Pszczoły nie myją nóg - Ewa Nowak

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Copyright ? by Ewa Nowak

Copyright ? by Virtualo, 2023

Korekta, skład i łamanie: panbook.pl

Projekt okładki: Małgorzata Drabina / Yellow Room

Wydanie I

Warszawa 2023

ISBN 9788327279033

Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Virtualo Sp. z o.o.

ul. Marszałkowska 104/122

00-017 Warszawa

www.virtualo.pl

Chcesz wydać książkę lub audiobook? Wejdź na virtualo.eu?lub napisz do nas na adres: redakcja@virtualo.pl.

Zobacz nas na

Charakter jest przeznaczeniem człowieka.

Heraklit

Spis treści

Część pierwsza

Kogut domowy

Farby

Marynowane korniszony

Gierka

Pieprzyki

Flaczek

Rumianek

Dział windykacji

Piąte piętro

Joasia

Sztafeta zachęcania do prokreacji

Część pierwsza

Kogut domowy

Farby

Nie ma lepszego momentu na zwątpienie w sens swojego małżeństwa niż wybieranie farb w Leruła Merlę. Za każdym razem, kiedy mieliśmy wybrać kolor, zastanawiałem się, czy głównymi udziałowcami tego marketu nie są terapeuci rodzinni.

Marta i Gierka stały z zadartymi głowami i oczami utkwionymi w próbkach kolorów, ustalając, który z nich będzie jedynym słusznym do pokoju naszej przyszłej córki. Gdybym był tylko z Martą, może bym coś pisnął na temat nóg wrastających mi wiadomo gdzie, jednak była z nami szwagierka, a dwie ciężarne to nie jedna. Poza tym ostatnio głupio podpadłem Marcie, więc nie chciałem dokładać sobie do kartoteki. A tak by się stało, gdybym zgłosił, że za chwilę zemdleję z głodu i odwodnienia.

Trudno. Jako facet musiałem być twardy i odporny. Stałem koło nich i łowiłem pełne współczucia i podziwu spojrzenia innych mężczyzn. "Człowieku, nie wystarczy ci jedna?" - niemal słyszałem ich myśli.

Dziewczyny wciąż deliberowały, który kolor wybrać. Śmietanka malinowa, sorbet arbuzowy czy buraczana melba?

Marynowane korniszony

Kiedy wiadomo już było, że Marta jest w ciąży i że to dziewczynka, poszliśmy do ojca, żeby się pochwalić.

- Córka? Trudno. Następnym razem bardziej się postarajcie. - Uśmiechnął się do nas żółtymi zębami palacza.

Marta wypuściła z płuc tyle powietrza, że w pokoju aż zapachniało wściekłością.

- Żartowałem - dodał ojciec po swojemu, a potem się zdziwił, że zbieramy się do wyjścia. - Co się z wami dzieje? To nie można już sobie pożartować?

Marta wyszła z zaciśniętymi ustami. Otworzyła je dopiero w samochodzie.

- Nie życzę sobie takich tekstów, rozumiesz?! Nie mam ochoty tego słuchać. Jeszcze raz tak się zachowa i niech sobie wybije z głowy, że kiedykolwiek zobaczy nasze dziecko. Może sobie tylko pomarzyć!

Nie należę do ludzi, którzy lubią prowadzić, kiedy ktoś wrzeszczy im nad uchem. Poza tym jak niby miałem wpłynąć na ojca? On nigdy nikogo nie słuchał. Nawet mama nie miała na niego żadnego wpływu, a co dopiero mówić o mnie. Pawłowi lub Maksowi w życiu by tak nie powiedział, ale ja to co innego. Paweł był odpowiedzialny, Maks uroczy, a ze mnie się wyśmiewał. Kiedy byłem mały, chciałem być duży, żeby nie musieć słuchać ojca. Teraz żałuję tych marzeń, no bo do czego się tak śpieszyłem? Nie dość, że wcale nie przestał mi dokuczać, to jeszcze dostawało mi się za niego.

Mama zmarła, kiedy byłem po pierwszym roku studiów, Marta poznała więc tylko ojca - w wersji wesoły wdowiec. Bo on tak miał - im było gorzej, tym w lepszym był humorze. Dobrze brzmi, ale najbliższych skrajnie to irytowało.

