Ptaki nie znają granic - Noah Strycker

Reflow text when sidebars are open.
Ptaki są czymś rzeczywistym. Gdybym musiał usprawiedliwiać ekstremalnie intensywne zainteresowanie ptakami, taki byłby mój pierwszy argument. Nawet kiedy rzucamy się w szaleńczą pogoń za stworzeniem jak najdłuższej listy zaobserwowanych gatunków ptaków, jesteśmy silnie związani z rzeczywistością - nie tylko z ptakami, ale również z geografią, ze zjawiskami pogodowymi, z typami lasu, rozkładami pływów morskich i bezlikiem innych czynników, ponieważ wszystko w naturze jest ze sobą powiązane. Ludzie mogą mieć różne zainteresowania, chcąc uciec od rzeczywistości, ale ptasiarstwo popycha w przeciwnym kierunku. To głębokie zanurzenie w realnym świecie.
Rok jest również czymś realnym - jednym okrążeniem Ziemi wokół Słońca - a całoroczne wysiłki podejmowane przez ptasiarzy są typowym przykładem ekstremalnego uprawiania hobby. Do pierwszej rywalizacji obserwatorów ptaków o palmę pierwszeństwa w wyścigu, kto w ciągu roku zaobserwuje najwięcej gatunków doszło w latach 90. XIX wieku w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, w hrabstwie Lorain, w stanie Ohio. Lynds Jones i W.L. Dawson współpracowali i rywalizowali ze sobą, aby uzyskać jak najlepszy wynik na obszarze hrabstwa. W latach 30. XX wieku o miano twórcy najdłuższej listy rocznej w całej Ameryce Północnej na północ od Meksyku rywalizowało kilku ptasiarzy. Od tamtego czasu popularność tego wyścigu stopniowo rośnie, tak samo jak liczby zaobserwowanych gatunków. W ostatnich latach mistrzowie z Ameryki Północnej podnoszą coraz wyżej poprzeczkę i drenują swoje konta bankowe, latając wte i wewte po całym kontynencie, ścigając każdą rzadkość w jego granicach.
Ja sam zrobiłem "Big Years" (Wielki Rok) jako nastolatek w latach 70. XX wieku, dysponując bardzo skromnym budżetem, ale ograniczenia jakie wówczas stanowiły granice państwowe, były dokuczliwe. Podczas owego roku zrobiłem sobie przerwę na trzy wycieczki do Meksyku, mimo że ptaki zaobserwowane za południową granicą nie liczyły się. Urokowi tropikalnej bioróżnorodności nie mogłem się oprzeć. Nawet wówczas szeroki świat rozmaitości gatunków kusił bardziej niż pomysł obserwowania ptaków w obrębie określonych granic.
Peter Alden, pionier-przewodnik wycieczek zagranicznych mających na celu podpatrywanie ptaków, zaobserwował ponad 2000 gatunków na świecie w ciągu 1968 roku. Wszyscy myśleliśmy, że to był niezły wynik. W tamtej epoce nikt nie myślał na serio o pobiciu tego rekordu. Tropienie ptaków za granicą w skali światowej było trudne. Tysiące tropikalnych gatunków nie zostało wcześniej w ogóle zilustrowanych, a dobre przewodniki terenowe były dostępne tylko dla Ameryki Północnej, Europy i Republiki Południowej Afryki. Poza Stanami Zjednoczonymi publikacje poświęcone temu, gdzie szukać ptaków, były niemal niespotykane. Wycieczki, aby podglądać ptaki, były organizowane do stosunkowo niewielu miejsc. Dla moich znajomych i dla mnie tego typu zamorska wycieczka oznaczała wielotygodniowe przygotowania i często więcej tygodni późniejszych dociekań, aby zorientować się, co widzieliśmy. Jakkolwiek te podróże były satysfakcjonujące, nikt nie chciał upychać zbyt wielu gatunków w jednym roku. Od tamtego czasu w ciągu kilku dekad światowe ptasiarstwo przeszło dwie wielkie rewolucje, które wszystko zmieniły.
