Ptaki, które zniknęły - Simon Imenez

Kup ebooka

36.00 zł
30.16 zł (29,86 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Sześć żniw

Uro­dził się z jede­na­stym pal­cem. Małym guz­kiem z mięsa i kości obok małego palca pra­wej dłoni. Lekarz uspo­koił zanie­po­ko­jo­nych rodzi­ców i powie­dział, że to nie­szko­dliwe.

- Cho­ciaż... - dodał, roz­wią­zu­jąc mały płó­cienny wore­czek. - Do upra­wia­nia dhuby rol­nik potrze­buje tylko dzie­się­ciu pal­ców.

Uśpił nie­mowlę dymem z palo­nych ziół i przy­że­ga­ją­cym nożem ściął mu guzek z dłoni.

A matka, choć wie­działa, że w zio­ło­wym śnie jej dziecko nie czuje bólu, skrzy­wiła się, gdy ciął, i po wszyst­kim przy­ci­snęła syna do piersi, modląc się, by po prze­bu­dze­niu nie pamię­tał o ope­ra­cji. Jej mąż, nawet w takiej chwili nie­zdolny powścią­gnąć swo­jego hedo­ni­zmu, zacią­gnął się głę­boko lecz­ni­czym dymem i został obda­rzony wizją przy­szło­ści - roz­sze­rzo­nymi źre­ni­cami zoba­czył swego syna, doro­słego czło­wieka, postaw­nego i potęż­nego, z wiel­kim domem na szczy­cie wzgó­rza. Nowego guber­na­tora Pią­tej Wsi.

By upa­mięt­nić tę wizję, kazał wygo­to­wać guzek, a nagą kość umie­ścić w szkla­nym słoju, któ­rym potrzą­sał w gor­sze dni, słu­cha­jąc stu­kotu amu­le­tów na szczę­ście i szep­cząc do dziecka:

- Kie­dyś będziesz tu rzą­dził.

Chło­piec gul­go­tał w jego obję­ciach, zbyt mały, by uświa­do­mić sobie drobne i uroz­ma­icone spo­soby, któ­rymi życie przy­twier­dzało go do tej ziemi.

Nazwali go Kaeda, daw­nym imie­niem tego świata.

Kaeda dora­stał dumny z bli­zny na pra­wej dłoni, któ­rej kształt zmie­niał się przez lata. Kiedy miał ich sie­dem, roz­ro­sła się fali­ście wzdłuż brzegu śród­rę­cza, jak wijąca się rzeka. Z przy­jem­no­ścią poka­zy­wał ją, popro­szony, innym dzie­ciom, chi­cho­cząc, gdy gła­dziły ją ze zmarsz­czo­nymi brwiami, zara­zem zachwy­cone i zbrzy­dzone jej fak­turą. Nie­które nazy­wały go prze­klę­tym; były to dzieci, które nauczyły się od rodzi­ców nie­uf­no­ści do tego, co nie­zwy­kłe. Im pod­su­wał bli­znę pod sam nos i kon­fron­to­wał je z nią, powta­rza­jąc słowa ojca: "Kie­dyś będę tu rzą­dził!", i samą siłą woli prze­ko­ny­wał je, że bli­zna na dłoni przy­nosi mu szczę­ście.

Miał natu­ralną cha­ry­zmę. Opie­ku­no­wie go roz­piesz­czali, inne dzieci bawiły się w to, co chciał, uwa­żały to, co on. Wszy­scy, z wyjąt­kiem dziew­czynki imie­niem Jhige, która ni­gdy nie prze­oczyła oka­zji, by zakwe­stio­no­wać jego sza­lone tezy, sta­wia­jąc wła­sną dumę w kon­fron­ta­cji z jego dumą, gdy zaprze­czała jego teo­riom, dla­czego niebo jest czer­wone i dla­czego wszystko pach­nie słodko i łagod­nie nad ranem i kwa­śno jak owoc kiri o zmierz­chu.

- A twoja bli­zna nie jest niczym spe­cjal­nym! - wołała. - To tylko zna­czy, że uro­dzi­łeś się nie taki, jak trzeba!

I prze­wra­cali się w żół­tej tra­wie, póki opie­ku­no­wie ich nie roz­dzie­lili. Pra­wie każ­dego dnia wal­czyli jak psy, lecz mimo sinia­ków, które zano­sił na sobie do domu, wycho­dził z tych zapa­sów niczym nie­prze­jęty, prze­ko­nany, że ona jest po pro­stu zazdro­sna, że to jemu, nie jej, pisana jest wiel­kość. Co to za wiel­kość, nie wie­dział i nie miał wie­dzieć, dopóki nie przy­jadą poza­świa­towcy.

Do tego dnia znał jedy­nie histo­rie opo­wia­dane przez rodzi­ców - że co pięt­na­ście lat poza­świa­towcy roz­pru­wają niebo swymi stat­kami z tka­niny i metalu, lądują na rów­ni­nach na wschód od wio­ski i zabie­rają zbiory nasion dhuby. Ojciec mówił, że ten szcze­gólny dzień nazywa się Dniem Dostawy i że w każdy Dzień Dostawy urzą­dza się wiel­kie święto, dla poza­świa­tow­ców i rol­ni­ków.

- Święto, które będziesz pamię­tał do końca życia - obie­cy­wał.

Matka w dru­gim pokoju par­sk­nęła śmie­chem.

- Chyba że za dużo wypi­jesz.

- Picie to połowa zabawy - skon­tro­wał ojciec.

W noc przed pierw­szym Dniem Dostawy Kaeda nie mógł spać. Jego mózg był zbyt oży­wiony opo­wie­ściami, nowymi twa­rzami, które miał zoba­czyć, nowymi dłońmi nie­po­pla­mio­nymi fio­le­towo sokiem z dhuby. Patrzył przez małe okienko swej sypialni na czarne niebo upstrzone gwiaz­dami, nie zwa­ża­jąc na późną godzinę, i wyobra­żał sobie, jak to jest prze­ska­ki­wać z jed­nego świa­tełka na dru­gie. Jakie miej­sca są tam, po dru­giej stro­nie. Kiedy matka przy­szła z rana go zabrać, był wyczer­pany, zużyw­szy w nocy całą ener­gię na two­rze­nie tych fan­ta­zji. Ospale wsu­nął nogi w san­dały i gło­śno narze­kał, idąc z resztą miesz­kań­ców wsi na wschod­nią rów­ninę, bła­ga­jąc o chwilę odpo­czynku, aż ojciec wes­tchnął i wziął go na barana, gdzie to odpły­wał, to przy­tom­niał, nie­świa­domy czasu i miej­sca, jedy­nie cie­płego i moc­nego zapa­chu męskich bar­ków, niczym węgiel­ków z doga­sa­ją­cego ognia.

Zasnął.

Nagle niebo pękło i obu­dził się z krzy­kiem, a ojciec zaśmiał się i poka­zał w górę. Kaeda powiódł wzro­kiem za jego pal­cem do miej­sca, gdzie na tabliczce czer­wo­nego nieba ryso­wało się łukiem nad hory­zon­tem dwa­na­ście cien­kich zie­lo­nych linii, a ich koń­cówki się powięk­szały. Nie­całe dwie minuty póź­niej olbrzy­mie meta­lowe potwory opa­dły z trzę­są­cym zie­mią grzmo­tem na gruby dywan traw, jeden po dru­gim, ata­ku­jąc drga­niami jego serce, obrzmiałe od świa­do­mo­ści, że ni­gdy nie widział tak wiel­kich maszyn i niczego tak mister­nego jak ich płó­cienne skrzy­dła i poły­sku­jące w słońcu płyty kadłu­bów, niczego tak potęż­nego jak grom dźwię­kowy drzwi-ramp, które opa­dły na zie­mię jak roz­warte w pół krzyku szczęki, ani jak ludzie, któ­rzy wyszli ze środka, w każ­dym moż­li­wym kolo­rze skóry, niektó­rzy jaśniejsi od niego, inni ciem­niejsi, w ubra­niach jakby utka­nych z gwiezd­nego bla­sku. Jego świat roz­sze­rzył się osza­ła­mia­jącą, mdlącą falą, by ogar­nąć te nowe wyda­rze­nia. Zady­go­tał. Potem się zsi­kał. Ojciec zaklął i posta­wił go na ziemi, krzy­wiąc się i maca­jąc plamę na ple­cach.

Poza­świa­tow­ców zapro­wa­dzono na poduszki w samym środku Pią­tej Wsi. Na sze­ro­kich pół­mi­skach ser­wo­wano misy trun­ków i tale­rze cia­stek z dhuby - podłuż­nych, fio­le­to­wych i kru­chych. Z miej­sca, gdzie sie­dział, Kaeda nie widział poza­świa­tow­ców - lekko roz­cza­ro­wany opy­chał się słod­kimi buł­kami i opi­jał sokiem, czu­jąc cie­pło i kom­fort pomię­dzy poru­sze­niami ciał rodzi­ców, cie­sząc się gło­śnymi trza­skami, gdy matka swymi musku­lar­nymi pal­cami roz­łu­py­wała orze­chy, i grzmo­tem pija­nego, rado­snego śmie­chu ojca. Czuł zado­wo­le­nie, że jego świat jest tak kom­pletny - uśmiech­nął się nawet do Jhige, sie­dzą­cej z wła­sną rodziną na dru­gim końcu dłu­giego stołu, a ona, zdu­miona, odpo­wie­działa na uśmiech, macha­jąc ręką, po czym wró­ciła wzro­kiem do swo­jego wuja, w trak­cie kolej­nej nie­wia­ry­god­nej opo­wie­ści o Krwa­wej Bestii z połu­dnio­wego lasu - strasz­nej histo­rii, po któ­rych dzieci czę­sto budziły się w nocy i wpa­try­wały w ciemne kąty swych poko­jów, cze­ka­jąc na pożar­cie. Doro­śli wybuch­nęli śmie­chem.

Po ban­kie­cie, gdy zaczęło się ostre picie, opie­ku­no­wie i nowi rodzice odpro­wa­dzili dzieci do domów. Kaeda nie chciał jed­nak jesz­cze koń­czyć nocy - do tej pory nie spo­tkał żad­nego poza­świa­towca - zapla­no­wał więc ucieczkę z grupy. Powie­dział swo­jemu kum­plowi Sadowi, żeby skła­mał opie­ku­nom, że dawno pobiegł do domu, i zanim Sado zdą­żył kiw­nąć głową, już go nie było, biegł pod ścia­nami przy­sa­dzi­stych budyn­ków z powro­tem ku ogni­sku i ostremu zapa­chowi alko­holu.

I wła­śnie tam, na końcu uliczki, zanim wyszła na rynek, zoba­czył ją - kobietę, samotną, na ławce, obry­so­waną świa­tłem ognia.

Trzy­mała przy ustach drew­niany flet. Palce tań­czyły wzdłuż niego, gra­jąc muzykę, która koja­rzyła się Kaedzie z dźwię­kiem wia­tru gwiż­dżą­cego w uchy­lo­nych drzwiach. Obser­wo­wał ją z cie­nia. Nawet na sie­dząco wyda­wała się wysoka. Była czar­no­skóra, z głową ogo­loną do gołej skóry, w prost­szym stroju niż jej pobra­tymcy: bia­łej bluzce z wycię­ciem do oboj­czyka i ciem­nych spodniach opi­na­ją­cych krą­gło­ści nóg. Każda zagrana na fle­cie nuta spra­wiała, że ogień przed nimi tań­czył. A może to ogień wpły­wał na muzykę, może gwiazdy, może wszystko, razem i w har­mo­nii. Pieśń była jak sama noc. Kryła się w śmie­chu jego ludu tań­czą­cego wokół ognia, w zapa­chu owo­ców i dymu w powie­trzu; w świa­teł­kach odbi­tych od kro­pe­lek potu na jej oboj­czyku. Była wszę­dzie. Dech kobiety prze­pły­wał przez drew­nianą rurę i roz­le­wał się cie­płem po jego brzu­chu, czule go hip­no­ty­zu­jąc, póki jej wiel­kie oczy go nie dostrze­gły.

Muzyka ustała.

Kobieta ode­zwała się dwoma gło­sami, jed­nym w języku, któ­rego nie rozu­miał, a dru­gim w jego wła­snym. Brzmiało to, jakby miała w sobie ducha samej sie­bie, jakby sama była wła­snym odle­głym echem. Był za mały, żeby zro­zu­mieć, że podwo­jony głos powo­duje usterka jej auto­matu tłu­ma­czą­cego - uznał więc, że to jakieś poza­świa­towe czary.

- Podo­bało ci się? - zapy­tała. Cho­dziło jej o muzykę.