Od śmierci mamy ojciec zdążył zamienić mieszkanie w wysypisko śmieci skrzyżowane z kompostownikiem. Początkowo mnie to denerwowało, ale szybko polubiłem wizyty u niego, bo kiedy wracałem do naszego odrapanego mieszkanka na Kępnej, wydawało mi się ono sterylnie czyste.

Po akcji z seksistowskim komentarzem na temat naszego dziecka pojechałem do niego, żeby mu wygarnąć, co sądzę o jego zachowaniu.

Odkąd pamiętam, ojciec palił. Kiedy mama żyła, smrodził głównie na balkonie, a potem to gdzie chciał. Myślę, że pod prysznicem też palił, bo kto miał mu zabronić?

- Tato...

Ojciec miał tylko jedną popielniczkę - okrągłą, niską, wydrążoną w drewnie, chyba w lipie. Dostał ją od mamy na pierwszą rocznicę ślubu. To były czasy, w których żony dawały mężom popielniczki w prezencie. Ojciec nosił tę popielniczkę wszędzie, to znaczy po całym domu.

Zaciągnął się. Widziałem, jak gęsty dym wciska mi się w koszulę, dżinsy i włosy. "Jak my będziemy odwiedzać go z dzieckiem, to nie wiem" - pomyślałem.

Moje pretensje tylko go rozśmieszyły.

- Ale drażliwa ta twoja niunia, taka sama jak ty. Dwa marynowane korniszony z was. Wiadomo, że pierwszy powinien być syn, ale ty jesteś kapeć... Co, znowu się obrażasz? Żartowałem tylko.

Gierka

Kiedy zacząłem chodzić z Martą, poznałem jej siostrę Bognę. Nie umiałem zapamiętać słowa "szwagierka", więc wciąż pytałem Marty: "Twoja siostra kim dla mnie jest?". Marta i Bogna musiały obgadywać mnie za plecami, bo któregoś razu Bogna zamiast "cześć" powiedziała mi: "Jestem szwagierka. Szwa-gierka". Uraziło mnie jej szyderstwo, zacząłem więc nazywać ją "Gierka". Przyjęło się. Od dawna nie słyszałem, żeby ktoś z rodziny użył jej imienia. Nawet jej mąż mówił o niej Gierka.

Bogna też była w ciąży, tylko większej czy starszej niż Marta - nie wiem, jak to się mówi. Duży pokój w ich mieszkaniu malowany był właśnie przez Grześka.

- Adam mówi, że podoba mu się truskawka. Tylko pamiętaj, że on nie odróżnia pomarańczowego od czerwonego.

- Truskawka? - powiedziała z obrzydzeniem Gierka.

W końcu zdecydowały, że bierzemy egzotyczny koral. Po co w ogóle mnie pytała, skoro i tak podejmują decyzje beze mnie? Jak referendum za komuny - z góry wiadomo, jaki ma być wynik.

Chyba było po mnie widać, co myślę, bo Marta na mnie wsiadła.

- Przestań robić miny. Wózek przecież ty wybrałeś.

Tak, wózek ja wybrałem, bo mnie zapytała: "To co, bierzemy ten?". Kiwnąłem głową, bo po trzech miesiącach wybierania na widok strony sklepu z wózkami pociłem się.

Nic nie powiedziałem i grzecznie przestałem robić miny. Była przecież w ciąży. Za osiem tygodni miała się urodzić nasza córka Joanna. Stoczyłem wielotygodniową subtelną wojnę podjazdową w sprawie imienia. Marta chciała nazwać córkę Lena, tymczasem z mojej strony każde imię wchodziło w grę, tylko nie to. Miałem swoje tajne powody, o których Marta nie musiała wiedzieć. "Jesteśmy normalną parą, ona też mi nie mówi wszystkiego" - myślałem.

Pieprzyki

Mieszkaliśmy w Warszawie przy Kępnej na Starej Pradze w mieszkaniu po dziadkach Marty. Trzecie piętro bez windy, bez widoku i bez balkonu, ale nie wiem, co by z nami było, gdyby Marta tego mieszkania nie odziedziczyła. Wysokość mieszkania trzy metry, więc to trzecie piętro jest jak piąte w bloku, w którym ja się wychowałem.