Pierwsza istotna zmiana dokonała się za sprawą eksplozji informacji, następującej stopniowo, lecz na ogromną skalę. Dzisiaj każdy znany gatunek ptaka jest znakomicie zilustrowany. Praktycznie w dowolnym miejscu na Ziemi możemy korzystać z wielu przewodników do rozpoznawania ptaków. Tysiące gatunków jest teraz mniej zagadkowych, a ich tajemnice zostały wyjaśnione. Doskonałe nagrania dźwiękowe mają ogromne znaczenie - służą do odnajdowania nieuchwytnych celów, zwłaszcza w gęsto zarośniętych, tropikalnych miejscach. Kiedyś, chcąc zobaczyć na przykład bącznika, wędrowało się przez rok po dorzeczu Amazonki i modliło o cud. Teraz, gdy znane są jego głos i preferencje siedliskowe, nie jest trudno znaleźć ten cudaczny, mały gatunek z rodziny czaplowatych.
Kolejna zmiana dokonała się za sprawą społeczności globalnej. Nie tak dawno temu ptasiarstwo było zajęciem popularnym w kilku krajach anglojęzycznych, północnej Europie i Japonii. Komunikacja pomiędzy tymi rezerwuarami ptasiarskiej aktywności była ograniczona. Powstanie Internetu to zmieniło. Pojawienie się list dyskusyjnych doprowadziło do błyskawicznej wymiany zdań pomiędzy mieszkańcami różnych kontynentów. Media społecznościowe, takie jak Facebook, przełamały nawet barierę językową, umożliwiając dzielenie się zdjęciami ptaków i automatyczne tłumaczenie. W tym samym czasie w większości krajów wyrosły lokalne społeczności ptasiarzy. W przeszłości, chcąc uzyskać poradę na temat obserwowania ptaków w Kolumbii, szukało się Amerykanów lub Europejczyków, którzy tam bywali. Dziś ptasiarstwo w tym kraju kwitnie, a kolumbijscy eksperci znają własną awifaunę lepiej niż ktokolwiek z zewnątrz. Wiedza jest teraz zdecentralizowana. A ponieważ wszędzie na świecie ptasiarze są zazwyczaj otwarci i skłonni do dzielenia się informacjami, podróżni mają obecnie znacznie więcej potencjalnych źródeł pomocy.
W przypadku jeżdżenia po świecie w poszukiwaniu ptaków największym motorem zmian jest eBird, ogromna internetowa baza danych o obserwacjach ptaków. Uruchomiona w 2002 roku, początkowo ograniczała się do Ameryki Północnej, a globalnie zaczęła działać w 2010 roku. Spotkała się z niezwykle ciepłym przyjęciem, a jej rozwój na świecie jest niezwykle intensywny i całkowicie zmienia sposób postrzegania potencjału odległych krajów. Kiedyś, gdy czytało się o wojowniku żałobnym (z rodziny jastrzębiowatych - przyp. tłum.) na Półwyspie Malajskim i w Indonezji, wydawało się to być niewyobrażalnie daleko. Teraz po kilku kliknięciach na stronie eBird wyświetli się kilka miejsc, w których ten gatunek był widziany w ciągu ostatniego miesiąca i można sprawdzić, jak często jest on obserwowany w tych miejscach i kim są lokalni obserwatorzy. Stwierdzenie, że eBird stał się globalnym centrum informacyjnym dla aktywnych ptasiarzy, nie jest przesadą.
Wraz z ewolucją światowego ptasiarstwa zwiększa się rekordowa liczba gatunków odnotowanych w ciągu roku na świecie. Amerykański ornitolog James Clements "uzbierał" w 1989 roku w sumie ponad 3600 gatunków - tuż przed pojawieniem się Internetu. W 2008 roku nieustraszona brytyjska para, Alan Davies i Ruth Miller, przekroczyła 4300 gatunków - tuż nim eBird zaczął działać na skalę globalną. Nadszedł czas, by ktoś przekroczył 5000, rejestrując ponad połowę ptaków na świecie w ciągu jednego roku. Wszyscy wcześniejsi mistrzowie - Alden, Clements, Davies i Miller - byli lub są moimi przyjaciółmi i obserwowałem z wielkim zainteresowaniem, kto będzie następny.
Nie można było spodziewać się lepszego kandydata niż Noah Strycker. Ten błyskotliwy młodzieniec był już weteranem zaawansowanych badań terenowych, znanym z pisania o ptakach z dociekliwością i wdziękiem; nie można było zlekceważyć go, uznając za kogoś "kto tylko prowadzi listy gatunków". W jednym starannie zaplanowanym sprincie dookoła świata pobił poprzednie rekordy. Przywiązywał również wagę do tego, aby wszędzie tam, dokąd się udawał, żyć jak miejscowi i nawiązać kontakty z lokalnymi ekspertami od ptaków. W wyniku tego powstał jego wnikliwy, realistyczny portret ptaków i ptasiarzy na świecie.
W tym momencie historii łatwiej niż kiedykolwiek jest oglądać ptaki na całym świecie... ale na całej planecie ptaki napotykają bezprecedensowe niebezpieczeństwa. Pesymista mógłby powiedzieć, że znajdujemy się w optymalnym punkcie pomiędzy dostępnością ptaków a ich wymieraniem. Nie patrzę na to w ten sposób. Noah Strycker napotkał mnóstwo ptaków podczas swojej wielkiej podróży, ale co ważniejsze, w każdym kraju spotkał ludzi, którzy z pasją troszczą się o te ptaki i którzy będą walczyć o ich przetrwanie. Wszystko w przyrodzie jest ze sobą powiązane, a ponieważ więzi pomiędzy ptasiarzami są coraz mocniejsze, przyszłość już teraz wygląda nieźle.
Kenn Kaufman
Przesądni obserwatorzy mawiają, że zwiastunem przyszłości jest pierwszy ptak, którego zobaczy się w Nowy Rok. Jest to moment zwrotny w tradycyjnym zodiaku chińskim, który przypisuje każdy rok pewnemu zwierzęciu, na przykład smokowi lub szczurowi... Któregoś roku obudziłem się pierwszego stycznia, wyjrzałem na zewnątrz i zobaczyłem sikorę jasnoskrzydłą, ładne, przyjazne stworzenie, które każdy lubi. To był fantastyczny rok. W pierwszym dniu kolejnego roku pierwszego zobaczyłem szpaka, pogardzanego intruza w Ameryce Północnej, który załatwia się na zaparkowane samochody i zwyczajnie zabija pisklęta błękitników, tylko dlatego że to potrafi. W porównaniu z rokiem sikory rok szpaka był dla mnie prawie całkiem stracony.
Tak więc pierwszego stycznia 2015 roku z pewnym niepokojem rozglądałem się wokoło, by przekonać się, który ptak nada ton następnym 365 dniom. Wiedziałem już, że nie będzie to zwyczajny rok: dopiero co rzuciłem stałą pracę, zerwałem z dziewczyną, wydałem większość oszczędności, a potem, upchnąwszy cały dobytek do małego plecaka, wyruszyłem dosłownie na koniec świata. Teraz, gdy zegar wybijał północ, na pokładzie rosyjskiego statku w zamarzniętych przestworzach Antarktyki, z butelką szampana w rękach i lornetką dyndającą na szyi, siedziałem w wannie jacuzzi w towarzystwie historyka ze Szkocji, badacza pingwinów i geologa. Jaki ptak pozwoliłby zorientować się, dokąd to wszystko zmierza?
Przy odrobinie szczęścia mógłby to być pingwin. Zadałem sobie wiele trudu, aby zaplanować obchody Nowego Roku dokładnie tak, by zaraz po obowiązkowym odliczaniu i toaście rok 2015 mógł zostać ogłoszony rokiem pingwina - który, w ujęciu karmicznym, nie może pójść źle. W poprzednim tygodniu spędziłem samotnie noc Bożego Narodzenia na posadzce lotniska w Los Angeles, odbyłem podróż ze Stanów Zjednoczonych na południowy kraniec Argentyny, zaokrętowałem się na statek i przepłynąłem przez burzliwą Cieśninę Drake'a. Teraz znalazłem się w przełomowym momencie, kiedy los nada bieg największemu "wielkiemu rokowi" w moim życiu i prawdopodobnie historii międzynarodowego ptasiarstwa.
Cel był prosty: w ciągu następnych dwunastu miesięcy zobaczyć 5000 gatunków ptaków - około połowy na Ziemi - podczas ekstremalnej podróży dookoła świata. Po opuszczeniu Antarktyki miałem spędzić następne cztery miesiące w Ameryce Południowej, potem powędrować na północ przez Amerykę Środkową, Karaiby i Meksyk, by dotrzeć w maju do Stanów Zjednoczonych. Jeśli wszystko poszłoby dobrze, miałem polecieć do Europy, zrobić wielki zwrot o 180 stopni przez Afrykę, obskoczyć Bliski Wschód, przebyć zygzakiem większą część Azji i przez Oceanię - zaliczając wyspę po wyspie - dotrzeć do Australii, by tam świętować rozpoczęcie kolejnego nowego roku. Podczas gdy Ziemia miała obiec Słońce, ja chciałem odwiedzić czterdzieści krajów bez dnia wolnego. Nikt nigdy nie porwał się na taką podróż, eksperci o ptasich móżdżkach spierali się o to, czy w ogóle możliwe jest zobaczenie 5000 gatunków w ciągu jednego roku kalendarzowego. Pod koniec ta podróż przeszła nawet moje najśmielsze oczekiwania. Ale na razie wiedziałem tylko, że o północy zegar zaczął odmierzać mój Wielki Rok.
Ci, którzy latają najwięcej na świecie, nie mają statusu platynowych pasażerów, prawa do darmowej zmiany klasy biletu czy choćby paszportu. Każdej godziny miliony tych imigrantów bez dokumentów wlewają się przez granice państwowe i nikt nie myśli o budowaniu murów, aby ich zatrzymać. W każdym razie byłoby to niemożliwe. Ptaki to prawdziwi obywatele świata, którzy mogą pojawiać się i znikać, kiedy im się podoba.
Kilka lat temu dwóch brytyjskich naukowców zmierzyło się z pytaniem, ile ptaków żyje na Ziemi i obliczyło, że w każdej chwili naszą planetę dzieli z nami od 200 do 400 miliardów pierzastych przyjaciół. To daje około czterdziestu ptaków na każdego człowieka, ciągnących się jeden za drugim aż po krańce Ziemi. Ptaki zajmują niemal każdą wyobrażalną niszę na świecie, od dzikiej Amazonii w Ameryce Południowej po serce Bronksu w Nowym Jorku. Nawet miejsca, które wydają się pozbawione życia, znajdują się w ich zasięgu: nieustraszone ptaki zarejestrowano na biegunie południowym, nad Mount Everestem i nad otwartymi oceanami, setki kilometrów od lądu. Według stanu z 2015 roku na Ziemi zidentyfikowano 10365 gatunków ptaków - liczba ta daje do myślenia, jaka musi być sama ich różnorodność. Najmniejszy - koliberek hawański występujący na Kubie - mógłby wygodnie usiąść na pazurze największego - strusia czerwonoskórego.
Ptasiarstwo to stan umysłu w większym stopniu niż cokolwiek innego, co sprawia, że trudno je zdefiniować. Roger Tory Peterson, uważany powszechnie za ojca współczesnego ptasiarstwa, zauważył kiedyś, że ptaki są dla każdego czymś innym: przedmiotem nauki, sztuki, sportu. Mogą nawet, jak dodał z przymrużeniem oka przyjaciel Petersona - James Fisher - "być nudne, jeśli jest się nudziarzem". Ptasiarstwo to zajęcie trudne do zaszufladkowania, chociaż wielu próbowało to zrobić; jest to polowanie, kolekcjonowanie i hazard w jednym. Nikt nie potrafi rozstrzygnąć, czy ptasiarstwo należy traktować jako uzależnienie, sposób na odreagowanie czy zabawę uprawianą przez ekonerdów ubranych w khaki.
Moje własne zainteresowanie ptakami zaczęło się dość niewinnie w wieku dziesięciu lat, kiedy mój nauczyciel w piątej klasie przyczepił na przyssawki do okna naszej klasy przezroczysty plastikowy karmnik. Kiedy miałem dwanaście lat, tata pomógł mi zbudować budki lęgowe dla błękitników i zabrał mnie na ptasiarski festiwal we wschodnim Oregonie. Niedługo później taszczyłem do domu gnijące truchła jeleniowatych, aby zwabić i sfotografować sępniki różowogłowe, następnie odłożyłem na później college, żeby pojechać badać gniazda ptaków w Panamie, a potem wymigałem się od pracy od godziny dziewiątej do siedemnastej, i przedstawiałem się jako "ornitolog", gdy ktoś mnie pytał o profesję.
