Podziękowania
Następujące osoby, instytucje i wydawnictwa zasługują na wdzięczność
autora za wyrażenie zgody na przedruk, w całości lub w części, artykułów
zamieszczonych w tym zbiorze:
"American Journal of Psychotherapy" -?Paradoxical Intention: A Logotherapeutic Technique, "American Journal of Psychotherapy", vol.
14, nr 3 (lipiec 1960), s. 520-535.
The Christian Century Foundation -?The Will to Meaning, copyright ?
1964, Christian Century Foundation. Przedruk za: "The Christian
Century", vol. 71 (22 kwietnia 1964), s. 515-517 (artykuł zamieszczony w rozdziale: Podstawy filozoficzne logoterapii).
Dr James C. Crumbaugh, dr Leonard T. Maholick -?An Experimental Study
in Existentialism: The Psychometric Approach to Frankl's Concept of
Noogenic Neurosis.
Dr Joseph Fabry z małżonką -?Psychotherapy, Art and Religion.
Dr Hans O. Gerz -?The Treatment of the Phobic and the
Obsessive-Compulsive Patient Using Paradoxical Intention sec. Viktor E.
Frankl.
Dr J.L. Moreno, wydawca i redaktor periodyku "Group Psychotherapy",
Beacon House Inc. -?Group Psychotherapeutic Experiences in a Concentration Camp, "Group Psychotherapy", vol. 7, nr 1 (1954), s.
81-90.
"International Journal of Neuropsychiatry" -?The Treatment of the
Phobic and the Obsessive-Compulsive Patient Using Paradoxical Intention
sec. Viktor E. Frankl, "Journal of Neuropsychiatry", vol. 3, nr 6
(lipiec-sierpień 1962), s. 375-387.
"The Jewish Echo" -?In Memoriam, "The Jewish Echo", vol. 5, nr 6, s.
11.
"Journal of Clinical Psychology" -?An Experimental Study in
Existentialism: The Psychometric Approach to Frankl's Concept of
Noogenic Neurosis, "Journal of Clinical Psychology", vol. 20, nr 2
(kwiecień 1964), s. 200-207.
"Journal of Existentialism", Libra Publishers Inc. -?Beyond
Self-Actualization and Self-Expression, "Journal of Existential
Psychiatry", vol. 1, nr 1 (wiosna 1960), s. 5-20; Dynamics, Existence
and Values, "Journal of Existential Psychiatry", vol. 2, nr 5 (lato
1961), s. 5-16 (przedruk artykułu w wersji poprawionej w rozdziale
Dynamika a wartości); Existential Dynamics and Neurotic Escapism,
"Journal of Existential Psychiatry", vol. 4 (1963), s. 27-42.
"Journal of Individual Psychology" -?The Spiritual Dimension in
Existential Analysis and Logotherapy, "Journal of Individual
Psychology", vol. 15 (1959), s. 157-165 (przedruk artykułu w wersji
poprawionej i skróconej w rozdziale Analiza egzystencjalna i ontologia
dymensjonalna).
"Journal of Religion and Health" -?Psychiatry and Man's Quest for
Meaning, "Journal of Religion and Health", vol. 1, nr 2 (styczeń 1962),
s. 93-103.
"Motive Magazine" -?Existential Escapism, "Motive Magazine",
styczeń-luty 1964 (przedruk artykułu w wersji skróconej w rozdziale
Logoterapia a cierpienie jako wyzwanie).
"Review of Existential Psychology and Psychiatry" -?Logotherapy and the
Challenge of Suffering, "Review of Existential Psychology and
Psychiatry", vol. 1 (1961), s. 3-7 (przedruk artykułu w wersji skróconej
w rozdziale Logoterapia a egzystencja).
"Universitas", H.W. Bahr (red.), Wissenschaftliche Verlagsgesellschaft
M.B.H., Stuttgart, wyd. w jęz. angielskim -?Collective Neuroses of the
Present Day, "Universitas", vol. 4 (1961), 3, s. 301-315; Existential
Dynamics and Neurotic Escapism, "Universitas, vol. 5 (1962), 3, s.
273-286.
Ojciec Adrian L. van Kaam -?Podstawy filozoficzne logoterapii oraz
Logoterapia a egzystencja.
I
Podstawy filozoficzne logoterapii1
Gordon W. Allport uznaje logoterapię za jedną ze szkół psychiatrii
zbiorczo określanych w Stanach Zjednoczonych mianem psychiatrii
egzystencjalnej. W swojej książce The Search for Meaning: A New
Approach in Psychotherapy and Pastoral Psychology Aaron J. Ungersma
wskazuje, że logoterapia to w istocie jedyna ze szkół szeroko rozumianej
psychiatrii egzystencjalnej, której udało się wypracować coś, co
zasługuje na nazwę techniki psychoterapeutycznej. Z kolei Donald F.
Tweedie Jr. w swojej pracy Logotherapy and the Christian Faith
zauważa, iż fakt ten wzbudzi z pewnością zainteresowanie przeciętnego
Amerykanina o tradycyjnie pragmatycznym nastawieniu.
Jakkolwiek by się sprawy miały, logoterapia dalece wykracza poza analizę
egzystencjalną -?lub ontoanalizę -?w tym znaczeniu, że zasadniczo
dotyczy czegoś więcej niż tylko analizy egzystencji -?lub bytu -?ani nie
ogranicza się jedynie do analizy badanego podmiotu. Logoterapia nie
skupia się jedynie na bycie, lecz również na sensie -?a zatem interesuje
ją nie tylko ontos, ale i logos - co może świadczyć o jej
aktywistycznej, terapeutycznej orientacji. Innymi słowy, to nie tylko
analiza, ale także terapia.
Podobnie jak w przypadku każdego rodzaju terapii, fundamentem praktyki
jest zawsze teoria, a zatem pewna wizja, Weltanschauung, czyli
światopogląd. Jednakże w przeciwieństwie do wielu innych terapii
logoterapia opiera się na jasnej filozofii życiowej, a dokładniej na
trzech podstawowych elementach, które są ze sobą powiązane. Są to:
1. wolna wola;
2. wola sensu;
3. sens życia.
Wolna wola
Jako ludzie bezpośrednio doświadczamy wolnej woli. To, co jest
bezpośrednio dane, można analizować w ramach podejścia empirycznego, od
czasów Husserla zwanego fenomenologią2. W zasadzie tylko
dwie kategorie ludzi kwestionują fakt posiadania wolnej woli: chorzy na
schizofrenię, cierpiący na urojenia, przekonani, że ktoś manipuluje ich
wolą i kontroluje ich myśli, oraz filozofowie głoszący determinizm. Ci
ostatni przyznają co prawda, że doświadczamy naszej woli tak, jakby była
wolna, jednak równa się to dla nich samooszukiwaniu się człowieka. Tak
więc jedyna rozbieżność między nimi a mną, jeśli chodzi o przekonania,
dotyczy następującej kwestii: czy doświadczenie prowadzi nas do prawdy?
Kto powinien tę kwestię rozstrzygnąć? Aby odpowiedzieć na to pytanie,
załóżmy na początek, że nie tylko schizofrenicy, ale nawet całkiem
zdrowi ludzie mogą w pewnych okolicznościach mieć poczucie braku wolnej
woli. Dzieje się tak po zażyciu niewielkiej dawki dietyloamidu kwasu
lizergowego (LSD). W krótkim czasie doświadczają oni sztucznie wywołanej
psychozy, podczas której według opublikowanych wyników badań stają się
we własnym odczuciu automatami. Innymi słowy, dochodzą do "prawdy"
determinizmu. Najwyższy czas zastanowić się jednak, czy to
prawdopodobne, aby prawda była człowiekowi dostępna dopiero wtedy, gdy
jego mózg ulegnie zatruciu. Doprawdy, dziwna by to była
aletheia3, gdyby prawda mogła się ujawniać i być odkrywana
wyłącznie dzięki złudzeniu i gdyby droga do logosu wiodła przez
patho-logos!
Rzecz jasna wolność istoty skończonej, jaką jest człowiek, to wolność
obwarowana pewnymi granicami. Jako ludzie nie uciekniemy od uwarunkowań
natury biologicznej, psychicznej czy socjologicznej, zachowujemy jednak
nieustannie wolność zajęcia określonego stanowiska wobec tych
okoliczności i wyboru konkretnej postawy życiowej. Człowiek ma swobodę
wznoszenia się ponad płaszczyznę somatycznych i psychicznych determinant
swojej egzystencji; tym samym wkracza w całkiem nowy wymiar noetyczny,
będący w opozycji do fenomenów somatycznych i psychicznych. Staje się
zdolny do przyjęcia konkretnej postawy nie tylko wobec świata, ale także
wobec samego siebie. Człowiek jako istota jest zdolny do refleksji nad
sobą, a nawet do odrzucenia samego siebie. Może być swoim własnym sędzią
i poddawać ocenie własne uczynki. Krótko mówiąc, ściśle ze sobą
powiązane, specyficznie ludzkie fenomeny, takie jak samoświadomość i sumienie, byłyby całkowicie niezrozumiałe, gdybyśmy nie interpretowali
człowieka jako istoty zdolnej do oderwania się od samej siebie, do
opuszczenia "płaszczyzny" biologicznej i psychicznej i przejścia na
poziom "przestrzeni" noologicznej. Ten specyficznie ludzki wymiar, który
nazywam noologicznym, jest niedostępny dla zwierząt. Na przykład pies,
który załatwił się na dywan, może ukradkiem schować się pod kanapą,
jednak nie będzie to przejawem wyrzutów sumienia, a raczej czegoś, co
określiłbym mianem lęku antycypacyjnego -?konkretnie wyrazem lęku przed
karą.
Typowo ludzka zdolność do samoodłączenia jest mobilizowana i wykorzystywana w celach terapeutycznych w ramach specjalnej techniki
logoterapeutycznej zwanej intencją paradoksalną. Jasnym i lapidarnym
przykładem zastosowania intencji paradoksalnej może być poniższy
przypadek:
Pacjent -?z zawodu księgowy -?bezskutecznie leczył się u wielu lekarzy z kilku różnych klinik. Zgłosił się do mnie, będąc w skrajnej rozpaczy,
jak sam przyznał, bliski samobójstwa. Od kilku lat cierpiał na tzw.
kurcz pisarski, którego objawy w ostatnim czasie tak się zaostrzyły, że
groziła mu utrata pracy. W związku z tym mogła mu pomóc tylko
natychmiastowa terapia krótkoterminowa. Na początku leczenia mój
współpracownik polecił mu, aby postępował dokładnie odwrotnie niż do tej
pory, czyli zamiast starać się pisać jak najstaranniej i jak najbardziej
czytelnie, bazgrał jak kura pazurem. Miał sobie powtarzać: "Dopiero
teraz pokażę wszystkim, jak potrafię bazgrać!". Ilekroć celowo usiłował
gryzmolić, nic z tego nie wychodziło. "Starałem się pisać niedbale, ale
po prostu nie byłem w stanie" -?wyznał następnego dnia. W ciągu
kolejnych czterdziestu ośmiu godzin pacjent uwolnił się w ten sposób od
kurczu pisarskiego, a po zakończeniu terapii dolegliwość nie powróciła
przez cały okres obserwacji. Znów jest szczęśliwym człowiekiem, w pełni
zdolnym do pracy.
Nieodłącznym elementem powyższej techniki jest zdrowe poczucie humoru.
Jest to zrozumiałe o tyle, że -?jak wiadomo -?właśnie dzięki poczuciu
humoru jesteśmy w stanie zachować dystans do siebie samych. Można też
powiedzieć, że humor pomaga człowiekowi wznosić się ponad własne troski
i spoglądać na siebie bardziej obiektywnie, a zatem poczucie humoru
również należałoby zaliczyć do wymiaru noetycznego. Ostatecznie żadne
zwierzę nie potrafi się śmiać, a już na pewno nie samo z siebie.
Podstawowy mechanizm leżący u podstaw techniki intencji paradoksalnej
chyba najlepiej ilustruje żart, który usłyszałem przed kilku laty.
Pewien uczeń, spóźniwszy się do szkoły, tak się usprawiedliwia przed
nauczycielem: "Ulice były strasznie oblodzone i śliskie. Gdy tylko
robiłem krok naprzód, ślizgałem się dwa kroki do tyłu". Na co nauczyciel
stwierdza: "Właśnie przyłapałem cię na kłamstwie! Jeśli to prawda, co
mówisz, jak w ogóle udało ci się dotrzeć dzisiaj do szkoły?". Chłopiec
zaś odpowiada ze spokojem: "W pewnym momencie po prostu się odwróciłem i ruszyłem z powrotem do domu!".
Uważam, że jako procedura terapeutyczna intencja paradoksalna nie ślizga
się bynajmniej po powierzchni nerwicy; przeciwnie, umożliwia pacjentowi
-?na głębszym poziomie -?dokonanie radykalnej zmiany perspektywy, i to
na zdrowszą. Warto zaznaczyć, że podejmowano próby wyjaśnienia na
gruncie psychodynamiki konkretnych efektów terapeutycznych uzyskiwanych
dzięki tej technice logoterapeutycznej4. Jeden z lekarzy z mojego zespołu w poliklinice wiedeńskiej, freudysta z wykształcenia, przedstawił na forum Wiedeńskiego Towarzystwa
Psychoanalitycznego -?najstarszego tego rodzaju stowarzyszenia na
świecie -?odczyt poświęcony intencji paradoksalnej, w którym wyjaśniał
skuteczność tej techniki wyłącznie w kategoriach psychodynamicznych. Tak
się akurat złożyło, że kiedy go pisał, zgłosiła się do niego na
konsultację pacjentka cierpiąca na silną agorafobię, postanowił więc
posłużyć się w jej przypadku intencją paradoksalną. Niestety, kobieta
już po jednej sesji uwolniła się od swojej przypadłości i z wielkim
trudem dała się namówić na kolejne wizyty, podczas których lekarz
próbował ustalić mechanizmy psychodynamiczne stojące za jej nagłym
wyleczeniem!
Wola sensu
Przejdźmy teraz do drugiego filaru logoterapii: woli sensu. Ze względów
dydaktycznych wolę sensu przeciwstawia się, w ramach heurystycznego
uproszczenia, zarówno dominującej w psychoanalitycznych teoriach
motywacji zasadzie przyjemności, jak i woli mocy -?koncepcji, która
odgrywa decydującą rolę w psychologii Adlera. Zawsze powtarzałem i będę
powtarzać, że wola przyjemności przynosi skutek odwrotny do
zamierzonego, ponieważ im bardziej człowiek dąży do przyjemności, w tym
mniejszym stopniu ją osiąga. Wynika to z fundamentalnego faktu, że
przyjemność jest produktem -?lub efektem -?ubocznym spełniania naszych
dążeń; jednak im bardziej czynimy z niej swój cel, tym bardziej ją
nadwątlamy i unicestwiamy. Im bardziej dążymy do przyjemności w sposób
intencjonalny, tym bardziej chybiamy celu. I na tym, śmiem twierdzić,
polega mechanizm etiologii większości przypadków nerwicy seksualnej. W związku z tym technika logoterapeutyczna wykorzystująca tę cechę
"autosabotażu" zasady przyjemności przynosi w krótkim czasie
spektakularne rezultaty i jest z powodzeniem stosowana nawet przez
psychodynamicznie zorientowanych terapeutów z mojego zespołu. Jeden z nich, któremu powierzyłem opiekę nad pacjentami cierpiącymi na nerwice
seksualne, korzystał wyłącznie z tej techniki, traktując ją jako metodę
z wyboru i posługując się nią jako terapią krótkoterminową.
W ostatecznym rozrachunku okazuje się, że zarówno wola przyjemności, jak
i wola mocy są pochodnymi pierwotnej woli sensu. Przyjemność, jak już
wcześniej zauważyliśmy, wynika z wypełnienia sensu; moc zaś jest
środkiem prowadzącym do celu. Pewna ilość mocy, takiej jak władza
ekonomiczna lub finansowa, jest warunkiem zasadniczym wypełniania
sensów. Można zatem stwierdzić, że tak jak wola przyjemności myli skutek
z celem, tak wola mocy myli środek prowadzący do celu z samym celem.
Mówienie o woli przyjemności lub mocy w kontekście szkół filozofii
psychodynamicznej nie jest jednak uzasadnione, zakładają one bowiem, że
człowiek dąży do celu swoich działań mimowolnie i nieświadomie, a jego
świadome motywacje nie są rzeczywistymi motywacjami. Nie tak dawno Erich
Fromm pisał na przykład o siłach motywujących, "które każą człowiekowi
zachowywać się w określony sposób", popędach, "które pchają go w określonych kierunkach"5. Osobiście nie wyobrażam sobie, aby
człowiek był przez cokolwiek popychany w swoich dążeniach; powiedziałbym
raczej, że albo do czegoś dąży, albo jest do czegoś popychany. Tertium
non datur, trzeciej możliwości nie ma. Ignorowanie tej różnicy czy
wręcz rezygnowanie z jednego fenomenu na rzecz drugiego to postępowanie
niegodne naukowca, przywiązanie do konkretnej hipotezy nie uzasadnia
bowiem zamykania oczu na fakty. Jednym z takich zniekształceń
poznawczych jest założenie, że człowiekiem "rządzą" jego popędy.
Ponieważ odwołuję się tu do Zygmunta Freuda, gwoli sprawiedliwości
należy przytoczyć inną jego opinię, która nie jest aż tak dobrze znana.
W recenzji książki opublikowanej w 1889 roku na łamach czasopisma
"Wiener Medizinische Wochenschrift" Freud pisał: "Szacunek wobec potęgi
geniuszu to z pewnością ważna rzecz, ale jeszcze ważniejszy jest
szacunek wobec faktów".
Freud, a za nim jego epigoni wmawiają nam, że należy stale doszukiwać
się czegoś, co stoi za wolicjonalnym działaniem człowieka lub stanowi
jego podstawę, a mianowicie nieuświadomionych motywacji, ukrytej
dynamiki. Freud nigdy nie brał fenomenów ludzkich za pewnik, albo, żeby
zacytować sformułowanie użyte przez Gordona W. Allporta, "specjalizował
się dokładnie w tych motywacjach, których nie można brać za
pewnik"6. Czy to znaczy, że żadnych motywacji nie należy tak
traktować? Przyjmujących takie założenie porównałbym do człowieka, który
na widok bociana stwierdza: "A ja myślałem, że bociany nie istnieją!".
Czy wykorzystywanie bociana w bajeczce służącej ukrywaniu przed dziećmi
prawdy o życiu może jakkolwiek podważać fakt istnienia tego ptaka?
Zasada rzeczywistości to według samego Freuda nic innego jak
rozszerzenie zasady przyjemności służące jej celom. Równie dobrze można
powiedzieć, że zasada przyjemności sama jest jedynie rozszerzeniem w ramach szerszej koncepcji zwanej zasadą homeostazy i służy jej celom.
Ostatecznie psychodynamiczna koncepcja człowieka przedstawia go jako
istotę zasadniczo zainteresowaną utrzymaniem lub przywróceniem
wewnętrznej równowagi. Aby tego dokonać, człowiek pozostaje w służbie
swoich popędów i stara się zaspokoić swoje instynkty. Nawet z perspektywy psychologii jungowskiej ludzkie motywacje interpretuje się
zgodnie z tą zasadą. Wystarczy przywołać archetypy: one również są
mitycznymi bytami (jak Freud nazywał popędy). Tutaj też mamy do
czynienia z obrazem człowieka dążącego do wyeliminowania napięć, czy to
wynikających z popędów i instynktów, które domagają się zaspokojenia,
czy też z archetypów nakłaniających do ich zmaterializowania. W obu
przypadkach rzeczywistość -?świat bytów i sensów -?jest deprecjonowana i sprowadzana do roli zestawu mniej lub bardziej użytecznych narzędzi,
które mogą służyć pozbywaniu się różnych bodźców, takich jak irytujące
superego lub archetypy. Jednak w takim ujęciu człowieka pomijamy, a w rezultacie całkowicie zaprzepaszczamy pewien fundamentalny fakt, który
poddaje się analizie fenomenologicznej, a mianowicie: że człowiek to
istota spotykająca inne istoty i poszukująca sensów, które mogłaby
wypełnić.
Dlatego właśnie mówię o woli sensu, a nie o potrzebie sensu czy o dążeniu do sensu. Gdyby człowiek naprawdę kierował się w tej kwestii
swoim popędem, podejmowałby się zadania wypełnienia sensu wyłącznie w celu wyeliminowania tego popędu i przywrócenia homeostazy. Zarazem
jednak traciłby z oczu sens jako taki, koncentrując się na własnej
równowadze wewnętrznej, a w ostatecznym rozrachunku na sobie samym.
Wydaje się zatem jasne, że koncepcja samorealizacji czy samospełnienia
nie może być wystarczającym fundamentem teorii motywacji. Wynika to
głównie z faktu, że samorealizacja, podobnie jak moc i przyjemność,
również należy do kategorii fenomenów występujących wyłącznie jako efekt
uboczny: dążąc do nich w sposób intencjonalny, osiągamy skutek odwrotny
do zamierzonego i sabotujemy własne działania. W samospełnieniu nie ma
niczego złego; uważam jednak, że człowiek może realizować siebie o tyle,
o ile wypełnia jakiś sens. Zatem samorealizacja dokonuje się
spontanicznie, jest zaś niemożliwa, gdy czyni się z niej cel sam w sobie.
Kiedy przed kilku laty miałem okazję wykładać na Uniwersytecie w Melbourne, otrzymałem na pamiątkę australijski bumerang. Oglądając go,
pomyślałem, że w pewnym sensie stanowi on symbol ludzkiej egzystencji.
Zasadniczo uważa się, że bumerang powraca do myśliwego; w istocie, jak
powiedziano mi w Australii, dzieje się tak jedynie wówczas, gdy bumerang
chybi celu, czyli nie trafi w zdobycz. Człowiek, który nie wypełni
swojej misji i nie zdoła odnaleźć w życiu sensu, również powraca do
siebie samego, do zajmowania się sobą.
Jeden z moich asystentów ze szkoły letniej na Uniwersytecie Harvarda,
Ernest Keen, napisał rozprawę doktorską, w której starał się wykazać, że
tak jak niedostatki psychoanalizy freudowskiej są rekompensowane przez
psychologię ego według Heinza Hartmanna, tak niedostatki psychologii ego
są z kolei rekompensowane przez koncepcję tożsamości według Eriksona.
Zdaniem Keena wciąż jednak brakuje ostatniego ogniwa, za które uważa on
logoterapię. Osobiście jestem przekonany, że człowiek nie powinien, a nawet nie jest w stanie dążyć do tożsamości w sposób bezpośredni;
odnajduje ją o tyle, o ile angażuje się w coś poza sobą, w jakąś sprawę
większą niż on sam. Nikt nie ujął tego lepiej od Karla Jaspersa:
"Człowiek ostatecznie jest tym, kim jest, dzięki sprawie, którą uczynił
swoją własną".
Rolf von Eckartsberg, inny mój asystent na Uniwersytecie Harvarda,
dowiódł niewystarczalności koncepcji odgrywania ról, wskazując, że
pomija ona sedno problemu, który się za nią kryje -?problemu wyboru i wartości. Pojawia się tu bowiem nowy dylemat: jaką rolę przyjąć? Za czym
się opowiedzieć? Nikt nas nie zwolni z konieczności podejmowania
decyzji.
To samo tyczy się tych wszystkich, którzy utrzymują, że zarówno
ostatecznym przeznaczeniem, jak i podstawową intencją człowieka jest
rozwijanie własnego potencjału. Sokrates wierzył, że ma w sobie
potencjał, aby zostać przestępcą, postanowił jednak go nie
urzeczywistniać, a my dobrze wiemy, co z tej decyzji wynikło.
Zastanówmy się teraz nad rzeczywistym celem tego rodzaju tez: czy
człowiek powinien starać się po prostu realizować swój wewnętrzny
potencjał, czy też -?jak to się mówi -?wyrażać samego siebie? Według
mnie motywacją stojącą za takimi koncepcjami jest dążenie do obniżenia
napięcia wynikającego z rozdźwięku między tym, kim człowiek jest, a tym,
kim powinien się stać; między faktycznym stanem rzeczy a ideałem, który
człowiek ma urzeczywistnić; między egzystencją a istotą, lub, ujmując to
inaczej, między bytem a sensem. W zasadzie twierdzenie, że człowiek nie
musi przejmować się ideałami i wartościami -?ponieważ nie są one niczym
innym jak tylko "wyrażaniem siebie" i dlatego powinien po prostu zacząć
realizować swój potencjał -?to dla nas dobra wiadomość. To tak jakby
powiedzieć człowiekowi, że nie musi sięgać do gwiazd i ściągać ich na
ziemię, bo one już tu są, w postaci potencjałów oczekujących na
urzeczywistnienie.
Imperatyw Pindara -?"stań się tym, kim jesteś" -?zostaje tym samym
pozbawiony swojego imperatywnego charakteru i zmieniony w twierdzenie,
zgodnie z którym człowiek już jest tym, kim powinien się stać! Nie musi
zatem sięgać do gwiazd, aby ściągnąć je na ziemię, bo przecież Ziemia
sama jest gwiazdą!
Nie zmienia to faktu, że nie da się wyeliminować istniejącego w człowieku napięcia między bytem a sensem. Stanowi ono nieodłączny
element człowieczeństwa, a więc jest niezbędne dla naszego dobrostanu
psychicznego. A zatem wychodząc od orientacji człowieka na sens, czyli
od jego woli sensu, dochodzimy do innej ważnej kwestii, a mianowicie do
konfrontacji człowieka z sensem. Pierwsza sprawa dotyczy tego, kim
zasadniczo jesteśmy: istotami zorientowanymi na sens; druga odnosi się
do tego, kim być powinniśmy: istotami konfrontującymi się z sensem.
Konfrontowanie człowieka z wartościami postrzeganymi wyłącznie jako
forma wyrażania siebie już sensowne nie jest. Równie niewłaściwe byłoby
postrzeganie owych wartości jako będących "niczym innym jak mechanizmami
obronnymi, formacjami reakcji lub racjonalizacjami instynktownych
popędów", aby przywołać definicję podaną przez dwóch wybitnych autorów
wywodzących się z nurtu psychoanalizy. Tego rodzaju próby teoretyzowania
wywołują mój zdecydowany sprzeciw: osobiście nie byłbym gotów żyć dla
swoich "mechanizmów obronnych", a co dopiero umierać za swoje "formacje
reakcji".
Z drugiej strony w konkretnym kontekście i konkretnych okolicznościach
taka indoktrynacja pacjenta w duchu interpretacji psychodynamicznych
może służyć czemuś, co nazwałbym racjonalizacją egzystencjalną. Kiedy
ktoś słyszy, że jego poszukiwania ostatecznego sensu życia są niczym
innym jak tylko sposobem na poradzenie sobie z wczesnodziecięcym
kompleksem Edypa, to takie poszukiwania, jak również wynikające z nich
napięcie egzystencjalne, można śmiało poddać psychoanalizie.
Logoterapia pozwala przyjąć inny punkt widzenia. Nie oszczędzamy
pacjentowi konfrontacji z konkretnym sensem, który on ma zrealizować, a my mamy pomóc mu znaleźć. Profesor Tweedie odniósł się do pewnego
zdarzenia, do którego doszło kiedyś w moim gabinecie: otóż przebywający
akurat w Wiedniu amerykański lekarz chciał, abym w jednym zdaniu
streścił mu różnicę między logoterapią a psychoanalizą. W odpowiedzi
poprosiłem, aby najpierw powiedział mi, co uważa za istotę
psychoanalizy. Odparł: "Podczas psychoanalizy pacjent musi leżeć na
kozetce i opowiadać terapeucie o rzeczach, o których często nie ma
ochoty mówić", na co żartobliwie stwierdziłem: "W takim razie podczas
logoterapii pacjent może siedzieć prosto, musi jednak wysłuchiwać
rzeczy, których często nie ma ochoty słuchać".
Jak słusznie podkreślał Erwin Straus, inność drugiej istoty nie powinna
ulegać rozmyciu w filozofii egzystencjalnej -?i to samo tyczy się sensu.
Sens, który dany byt musi wypełnić, jest czymś, co wykracza poza ten byt
i co nigdy się do niego nie ogranicza. Tylko gdy owa inność stanowi
nieodłączną cechę sensu, może on nadawać bytowi zadaniowy charakter,
który poddaje się analizie fenomenologicznej naszego doświadczenia
egzystencji. Jedynie sens, który nie jest wyłącznie emanacją samego
bytu, może stanowić dlań prawdziwe wyzwanie. Pamiętacie zapewne biblijny
opis wędrówki Izraelitów przez pustynię: Pan szedł przed swoim ludem w postaci obłoku, bo tylko tak mógł go prowadzić. A teraz wyobraźmy sobie,
co by się stało, gdyby ów obłok, czyli boska obecność, zamieszkał wśród
Izraelitów -?zamiast wieść ich właściwą drogą, tylko by im wszystko
przesłonił i lud Izraela by pobłądził.
Innymi słowy, sens nie może kroczyć równo z bytem, lecz musi go
wyprzedzać. Sens wyznacza tempo istnienia, które dogorywa, jeśli nie
jest przeżywane w kategoriach transcendencji ku czemuś poza nim samym. Z tej perspektywy łatwo odróżnić budzicieli od tłumicieli7: ci
pierwsi konfrontują nas z wartościami i sensem, wspierając naszą
orientację na sens, drudzy natomiast uwalniają nas od ciężaru takiej
konfrontacji. W tym znaczeniu Mojżesz był budzicielem; nie usypiał
sumień Izraelitów, tylko je pobudzał. Dał swojemu ludowi dziesięcioro
przykazań i nie oszczędził mu konfrontacji z ideałami i wartościami.
Tłumiciele natomiast zapewniają ludziom spokój; starają się, by
pogodzili się oni sami ze sobą. "Spójrzmy prawdzie w oczy -?mówią. -?Po
co zamartwiać się swoimi niedoskonałościami? Tylko nieliczni są w stanie
żyć w zgodzie z ideałami, które wyznają. Dlatego nie zawracajmy już
sobie nimi głowy; zadbajmy o spokój ducha lub umysłu, nie o sensy
egzystencjalne, które są jedynie źródłem napięć u ludzi".
Tłumiciele pozostają ślepi na mądrość zawartą w przestrodze Goethego:
"Przyjmując człowieka takim, jakim jest, czynimy go gorszym; traktując
go tak, jakby był tym, kim powinien być, wydobywamy z niego to, co
najlepsze"8.
Gdy orientacja na sens staje się konfrontacją z tym sensem, osiągnięty
zostaje etap dojrzałości i rozwoju, na którym wolność -?ten filar
filozofii egzystencjalnej -?staje się odpowiedzialnością. Człowiek
odpowiada za wypełnienie konkretnego sensu życia osobistego, a zarazem
jest odpowiedzialny przed czymś lub wobec czegoś -?czy to przed
społeczeństwem, czy to przed ludzkością jako taką, czy przed własnym
sumieniem. Istnieje jednak spora grupa ludzi, którzy interpretują własną
egzystencję nie tylko w kategoriach odpowiedzialności przed czymś, lecz
także przed kimś, a mianowicie przed Bogiem9.
Logoterapia, świecka zarówno w teorii, jak i w swojej praktyce
medycznej, musi ograniczać się do stwierdzeń opartych na faktach,
pozostawiając pacjentowi swobodę decyzji odnośnie do tego, jak ma
interpretować własną odpowiedzialność: zgodnie z przekonaniami
religijnymi czy agnostycznymi. Logoterapia musi być dostępna dla
każdego; zobowiązuje mnie do tego choćby przysięga Hipokratesa, by
przywołać tylko jeden z powodów. Logoterapia sprawdza się w przypadku
pacjentów będących ateistami i może być stosowana przez lekarzy
ateistów. Tak czy inaczej, odpowiedzialność w ujęciu logoterapeutycznym
stanowi sedno ludzkiej egzystencji. Logoterapeuta akcentujący rolę
odpowiedzialności nie może jednocześnie chronić pacjenta przed decyzjami
dotyczącymi tego, za co, wobec czego lub wobec kogo ma on się czuć
odpowiedzialny.
Logoterapeuta nie ma prawa świadomie wpływać na decyzję pacjenta
odnośnie do tego, jak interpretować własną odpowiedzialność albo co
uznawać za swój osobisty sens. Sumienie, jak wszystko, co ludzkie, bywa
niedoskonałe i zdarza mu się błądzić; nie zwalnia to jednak człowieka z obowiązku postępowania zgodnie z jego napomnieniami -?egzystencja wiąże
się z ryzykiem popełnienia błędu. Musimy podjąć ryzyko zaangażowania się
w sprawę, która może się okazać tego niewarta. Niewykluczone, że moje
oddanie sprawie logoterapii jest pomyłką; wolę jednak żyć w świecie, w którym człowiek ma prawo dokonywać wyborów, nawet jeśli są one
niewłaściwe, niż w takim, gdzie nie pozostawia mu się żadnego wyboru.
Innymi słowy, wolę świat, w którym z jednej strony może istnieć ktoś
taki jak Adolf Hitler, a z drugiej -?całe rzesze ludzi świętych. Wolę
taki świat od świata totalitarnego lub świata totalnego konformizmu i kolektywizmu, gdzie człowieka poniża się i degraduje do roli zwykłego
funkcjonariusza partii lub państwa.
Sens życia
Doszliśmy zatem do punktu trzeciego; po omówieniu dwóch pierwszych
filarów logoterapii, a mianowicie wolnej woli i woli sensu, pora zająć
się kwestią sensu jako takiego.
Żaden logoterapeuta nie narzuca nikomu sensu -?ale może go opisać.
Rozumiem przez to opisywanie zjawisk zachodzących w człowieku, gdy ten
doświadcza czegoś jako mającego sens, jednak bez uciekania się do
jakichkolwiek z góry przyjętych schematów interpretacji. Krótko mówiąc,
naszym zadaniem jest dokonanie analizy fenomenologicznej na podstawie
dostępnych danych, odnoszących się do autentycznych doświadczeń
życiowych. Logoterapeuta może, odwołując się do fenomenologii, poszerzyć
perspektywę pacjenta o sensy i wartości, jak gdyby mu je przybliżając.
Wraz ze wzrostem świadomości może się okazać, że życie nigdy nie traci
sensu, a wręcz zachowuje go do ostatniej chwili. Wynika to z tego, że -
jak dowodzi analiza fenomenologiczna -?człowiek odnajduje sens swojego
życia nie tylko poprzez swoje czyny, dzieła czy twórczość, lecz także
poprzez doświadczenia, spotkania z tym, co prawdziwe, dobre i piękne w świecie, wreszcie, co nie mniej ważne, poprzez swoje spotkania z innymi
ludźmi i ich wyjątkowymi cechami. Uchwycić wyjątkowość drugiego
człowieka znaczy tyle, co go pokochać. Lecz nawet gdy jesteśmy
pozbawieni zarówno możliwości tworzenia, jak i otwartości na innych,
nadal możemy nadać swojemu życiu sens. Właśnie w takich sytuacjach, w obliczu takiego losu, znalazłszy się w beznadziejnym położeniu, człowiek
otrzymuje ostatnią szansę, aby wypełnić sens -?urzeczywistnić najwyższą
wartość i zrealizować najgłębszy sens, jakim jest
cierpienie10.
Podsumowując, życiu można nadawać sens w trojaki sposób: po pierwsze,
dzięki temu, co dajemy światu (w kategoriach twórczości); po drugie,
dzięki temu, co od świata przyjmujemy (w kategoriach doświadczanych
wartości); i po trzecie, dzięki postawie, jaką przyjmujemy wobec losu,
którego nie możemy zmienić (nieuleczalna choroba, nieoperacyjny nowotwór
itp.). Lecz nawet pomijając te kwestie, żadnemu człowiekowi nie dane
jest uniknąć konfrontacji z własną kondycją, nierozerwalnie związaną z czymś, co nazywam tragiczną trójcą ludzkiej egzystencji, a mianowicie z bólem, śmiercią i poczuciem winy. Przez ból rozumiem cierpienie,
natomiast dwie pozostałe składowe tej tragicznej trójcy to nasza
śmiertelność i omylność.
Akcentowanie tych tragicznych aspektów życia człowieka nie jest aż taką
przesadą, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. We współczesnej
kulturze wszechobecny jest zwłaszcza strach przed starzeniem się i umieraniem; według Edith Weisskopf-Joelson, profesorki psychologii na
Uniwersytecie Duke'a, logoterapia może służyć przeciwdziałaniu tym
lękom, szczególnie rozpowszechnionym w społeczeństwie amerykańskim. W istocie logoterapia wychodzi z założenia, że przemijalność życia
ludzkiego w żadnym wypadku nie odbiera mu sensu. To samo dotyczy
omylności człowieka; nie ma więc potrzeby, aby w obliczu tragicznej
trójcy egzystencji wzmacniać w naszych pacjentach tendencje
eskapistyczne.
Pozwólcie, że wrócę jeszcze na chwilę do cierpienia. Całkiem możliwe, że
znana jest wam historia, którą bardzo lubię opowiadać swoim słuchaczom,
ponieważ doskonale ilustruje znaczenie "unaoczniania sensu cierpienia"
pacjentowi. Kiedyś w Wiedniu zgłosił się do mnie na konsultację starszy
wiekiem lekarz, który nie radził sobie z głęboką depresją po stracie
żony. "Proszę mi powiedzieć, doktorze -?zapytałem go -?co by się stało,
gdyby to pan umarł pierwszy, a żona by pana przeżyła?" "To byłaby dla
niej straszna tragedia -?odparł. -?Wyobrażam sobie, jak bardzo by
cierpiała!" Na co odparłem: "Widzi pan, doktorze, pańskiej żonie
oszczędzone zostało ogromne cierpienie i to właśnie pan jej go
zaoszczędził -?oczywiście za cenę tego, że teraz musi pan dalej żyć i ją
opłakiwać". W tym momencie ów starszy człowiek ujrzał swoje trudne
położenie w nowym świetle i przewartościował odczuwane cierpienie w kategoriach poświęcenia dla żony, co nadało sens temu doświadczeniu.
Nawet jeśli znacie już tę historię, to możecie nie wiedzieć, jak przed
kilkoma miesiącami skomentował ją pewien amerykański psychoanalityk.
Wysłuchawszy mojej opowieści, wstał i stwierdził: "Rozumiem, co pan ma
na myśli, doktorze Frankl, ale zacznijmy od tego, że powodem aż tak
głębokiego cierpienia pańskiego pacjenta po śmierci żony był
najwyraźniej fakt, że nieświadomie przez całe życie jej nienawidził...".
Ciekawi was moja reakcja? Oto i ona: "Całkiem możliwe, że jeśli pacjent
przeleży pięćset godzin na pańskiej kozetce, zdoła pan zrobić mu takie
pranie mózgu i tak go pan zindoktrynuje, że faktycznie wyzna: "Ma pan
rację, doktorze, nienawidziłem mojej żony przez całe wspólne życie i nigdy jej nie kochałem...". Tym samym jednak -?ciągnąłem -?udałoby się
panu pozbawić tego starszego człowieka jedynego cennego skarbu, jaki
wciąż posiadał, a mianowicie obrazu idealnego małżeństwa, które
stworzyli wspólnie z żoną, autentycznej miłości, która ich łączyła... Mnie
zaś udało się w ciągu jednej minuty doprowadzić do istotnej przemiany
jego postawy, a wręcz -?jeśli mam być szczery -?przynieść mu pociechę".
Wolę sensu można wzbudzić w człowieku jedynie wtedy, gdy zdołamy ukazać
mu ów sens jako zasadniczo coś więcej niż tylko wyrażanie siebie.
Zakłada to pewien stopień obiektywizmu, a bez minimalnej dozy
obiektywizmu sens nie byłby wart wypełnienia. Nie tyle przypisujemy i nadajemy rzeczom sens, ile go odkrywamy; nie wymyślamy go, lecz
dostrzegamy (dokładnie to -?ni mniej, ni więcej -?mam na myśli, mówiąc o obiektywności sensu). Z drugiej strony, bezstronna analiza ujawniłaby
również pewien subiektywizm będący nieodłączną cechą sensu. Sens życia
należy pojmować w kategoriach konkretnego sensu indywidualnego życia w konkretnej sytuacji. Każdy człowiek jest wyjątkowy i życie każdego
człowieka jest wyjątkowe; nikogo nie da się zastąpić ani żadnego życia
nie da się przeżyć ponownie. Ta podwójna wyjątkowość składa się na
odpowiedzialność człowieka, która ostatecznie wynika z egzystencjalnego
faktu: życie to szereg pytań, na które człowiek musi odpowiadać,
przyjmując za swoje życie odpowiedzialność. Musi na nie reagować,
postępując w odpowiedzialny sposób, dokonując wyborów, decydując, jakich
odpowiedzi udzielić na poszczególne pytania. Śmiem twierdzić, że na
każde pytanie jest tylko jedna odpowiedź -?ta właściwa!
Nie znaczy to, że człowiek jest zawsze w stanie znaleźć właściwą
odpowiedź lub rozwiązanie każdego problemu ani że jest zdolny odszukać
prawdziwy sens swojej egzystencji. Wręcz przeciwnie, jako istota
skończona nie jest wolny od błędów i dlatego musi podejmować ryzyko
błądzenia. Ponownie zacytuję Goethego, który powiedział kiedyś: "Trzeba
zawsze celować w sam środek tarczy -?chociaż wiemy, że nie zawsze
trafimy". Lub, ujmując rzecz bardziej prozaicznie: trzeba starać się
sięgać jak najwyżej, w przeciwnym razie nie osiągniemy nawet połowy
tego, co zamierzyliśmy.
Omawiając wolę sensu, odniosłem się do orientacji na sens i do
konfrontacji z tym sensem. Teraz, mówiąc o sensie życia, muszę odnieść
się do frustracji sensu, inaczej frustracji egzystencjalnej. Można ją
określić mianem zbiorowej nerwicy naszych czasów. Prodziekan do spraw
studenckich na jednym z większych uniwersytetów amerykańskich wyznał mi,
że w swojej pracy nieustannie spotyka się ze studentami skarżącymi się
na bezsens życia, dręczonymi wewnętrzną pustką, którą nazywam "pustką
egzystencjalną". Co więcej, właśnie ten stan rzeczy jest przyczyną
licznych samobójstw wśród studentów.
Tym, czego dziś potrzebujemy, jest dopełnienie -?nie uzupełnienie ani
zastąpienie -?tak zwanej psychologii głębi czymś, co można by określić
mianem "psychologii wysokości". Taka psychologia uwzględniałaby wyższe
aspekty i aspiracje człowieka, w tym także jego frustracje. Freud był
zbyt wielkim geniuszem, aby nie zdawać sobie sprawy z ograniczeń swojego
systemu; wyznał wręcz Ludwigowi Binswangerowi, że "zawsze ograniczał się
do badania parteru i piwnicy budynku"11.
Pewien psycholog praktykujący "psychologię wysokości" w powyższym ujęciu
stwierdził, że potrzebny jest "fundament silnych przekonań i poglądów,
aby mogły przenosić ludzi poza ich własny wymiar, by żyli i umierali w imię celu szlachetniejszego i lepszego niż oni sami"; należy także
wpajać studentom, że "ideały to podstawa przetrwania"12.
Kim jest ów cytowany wcześniej przeze mnie "psycholog wysokości"? Otóż
wcale nie logoterapeutą, psychoterapeutą, psychiatrą ani psychologiem,
tylko astronautą! Przywołałem słowa podpułkownika Johna H. Glenna Jr.,
psychologa prawdziwych "wyżyn"...