Stara Praga to klimatyczne miejsce - wszyscy tak mówią, a zwłaszcza ci, który nie mieszkają tam na stałe. Elewacja pamięta sowieckie czołgi na ulicach, a klatka schodowa niejedną dewastację lamperii. Nasze mieszkanie jako tako doprowadziliśmy do normy, chociaż i tak chciałem kiedyś zamieszkać w nowoczesnym, jasnym, modernistycznym lokalu z dwoma tarasami. Wtedy jednak cieszyłem się, że nie musimy wynajmować.

Dziewczyny i ich brzuchy z trudem wdrapały się na to nasze trzecie piętro. Wniosłem zakupy. Bardzo chciałem być w porządku, więc nawet się nie zająknąłem na temat głodu i pragnienia. Zresztą czy liczyło się to, że po całym dniu roboty padam na pysk? Nie byłem w ciąży, więc moje potrzeby mogły poczekać. Rozpakowałem zakupy i z nonszalancją, żeby Gierka myślała, że robię to każdego dnia, upchnąłem w sraczkowatych szafkach, których nie lubiłem, bo były z poprzedniej epoki i wciąż pachniały tanim klejem. Zostawiliśmy je z tego samego powodu, co parapety - bo nie mieliśmy już kasy na nowe.

Odgrzałem lazanię i otworzyłem wino. Po chwili je jednak zamknąłem, bo gdyby coś się zadziało, nie mogłem być przecież po alkoholu. Potem okazało się, że Grzesiek, mąż szwagierki, jeszcze nie skończył malować, więc Gierka zostaje u nas na noc, bo nie może spać w smrodzie farb. A już miałem nadzieję na wieczorny święty spokój. Trudno, w końcu ożeniłem się z własnej woli.

Pod dyktando Marty pościeliłem Gierce łóżko w naszym byłym siłownio-sypialnio-gabinecie i poszedłem się umyć. Udałem, że nie widzę wiadomości od szefa ("zajrzyj na skrzynkę"), bo przecież mogłem być zajęty, prawda?

Wślizgnąłem się na moją część łóżka i czekałem na Martę. Zakup małżeńskiego łoża do sypialni wciąż był przed nami, a zresztą stanął pod znakiem zapytania, bo mieszkanie było przecież dwupokojowe, a za chwilę miało nam się urodzić dziecko.

W czystej pościeli myślałem o mamie. Już nie tęskniłem za nią tak jak kiedyś, ale czasem mi się przypominała. Kiedy pościel pachniała bezpiecznym domem, nie przeszkadzało mi nawet to, że mogłem spać wyłącznie na boku, bo na plecach bym się koło Marty nie zmieścił.

Gierka poszła do łazienki, a Marta wgramoliła się do łóżka.

Mieszkaliśmy w mieście, więc w mieszkaniu nigdy nie było zupełnie ciemno. Kilka sekund po zgaszeniu światła odróżniałem rysy jej pulchnej, rumianej twarzy.

Ładnie pachniała. Przysunąłem się do niej i wolniutko, jakbym się wstydził albo robił to pierwszy raz, pocałowałem ją w policzek, nos i brodę.

Marta udawała skrępowaną, niby unikała moich ust. Może dla innych to dziwne, ale my lubiliśmy takie zabawy w łóżku.

- Pani dyrektorko, muszę pani coś powiedzieć.

- Co takiego musi mi pan powiedzieć? - odpowiedziała tonem, który pasuje do roli lubieżnej przełożonej.

- Jeszcze nigdy tego nie robiłem...

- Tak? To świetnie się składa.

Marta nagle wyszła z roli. Pokręciła pierścionkiem zaręczynowym, usiłując ściągnąć go z napuchniętego palca.

- Ale pani dyrektor, gdzie mnie pani dotyka? Ja się krępuję. Mama mnie ostrzegała, że z tego mogą być dzieci, a pani jest żonata.

- Bez przesady. Pobawimy się troszkę... o matko! - jęknęła, bo wyszarpanie spod niej koszuli zabrało nam chwilę.

W końcu koszula była podwinięta aż do szyi i miałem gołą Martę do dyspozycji. Położyłem rękę na jej wystającym pępku, a potem wolno poszukałem naszego miejsca.

- Dobranoc! - krzyknęła przez drzwi Gierka.

- To jakaś pana koleżanka? Może zaprosimy ją do nas? - wyszeptała zbereźna przełożona.

- Pani dyrektor, to moja szwagierka. Jest w ciąży... - szepnąłem ledwo słyszalnie.

Marta i Gierka to były zżyte siostry, ale o naszych zabawach Marta jej chyba nie mówiła.

Kichnąłem, szwagierka krzyknęła "na zdrowie". Marcie zachciało się pić i zrobiło jej się duszno.

- Nie obrazisz się, jak pójdziemy spać? Oczy mi się kleją.

Oczywiście, że się nie obraziłem. Jestem równym facetem i nie obrażam się na żonę, że nie chce się ze mną kochać.

- A mogę cię trochę popieprzyć? - zapytałem.

- Jasne.

Na plecach, tuż nad linią pośladków, Marta miała sześć sporych pieprzyków. Trzy z jednej strony kręgosłupa, trzy z drugiej. Niemal identyczny wzorek miała w lewej pachwinie. Od jakiegoś czasu to były dwa moje ulubione miejsca. Mogłem się nimi bawić bez końca. Ostatnio nie trwało to długo, bo Marta szybko mruczała, że mnie kocha, i zasypiała. Wtulałem twarz w jej włosy i też zasypiałem, zastanawiając się, czy dziecko będzie miało takie pieprzyki.

Flaczek

- Adam, coś się dzieje! Adam!

Kiedy się budzę, zwłaszcza w wyniku szarpaniny o trzeciej nad ranem, potrzebuję kilku sekund, żeby sobie przypomnieć, kim jestem, gdzie jestem, ile mam lat i w ogóle w jakiej jestem rzeczywistości.

- Wstawaj! Gierka zaczęła rodzić.

Zerwałem się w mikrosekundę. Numer do szpitala, torba do szpitala, ubrać się, nie zapomnieć kluczyków, zamknąć za sobą drzwi - to wszystko miałem opracowane w związku z Martą. Gierki nie było na mojej liście kobiet, którymi się opiekuję, kiedy zaczynają rodzić.

- Nie dam rady. - Gierka ukucnęła na podłodze w łazience i podparła się rękami.

- Dasz, dasz. Wstawaj.

Marta chwyciła ją wpół i usiłowała podnieść. Musiałem jej przypomnieć, że nie wolno jej już niczego, to znaczy nikogo dźwigać.

Gierka nie reagowała na błagania Marty, żeby się wzięła w garść i zeszła ze mną do samochodu. Kręciła głową i mruczała coś, jakby nie oglądała żadnej komedii romantycznej i sceny z szaleńczą jazdą do szpitala położniczego.

- Zadzwoń na pogotowie! I do Grześka! Niech tu przyjeżdża! - Gierka nie była tak całkiem nieprzytomna.

Marta gdzieś poszła. Po chwili wróciła z latarką i sokiem pomidorowym. Postawiła to na pralce - chyba tylko po to, żeby spadło. Ja w komórce Gierki usiłowałem znaleźć kontakt do Grześka. Szukaliście kogoś w cudzej komórce? To życzę powodzenia. Miała zapisanych czterech Grześków, przy jednym był dopisek: "fiut z banku". Zadzwoniłem do innego. Nie odebrał. Co za fiut. Żona rodzi, a on nie odbiera.

- Może zasłabł od tego zapachu. - Marta każdego umie podtrzymać na duchu.

- Pokaż. - Gierka sięgnęła po komórkę. - Gdzie ty szukasz?

Jej mąż był zapisany jako Flaczek. Ze względu na stresujące okoliczności udałem, że nie zwróciłem na to uwagi, ale głęboko sobie zakodowałem, że muszę sprawdzić, jak mnie Marta zapisała w komórce.

- Wszystko jest dobrze. Spokojnie - bredziłem do Gierki, hipnotyzując wzrokiem domofon, żeby wreszcie przyjechało pogotowie.

- Jest już pogotowie? - pytała, patrząc na mnie oczami wielkości świateł mijania w samochodzie.

Nikt bardziej ode mnie nie chciał tego wiedzieć, bo nawet taki śledź jak ja umiał zauważyć, że akcja nabiera tempa. Gierka kazała mi pomóc zdjąć z siebie spodnie i majtki. Starałem się ani razu nie spojrzeć na centralny punkt akcji, ale nie mogłem.

- Ja muszę się położyć, niedobrze mi - wymamrotała Marta.

Odholowałem ją na sofę i biegiem wróciłem do Gierki.

Ukucnęła. Główkę dziecka widać było dwadzieścia centymetrów nad dywanikiem.

Najbardziej się bałem, że upadając z tej wysokości, dziecko połamie się albo pęknie mu czaszka i będzie na mnie. Skupiłem się więc na tym, żeby je złapać w locie na jakąś siatkę czy szmatę. Chwyciłem pierwsze, co mi się nawinęło pod rękę, czyli moją koszulę.

Wcześniej się nad tym nie zastanawiałem, ale widok syna Gierki uświadomił mi, jak wielką cenę płaci człowiek za poruszanie się w pozycji pionowej. Ludzki noworodek jest stanowczo za krótko w brzuchu matki. Powinien się rodzić, kiedy ma trzy-cztery lata i jak nosorożec czy hipopotam po prostu wstać, iść do kuchni i zjeść kanapkę.

Wiotkie, śliskie i zaskakujące coś prężyło się i wyginało, jakby specjalnie chciało mi upaść, ale nie pozwoliłem na to.

W wiklinowym koszyku trzymamy tępe nożyczki. Polałem je Fahrenheitem i chciałem przeciąć pępowinę, ale za diabła mi się nie udawało.

Rumianek

Nie zdążyłem się nacieszyć odpępnionym synem Gierki, bo przyszła Marta i zaczęła płakać ze wzruszenia. Zaraz potem pojawił się Grzesiek. Był w górze od piżamy, w dżinsach z niezapiętym rozporkiem i kremem pod oczami. Nie miałem pojęcia, że tak dba o siebie. Zdążył przerazić się na widok tego, co zobaczył, zalać się falą szczęścia, usiąść przy Bognie i wziąć ode mnie swojego syna.

Zazdrościłem mu. Miał to już z głowy.

Kiedy dwaj sanitariusze weszli do domu, Bogna, jej łożysko oraz Grzesiek z synem zawiniętym w moją koszulę wrośli już w krajobraz naszej łazienki.

- Świetnie się pan spisał. - Sanitariusz klepnął Grześka w ramię.

Grzesiek popatrzył na mnie. Jego lewe oko było pełne wdzięczności i męskiej solidarności, prawe zaś nienawiści i męskiej rywalizacji.

Wyszli.

Ogarnąłem łazienkę, a potem zrobiłem rumianek w naszych zaręczynowych kubkach, na które kasę wziąłem z pieniędzy odłożonych na tytanową ramę do roweru. Byłem jakiś uskrzydlony i dowartościowany. Świetnie się spisałem, nawet mój ojciec musiałby to przyznać.

- Dlaczego kłamałeś, że boisz się krwi?

Podobnie jak mój ojciec i bracia boję się krwi, zastrzyków, a nawet plastra z opatrunkiem. Do lekarza nie chodzę, zaś stan przedzawałowy uzyskuję na sam widok urządzenia do pomiaru ciśnienia. Marta to akceptowała. Wspólnie zdecydowaliśmy, że nie będę przy porodzie, bo bym tylko narobił jej wstydu i tylko by się o mnie denerwowała. Ramię w ramię tłumaczyliśmy to jej rodzicom, mojemu ojcu, jej siostrze, moim braciom i dziesiątkom znajomych.

Marta nie wypiła rumianku. Zaczęła się przymierzać do wstania. Odtrąciła moje pomocne ręce, więc to wstawanie zajęło jej dobrą chwilę. Poszła spać, nie mówiąc mi nawet "dobranoc". Okłamałem ją, bo najwyraźniej nie chciałem być przy porodzie naszego dziecka, podczas gdy porody cudzych dzieci odbieram z łatwością - tak to widziała.

Dział windykacji

To miała być taka praca na chwilę. Złapałem ją zaraz po studiach, żeby było na życie i żebym mógł na spokojnie poszukać innej, na miarę moich ambicji.

W tej pracy liczyły się dwie rzeczy: wielkość bazy adresowej i dobry tekst. Rządziło prawo wielkich liczb - im więcej osób otrzyma wiadomość, tym więcej na nią zareaguje. Jeśli wyślesz wiadomość do dwudziestu osób, to zareagować może zero, ale jeśli wyślesz do dwóch milionów, to nie ma takiej fizyki, żeby ze dwadzieścia tysięcy nie odpisało. Dlatego dział, który zajmował się kradzieżą, kopiowaniem, odkupowaniem i hakowaniem baz adresowych, nosił u nas nazwę: dział pierwszy - pozyskiwania.

Dział drugi to dział kreacji. Tu wymyślało się akcje mające na celu zgarnięcie kasy. W tym dziale pracowali młodzi, zdolni i dynamiczni. Wymyślali, jaki absurd można ludziom napisać, żeby się na tyle wściekli lub na tyle wykazali bezmyślnością, by zareagować na wiadomość. Na przykład prognoza pogody na każdy dzień. Jeśli nie chcesz jej otrzymywać, wpisz "TAK". Koszt wiadomości: 4,92 zł. Dziś ludzie mają dość reklamowego spamu. Nie chcą niczego "otrzymywać", więc odsyłają "TAK", płacąc nam 4,92 zł. Nie musieli odbierać badziewnej, wymyślanej na kolanie prognozy pogody, a my dostawaliśmy kasę z esemesów. Wszyscy byli szczęśliwi, a ja miałem z czego zapłacić czynsz.

W dziale kreacji pracowało się dwa, góra trzy lata, bo w tej pracy człowiek się szybko wypalał. Ciągłe wymyślanie, jak w nowatorski sposób nabić ludzi w butelkę, nie było proste. Dlatego ja pracowałem w dziale trzecim - windykacji. Spokojna, pewna praca jak w piekarni albo w zakładzie pogrzebowym. Ludzie zawsze będą jeść, umierać i zaciągać długi. Mieliśmy też dział czwarty - prawny, bo wszystko, co robiliśmy, było całkowicie zgodne z literą prawa. Polskie prawo uznaje bowiem, że odpisanie "TAK" jest równoznaczne z zawarciem umowy, a skoro ktoś zawarł umowę, to musi zapłacić, i ja miałem dopilnować, żeby spłacił dług, o którego istnieniu nie miał bladego pojęcia.

Początkowo przeżywałem, kiedy ktoś mnie zwyzywał, ale potem - jak każdy, kto tam pracował - byłem impregnowany na wyzwiska i miałem swój własny system telefonowania. Krótka rzeczowa rozmowa zabierająca nie więcej niż dwie minuty.

- Dzień dobry, tu Adam Lang z firmy...

- Czego, fiuty, znowu ode mnie chcecie?

- Jak widzę w raporcie, ma pan dług w kwocie osiemset dziewięćdziesiąt osiem złotych i czterdzieści cztery grosze. Termin spłaty minął sześć miesięcy temu. Niniejszym jest pan wzywany do uregulowania należności.

- A niby skąd mam wziąć, matole jeden?

- Proszę pana, postępowanie windykacyjne nałożyło na pana obowiązek...

Klient rozłączał się.

Nie minęły dwie minuty, a miałem już odhaczony kontakt. Zaznaczałem w formularzu, że próba kontaktu zakończyła się pomyślnie, a w drugiej rubryce, że klient odmówił uregulowania należności.

W firmie był pokój zabaw, czyli miejsce, w którym pracownicy mogli się odstresować. Wszyscy uważali, że najlepiej odreagować stres, grając w football albo w chińczyka. Ja wolałem jeździć cysterną albo rzucać lotkami do tarczy. Wtedy myślałem tylko o tym, że w każdej chwili mogę zostać ojcem.

Wszedł Szymański. Żona mu umarła i przeszedł zawał. Gadał z klientem godzinę, a czasem nawet półtorej. W pokoju zabaw i w kuchni wszyscy się z niego naśmiewali. Po chwili wszedł Bartek z pozyskiwania. Sala zabaw nie należała się pracownikom tego działu, bo ich praca nie była stresująca, ale Bartek był jak owsik - zawsze się wślizgnął.

- I jak tam, brachu? - Bartek miał żelazną zasadę: nigdy nie czekał na odpowiedź. - Ciesz się, ciesz ostatnimi godzinami wolności. I nie martw się, że coś pójdzie nie tak. To się zdarza stosunkowo rzadko. Moja kuzynka urodziła dziecko obwiązane pępowiną, a nikt tego na USG nie widział.

Unikałem go, ale tego dnia dałem się zaskoczyć.

Potem wszedł Michał. Jemu też sala się nie należała i też korzystał na krzywy ryj, ale Michała każdy lubił.

- Będzie dobrze, zobaczysz. Poradzicie sobie.

Michał, choć pozytywnie nastawiony, nie był dobrą reklamą ojcostwa. Czwarty dzień w tej samej koszuli z resztkami marchwi i czekolady na kołnierzyku. No, ale on miał troje dzieci, a ja miałem mieć tylko jedno.

Piąte piętro

Grzesiek już na studiach znalazł pracę w IBM. Wzięli kredyt i wykupili strych w bloku, w którym mieszkali rodzice Grześka. Następnie wyłożyli ten strych pieniędzmi. Okna wychodziły na Puławską, dzień i noc słychać było Puławską. Na dole była tajska restauracja, co dodawało temu miejscu specyficznego zapachu. Kiedy człowiek akurat odczuwał głód, zapach dało się nawet uznać nawet za przyjemny.

Byłem u nich wiele razy na imprezach do białego rana z koedukacyjnym spaniem pokotem na podłodze i prima sort wyżerką, bo Grzesiek dobrze gotował, zwłaszcza grzyby. Jego duszone boczniaki można byłoby podawać w niebie w sektorze dla VIP-ów.

Jakoś wcześniej nie zauważyłem, że to piąte piętro. Wdrapanie się tam zabrało Marcie piętnaście minut. Dwa razy siadała na schodach, żeby odpocząć. A tak im tego mieszkania zazdrościliśmy. My mieszkaliśmy na trzecim, więc Marta musiała siadać tylko raz. Nie wiem, czy Gierka planowała wychodzić z dzieckiem na spacery.

Był 30 grudnia. Spodziewali się nas, a mimo to mieszkanie wyglądało, jakby ich właśnie okradziono. Na fotelu w samochody rajdowe, który kosztował tyle, ile ja zarabiam miesięcznie, leżał stos książek, papierów, pełnych i pustych toreb, kilka trzeciej świeżości marchewek i zrolowane brudne skarpety. Gierka - zawsze wymuskana jak Kate Middleton - była w dresie. Grzesiek do niej nie pasował. Nie zdjął po pracy garnituru. Chyba zdziwiłby się, gdyby wiedział, że jest Flaczkiem. Na chwilę dał Marcie Adasia do potrzymania, a poza tym przez cały czas nim tarmosił, tulił go, podrzucał, gdakał do niego, gwizdał i mówił po angielsku. Ta popisówa była chyba dla mnie. Zapewne zamówił już T-shirt z napisem: "Co z tego, że nie ja odebrałem poród?". Udawał luzaka, ale widziałem, że biczuje się tym.

Adaś był inny, niż go zapamiętałem. Dłonie rozwinęły mu się jak tulipany, a włosy miał czarne, jakby ktoś polał je atramentem. Widać było od razu, że to dziecko Grześka. Ja mogłem tylko pomarzyć, że nasza córka będzie podobna do mnie.

Zjedliśmy tajskie żarcie z dołu i zaczęliśmy się zbierać, udając, że to nie z powodu wrzasków Adasia. Przerażające, jak oni sobie z jego płaczem nie radzili. "Nasza córka na pewno nie będzie tak płakać" - postanowiłem.

- Jeszcze raz dziękuję, stary. Czy mówiłem ci, Martuniu, że pięknie wyglądasz? - Grzesiek bez pardonu położył owłosione łapska na brzuchu Marty. - Jak byście potem chcieli synka, to dzwoń do mnie.

Pomyślałem, że powinienem poznać go z moim ojcem. Polubiliby się.

- My chcemy mieć drugą córkę - powiedziałem.

- Co ty bredzisz? Akurat! Koniec dzieci, chyba że ty będziesz rodzić. - Marta nie wykazała się solidarnością. - To co, może teraz wy do nas wpadniecie?

- Świetnie, tylko może jakoś w lutym, bo teraz nawarstwiło mi się w pracy.

Doskonale wiedziałem, co mu się nawarstwiło. Dziewczyny będą do siebie dzwonić i się spotykać, a we czworo nie spotkamy się częściej niż w roczne święto. Tak się jakoś będzie nieszczęśliwie składać, że za każdym razem, kiedy się umówimy, on będzie miał pożar w pracy i będzie musiał dłużej zostać.

Joasia

Tak się przypadkowo złożyło, że najładniejsze, najmądrzejsze i najbardziej niezwykłe dziecko świata przypadło akurat nam. Joanna Marta Lang urodziła się w szpitalu św. Zofii w Warszawie. Byłem obecny przy porodzie.

Sztafeta zachęcania do prokreacji

Przeżyliśmy pierwszy miesiąc. Nie wiem jak, ale się udało. Któregoś dnia Marta zostawiła mnie z Asią na trzy godziny, bo miała kontrolę u ginekologa. Bałem się, ale co tam! Z własną córką sobie nie poradzę? Kilka razy już z nią zostawałem, tylko że najwyżej na kwadrans, no ale co to zmienia? Asia nakarmiona i przewinięta spała jak laleczka, a ja mogłem pograć w Wiedźmina.

Niestety, zaraz po wyjściu Marty zadzwonił Maks i po chamsku się do mnie wprosił. Dziwne, że chciał przyjść, bo jak pierwszy raz widział Asię, to miałem wrażenie, że zatyka nos.

Ukrywałem to, że za nim nie przepadam. Mimo że jest ode mnie młodszy, ojciec zawsze stawiał mi go za wzór. Dlatego bliżej mi było do Pawła. On też był ulubieńcem ojca, ale jakoś mniej mi to przeszkadzało.

Maks był... specyficzny, żeby nie użyć innego słowa. Przyniósł mi w prezencie sztuczne wymiociny.

Do tej pory jego wielką miłością były łucznictwo, pływanie, rafting, żużel, łyżwiarstwo, kolarstwo, motolotniarstwo i skoki do wody. Bywało, że dzwonił do mnie, żebym zszedł na dół zobaczyć jego motor, jego łuk albo jego medal w pływaniu. Wtedy wszedł na górę pokazać mi swoją najnowszą miłość.

Monika.

Są takie imiona, które nie nadają się dla ładnej dziewczyny, tymczasem Monika... Sam ten dźwięk kryje w sobie tajemnicę, której każdy z nas szuka. Nogi miała dokładnie takie, jak lubię, włosy zarzucone na jedną stronę. Stanika nie posiadała. Sutki drażniły każdego, kto znalazł się w zasięgu wysyłanych przez nie sygnałów.

Maks gadał przez cały czas.

- To właśnie cały Adaś, opowiadałem ci. Widzisz, jakiego mam świetnego brata? Najstarszy to Paweł, byliśmy już u niego, pamiętasz?

Od lat żaden z nas nie mieszkał już w domu rodzinnym, oczywiście poza okresami, kiedy Maks akurat nie miał kasy i wprowadzał się do swojego pokoju u ojca. A jednak nigdy nie zapominałem, że jestem średni. Ani pierwszy, ani ostatni.

Podczas ich wizyty Asia spała jak niedźwiedź zimą, więc Monika była rozczarowana. Nie miała pojęcia, co się działo, zanim zostałem z małą sam. Marta na rzęsach stanęła, żeby Asia zasnęła przed jej wyjściem.

- Jest taka słodka.

Osobom bezdzietnym maluchy najlepiej pokazywać w czasie snu, bo się ich w ten sposób zachęca do prokreacji. Nie wiem, dlaczego prokreacja jest taka ważna. Dinozaury wyginęły i świat jakoś daje radę.

Ledwo stałem nad tym łóżeczkiem i oczy mi się zamykały. Przypomniałem sobie, ile razy znajomi zapraszali nas na dwudziestą pierwszą, żeby dzieciary już spały. Ja z Martą robiliśmy bezdzietnym to samo. Sztafeta zachęcania do prokreacji trwała.

- Mogę ją wziąć na ręce? - szeptem zapytała Monika.

Dobra, niech ją przez chwilę potrzyma. Niech zacznie pragnąć dziecka i niech Maks wreszcie się dowie, co to jest prawdziwe życie.

Maks zrobił Monice milion zdjęć. Ja siedziałem obok, ale mi nie zrobił ani jednego.

Asia zaczęła się wiercić, więc Monika mi ją oddała. Po chwili Asia się obudziła i zaczęła krzyczeć. Maks i Monika nagle sobie przypomnieli, że muszą iść. Nosiłem moją cierpiącą z głodu córkę na rękach, kolebałem nią, podrzucałem, podnosiłem i opuszczałem. Trwało to wieczność. W końcu wróciła Marta i powiedziała, że jest wcześniej, bo nie było kolejki. Usiadła w przedpokoju, podciągnęła sweter i mała natychmiast się uspokoiła. To frustrujące. Tyle się z nią namordowałem, tak ładnie ją zabawiałem, a okazało się, że liczy się tylko cyc mamy. "Więcej z nią nie zostanę, skoro jest taka niewdzięczna" - postanowiłem.