Kiw­nął głową. Wstała i pode­szła do niego. Miała długi cień, się­ga­jący daleko za niego, w pasmo ciem­no­ści na końcu uliczki. Jakiś instynkt kazał mu ucie­kać, jakby jakaś część jego jaźni wie­działa, że jeśli tu zosta­nie, nie będzie powrotu, zigno­ro­wał jed­nak to prze­czu­cie i z upo­rem wbił nogi w zie­mię. Kuc­nęła przed nim, spoj­rzała mu w oczy. Na tyle bli­sko, żeby poczuł kwietną che­mię jej skóry.

- Weź go - powie­działa i podała mu flet.

Ich palce musnęły się, gdy brał pre­zent. Przy­ci­snął flet do piersi z całej siły, a ona spoj­rzała nań i uśmiech­nęła się tak, jak to potra­fili tylko doro­śli - jed­no­cze­śnie rado­śnie i smutno - on zaś patrzył, jak odwraca się i idzie w stronę ogni­ska, pod­czas gdy w jego mózgu, w tyle głowy wypa­lała się jej syl­wetka. Nie wie­dział wów­czas, że ta syl­wetka pozo­sta­nie tam na lata. Patrząc, jak idzie, czuł jedy­nie cie­pło, które napa­wało go zara­zem rado­ścią i lękiem.

Przy­ci­snął flet do ust, ust­nik był jesz­cze wil­gotny.

Z rana w pale­ni­sku został tylko suchy popiół, a podróż­nicy znik­nęli, zabie­ra­jąc ze sobą zgro­ma­dzone przez jego lud nasiona. Flet leżał przy łóżku Kaedy. Powie­dział rodzi­com, że to pre­zent - ojciec zin­ter­pre­to­wał to, tak samo jak jede­na­sty palec, jako omen zwia­stu­jący pomyśl­ność, a matka przy­jęła jako kolejny nużący fakt. Grał na nim, kiedy czuł się samotny; leżąc na strze­sze domu, dął w ust­nik, aż dra­pało go w gar­dle. Nie potra­fiąc wydo­być ide­al­nie czy­stej nuty, wypeł­niał swe noce nie­zdar­nymi, acz peł­nymi zapału melo­diami. Pio­sen­kami, które dener­wu­jąco się powta­rzały.

Naj­pierw zaczęły się nie­winne sny o tym, że poka­zuje jej swoją zie­mię, uczy jej reguł gier, w które gra z przy­ja­ciółmi - "jedną stopę pod­nieś powy­żej kolana, przy­łóż palec do nosa i zaśpie­waj pieśń żniwną wspak". W tych snach ona go słu­chała i ni­gdy nie odzy­wała się do niego pro­tek­cjo­nal­nie. Podo­bała jej się bli­zna na dłoni, mówiła mu, że jest bar­dzo odważny. Potem przy­szły te dru­gie sny, ciche i mokre, w któ­rych sie­działa w nogach jego łóżka, pal­cem doty­kała jego stopy, dużego palca, potem prze­su­wała nim po pod­bi­ciu, po gołej nodze, kre­śląc elek­tryczny ślad, aż do spię­cia, do eks­plo­zji.

Potem skoń­czył czter­na­ście lat.

Zaczął pra­co­wać w polu, razem z rodzi­cami uczą­cymi go, jak wyci­snąć z rdze­nia łodygi gala­re­to­wate fio­le­towe nasiona, jak wrzu­cić deli­katne płody do misy z ple­cionki, jak zrą­bać maczetą pustą łodygę u nasady trzema dokład­nymi ude­rze­niami. Kiedy tro­chę się pod­uczył, wysłano go na wła­sne pole, dalej wzdłuż drogi, gdzie pra­co­wał razem z Jhige i innymi, prze­lot­nymi, zna­jo­mymi. Od pracy mięk­kie cia­sto mło­dzień­czego ciała ufor­mo­wało się w twarde i uży­teczne mię­śnie, napie­ra­jące od wewnątrz na skórę jak setki małych pią­stek. Kobiety to zauwa­żały - i nie­któ­rzy męż­czyźni. Jhige także. Ich dzie­cięca rywa­li­za­cja zmie­niła się teraz w figlarne kole­żeń­stwo. Żarty, któ­rymi się prze­rzu­cali, były zabar­wione czymś nie­okre­ślo­nym i eks­cy­tu­ją­cym, tak jak ukrad­kowe spoj­rze­nia rzu­cane sobie nawza­jem spo­mię­dzy obra­bia­nych zago­nów.

Póź­niej, w porze wil­got­nej, zapy­tała go w dro­dze do domu - pośpiesz­nie, jakby chcąc zwal­czyć wła­sną ner­wo­wość - czy mu się podoba. Potknął się o grudę ziemi. Powie­dział, że tak. Bo podo­bała mu się. Jed­nakże wie­czo­rem, kiedy obma­cy­wali się nawza­jem za sto­dołą i robili sobie malinki na skó­rze, on cało­wał inną kobietę, żar ogni­ska lizał mu twarz, a tamta szep­tała swym podwo­jo­nym gło­sem dawno spa­lone sekrety tego świata.

Zwią­zek z Jhige nie potrwał długo. Oboje zorien­to­wali się, że jego myśli są gdzie indziej. Patrzył obok niej, gdy leżeli razem, trzy­mał ją bez życia za rękę, gdy szli przez wieś spo­tkać się z przy­ja­ciółmi, a kiedy się kłó­cili, on zawsze pod­da­wał się pierw­szy, jakby nie chciało mu się myśleć nad ripo­stą, nie mówiąc już o ustęp­stwach. Koniec był cichy i nagły. Zoba­czył na rynku, że Jhige trzyma za rękę innego chłopca, pra­cu­ją­cego na innym polu, imie­niem Yotto. Dobry chło­pak i zda­niem Kaedy głu­pawy, nie­zdar­nie macha­jący maczetą. Kiep­ski wybór dla Jhige. Nie powie­dział jej o tym i prze­szedł obok nich bez słowa. Minęły lata, nim na nowo zaczęli ze sobą roz­ma­wiać.

Tym­cza­sem mie­wał inne miłostki, z któ­rych żadna nie prze­trwała dłu­żej niż mie­siąc, zawsze bowiem dopa­try­wał się u nich jakiejś wady - nie dość wysoka, za mało silna, za mało bystra, choć praw­dziwy, ukryty powód zawsze był ten sam - żadna nie była nią.

Leżąc na strze­sze, patrząc w gwiazdy, potra­fił prze­ko­nać sam sie­bie, że gdzieś daleko stąd ona także o nim myśli.

Na pięt­na­ste uro­dziny otwo­rzyli jego pierw­szy dzban alko­holu i polali mu nim głowę w gorz­kim chrzcie, wpro­wa­dza­ją­cym go w świat doro­słych, piją­cych w nocy, a w dzień suną­cych po fio­le­to­wych polach.

- To jest począ­tek two­jego życia! - wołał ojciec, ści­ska­jąc jego twarz spra­co­wa­nymi dłońmi, cału­jąc go w czoło, pijany, powta­rza­jąc stary refren: - Kie­dyś będziesz tu rzą­dził.

Kaedzie, zasy­py­wa­nemu cału­sami, przy­szło do głowy, że wszyst­kie te dobre wróżby zawsze mają się ziścić w przy­szłości, ni­gdy teraz.

- Po pro­stu pocze­kaj, a zoba­czysz.

Cze­kał.

Kiedy nad­szedł kolejny Dzień Dostawy, miał dwa­dzie­ścia dwa lata. Pra­co­wał na polach, wyci­ska­jąc z łodyg ostat­nie nasiona, gdy Sado szturch­nął go łok­ciem i poka­zał niebo.

Chmury prze­ci­nało dwa­na­ście zie­lo­nych linii zni­ka­ją­cych za hory­zon­tem wyso­kich łodyg na wscho­dzie.

- Już są - powie­dział.

Kaeda kiw­nął głową, a dło­nie mu drżały, kiedy ści­nał kolejną łodygę, chcąc czym prę­dzej zakoń­czyć dzienny przy­dział. Przy­to­czyli pełne nasion pojem­niki z powro­tem do wsi. Przy­ja­ciel ostrzegł go, żeby się zanadto nie eks­cy­to­wał, bo nawet jeśli ona tam będzie, jest duża szansa, że już go nie pamięta, na co Kaeda wyszcze­rzył zęby i powie­dział:

- Mam nadzieję, że nie pamięta. - Chciał bowiem, żeby widziała w nim nie chłopca sprzed wielu lat, lecz męż­czy­znę war­tego jej nocy.

- Kiedy cię pogoni, przyjdź z powro­tem i napij się ze mną i resztą tego samot­nego dzia­do­stwa - powie­dział Sado, kle­piąc go po ramie­niu.

Kaeda par­sk­nął śmie­chem. Wykrzy­czał pierw­szą sylabę pie­śni na powrót do domu i uśmiech­nął się, gdy śpiew poniósł się przez długą kolumnę rol­ni­ków, peł­nymi gło­sami, już nie­mo­gą­cymi docze­kać się nad­cho­dzą­cego święta. Wpro­wa­dzili ple­cione pojem­niki do budynku skupu, by zwa­żyć je i zdać do maga­zy­nów, a kiedy został ode­brany ostatni pojem­nik, pobie­gli do domów, by prze­brać się w czy­ste spodnie i odświętne szaty. Gdy wró­cili na rynek, ogni­sko już strze­lało wysoko w niebo. Kaeda wziął dzban z dłu­giego stołu i pocią­gnął spory łyk, który roz­pa­lił mu gar­dło odwagą, zanim poszedł jej szu­kać. Cały rynek pul­so­wał cie­niami tan­ce­rzy wokół ognia, zie­mia prze­su­wała się pod nogami, bły­skały twa­rze, żadna nie nale­żała do niej, żołą­dek zaczy­nał tra­wić strach, że może nie wró­ciła - wtem dostrzegł kątem oka oświe­tlony zaułek i ją, na ławeczce, patrzącą z łagod­nym uśmie­chem na tań­czą­cych i na ogień.

Wie­dział, że dla niej czas bie­gnie ina­czej, choć i tak wstrzą­snęło nim, jak bar­dzo jest podobna do jego snów, jak nie­wiele się zesta­rzała. Wypro­sto­wał plecy i wypiął pierś, choć cały ten popis prze­kre­ślił pod­czas przed­sta­wia­nia się, zaci­na­jąc się na pro­stych syla­bach swego imie­nia. Poza­świa­tówka i tak uśmiech­nęła się do niego, świa­tło bły­snęło na wypu­kło­ści jej ust i otwo­rzyło mu serce. Wszystko, co tłu­mił w sobie przez ostat­nie pięt­na­ście lat, wysy­pało się na zie­mię, wprost pod jej nogi. Plą­ta­nina pra­gnień i żądz.

- Cześć - powie­działa.

Nazy­wała się Nia Imani. Powie­działa mu, że to stare imię z cza­sów, gdy Zie­mia była cała, ale kiedy zapy­tał, czy dała je matka, czy ojciec, uśmiech­nęła się i zaczęła mówić o swo­jej pracy.

Naturę ich podróży już z grub­sza znał. Guber­na­tor mówił o tym w każ­dej wymę­czo­nej mowie powi­tal­nej na polach. Mimo to słu­chał z wielką uwagą, gdy opi­sy­wała wra­że­nia, jakich doświad­cza jej ciało, gdy sta­tek wydo­staje się z tej rze­czy­wi­sto­ści i wplata w drugą. Powie­działa, że tamta nazywa się "Kosmiczny Fałd". Miej­sce, w któ­rym czas bie­gnie ina­czej. Wyobra­żał sobie to, o czym mówiła - czarny ocean, z prą­dami, wirami i nur­tami roz­cią­ga­ją­cymi sekundy w godziny, w lata. Nie­które prądy roz­cią­gały czas nie­skoń­cze­nie, inne tylko o parę chwil. Zawsze jed­nak powsta­wała róż­nica w cza­sie.

- Możemy w ten spo­sób poko­ny­wać wiel­kie odle­gło­ści, ale za każ­dym razem, gdy wra­camy, wszystko jest ina­czej - powie­działa. - Na tej tra­sie przy­by­wamy Prą­dem Wytrwa­łym i odpły­wamy Nie­śmia­łym. One mają stałą róż­nicę cza­sową. Dla mnie zawie­zie­nie waszych zbio­rów do celu i powrót po następny ładu­nek trwa osiem mie­sięcy, ale u cie­bie mija...

- Pięt­na­ście lat - dokoń­czył. Dosko­nale znał tę liczbę. - A jak to jest, kiedy wra­casz do domu i wszy­scy są starsi, a ty nie?

- Cza­sem smutno - odparła. Po chwili dodała z uśmie­chem: - A cza­sem dobrze.

Powie­działa mu, że kor­po­ra­cja Umbai zle­ciła jej sześć cykli dostaw i to jest drugi.

- Czyli wró­cisz jesz­cze cztery razy.

- Tak - powie­działa. - Tylko cztery. Jesteś pewien, że wcze­śniej się nie spo­tka­li­śmy?

Zapew­nił ją, że nie, na pewno nie, bojąc się, że prawda i tak wyj­dzie na jaw i cały czar nocy pry­śnie, a ona tylko pogłasz­cze go po gło­wie jak małego chłopca i powie "Dobra­noc".

Ona jed­nak nie drą­żyła i zaczęła wypy­ty­wać go o pracę. Znowu wypiął pierś.

- Jestem naj­lep­szy na moim polu i piąty we wsi. - Opo­wie­dział o porach wil­got­nych, kiedy jałowe pola pokrywa cienka war­stewka bia­łej mgły, kiedy jest naj­lep­szy czas na prze­sa­dza­nie łodyg, jak korze­nie żywią się wil­go­cią z powie­trza i cukrem z prze­ora­nej ziemi. - Zbie­ramy nasiona, kiedy niebo wessie z powro­tem całą wil­goć. Po jed­nym dniu pracy dło­nie masz całe fio­le­towe. - Poka­zał wierzch dłoni, pokry­wa­jącą go mal­wową patynę, a kiedy prze­su­nęła po niej ręką, cały zady­go­tał.

- Dumny jesteś ze swo­jej pracy - powie­działa. To nie było pyta­nie.

- Tak - odpo­wie­dział, co nie zawsze było prawdą.

Przez więk­szość dni uwa­żał pracę za nudną, chwi­lami męczącą, ni­gdy nie pomy­ślał, że może być nad­zwy­czajna. Dziś, gdy każ­dego jego słowa słu­chała ona, ta sama praca wyda­wała się ważna, mająca o wiele więk­sze zna­cze­nie niż on sam. Mówił, aż nie zostało mu słów, temat został wyczer­pany, lecz powie­trze mię­dzy nimi wciąż buzo­wało gwał­towną ener­gią. Poło­żyła dłoń na ławeczce tuż obok jego drżą­cych pal­ców. Prze­łknął ślinę.

- Jesteś bar­dzo piękna - powie­dział.

Słowa wypa­dły mu z ust jak kamyki.

Ale ona je pozbie­rała, jedno po dru­gim, i powie­działa mu, że on także jest piękny - wtedy w jej oczach dostrzegł to samo pra­gnie­nie. Poszedł za nią pomię­dzy tan­ce­rzami, mija­jąc dłu­gie stoły, przy któ­rych jedli ludzie, mija­jąc Sada i innych samot­nych mło­dych męż­czyzn, któ­rzy pili, pocie­szali się nawza­jem i zagryźli wargi z zazdro­ści, gdy on i poza­świa­tówka odda­lali się w mrok. Mija­jąc Jhige, która nawią­zała kon­takt wzro­kowy tylko na moment, a potem odwró­ciła się do swego męża i mocno objęła jego tłu­stą talię.

Szli ciemną drogą, stopy plą­tały mu się i poty­kały na kole­inach, Nia zaś masze­ro­wała obok, wypro­sto­wana i dostojna, z cza­ru­ją­cym uśmie­chem. Chciał się zatrzy­mać, mieć chwilę, by zapa­mię­tać ją na tle mia­steczka, ona jed­nak wsu­nęła mu dłoń do spodni, łapiąc za twar­dego penisa, i pocią­gnęła go w dół małego wzgó­rza, za wielki kamień, gdzie wci­snęła go w zie­mię bio­drami, napie­ra­jąc mocno dłońmi na jego pierś, unie­ru­cha­mia­jąc, jego ręce ści­skały jej piersi, talię, wszystko, by tylko trzy­mać się tego snu, póki się nie skoń­czył i nie legli razem na tra­wie, nadzy i wyczer­pani. Poło­żyła mu głowę na piersi, dłoń na pępku, jej cię­żar przy­jem­nie przy­gważ­dżał go do ziemi. Oboje odpły­nęli myślami. Pogrą­żony w bez­brzeż­nej satys­fak­cji zaczął nucić pio­senkę. Pieśń prze­zna­czoną na koniec dłu­giego dnia. Kiedy zapy­tała go, co nuci, opo­wie­dział jej o pie­śni na powrót do domu.

- Śpie­wamy tak, wra­ca­jąc z pól po pracy - powie­dział. Pal­cami pogła­dził szorstką skórę na jej gło­wie. - To pio­senka o tym, że dajemy coś za coś. Dzień sobie weź, lecz noc mi daj.

- Ładne - odrze­kła z wes­tchnie­niem. - Zaśpie­waj jesz­cze raz.

I zaśpie­wał, snu­jąc pio­senkę, jakby owi­jał sznu­rek wokół palca, sznur, który przy­ci­skał do sie­bie ich ciała, aż ona zapa­dła w sen. Kiedy spała, wsłu­chi­wał się w noc. Trzesz­cze­nie owa­dów. Wie­trzyk gwiż­dżący nad polami i wzno­szący się ku niebu. Jej oddech. Nie­ar­ty­ku­ło­wane mam­ro­ta­nie w snach.

Nagle zro­zu­miał, czego chce.

Sztur­chał ją w ramię, dopóki się nie poru­szyła.

- Mogę poje­chać z tobą? - zapy­tał.

Roz­chy­liła powieki.

- Dokąd? - zapy­tała.

Serce pode­rwało się do galopu.

- Wszystko jedno.

Zamru­gała raz i zamknęła oczy.

- Być może - szep­nęła. Odwró­ciła się i przy­ci­snęła plecy do jego piersi. - Rano poroz­ma­wiamy.

- Dobrze - powie­dział.

Słu­chał jej gło­śnego, dud­nią­cego chra­pa­nia i to też mu się podo­bało. To nie były tylko sny, pomy­ślał z dumą. A nie­ba­wem sam zapadł w sen, z dło­nią na jej bio­drze, w cie­płym miej­scu.

Obu­dziły go śmie­chy.

Było połu­dnie. Słońce pra­żyło jego nagie ciało. Dwóch rol­ni­ków, obu zna­jo­mych, szturch­nęło go w stopy i powie­działo, że nie­zdrowo spać na dwo­rze bez ubra­nia.

- Robale ci do tyłka powłażą - powie­dzieli. Kolejne śmie­chy.

Rozej­rzał się tępo. Nie było jej, jedy­nym dowo­dem pozo­stało wgłę­bie­nie w tra­wie obok niego. Porwał spodnie i pobiegł na pola.

- Robale! - wołali za nim ze śmie­chem sąsie­dzi.

Dotarł na miej­sce w samą porę, by zoba­czyć, jak star­tuje ostatni sta­tek.

Tłum wie­śnia­ków poma­chał mu na poże­gna­nie, gdy malał do roz­miaru świetl­nego punk­cika na nie­bie, a potem znik­nął. Dzieci krzy­czały chó­rem "Do widze­nia". Kaeda opu­ścił dło­nie, a serce roz­sy­py­wało mu się pod nogi. Nie zauwa­żył, kiedy pode­szła do niego matka. Trą­ciła go w gołe ramię.

- Gdzie masz koszulę? - zapy­tała. - Włóż koszulę, głupi dzie­ciaku!

Inne rodziny śmiały się, kiedy cią­gnęła go z powro­tem do wsi, a on poty­kał się, trąc pię­ściami mokre oczy.

***

Zato­pił się w pracy. Dwa kciuki wyci­skały nasiona dhuby z gar­dła łodygi. Maczeta trza­skała w jej krę­go­słup, łodyga łamała się pod kątem, resztę zała­twiał jej wła­sny cię­żar. Sto kilo­gra­mów nasion dhuby wsy­py­wało się do pię­ciu pojem­ni­ków, pojem­niki toczyły się z powro­tem do mia­steczka, połowa tra­fiała do zim­no­sta­tyki, połowa do młyna, gdzie zro­go­wa­ciałe dło­nie godzi­nami roz­gnia­tały nasiona na gładką pastę, w wysoko skle­pio­nym pomiesz­cze­niu wypeł­nio­nym mokrym chru­pa­niem i seriami pie­prz­nych żar­tów. Z poła­ma­nych źdźbeł odci­nano ostre końce, malo­wano na czer­wono, wią­zano i uży­wano do budo­wa­nia domów dla nowych rodzin, któ­rych co roku było wię­cej.

Jhige uro­dziła bliź­niaki. Kaeda był przy tym, zwil­żał ręcz­niki, przy­glą­dał się zaan­ga­żo­wa­niu jej męża, Yotta, który pochy­lał się jak pokut­nik przy jej łóżku, szep­cząc:

- Zaraz, zaraz, zaraz...

A ona krzy­czała:

- Teraz! Teraz! Teraz!

W końcu nowo­rodki wyszły. Zdrowe dziew­czynki, ponad trzy kilo każda, dum­nie dzie­dzi­czące po matce ostre nosy.

Kaeda pogra­tu­lo­wał rodzi­com, a gdy ci gru­chali nad nowym poko­le­niem, wyszedł przed chatę dok­tora i zadzwo­nił dzwon­kiem, obwiesz­cza­jąc udane naro­dziny. Dźwięk usły­szała cała wieś. W ciem­nych oknach zapa­liły się świece. Zaj­rzał do środka, popa­trzył na Jhige i Yotta, wes­tchnął. Wyda­wało się, że co tydzień kolej­nemu zna­jo­memu rodzą się dzieci. Mia­steczko roz­ra­stało się w dół wzgó­rza, domy wdzie­rały się w dolinę pod nim. I każ­dego tygo­dnia umie­rał ktoś stary, robiąc miej­sce dla nowych.

Rok po odlo­cie Nii zmarł ojciec Kaedy. Był to wypa­dek po pija­nemu. Kolega popchnął go w żar­tach, a on, otę­piały, stra­cił rów­no­wagę i zła­mał sobie kark o kra­wędź drew­nia­nego stołu. Czło­wiek, który go zabił, tej samej nocy pchany poczu­ciem winy opu­ścił mia­steczko. Ni­gdy nie wró­cił. Uznano go za zmar­łego, gdy przy­szła kolejna pora wil­gotna, a wraz z nią poja­wiły się cza­jące się na wzgó­rzach i w lasach zębate bestie.

- I dobrze - powie­działa matka, usły­szaw­szy o jego znik­nię­ciu.

To było wszystko, co miała do powie­dze­nia w tej kwe­stii. Wró­ciła na pola dhuby z maczetą i wysu­niętą wargą, to bowiem nie był koniec pracy. Przy innych wie­śnia­kach pozo­sta­wała sto­icka, dzię­ko­wała im za miłe słowa, ale nie łączyła się z nimi w nostal­gii ani w modli­twach. Dopiero po skoń­cze­niu pracy na polu, po powro­cie do domu, w cztery oczy z synem, pozwa­lała sobie na uwol­nie­nie smutku. Krzy­czała, szlo­chała w ramio­nach Kaedy, do tego stop­nia wypeł­niała dom żałobą, że syn już nie miał miej­sca na wła­sny smu­tek - ubi­jał go więc jak osady na dnie serca, zaj­mu­jąc się łzami matki. W nocy zwi­jał się w kłę­bek pod kocem i wyco­fy­wał we wspo­mnie­nia. Cie­płe ramię ojca tego dnia, gdy szli zoba­czyć statki. Palec wska­zu­jący gwiazdy. Znaj­do­wał sobie wła­sne miej­sca na płacz. Miej­sca, w które oprócz niego wta­jem­ni­czona była tylko Jhige, gdyż znowu zaczęli sypiać ze sobą.

***

Romans zaczął się mie­siąc po śmierci ojca. Jhige zamie­niła się na przy­dział z kolegą i po raz pierw­szy od lat ruszyli z Kaedą na to samo pole.

- Żeby pil­no­wać, czy nie zosta­jesz w tyle - powie­działa, gdy zapy­tał, czemu tak zro­biła, i choć cmok­nął ze zło­ścią i stwier­dził, że nie potrze­buje opie­kunki, od razu poczuł się lepiej.

Na początku pra­co­wali w mil­cze­niu, ale z cza­sem zaczęli wspo­mi­nać wspólne zabawy z dzie­ciń­stwa.

- Prze­ko­na­łeś wszyst­kich, że noc kwa­śno pach­nie, bo księ­życe są z owo­ców kiri.

- Ale ty zna­łaś prawdę - odparł.

- To nie miało zna­cze­nia. - Starła pot z piersi i zaśmiała się. - I tak woleli kłam­stwo. - Unio­sła misę nasion i wydała prze­cią­głe wes­tchnie­nie, cię­żar ich histo­rii wyci­snął całe powie­trze z jej płuc. - Samot­nie było dora­stać koło cie­bie.

- Byłaś moją jedyną przy­ja­ciółką.

Powie­dział to bar­dziej do sie­bie. Dopiero sobie to uświa­do­mił.

- W to w życiu nie uwie­rzę.

Mimo wszystko się uśmiech­nęła.

To było nie­unik­nione. Parę dni póź­niej, zanim roz­stali się w dro­dze do domów, chwy­ciła go za rękę, podała czas i miej­sce, nie mówiąc, po co - nie musiała. Był tam i był gotowy. Mło­dzień­czą nie­zdar­ność zastą­piły odmie­rzone ruchy doro­słych, któ­rzy znają ten taniec i wie­dzą, co zro­bić z rękoma i nogami. Jego dło­nie zanu­rzyły się w nastro­szone loki jej czar­nych wło­sów i zaczęli się kochać na posła­niu ze zmię­tych ubrań. Tej nocy księ­życe były czer­wone. Powie­dział jej, że są czer­wone, bo spa­lone żarem słońca, a ona roze­śmiała się, szturch­nęła go w gołe ramię i szep­nęła w słoną skórę:

- Cicho, cicho, cicho.

Minęły trzy pory roku miło­ści.

Mąż Jhige dowie­dział się o roman­sie, gdy szep­nął mu słówko kolega, który widział dwoje kochan­ków któ­rejś nocy we mły­nie. Yotto dał jej wybór, a kiedy wybrała Kaedę, poma­sze­ro­wał pod dom rywala, zało­mo­tał w drzwi i gdy się otwo­rzyły, natych­miast rzu­cił Kaedę na zie­mię, gdzie zma­gali się do krwi, póki jego matka nie wypa­dła ze środka, ści­ska­jąc w pra­wej ręce maczetę. Świa­tło ze środka ostro odci­nało jej sze­roką syl­wetkę. Przy­tknęła ostrze do żyla­stej szyi Yotta.

- Puść go - powie­działa.

Gdy obaj wstali, opu­ściła nóż. Powie­działa Yot­cie, że może ude­rzyć raz, a porząd­nie, nie wię­cej, i zanim Kaeda zdą­żył zapro­te­sto­wać, pięść powa­liła go ponow­nie, try­snęła krew, a mąż odszedł, zrzu­ca­jąc furię ze swych trzę­są­cych się bar­ków. Matka Kaedy sta­nęła nad nim i cisnęła mu maczetę pod nogi.

- Głu­piec - powie­działa, klęk­nęła i ręka­wem starła mu krew z pod­bródka.

Zapro­wa­dziła go do środka. Nakar­miła.

- Kocha­łam two­jego ojca - powie­działa, usiadł­szy przy stole, z rękoma sple­cio­nymi na piersi. - Ale umarł śmier­cią idioty. Ni­gdy mu tego nie wyba­czy­łam. Obie­caj mi, że nie popeł­nisz tego samego błędu, bo twój duch ni­gdy nie będzie mile widziany w tym domu.

- Obie­cuję - powie­dział cicho.

Ści­snęła go za rękę.

I na tym się skoń­czyło.

Mie­siąc póź­niej w doli­nie wyrósł kolejny dom, w któ­rym zamiesz­kali Kaeda, Jhige i jej dwie córki. Zabrał ze swego daw­nego domu ubra­nia, parę mebli, na które uparła się matka, słoik z kośćmi palicz­ków - czułby się zbyt winny, gdyby go zosta­wił - oraz pewien drew­niany flet, o któ­rym powie­dział Jhige, że jest darem od osoby spoza świata, którą kie­dyś spo­tkał. Ucie­szył się, że nie drą­żyła tej histo­rii. Instru­ment leżał scho­wany w jed­nej z szu­flad jego biurka, wycią­gał go tylko, gdy był sam i czuł melan­cho­lię - lecz nawet wtedy nie na długo. I ni­gdy na nim nie grał.

Yana i Elby przez całe dzie­ciń­stwo miesz­kały w dwóch domach, to w doli­nie, to pod szczy­tem wzgó­rza, dopiero w doro­sło­ści zro­zu­miaw­szy pełne uprzej­mo­ści napię­cie pomię­dzy troj­giem swych rodzi­ców, kiedy ojciec przy­cho­dził zabrać je w wolne dni. Z Kaedą dobrze się doga­dy­wały. Nie mógł mieć dzieci - "nie­któ­rzy po pro­stu tak mają", powie­dział kie­dyś lekarz - ale trak­to­wał je jak wła­sne. Ni­gdy ich nie ude­rzył, ni­gdy nie pod­niósł na nie głosu, za to roz­śmie­szał je swo­imi głu­pimi minami. To rekom­pen­so­wało chwile, kiedy był nie­obecny, noce, gdy sły­szały jego kroki w domu, szyb­kie, gorącz­kowe, jakby zapo­mniał coś zro­bić, ale nie pamię­tał co i gdzie.

Gdy miał trzy­dzie­ści sie­dem lat, na nie­bie po raz kolejny zagrzmiało dwa­na­ście zie­lo­nych linii. Był tam, stał w tłu­mie razem z całym komi­te­tem powi­tal­nym, kiedy gwał­towne porywy wia­tru zwia­sto­wały lądo­wa­nie stat­ków. Córeczki Jhige, teraz ośmio­let­nie, bie­gały w kółko wokół matki, gdy pod brzu­chami stat­ków uka­zali się poza­świa­towcy.

- Popatrz tylko na tego guber­na­tora - powie­działa Jhige, wska­zu­jąc brodą ich przy­wódcę, który kła­niał się przy­by­szom nisko jak bogom. - Ni­gdy nie obcho­dzi pól, nie odwie­dza domów, mało co go inte­re­suje, ale do wita­nia ich jest pierw­szy. Zobacz, jak nisko się kła­nia. Jakby był z gala­rety. - Kiedy nie docze­kała się reak­cji, odwró­ciła się do Kaedy. - Co jest? - Dotknęła jego ręki. - Gdzie ty jesteś? - zapy­tała szep­tem.

Uśmiech­nął się, zbyt sze­roko.

- Tutaj - odparł.

Bar­dzo łatwo było mu się wymknąć tej nocy, dziew­czynki bowiem zawsze szybko się męczyły i trzeba je było odpro­wa­dzić do domu. Kaeda objął ręką ramiona Sada, pił i śmiał się z przy­ja­ciółmi, gra­jąc rolę impre­zo­wi­cza, który zbyt dobrze się bawi, by iść do domu. Gdy Jhige przy­szła po niego, powie­dział, że zabawa dopiero się roz­kręca, i uznał się za genial­nego stra­tega, kiedy ustą­piła i zapro­po­no­wała, żeby został, a ona sama odpro­wa­dzi córki. Gdy był pewien, że poszła, wykrę­cił się od towa­rzy­stwa Sada pod pre­tek­stem, że przy­nie­sie kolejne napitki, i roz­to­pił się w tłu­mie. Prze­szedł przez rynek wokół ogni­ska i zapu­ścił się w zaułek. Na ławeczce sie­działa Nia, patrzyła, jak pod­cho­dzi, przy­glą­dała mu się spo­koj­nie, twarz miała nie­na­zna­czoną cza­sem. Miała jasno­czer­wone ubra­nie, które spły­wało jej po ciele, jakby ską­pała się w roz­to­pio­nym księ­życu. Była piękna jak zawsze. W żołądku zawrzało mu od samego patrze­nia.

- Ni­gdy się nie poże­gna­łaś - ode­zwał się.

Unio­sła brew i odparła swym dru­gim gło­sem:

- Przy­stojny jesteś, kiedy śpisz. Aż szkoda cię było budzić. - Drugi głos stra­cił już swój czar - Kaeda poznał prawdę o jego tech­no­lo­gii. Wzru­szyła ramio­nami, kora­liki jej naszyj­nika zadzwo­niły. - Wydało mi się, że nie trzeba, skoro zaraz cię znowu zoba­czę.

- Nie­na­wi­dzi­łem cię przez ostat­nie pięt­na­ście lat.

Uśmiech zgasł, jej mina stę­żała.

- Nie­na­widź sobie. Spę­dzi­li­śmy razem jedną noc. Tylko jedną.

Wyko­nała dło­nią gest, któ­rego nie rozu­miał, i odwró­ciła wzrok w stronę ognia. Dopa­trzył się w jej twa­rzy cze­goś, czego się ni­gdy nie spo­dzie­wał. Wyczer­pa­nia.

- Nie jestem bogiem - powie­działa. - Nie przy­cho­dzę wysłu­chać two­ich modłów.

Usiadł obok niej. Złość uci­chła, ale wciąż się tliła.

- Czemu sie­dzisz sama? - zapy­tał.

- Lubię imprezy, ale nie lubię tłu­mów.

Kiw­nął głową, choć nie rozu­miał.

- Wyglą­dam ina­czej?

- Od tego są lustra - wark­nęła.

Zagryzł wargi.

- Prze­pra­szam - powie­działa. - Rejs był ciężki. - Potarła twarz, robiąc w niej wgłę­bie­nia. - Powie­dzia­łam, że prze­pra­szam.

- Rozu­miem - odparł zbyt dumny, by powie­dzieć, że nie ma sprawy.

- Kaeda, jestem zmę­czona. Odla­tuję za dwa­na­ście godzin. Muszę miło spę­dzić ten czas. Nie utrud­niaj mi tego. Pro­szę.

- A czego chcesz?

- Spę­dzić z tobą noc.

Zaśmiał się.

- Naprawdę - dodała. - Jesteś atrak­cyjny. W każ­dym razie bar­dziej niż ci tam. - Wska­zała brodą stół Sada, głowy kawa­le­rów odwra­ca­jące się powoli za każdą prze­cho­dzącą kobietą. Oboje się roze­śmiali, choć śmiech urwał się, gdy poło­żyła dłoń na jego dłoni. - I podo­basz mi się.

Zaparło mu dech.

Nie­na­wi­dził tego.

Że jest w sta­nie roz­to­pić go jed­nym dotknię­ciem.

Nie prze­szli przez śro­dek festynu, jak ostat­nim razem. Za radą Kaedy weszli głę­biej w zaułek, z dala od wścib­skich oczu, i zeszli z głów­nej drogi. Skie­ro­wali się do młyna. W środku minęli rzędy koryt, w któ­rych roz­gnia­tano ziarna, i weszli scho­dami na górę, za powią­zane pęki fio­le­to­wych źdźbeł. Było ina­czej niż ostat­nim razem. Albo tak samo, tylko Kaeda zauwa­żał nowe jej aspekty; to, jak uni­kała kon­taktu wzro­ko­wego, kiedy w nią wszedł, jakby go tu nie było, albo jej tu nie było, jakby prze­by­wała na innej pla­ne­cie i kochała się z kimś innym. Jed­nakże pomimo tego dystansu dyszał, dygo­tał i chwy­tał ją, jakby była jego wła­snym biją­cym ser­cem.

- Zobacz - powie­działa, kiedy skoń­czyli i poło­żyli się objęci, wyczer­pani. Prze­cze­sała pal­cami jego włosy łonowe. Zapy­tał ją, co z nimi nie tak. - Masz parę siwych - szep­nęła.

Zabrzmiało to nie­mal smutno.

Z rana zapro­po­no­wał, że odpro­wa­dzi ją na rów­ninę, ona jed­nak dotknęła jego ramie­nia i powie­działa, że woli wró­cić sama. Poszedł więc z powro­tem na rynek, pomóc posprzą­tać śmieci po nocy. Otrze­py­wał poduszki z okru­chów i noga w nogę z innymi wiózł wóz­kami misy nad rzekę, do umy­cia. Kiedy usły­szał pod­niebny huk, zwia­stu­jący odlot stat­ków, nie pod­niósł wzroku. Nie chciał. Nie patrzył, dopóki nie zbla­dła ostat­nia z zie­lo­nych kre­sek i nie można było znów bez­piecz­nie za nią tęsk­nić.

***

Pod koniec pory wil­got­nej jego matka zmarła we śnie. Serce. Sąsiad zna­lazł ją z zaci­śnię­tym w rękach san­da­łem ojca - jesz­cze teraz miała je usta­wione przy drzwiach, jakby stary w każ­dej chwili mógł wró­cić z pola i się za nimi rozej­rzeć. Kaeda pod­pa­lił stos i roz­rzu­cił popioły po dołach reten­cyj­nych, a z tymi popio­łami wyla­ty­wały z niego trze­wia, jak kawałki liny, falu­jące w ciem­no­ści, w dole.

Tej nocy spał z głową na kola­nach Jhige. Gła­dziła go po wło­sach i nuciła stare pio­senki, które śpie­wali w dzie­ciń­stwie. Pio­senki, któ­rych matki uczą dzieci, by prze­stały bać się ciem­no­ści.

***

Zmar­łych upa­mięt­niono i życie żywych poto­czyło się dalej. Ich córki szybko doro­sły na tyle, by móc pra­co­wać. Elby, sil­niej­sza i poważ­niej­sza z nich dwóch, przy­łą­czyła się do myśli­wych, a roz­ga­dana Yana strze­liła kost­kami pal­ców i zabrała się do pracy w mły­nie.

Nie tylko one zmie­niły zaję­cie. Gdy uraz krę­go­słupa unie­moż­li­wił Kaedzie pracę w polu - uszko­dził go sobie, dźwi­ga­jąc ciężki pojem­nik z nasio­nami - przy­dzie­lono go do skupu, do obsługi jed­nej z wag i sumo­wa­nia wagi pojem­ników przy­wo­żo­nych przez far­me­rów. Pra­co­wał, bory­ka­jąc się z coraz więk­szym brzu­chem, napęcz­nia­łym od wiel­kich pół­mi­sków mięs i ciast; upodo­ba­nie do sło­dy­czy było kolejną rze­czą, którą odkrył z wie­kiem. Yotto odwie­dzał ich czę­sto, gwał­towna uraza poszła w nie­pa­mięć. Byli nawet w sta­nie żar­to­wać o tam­tych cza­sach, lata temu, kiedy bili się na ziemi o miłość Jhige.

Późno pod koniec pory wil­got­nej Yotto przy­szedł do skupu, przy­siadł na stole Kaedy i krę­cąc młynka pal­cami, zapy­tał go o córki:

- Coś mówiły może...? O... męż­czy­znach?

Roz­ba­wiony jego nie­po­ko­jem Kaeda pokrę­cił głową. Powie­dział Yot­cie, że nie ma się czym przej­mo­wać, mimo że wie­dział, że Yanie wpadł w oko jeden z myśli­wych; uznał, że nie ma powodu mar­twić go czymś, na co nie ma wpływu.

- Skup się lepiej na innych spra­wach - pora­dził.

Uspo­ko­jony, ale jesz­cze nie­za­mie­rza­jący wycho­dzić, Yotto posku­bał siwe włosy w bro­dzie i zapy­tał, jak długo Kaeda zamie­rza sie­dzieć w sku­pie.

- To nie miej­sce dla cie­bie - powie­dział. - Jesteś stwo­rzony do pracy na polu. Wszy­scy to wie­dzą.

- Jak tylko grzbiet mi wydo­brzeje, od razu tam będę - zapew­nił go Kaeda.

Mimo to, gdy doszedł do sie­bie, mie­siąc póź­niej, pozo­stał w sku­pie, odkry­wa­jąc, że odpo­wiada mu moż­li­wość sie­dze­nia i odpo­czy­wa­nia. Reje­stro­wał dostawy, a Jhige, na­dal zbie­ra­jąca nasiona, miała ciało jak siatka z drutu pod napię­ciem, same mię­śnie i ścię­gna. Gdy uno­siła pojem­niki i sta­wiała je na wadze Kaedy, pod­pie­rała się łok­ciem o jego biurko i chwa­liła się, o ile dłu­żej od niego wytrzy­mała na polu.

- Rok i pięć dni - powie­działa, kiedy miał czter­dzie­ści dzie­więć lat.

- Dwa lata, dwa­dzie­ścia dni - pod­su­mo­wała, kiedy miał lat pięć­dzie­siąt.

- Trzy lata, osiem­dzie­siąt dni - odparł, prze­ry­wa­jąc jej z drwią­cym uśmie­chem, gdy miał lat pięć­dzie­siąt jeden.

Oparła się o biurko i poca­ło­wała go w kącik ust.

- Wygra­łam - szep­nęła, bo nawet po tylu latach zawzię­cie z sobą rywa­li­zo­wali.

Gdy miał lat pięć­dzie­siąt dwa, pod koniec pory suchej, siadł na ławce na rynku, sam - wszy­scy inni poszli na Dzień Dostawy na pola. Chciał, żeby Jhige, Yotto i córki raz mogły nacie­szyć się tym świę­tem bez niego. Patrzył, jak na rynku roz­sta­wiają dłu­gie stoły, budują pale­ni­sko, i zasta­na­wiał się, co pomy­śli o nim Nia teraz, kiedy na gło­wie ma gęstą białą czu­prynę, a nie­gdyś zahar­to­wane w pracy mię­śnie są skryte pod war­stwą tłusz­czu.

Póź­niej, gdy ogień strze­lał wysoko i sie­dzieli razem przy dłu­gim stole, na­dal z łatwo­ścią wzna­wia­jąc roz­mowę, zapy­tał ją o to. Była teraz młod­sza od niego o szes­na­ście lat. Ni­gdy wcze­śniej jej mło­dość tak nie rzu­cała się w oczy. Może wła­śnie o tym myślała, przy­pa­tru­jąc mu się i pocie­ra­jąc gładki poli­czek.

- Bar­dzo dostoj­nie wyglą­dasz.

- A ty, jakby to było wczo­raj - odparł.

Uśmiech­nęła się.

- Długo cze­ka­łeś, żeby użyć tego tek­stu?

- Pięć lat - przy­znał.

Roze­śmiali się, a po toa­ście opróż­nili swe miseczki z alko­ho­lem.

Ten nocy spali ze sobą ostatni raz. Miał w sobie sił na jedną rundę. Gdy leżeli pod chłod­nym noc­nym nie­bem, ubrani, bo Kaeda marzł, zasta­no­wił się na głos, czy to trudne cią­gle być w ruchu i nic, tylko odwie­dzać kochan­ków, któ­rzy albo są sta­rzy, albo już nie żyją.

Odparła, że to wcale nie­trudne. To zaci­ska­jąc lewą dłoń, to roz­wie­ra­jąc ją z powro­tem, powie­działa, że dzień, kiedy prze­sta­nie być w ruchu, będzie dniem, w któ­rym umrze. Odwró­ciła się do niego ze zmarsz­czo­nym czo­łem i zapy­tała, czemu się śmieje. Otarł oczy i powie­dział, że nie wie, choć tak naprawdę wie­dział, lecz nie chciał się tym dzie­lić, z obawy, że ją urazi - pomy­ślał bowiem, że te słowa są bez­sen­sow­nie dra­ma­tyczne. Nie dopy­ty­wała. Następ­nego ranka roz­stali się bez poże­gna­nia, wie­dząc, że nie­długo znów się spo­tkają.

Kiedy pod­czas kolej­nej pory suchej guber­na­tor miał wylew i zmarł, przy­szedł czas urzą­dzić wybory. To, że wybrany został Kaeda, nie zasko­czyło nikogo oprócz niego samego. Awans poli­tyczny zaczął, nie­świa­do­mie, pod­czas pracy w sku­pie, kiedy przy waże­niu pojem­ni­ków rol­nicy pozna­wali jego imię, roz­ma­wiali z nim, kiedy zyski­wał ich zaufa­nie, będąc jed­nym z nich, dzięki fio­le­to­wym dło­niom świad­czą­cym o doświad­cze­niu na polach. Kon­ku­ro­wał z synem zmar­łego guber­na­tora, nie­sku­tecz­nym czło­wie­kiem star­tu­ją­cym tylko przez rodzinne naci­ski ze strony wujów i cio­tek żąd­nych dyna­stii. Od początku było jasne, kto zyska głosy - syn guber­na­tora wyco­fał się z wyścigu, zanim zostały pod­li­czone, i spę­dził resztę wie­czoru w barze, twier­dząc, że wybory były usta­wione od samego początku, i sta­wia­jąc drinki każ­demu, kto słu­chał, choć ci nie­liczni albo nie byli prze­ko­nani, albo nic ich to nie obcho­dziło.

- Ojciec miał jed­nak rację - powie­dział Kaeda do Jhige następ­nego dnia, gdy prze­no­sili się do domu guber­na­tora na szczy­cie wzgó­rza. - To ja tu rzą­dzę.

Po połu­dniu cisnął sło­iczek z kost­kami palicz­ków do dołów reten­cyj­nych, gdzie dołą­czyły do reszty umar­łych, skoro pro­roc­two się speł­niło.

Jako guber­na­tor co roku odwie­dzał inne wsie, spo­ty­ka­jąc się z innymi przy­wód­cami i oma­wia­jąc umowy han­dlowe i gra­nice dzia­łek. Co mie­siąc miał spo­tka­nia koor­dy­na­cyjne z dele­ga­tami mły­na­rzy, myśli­wych, kup­ców, do tego coty­go­dniowe spo­tka­nia z nimi w cztery oczy, by wysłu­chać uwag, które mieli do sie­bie nawza­jem i do niego. A codzien­nie, jak się zdaje co godzinę, stu­kał do jego drzwi, do drzwi świą­tyni krzywd, jaką stał się jego dom, kolejny miesz­ka­niec potrze­bu­jący media­cji w jakiejś sąsiedz­kiej kłótni tery­to­rial­nej. Zaj­mo­wał się tym wszyst­kim, obcho­dami pól, pierw­szym cię­ciem upo­lo­wa­nej zwie­rzyny, prze­mo­wami na roz­po­czę­cie żniw, bło­go­sła­wień­stwami wszyst­kich nowo naro­dzo­nych dzieci. Pod koniec dnia był wyczer­pany, tak jak Jhige pracą na polu, i kiedy słońce zaszło, a powie­trze osty­gło, zasia­dali razem na ganku i nic nie mówili, patrząc w mil­cze­niu na wio­skę, która była ich - Jhige na zagony pól wyma­ga­jące jesz­cze pracy, a Kaeda wyżej, na pole gwiazd, zmę­czony ponad wszelką miarę i zacho­dzący w głowę, co mogłoby się stać, gdyby za młodu był mądrzej­szy - gdyby uważ­niej dobie­rał słowa.

Całe mie­siące mijały mu nie­zau­wa­żone.

Kiedy Nia przy­le­ciała po raz przed­ostatni, prze­ma­wiał do zebra­nego tłumu, mówiąc o ofie­rze, jaką pono­szą poza­świa­towcy, podró­żu­jąc przez czas i prze­strzeń, by roz­wieźć po wszech­świe­cie ich zbiory. Gdy niebo przedarły zie­lone linie, a wszyst­kie dzieci, któ­rych imion nie znał, unio­sły głowy, by patrzeć wytrzesz­czo­nymi oczyma na przy­lot stat­ków, ogar­nęła go nie nostal­gia, lecz głę­boka obawa o te dzieci i cze­ka­jące je lata roz­li­czeń. Miał ochotę je ostrzec, że czas nie jest po ich stro­nie, że choć dzi­siej­szy dzień może wyda­wać się szcze­gólny, będzie także jutro i poju­trze; że w naj­lep­szym razie, w przy­padku uda­nego życia, czeka ich powolne roz­snu­wa­nie się węzłów ich serc. Ugryzł się jed­nak w język. Dał im cie­szyć się świa­tłami.

- Przy­wi­tajmy ich z otwar­tymi ramio­nami - powie­dział.

Nia, wycho­dząc ze statku, pra­wie go nie poznała, dopiero kiedy pode­szła bli­żej, by uści­snąć jego sześć­dzie­się­cio­sied­mio­let­nią rękę. Wytrzesz­czyła oczy, choć nie­znacz­nie, widząc plamy na dło­niach.

- Dobrze cię widzieć - powie­działa.

Przy ogni­sku roz­ma­wiali jak sta­rzy zna­jomi. Narze­kali na trud­no­ści przy­wódz­twa. Jakie wyczer­pu­jące jest zarzą­dza­nie stat­kiem lub wsią. Na zmianę dole­wali sobie trun­ków. Zapa­dli w przy­ja­ciel­ską ciszę, roz­ko­szu­jąc się cie­płem bucha­ją­cym od ognia, gorzką mocą alko­holu, a nie­po­kój, który Kaeda czuł wcze­śniej tego dnia, sia­da­jąc obok niej, żeby podzi­wiać tan­ce­rzy i ogień, roz­ta­piał się w miarę upływu godzin. Gdy przy­szedł czas, przy­tu­liła go na moment i wró­ciła na sta­tek, a cie­pło tego uści­sku czuł na­dal po jej odej­ściu.

Wró­cił do Jhige przy dłu­gim stole, tro­chę zdu­miony, gdy pocie­ra­jąc kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym prawe ucho, zauwa­żyła, że chyba dobrze się znają z tą poza­świa­tową kobietą. Rzu­ciła to jed­nak bez zazdro­ści, bar­dziej z uśmie­chem roz­ba­wie­nia. Pro­ste, bez­na­miętne stwier­dze­nie, które roz­łu­pało go na dwoje.

- Wcale nie dobrze - odpo­wie­dział, zer­ka­jąc ukrad­kiem po raz ostatni na odcho­dzącą od ogni­ska Nię. - Spo­tka­li­śmy się tylko parę razy.

***

Spo­tkali się jesz­cze tylko raz, w jego osiem­dzie­sią­tym pierw­szym roku.

W roku, gdy pękło niebo i w Pią­tej Wsi zja­wił się nie­spo­dzie­wany gość.

Była pora wil­gotna i wciąż zostało wiele mie­sięcy do Dnia Dostawy, a z nim - do ostat­niego kursu Nii. We wsi pano­wała cisza, nie licząc sze­le­stu skrzy­deł noc­nych owa­dów i dale­kiego wycia w lesie. Kaeda spał w domu guber­na­tora, powieki mu falo­wały, śnił o dniu, kiedy ojciec zabrał go zoba­czyć statki, gdy nagle obu­dził go grom dźwię­kowy, od któ­rego zatrzę­sły się okien­nice. Usiadł oszo­ło­miony, nie­pewny, czy aby dalej nie śni, póki trzę­sąca się dłoń Jhige nie odna­la­zła go w ciem­no­ści. Chwy­cił opartą o łóżko laskę. Gdy wyszli na ganek, zoba­czyli to - sunącą po nie­bie ogni­stą kulę. Patrzyli, wstrzy­mu­jąc oddech, jak leci łukiem w dół i ląduje na polach na połu­dnie od wsi, z ude­rze­niem tak sil­nym, że zady­go­tała zie­mia.

Kiedy przy­szli, na rynku już zebrał się tłum. Wśród pła­czą­cych dzieci i rodzi­ców doma­ga­ją­cych się odpo­wie­dzi Kaeda zna­lazł Elby. Posłał ją i innych myśli­wych, by zba­dali miej­sce kata­strofy - nawet w ciem­no­ści widać było wzno­szący się ponad dachami słup dymu. Elby pobie­gła, a on i Jhige obe­szli wszyst­kie rodziny, uspo­ka­ja­jąc je i zapew­nia­jąc, że są bez­pieczne. Ocze­ki­wa­nie na wie­ści dłu­żyło się w nie­skoń­czo­ność. Usiadł na jed­nej z ławek, roz­cie­ra­jąc obo­lałe kolana, bojąc się o córkę, póki nie wró­ciła razem z łow­cami przez bramy wio­ski, nio­sąc ze sobą nagie ciało dziecka.

To był chło­piec. Tylko to jedno ciało zna­leźli na miej­scu kata­strofy. Poza tym wszystko było czarne i zwę­glone.

- Po pro­stu tam leżał - powie­działa Elby. - Tuż obok wraku.

Posi­nia­czony, krwa­wiący, ale bez żad­nych zła­mań, tra­fił do domu dok­tora, który prze­mył wil­gotną szmatką powierz­chowne rany i owi­nął je mięk­kimi ban­da­żami.

Był mały, chudy, miał nie wię­cej niż dwa­na­ście lat. Policzki zapad­nięte, ciało tak wychu­dzone, że Kaeda się skrzy­wił, oba­wia­jąc się, że jeśli spró­buje wstać, zła­mią mu się kości nóg. Nie było jed­nak obaw, że wsta­nie - chło­piec był pogrą­żony w głę­bo­kim śnie, nie zakłó­ciły go nawet gło­śne i ner­wowe roz­mowy.

Przez trzy dni spał w łóżku w cha­cie dok­tora, a po wsi krą­żyły plotki o jego pocho­dze­niu - demon, pół­bóg czy też zwia­stun wojny; plotki zro­dzone z niczego, tylko z zalęk­nio­nej wyobraźni, nabie­ra­jące wagi i wia­ry­god­no­ści w miarę roz­cho­dze­nia się od ust do ucha. Kaeda nie zwra­cał na nie spe­cjal­nej uwagi i cały czas mimo prze­stróg dorad­ców odwie­dzał chatę dok­tora.

- Mnie kie­dyś nazwali prze­klę­tym - powie­dział do śpią­cego dziecka, uno­sząc na dowód dłoń z bli­zną. - Lepiej nie słu­chać, co mówią. Tchó­rze plotą, co ślina na język przy­nie­sie.

Trze­ciego dnia chło­piec prze­bu­dził się po dłu­gim odpo­czynku. Kaeda usły­szał dzwo­nie­nie dobie­ga­jące z dru­giego końca wsi i prze­ci­snął się do chaty, do izby cho­rych, roz­trą­ca­jąc ludzi koń­cem laski, do dziecka, które zastał sku­lone w nogach łóżka, obej­mu­jące kolana przy­ci­śnięte do wątłej, śnia­dej piersi, pod­czas gdy główny mły­narz bom­bar­do­wał je pyta­niami o to, skąd jest i czego chce. Chło­pak nie reago­wał. Sie­dział z ple­cami przy­ci­śnię­tymi do ramy łóżka, zer­ka­jąc na obcych ludzi znad kra­wę­dzi gład­kich przed­ra­mion, wzro­kiem rów­nie splą­ta­nym jak jego skoł­tu­nione czarne włosy. Główny mły­narz pod­no­sił ochry­pły głos przy każ­dym pyta­niu, aż Kaeda miał dosyć - wypro­sił wszyst­kich na zewnątrz, gdzie natych­miast został oto­czony.

Zja­wili się wszy­scy miesz­kańcy, co do jed­nego. I wszy­scy wykrzy­ki­wali waria­cje na ten sam temat: że chło­piec ozna­cza kło­poty i nie powinno go tu być. Krzy­czeli, póki Kaeda nie uniósł dłoni i ich nie uci­szył. Rozej­rzał się po ciż­bie. Oczy­wi­ście, że są prze­ra­żeni, pomy­ślał. Sam nie miał poję­cia, co zro­bić.

- Rozu­miem, jak się wszy­scy czu­je­cie. Ja czuję się tak samo. Zapew­niam was, że dziecko jest tu tylko tym­cza­sowo. Przyj­dzie Dzień Dostawy i prze­ka­żemy go poza­świa­tow­com. Ale do tego czasu trzeba zacho­wać spo­kój i pamię­tać, że to tylko dziecko.

- Dzień Dostawy jest za trzy mie­siące - ode­zwał się Goro, jeden z ryba­ków. - Kto się nim będzie do tego czasu zaj­mo­wał?

Wie­śniacy spoj­rzeli po sobie. Sucha trawa sze­le­ściła w cie­płym wie­trze.

- Ja - odparł Kaeda.

Jhige nie była zbyt zachwy­cona, gdy jej mąż wró­cił do domu z poza­świa­tow­cem u boku. Gestem kazała chłopcu zacze­kać w salo­nie i zacią­gnęła Kaedę do sypialni, gdzie prze­ka­zała mu, jak jest wście­kła, że z nią tego wcze­śniej nie uzgod­nił. Wysłu­chała obo­jęt­nie jego prze­pro­sin, tłu­ma­cze­nia o fru­stra­cji zacho­wa­niem innych, któ­rzy tak pośpiesz­nie osą­dzili cha­rak­ter nie­przy­tom­nego dziecka. A kiedy skoń­czył, zasznu­ro­wała gniew­nie usta i zanie­po­koił się, że jego słowa nie odnio­sły żad­nego skutku, dopóki nie burk­nęła:

- Idź, zobacz, czy głodny nie jest.

Tak naprawdę od samego początku chciał go wziąć do sie­bie, od pierw­szej chwili, kiedy się poja­wił. Trudno mu było oprzeć się wszyst­kiemu, co przy­szło z nieba.

Oboje musieli się długo przy­zwy­cza­jać do miesz­ka­nia z chłop­cem. Nie rozu­miał ich języka i ni­gdy nie odzy­wał się we wła­snym, będąc niemą obec­no­ścią w ich domu, głu­chą na wszel­kie próby pomocy. Za pierw­szym razem, gdy miał potrzebę, zała­twił się do łóżka. Jhige prała pościel, a Kaeda poka­zy­wał mu latrynę i gestem wyja­śniał, jak jej uży­wać. Chło­pak nie przy­po­mi­nał żad­nego zna­nego mu dziecka. Ruchy miał oszczędne i pre­cy­zyjne, kroki nie­mal nie­sły­szalne. Łatwo było zapo­mnieć, że w ogóle jest. Kaeda przy­po­mi­nał sobie o nim dopiero, kiedy sły­szał ciche kaszl­nię­cie w rogu pokoju, oglą­dał się wtedy i widział chłopca zakry­wa­ją­cego obiema dłońmi usta, z drżą­cymi ramio­nami, jakby spo­dzie­wał się lania.

W owym cza­sie nie­wielu mie­wali gości. Yana odmó­wiła prze­stą­pie­nia progu ich domu. Nawet Elby, prze­cież nie­ustra­szona łow­czyni, sta­rała się nie prze­by­wać zbyt długo w jed­nym pokoju z chłop­cem.

- Reszta ma rację - szep­tała, zer­ka­jąc do salonu, gdzie chło­piec gapił się przez okno na niebo, jakby widział je pierw­szy raz. - Coś jest z nim nie tak.

- No, jest tro­chę dziwny - przy­zna­wał Kaeda. Pocie­rał starą bli­znę na dłoni. - Ale dziwny to nie zna­czy, że zły.

Dziw­ność chłopca była intry­gu­jąca. Brał go ze sobą na dłu­gie, nie­koń­czące się spa­cery za wieś, zarówno po to, by Jhige miała tro­chę wytchnie­nia, jak i żeby spró­bo­wać naru­szyć tro­chę jego tajem­nicę i zoba­czyć, czy nie da się nawią­zać z nim kon­taktu. Była to tro­chę gra. Chło­piec szedł za nim bez sprze­ciwu, nie­mal nie­świa­do­mie, wycho­dząc z transu tylko wtedy, gdy Kaeda się­gał do sakwy i poda­wał mu ciastko.

Pod­czas tych spa­ce­rów Kaeda gadał za dwóch. Naj­pierw były łagodne, son­du­jące pyta­nia. Pyta­nia, skąd pocho­dzi, czy ma rodzinę. A potem, gdy stało się jasne, że dzie­ciak nie udzieli żad­nych odpo­wie­dzi, Kaeda zaczął mówić o sobie. Kiedy wspi­nali się na wzgó­rze, on z laską, chło­piec swym ostroż­nym, uważ­nym kro­kiem, wymie­niał imiona swo­ich rodzi­ców, opo­wia­dał, że z Jhige zna się od dziecka. O tym, że jest guber­na­to­rem i że jego obo­wiąz­kiem jest dbać o bez­pie­czeń­stwo wszyst­kich. Przez kolejne dni i tygo­dnie, im dłu­żej spa­ce­ro­wali, tym wię­cej mówił, jakby chło­piec był pustą misą, do któ­rej wlewa swe wspo­mnie­nia, myśli, całą wie­dzę świata, któ­rej misa nie rozu­mie, nie potwier­dza ani nie kwe­stio­nuje. zapa­da­ją­cym W zapa­da­ją­cym nad polami zmroku pozwa­lał sobie na sen­ty­men­talne myśli, te, z któ­rych Jhige czę­sto drwiła, a chło­piec po pro­stu je chło­nął, jak chło­nął wiatr i świa­tło. Dzie­cięce przy­gody na żół­tych polach. Trudne zbiory. A o zmierz­chu wyja­wiał cichym szep­tem lęki, które niósł ze sobą przez lata.

- To jedyny zachód słońca, jaki w życiu widzia­łem - powie­dział któ­re­goś popo­łu­dnia, z uśmie­chem wyry­wa­jąc z ziemi trawkę i owi­ja­jąc suche źdźbło wokół palca. - Mam szczę­ście, że jest ładny.

Słowa spły­wały po chłopcu bez skutku. Żuł ciastko i patrzył wskroś czer­wo­nego nieba w punkt, któ­rego Kaeda nie widział.

Było późne popo­łu­dnie. Sie­dzieli we dwóch w roz­pa­dli­nie na wzgó­rzu, patrząc na ciem­no­czer­wone nadej­ście nocy, gdy usły­szeli muzykę.

Zza linii drzew wyło­nili się rol­nicy, masze­ru­jący grun­tową drogą z pojem­ni­kami dhuby, śpie­wa­jący pieśń na powrót do domu. Jakby wyma­sze­ro­wali wprost ze wspo­mnień Kaedy. Momen­tal­nie zato­pił się w sobie, poru­szony emo­cjami, słu­cha­jąc nara­sta­ją­cej melo­dii śpie­wa­nej przez mło­dych i sil­nych rol­ni­ków, czu­jąc łzy w oczach na słowa Dzień sobie weź, lecz noc mi daj. Pocią­gnął nosem, otarł twarz. I dopiero wtedy zer­k­nął na chłopca i zoba­czył coś zadzi­wia­ją­cego - miał zamknięte oczy, a ucho nad­sta­wione ku pio­sence, jakby się nią sycił.

- Zna­czy lubisz muzykę - stwier­dził Kaeda z uśmie­chem.

Po powro­cie do domu wycią­gnął flet z zaku­rzo­nego zaka­marka swego biurka. Chło­piec nie zro­zu­miał, dopóki nie zade­mon­stro­wał mu go, gra­jąc tryl na paru nutach, co wzbu­dziło u niego wiel­ko­okie zdu­mie­nie, i od razu wycią­gnął dło­nie do instru­mentu.

Tak oto zaczęły się lek­cje fletu. Kiedy Kaeda miał czas, poka­zy­wał mu, jak grać, jak go trzy­mać, jak ścią­gnąć usta, a naucza­jąc, przy­po­mi­nał sobie z nagłym ukłu­ciem przy­jem­no­ści i żalu obraz Nii u wej­ścia do zaułka, jej syl­wetkę. Uczył chłopca sta­rych pio­se­nek.

Mimo bariery języ­ko­wej łapał bar­dzo szybko. Było jasne, że ma doświad­cze­nie w muzyce, choć może nie we fle­cie. Szybko prze­sko­czył Kaedę - w parę dni, ku rado­ści i zawi­ści sta­rego - i nauczył się grać nowe melo­die, takie, któ­rych Kaeda ni­gdy nie sły­szał, piękne same z sie­bie. Jhige wzru­szyła się, gdy zagrał dla niej któ­re­goś wie­czoru smutną i piękną melo­dię, a kiedy Yana wstą­piła ze świe­żym jedze­niem i usły­szała dobie­ga­jącą z pokoju chłopca muzykę, po raz pierw­szy prze­kro­czyła próg i usia­dła za sto­łem, żeby chwilę posłu­chać.

Kaeda zamie­rzał tylko poży­czyć flet chłopcu. To nie był dar. Jed­nakże flet spo­czy­wał na kola­nach chłopca, kiedy jedli, kiedy się kładł, zabie­rał go do swego pokoju, a gdy dom wypeł­niała jego pieśń, Kaeda pochmur­niał tknięty wredną myślą, że flet go zdra­dził, że wyko­rzy­stał go, by dotrzeć do swego praw­dzi­wego wła­ści­ciela. Wie­dział, że to prawda, od dnia, gdy Jhige powie­działa o nim "flet chło­paka".

- Nie jest jego - wark­nął.

Wytrzesz­czyła na niego oczy.

Muzyka wkra­dała się do jego uszu w nocy. Spro­wa­dzała kosz­mary z Nią, sto­jącą w nogach łóżka ze łzami i pyta­jącą, co stało się z darem, który od niej dostał; on zapew­niał ją, że trzy­mał go przy sobie przez tyle lat i że mógłby to udo­wod­nić, tylko nie może tego cho­ler­stwa zna­leźć; kosz­mary, w któ­rych prze­wra­cał cały dom do góry nogami, wypru­wał deski pod­łogi, ciął sien­nik maczetą, aż wresz­cie budził się z unie­sio­nymi dłońmi chwy­ta­ją­cymi się powie­trza. W naj­gor­sze z tych nocy pod­no­sił się z łóżka w pół­śnie. Trzy­ma­jąc się ściany, kuś­ty­kał przez kory­tarz. Docie­rał aż do sypialni chłopca, pra­wie trzy­mał dłoń na klamce, myśląc, że chce tylko zoba­czyć po raz ostatni ten flet, upew­nić się, czy jest bez­pieczny - dopóki nie powstrzy­mał go dobie­ga­jący ze środka stłu­miony szloch, dopóki nie wybił się ze snu i nie cof­nął się spod drzwi. Wra­cał do łóżka z pustymi dłońmi, licząc, że pogo­dze­nie się z sytu­acją spro­wa­dzi na niego wolny od trosk sen. Jed­nakże rano czuł się tak samo. Zmę­czony.

Z pustymi kie­sze­niami.

Robił, co mógł, żeby ukryć przed chłop­cem tę udrękę. Zmu­szał się do uśmie­chu, kiedy nie było powodu, i przy­go­to­wy­wał mu kolejne ciastka, żeby patrzeć, jak je, gdy jego wła­sny ape­tyt się kur­czył. Pod­czas posił­ków nakła­dał mu na talerz dodat­kowe por­cje. A w nocy, kiedy Jhige gła­dziła go po wło­sach, zada­jąc mu, jak zawsze, gdy był w takim nastroju, to samo pyta­nie: gdzie jest i dokąd idzie, miał na nie tę samą odpo­wiedź co zwy­kle.

Tutaj jestem. Tutaj.

Fle­towa pio­senka prze­nik­nęła całą porę wil­gotną i spro­wa­dziła suchą, aż zie­mia popę­kała, a łodygi zro­biły się kru­che pod ostrym słoń­cem. Wieś wstrzy­mała oddech w ocze­ki­wa­niu na poza­świa­tow­ców i zabra­nie obcego, Kaeda zaś prze­cze­ki­wał te dni w lęku.

Gdy pękło niebo i spo­mię­dzy rzad­kich chmu­rek prze­biły się zie­lone linie, wie­dział, że to naj­pew­niej ostatni Dzień Dostawy w jego życiu. Ostatni raz spo­tka Nię Imani. Na polach, po powi­tal­nej prze­mo­wie, którą przez ostat­nie tygo­dnie ćwi­czył pod­czas spa­ce­rów, kaszl­nął flegmą do rękawa i zdzi­wił się, dla­czego teraz, na sam koniec, niczego bar­dziej nie pra­gnie niż wsiąść do jed­nego z tych stat­ków i odle­cieć wraz z nią; dla­czego to pra­gnienie przez tyle czasu leżało uśpione w jego sercu i dla­czego dziś nagle tak jasno się roz­pa­liło. Nia objęła go, kiedy wyszła ze statku. Była młod­sza i sil­niej­sza niż wcze­śniej, poczuł się w jej ramio­nach taki mały. Kiedy go puściła, przed­sta­wił jej swą prośbę i zdu­miał się, kiedy bez namy­słu odrze­kła, że weź­mie chłopca.

- Cie­kawe - stwier­dził, uśmie­cha­jąc się nie­znacz­nie. - Spo­dzie­wa­łem się więk­szego oporu.

- A to czemu? - zapy­tała, odpo­wia­da­jąc uśmie­chem.

- Ni­gdy nie wyda­wa­łaś mi się szcze­gól­nie wiel­ko­duszna.

Jej uśmiech zbladł. Do niego wró­ciły dawne urazy i nie mógł się powstrzy­mać.

- Prze­pra­szam - powie­dział w końcu.

- Nie ma sprawy. - Nia zarzu­ciła torbę na ramię i ruszyła w stronę wsi, gdzie nie­długo miało roz­po­cząć się święto. - Możesz uznać, że to zapłata za twoje towa­rzy­stwo.

Pod­czas ogni­ska roz­ma­wiali tylko prze­lot­nie - uma­wiali się na jutro na prze­ka­za­nie dziecka. Nia trzy­mała się z innymi poza­świa­tow­cami, Kaeda sie­dział ze swo­imi za dłu­gim sto­łem, zer­ka­jąc na nią od czasu do czasu poprzez ogień, z nadzieją, że ich oczy spo­tkają się i zyska oka­zję, by prze­pro­sić za swoje wcze­śniej­sze zacho­wa­nie. Ona jed­nak nie spoj­rzała na niego ani razu i poszła, nim zna­lazł odwagę - i czas - żeby samemu do niej podejść.

Tej nocy nie spał. Cho­dził po poko­jach, mija­jąc drzwi do sypialni chłopca, aż do rana.

Dzień był potwor­nie upalny. Idąc na rynek, gdzie cze­kała nań Nia, czuł ten żar jak cię­żar na ple­cach. Wie­śniacy wygar­nia­jący popiół z pale­ni­ska i sprzą­ta­jący stoły zer­kali ukrad­kowo, kiedy pod­cho­dził do niej. Kiw­nął jej głową, ona odpo­wie­działa takim samym gestem. I choć sku­piał teraz jej pełną uwagę, nie wie­dział, co wła­ści­wie powie­dzieć. Cała noc myśle­nia, przy­go­to­wy­wa­nia się do jakiejś szum­nej prze­mowy, jakie­goś zakoń­cze­nia, lecz teraz słowa ule­ciały.

- Gdzie on jest? - zapy­tała.

- Chodźmy - powie­dział.

Ruszyli coraz bar­dziej stromą ścieżką do jego domu. On mozo­lił się z laską, ale nie chciał przy­jąć pomoc­nie nad­sta­wio­nego ramie­nia. Na szczy­cie bra­ko­wało mu tchu, serce było obrzmiałe i tłu­kło się o zwiot­czałe mię­śnie pier­siowe. Wpro­wa­dził ją do salonu, gdzie chło­piec już stał z torbą podróżną u stóp, mając spa­ko­wane zapa­sowe ubra­nia, tro­chę cia­stek i parę innych rze­czy, które według Kaedy mógłby chcieć posia­dać. Zamie­rzał zapy­tać Nię, czego się napije, lecz ona już pod­nio­sła torbę i ruszyła do drzwi z dło­nią na ple­cach chłopca. Kaeda ruszył za nimi. Zer­k­nęła na jego laskę i powie­działa:

- Nie musisz iść z nami. Możemy się tutaj poże­gnać.

- Nie - odparł. - Pójdę. Dam radę.

- Jeśli jesteś pewien...

Całą trójką prze­szli przez wieś, pod nie­uf­nymi spoj­rze­niami innych miesz­kań­ców, a Kaeda z tru­dem nadą­żał za szyb­kimi kro­kami Nii. Chło­piec oglą­dał się na niego, chyba tylko po to, by się upew­nić, że na­dal tam jest. Kaeda skrzy­wił się, czu­jąc ból sta­wów.

Wszystko prze­cie­kało mu przez palce.

Na polu żół­tej trawy, gdzie cze­kały statki i gdzie łado­wano ostat­nie pojem­niki dhuby, dwójka poza­świa­tow­ców odwró­ciła się ku niemu. Nia powie­działa, że już czas. Kaeda kiw­nął głową, poło­żył dłoń na ramie­niu dziecka i powie­dział, że dobrze było spę­dzić razem z nim ten czas. Uśmiech­nął się do chłopca tak, jak to potra­fią tylko doro­śli, jed­no­cze­śnie rado­śnie i smutno, i z satys­fak­cją, zaci­snął rękę na jego ramie­niu przy sło­wach, że ma ogromne szczę­ście, że może się z nią zabrać. Chło­piec patrzył na niego mar­two, nie rozu­mie­jąc słów sta­rego czło­wieka, słów, które były coraz moc­niej zdła­wione łzami, gdy do Kaedy docie­rało, że ni­gdy wcze­śniej nie stał tak bli­sko drzwi do jej statku.

Ni­gdy nie czuł zim­nego wiewu z ciem­nej pasz­czy ładowni. Ni­gdy nie czuł tej oso­bli­wej mie­szanki nowych metali, nie sły­szał jało­wego pomruku dobie­ga­ją­cego z brzu­cha statku i łopotu zło­żo­nych żagli, gdy ich maszty koły­sały się od wia­tru. Nia zapy­tała go, czy dobrze się czuje, z nie­sa­mo­witą czu­ło­ścią, jakby znów miał sie­dem lat, dwa­dzie­ścia dwa, trzy­dzie­ści sie­dem, całe jego życie zło­żyło się w ten jeden moment, zdu­mie­wa­jąc go prze­moż­nym pra­gnie­niem, by wziąć ją za rękę, wejść na sta­tek, odle­cieć i ziścić marze­nie z mło­do­ści. Otarł wil­goć z oczu.

Nie! - pomy­ślał. Jestem tu szczę­śliwy! Jestem szczę­śliwy!

Pogła­dził chłopca po gło­wie, uści­snął dłoń Nii, życząc jej szczę­śli­wej podróży sło­wami nie­chluj­nie odłu­py­wa­nymi z wiel­kiej góry nie­mocy, a potem wró­cił do domu, na swą pla­netę-imien­niczkę. Długą drogę akcen­to­wał huk ude­rza­ją­cych w niebo stat­ków, ich zie­lony ślad roz­pusz­czał się w nocy, nie zosta­wia­jąc żad­nego wspo­mnie­nia, jedy­nie czer­wony księ­życ obrzmiały od soku owo­ców kiri, kiedy Kaeda zamy­kał okna i ukła­dał się w łóżku obok sta­rej przy­ja­ciółki. Spoj­rzał na nią. Sen się skoń­czył, dopiero teraz, na koniec dnia, był przy­tomny. A gdy Jhige zasta­na­wiała się gło­śno, dokąd chło­piec pole­ciał, wziął ją za rękę i przy­ci­snął szorstką, spra­co­waną dłoń do twa­rzy, czer­piąc z niej pocie­chę. Słodki zapach żniw. Smak festynu. I powie­dział jej: "Jestem tutaj, jestem". Poca­ło­wał ją, jakby znów byli mło­dzi, za sto­dołą, pota­jem­nie, w ciem­no­ści nie­roz­pra­sza­nej nawet iskierką ognia. Nic, tylko ich dwoje, a tym­cza­sem w wysoko skle­pio­nej ciem­no­ści ponad ich nie­bem, w statku z tka­nin i metali, Nia otwo­rzyła torbę podróżną chłopca, znaj­du­jąc pomię­dzy zło­żo­nymi ubra­niami i popa­ko­wa­nymi ciast­kami dawno zapo­mniany przed­miot - zaparło jej dech, gdy trzy­mała flet w drżą­cych dło­niach i czuła skryte w jego pęk­nię­ciach dzie­siątki lat.

2.

Flet z Ary

- Pod­stępny cwa­niak - szep­nęła Nia, gdy flet wymknął się jej z pal­ców i spadł do torby podróż­nej.

Wstała z kucek z uśmie­chem, któ­rego sama nie rozu­miała, i otarła dło­nią pot z roz­pa­lo­nego czoła. Gorączka. Kiedy poczuła za oczami ciśnie­nie wzdy­ma­ją­cego się bąbla, wie­działa, co się dzieje. Zdaw­kowo kiw­nęła głową mil­czą­cemu chłopcu w kącie pokoju i wygra­mo­liła się przez właz. W dro­dze do toa­lety kur­czowo łapała się porę­czy w kory­ta­rzu, czu­jąc na szyi nabrzmiałe żyły. Trza­snęła drzwiami i zgięła się nad muszlą. Oddy­chała głę­boko i liczyła w myślach odde­chy, a z każ­dym maź w jej żyłach wra­cała do płyn­nego stanu, zaś bęb­nie­nie w uszach zle­wało się w szum, aż Panika Kom­pre­syjna ustą­piła i Nia była w sta­nie opa­no­wać to nagłe poczu­cie stra­co­nego czasu.

Skrzy­wiła się zaże­no­wana, że po tylu rej­sach przez Fałd wciąż daje się jej we znaki utrata czasu; i że jest w sta­nie dopaść ją znie­nacka i wyci­snąć powie­trze z płuc. Odchrząk­nęła i splu­nęła do toa­lety. Pstryk­nęła kra­nem. Ochla­pała szyję zimną wodą. Ściany pul­so­wały, lecz powie­działa sobie, że to zaraz przej­dzie, że fale oce­aniczne się uspo­koją i znów sta­nie na twar­dej ziemi. To była już rutyna.

Jed­nakże skutki ataku trzy­mały się jej przez całe popo­łu­dnie. Zaci­śnięta pięść w brzu­chu, gdy cho­dziła po statku, doglą­da­jąc załogi przy­go­to­wu­ją­cej się do fał­do­wa­nia. Poki­wała głową, sły­sząc kawał, który Durat usły­szał wczo­raj wie­czo­rem od rol­ni­ków. Trzy­mała się porę­czy, idąc do izby cho­rych, gdzie Sio­stra robiła chłopcu dia­gno­stykę i apli­ko­wała nie­zbędne szcze­pionki.

Dziecko sie­działo na brzegu meta­lo­wego stołu, z prawą dło­nią zaci­śniętą na fle­cie, a pie­lę­gniarka zada­wała mu pro­ste pyta­nia o jego zdro­wie i prze­szłość. Odpo­wia­dał na nie, kiwa­jąc lub krę­cąc głową.

Tak. Dobrze się czuje.

Nie. Nie wie, gdzie jest.

Tak. Ma imię.

Nie. Nie umie go zapi­sać.

Nie. Nie umie pisać.

Nie. Nie ma rodziny.

Wyszły przed drzwi i poroz­ma­wiały ści­szo­nymi gło­sami o naj­now­szym członku załogi.

- Czyli rozu­mie sta­cyjny stan­dar­dowy? - zapy­tała Nia.

- Tak - odparła Sio­stra, utkwiw­szy wzrok w kro­pelce potu spły­wa­ją­cej pani kapi­tan po skroni. - Ale nie umie w nim mówić. Albo nie chce.

Nia roz­tarła kro­plę kciu­kiem.

- Nie chce?

- Może po pro­stu potrze­buje czasu. Dużo prze­szedł. Dużo poła­ma­nych kości, długa histo­ria - ręce, nogi, nawet żebra. Ślady po wie­lo­krot­nych zła­ma­niach, wcze­śniej­szych niż kata­strofa. Teraz nie ma nic zła­ma­nego, fizycz­nie, ale psy­chicz­nie... - Zer­k­nęła na niego przez właz. - Tylko on jeden wie, jak z nim źle. - Oparła się o ścianę, jakby przy­tło­czona wła­sną empa­tią. - Może będzie mówił, a może nie. Nie­któ­rzy pacjenci po ura­zach potrze­bują sporo czasu, żeby odzy­skać głos.

- Zna­leźli go kilka mie­sięcy temu. Ileż on czasu może potrze­bo­wać?

- Wiesz, że nie znam odpo­wie­dzi. - I nagle: - Kapi... Nia, ty dobrze się czu­jesz?

- Nic mi nie jest - odparła zaże­no­wana, ocie­ra­jąc ręka­wem mokrą twarz.

Chło­piec zagrał na fle­cie jedną krótką nutę. Prze­ni­kliwe F. Skrzy­wiła się.

- Pro­po­nuję, żeby za bar­dzo się nie mar­twić - powie­działa Sio­stra. - Na Peli­ka­nie są odpo­wied­nie ośrodki, tam się nim zajmą spe­cja­li­ści. A na razie flet da mu zaję­cie. - Zanu­ciła. - Cie­kawe. Ty masz dokład­nie taki sam, prawda?

- To wła­śnie ten. Dałam mu - skła­mała Nia. Nie była w nastroju do tłu­ma­cze­nia histo­rii z Kaedą. - Pomy­śla­łam, że dobrze, żeby miał zaję­cie.

Pie­lę­gniarka uśmiech­nęła się. Zasko­czona.

- To miło z two­jej strony.

W jej uszach roz­brzmiały słowa Kaedy. "Ni­gdy nie wyda­wa­łaś mi się szcze­gól­nie wiel­ko­duszna".

- Potra­fię być miła.

- Ja nie powie­dzia­łam...

- Pani kapi­tan - prze­rwał Durat. - Sta­tek gotowy do fał­do­wa­nia.

- Zaraz będę - odpo­wie­działa. I do Sio­stry: - Możesz go odpro­wa­dzić do pokoju, jak skoń­czysz?

- Jasne. Aha, Nia, wie­czo­rem coś... tego? - Prawą dło­nią wyko­nała nie­znaczny gest suge­ru­jący picie.

Nia poło­żyła dłoń na brzu­chu.

- Może jutro, poju­trze...

Pie­lę­gniarka zaśmiała się.

- O, teraz widzę, że nie czu­jesz się dobrze.

Mało powie­dziane. Czuła się, jakby połknęła worek tłu­czo­nego szkła. Trzy­ma­jąc się porę­czy na ścia­nie, doszła do kok­pitu i usia­dła w fotelu dru­giego pilota. Opa­dła na opar­cie z zamknię­tymi oczyma, pod­czas gdy Durat mówił, co zrobi - i z kim - pod­czas urlopu na Peli­ka­nie.

- Opo­wia­da­łem ci kawał od tych rol­ni­ków od dhuby? - zapy­tał.

- Tak - odparła.

Ale i tak go opo­wie­dział. Zaczy­nał się tak: "Jed­no­ręki facet idzie z sio­strzeń­cem na polo­wa­nie". I po raz drugi tłu­ma­czył jej, czemu to śmieszne, że sio­strze­niec ląduje w łóżku z żoną jed­no­rę­kiego, a Nia pocie­rała dło­nią pod­ło­kiet­nik fotela, sku­pia­jąc się na wra­że­niu doty­ko­wym, i powta­rzała sobie, że to, co stało się w pokoju chłopca, to tylko bio­che­miczna reak­cja, coś wytłu­ma­czal­nego, a skoro wytłu­ma­czal­nego, to i do opa­no­wa­nia. Powta­rzała sobie to i wiele innych bajek, dając Dura­towi zgodę, a on z kolei potwier­dził Bay­li­nowi, że ma pocią­gnąć za wyzwa­lacz, i sta­tek zaczął się skła­dać sam w sie­bie, jak kanapka, jak nie­skoń­cze­nie wiele razy skła­dana kartka, aż wypa­dli z rze­czy­wi­sto­ści i weszli do dru­giej, gdzie żagle roz­dęły się od sil­nych podmu­chów, i pomknęli ener­ge­tycz­nymi falami Prądu Nie­śmia­łego.

Niech tylko dokoń­czę ten kon­trakt i wezmę coś nowego, pomy­ślała Nia, czu­jąc mdło­ści, gdy jej łódź sunęła po czar­nych falach. Niech tylko ten ostatni kurs będzie łatwy.

I nagle, jakby klą­twa się ziściła, roz­le­gła się muzyka.

Zaczęło się godzinę po sfał­do­wa­niu. Załoga wciąż otrzą­sała się z roz­fa­lo­wa­nia, roz­cią­gała żuchwy, wymio­to­wała w toa­le­cie, kiedy z wen­ty­la­cji dobie­gły piskliwe, fujar­kowe dźwięki fletu. Na początku nie było aż tak źle, więk­szość załogi zga­dzała się, że chło­pak jest bar­dzo uta­len­to­wany. Pro­ble­mem było to, że muzyka nie usta­wała. Ich gość grał nie­za­leż­nie od godziny, a skoro Debby była roz­plot­ko­wa­nym stat­kiem i z wiel­kim talen­tem roz­no­siła dźwięki od włazu do włazu, ni­gdzie nie było bez­piecz­nego miej­sca.

Fle­towa pieśń żyła wła­snym życiem. Prze­są­czała się do kuchni zza zim­no­sta­tycz­nych pojem­ni­ków, napły­wała wzdłuż kon­tu­aru do mesy, gdzie roz­kła­dała się na sofach i regale wypeł­nio­nym sta­rymi książ­kami. Wpa­dała przez gre­tingi do maszy­nowni, idąc za gru­bymi mac­kami kabli bie­gną­cych pro­sto do serca statku, gdzie rdzeń fał­dowy ter­ko­tał swymi mosięż­nymi try­bami, a na stole sie­dział mecha­nik, tak roz­ko­ja­rzony muzyką, że zdjął izo­la­cję nie z tego kabla, gasząc pod­świe­tle­nie gre­tingu w kory­ta­rzu. Prze­pły­wała przez szcze­liny w kra­tow­nicy gale­ryjki do potęż­nej ładowni, opły­wała dwa­dzie­ścia skrzyń peł­nych fio­le­to­wych nasion i wete­rankę, sie­dzącą po turecku na macie i dener­wu­jącą się, że muzyka wybija ją z medy­ta­cji. Prze­cie­kała do kok­pitu, gdzie pilot roz­pie­rał się na swym tro­nie, z nogami na pul­pi­cie i drga­ją­cymi powie­kami, i zakłó­cała mu sny o ero­tycz­nych pod­bo­jach. I szem­rała w pęk­nię­ciach płyt ścien­nych, prze­do­sta­jąc się do kajuty kapi­tan, gdzie zna­la­zła Nię sie­dzącą za biur­kiem, patrzącą w powie­trze i słu­cha­jącą prze­śla­du­ją­cej Debby muzyki, zdzi­wiona, że ją te nuty uspo­ka­jają i że wła­ści­wie wcale jej to nie prze­szka­dza.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki