Ptasie ulice - Piotr Paziński

Kup ebooka

24.00 zł
19.92 zł (19,68 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Na placyku przy domku grabarzy kłębił się tłumek, niewielki, lecz wystarczający, by zasłonić drzwi do trupiarni. Jakub stanął na uboczu, pod zadaszoną studnią, i stamtąd próbował policzyć uczestników pogrzebu. Dorosłych, przeważnie starych mężczyzn było chyba dziesięciu, oprócz nich kilka starszych kobiet oraz troje młodszych ludzi. Niemal wszystkie sylwetki wydały mu się znajome, chociaż zaszła w nich pewna zauważalna zmiana: byli o wiele mniejsi, w każdym razie skromniejszej postury niż dawniej, gdy ich widywał. Niektórzy przestępowali z nogi na nogę, inni zastygli jak sparaliżowani. Ktoś nerwowo gestykulował, raz po raz zerkając na zegarek, ktoś pokazywał palcem niebo i przesuwające się po nim pierzaste smugi. Wokół krzątał się wysoki i barczysty mistrz ceremonii. Zagadywał przybyłych, najwyraźniej zapewniając, że sprawy biegną właściwym torem.

Osobno stał mężczyzna w ciężkim ubraniu. Jakub nigdy wcześniej go nie spotkał, ani na ulicy, ani na cmentarzu. Człowiek ów rozglądał się nieśmiało, po trosze lustrował żałobników, rejestrując ich obecność z niedowierzaniem. Na pewno nie stąd, przyjezdny, przemknęło Jakubowi przez głowę. Odniósł wrażenie, że nieznajomy, podobnie jak on przed chwilą, liczy obecnych i że robi to nader skrupulatnie, koncentruje się na każdej twarzy, jakby chciał wszystkie odcisnąć w pamięci. Dziwne było, że nikt na niego nie patrzy. Zgromadzeni albo po prostu go nie dostrzegali, zaabsorbowani sytuacją, albo przeciwnie, ignorowali z rozmysłem, ponieważ nie uważali za jednego ze swoich.

Jakub pożałował nieznajomego. Już miał sam siebie przekonać, by podejść i powitać go niejako w imieniu ogółu, gdy tamten zwrócił wzrok w jego stronę. Patrzył intensywnie wielkimi oczami, w których współczucie mieszało się z jakąś surowością, a może z maskowanym gniewem. Przeszywał Jakuba na wskroś, nieledwie dotykając muru za jego plecami, a Jakub od razu poczuł się winny, że nie potrafi odwzajemnić się jakimkolwiek gestem.

Ludzie na placyku zaszumieli. Od pewnego czasu obserwowali nieznanego mężczyznę i coraz głośniej komentowali jego zachowanie. Jedna z kobiet wskazywała go ręką, tłumacząc coś towarzyszom, mistrz ceremonii zdradzał objawy zdenerwowania, jakby cały pogrzeb, za który czuł się odpowiedzialny, właśnie wymykał się spod jego władzy.

Zamieszanie irytowało Jakuba. Zdecydował, że przeczeka uroczystość gdzieś na cmentarzu, a grób odwiedzi, kiedy wszyscy już sobie pójdą. Zanim jednak zdążył ruszyć się spod studni, wyrósł przed nim człowieczek w kraciastym kaszkiecie. Jakub nie znał jego nazwiska.

- Proszę do nas, niechże się pan tak nie kryje - zachęcił. - Co prawda jest już dziesięć, ale dodatkowy nie zawadzi.

Jakub nie odpowiedział. Tamten nie zamierzał odejść.

- Niedawno mówił o panu, pan wie? Chwalił pańskie - zastanowił się - no to, co pan pisał ostatnio. Dobrze, mówił, ale wszystko nie tak, to zupełnie inaczej było. Pan tam pokręcił, pododawał. On co innego pamiętał.

- Nie wiedziałem, że czytał.

- A czytał, czytał - odparł jak człowiek doskonale poinformowany. - Jakub idzie w moje ślady. Tak mówił. Jakub mnie wyręczy, Jakub podejmie wątek, Jakub zacznie tam, gdzie ja nie mam siły dalej pisać.

Wspiął się na palce, żeby mówić Jakubowi prosto do ucha:

- On bardzo dużo darł w tych dniach. Opiekunka wynosiła kubły papierów. Poszło wszystko na zmarnowanie! Mówiłem, niech to się komuś na coś przyda, może Jakub, właściwie dlaczego on miałby tego nie przeczytać, zna się przecież, czytał niejedno, może mógłby... Wszyscy tutaj byliśmy tego samego zdania. Ale nie. Upierał się, że nie, nic nie da, nic nie zostawi, no i nic nie zostało. Jak to się mówi, do ostatniego papierka. Jakub idzie w moje ślady. Cały czas to powtarzał! Darł i wciąż powtarzał, to jedyne, co wtedy mówił: Jakub i Jakub. I darł. Wyrzucał z teczek na podłogę, leżało to w kupach, chodzić nie można było, chyba że po tym, aż człowiekowi płakać się chciało, że tyle tego idzie, ale co tu płakać! Darł ciągle, na karteluszki, co ja mówię, na małe okrawki, na pół paznokcia, że nic nie szło odczytać, może jedna litera na świstku. Niekiedy nawet kawałka litery nie było. Przemieszane! I jak to teraz złożyć? Dotychczas nikomu się nie udało. No i tak!

Zamruczał zadowolony, po czym dodał ze wstydem:

- To ja już pana zostawię.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki