Ptaki bez skrzydeł - Louis de Bernieres

Kup ebooka

67.00 zł
53.60 zł (53,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 3

Mu­stafa Ke­mal (1)

Da­leko od Eski­ba­hçe, za Do­de­ka­ne­zem, po dru­giej stro­nie Mo­rza Egej­skiego, ro­dzi się czło­wiek prze­zna­czony do wiel­kich rze­czy. Dzieje się to dzie­więt­na­ście lat przed na­ro­dzi­nami Fi­lo­tei, w roku 1881 we­dług ka­len­da­rza gre­go­riań­skiego. I tak jak kie­dyś Ma­ce­do­nia dała światu naj­więk­szego grec­kiego zdo­bywcę, tak te­raz daje mu naj­więk­szego Turka (i tym sa­mym do­cho­dzi do jed­nego z naj­za­baw­niej­szych pa­ra­dok­sów w dzie­jach Eu­ropy).

W 1881 roku Ma­ce­do­nia jest oj­czy­zną Wo­ło­chów, Gre­ków, Buł­ga­rów, Tur­ków, Ser­bów i Al­bań­czy­ków. W Sa­lo­ni­kach, gdzie ro­dzi się to dziecko, miesz­kają rów­nież "Fran­ko­wie" o licz­nych eu­ro­pej­skich ko­rze­niach oraz wielka ko­lo­nia Ży­dów, któ­rych przod­ko­wie ucie­kli przed prze­śla­do­wa­niami z Hisz­pa­nii. Po­łowa tych Ży­dów to wy­znawcy is­lamu, po­nie­waż ich przod­ko­wie roz­cza­ro­wali się po nie­po­wo­dze­niach miej­sco­wego sie­dem­na­sto­wiecz­nego me­sja­sza. Pod ko­niec dru­giej wojny świa­to­wej w Sa­lo­ni­kach nie bę­dzie już Ży­dów, wy­trze­bio­nych przez Niem­ców, a wraz z nimi znik­nie nie­mal cał­ko­wi­cie ich cie­kawy ar­cha­iczny hisz­pań­ski.

Dziecko przy­cho­dzi na świat, w któ­rym ziarna na­ro­do­wego so­cja­li­zmu już dawno zo­stały za­siane i tylko cze­kają na mroczny deszcz. Na­rody Bał­ka­nów i Bli­skiego Wschodu, pod­bu­rzane przez Au­stro-Wę­gry i Ro­sję, prze­kre­ślają długą hi­sto­rię współ­ist­nie­nia i współ­za­leż­no­ści. Roz­ma­ici wi­chrzy­ciele i ide­olo­dzy lan­sują dok­trynę od­ręb­no­ści i wyż­szo­ści jed­nego na­rodu nad dru­gim. Po­ja­wiają się ha­sła "Ser­bia dla Ser­bów", "Buł­ga­ria dla Buł­ga­rów", "Gre­cja dla Gre­ków", "Turcy i Ży­dzi precz!". Do krzy­żo­wa­nia się grup et­nicz­nych do­cho­dziło od wie­ków, ale nikt nie pyta, kim wła­ści­wie jest Serb, Ma­ce­doń­czyk, Buł­gar lub Grek. Wy­star­czy, że po­ja­wią się opor­tu­ni­ści, któ­rzy nie za­wa­hają się wy­ko­rzy­stać tych ha­seł, by okrzyk­nąw­szy się bo­jow­ni­kami o wol­ność i wy­zwo­li­cie­lami, stać się w rze­czy­wi­sto­ści ban­dy­tami i lo­kal­nymi wa­taż­kami w woj­nie wszyst­kich ze wszyst­kimi. Mu­stafa przy­cho­dzi na świat, w któ­rym prawo i po­rzą­dek szybko upa­dają, gra­bież przy­nosi wię­cej ko­rzy­ści niż praca, utrzy­ma­nie po­koju prze­staje się ko­mu­kol­wiek opła­cać, a to­le­ran­cja wo­bec dru­giego czło­wieka ma co­raz mniej­sze zna­cze­nie.

Dom jego na­ro­dzin oka­lają wy­so­kie mury i jest on tra­dy­cyj­nie po­dzie­lony na se­lam­l?k i ha­rem­l?k. Okna na par­te­rze za­bez­pie­czają że­la­zne kraty, te na wy­su­nię­tym wyż­szym pię­trze osło­nięte są de­li­kat­niej­szą kratką. Za ró­żo­wymi mu­rami bu­dynku ja­sno­włosa i nie­bie­sko­oka, bar­dzo nie­no­wo­cze­sna i głę­boko wie­rząca mu­zuł­manka Zübeyde z ostat­nim okrzy­kiem bólu wy­daje na świat dziecko prze­zna­cze­nia, a jego oj­ciec, han­dlarz drew­nem, urzęd­nik celny i za­rządca po­boż­nych fun­da­cji, na­chyla się i szep­tem wy­po­wiada jego imię, gdy tylko zo­staje prze­cięta pę­po­wina. Chło­piec ma się na­zy­wać Mu­stafa, Wy­brany.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 2

Iskan­der Garn­carz wspo­mina na­ro­dziny Fi­lo­tei

Imam od­wie­dził Fi­lo­teę w dniu jej na­ro­dzin, które na­stą­piły wcze­snym la­tem 1318 roku po prze­no­si­nach Ma­ho­meta do Me­dyny, który we­dług ka­len­da­rza gre­go­riań­skiego wy­pa­dał, je­śli do­brze li­czę, w roku 1900.

Fi­lo­tea była naj­pięk­niej­szą dziew­czyną w mia­steczku i w krót­kim ży­ciu przy­spo­rzyło jej to wię­cej kło­po­tów niż ko­rzy­ści. Cza­sem przy­cho­dziło mi na myśl, że Bóg ob­da­rza wielką urodą tylko tych, na któ­rych pra­gnie spro­wa­dzić nie­szczę­ście.

Na­ro­dziny były, jak są­dzę, wy­jąt­kowe. Matka na­piła się z misy z wy­ry­tymi wer­sami z Ko­ranu, w któ­rej za­nu­rzono dla pew­no­ści ko­lejne wersy, i przez co naj­mniej ty­dzień spała z krzy­żem na brzu­chu. W do­datku pewna ko­bieta po­szła w od­po­wied­nim mo­men­cie po Mih­ri­mah Efen­dim. Mih­ri­mah Efen­dim była wów­czas na­szą aku­szerką i nikt le­piej niż ona nie znał się na sztuce przyj­mo­wa­nia po­rodu. Była, jak to mó­wią, w pew­nym wieku, wy­soka i tęga, z wło­sami nad wargą, a jej matka i bab­cie były na­szymi aku­szer­kami, od­kąd za­częto od­mie­rzać czas. Dzięki nim wszy­scy bez­piecz­nie przy­szli­śmy na świat.

Za­wsze wie­dzie­li­śmy, że zbliża się po­ród, gdy Mih­ri­mah Efen­dim su­nęła przez mia­steczko z sym­bo­lem swo­jego urzędu i dwiema po­moc­ni­cami nio­są­cymi fo­tel po­ro­dowy. Ja sam uro­dzi­łem się na tym fo­telu, moje dzieci rów­nież, i śmiem twier­dzić, że ko­lejne będą na nim przy­cho­dzić na świat przez na­stępne setki lat, je­śli tylko taka bę­dzie wola boża. Fo­tel zro­biono z do­brego drewna orze­cho­wego, a jego rant był so­lidny, choć wy­po­le­ro­wany udami wielu ko­biet. Męż­czy­znom zda­rzało się żar­to­wać or­dy­nar­nie o tym, co ów rant wi­dział. Fo­tel miał mocne po­rę­cze, kiedy bo­wiem ko­bieta ro­dzi w bólu, do­rów­nuje siłą męż­czyź­nie i do­wo­dzi zna­jo­mo­ści za­ska­ku­ją­cej liczby prze­kleństw.

Fi­lo­tea przy­szła na świat, gdy po­łu­dniowy wiatr przy­no­sił z Ara­bii bez­sen­ność i lu­bieżne my­śli. Pa­mię­tam to, po­nie­waż sam nie mo­głem za­snąć po tro­sze za sprawą wier­ce­nia się mo­jej żony i dzieci le­żą­cych na pod­ło­dze i oto­ma­nach, a po tro­sze przez psa, który sko­wy­czał na dwo­rze uni­sono z wrza­skami matki Fi­lo­tei. Okryty pe­le­ryną, le­ża­łem bez­sen­nie na dzie­dzińcu, pa­trząc w gwiazdy. W końcu po­sta­no­wi­łem po­spa­ce­ro­wać wo­kół za­bu­do­wań.

Wy­da­wało się, że w tę noc za­męt pa­nuje na­wet tam, gdzie wszystko jest w po­rządku. Czu­łem w po­wie­trzu złe za­miary, jakby miej­sco­wość prze­mie­rzał ja­kiś duch z pie­kła ro­dem. W tym miej­scu jest wielu ta­kich, któ­rzy umie­rają, nie wy­peł­niw­szy swo­ich zo­bo­wią­zań; są ni­czym cie­nie da­rem­nie snu­jące się po świe­cie.

Mi­mo­wol­nie sze­dłem w kie­runku od­gło­sów po­rodu i mi­ną­łem okna kie­row­nika szkoły, chrze­ści­ja­nina Le­oni­dasa Efen­diego, który pi­sał coś za­wzię­cie przy świe­tle knota za­nu­rzo­nego w mi­sce z cuch­nącą oliwą. Ten na­uczy­ciel był złym czło­wie­kiem, ścią­gał na nas same kło­poty. W owych cza­sach wszy­scy mó­wi­li­śmy po tu­recku, ale ci, któ­rzy umieli pi­sać, pi­sali grec­kim al­fa­be­tem. Ów Le­oni­das na­le­żał jed­nak do tych, któ­rzy go­rącz­ko­wali się i wal­czyli, by chrze­ści­ja­nie mó­wili po grecku, nie tu­recku. Zmu­szał dzieci do na­uki ję­zyka grec­kiego, na któ­rym ła­mały so­bie ję­zyki, i de­ner­wo­wał je opo­wie­ściami, jak to Osma­no­wie ode­brali tę zie­mię Gre­kom, któ­rym ona się praw­nie na­leży. Sły­sza­łem, jak mó­wiono, że to miej­sce było kie­dyś wła­sno­ścią ludu zwa­nego Li­cyj­czy­kami, a Grecy im je za­brali. Cze­muż więc ten na­uczy­ciel nie po­wie­dział dzie­ciom, że cała zie­mia zo­stała pier­wot­nie skra­dziona? Dla­czego nie po­wie­dział: "Znajdźmy tych Li­cyj­czy­ków i od­dajmy im ją"? Ta­kich jak ów kie­row­nik szkoły było wów­czas zbyt wielu. Za­cho­wy­wali się jak ci, co wle­wają wodę do ron­dla z dy­mią­cym tłusz­czem, tak że wszy­scy wo­kół i oni sami są po­pa­rzeni. Przy­po­mina mi się opo­wieść o Na­sred­di­nie Ho­dży, który miał ba­wołu z ol­brzy­mimi ro­gami. Miał wielką ochotę usiąść mię­dzy tymi ro­gami, wy­obra­ża­jąc so­bie, że by­łyby one ni­czym tron, ale za­wsze się po­wstrzy­my­wał. Któ­re­goś dnia jed­nak, gdy zwie­rzę od­po­czy­wało w tra­wie, nie zdo­łał już oprzeć się po­ku­sie i prze­ko­nał żonę, by po­mo­gła mu wspiąć się na łeb zwie­rzę­cia. Ba­wół wstał i wy­rzu­cił go w po­wie­trze. Ho­dża ru­nął na zie­mię i wy­lą­do­wał na swo­jej nie­szczę­snej żo­nie, tak że oboje do­znali ob­ra­żeń.

- Cza­sami, żono, mu­simy oboje cier­pieć z po­wodu mo­ich pra­gnień - po­wie­dział jej Na­sred­din.

Ten wy­chu­dły mą­ci­woda, kie­row­nik szkoły, po­cho­dził ze Smyrny, tak więc nie był jed­nym z nas, no­sił oku­lary, stroił miny i ni­gdy się nie oże­nił.

Po­wi­nie­nem te­raz po­wró­cić do sprawy Fi­lo­tei. Tak się zło­żyło, że gdy krzyki ustały i po­ród do­biegł końca, znaj­do­wa­łem się przed do­mem jej ro­dzi­ców ra­zem z wie­loma cie­kaw­skimi. Wy­czu­li­śmy w gło­sie Mih­ri­mah Efen­dim triumf oraz ulgę, gdy prze­cięła pę­po­winę i krzyk­nęła głę­bo­kim gło­sem:

- Bóg jest wielki, Bóg jest wielki!

Mie­li­śmy w zwy­czaju na­zy­wać każde dziecko płci żeń­skiej imie­niem pierw­szej ko­biety, która prze­by­wała z Ada­mem w raju, kiedy więc za­wo­łała, że nadała dziecku imię Ha­vva, wie­dzie­li­śmy, że to dziew­czynka, "do­dat­kowa po­moc w pie­le­niu", jak ma­wiali nie­któ­rzy.

Przy­się­gam, że w chwili gdy Mih­ri­mah Efen­dim wy­dała okrzyk, wszystko się zmie­niło. Psy prze­stały wyć, księ­życ wy­do­stał się zza chmur, w po­wie­trzu za­pach­niało sza­fra­nem i oli­ba­num, na pla­ta­nie po­środku maj­danu, pod któ­rym za dnia prze­sia­dują starcy, za­czął śpie­wać sło­wik. By­łem za­do­wo­lony, że to nowe ży­cie za­częło się tak do­brze, ale za­ra­zem nie mo­głem oprzeć się re­flek­sji, że to, co się ro­dzi, ro­dzi się, żeby umrzeć. Sta­łem tam i za­sta­na­wia­łem się, jak długo ta dziew­czynka bę­dzie żyła i jak do­kona ży­wota, gdy jej oj­ciec o imie­niu Cha­ri­tos wy­szedł z domu, by ode­tchnąć po trud­nych prze­ży­ciach. Pod­sze­dłem i po­kle­pa­łem go po ra­mie­niu, po­da­jąc mu pa­pie­rosa, któ­rego tak na­prawdę wła­śnie skrę­ci­łem dla sie­bie.

- Sa­lam alej­kum - po­wie­dzia­łem, wrę­cza­jąc mu krze­siwo.

- I z tobą też - od­parł, po czym do­dał, tak jakby był to po­wód do zmar­twie­nia: - To naj­ład­niej­sze dziecko, ja­kie wi­dzia­łem.

- Bę­dzie z tym kło­pot - za­uwa­ży­łem.

- Ko­biety roz­wie­szają Bi­blie, Ko­rany, nie­bie­skie ko­ra­liki oraz ząbki czosnku w ca­łym domu - rzekł Cha­ri­tos z krzy­wym uśmie­chem - ale spo­dzie­wam się, że i tak bę­dzie z tym kło­pot. Na­zar de­?me­sin.

- Boże, chroń nas przed złym spoj­rze­niem - stwier­dzi­łem.

O świ­cie mu­ezin za­in­to­no­wał ad­han i wszy­scy od­mó­wili swoje mo­dli­twy. Póź­niej z domu ro­dzi­ców dziew­czynki wy­pły­nęła po­gło­ska i za­ta­czała co­raz szer­sze kręgi ni­czym fala wzbu­dzona przez ka­mień wrzu­cony do stawu. Nie­ba­wem nowy tłum cie­kaw­skich ze­brał się pod do­mem, by zo­ba­czyć małą, wrę­czyć dary i ży­czyć matce szczę­ścia, ale rów­nież po to, żeby za­chwy­cać się rze­ko­mym pięk­nem dziecka. W tej miej­sco­wo­ści, jak w wielu in­nych, wszy­scy wty­kali nos w cu­dze sprawy, ko­biety dzie­liły się plot­kami przy stud­niach i w swo­ich kuch­niach, a męż­czyźni czy­nili to samo w ka­wiar­niach.

Ro­dzice Fi­lo­tei wy­zna­wali chrze­ści­jań­stwo, ale wów­czas by­li­śmy bar­dzo wy­mie­szani i je­śli po­mi­nąć sza­tań­skie ty­rady kilku na­rwań­ców, któ­rym raki ude­rzała do głowy, ży­li­śmy ra­zem w na­le­ży­tej har­mo­nii. Ni­kogo więc nie dzi­wiło, że naj­roz­ma­itsi lu­dzie pu­kali do drzwi tego domu i przy­no­sili drobne pre­zenty - kawę, ra­cha­tłu­kum, ziele an­giel­skie czy ty­toń - w na­dziei zo­ba­cze­nia dziecka, które sta­wało się le­gendą, za­nim jesz­cze przej­rzało na oczy.

Nie był to po­ród zbyt ła­twy, o czym wszy­scy wie­dzie­li­śmy za sprawą mat­czy­nych ję­ków, lecz mimo to w se­lam­l?ku usta­wiono już wspa­niałe łoże i matka, Po­lik­sena, uśmie­cha­jąc się, le­żała wsparta na po­dusz­kach i trzy­mała mały pa­lec w buzi no­wo­rodka, żeby go po­cie­szyć, gdy chwi­lowo za­bra­kło mat­czy­nej piersi.

Przy­stro­jony w naj­lep­sze ubra­nie wrę­czy­łem złotą mo­netę oraz her­batę aro­ma­ty­zo­waną skórką ber­ga­motki, którą wła­sno­ręcz­nie starła moja żona. Uważ­nie przyj­rza­łem się dziecku, wy­pi­łem szer­bet i wy­mie­ni­łem uprzej­mo­ści z Cha­ri­to­sem, oj­cem dziew­czynki, bar­dzo już zmę­czo­nym po tak okrop­nej, peł­nej obaw nocy.

- Niech Bóg bło­go­sławi mat­czyne mleko - po­wie­dzia­łem, za­sta­na­wia­jąc się nie pierw­szy raz, jak ko­bieta jest w sta­nie przejść ta­kie pie­kło, a po­tem się z tego cie­szyć.

- Mamy za­miar dać temu dziecku na imię Fi­lo­tea - oznaj­mił Cha­ri­tos.

- To zna­czy?

- To grec­kie imię - od­parł. - Ozna­cza chyba "Uko­chana przez Boga" lub coś ta­kiego. Tak czy ina­czej, to bar­dzo piękne imię i nadam je ma­łej na cześć mo­jej matki, która też je no­siła.

- Bę­dziesz mu­siał za­py­tać Le­oni­dasa Efen­diego, na­uczy­ciela, który tak chęt­nie mówi po grecku - za­su­ge­ro­wa­łem. - On ci po­wie, co to imię zna­czy.

- Nie, za­py­tam księ­dza. - Cha­ri­tos po­dob­nie jak ja nie chciał mieć nic do czy­nie­nia z przy­gar­bio­nymi mo­lami książ­ko­wymi, któ­rzy nie po­tra­fili na­wet ze­rwać jabłka z drzewa. Zwró­cił na mnie zmę­czone oczy i bar­dzo po­waż­nie za­py­tał: - Wy­świad­czysz mi przy­sługę, efendi? Weź­miesz szmatkę i przy­wią­żesz ją do so­sny?

- Chcesz, że­bym wy­po­wie­dział za cie­bie ży­cze­nie?

- Tak. To moje dziecko... - Ski­nął głową w kie­runku nie­mow­lę­cia. - Źle zro­bi­łeś, kiedy po­wie­dzia­łeś, że ta­kie ładne dziecko bę­dzie kło­po­tem. Mam na­dzieję, że sza­tan cię nie usły­szał i cze­goś so­bie nie uroił, choć prawdę mó­wiąc, sam mam złe prze­czu­cia. Uspo­kój mnie, pro­szę. Idź, przy­wiąż szmatkę do so­sny i życz mo­jemu dziecku ła­twego ży­cia.

- Oczy­wi­ście, że to zro­bię, efendi. Przy­wiążę dwie szmaty i wy­po­wiem to ży­cze­nie dwa razy. Naj­pierw jed­nak mu­szę tro­chę le­piej przyj­rzeć się dziecku.

Po­lik­sena od­su­nęła chu­stę, od­sła­nia­jąc ma­leńką Fi­lo­teę, a ja po­wie­dzia­łem:

- Rze­czy­wi­ście bar­dzo piękna.

Mu­szę jed­nak za­zna­czyć, że moim zda­niem sprawa urody nie­mow­ląt lub ich po­do­bień­stwa do oj­ców czy cio­tek to nie­zno­śny, cał­kiem nie­do­rzeczny wy­mysł. Wszyst­kie nie­mow­lęta wy­glą­dają tak samo i to też ni­czym się od in­nych nie róż­niło. Sam mia­łem dzieci i nie pa­mię­tam, kogo przy­po­mi­nały, gdy przy­szły na świat; wiem je­dy­nie, że wszyst­kie wy­glą­dały jak nie­mow­lęta i w ogóle nie przy­po­mi­nały ni­czego ani ni­kogo in­nego.

I wła­śnie w mo­men­cie gdy pró­bo­wa­łem być miły w kwe­stii urody tego nie­mow­lę­cia, które ni­czym nie róż­niło się od in­nych nie­mow­ląt, do domu wszedł imam.

Nasz imam był wów­czas w kwie­cie wieku. Miał czter­dzie­ści pięć lat, był bar­dzo żwawy i ener­giczny, z długą siwą i sta­ran­nie za­cze­saną brodą, a by­stre czarne oczy ptaka łą­czyły się u niego z gar­ba­tym no­sem Araba. Za­cho­wał więk­szość zę­bów i miał cien­kie wargi, z któ­rych dolna wy­sta­wała bar­dziej niż górna. Dwa razy od­był hadż, był więc ho­dżą w dwój­na­sób; uczył się w szkole w Stam­bule, gdzie zdo­był wie­dzę o tra­dy­cji sun­nic­kiej. Po­tra­fił wy­re­cy­to­wać cały Ko­ran i dla­tego był nie tylko ho­dżą, ale i ha­fi­zem. Po­nadto, jakby to wszystko nie wy­star­czyło, zo­stał wpro­wa­dzony do co naj­mniej czte­rech bractw su­fic­kich, ażeby zo­stać tym, który mógł po­wró­cić do Boga i się z Nim zjed­no­czyć. W su­mie był wielce uczo­nym czło­wie­kiem, który znał wię­cej arab­skich i per­skich słów niż wszy­scy Ara­bo­wie i Per­so­wie ra­zem wzięci. Cza­sem czło­wiek go­dził się z tym, że nie­wiele ro­zu­miał z jego wy­po­wie­dzi, cza­sem zaś imam po­tra­fił mó­wić przez pięć mi­nut, wy­peł­nia­jąc zda­nia sło­wami w ro­dzaju "nie­mniej", "acz­kol­wiek", "jed­na­ko­woż" oraz "z dru­giej strony", i nie wie­dzia­łeś, do czego zmie­rza, do­póki nie przy­pie­czę­to­wał swo­jej prze­mowy ostat­nim sło­wem. Ta­kie są za­lety wy­kształ­ce­nia.

Dla­czego imam po­sta­no­wił być za­le­d­wie ima­mem, gdy mógłby być ka­dim w są­dach bądź mułłą albo ali­mem, nikt z nas nie wie­dział. Po­dej­rze­wano, że być może przy­swoił idee, które nie od­po­wia­dały su­ro­wym star­com ze szkół, ale moim zda­niem po­sta­no­wił po pro­stu kie­ro­wać na­szymi mo­dli­twami, gdyż pra­gnął spę­dzać więk­szość dnia z rę­kami w ziemi. Był bo­wiem za­pa­lo­nym ho­dowcą wa­rzyw.

Na­zy­wał się Ab­dul­ha­mid i dwiema wiel­kimi ra­do­ściami jego ży­cia były żona i klacz, cho­ciaż trudno by­łoby po­wie­dzieć, którą z nich bar­dziej ce­nił. Je­śli cho­dzi o żonę, to lu­bił przy­ta­czać hi­sto­rię Na­sred­dina Ho­dży, któ­rego za­py­tano, kiedy na­stąpi ko­niec świata, a on od­parł: "Świat skoń­czy się dwa razy: raz, gdy umrze moja żona, i raz, gdy sam umrę". Nie mogę po­wie­dzieć, że zna­łem jego żonę, po­nie­waż po­cho­dziła z in­nej miej­sco­wo­ści. W tam­tych cza­sach zwy­czaj za­ka­zy­wał na­wet py­tać o zdro­wie żony in­nego męż­czy­zny oraz o zdro­wie jego krew­nia­czek i w re­zul­ta­cie czło­wiek nie wie­dział o nich nic, je­śli mu nie po­wie­dziano. Te­raz wszystko się zmie­niło i to nie za­wsze na lep­sze. Obec­nie, gdy żadna ko­bieta nie nosi czar­czafu na twa­rzy, mąż brzyd­kiej ko­biety nie może się chwa­lić jej urodą w ka­wiar­niach. Oczy­wi­ście chrze­ści­janki za­wsze miały od­kryte twa­rze, więc ich mę­żo­wie nie mieli oka­zji do prze­chwa­łek, a wiele chrze­ści­jań­skich dziew­cząt ni­gdy nie sta­nęło na ślub­nym ko­biercu.

Młoda klacz imama była jed­nak nie­zwy­kle pięk­nym stwo­rze­niem o sre­brzy­stej sier­ści, które Ab­dul­ha­mid na­zwał Ni­lu­fer i któ­remu nie szczę­dził wiel­kich po­świę­ceń. Dał jej mo­siężny na­pier­śnik, który stale po­le­ro­wał i na któ­rym wy­gra­we­ro­wano wer­sety Ko­ranu. Spla­tał jej grzywę w war­ko­cze, wią­żąc je zie­lo­nymi wstąż­kami z ma­leń­kimi mo­sięż­nymi dzwon­kami na koń­cach. Miał rów­nież wy­so­kie wspa­niałe sio­dło, ku­pione od ja­kichś jo­ruc­kich no­ma­dów, któ­rzy wę­dro­wali przez An­ty­tau­rus. Mył i cze­sał zwie­rzę, na­masz­czał won­no­ściami, żeby od­strę­czyć owady, i czę­sto wi­dziano, jak obej­mo­wał klacz za szyję, szep­cząc jej czułe słówka i głasz­cząc dło­nią po ak­sa­mit­nych chra­pach. W efek­cie klacz za­cho­wy­wała się ka­pry­śnie i wy­nio­śle ni­czym czer­kie­ska ko­chanka, za­wsze jed­nak serce ro­sło na wi­dok cwa­łu­ją­cego na jej grzbie­cie Ab­dul­ha­mida z bia­łym tur­ba­nem na fe­zie i fa­lu­jącą za nim w po­wie­trzu zie­loną pe­le­ryną. Imam był jeźdź­cem god­nym na­szych przod­ków, któ­rzy przy­byli ze Wschodu. Po­wia­dają, że męż­czy­zna naj­bar­dziej jest męż­czy­zną, gdy do­siada swo­jej żony lub swego ko­nia.

Jak już mó­wi­łem, imam po­ja­wił się na­gle u drzwi, zo­sta­wił buty tam, gdzie inni, i wkro­czył do po­koju jak zwy­kle ener­gicz­nie i po wiel­ko­pań­sku.

- Sa­lam alej­kum - po­wie­dział do nas wszyst­kich, a my bez na­my­słu od­po­wie­dzie­li­śmy chó­ral­nym:

- Alej­kum sa­lam.

Na­tu­ral­nie Ab­dul­ha­mid przy­szedł z ta­kiego sa­mego po­wodu jak reszta z nas, czyli żeby wrę­czyć dar i zo­ba­czyć to piękne dziecko. Po­chy­lił się i wziął nie­mowlę na ręce, przy­pa­tru­jąc się ry­som dziew­czynki, jakby coś z nich od­ga­dy­wał. W końcu wes­tchnął ra­do­śnie i wy­re­cy­to­wał pierw­sze wer­sety Ko­ranu, które roz­po­zna­łem, bo sam kie­dyś się ich uczy­łem mimo nie­zna­jo­mo­ści arab­skiego. Po­ło­żył Fi­lo­teę i po­chy­lił się, pod­niósł jej rączkę do ust i uca­ło­wał. Póź­niej jej matka zna­la­zła na pra­wej dłoni drobną szkar­łatną skazę, która w jej prze­ko­na­niu znaj­do­wała się w miej­scu, gdzie imam przy­tknął wargi. Na­wet chrze­ści­ja­nie uwa­żali, że imam jest święty. Z pew­no­ścią od­zna­czał się wy­ro­zu­mia­ło­ścią świę­tego: ni­gdy nie po­dej­mo­wał dzia­łań prze­ciwko tym wul­gar­nym i bez­myśl­nym chrze­ści­ja­nom, po­zba­wio­nym roz­sądku i ogłady, któ­rzy w ge­ście po­gardy rzu­cali w niego skór­kami z cy­tryny i cho­wali się, za­nim zdą­żył ich roz­po­znać. Mógłby spo­wo­do­wać, by ich po­wie­szono, ale ka­rał ich swoim lek­ce­wa­że­niem. W swo­jej mą­dro­ści uznał, że naj­gor­sza kara to być nie­god­nym uwagi.

- Ży­czę wam ra­do­ści z tego dziecka - rzekł, za­nim opu­ścił dom Cha­ri­tosa, po czym wy­szedł, do­siadł swo­jej sre­brzy­stej kla­czy i od­je­chał. Ja­skrawe wstążki trze­po­tały, a mo­siężne dzwo­neczki dźwię­czały we­soło.

- Cie­kawe, co ta­kiego zo­ba­czył - rzekł Cha­ri­tos i wzru­szył ra­mio­nami.

Po­my­śla­łem, że za­re­ago­wał tak samo jak ja, to zna­czy uznał, że wszyst­kie na­ro­dziny po­cią­gają za sobą śmierć.

W po­koju zro­biło się te­raz bar­dzo tłoczno. Lu­dzie wy­dmu­chi­wali gę­ste kłęby dymu z fa­jek wod­nych i ro­bili okropny ha­łas, żeby nie do­pu­ścić złych du­chów. Nie zno­si­łem zgiełku i dymu, więc krzyk­ną­łem go­spo­da­rzowi do ucha:

- Mam pracę, sporo gliny do wy­ro­bie­nia, le­piej już pójdę. Zro­bię wam w pre­zen­cie dzban na wodę. - I wtedy so­bie przy­po­mnia­łem. - Ale naj­pierw przy­wiążę do so­sny dwie szmatki.

Tym­cza­sem mia­steczko ożyło, a ja sze­dłem pod górę bru­ko­wa­nymi wą­skimi ulicz­kami, na któ­rych z tru­dem mie­ścił się osioł. To miej­sce po­wstało chyba, za­nim wy­na­le­ziono wozy. Kto wie, kiedy to było? W każ­dym ra­zie mu­sia­łem się prze­py­chać obok ko­biet nio­są­cych na gło­wie dzbany z wodą, obok psów śpią­cych bez­czel­nie po­śród tej wrzawy, obok do­mo­krąż­ców, han­dla­rzy, że­brzą­cych mni­chów oraz rze­mieśl­ni­ków, nad no­gami że­bra­ków, któ­rych je­dy­nym ży­cio­wym za­da­niem było opro­mie­niać du­sze tych z nas, któ­rzy utrzy­my­wali ich przy ży­ciu, da­jąc jał­mużnę utrwa­la­jącą ich bez­czyn­ność. Spusz­czali wzrok, gdy wy­cią­gali dło­nie, jako że le­piej dla nas wszyst­kich, gdy ta­kie dary są skła­dane ano­ni­mowo. Do­tar­łem do swo­jego warsz­tatu i wzią­łem jedną ze szma­tek, któ­rych uży­wa­łem do my­cia koła na za­koń­cze­nie każ­dego dnia pracy.

Pięć so­sen ro­sło w gru­pie w po­ło­wie zbo­cza pro­wa­dzą­cego na szczyt urwi­ska, bar­dzo bli­sko miej­sca, skąd wy­ko­py­wano wapno do wy­twa­rza­nia za­prawy. Te piękne drzewa o wspa­nia­łej ko­rze miały ga­łę­zie roz­cho­dzące się pro­mie­ni­ście, jakby pra­gnęły ocie­nić tych, któ­rzy znaj­do­wali się po­ni­żej. Lu­bię cza­sem wy­my­ślać przy­sło­wia i jedno, które przy­szło mi do głowy tam­tego dnia, gdy pa­trzy­łem na ga­łę­zie so­sen, brzmiało tak: "Czło­wiek, który szuka cie­nia so­sny, zo­sta­nie ob­srany przez go­łę­bie". Za­wsze bo­wiem sie­działo na nich kil­ka­na­ście tych ma­łych sza­rych pta­ków z czar­nym pier­ście­niem na szyi, bar­dzo ład­nych, ale i nie­szczę­dzą­cych swo­ich od­cho­dów. Wszyst­kiemu, co w ży­ciu do­bre, czę­sto to­wa­rzy­szy ja­kaś strata.

Dolne ga­łę­zie były ob­wie­szone szmat­kami, które przed­sta­wiały pra­gnie­nia ca­łego mia­steczka wy­ra­żane w ten spo­sób przez wiele lat, i trudno było zna­leźć miej­sce na przy­wią­za­nie no­wej. Cza­sami, gdy pra­gnie­nie się speł­niało, wy­ra­ża­jąca je osoba wra­cała i za­bie­rała swoją szmatkę, żeby móc jej użyć do ko­lej­nego ży­cze­nia. Moim zda­niem świad­czyło to o pew­nej ma­ło­ści du­cha, bo prze­cież nie­trudno jest zdo­być nową szmatkę.

W tam­tych cza­sach wciąż by­łem na tyle młody, by zwin­nie się wspi­nać, wdra­pa­łem się więc na sam szczyt naj­wyż­szej so­sny i przy­wią­za­łem szmatkę, żeby trze­po­tała ni­czym pro­po­rzec na statku. Słońce świe­ciło już mocno i ja­sno, wy­do­by­wa­jąc z kory drzewa woń ży­wicy. Moje dło­nie były po­kryte lepką po­pie­la­to­czarną błoną, która po­wstaje, gdy czło­wiek chwyta się ta­kiego drzewa pod­czas wspi­naczki. Zi­ry­to­wało mnie to, ale po­tem po­my­śla­łem, że ży­wica zej­dzie już nie­ba­wem, gdy za­siądę do pracy. Obu­dził się lekki wiatr, na­ci­sną­łem tur­ban nieco moc­niej na głowę. Wi­dzia­łem dzieci ba­wiące się w wo­dzie wo­kół zruj­no­wa­nej świą­tyni. Pew­nie drę­czyły żaby.

Zo­sta­łem tam przez pe­wien czas, wy­po­wia­da­jąc ży­cze­nia w imie­niu Fi­lo­tei i przy oka­zji za­chwy­ca­jąc się wi­do­kiem mia­steczka. Wi­dzieć ta­kie miej­sce z góry, zwłasz­cza je­śli są w nim piękny me­czet i ko­ściół, to przy­po­mnieć so­bie, że w na­bie­ra­niu dy­stansu do rze­czy jest coś cu­dow­nego. Wcze­snym wie­czo­rem cho­dzi­łem cza­sem na szczyt urwi­ska, gdzie koń­czy się ląd i za­czyna mo­rze, po­nie­waż wtedy złota ko­puła me­czetu iskrzyła się w szkar­łat­nym świe­tle, a dym ze wszyst­kich ku­chen­nych pa­le­nisk niósł ze sobą cu­downą woń pie­czo­nego mięsa.

W dro­dze na dół za­bra­łem cztery go­łę­bie jaja, po jed­nym dla każ­dego z mo­ich sy­nów, ma­jąc na­dzieję, że zo­stały świeżo zło­żone.

Tym, co z per­spek­tywy czasu za­ska­kuje mnie swą nie­zwy­kło­ścią, jest świa­do­mość, że na­ro­dziny Fi­lo­tei sta­no­wią je­dyny mo­ment w mo­jej pa­mięci, gdy przyj­ście na świat dziecka płci żeń­skiej wy­wo­łało tak po­tężne za­mie­sza­nie.

Roz­dział 1

Wstęp Iskan­dera Garn­ca­rza

Lu­dzie, któ­rzy po­zo­stali w tym miej­scu, czę­sto za­sta­na­wiali się, dla­czego Ibra­him osza­lał. Tylko ja to wiem, ale zo­bo­wią­za­łem się mil­czeć, gdyż bła­gał mnie, bym usza­no­wał jego smu­tek bądź, jak to ujął, uli­to­wał się nad jego po­czu­ciem winy. Te­raz, gdy po­stra­dał zmy­sły, a słońce już dawno osu­szyło ślady po desz­czu, który zmył krew na ska­łach, i nie zo­stał pra­wie nikt, kto pa­mięta śliczną Fi­lo­teę, wy­daje mi się, że nie do­pu­ścił­bym się zdrady, gdyby w końcu po­znano prawdę. Wo­kół nas prze­lano tyle krwi, że z per­spek­tywy czasu wszystko to wy­daje się nie­wia­ry­godne, i to, czy opo­wiem o ostat­nim nie­szczę­ściu, które spa­dło na Fi­lo­teę, do­bro­duszną, próżną i piękną chrze­ści­jankę, nie może mieć więk­szego zna­cze­nia.

Przy­cho­dzi w ży­ciu chwila, gdy każdy z nas oca­la­łych za­czyna się czuć ni­czym duch, który za­po­mniał umrzeć we wła­ści­wym mo­men­cie, a więk­szość miała z pew­no­ścią za młodu we­sel­sze uspo­so­bie­nie. Wy­daje się, że sta­rość za­myka serce. Nie­któ­rzy cho­dzą obo­jętni, ma­rząc o prze­szło­ści, a inni uświa­da­miają so­bie, że nie wy­ko­rzy­stali zdo­by­tych wpły­wów. Dla wielu z nas myśl o przy­szło­ści jest ra­czej źró­dłem roz­draż­nie­nia niż opty­mi­zmu, jak­by­śmy mieli do­syć no­wo­ści i pra­gnęli je­dy­nie dłu­giego snu, który ła­go­dzi na­pię­cia. Sam czuję to znu­że­nie.

W każ­dym ra­zie je­ste­śmy tu­taj po­waż­nymi ludźmi. Ży­cie było bar­dziej ra­do­sne, gdy wciąż miesz­kali wśród nas chrze­ści­ja­nie, zwłasz­cza że nie­mal każ­dego dnia roku czcili ja­kie­goś świę­tego. Wy­da­wało się, że ro­bota nie pa­liła im się w rę­kach, ale przy­naj­mniej ra­do­sny na­strój ich ha­ła­śli­wych za­baw udzie­lał się i nam. Na­sza re­li­gia spra­wia, że je­ste­śmy po­ważni i roz­tropni, pełni god­no­ści i me­lan­cho­lii, ich re­li­gia zaś nie wy­maga du­żej dys­cy­pliny. Być może ma to coś wspól­nego z wi­nem. Dla nich było ono rze­czą cenną i świętą, po­nie­waż my­śleli, że jest ni­czym krew Boga, pod­czas gdy dla nas czer­pana z niego przy­jem­ność za­wsze była za­truta, od­kąd pro­rok je­dy­nego Boga za­bro­nił je spo­ży­wać. Po­kój z nim, ale ża­łuję, że nie zde­cy­do­wał ina­czej. Pi­jemy, ale pi­jąc, po­gar­dzamy sobą. Cza­sem bie­sia­do­wa­li­śmy z na­szymi chrze­ści­ja­nami i za­ra­ża­li­śmy się ich swa­wolą, tak jak czło­wiek za­raża się ma­la­rią w chłod­nym wie­czor­nym po­wie­trzu, ale te­raz, kiedy je­ste­śmy zdani na sie­bie, z ka­mieni tej na wpół wy­lud­nio­nej miej­sco­wo­ści są­czy się smu­tek.

Ibra­him Sza­lony był za młodu jed­nym z naj­we­sel­szych lu­dzi w na­szym gro­nie. Mó­wiono, że od chwili na­ro­dzin w ką­ci­kach jego ust czaił się uśmiech, a od wcze­snego dzie­ciń­stwa był spe­cem od nie­sto­sow­nych wtrę­tów. Ści­ślej mó­wiąc, do­sko­na­lił re­per­tuar be­cze­nia, które do­kład­nie na­śla­do­wało dur­no­wate ko­men­ta­rze capa we wszyst­kich jego sta­nach świa­do­mo­ści; capa, który jest za­sko­czony, który szuka swo­jego koź­lę­cia, który pro­te­stuje, który jest za­kło­po­tany, który po­padł w ru­tynę. Naj­bar­dziej jed­nak Ibra­him lu­bił be­czeć jak cap, który nie ma nic do po­wie­dze­nia. To be­cze­nie było czy­stą kpiną z braku in­te­li­gen­cji, głup­ko­wa­to­ści, nie­do­rzecz­no­ści i nie­szko­dli­wo­ści. Je­śli chce­cie wie­dzieć, jak ono brzmiało, po pro­stu udaj­cie się za stare gro­bowce, tam gdzie znaj­duje się dół z wap­nem. Wła­śnie na po­bli­skich nie­użyt­kach Ibra­him Sza­lony wciąż pil­nuje kóz, cho­ciaż nie jest już zdrowy na umy­śle. Po­win­ni­ście się strzec jego wiel­kiego psa. To piękne zwie­rzę, które co wie­czór od­pro­wa­dza każdą kozę do jego wła­ści­ciela, a Ibra­him Sza­lony w ogóle nie musi ni­czego ro­bić. Psi­sko ma jed­nak ostre kły i od razu roz­po­znaje ob­cego po za­pa­chu. Je­śli nie uda się wam zna­leźć Ibra­hima, to na­słu­chuj­cie dźwię­ków ka­valu i idź­cie za nimi. Ibra­him gra na nim tak po­sęp­nie, że czło­wiek za­styga w bez­ru­chu i po­grąża się w ża­ło­bie. Ibra­him sam już nie be­czy, tylko słu­cha ko­złów, gdy te wę­drują od krzaka do krzaka, i szybko roz­po­zna­cie be­cze­nie capa, który nie ma nic do po­wie­dze­nia.

Ibra­him be­czał cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nie w trak­cie roz­mowy lub w pod­nio­słym mo­men­cie uro­czy­sto­ści i gdy był ma­łym chłop­cem, do­sta­wał za to od ojca la­nie. Pew­nego dnia prze­rwał na­wet ima­mowi, Ab­dul­ha­mi­dowi Ho­dży, który jak to miał w zwy­czaju, roz­wo­dził się bez końca o pra­wie, niech spo­czywa w raju. Działo się to pod pla­ta­nami, gdzie starcy sie­dzieli na maj­da­nie. Tak czy owak, Ibra­him za­kradł się za drzewo - miał wów­czas około ośmiu lat - i dość nie­spo­dzie­wa­nie za­be­czał, gdy wszy­scy inni spo­koj­nie i z sza­cun­kiem słu­chali Ab­dul­ha­mida. Zszo­ko­wany imam umilkł, a wtedy Ibra­him za­chi­cho­tał i uciekł. Męż­czyźni spoj­rzeli po so­bie, a oj­ciec chłopca ze­rwał się na równe nogi czer­wony ze zło­ści i wstydu. Ab­dul­ha­mid był jed­nak do­bro­dusz­nym czło­wie­kiem, który z na­tury miał w so­bie dość do­sto­jeń­stwa, by nie przej­mo­wać się wy­kro­cze­niami prze­ciwko swo­jej god­no­ści, i chwy­cił go za rę­kaw.

- Nie bij go - po­wie­dział. - Sam kie­dyś be­cza­łem, a te­raz ktoś inny po­wi­nien mieć szansę prze­mó­wić.

Ojca Ibra­hima na­zy­wano Alim Krzy­wo­no­sym.

Męż­czyzn za­sko­czyło, że imam oka­zał wy­ro­zu­mia­łość dla tak ra­żą­cego braku sza­cunku, ale do­szli do wnio­sku, że uznał lek­ce­wa­żące za­cho­wa­nie chłopca za do­pust boży, więc od tam­tej pory psoty Ibra­hima przyj­mo­wano jak co­dzienny, choć nieco uciąż­liwy ele­ment ży­cia. W tam­tych cza­sach Ibra­him przy­jaź­nił się z moim sy­nem Ka­ra­ta­vu­kiem i mogę za­świad­czyć, że w ogóle nie był sza­lony, zo­stał tylko stwo­rzony przez Boga na we­sołka. Wła­śnie so­bie uświa­do­mi­łem, że je­śli chce­cie zo­ba­czyć go ta­kim, jaki jest te­raz, nie mu­si­cie cho­dzić aż do gro­bow­ców. Po pro­stu za­cze­kaj­cie, aż wróci z ko­zami, a wielki pies przy­pro­wa­dzi je na noc do domu. Ibra­him Sza­lony zna imię każ­dej kozy, ale poza tym ma dość pu­sto w gło­wie.

Po­wia­dają, że dla sza­leńca każdy dzień jest świę­tem, ale mówi się rów­nież, że sza­leń­stwo ma sie­dem­dzie­siąt bram. To prawda, że wielu sza­leń­ców jest szczę­śli­wych, jak można są­dzić po głup­cach, któ­rzy prze­sia­dują na mu­rach, szcze­rzą zęby i si­kają ze śmie­chu. Ale brama, którą po­ko­ny­wał Ibra­him, była bramą nie­zrów­na­nego smutku, a jego umysł za­snuwa żal. My­ślę, że w tam­tych cza­sach wielu z nas osza­lało z nie­na­wi­ści zro­dzo­nej przez wojnę z Gre­kami, i z całą szcze­ro­ścią włą­czam sie­bie do tego grona, lecz Ibra­him był je­dy­nym wśród nas, któ­rego umysł oka­le­czyła mi­łość.

Ibra­him wi­nił sie­bie i gdy­bym był jed­nym z jej braci lub krew­nych, wró­cił­bym z wy­gna­nia i go za­bił. Oso­bliwe jest jed­nak to, że Fi­lo­tei w ogóle nic by się nie stało, gdyby w wiel­kim świe­cie nie do­szło do in­nych wy­da­rzeń. Moim zda­niem wina ob­ciąża więc szer­szy krąg lu­dzi, nie tylko Ibra­hima, ale i nas wszyst­kich, któ­rzy miesz­ka­li­śmy w tym miej­scu, a także tych w in­nych stro­nach, któ­rzy byli am­bitni i żądni krwi.

W tam­tych cza­sach usły­sze­li­śmy o roz­ma­itych kra­jach, które ni­gdy wcze­śniej nie po­ja­wiły się w na­szym ży­ciu. Była to przy­śpie­szona edu­ka­cja i wielu z nas wciąż jest sko­ło­wa­nych. Wie­dzie­li­śmy, że na­szych chrze­ści­jan na­zy­wano cza­sem Gre­kami, cho­ciaż my czę­sto wy­zy­wa­li­śmy ich od psów i nie­wier­nych, tak dla for­mal­no­ści lub z uśmie­chem, po­dob­nie jak oni z uśmie­chem lek­ce­wa­żąco wy­ra­żali się o nas. My okre­śla­li­śmy sie­bie mia­nem Oto­ma­nów bądź Osma­nów, oni zaś na­zy­wali nas Tur­kami, żeby nas ob­ra­zić. Póź­niej oka­zało się, że rze­czy­wi­ście je­ste­śmy Tur­kami, i sta­li­śmy się z tego dumni, jak czło­wiek czuje się dumny z no­wych bu­tów, które z po­czątku są nie­wy­godne, ale po­tem do­pa­so­wują się do stóp i wy­glą­dają nie­zmier­nie ele­gancko. Tak czy ina­czej, pew­nego dnia od­kry­li­śmy, że rze­czy­wi­ście ist­nieje kraj zwany Gre­cją, który chce mieć to miej­sce na wła­sność, a nas się po­zbyć i za­brać na­szą zie­mię. Za sprawą in­nych wo­jen wie­dzie­li­śmy już o Ro­sja­nach, ale kim byli Włosi? Kim byli ja­cyś Fran­ko­wie? Na­gle usły­sze­li­śmy o lu­dziach zwa­nych Niem­cami i Fran­cu­zami oraz o kraju zwa­nym Wielką Bry­ta­nią, który, o czym nie mie­li­śmy po­ję­cia, rzą­dził po­łową świata. Ni­gdy jed­nak nam nie wy­tłu­ma­czono, dla­czego wszy­scy oni po­sta­no­wili przy­być i przy­nieść nam biedę, głód, roz­lew krwi i la­ment, dla­czego ba­wili się nami i za­mor­do­wali nasz spo­kój.

Ob­wi­niam tych Fran­ków, ob­wi­niam ma­gna­tów i pa­szów, któ­rych imion praw­do­po­dob­nie ni­gdy nie po­znam, i ob­wi­niam sługi boże obu wy­znań oraz wszyst­kich tych, któ­rzy po­zwo­lili swoim żoł­nie­rzom za­cho­wy­wać się jak be­stie i wmó­wili im, że to ko­nieczne i szla­chetne. Przez to, co przy­pad­kiem zro­bi­łem swo­jemu sy­nowi Ka­ra­ta­vu­kowi, na swój drobny spo­sób sam by­łem jedną z tych be­stii i te­raz palę się ze wstydu. Przez dłu­gie lata tych wo­jen było tu­taj zbyt wielu, któ­rzy na­uczyli się wznie­cać nie­na­wiść w swo­ich ser­cach, zdra­dzać są­sia­dów, gwał­cić ko­biety, kraść i wy­rzu­cać z domu, wzy­wać Boga, wy­ko­nu­jąc dzieło sza­tana, do­pro­wa­dzać się do wście­kło­ści i zgorzk­nie­nia oraz do­pusz­czać się okru­cień­stwa na­wet wo­bec dzieci. Znaczna część tych po­stęp­ków była po pro­stu ze­mstą za do­znane, rów­nie po­tworne krzywdy. Ale po­wiem wam te­raz, że na­wet gdyby po­czu­cie winy było so­bo­lim fu­trem, a zie­mię po­kry­wała gruba war­stwa śniegu, wo­lał­bym za­mar­z­nąć, niż je wło­żyć.

Nie wi­nię jed­nak tylko sie­bie ani moż­nych tego świata, ani mo­ich ana­to­lij­skich ziom­ków czy okrut­nych Gre­ków. Winą obar­czam rów­nież fa­talne zrzą­dze­nie losu. Prze­zna­cze­nie pie­ści się z nie­licz­nymi, ale na­przy­krza się wielu i w końcu wszyst­kie owce za­wi­sną na rzeź­ni­czych ha­kach, tak samo jak wszyst­kie ziarna psze­nicy tra­fią do młyna bez względu na to, gdzie wy­ro­sły.

To za­iste dziwne, że gdy­by­ście za­pra­gnęli, bym opo­wie­dział wam, jak pewna młoda chrze­ści­janka zgi­nęła przy­pad­kiem w tym nie­po­zor­nym miej­scu, mu­si­cie wy­słu­chać i opo­wie­ści o lu­dziach wiel­kich, ta­kich jak Mu­stafa Ke­mal, i o lu­dzi­kach ta­kich jak ja, mu­si­cie też usły­szeć o re­wol­tach i woj­nach. Wy­daje się, że los jest z na­tury prze­wrotny, tak jak z na­tury prze­wrotni je­ste­śmy my.

Za­sta­na­wiam się cza­sem, czy są chwile, gdy Bóg śpi lub od­wraca wzrok, lub czy ist­nieje bo­ska prze­wrot­ność. Kto wie, dla­czego pew­nego dnia to­nie czło­wiek, bo w dnie rzeki, którą lu­dzie przez stu­le­cia bez­piecz­nie prze­cho­dzili w bród, po­wstała głę­boka jama, choć przed­tem żad­nych jam nie było?

Po­zwól­cie mi wy­znać sa­mo­lub­nie, że tym, co we mnie tkwi, gdy odłożę na bok wspo­mnie­nie okru­cieństw i ich bez­sensu, jest ból na myśl, że oka­le­czy­łem swo­jego ulu­bio­nego syna Ka­ra­ta­vuka. Za­wsze bę­dzie mnie bo­lało, że zra­ni­łem go przez nie­roz­wagę, i to po tym, jak zdo­łał prze­trwać bez szwanku osiem lat wojny! Zdu­mie­wa­jące, że nie po­pa­dłem w obłęd jak Ibra­him. Stale my­ślę o swoim synu, pra­wym, ogrom­nie lo­jal­nym i ob­da­rzo­nym fan­ta­stycz­nym po­czu­ciem hu­moru, dumny je­stem rów­nież, że zna­lazł godny spo­sób za­ra­bia­nia na chleb, skoro już nie może pójść w moje ślady jako garn­carz.

Jest tu­taj wielu, któ­rzy twier­dzą, że le­piej nam bez miesz­ka­ją­cych tu kie­dyś chrze­ści­jan, ale je­śli cho­dzi o mnie, to bra­kuje mi daw­nego ży­cia mo­jego mia­steczka i brak mi wy­znaw­ców Chry­stusa. Bez nich na­sze ży­cie jest uboż­sze, nie pa­mię­tamy już, jak na­leży pa­trzeć na in­nych i po­strze­gać sie­bie. Po­nie­waż za­brali ze sobą ikonę Ma­ryi Matki Je­zusa, nie­któ­rzy uwa­żają, że te­raz szczę­ście mniej nam sprzyja niż daw­niej.

Je­stem garn­ca­rzem, ale słynę rów­nież jako twórca przy­słów. Za­uwa­ży­łem, że gdy byli tu jesz­cze chrze­ści­ja­nie, wy­my­śla­łem żar­to­bliwe po­rze­ka­dła, ale te­raz przy­cho­dzą mi do głowy tylko po­ważne.

Od tych burz­li­wych cza­sów świat prze­ko­ny­wał się wciąż od nowa, że dzieci krwa­wią od ran swo­ich przod­ków. Nie wiem, czy kto­kol­wiek uzy­ska kie­dyś prze­ba­cze­nie ani czy wy­rzą­dzone krzywdy zo­staną kie­dy­kol­wiek na­pra­wione. Ale dość o tym. Za­czyna się opo­wieść, a ten, kto sam ude­rza się w twarz, nie po­wi­nien krzy­czeć.