­rii - je­żeli było to jej praw­dziwe imię. Oszustka. Kłam­czu­cha. Dziwka. Taka była jej praw­dziwa twarz, którą ukryła pod uwo­dzi­ciel­skim uśmie­chem. Misz­tal ka­zał się jej ubie­rać, a ona po­słusz­nie ze­brała z pod­łogi swoje rze­czy. Szy­mon od­pro­wa­dził ją spoj­rze­niem, do­cho­dząc do wnio­sku, że swo­bodny pta­szek oka­zał się ptasz­kiem za­mknię­tym w klatce, a jemu sa­memu rów­nież gro­ziła nie­wola. Zro­biło mu się duszno i nie­opi­sa­nie cia­sno.

9

"Prze­stań się wpier­da­lać w ży­cie in­nych lu­dzi"

Dzien­ni­karz długo jesz­cze do­cho­dził do sie­bie po ża­ło­snym wy­da­rze­niu w ho­telu. Mógłby prze­sie­dzieć kilka go­dzin w ho­te­lo­wym po­koju, ga­piąc się na gładką ścianę i za­sta­na­wia­jąc, jak mógł po­zwo­lić po­dejść się w tak ba­nalny spo­sób. Jed­nak pra­gnął jak naj­szyb­ciej wy­do­stać się z tej śmier­dzą­cej po­tem, spermą i ura­żoną mę­ską dumą pu­łapki. Wy­sko­czył z łóżka za­raz po wyj­ściu Ce­gły i Wik­to­rii. Ubrał się po­spiesz­nie. Prawa skar­petka czę­ściowo na­szła na no­gawkę spodni. Pod­nie­siona z ła­zien­ko­wej pod­łogi ko­szulka była wy­gnie­ciona i lekko mo­kra. Koł­nierz ma­ry­narki pod­wi­nął się, a to wszystko spra­wiło, że dzien­ni­karz wy­glą­dał ża­ło­śnie. Ode­tchnął ciężko, gdy zna­lazł się w swoim sa­mo­cho­dzie. Wy­łą­czył tryb sa­mo­lo­towy w ko­mórce i po chwili od­słu­chał wia­do­mość gło­sową od Cha­ber­skiego. "Je­den nu­me­rek z nie­od­po­wied­nią osobą może cię wiele kosz­to­wać!" Sam by tego le­piej nie ujął. Nie miał za­miaru dzwo­nić do przy­ja­ciela, zda­wać mu re­la­cji z tego, co się stało. Nie miał za­miaru da­wać mu oka­zji do ko­lej­nego "a nie mó­wi­łem". Po­wi­nien już dawno wbić so­bie do głowy, że Cha­ber­ski wie naj­le­piej. Szy­mon nie miał po­ję­cia, skąd to się brało, ale taka była prawda - Cha­ber­ski wie­dział naj­le­piej i mą­dry czło­wiek słu­chałby jego rad z po­korą.

Zbli­żała się druga w nocy, kiedy wró­cił do swo­jego miesz­ka­nia. Jesz­cze długo nie mógł za­snąć. Jego bo­gata wy­obraź­nia pod­sy­łała mu sze­reg naj­gor­szych z moż­li­wych sce­na­riu­szy. Już wi­dział na­główki gło­szące, że dzien­ni­karz do­pu­ścił się gwałtu na mło­dej ko­bie­cie. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że Wik­to­ria ode­gra­łaby oska­rową rolę w ta­kim przed­sta­wie­niu. To, jak uda­wała pewną sie­bie biz­nes­menkę, świad­czyło o nie­ba­nal­nych umie­jęt­no­ściach ak­tor­skich. Skła­da­nie fał­szy­wych ze­znań na ko­mi­sa­ria­cie nie po­winno sta­no­wić dla niej pro­blemu.

Obrócił się na drugi bok, znie­sma­czony tą pa­skudną my­ślą. Nie może prze­cież zo­stać dzien­ni­kar­ską pro­sty­tutką, bo mają na niego haka! Jest Szy­mo­nem Ra­fal­skim! Sy­nem mi­lio­nera i gang­stera! Po raz pierw­szy od wielu lat po­my­ślał, że z chę­cią po­pro­siłby o po­moc ojca, gdyby ten żył. Rze­czy­wi­stość nie była jed­nak po stro­nie mło­dego dzien­ni­ka­rza. Zo­stał sam ze swoim pro­ble­mem i mimo tego mu­siał dać so­bie radę. Na przekór wszyst­kiemu.

Z sa­mego rana za­dzwo­nił do niego Kac­per Cha­ber­ski. Szy­mon ode­brał po­łą­cze­nie do­piero po kilku sy­gna­łach, pod­czas któ­rych nie­pew­nie ga­pił się na wy­świe­tlacz. W końcu swo­bod­nym gło­sem po­wie­dział:

- Cześć, Cha­ber.

- No i co? - za­gad­nął. - To tro­chę nie­po­ważne z two­jej strony, odłą­czyć pod­słuch i zo­sta­wić mnie bez dal­szych in­for­ma­cji.

- A co? Cze­ka­łeś nie­cier­pli­wie przy te­le­fo­nie całą noc?

- Nie. Po­my­śla­łem, że je­śli znajdą two­jego trupa, to z prośbą o po­twier­dze­nie toż­sa­mo­ści za­dzwo­nią do­piero rano. A tak na po­waż­nie, co to za dziew­czyna?

- Dziew­czyna po pro­stu. Nie mo­żesz do­szu­ki­wać się we wszyst­kim spi­sku, Cha­ber. Świat nie jest aż tak po­ry­pany, jak my­ślisz - od­parł Szy­mon, zmu­sza­jąc się do kłam­stwa, które po­de­rwało go z krze­sła i wy­krzy­wiło twarz.

Do­brze, że przy­ja­ciel nie mógł go te­raz zo­ba­czyć. Czy­tałby z niego jak z książki.

- A Cegła? - za­py­tał Cha­ber­ski po chwili mil­cze­nia.

- Nic szczególnego. Od­wo­łał spo­tka­nie. Może do­wie­dział się, że pra­cuję w ga­ze­cie, i zre­zy­gno­wał.

- A z tą dziew­czyną na pewno wszystko w po­rządku?

- Mó­wię, że tak! Weź ty w końcu znajdź so­bie ko­goś i prze­stań się wpier­da­lać w ży­cie in­nych lu­dzi.

Mil­cze­nie Cha­ber­skiego uświa­do­miło Szy­mo­nowi, że po­wie­dział o kilka słów za wiele, jed­nak nim zdą­żył się zre­flek­to­wać, pod­ko­mi­sarz od­parł:

- Za­dzwoń, jak bę­dziesz cze­goś po­trze­bo­wał.

- Ja­sne. Na ra­zie - rzu­cił Szy­mon po­spiesz­nie, uda­jąc, że nie wy­czuł w gło­sie przy­ja­ciela sar­ka­zmu pod­szy­tego za­wo­dem.

Roz­łą­czył się i ogar­nęły go wy­rzuty su­mie­nia. Za­cho­wał się par­szy­wie, trak­tu­jąc w ten sposób Cha­ber­skiego, który ofe­ro­wał mu po­moc i zwy­czaj­nie trosz­czył się o niego. Nie miał jed­nak za­miaru mie­szać go w ba­gno, w ja­kie się wpa­ko­wał.

Za­le­d­wie kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej otrzy­mał drugi te­le­fon. Tym ra­zem za­dzwo­nił Ce­gła i ka­zał mu przy­je­chać pod wska­zany ad­res o dwu­na­stej w po­łu­dnie.