Moje hobby dawało mi od początku poczucie celu. Obserwując niebo, zacząłem postrzegać świat na różne sposoby, pozwalałem, by ciekawość wiodła mnie w nowe miejsca. W wieku dwudziestu kilku lat miałem za sobą ponad półtora roku spędzonego pod namiotami w różnych, odległych zakątkach świata. Dzieliłem czas pomiędzy ptasie projekty badawcze i ekspedycje i zaakceptowałem to, że nie będzie od tego odwrotu. Miałem również narastające, niepokojące poczucie, że nawet jeśli robiłbym to przez resztę życia, to po prostu jest zbyt dużo ptaków i zbyt mało czasu.
Poczucie pilnej konieczności wydaje się być wszechobecne. Psychologowie określają to terminem FOMO (ang. Fear of Missing Out - lęk przed przeoczeniem czegoś), obrońcy przyrody odwołują się do utraty siedlisk, a hollywoodzcy reżyserowie nazywają to apokalipsą. Jeśli chodzi o nawiązywanie kontaktu z przyrodą, żyjemy w interesującym momencie. Sto lat temu ludzie obserwowali ptaki w nadziei odkrycia nowych gatunków, ale złoty wiek ornitologicznych odkryć przeminął; obecnie praktycznie wszystkie gatunki ptaków są skrupulatnie, naukowo opisane, a ich stęchłe okazy upchnięte w zbiorach muzealnych. Dziś ludzie garną się do ptasiarstwa z dokładnie przeciwnego powodu: by odnaleźć i celebrować kontakt z naturą w czasach, gdy znaczna część społeczeństwa rzadko kiedy ośmiela się wyjść z domu na dwór. Przejmujące jest to, że podczas gdy uwagę na ptaki zwraca rekordowa liczba ludzi, one same nigdy nie stały w obliczu bardziej niepewnej przyszłości. Nasza planeta jest ogołacana, równana, zaorywana, rozwiercana, brukowana i zabudowywana w bezprecedensowym tempie. Co to oznacza dla ptaków, ludzi i reszty świata? Wielką niepewność.
Chociaż tak łatwo jest się zniechęcić, ptasiarze są grupą ludzi szczególnie optymistycznie nastawioną na działanie. Wiedzą, że nie zobaczy się zbyt wiele, jeśli cały dzień wpatruje się w ścianę. Wiedzą również, że niektórych przeżyć nie da się doświadczyć poprzez obserwację ptaków cyfrowo. Obserwowanie prawdziwej pirangi szkarłatnej sprawia szczególną przyjemność, nie to, co patrzenie na wirtualnego czerwonego ptaka na ekranie telefonu. Obierając za cel najbardziej wolne stworzenia na świecie, ptasiarze patrzą z wyjątkowej perspektywy na to, jak przedmioty ich zainteresowania spinają nawet najodleglejsze części globu. Ptaki uczą nas, że granice to tylko linie narysowane na mapie - jest to lekcja, którą wszyscy możemy wziąć sobie do serca.
Wraz ze zbliżaniem się moich trzydziestych urodzin pojawił się wielki plan: oblecieć planetę, poznać najbardziej zapalonych ptasiarzy na świecie, być może ustanowić fajny rekord i zrobić wyjątkową fotkę Ziemi, wszystko za jednym zamachem. Wyruszyłem, żeby zobaczyć świat i jeden gatunek ptaka po drugim.
Około stu pasażerów i czterdziestu członków załogi udało się na tę wyprawę na Antarktydę, reklamowaną jako "sylwester wśród cesarzy i królów" - w odniesieniu do dwóch największych gatunków pingwinów na świecie (pingwina cesarskiego i pingwina królewskiego - przyp. tłum.). Jeśli chce się zobaczyć świat, równie dobrze można zacząć od jego krańca, a Antarktyda wydawała się idealnym początkiem mojej rocznej podróży.
Moim zadaniem, jako oficjalnego ornitologa pokładowego podczas tej podróży, zorganizowanej przez kanadyjskiego organizatora rejsów wycieczkowych One Ocean Expeditions, było pokazywanie pingwinów i innych zwierząt, dopóki statek nie wróci do Argentyny tydzień po Nowym Roku. Płynęliśmy statkiem Akademik Ioffe, jednostką z czasów sowieckich, zbudowaną rzekomo do prowadzenia badań oceanograficznych, lecz krążyły pogłoski, że wypatrywała ona kiedyś amerykańskich łodzi podwodnych w czasie zimnej wojny. Na liście pasażerów znaleźli się: lekarze, prawnicy, biznesmeni, maniacy sprzętu elektronicznego oraz rozmaite obieżyświaty i nadziani goście z Republiki Południowej Afryki, Australii, Stanów Zjednoczonych, krajów Europy i innych rozrzuconych po świecie. Około jednej trzeciej uczestników tej wyprawy chciało zobaczyć siódmy kontynent, zanim umrze. Edukatorzy z kolei byli młodsi, niezależni, tacy jak ja. Wielu z nich było ekspertami w swojej dziedzinie, którzy chcieli spędzać długie okresy w odległych częściach świata. To była moja dziewiętnasta wyprawa polarna w ciągu trzech minionych sezonów i miała być na jakiś czas ostatnią.
Kiedy nadeszła północ, z okrętowego baru dwa pokłady niżej niosły się dźwięki Auld Lang Syne (szkockiej pieśni ludowej śpiewanej tradycyjnie podczas sylwestra - przyp. tłum.), podczas gdy ja i trzy inne osoby moczyliśmy się w wannie jacuzzi na zewnątrz. Magistrant geologii o imieniu Casey z nowojorskiego Stony Brook University wstrząsnął butelką szampana i wystrzelił z niej korkiem jak z pistoletu startowego. Jej zawartość prysnęła marznącą pianą na wszystko w zasięgu wzroku.
- Szczęśliwego Nowego Roku! - krzyknęliśmy.
Z baru wyłoniło się kilkoro pasażerów, żeby sfilmować nas telefonami komórkowymi. Większość ludzi, to znaczy normalnych ludzi, nie świętuje Nowego Roku, opryskując się szampanem w wannie na Antarktydzie. Ostrożnie osłaniałem lornetkę. Trudno było ustawić ostrość, ponieważ cały świat zdawał się kołysać. Może to przez ruch statku, a może szampana, ogólny chaos albo sto tysięcy mil nieznanego przede mną. Ale... żadnych ptaków! Ani jednego! Och, rozpaczliwie chciałem znaleźć pingwina.
Mój wzrok przyciągnęła doktorantka historii ze Szkocji, rudowłosa Katie.
- I co? Widzisz coś?
O północy w dzień polarny widok z wanny umiejscowionej strategicznie na górnym pokładzie statku był nie do przebicia. Tysiące rzeźbionych gór lodowych, błyszczących odcieniami kobaltu, szafiru i stali, było rozrzuconych po oceanie jak okiem sięgnąć, a wąska linia olśniewających ścian lodowca kreśliła kontynent Antarktydy na horyzoncie. Utalentowany artystycznie przyjaciel, zainspirowany podobnym widokiem, zwierzył mi się kiedyś z pomysłu, by wyrzeźbić coś w kilku górach lodowych, żeby speszyć pasażerów przepływających statków: wyobraźmy sobie żeglowanie po Oceanie Południowym obok bloku lodu wielkości pałacu w kształcie Myszki Miki. Mój przyjaciel był jednak zmuszony przyznać, że ludzka kreatywność nie ma nic wspólnego z brutalnymi siłami natury, szczególnie tutaj. Góra lodowa długości boiska do futbolu amerykańskiego waży milion ton, mniej więcej tyle samo, co roczny import pszenicy w Etiopii; a w lodowatych wodach południowych mórz widywałem góry lodowe o szerokości kilku kilometrów. Kilka lat temu od Lodowca Szelfowego Rossa, na południe od Nowej Zelandii, oderwał się blok, który był większy niż cała powierzchnia lądowa Jamajki; dryfował przez kilka lat, zakłócając zarówno ruch pingwinów, jak i statków. W tej części świata lód ma prawdopodobnie dziesiątki tysięcy lat - jest idealny do dojrzałej whisky z lodem - a wierzchołek góry lodowej wystający nad wodą to tylko około jednej dziesiątej jej pełnego rozmiaru. Oglądanie gór lodowych jest jak obserwowanie ptaków: im więcej się o nich myśli, tym mniej znaczący czuje się człowiek, i dopiero stopniowo zaczyna się wyczuwać, jak duża część znajduje się pod powierzchnią.
Słońce wisiało nisko nad horyzontem, rzucając na wszystko niesamowity blask. W oddali widziałem Trinity Island, dwudziestoczterokilometrową wychodnię lodu i skał. Było zbyt daleko, by dostrzec pingwiny białobrewe i pingwiny maskowe, o których wiedziałem, że gniazdują w jej zaciszu. Mimo to, znajdując się tak blisko kolonii lęgowej, doszedłem do wniosku, że mógłbym zobaczyć jednego lub dwa zbłąkane ptaki przepływające w pobliżu statku. Pingwiny potrafią przepłynąć setki kilometrów i lubią odpoczywać na górach lodowych.
Jednak... nie było żadnych pingwinów. Na dodatek w wannie robiło się zimno. Odkryte wanny z hydromasażem nie nadają się zbytnio do warunków panujących na Antarktydzie, a ta jedna nie była wyjątkiem - nie zdołała sprostać lodowatej temperaturze. Gdybyśmy wkrótce nie trafili do sauny, nasza czwórka zamieniłaby się w sople lodu.
- Czy gęsia skórka pozwala zaliczyć mnie jako ptaka? - zapytała Nicole, młoda badaczka pingwinów, ale nikt nie odpowiedział.
W lecie na półkuli południowej, kiedy rozkwita fitoplankton w dwudziestoczterogodzinnym słońcu, Ocean Południowy jest prawdopodobnie najbardziej produktywnym miejscem do życia na Ziemi - a jednak w ogóle nie było tu żadnych oznak życia, ani jednej fontanny wieloryba, ani foki. Gdzie podziały się pingwiny w tej tak zwanej krainie pingwinów, kiedy naprawdę, ale to naprawdę, chciało się zobaczyć jednego?
Ktoś powiedział: "Jesteś najgorszym ptasiarzem na świecie! Jak w ogóle zamierzasz dojść do pięciu tysięcy gatunków, skoro nie potrafisz nawet znaleźć gatunku numeru jeden?
Casey pierwszy wyszedł z wanny, po nim Katie. Woda przelała się przez krawędź wanny i zamarzła na metalowym pokładzie. Nicole także zniknęła. Pozostałem więc tylko ja, określający sam siebie mianem ornitologa. Siedziałem sam w na wpół wypełnionej, na wpół zamarzniętej wannie z hydromasażem na Antarktydzie, było koło pierwszej w nocy i w zasięgu wzroku ani śladu pingwinów.
Co mogłem zrobić? Ptaki to kapryśne istoty. Podniosłem ręcznik, poszedłem za innymi do środka, żeby się ogrzać, i porzuciłem starannie przygotowany plan, by zobaczyć mojego pierwszego ptaka roku z gorącej wanny na końcu świata. Dookoła mnie w wąskich korytarzach ludzie rozchodzili się do swoich kabin. Światła statku przygasły, umundurowany rosyjski oficer statecznie patrolował mostek kapitański, a kanadyjski barman mył mopem podłogę w barze. Na całym statku ludzie wciskali się w koje i wszystko wracało do normy po długim i ożywionym wieczorze. Przygody czekały nas po śniadaniu - a mianowicie wizyta w dużej kolonii pingwinów, gdzie miałem zagwarantowane, że zobaczę tysiące ptaków w "smokingach" w pierwszym dniu nowego roku.
Byłem jednak zbyt podekscytowany, żeby spać. Prawie wszyscy rozeszli się do łóżek, a ja założyłem: dwie warstwy ciepłej bielizny, wełniane skarpety, spodnie narciarskie, sweter polarowy, wodoodporną kurtkę puchową, komin polarowy, ocieplane wodoodporne rękawiczki, wełnianą czapkę, wodoodporne buty z polarową podszewką, zabrałem lornetkę i wyruszyłem na łowy. Tym razem, zamiast zająć górny pokład z rozległym widokiem, skierowałem się na sam koniec statku, gdzie mogłem patrzeć w dół na wzburzony kilwater. Wcisnąwszy się pomiędzy kabestan, dużą dźwignicę, zwoje lin i kilka związanych ze sobą dmuchanych łodzi motorowych na rufie, stałem osłonięty od wiatru przez metalowy śmietnik, w którym przechowywane były wszystkie śmieci podczas ekspedycji, i opierałem się o reling.
To było moje ulubione miejsce na pokładzie. Na 117-metrowym statku zajmowanym przez 140 osób mało jest wolnej przestrzeni, więc udawałem się tam, kiedy chciałem spędzić chwilę w spokoju, bo nikt inny nigdy nie chodził za śmietnik. Do tego niektóre gatunki ptaków morskich lubią podążać za statkami i często widywałem ptaki ciągnące za kilwaterem, czasami zawisające w powietrzu prawie na wyciągnięcie ręki. Teraz nie było widać żadnego, ale przynajmniej był to dobry punkt obserwacyjny.
Czy naprawdę potrafiłbym spędzić cały rok, jeżdżąc po świecie za ptakami, nie wypalając się? Nie byłem tego pewny. Od tej chwili do końca grudnia nie planowałem robić nic innego. Darowałem sobie nawet obejrzenie niektórych z cudów świata - Machu Picchu w Peru i Tadź Mahal w Indiach - wyłącznie dla kilku godzin więcej na wyszukiwanie ptaków w lasach w pobliżu tych budowli. Czy było to nietaktowne? Moi znajomi uwielbiają nabijać się ze mnie z powodu ciągłego uganiania się za ptakami i przyznaję, że "zrobienie sobie wolnego" jest mi obcym pojęciem. Jednakże budzenie się przed świtem przez 365 dni, wśród zupełnie obcych ludzi i nieprzerwana, wyczerpująca podróż miały przetestować granice mojej wytrzymałości, podobnie jak w przypadku narkomana nierobiącego nic innego poza zażywaniem kokainy przez rok. Jeśli mnie to zupełnie nie wykończy, to będę miał odlot.
Był tylko jeden sposób, żeby przekonać się, czy sobie poradzę, i byłem już na to zdecydowany.
Mój zegarek wskazywał 3:00 rano. Nagle, w odległości około stu metrów coś zamigotało pośród gór lodowych. W słabym świetle niemal uszło to mojej uwadze - wyglądając jak ciemny punkcik szybujący tuż nad powierzchnią wody, szerokim zygzakiem pod wiatr, stopniowo zbliżając się do statku.
Wiedziałem, co to, zanim nawet uniosłem lornetkę. Ptak leciał na sztywnych skrzydłach, wykorzystując kręte prądy powietrzne odbite od fal; co jakiś czas trzepotał energicznie skrzydłami, by zmienić kierunek, jednak głównie po prostu sunął w powietrzu. Był wielkości piłki do futbolu amerykańskiego i równie krągły. Jego głowa była matowo czarna, kontrastująca z nieskazitelnie białym spodem skrzydeł i brzuchem, a ogon ciemny. Jednak najbardziej uderzająca cecha dała się zauważyć, kiedy przechylił się w moim kierunku i zapikował nisko, poniżej poziomu oczu. Wierzch jego skrzydeł był upstrzony "oszronionymi" czarnymi i białymi plamami - czysta wizja abstrakcyjnego ekspresjonizmu.
Wielu ludzi nazywa tego ptaka "pintado", co dosłownie oznacza malowany, ze względu na jego nakrapiany wygląd, lecz zgodnie z właściwym nazewnictwem zobaczyłem warcabnika (dawniej zwanego petrelem warcabnikiem; ang. Cape Petrel), ptaka stosunkowo często spotykanego na Oceanie Południowym, który gniazduje na niedostępnych klifach. Chociaż czasami warcabniki wymiotują olejem z żołądka w przypływie złego humoru, są podziwiane i lubiane przez większość ludzi, którzy mają tyle szczęścia, aby je napotkać. Ten wytrzymały niewielki ptak morski, próbujący nadążyć za statkiem o trzeciej nad ranem, nie był co prawda pingwinem, ale był w sam raz.
Uważa się, że nazwa petreli pochodzi od imienia świętego Piotra, który chadzał po wodzie. Z takim błogosławieństwem rok petrela rozpoczął się obiecująco.
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji