Ptasiek - William Wharton

Kup ebooka

44.99 zł
35.09 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Ty, Pta­siek, co się zgry­wasz! Prze­stań sobie robić jaja! To ja, Al, przy­je­cha­łem aż z Dix, wyobra­żasz sobie? Daj spo­kój, co!

Odchy­lam się w tył i wysta­wiam głowę na kory­tarz. Podej­rzany typas w bia­łej mary­narce o uro­dzie kla­wi­sza-salo­wego cią­gle ster­czy w prze­ciw­le­głym końcu.

Zer­kam za kratę. Pta­siek sie­dzi w kucki na samym środku, nawet na mnie nie spoj­rzy. Tak samo kucał w gołęb­niku, kiedy obszy­wał pió­rami ten swój pier­do­lony kostium gołę­bia. Jak się kie­dyś dowie o tym kostiu­mie naczelny psy­chia­tra, dok­tor-major, przy­kują Ptaśka łań­cu­chem do pod­łogi, jak amen w pacie­rzu.

Cza­sami to się mało nie zesra­łem ze stra­chu. Włażę sobie na stry­szek popa­trzeć do gołębi - a tam Pta­siek zgar­biony pod tylną ścianą, po ciemku obszywa pió­rami kale­sony. Pta­siek miał cza­sem pomy­sły nie z tej ziemi.

No i teraz znowu - kuca sobie na samym środku bia­łego pokoju, a mnie ma za nic. Jesz­cze raz zapusz­czam żura­wia w kory­tarz.

- Pta­siek, daj sobie spo­kój. Star­czy już! Ja i tak wiem, że ty nie jesteś pta­kiem. Odpuść sobie te gów­niane numery na kate­go­rię D, już po woj­nie, jak Boga kocham! Hitler, Mus­so­lini, Tojo, całe to szambo - kaput!

Nic. Hej, może on naprawdę jest szur­nięty. Cie­kawe, czy ten psy­chia­tra wie, że mówi­li­śmy na Ptaśka Pta­siek? Ptaśka stara by nie wyga­dała; pew­nie nawet sama nie wie.

Pta­siek odwraca się do mnie ple­cami. Robi to w przy­sia­dzie. Okręca się w miej­scu, przy­ci­ska­jąc ręce do boków. Patrzy w górę na niebo przez małe, wysoko umiesz­czone okienko naprze­ciwko drzwi.

Dok­tor-major kazał mi nawi­jać o tym, co Pta­siek i ja robi­li­śmy wspól­nie. Prze­trans­por­to­wali mnie tutaj aż ze szpi­tala w Dix. Twarz mam na­dal całą w ban­da­żach. Cze­kam na kolejną ope­ra­cję. Przy jedze­niu i przy gada­niu boli jak jasna cho­lera, a ja tu glę­dzę jak palant od dzie­wią­tej rano. Już nic nowego nie umiem wymy­ślić.

- Ty, Pta­siek! A pamię­tasz, jak zbu­do­wa­li­śmy gołęb­nik na tam­tym drze­wie w lesie?

Może to go ruszy. Ptaśka stara kazała nam zbu­rzyć pierw­szy gołęb­nik, ten na podwórku. Dom Ptaśka nale­żał do posia­dło­ści Cos­grove'ów, kie­dyś był stró­żówką. Dwo­rek i sto­doła Cos­grove'ów spło­nęły wiele lat temu. Ptaśka dom stoi tuż za ogro­dze­niem boiska base­bal­lo­wego, mniej wię­cej w środku lewego boku. Boisko urzą­dzili na daw­nym pastwi­sku Cos­grove'ów. Był to ostatni wolny kawa­łek miej­sca w oko­licy.

- Ty, Pta­siek! Gdzie ta twoja cho­lerna stara wsa­dziła te wszyst­kie piłki base­bal­lowe?

Ptaśka stara zgar­niała każdą jedną piłkę, która jej wle­ciała przez płot na podwórko. Chło­paki już nawet nie pró­bo­wali. Nawet pół­za­wo­dowcy. Strze­li­łeś za płot na Ptaśka podwórko - no to cześć, piłeczko! Trzeba było wrzu­cać nową i tyle. Dla tych, co strze­lali dłu­gie rzuty z pra­wej ręki, było to mocno kosz­towne boisko.

Co ona, do jasnej nie­spo­dzie­wa­nej, robiła z tyloma pił­kami? Pta­siek i ja prze­szu­ka­li­śmy wszyst­kie kąty w gospo­dar­stwie. Może je zako­py­wała, a może sprze­da­wała - wiel­kie czar­no­ryn­kowe źró­dło uży­wa­nych piłek base­bal­lo­wych.

- Ty, Pta­siek! A pamię­tasz Gre­en­wo­odów, skur­wy­syny jedne? Nie tra­fili na nasz gołęb­nik na drze­wie. Kur­czę, ile tam było szaj­bu­sów w tej naszej oko­licy!

Te szczyle Gre­en­wo­odów dobie­rały się do wszyst­kiego, co im wpa­dło w łapy. Kra­dły rowery, gołę­bie, wszystko, czego się nie upil­no­wało.

Tam­ten gołęb­nik był fan­ta­stycz­nym miej­scem dla gołębi; nikt o nim nie wie­dział. W jed­nej dziu­rze pod krza­kami trzy­ma­li­śmy sznu­rową dra­binkę. Na jej koniec zało­ży­li­śmy hak, hak zarzu­cało się na gałąź, a potem się wła­ziło.

- Pta­siek, a pamię­tasz tamtą sznu­rową dra­binkę, jak się po niej wspi­na­li­śmy? Tak Bogiem a prawdą to mie­li­śmy nie­złego pier­dolca!

Gadam bez ustanku i patrzę na Ptaśka, czy słu­cha. Cią­gle gapi się w to wyso­kie okienko na tyl­nej ścia­nie.

Aż żal patrzeć, jak tak kuca na środku pod­łogi w cien­kiej, bia­łej szpi­tal­nej piża­mie. Kuca pła­sko, na całych sto­pach, kolana razem, głowa do przodu, ramiona sztywno po bokach, palce zagięte do tyłu. Kuca tak, jakby miał za chwilę wzbić się w powie­trze, zama­chać parę razy rękami i wyfru­nąć przez to okienko, na które od dawna ma oko.

Ten gołęb­nik, co go zbu­do­wa­li­śmy w lesie, był naprawdę fan­ta­styczny. Mniej­szy od pierw­szego, tego na Ptaśka podwórku. Na podwórku mie­li­śmy spore stado: dzie­sięć par i dwóch sam­ców eks­tra. Same dobo­rowe sztuki, rasowe, żad­nych tam mie­szań­ców i wypierd­ków. Jak już wyda­wać forsę na pokarm, to niech­by przy­naj­mniej dla porząd­nych pta­ków. Pta­siek co i raz pró­bo­wał prze­my­cić jakiś gów­niany egzem­plarz tylko dla­tego, że mu się spodo­bał. Były o to potworne awan­tury.

Mie­li­śmy trzy pary sta­lu­chów, cztery pary maściu­chów nie­bie­skich, parę czer­wo­nych i dwie pary grzy­wa­czy. Fan­ta­zyj­nych odmian nie uzna­wa­li­śmy - żad­nych tam kapu­cy­nów ani pawi­ków, nic z tych rze­czy.

Pomy­ślę. Już wiem.

Myślę. Po. Wiem. Ślepo.

Kie­dy­śmy sprze­dali tamto stare stado, Ptaśka matka kazała nam oskro­bać całą fron­tową werandę z pta­siego łajna, bo tam naj­czę­ściej sia­dy­wały gołę­bie. Prze­ma­lo­wała ją póź­niej za naszą forsę ze sprze­daży stada.

Takiej jędzy jak Ptaśka matka to ze świecą szu­kać!

No, nie­ważne; grunt, że nie było za co kupić pta­ków do nowego gołęb­nika, tego na drze­wie. Pta­siek ma w ogóle skoń­czyć z gołę­biami, wszystko jedno gdzie.

Dwa pierw­sze ptaki łapiemy na Sześć­dzie­sią­tej Trze­ciej, pod elek­tryką. Gra­suje tam duże stado gołębi, prze­waż­nie byle jakich. Po szkole cho­dzimy je pod­pa­try­wać. Szkolny auto­bus dowozi nas od dworca kole­jo­wego do domu towa­ro­wego Searsa. Mamy po jakieś trzy­na­ście, czter­na­ście lat.

Patrzymy sobie, jak gołę­bie drep­czą w kółko, jedzą, pier­dolą się - jak to gołę­bie, przez cały boży dzień niczym wię­cej się spe­cjal­nie nie przej­mują. Prze­je­dzie kolejka, to one fru w powie­trze wiel­kim łukiem, jakby nie prze­jeż­dżała tędy mniej wię­cej raz na pięć minut od jakichś pięć­dzie­się­ciu lat. Pta­siek poka­zuje mi, że wra­cają na ogół dokład­nie w to samo miej­sce i koń­czą to, co przed chwilą robiły. Patrzymy i kom­bi­nu­jemy, który tu może być przy­wódcą stada i gdzie mają gniazda mię­dzy dźwi­ga­rami elek­tryki. Sta­ramy się zna­leźć pary. Gołę­bie są jak ludzie: pier­dolą się wła­ści­wie przez okrą­gły rok i na ogół w sta­łych parach.

Zwy­kle przy­cho­dzimy z torbą pokarmu. Pta­siek potrafi w dwie minuty namó­wić pra­wie każ­dego gołę­bia, żeby mu siadł na ręce. Każe sobie wska­zać dowol­nego gołę­bia ze stada, a potem kon­cen­truje się na nim i zaczyna wyda­wać gołę­bie odgłosy. Nie ma siły, żeby taki gołąb nie zaczął się w końcu wier­cić w miej­scu i nie wsko­czył wresz­cie pro­sto na Ptaśka rękę. Pta­siek powie­dział mi kie­dyś, że je zwy­czaj­nie przy­wo­łuje. Jak to moż­liwe, kur­czę, żeby wywo­łać upa­trzo­nego gołę­bia ze środka stada? Pta­siek jest mistrzem od wci­ska­nia kitu.

- Pta­siek, daj ty już spo­kój. Nie wygłu­piaj się, co? To ja, Al. Dosyć tej zasra­nej szopki.

Nic. No, nie­ważne; w każ­dym razie para sta­lu­chów przy­wią­zuje się do Ptaśka na całego. Piękne okazy, cho­ciaż nie­obrącz­ko­wane. Pta­siek zaprzy­jaź­nia się z nimi do tego stop­nia, że sia­dają mu na gło­wie i na ramio­nach i dają się brać za skrzy­dła. Pta­siek roz­po­ściera im skrzy­dła jedno po dru­gim i mierzwi lotki, a one zacho­wują się, jakby to była naj­nor­mal­niej­sza rzecz na świe­cie; wyraź­nie im się to podoba.

Pta­siek wypusz­czał je, wyrzu­cał w górę za innymi gołę­biami, ale zaraz wra­cały. Gołąb zwy­kle poleci za sta­dem. Któ­re­goś dnia poszli­śmy do domu pie­chotą, zamiast wsia­dać w auto­bus, a tamta para trzy­mała się Ptaśka aż do naszego gołęb­nika na drze­wie. Świ­rusy jedne zagnieź­dziły się na Ptaśku.

Nie słu­chać.

Żeby usły­szeć, nie słu­chać.

Żeby zoba­czyć, nie patrzeć.

Żeby wie­dzieć, nie myśleć.

Żeby powie­dzieć, nie słu­chać.

Musie­li­śmy zamknąć gołęb­nik, żeby sta­lu­chy nie pole­ciały za Ptaś­kiem do domu. Ptaśka stara zaraz by je otruła, jakby się wydało.

- Ty, Pta­siek, pamię­tasz tamtą parę sta­lu­chów, co się na tobie zagnieź­dziły? O Jezu, to był numer!

Dalej nie zwraca na mnie uwagi. Wariat, nie wariat, nie będzie mnie tu ole­wał!

- Pta­siek, sły­szysz mnie? Jeśli mnie sły­szysz, a nic nie mówisz, to naprawdę jesteś wariat, pier­do­lony wariat i tyle.

O Jezu, to tylko strata czasu. On się zacho­wuje, jakby był głu­chy czy co. Dok­tor-major mówił, że Pta­siek sły­szy, sły­szy co do słówka. Te pier­doły też nie wszystko wie­dzą. Może na przy­kład Pta­siek się boi i nie chce sły­szeć. Co jemu się, do dia­bła, poro­biło?

Kie­dy­śmy mieli tamto stare stado przy Ptaśka domu, lubi­li­śmy z Ptaś­kiem zabrać cza­sem gołę­bia albo parkę na prze­jażdżkę rowe­rami. Zro­bi­li­śmy dla nich spe­cjalną skrzynkę. Zabie­ra­li­śmy tylko te, które już dobrze zado­mo­wiły się w gołęb­niku. Pta­siek przy­mo­co­wał do drzwi­czek gołęb­nika sznu­rek ze sta­rym budzi­kiem, żeby­śmy dokład­nie wie­dzieli, kiedy wra­cają. Jecha­li­śmy do Spring­field czy gdzie indziej i wypusz­cza­li­śmy gołę­bia do domu z wia­do­mo­ścią dla nas samych.

Któ­re­goś dnia poje­cha­łem ze sta­rymi nad morze; zabra­łem dwa ptaki. Wla­złem po kolana w wodę, puści­łem je - a one w nie­całe dwie godziny były z powro­tem w gołęb­niku. Ponad dzie­więć­dzie­siąt mil! Przy­cze­pi­łem im kartki z dokład­nym cza­sem i z wia­do­mo­ścią dla Ptaśka, że pusz­czam gołę­bie w podróż przez Ocean Atlan­tycki.

Pta­siek godzi­nami wysia­dy­wał w gołęb­niku i obser­wo­wał gołę­bie. Sam lubię gołę­bie, nie powiem, ale żeby gapić się na nie w ciem­nej budzie przez cały boży dzień - to już prze­sada. No i jesz­cze ten kostium gołę­bia. Pta­siek zaczął go szyć, jesz­cze jak mie­li­śmy gołęb­nik w podwó­rzu. Zaczęło się od tego, że ufar­bo­wał stare kale­sony na ciem­no­nie­bie­sko. Gdzie się dało, zbie­rał gołę­bie pióra i skła­dał je w pudełku od cygar. A potem kucał, mówi­łem już, pod tylną ścianą gołęb­nika i naszy­wał pióra na te gacie. Zaczął od góry i szedł w dół, dookoła, żeby jedno pióro zacho­dziło na dru­gie, jak u ptaka.

Kiedy skoń­czył i wło­żył toto na sie­bie, wyglą­dał jak jakiś gigan­tyczny wymi­ze­ro­wany maściuch. Za każ­dym razem, jak wcho­dził do gołęb­nika, prze­bie­rał się w ten kre­tyń­ski strój. Już samo to dopro­wa­dzało jego matkę do szału.

Jak zbu­do­wa­li­śmy gołęb­nik na drze­wie, zro­biło się jesz­cze gorzej. Pta­siek ubie­rał się w obszyte pió­rami ręka­wiczki i czer­wono-żółte pod­ko­la­nówki w paski, które wcią­gał na buty. Miał jesz­cze pie­rza­sty kap­tur do kom­pletu i żółty dziób z kar­tonu. Kiedy tak kucał w mroku pod ścianą gołęb­nika, wyglą­dał chwi­lami jak praw­dziwy gołąb, tyle że wiel­ko­ści spo­rego psa. Jakby go ktoś nie­chcący przy­uwa­żył na tym drze­wie, ześwi­ro­wałby na miej­scu, jak amen w pacie­rzu.

- Wiesz, co by się tutaj przy­dało, Pta­siek? Kostium gołę­bia. Dopiero byś dał popa­lić temu kono­wa­łowi.

Pta­siek ni­gdy nie przej­mo­wał się rasą gołę­bia. Do dziś nie wiem, jak on sobie dobie­rał te ptaki. Choćby ta samica, która poja­wiła się w naszym gołęb­niku na drze­wie jako trze­cia: paskudna jak nie­szczę­ście. Taka łachu­dra, że nawet drugi łachu­dra by jej nie chciał. A Pta­siek patrzy na nią jak na ósmy cud świata.

Jakiś mie­siąc po tym, jak zdo­by­li­śmy sta­lu­chy, deszcz lał jak z cebra; przy­cho­dzi Pta­siek do gołęb­nika z tą samicą i mówi, że zna­lazł ją na śmiet­niku; wal­czyła ze szczu­rem. Aku­rat! Pta­siek wymy­śla takie nie­stwo­rzone łgar­stwa, że nikt by mu nie uwie­rzył. Za to sam wie­rzy w każdą bzdurę. Nie ma chyba takiej rze­czy, w którą by Pta­siek nie uwie­rzył.

Zie­mia się kręci, jeste­śmy w pułapce. Ata­kuje nas cię­żar, sza­mo­czemy się w klatce pul­su­ją­cych kilo­ton.

Ta łachu­dra jest cał­kiem czarna, nie poły­skli­wie czarna, tylko taka matowa, dymna. Żeby nie dziób i to, że cho­dzi jak gołąb, można by przy­siąc, że to jakaś skar­lała kawka. Jest taka mała, że z początku biorę ją za nie­wy­pie­rzo­nego gołę­bia - po tym, jak już dałem się prze­ko­nać, że to w ogóle gołąb. Nie chcę jej w naszym gołęb­niku. Wolna samica w gołęb­niku nie wróży nic dobrego - ale Pta­siek się upiera. Bałaka bez ustanku, jaka to ona jest piękna i jak świet­nie lata.

Zaczyna się od tego, że łachu­dra uwo­dzi samca sta­lu­cha. Sta­luch nie ma poję­cia, co go napa­dło. Drep­cze, ściga ją i pier­doli do upa­dłego, prze­stał nawet jeść. Biedna samica sta­lu­cha sie­dzi oso­wiała w gnieź­dzie.

Mam dosyć; posta­na­wiam wywa­lić tę cho­lerną łachu­drę na zbity łeb. Pta­sia wiedźma! Pta­siek mówi - dobra, ale szczę­śliwy nie jest. Wyrzu­camy ją naza­jutrz. Na moje oko ona jest z tych, co ni­gdzie nie zagrzeją miej­sca, więc pew­nie się już nie spo­tkamy.

Kiedy po połu­dniu przy­cho­dzę do gołęb­nika, Pta­siek już tam jest. Wiedźma też. Z olbrzy­mim sam­cem maściu­chem. Odcho­dzi wiel­kie drep­ta­nie po całym gołęb­niku, wiedźma cały czas daje maściu­chowi, a sta­luch pró­buje wtry­nić swo­jego, ale z wyni­kiem zero­wym. Przy­glą­damy się temu całe popo­łu­dnie. W końcu sta­luch wraca do swo­jej samicy. Mówię, że dobra, wiedźma może zostać, skoro ma już swo­jego samca. Widać star­czyły jej dwa dni, żeby się zado­mo­wić w gołęb­niku.

Nikt nie wie wię­cej, niż musi wie­dzieć. Wszy­scy jeste­śmy zamknięci w gro­bach gra­wi­ta­cji.

No nie, ta wiedźma prze­cho­dzi ludz­kie poję­cie! Z następ­nej wycieczki wraca z parą pięk­nych, czy­stej krwi, obrącz­ko­wa­nych srebr­nia­ków. Takie ptaki kosz­tują mają­tek - osiem, dzie­więć dola­rów za parę. Wystrza­łowe sztuki. Nie mamy poję­cia, skąd się wzięły. Samiec srebr­niak pole­ciał za wiedźmą, a samica ści­gała ich aż do samego gołęb­nika. Są takie piękne, że aż się robi jaśniej w całej budce. No i teraz tak: srebr­niak dyma wiedźmę, a maściuch już skre­ślony. To wbrew natu­rze.

Dal­szy ciąg w tym samym stylu. Wiedźma gdzieś leci i wraca z sam­cem, a cza­sami z parą. Naj­czę­ściej spro­wa­dza szla­chetne odmiany. Łapie rasowe gołę­bie na swój sek­sa­pil. Nowy samiec jest dobry, póki nie pojawi się następny; póź­niej wiedźma już ni­gdy go do sie­bie nie dopusz­cza. Mimo że jest już u nas trzy mie­siące, nie oka­zuje skłon­no­ści do zało­że­nia gniazda. Pta­siek mówi, że może to jakaś gołę­bia kurwa, ale ja tam jestem pewien, że to wiedźma.

Wdzie­ram się w śro­dek samot­no­ści, tam gdzie pozna­nie - koniec wie­dzy; falo­wa­nie prądu powie­trza; ruch w stronę koniecz­no­ści.

Ja chro­molę, zanim żeśmy się poła­pali, mamy wię­cej gołębi niż miej­sca w gołęb­niku. Nikt nie wie, że trzy­mamy gołę­bie, więc nikt nas nie podej­rzewa. Dzięki wiedź­mie sta­li­śmy się naj­więk­szymi pory­wa­czami gołębi na zachód od Sześć­dzie­sią­tej Trze­ciej.

Zaczy­namy wywo­zić nad­pro­gra­mowe gołę­bie do Chel­ten­ham albo do Media na sprze­daż. Na tyle daleko, że pra­wie nie ma szans, żeby wła­ści­ciele roz­po­znali swoje. Zara­biamy tym spo­so­bem po trzy, cztery dolary w ciągu jed­nego week­endu. To wię­cej niż jakby dzień w dzień roz­no­sić gazety.

A te gołę­bie, które teraz mamy w gołęb­niku - to są dopiero gołę­bie! W porów­na­niu z tym nasz stary gołęb­nik to był istny chlew! Pta­siek upiera się, żeby­śmy zatrzy­mali te pierw­sze sta­lu­chy, no i, rzecz jasna, srebr­niaki. Mamy też naj­faj­niej­szą na świe­cie parę maściu­chów, z dese­niem wyraź­nym jak na sza­chow­nicy, duże, smu­kłe, z dum­nymi gło­wami. Łapki mają czer­wone jak śliwka dak­ty­lowa i bar­dzo czy­ste. Oba są obrącz­ko­wane, bar­dzo piękne. Mógł­bym się na nie gapić cały dzień. Rasowe gołę­bie to coś dla mnie. Mamy jesz­cze chyba rów­nie zna­ko­mite dwie pary czer­wo­nych sze­ków: za jedną taką parę można by jak nic dostać ze trzy pary innych szla­chet­nych gołębi.

Wiedźma lata bez ustanku. Bywa, że nie wraca przez trzy, cztery dni z rzędu. Cho­ciaż tyle nam daje zaro­bić, wolał­bym, żeby za któ­rymś razem nie wró­ciła. Ona jest jakaś nie­sa­mo­wita. I Pta­siek przy niej też się robi dziwny. Ciarki mi łażą po ple­cach, kiedy patrzę na nich razem, szcze­gól­nie jak Pta­siek nałoży ten swój kre­tyń­ski strój gołę­bia.

Jesz­cze raz wyglą­dam na kory­tarz, w prawo, w lewo. Strasz­nie tu cicho jak na dom waria­tów. Więk­szość sal ma podwójne drzwi. W zewnętrz­nych jest tylko małe okienko, żeby można było świra doglą­dać, w wewnętrz­nych są kraty. Sie­dzę mię­dzy jed­nymi a dru­gimi.

Ten szpi­tal jest o wiele porząd­niej­szy niż mój w Dix. W Dix leżę na chi­rur­gii pla­stycz­nej, a ruch tam jest jak na głów­nej ulicy. Na kolejną ope­ra­cję czeka się cza­sami po dwa, trzy tygo­dnie, a nawet mie­siąc. Nie jeste­śmy cho­rzy, więc wypusz­czają nas do domu mię­dzy ope­ra­cjami. No i jadę do domu - wielki boha­ter ziemi donicz­ko­wej. Mówią mi, że jesz­cze jedna ope­ra­cja i będzie w porządku, tylko że już ni­gdy nie zapusz­czę w tym miej­scu brody. A na cho­lerę mi broda.

- Ty, Pta­siek! A pamię­tasz tamtą starą łachu­drę? Paliła się do cie­bie jak nie wiem co. Chciał­byś sobie teraz prze­le­cieć gołąbka?

Przez moment mam wra­że­nie, że go tra­fi­łem w czuły punkt; widzę to po tym, jak roz­pro­sto­wuje i znów zaci­ska palce. Może on naprawdę się zgrywa. Tylko po jaką cho­lerę; już nie ma po co uda­wać świra, i tak wszyst­kich pusz­czają.

Ta wstrętna cza­row­nica para­duje przed Ptaś­kiem tam i z powro­tem, gru­cha gar­dłowo i kręci kuprem, jak to gołę­bica, kiedy chce, żeby samiec na nią wsko­czył. Nor­mal­nie go uwo­dzi wiedźma jedna. Kiedy Pta­siek roz­rzuci pokarm na pod­ło­dze, nie sfruwa na dół, żeby się han­dry­czyć z innymi - o nie: leci pro­sto do Ptaśka, siada mu na ręce i każe się kar­mić. A wierci się przy tym dokład­nie jak samica, gdy karmi ją samiec. Docho­dzi do tego, że Pta­siek bie­rze okru­chy w usta, a ona mu je wydzio­buje. Jak Boga kocham, cza­sami mi się wydaje, że ten Pta­siek naprawdę uważa się za gołę­bia.

Ugiąć pień drzewa, wypeł­nić żagiel - to nic. To tylko wie­dza, nie pozna­nie. Ptak zna powie­trze, nie wie­dząc o nim.

Cie­kawe, czy Pta­siek przy­po­mniałby sobie, jak szu­ka­li­śmy skarbu. To było po zbior­niku gazu i po tym, jak nam kazali roze­brać gołęb­nik. Skoń­czy­li­śmy już obaj pod­sta­wówkę i Pta­siek cho­dził do szkoły kato­lic­kiej. Ja byłem w Upper Merion, w nor­mal­nej pań­stwo­wej budzie. Moi sta­rzy też są kato­li­kami, tylko że wło­skimi, więc nie­spe­cjal­nie latają do kościoła. Ptaśka sta­rzy mają hopla na punk­cie mszy i takich tam dupe­reli.

No, nie­ważne; dość, że mia­łem napi­sać opo­wia­da­nie z angiel­skiego, a ponie­waż nie mam za grosz wyobraźni, posta­no­wi­łem zro­bić Ptaś­kowi kawał, a potem wszystko po kolei opi­sać. Wła­śnie prze­ra­bia­li­śmy z lek­tury Zło­tego żuka i może to nasu­nęło mi cały pomysł.

- Ty, Pta­siek! A jak poszli­śmy szu­kać zako­pa­nych skar­bów sta­rego Cos­grove'a? Święty Boże, ale były jaja!

Przy­sze­dłem do Ptaśka z mapą. Zro­bie­nie tej mapy i wszyst­kie przy­go­to­wa­nia zajęły mi pra­wie tydzień. Osma­li­łem ją nad pło­mie­niem i nad­pa­li­łem rogi. Maj­stersz­tyk, jak Boga kocham. Wszystko szy­frem, który odcy­fro­wu­jemy w Ptaśka pokoju. Żeby roz­ło­żyć mapę na biurku, musimy usu­nąć kolejny model ptaka. Na dwo­rze pada.

Pta­siek bez prze­rwy robi modele pta­ków. Robi je z balsy i papieru, tak jak się buduje modele samo­lo­tów, tyle że według wła­snych pro­jek­tów, z rucho­mymi skrzy­dłami o napę­dzie na gumkę recep­turkę. Nie­które są bar­dzo skom­pli­ko­wane, mają obro­towe skrzy­dła, które usta­wiają się pio­nowo przy ruchu w górę i poziomo przy ruchu w dół. Ptaś­kowi udało się nawet zbu­do­wać kilka modeli fru­wa­ją­cych. Tylko żaden nie chce lecieć tak daleko jak prze­ciętny model samo­lotu: trze­po­ta­nie skrzy­dłami za pomocą gumki jest zbyt powolne na daleki lot.

- Oj, stary, ucze­pi­łeś ty się tej zasra­nej mapy jak pijany płotu.

Legenda mapy zawiera mnó­stwo zawi­łych wska­zó­wek: od tego drzewa do tam­tego kamie­nia i tak dalej, jak to na porząd­nej zaszy­fro­wa­nej mapie. Na koniec mamy dojść do muru, gdzie znaj­dziemy dal­sze instruk­cje. Pta­siek kupuje wszystko bez mru­gnię­cia okiem. Da sobie wci­snąć każdy kit, jak Boga jedy­nego kocham. Opo­wiada, jak to wybu­duje sobie za swoją dolę gigan­tyczną pta­szar­nię. Mam ochotę dać sobie spo­kój: wcale nie chcę spra­wić Ptaś­kowi przy­kro­ści, ja prze­cież tylko robię sobie jaja i odra­biam lek­cje z angiel­skiego.

Wyru­szamy tej samej nocy. Leje jak jasna cho­lera. Nama­wiam Ptaśka, żeby odło­żyć wyprawę, ale jego już żadna siła nie powstrzyma. Tak w to uwie­rzył, że i ja zaczy­nam wie­rzyć: sam pra­wie się spo­dzie­wam zna­leźć jakiś skarb.

Błą­dzimy po ciemku prze­mok­nięci do suchej nitki, bez latarki. Pta­siek pro­wa­dzi mnie do skarbu, któ­rego nie zako­pa­łem. Znaj­du­jemy starą puszkę po tyto­niu, w któ­rej scho­wa­łem drugą wia­do­mość: puszka tkwi mię­dzy kamie­niami ruiny cha­łupy Cos­grove'ów, koło daw­nego kominka. Pta­siek chowa kartkę do kie­szeni, bie­rzemy nogi za pas i pędzimy z powro­tem do Ptaśka domu. Wła­zimy przez piw­nicę, żeby nas nikt nie widział. Pta­siek jest kur­du­pel, ale gna jak wiatr.

Prze­do­sta­jemy się do jego pokoju i roz­kła­damy drugą mapę. Opi­sa­łem ją tym samym szy­frem i tro­chę nad­pa­li­łem, ale tak, żeby nie było wąt­pli­wo­ści, że to mapa miej­sca, gdzie zako­pany jest skarb. Miej­sce to ozna­czone jest literą X. Pta­siek chce tam od razu lecieć. Udaje mi się go namó­wić na następną noc. Musimy się posta­rać o odpo­wied­nie narzę­dzia i tak dalej. Zaczy­nam żało­wać, że się w ogóle wda­łem w tę prze­klętą aferę. Żebym cho­ciaż miał kawa­łek skarbu do zako­pa­nia, zako­pał­bym go dla Ptaśka.

Skarb ma się niby znaj­do­wać w pół­nocno-wschod­nim kącie ruin daw­nej sto­doły. To też jest podane szy­frem, który musimy naj­pierw odczy­tać. W naj­trud­niej­szych miej­scach poma­gam Ptaś­kowi, ale on więk­szość tek­stu roz­szy­fro­wuje sam. Jak słowo daję, należy mu się jakiś skarb.

Uma­wiamy się na po kola­cji, jak już będzie ciemno. Ja tam mogę zawsze wyjść bez kło­potu, ale Pta­siek wymy­śla cały misterny plan, z kukłą w łóżku i zamy­ka­niem drzwi od środka. Wystar­czy­łoby pew­nie, jakby powie­dział sta­rym, że idzie do mnie, ale on już cał­kiem wpadł w tę histo­rię ze skar­bem. Istny Tomek Sawyer z Upper Merion.

Bie­rzemy szpa­del, Pta­siek ma kom­pas i sznu­rek, a ja dwu­dziest­kę­dwójkę, tak na wszelki wypa­dek. Oczy­wi­ście znowu zaczęło padać. Cały dzień nie padało, a teraz dosłow­nie leje. Jest gęsta, ciemna noc. Prze­ci­namy śro­dek boiska, scho­dzimy z górki za masz­tem fla­go­wym i dalej dróżką pro­sto do sto­doły Cos­grove'ów. Jest już po moich uro­dzi­nach, późna jesień, więc nie za wiele zostało trawy i chasz­czy. Latem łatwo można się tutaj prze­drzeć; nikt by nawet nie powie­dział, że w chasz­czach są jakieś ruiny.

Nie spraw­dza­łem tego miej­sca przed spo­rzą­dze­niem mapy. Po pro­stu tak sobie wymy­śli­łem: "pół­nocno-wschodni róg sto­doły". Oka­zuje się, za pomocą kom­pasu, że sto­doła rze­czy­wi­ście ma pół­nocno-wschodni róg. Oka­zuje się też - to nie­sa­mo­wite - że tam, gdzie wypada X, wid­nieje nie­znaczne zagłę­bie­nie w ziemi. Teraz już i ja jestem gotów kopać w poszu­ki­wa­niu złota. Może dostaję infor­ma­cje z zaświa­tów? Może stary Cos­grove prze­ka­zuje mi instruk­cje? Wszy­scy dookoła mówią, że Cos­grove zako­pał forsę. Ludzie od lat ryją w ruinach w nadziei, że coś znajdą.

Zaczy­namy kopać, co pięć minut zmiana. Nie wiem, czy mam pękać ze śmie­chu, czy się zesrać. Pta­siek jest poważny jak gra­barz, co chwila patrzy na mój zega­rek, żebym za długo nie kopał. Wła­śnie jest Ptaśka tura, kiedy łopata w coś ude­rza. - Jest! - mówi Pta­siek. Robi mi się nie­wy­raź­nie. A jeśli tam naprawdę jest skarb? Nie­sa­mo­wite to wszystko, jak słowo daję. Pta­siek ryje jak wście­kły; odsła­nia róg cze­goś meta­lo­wego. Przej­muję od niego łopatę i wydo­by­wam zna­le­zi­sko. Stara puszka po oleju sil­ni­ko­wym. Zaczy­nam się śmiać; posta­na­wiam teraz wła­śnie powie­dzieć Ptaś­kowi całą prawdę. Jestem po dupę uty­tłany w bło­cie i cały mokry. Doko­pa­li­śmy się do gliny, śli­sko jak dia­bli. Kopa­nie po ciemku, kiedy nie widać nawet kamieni, o które brzęka łopata, to jed­nak śred­nia przy­jem­ność.

- Coś ci powiem, Pta­siek, tu nie ma żad­nego skarbu. Wszystko zmy­śli­łem, od początku do końca.

Pta­siek bie­rze ode mnie łopatę i zaczyna kopać dalej.

- Pta­siek, jak Boga kocham, nie masz co dalej kopać, tu w ogóle nie ma żad­nego skarbu! Pod­ro­bi­łem mapę i wszystko. W szkole nam zadali.

Pta­siek dalej kopie.

- Pta­siek, no coś ty, głupi? Chodź do domu, osu­szymy się.

Pta­siek prze­rywa kopa­nie, odwraca się do mnie przez ramię. Potem mówi, że on dobrze wie, że tu jest skarb i że trzeba kopać dalej. Mówi, że skarb musi tu być, a mnie się tylko wydaje, że pod­ro­bi­łem mapę. Tego już za wiele. Mówię mu, że jest stuk­nięty i że ja idę do domu. Pta­siek kopie dalej. Stoję nad nim jesz­cze pięć minut, wresz­cie sobie idę. Pta­siek kopie jak głupi, nic nie mówi.

Nie widzimy się potem przez jakieś dwa, trzy dni. Posta­na­wiam, że jed­nak nie będę pisał wypra­co­wa­nia o kopa­niu skarbu. Odwie­dzam to miej­sce, gdzie­śmy kopali, a tam dziura na jakieś sześć stóp, głę­boka jak mogiła. Cie­kawe, jak Pta­siek się z niej wydo­stał, kiedy już skoń­czył.

Kiedy w końcu znów spo­ty­kam Ptaśka, nie roz­ma­wiamy z początku o poszu­ki­wa­niu skar­bów. Po kilku dniach Pta­siek mówi, że ktoś pew­nie był tam przed nami: dla­tego zie­mia była zapad­nięta i tak dalej. Cią­gle nie wie­rzy, że to wszystko moja robota, nawet kiedy mu mówię po kolei co i jak. Patrzy tylko na mnie świ­dru­jąco, jak to on potrafi.

Myślę, jak urze­czy­wist­nić to, co wiem, ale czego nie umiem uchwy­cić. Ściąga mnie w dół. Zie­mia tkwi we mnie na dobre, w moich kościach krąży pył.

Tak nam się roz­kręca inte­res ze sprze­dażą pta­ków, że posta­na­wiamy poła­pać tro­chę na wła­sną rękę. Wła­śnie dla­tego zna­leź­li­śmy się tam­tej nocy na zbior­niku gazu. To ten wielki zbior­nik u zbiegu Mar­shall Road i Long Lane. Prze­sia­duje tam i gnieź­dzi się kilka gołę­bich stad.

- Pta­siek, a pamię­tasz tam, na zbior­niku? My to mie­li­śmy pomy­sły, co? Wtedy w nocy pra­wie mnie prze­ko­na­łeś, że może rze­czy­wi­ście tro­chę jesteś pta­kiem.

A niech to dia­bli, prze­cież on w ogóle nie zwraca na mnie uwagi.

- Słu­chaj no, kurzy móżdżku! Już mnie zmę­czyło gada­nie do two­ich ple­ców, aż taki wariat to ty chyba nie jesteś! Może by ci się popra­wił słuch, jak­bym tak parę razy przy­su­nął ci w ucho!

Co ja pie­przę; jesz­cze ktoś usły­szy i gotowi mnie też zamknąć. No, nie­ważne; w każ­dym razie Pta­siek nie boi się tego, czego każdy nor­malny czło­wiek powi­nien się bać. Nie ma siły, żeby go zmu­sić do cze­goś, na co nie ma ochoty. I nie ma spo­sobu, żeby mu dopiec - on po pro­stu jak nie chce cze­goś czuć, to nie czuje. Naj­lep­szy przy­kład, jak się pozna­li­śmy.

Przy­cho­dzi raz do mnie mój młod­szy brat Mario i mówi, że ten gnój z cha­łupy Cos­grove'ów pod­wę­dził mu nóż. Pytam się Maria, skąd miał nóż, to on mówi, że zna­lazł. Pew­nie gdzieś podi­wa­nił, ale nie­ważne; ja i tak zawsze szu­kam draki, z natury jestem silny, a od jakie­goś czasu ćwi­czę jesz­cze pod­no­sze­nie cię­ża­rów, w piw­nicy urzą­dzi­łem sobie małą salkę tre­nin­gową. Bez prze­rwy ści­skam w dłoni sprę­ży­nu­jące przed­mioty, żeby wzmoc­nić sobie uścisk, regu­lar­nie czy­tuję "Siłę i Zdro­wie", a mia­sto York w Pen­syl­wa­nii staje się moją mekką. Zaczą­łem z tym wszyst­kim, jak mia­łem jakieś jede­na­ście lat - może dla­tego, że stary bez prze­rwy mnie lał. No, nie­ważne; grunt, że mam siłę i chcę ją spraw­dzić w walce.

I wła­śnie kiedy zaczy­nam na serio o tym myśleć, przy­cho­dzi Mario i mówi, że Pta­siek zabrał mu nóż. Mia­łem trzy­na­ście lat. Pta­siek musiał mieć dwa­na­ście skoń­czone. Kiedy o tym teraz myślę, wydaje mi się, że byli­śmy starsi, nie takie szcze­niaki.

Wycho­dzę z domu i idę na ukos przez boisko. Wło­ży­łem nową brą­zową kurtkę ze skóry. Mario wle­cze się za mną. Poka­zuje mi Ptaśka dom. Prze­chy­lam się przez zamkniętą furtkę w murze i widzę, że Pta­siek sie­dzi na stop­niach tyl­nego ganku i czy­ści nóż. Wołam go, żeby pod­szedł. Pod­cho­dzi z taką miną, jakby się cie­szył, że mnie pozna.

Wszystko, co żywe, rośnie w górę, ale nie jest wolne. Naj­wyż­sze gałę­zie chwy­tają w pułapkę powie­trze i świa­tło, lecz żywią nimi tylko nie­skoń­czone żarna ziemi. Wzrost sam w sobie jest bez zna­cze­nia.

Mówię mu, że ma oddać nóż. Na to on, że nóż jest jego, że go kupił od jed­nego chło­paka, który się nazywa Zigen­fus. Mówi, że jak chcę, to mogę się spy­tać tego Zigen­fusa. Na to ja mu mówię, żeby mi cho­ciaż poka­zał ten nóż. Podaje mi go. Roz­ma­wiamy przez drew­nianą furtkę w murze dookoła jego domu. Po dru­giej stro­nie muru jest boisko base­bal­lowe.

Od razu widzę, że to porządny nóż. Sprę­ży­no­wiec. Pró­buję go otwo­rzyć. Jakiś chy­try układ sprę­żyny i blo­kady; chyba zerwany. Pta­siek chce mi poka­zać, jak to działa. Cofam nóż i radzę mu, żeby zabrał swoje brudne łapy od mojego noża. Pta­siek przez chwilę świ­druje mnie po swo­jemu oczami, jakby spraw­dzał, czy mi przy­pad­kiem nie odbiło. Odwra­cam się i idę, Mario za mną. Pta­siek otwiera furtkę i idzie za nami. Tak sobie idziemy. Pta­siek wysuwa się przed nas, tyłem, i chce swój nóż. Przy­staję. Trzy­mam nóż wysoko. - Ten? - pytam. - No to sobie weź. - Pta­siek sięga po nóż. Trzy­mam nóż w lewej ręce, żeby prawą solid­nie mu przy­ła­do­wać. Nie wiem, dla­czego tra­fiam obok, a Pta­siek łapie nóż. Wyry­wam mu go z ręki, pod­no­szę wysoko, a on znowu pró­buje dosię­gnąć. Zamie­rzam się i znów tra­fiam obok. Jego głowa jest dokład­nie tam, gdzie powinna być, ale zanim dotrę do niej z pię­ścią, już jej nie ma. Zało­żył­bym się, że Pta­siek robi unik już po tym, jak ja wymie­rzam cios. Wkła­dam nóż do kie­szeni, żeby mieć obie ręce wolne; coś czuję, że trzeba będzie prze­ro­bić tego głupka na mar­mo­ladę. Nic, tylko pró­buje mi się dobrać do kie­szeni. Raz po raz ładuję w niego, ale nie tra­fiam. Pró­buję go sobie usta­wić. Na nic, jak­bym dzia­łał w zwol­nio­nym tem­pie, a on na peł­nych obro­tach. Nie robi żad­nych zmy­łek ani uni­ków - po pro­stu odsuwa się z linii ciosu, tak jakby się cofał przed roz­pę­dzo­nym samo­cho­dem.

Widzę, że muszę go zła­pać. Jak będzie trzeba, przy­du­szę go do ziemi, żeby się nie mógł ruszyć, i dopiero mu nawpier­da­lam. Mario nic nie mówi. Kiedy Pta­siek znów sięga po nóż, robię krok do przodu i zakła­dam mu porządny chwyt za głowę. Schy­lam się, żeby go prze­rzu­cić przez bio­dro - a jego nie ma. Dokład­nie takie samo uczu­cie, jak kiedy wąż wyśli­zgnie się z ręki. Wywi­nął się i już.

Pró­buję wszyst­kiego. Robię zmyłki. Sta­ram się wziąć go w niedź­wie­dzi uścisk. I jesz­cze jeden chwyt za głowę. Nie ma na niego siły.

Póź­niej, kiedy Pta­siek prze­nosi się do ogól­niaka w Upper Merion, nama­wiam go na zapasy, ale on nie chce. Staje w zawo­dach jeden jedyny raz, pod­czas szkol­nych mistrzostw, kiedy nie ma komu wal­czyć z Voglem, waga sto trzy­dzie­ści pięć fun­tów. Vogel jest mistrzem okręgu. Pta­siek mówi, żeby go wysta­wić w parze z Voglem.

Cała szkoła przy­cho­dzi na mecz; zawody szkolne to tutaj duża sprawa. Na początku pierw­szej rundy Voglowi kilka razy nie wycho­dzi trzy­ma­nie. Rzuca się na Ptaśka. Pta­siek ustę­puje w bok, po czym wali się na Vogla i ściąga go do par­teru. Pta­siek nie może ważyć wię­cej niż sto dwa­dzie­ścia pięć, a i to pew­nie w ubra­niu. Vogel sza­leje. Pró­buje mosto­wa­nia. Pta­siek odska­kuje od niego i Vogel sam prze­wala się na plecy. Teraz wystar­czy, żeby Pta­siek wsko­czył na niego, przy­du­sił do ziemi - i ma trzy­ma­nie albo pra­wie. Pta­siek wstaje i uśmie­cha się do leżą­cego Vogla. Vogel robi nie­zdarne wyj­ście z trzy­ma­nia. Pta­siek ma dwa punkty za przytrzy­ma­nie, a Vogel jeden za wyj­ście.

Potem wszystko powta­rza się co do joty i Pta­siek uzy­skuje kolejne dwa punkty za przy­trzy­ma­nie prze­ciw­nika. Voglowi udaje się dru­gie wyj­ście tuż pod sam koniec rundy. Wynik Pta­siek cztery, Vogel dwa. Ludzie zaczy­nają się śmiać, wszy­scy kibi­cują Ptaś­kowi. Pta­siek spa­ce­ruje sobie z boku i wygląda jesz­cze głu­piej niż zwy­kle; kostium zapa­śni­czy wisi na nim jak na drągu.

Druga runda zaczyna się w par­te­rze, Vogel górą. Gnie­cie Ptaśka z całej siły. Pta­siek nawet na nic nie patrzy, tylko uśmie­cha się pod nosem. Nie ma co, myślę sobie, tylko Pta­siek będzie wyli­czony. Ten Vogel to pie­kiel­nie silny szwab­ski skur­wy­syn; ze zło­ści zro­bił się cały czer­wony na gębie.

Sędzia ude­rza dło­nią w matę i woła: "Wal­czyć!". Vogel cią­gnie Ptaśka za ramię, chce zro­bić dźwi­gnię - i nagle, sam nie wiem, jak on to zro­bił, prze­tur­lał się w przód czy co - patrzę, Pta­siek stoi, a Vogel leży jak długi na macie. Publicz­ność osza­lała, jak Boga kocham. Vogel na czte­rech łapach jak ten stary niedź­wiedź, a Pta­siek stoi sobie jakby ni­gdy nic i przy­gląda mu się z góry.

Vogel szar­żuje na Ptaśka w poprzek maty. Fin­guje przy­ję­cie pozy­cji wyj­ścio­wej, po czym pada gwał­tow­nie, żeby zła­pać Ptaśka za nogi. Pta­siek wyko­nuje pełny obrót i siada Voglowi na gło­wie. Coś nie­sa­mo­wi­tego. Z prze­ję­cia walę kola­nem w plecy chło­paka, który sie­dzi przede mną. Chło­pak ma w tyl­nej kie­szeni zaostrzony ołó­wek. Ostrze ołówka wbija mi się w kolano i tak zostaje. Do dziś mam ślad: pamiątka z meczu, w któ­rym Pta­siek poko­nał mistrza okrę­go­wego, waga sto trzy­dzie­ści pięć fun­tów. Doło­żył mu w punk­tach dwa­dzie­ścia do sze­ściu i nawet się nie spo­cił. Voglowi jest łyso jak cho­lera, przez cały sezon stara się to odro­bić. Mało bra­ko­wało, a zostałby mistrzem sta­no­wym, tylko że prze­grał w fina­łach w Har­ris­burgu.

W świe­tle praw­dzi­wego zna­cze­nia wszystko, co ważne, staje się try­wialne, tak jak całe życie wydaje się niczym wobec śmierci. Myśle­nie zabija pozna­nie - nie tyle zabija, ile wyja­ła­wia, desty­luje pozna­nie w wie­dzę. Myśle­nie: pro­ces prze­twa­rza­nia pozna­nia w wie­dzę.

W końcu tak się zzia­ja­łem przy pró­bach zła­pa­nia Ptaśka, że pro­stuję się na chwilę i patrzę na niego. Uśmie­cha się do mnie. Dla niego to w dal­szym ciągu jest zabawa. Chce ode­brać swój nóż, pew­nie że tak, ale nie jest na mnie zły. Jestem w tej grze prze­dłu­że­niem ramie­nia losu. Wyj­muję nóż. Zaczy­nam go otwie­rać, bar­dzo wolno, żeby Ptaśka postra­szyć. Staję pochy­lony w roz­kroku, jak­bym szy­ko­wał się go zabić. Pta­siek stoi i patrzy na mnie. Zaczy­nam podej­rze­wać, że nawet gdy­bym naprawdę chciał, to i tak mu nic tym nożem nie zro­bię. Rzucę - to on pew­nie spo­koj­nie wycią­gnie rękę i zła­pie go w powie­trzu. Powoli dociera do mnie śmiesz­ność całej sytu­acji. Mario dalej stoi z boku. Rzu­cam nóż na zie­mię, pod nogi Ptaśka. Pta­siek pod­nosi go, oczysz­cza, zamyka, a potem pod­cho­dzi do Maria i wrę­cza mu go. Mówi, że jak to naprawdę Maria nóż, to pro­szę bar­dzo. Mówi, że może Zigen­fus go zna­lazł albo zwę­dził i może to naprawdę jest nóż Maria. Na to ja mówię do Maria, żeby się nie ważył tknąć tego pier­do­lo­nego noża. Biorę nóż od Maria i daję mu go z powro­tem. Czuję się jak gene­rał Lee skła­da­jący swój miecz. I wtedy wła­śnie Pta­siek zadaje mi pyta­nie, czy lubię gołę­bie, i zapra­sza mnie na swoje podwórko, żebym zoba­czył gołęb­nik, który on aku­rat buduje. Mario idzie sobie do domu, a Pta­siek i ja zosta­jemy przy­ja­ciółmi.

- Wiesz, Pta­siek, gdy­byś chciał, to mogłeś zostać mistrzem sta­no­wym. Te wszyst­kie cher­lawe stu­dwu­dziest­ki­piątki roz­ło­żył­byś jed­nym pal­cem. Na bieżni też byś pobił wszyst­kie rekordy.

W soboty sia­dy­wa­li­śmy po dru­giej stro­nie ulicy i obser­wo­wa­li­śmy gołę­bie na zbior­niku gazu. Pta­siek ma strasz­nie fajną lor­netkę, kupił ją w lom­bar­dzie. Ide­alna do pod­glą­da­nia gołębi. Prze­sia­du­jemy tam całymi dniami; patrzymy na zmianę przez lor­netkę i opy­chamy się hot dogami kupio­nymi na Long Lane.

Pta­siek szki­cuje gołę­bie. Pta­siek w kółko rysuje gołę­bie i inne ptaki, tak jak inni rysują kutasy albo motory, albo kobity. Szki­cuje szcze­góły piór albo nóżek i wszyst­kie jego rysunki wyglą­dają jak sche­maty naukowe: strzałki, rzuty pio­nowe, rzuty poziome, itepe. A jak mu się cza­sem zachce nary­so­wać gołę­bia w cało­ści, to też potrafi. Bo Pta­siek jest mię­dzy innymi arty­stą.

Któ­re­goś dnia przy­cze­piają się do nas gli­nia­rze. Mówią, że przez lor­netkę zaglą­damy ludziom do okien i że były skargi. Nie­któ­rzy ludzie mają nie­źle nasrane we łbie. Na szczę­ście Pta­siek ma aku­rat przy sobie plik pta­sich szki­ców, więc możemy śmiało mówić, że przy­go­to­wu­jemy się na zaję­cia z bio­lo­gii. Tyle to nawet gli­niarz potrafi zro­zu­mieć. Czeka go teraz ciężka prze­prawa: jak tu wytłu­ma­czyć jed­nej czy dru­giej babie, że wolimy przy­glą­dać się gołę­biom, niż zapusz­czać żura­wia w jej okno, żeby zoba­czyć, jak sika.

W tych sta­dach na zbior­niku jest kilka cał­kiem przy­zwo­itych przy­błęd, na które mamy ochotę. Pta­siek mógłby pew­nie z łatwo­ścią zwa­bić je do kie­szeni, ale obaj napa­li­li­śmy się, żeby wleźć na zbior­nik. Trzeba to zro­bić w nocy, kiedy gołę­bie śpią. Jest tam płot i stróż nocny, ale wszystko spraw­dzi­li­śmy i wiemy, któ­rędy da się przejść.

Robię to z cięż­kim ser­cem. Każ­dego ptaka muszę zabić, osku­bać z piór, wypa­tro­szyć - wszystko na jeden kęs. Ale muszę. Jestem głodny; jestem zgłod­niały pozna­nia. Mój mózg wiruje w jało­wych obsza­rach wie­dzy. Wszystko za pozna­nie.

Zarzu­camy naszą sznu­rową dra­binkę z hakiem i obcią­gamy ją w dół z naj­niż­szego seg­mentu dra­biny bie­gną­cej z tyłu zbior­nika. Ja idę pierw­szy. Obaj mamy jutowe worki na ptaki. Wzię­li­śmy też latarki, żeby widzieć gołę­bie i brać tylko te, na któ­rych nam zależy.

Docie­ramy na górę bez prze­szkód. Widok stąd jest fan­ta­styczny: widzimy teraz Tower i sznur świa­teł cią­gnący się aż do Fila­del­fii. Obie­cu­jemy sobie, że następ­nym razem przyj­dziemy tu tylko po to, żeby się poga­pić na gwiazdy. Następ­nego razu nie było.

Zesrać się można ze stra­chu przy takim łapa­niu gołębi. Musimy się­gać w szcze­liny pod kra­wę­dzią zbior­nika, bo tam one śpią. Naj­pierw ja się wychy­lam, a Pta­siek trzyma mnie za nogi, ale nie daję rady. Pokrywa zbior­nika opada sko­śnie nad kra­wę­dzią i trzeba się wychy­lać całymi bar­kami. Nie stać mnie na to. Wszystko jedno, jaki czło­wiek jest silny, są rze­czy, do któ­rych nie można się zmu­sić.

A Pta­siek nic: wywie­sił się i podaje mi jed­nego gołę­bia za dru­gim. Byle jakie oddaję mu z powro­tem, dobre pcham do wora. Obcho­dzimy dach zbior­nika dookoła, zatrzy­mu­jąc się dla spraw­dze­nia tam, gdzie sły­chać gołę­bie. Za pierw­szym obej­ściem łapiemy z dzie­sięć przy­zwo­itych sztuk.

Pta­siek mówi, że w następ­nym wrę­bie, bar­dziej w dół, jest jesz­cze wię­cej dobrych gołębi. Wywie­sza się za kra­wędź cal po calu, pra­wie do pasa. Odkła­dam worek z pta­kami i sia­dam mu na nogach, żeby nie prze­ko­zioł­ko­wał. Mam dosyć. Już od samego sie­dze­nia na Ptaśka nogach tak bli­sko kra­wę­dzi robi mi się nie­do­brze. Pta­siek wychy­lił się już tak daleko, że nie sięga do mnie z pta­kami, więc woła o drugi worek, żeby mógł od razu łado­wać. Pew­nie zała­duje tam kupę gówna, jak to Pta­siek, ale nic, zawsze będzie można te naj­gor­sze wypu­ścić.

I wtedy sły­szę rumor i łopot gołę­bich skrzy­deł za ple­cami. Oglą­dam się, a tu dwa ptaki gra­molą się z worka. Odru­chowo prze­chy­lam się do tyłu, żeby wór zabez­pie­czyć. Nogi Ptaśka mignęły mi tylko przed oczami i siup! za kra­wędź.

Chmura gołębi pod­rywa się i leci w ciem­ność. Mało nie naro­bię w gacie. Cze­kam, boję się ruszyć. Mam uczu­cie, że cały zbior­nik się buja. Cisza. Pod­czoł­guję się na brzu­chu do kra­wę­dzi. Pta­siek wisi ucze­piony wrębu, jutowy worek dalej ma na ple­cach. Pod­nosi oczy i uśmie­cha się do mnie, na luzie, jak to Pta­siek. Wyciąga rękę.

- Daj rękę, Al.

Pró­buję go dosię­gnąć, ale boję się dalej wychy­lić, nie daję rady. Zamy­kam oczy, ale wtedy zaczyna mi się krę­cić w gło­wie i mało nie spa­dam. Pta­siek cofa rękę i pod­ciąga się na wrę­bie. Pró­buje zarzu­cić nogę na kra­wędź pokrywy, ale mu nie wycho­dzi. Zaczy­nam się trząść jak gala­reta.

- Cze­kaj, Pta­siek, zawo­łam kogoś.

- Nie wytrzy­mam tak długo. Nie przej­muj się, dam sobie radę.

Pod­ciąga stopy na wyż­szy pier­ścień i pró­buje jedną ręką się­gnąć kra­wę­dzi zbior­nika. Chciał­bym mu pomóc, ale jestem jak spa­ra­li­żo­wany. Nie mogę się zmu­sić, żeby podejść bli­sko kra­wę­dzi. Pta­siek wisi z tył­kiem wypię­tym w ciem­ność. Kładę się na brzu­chu i się­gam, jak mogę daleko. Pta­siek dostałby teraz mojej dłoni, gdyby się puścił jedną ręką.

- Jak powiem trzy - mówi Pta­siek - pusz­czam i łapię cię za rękę.

Odli­cza, pusz­cza, ja go łapię. Teraz dopiero utknę­li­śmy jak gówno w rurach. Jak zacznę cią­gnąć, zjadę z pokrywy. Wisimy tak i wisimy, a co Pta­siek się ruszy, ja zjeż­dżam o kawa­łek w stronę kra­wę­dzi. Leję w spodnie. W życiu się tak nie bałem. Pta­siek patrzy w dół.

- Spró­buję wylą­do­wać na tam­tej kupie węgla.

Nie rozu­miem, co on mówi; może nie chcę rozu­mieć. Wolną ręką Pta­siek prze­kłada sobie worek na pierś i pusz­cza moją dłoń. Przez moment balan­suje w powie­trzu, odwraca się ple­cami do ściany zbior­nika, potem wychyla się do przodu i daje nura. Patrzę, jak leci. Wyprę­żył się w pozio­mie i młóci sto­pami jak pły­wak. Jutowy worek trzyma przed sobą w roz­po­star­tych ramio­nach.

Kiedy fru­wa­łem pierw­szy raz, poczu­łem życie. Nic mnie nie uci­skało od spodu. Żyłem w pełni powie­trza: wszę­dzie wokół powie­trze, ani jed­nej bariery łamią­cej powietrzne prze­strze­nie. Wszystko warto oddać za to, by zna­leźć się w powie­trzu i być żywym.

Pta­siek rze­czy­wi­ście ląduje na kupie węgla. Tuż przed lądo­wa­niem zwija się w kłę­bek, prze­kręca i pada na plecy. Nie wstaje. Ledwo go widzę: jasna plamka na czar­nym węglu. Zbior­nik jest wysoki.

Jakoś nie myślę, że się zabił. Cho­ciaż powi­nie­nem, prze­cież leciał z ponad stu stóp wyso­ko­ści. Nie zapo­mi­nam nawet o worku z gołę­biami. Złażę w dół po dra­bince zbior­nika, pra­wie w ogóle nie myślę, tylko ten strach. Pędzę do kupy węgla. Ten stróż pew­nie śpi.

Pta­siek sie­dzi. Na tle węgla jest biały jak ściana; z nosa i kąci­ków ust sączy mu się krew. Sia­dam na węglu koło niego. I tak sie­dzimy. Nie wiem, co mam robić, jakoś nie mogę uwie­rzyć, że to się naprawdę stało. Zbior­nik wygląda z dołu na jesz­cze wyż­szy niż z góry.

Pta­siek kilka razy pró­buje coś powie­dzieć, ale nie może zła­pać tchu. Kiedy w końcu prze­ma­wia, głos mu drży:

- Udało się. Lecia­łem. Było wspa­niale.

Nie spadł, co do tego nie ma dwóch zdań. Gdyby zwy­czaj­nie spadł, zosta­łaby z niego tylko mokra plama.

- Lecia­łeś, sam widzia­łem. Chcesz, żebym kogoś spro­wa­dził?

- Nie, nic mi nie jest.

Pta­siek pró­buje wstać. Robi się jesz­cze biel­szy na twa­rzy, a potem rzyga, i to krwią. Siada z powro­tem na węglu i traci przy­tom­ność.

O Jezu, ja chyba zdechnę ze stra­chu! Lecę do stró­żówki. Stróż mi nie wie­rzy. Muszę go siłą zacią­gnąć do Ptaśka. Wzywa karetkę. Zabie­rają Ptaśka do szpi­tala.

A ja stoję jak ten głupi z wor­kiem pta­ków. Nikt nie zwraca na mnie spe­cjal­nej uwagi. Nawet ci z pogo­to­wia nie wie­rzą, że Pta­siek spadł ze zbior­nika; myślą, że ich nabie­ram. Po dro­dze do domu lokuję nowe ptaki w gołęb­niku. Kręcę się chwilę koło gołębi; aż mnie odrzuca na myśl o powro­cie do domu. Star­czy jeden taki wypa­dek, żeby wszystko, co dotąd było ważne, oka­zało się zwy­czaj­nie nic nie­warte.

Pta­siek prze­suwa się, szu­ra­jąc, do klo­zetu w kącie celi. Będzie srał. Ani deski na tym klo­ze­cie, ani nic. Wszystko jawne. Co za kosz­marne miej­sce dla kogoś takiego jak Pta­siek.

Odwra­cam się. Spraw­dzam wła­śnie kory­tarz, kiedy przy­uważa mnie ten salowy czy tam straż­nik, wszystko jedno. Co za kre­tyń­skie zaję­cie: łazić całymi dniami po kory­tarzu i pod­glą­dać świ­rów.

- Jak tam on?

- Sra.

Typas zagląda do środka. Może lubi patrzeć, jak ktoś sra. Może to jakiś świr na pół etatu. Pytam go, czy jest cywi­lem. Jak wszy­scy noszą te białe kitle, to trudno roz­róż­nić. Mógłby być nawet zafaj­da­nym ofi­ce­rem albo co. W szpi­talu ni­gdy nic nie wia­domo. On mówi, że jest pacy­fi­stą. Zna­czy odma­wia służby w woj­sku z przy­czyn świa­to­po­glą­do­wych. Pra­wie całą wojnę prze­pra­co­wał w tym szpi­talu.

- Chce pan się urwać na obiad? Ja i tak będę go teraz kar­mił.

- Jak to: kar­mił? To on sam nie umie jeść?

- Ano nie. Sam nic nie weź­mie, chce, żeby mu poda­wać. Kar­mię go łyżeczką. Spo­kojny jest, nie powiem, nie to co nie­któ­rzy. On otwiera, ja szu­fluję i jakoś nam idzie. Kuca na pod­ło­dze, a ja go fasze­ruję.

- Matko święta! To on naprawdę ma pier­dolca! Nie umie sam jeść?

- On to jesz­cze nic. Tam po dru­giej stro­nie holu jest facet, który za skarby świata nie da się ubrać. Kuca na środku izby, tak samo jak ten tu pana przy­ja­ciel, a jak tylko ktoś pró­buje wejść, sra sobie w garść i rzuca gów­nem. Jego nakar­mić - to jest dopiero zabawa! Na tym oddziale to wię­cej zoo niż szpi­tal.

Zerka do celi. Ja tak samo. Pta­siek już skoń­czył. Kuca na pod­ło­dze, mniej wię­cej w tym samym miej­scu co przed­tem, jak gołąb, który wraca po prze­jeź­dzie kolejki. Salowy przy­nosi tacę z żar­ciem. Wyj­muje klucz, otwiera i wcho­dzi do celi. Mnie każe zostać za kratą. Kuca obok Ptaśka i zaczyna go kar­mić. Coś podob­nego! Pta­siek nawet trze­po­cze rękami jak kar­mione pisklę! Salowy ogląda się na mnie i wzru­sza ramio­nami.

- Zapo­mnia­łem panu powie­dzieć: dok­tor Weiss chce się z panem widzieć zaraz po lun­chu.

- Dzięki.

Weiss to wła­śnie ten dok­tor-major, co mówi­łem. Raz jesz­cze zer­kam na Ptaśka i odcho­dzę kory­ta­rzem. Wiem już, gdzie jest kafe­te­ria, bo jadłem tam śnia­da­nie. Praw­dziwa kafe­te­ria, nie jakaś tam śmier­dząca sto­łówka. Leka­rze też tam jedzą i sio­stry, dobre żar­cie. Jem i myślę o Ptaśku, któ­rego kar­mią jak pisklaka. Jak to się mogło poro­bić?

Kiedy już sie­dzę u Weissa, pytam go, co jest z Ptaś­kiem, ale Weiss jest chy­try i potrafi unik­nąć odpo­wie­dzi. W jed­nej sekun­dzie zmie­nia się w majora, który roz­ma­wia z sier­żan­tem.

Wpa­truje się we mnie z oble­śnym uśmiesz­kiem gów­no­jada, jak­bym i ja był szur­nięty. Na począ­tek pyta, co tam ze mną robią w Dix. Opo­wia­dam mu, jak to mia­łem zła­maną szczękę i musieli mi wsta­wić kawa­łek metalu.

Kiedy to pierw­szy raz usły­sza­łem, pomy­śla­łem sobie, że będę miał sta­lową szczękę jak Tony Zale. Dok­tor wytłu­ma­czył mi jed­nak, że odwrot­nie, będę musiał bar­dzo uwa­żać, bo byle ude­rze­nie może roz­wa­lić całą kon­struk­cję i spo­wo­do­wać wstrząs mózgu. Czyli że teraz mam szklaną szczękę. No i dobrze.

Opo­wia­dam to wszystko Weis­sowi i nagle widzę, jak on mnie nie­sa­mo­wi­cie wpusz­cza w maliny. Te wszyst­kie uśmieszki, "hmhmy" i "achy" są tylko po to, żebym truł dalej. A on mnie olewa od początku do końca. Posta­na­wiam sobie, że nie powiem mu za dużo o Ptaśku.

Pyta, od jak dawna się z Ptaś­kiem przy­jaź­nimy. Mówię mu, że od trzy­na­stego roku życia. Weiss zadaje to pyta­nie tak, że od razu wia­domo, o co mu cho­dzi: czy przy­pad­kiem nie jeste­śmy homo, czy żeśmy się nie obma­cy­wali i tak dalej. Tak Bogiem a prawdą w pie­cho­cie jest to na porządku dzien­nym. Cztery godziny w dołku z takim face­tem i ma się dosyć na całe życie.

Wła­ści­wie to nie pamię­tam, żeby Pta­siek w ogóle inte­re­so­wał się sek­sem. Weźmy tamtą histo­rię z Doris Robin­son. Jak z nią mu nie wyszło, to już nie ma nadziei. Może brały go tylko ptaki. Jak­bym to powie­dział temu kono­wa­łowi, padłby pew­nie na miej­scu.

Dok­tor-major pró­buje wydu­sić ze mnie coś na temat Ptaśka. Ale ja się nie daję. Mógłby cho­ciaż wyglą­dać na to, że gra serio. On widzi, że ja się zamkną­łem. Głupi nie jest. Muszę z nim uwa­żać. Pod tym bia­łym far­tu­chem jest twardy jak stal. W każ­dej chwili może huk­nąć na zafaj­da­nego sier­żanta. Na razie mówi do mnie jak lekarz, ale tylko cze­kać, jak znowu zacznie po woj­sko­wemu. Na leka­rzy w woj­sku powinni dawać samych sze­re­gow­ców.

Dokład­nie w chwili, jak o tym myślę, Weiss rąbie:

- To tyle, sier­żan­cie. Odwie­dzi go pan jesz­cze raz po połu­dniu i postara się nawią­zać kon­takt. Zdaje się, że to nasza naj­więk­sza szansa. Zazna­czam sobie, że spo­tkamy się tutaj znowu jutro rano o dzie­wią­tej.

Wstaje, żeby mnie odpra­wić. Wyci­nam mu numer: salu­tuję i trzy­mam rękę tak długo, aż on zrobi to samo. Sukin­syn jeden.

Idąc do Ptaśka, zamie­niam parę słów ze zna­jo­mym salo­wym. Fajny facet, chyba nie pedał. Nacią­gam go na opo­wieść, jak to jest z tymi, co odma­wiają służby. Mówi, że przez jakiś czas gło­dzili go, żeby naukowo spraw­dzić mini­mum pokar­mowe jed­nostki, potem sadził gdzieś tam szkółkę leśną, a teraz od pół­tora roku pra­cuje w szpi­talu. Opo­wiada to tak, jakby wszystko było w porządku. Jest tro­chę podobny do Ptaśka: trudno go skrzyw­dzić. Praw­dziwy pecho­wiec ni­gdy nie ma pecha.

Teraz on pyta, co mi się stało w twarz, no to mu mówię. Widzę, że naprawdę się prze­jął, nie to co Weiss. To widać po jego minie i po tym, jak sięga ręką do wła­snej szczęki, żeby spraw­dzić, czy jest w porządku. Otwiera mi drzwi do celi Ptaśka, biorę krze­sło z kory­ta­rza.

Kiedy wcho­dzę, Pta­siek dalej kuca na środku i gapi się w okno.

- Sie­masz, Pta­siek! Poga­da­łem sobie wła­śnie z Weis­sem. Dru­giego takiego łobuza ze świecą szu­kać. Gdy­bym to ja był pier­dol­nięty, zaczął­bym uda­wać, że nie jestem, tylko po to, żeby się wyrwać z jego oble­śnych łap. Co ty na to?

Pta­siek, wyobraź­cie sobie, odwraca głowę. Nie tak cał­kiem, żeby spoj­rzeć mi w oczy: tylko do połowy, jak ptak, kiedy chce spoj­rzeć na coś pro­sto jed­nym okiem. Natu­ral­nie nie patrzy na mnie; patrzy na pustą ścianę po dru­giej stro­nie celi.

- Pta­siek! A pamię­tasz, jak żeśmy zwiali do Wil­dwood? W życiu nie zapo­mnę, jak wario­wa­łeś w wodzie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki