ROZDZIAŁ 1
WSTĘP
Kiedyś, kilka lat temu, zapisaliśmy się z przyjaciółmi do ormiańskiej
matrony na lekcje gotowania. W zajęciach towarzyszyła jej wiekowa
służąca. One nie mówiły po angielsku, a my -?po ormiańsku, komunikacja
zatem nie była łatwa. Metodą nauki była demonstracja; my obserwowaliśmy
(i bardzo pilnie próbowaliśmy ująć jej przepisy w liczby), ona zaś
przygotowywała kolejne wspaniałe dania z bakłażanów i jagnięciny.
Jednakże nasze przepisy były niedoskonałe; choć staraliśmy się ze
wszystkich sił, nie udawało nam się powielić jej potraw. "Co -
zastanawiałem się -?nadaje jej daniom ten wyjątkowy charakter?" Nie
znajdowałem odpowiedzi aż do dnia, gdy szczególnie uważnie obserwując
wszelkie kuchenne czynności, przyglądałem się, jak nasza nauczycielka z wielką godnością i bardzo starannie przygotowuje posiłek. Na koniec
podała naczynie z potrawą swojej służącej, ta zaś bez słowa zaniosła je
do kuchni, postawiła na piecu i niewiele myśląc, wsypała do garnka kilka
garści mieszanki ziół i przypraw. Jestem przekonany, że te ukradkiem
dorzucane składniki miały decydujące znaczenie.
Owe lekcje gotowania często przychodzą mi do głowy, gdy myślę o psychoterapii, a zwłaszcza gdy myślę o najważniejszych składnikach
terapii udanej. W oficjalnych podręcznikach, artykułach i na wykładach
psychoterapię przedstawia się jako metodę precyzyjną i systematyczną,
podzieloną na starannie wyodrębnione etapy, terapeutę zaś jako kogoś,
kto stosuje strategiczne techniczne interwencje, metodycznie rozwija i rozwiązuje przeniesienie, analizuje relację z obiektem i dostarcza
starannie zaprogramowanych, racjonalnych, prowadzących do wglądu
interpretacji. Wierzę wszakże głęboko, że kiedy nikt nie patrzy,
terapeuta dorzuca sporą szczyptę "tego, o co naprawdę chodzi".
Co to są jednak za "dodatki", jakie to nieuchwytne nadprogramowe
składniki dorzuca się "poza protokołem"? Egzystują poza formalną teorią,
nie pisze się o nich ani się ich nie naucza. Terapeuci często nią są ich
świadomi, jednak każdy terapeuta wie, że nie potrafi wyjaśnić, dlaczego
stan wielu pacjentów się poprawia. Decydujące składniki trudno opisać,
trudno je nawet zdefiniować. No bo czyż można zdefiniować jakości takie
jak współczucie, "obecność", troska, wzbogacanie siebie, głębokie
poruszenie pacjenta lub -?najbardziej ze wszystkich ulotną -?mądrość?
Zdefiniować, a potem ich nauczać?
Jeden z pierwszych opisanych przypadków współczesnej psychoterapii
znakomicie ilustruje selektywną uwagę, z jaką terapeuci odnoszą się do
tych dodatków1. (Późniejsze opisy terapii są pod
tym względem mniej użyteczne, psychiatria bowiem stała się tak
doktrynerska co do właściwego sposobu postępowania, że w opisach
przypadków zaczęto po prostu pomijać wszelkie działania "poza
protokołem"). W roku 1892 Sigmund Freud leczył z powodzeniem pannę
Elisabeth von R., młodą kobietę cierpiącą na psychogenne trudności z chodzeniem. Pionier psychoanalizy wyjaśniał swój terapeutyczny sukces
jedynie wykorzystaniem techniki odreagowania, uwolnieniem pewnych
stłumionych zgubnych pragnień i myśli. Gdy jednak badamy notatki z terapii, uderza nas olbrzymia liczba innych działań terapeutycznych.
Freud wysłał Elisabeth na grób jej siostry oraz zalecił, by złożyła
wizytę młodemu mężczyźnie, który jej się podobał. Uznał, że może
pacjentce "ulżyć jeszcze bardziej, dbając o jej stosunki
towarzyskie"2. Okazywał przyjazne
zainteresowanie jej sytuacją życiową i dla dobra pacjentki kontaktował
się z jej rodziną. Matkę pacjentki poprosił, by stworzyła córce
możliwość otwartej rozmowy i pozwalała jej od czasu do czasu zrzucić
ciężar z serca. Dowiedziawszy się od matki, że Elisabeth nie będzie
mogła wyjść za męża swej zmarłej siostry, przekazał tę wiadomość
pacjentce. Pomógł rozwiązać finansowe problemy rodziny. Kiedy indziej
nalegał, by Elisabeth spokojnie stawiła czoło temu, że przyszłości nie
sposób przewidzieć i że przed tym faktem nie ma ucieczki. Wielokrotnie
pocieszał ją zapewnieniami, że nie jest odpowiedzialna za niechciane
uczucia, i wskazywał, że siła jej poczucia winy i wyrzutów sumienia z powodu tych uczuć sama już stanowi wystarczający dowód jej wysoce
moralnego charakteru. Wreszcie, już po zakończeniu terapii, usłyszawszy,
że Elisabeth wybiera się na prywatny bal, postarał się o zaproszenie dla
siebie, by móc patrzeć, jak jego była pacjentka "wiruje w tańcu". Trudno
się nie zastanawiać, co naprawdę pomogło pannie von R. Jestem pewien, że
Freudowskie "dodatki" były potężnymi interwencjami; wykluczając je z teorii, narażamy się na popełnienie błędu.
W niniejszej książce chcę zaproponować i objaśnić podejście do
psychoterapii -?rozumianej jako struktura teoretyczna z pewną liczbą
wynikających z niej technik -?które obejmie również wiele takich
"terapeutycznych dodatków". Etykietka dla tego podejścia, "psychoterapia
egzystencjalna", wymyka się ścisłej definicji, orientacja egzystencjalna
bowiem nie opiera się na doświadczeniach empirycznych, lecz na głębokiej
intuicji. Zacznę od definicji formalnej, a potem, przez resztę książki,
będę tę definicję objaśniał: psychoterapia egzystencjalna to dynamiczne
podejście do terapii, skoncentrowane wokół trosk zakorzenionych w istnieniu jednostkowym.
Jestem przekonany, że ogromna większość doświadczonych terapeutów,
niezależnie od szkoły, jaką reprezentują, wykorzystuje liczne opisywane
tu aspekty podejścia egzystencjalnego. Zazwyczaj na przykład zdają sobie
sprawę, że uznanie własnej skończoności często bywa katalizatorem
istotnej zmiany wewnętrznej związanej ze spojrzeniem na życie; że
relacja leczy; że pacjentów dręczy konieczność dokonywania wyborów; że
terapeuta musi katalizować "wolę" pacjenta do działania oraz że
większości pacjentów dokucza brak sensu życia.
Jednakże podejście egzystencjalne to coś więcej niż subtelny akcent lub
przyjmowany implicite i bezwiednie punkt widzenia. Przez ostatnie
kilka lat, prowadząc wykłady na rozmaite tematy z dziedziny
psychoterapii, pytam słuchaczy: "Kto z was uważa siebie za terapeutę
zorientowanego egzystencjalnie?". Do postawy egzystencjalnej przyznaje
się znaczna część audytorium, na ogół ponad 50 procent. Zapytani jednak,
co to jest podejście egzystencjalne, mają trudności ze znalezieniem
odpowiedzi. Język, jakiego używają terapeuci, by opisać jakiekolwiek
podejście terapeutyczne, nigdy nie słynął z rzeczowości czy choćby ze
zwykłej jasności, jednak spośród wszystkich słowników terapeutycznych
żaden nie może się równać z egzystencjalnym pod względem jego mglistości
i panującego w nim zamętu. Terapeuci wiążą podejście egzystencjalne z takimi, z natury rzeczy nieprecyzyjnymi i najwyraźniej niepowiązanymi ze
sobą terminami, jak "autentyczność", "spotkanie", "odpowiedzialność",
"wybór", "humanistyczny", "samorealizacja", "ześrodkowanie",
"Sartre'owski" bądź "Heideggerowski", a wielu specjalistów od zdrowia
psychicznego od dawna uważa podejście egzystencjalne za mętne,
"niewyraźne", nieracjonalne i romantyczne -?nie "podejście" właściwie,
lecz coś, co daje licencję na improwizację, na to, by
niezdyscyplinowani, mętnie myślący terapeuci robili, "co im się podoba".
Mam nadzieję wykazać, że tego rodzaju wnioski są nieuzasadnione, że
podejście egzystencjalne jest wartościowym, skutecznym paradygmatem
psychoterapeutycznym, równie racjonalnym, równie spójnym i systematycznym jak każde inne.
TERAPIA EGZYSTENCJALNA: PSYCHOTERAPIA DYNAMICZNA
Terapia egzystencjalna jest formą psychoterapii dynamicznej. Terminu
"dynamiczny" używa się często w dziedzinie zdrowia psychicznego -?tak
jak w pojęciu "psychodynamika". Jeśli zatem mamy zrozumieć jedną z podstawowych cech podejścia egzystencjalnego, musimy mieć jasność co do
znaczenia terminu "psychoterapia dynamiczna". Słowo "dynamiczny" ma dwa
znaczenia: zwykłe i techniczne. W zwykłym sensie "dynamiczny" (od
greckiego dynasthai - "mieć siłę albo władzę") przywodzi na myśl
energię i ruch ("dynamiczny" piłkarz czy polityk, "dynamo", "dynamit"),
nie jest to jednak techniczny sens tego wyrazu, gdyby bowiem był, to
któryż terapeuta przyznawałby się, że jest niedynamiczny, czyli powolny,
niemrawy, nieruchawy, bezwładny? Nie, termin ten ma specyficzne,
techniczne zastosowanie, które pociąga za sobą pojęcie "siły".
Największy wkład Freuda w zrozumienie człowieka to stworzenie
dynamicznego modelu funkcjonowania umysłu. Zgodnie z tym modelem zakłada
się, że w jednostce ludzkiej działają siły, które pozostają ze sobą w konflikcie, i że myśli, uczucia oraz zachowania -?zarówno adaptacyjne,
jak i psychopatologiczne -?są wynikiem działania tych sprzecznych sił.
Ponadto -?i to jest ważne -?siły te istnieją na różnych poziomach
świadomości, a niektóre z nich w istocie są całkiem nieuświadamiane.
Psychodynamika jednostki zatem to całość rozmaitych, działających w niej
nieświadomych i świadomych sił, motywów i lęków. Psychoterapie
dynamiczne to te, które się opierają na dynamicznym modelu
funkcjonowania umysłu.
Jak dotąd wszystko w porządku. Terapia egzystencjalna, zgodnie z moim
opisem, dobrze pasuje do kategorii terapii dynamicznych. Co się jednak
stanie, gdy zapytamy, jakie to siły (lęki i motywy) są ze sobą w konflikcie? Jaka jest treść tej wewnętrznej świadomej i nieświadomej
walki? To w tym punkcie rozchodzą się drogi terapii egzystencjalnej i innych terapii dynamicznych. U podstaw terapii egzystencjalnej leży
zupełnie inny pogląd na specyficzne siły, motywy i lęki oddziałujące
wzajem na siebie we wnętrzu jednostki ludzkiej.
Ścisłe określenie natury najgłębszych konfliktów wewnętrznych nigdy nie
jest zadaniem łatwym. Lekarz bądź psychoterapeuta pracujący z zaburzonym
pacjentem rzadko ma okazję badać pierwotne konflikty w ich
nieskazitelnej formie, psychika pacjenta jest bowiem siedliskiem
niebywale złożonego zbioru trosk: troski pierwotne są głęboko ukryte pod
kolejnymi warstwami wyparcia, zaprzeczenia, przemieszczenia i symbolizacji. Badacz kliniczny musi się zmagać z klinicznym obrazem
wielu wątków tak ściśle razem splątanych, że trudno któryś z nich
wyodrębnić. By zidentyfikować konflikty pierwotne i do nich dotrzeć,
musi korzystać z wielu dróg: głębokiej refleksji, snów, koszmarów
sennych, przebłysków poruszających doświadczeń i wglądów, wypowiedzi
psychotycznych, a także badań nad dziećmi. W swoim czasie zajmę się
badaniem tych dróg, teraz jednak może nam się przydać stylizowana
schematyczna ich prezentacja. Krótki przegląd trzech odmiennych poglądów
-?freudowskiego, neofreudowskiego i egzystencjalnego -?na prototypowe
konflikty wewnętrzne zilustruje przez porównanie egzystencjalne
spojrzenie na psychodynamikę.
PSYCHODYNAMIKA FREUDOWSKA
Według Freuda dzieckiem rządzą wrodzone siły popędowe, które jak liść
paproci stopniowo rozwijają się w cyklu rozwoju psychoseksualnego. Do
konfliktów dochodzi na różnych frontach: dwoiste popędy (popędy ego
przeciw popędom libidinalnym lub, zgodnie z inną teorią, Eros przeciw
Tanatosowi) przeciwstawiają się sobie wzajem; popędy kolidują z wymaganiami otoczenia, a później z wymaganiami otoczenia
zinternalizowanego -?z superego; od dziecka żąda się, by rozstrzygało
między wewnętrznym naciskiem na dążenie do natychmiastowego zaspokojenia
a zasadą rzeczywistości, która wymaga odroczenia gratyfikacji. Kierowana
popędami jednostka znajduje się więc w stanie wojny ze światem, który
przeszkadza w zaspokajaniu wrodzonych apetytów agresywnych i seksualnych.
PSYCHODYNAMIKA NEOFREUDOWSKA (INTERPERSONALNA)
Neofreudyści -?zwłaszcza Harry Stack Sullivan, Karen Horney i Erich
Fromm -?prezentują inny pogląd na podstawy konfliktu wewnętrznego
jednostki. Dziecko nie jest istotą kierowaną popędami i z góry
zaprogramowaną, lecz kimś, kto -?wyjąwszy wrodzone neutralne cechy,
takie jak temperament i poziom aktywności -?jest w całości kształtowany
przez otoczenie kulturowe i interpersonalne. Potrzebuje przede wszystkim
bezpieczeństwa -?interpersonalnej akceptacji i aprobaty -?a jakość
interakcji z zapewniającą bezpieczeństwo dorosłą osobą znaczącą wyznacza
strukturę jego charakteru. Choć więc nie kierują nim popędy, jest pełne
wrodzonej energii, ciekawości, niewinne, ma naturalne możliwości
rozwojowe i pragnie posiadać na własność ukochane osoby dorosłe. Cechy
te nie zawsze współgrają z wymaganiami ze strony otaczających je
znaczących dorosłych, najistotniejszy konflikt zatem rodzi się między
tymi naturalnymi tendencjami rozwojowymi a dziecięcą potrzebą
bezpieczeństwa i aprobaty. Jeśli dziecko nie ma dość szczęścia i jego
rodzice są tak pochłonięci własną neurotyczną walką, że nie potrafią ani
zapewnić mu bezpieczeństwa, ani zachęcić do autonomicznego rozwoju,
dochodzi do poważnego konfliktu. W tego rodzaju walce rozwój zawsze
zostaje poświęcony w imię bezpieczeństwa.
PSYCHODYNAMIKA EGZYSTENCJALNA
Przedstawiciele stanowiska egzystencjalnego kładą nacisk na inny rodzaj
podstawowego konfliktu: nie na konflikt ze stłumionymi dążeniami
popędowymi ani nie na konflikt ze zinternalizowanymi znaczącymi
dorosłymi, lecz na konflikt wynikający z konfrontacji jednostki z danymi istnienia. A przez "dane" istnienia rozumiem pewne troski
ostateczne, pewne immanentne cechy przynależne -?nieuchronnie -?naszej
ludzkiej egzystencji w świecie.
Jak człowiek odkrywa naturę tych danych? W pewnym sensie to nic
trudnego. Metodą jest głęboka osobista refleksja. Warunki są proste:
samotność, cisza, czas i uwolnienie się od wszystkich czynników
rozpraszających uwagę, którymi każdy z nas wypełnia świat, jakiego
doświadcza. Jeśli nam się uda odsunąć lub "wziąć w nawias" nasz
codzienny świat, jeśli się głęboko zastanowimy nad naszą w nim sytuacją,
nad naszym istnieniem, naszymi granicami, naszymi możliwościami, jeśli
dotrzemy do dna, które leży pod wszelkimi innymi dnami, nieuchronnie
skonfrontujemy się z danymi istnienia, z "głębokimi strukturami", które
odtąd będę nazywał "troskami ostatecznymi". Katalizatorem tego procesu
refleksji bywają pewne krytyczne doświadczenia. Do tych, jak się je
często nazywa, "sytuacji granicznych" należą przeżycia takie jak
konfrontacja z własną śmiercią, niektóre ważne nieodwracalne decyzje
albo załamanie się jakiegoś fundamentalnego schematu, który jest źródłem
sensu życia.
Tematem tej książki są cztery troski ostateczne: śmierć, wolność,
izolacja i brak sensu. Konfrontacja jednostki z każdym z tych życiowych
faktów stanowi treść dynamicznego konfliktu egzystencjalnego.
Śmierć. Śmierć jest najoczywistszą, najłatwiej uznawaną z trosk
ostatecznych. Teraz istniejemy, ale któregoś dnia przestaniemy być.
Śmierć nadejdzie i nie ma przed nią ucieczki. To straszliwa prawda i reagujemy na nią śmiertelnym przerażeniem. "Każda rzecz -?jak powiada
Spinoza -?dąży do zachowania swego bytu"3, a istotą konfliktu egzystencjalnego jest napięcie między świadomością
nieuchronności śmierci a pragnieniem, by nadal być.
Wolność. Inną -?znacznie trudniej dostępną -?troską egzystencjalną
jest wolność. Zazwyczaj myślimy o wolności jako o pojęciu jednoznacznie
pozytywnym. Czyż przez całą zapisaną historię ludzie nie tęsknili za
wolnością i do niej nie dążyli? A jednak z perspektywy podstawy
ostatecznej wolność nierozerwalnie się wiąże ze strachem. W sensie
egzystencjalnym "wolność" oznacza brak struktury zewnętrznej. W przeciwieństwie do tego, co jest naszym doświadczeniem potocznym, istota
ludzka nie przychodzi na dobrze ustrukturowany, z natury rzeczy
zaplanowany świat (ani takiego świata nie opuszcza). Odwrotnie:
jednostka jest całkowicie odpowiedzialna za własny świat, jest autorem
albo autorką swoich planów, wyborów i działań. W tym sensie "wolność" ma
przerażające implikacje: oznacza, że pod nami nie ma żadnego gruntu -
nic, tylko pustka, otchłań. Najistotniejszą dynamiką egzystencjalną jest
więc zderzenie między naszą konfrontacją z brakiem podstawy a pragnieniem, by taką podstawę i strukturę mieć.
Izolacja egzystencjalna. Trzecią troską ostateczną jest izolacja -?nie
izolacja interpersonalna, z towarzyszącą jej samotnością, ani
intrapersonalna (izolacja od części samego siebie), lecz izolacja
fundamentalna, od istot i świata -?podłoże wszystkich innych izolacji.
Niezależnie od tego, jak bardzo zbliżymy się wzajem do siebie, zawsze
pozostanie ta ostateczna, nieprzekraczalna luka; każdy z nas wkracza w istnienie sam i sam musi je opuścić. Konflikt egzystencjalny jest więc
napięciem między świadomością absolutnej izolacji a pragnieniem
kontaktu, ochrony, przynależności do większej całości.
Brak sensu. Czwartą ostateczną troską bądź daną istnienia jest brak
sensu. Jeśli musimy umrzeć, jeśli konstytuujemy nasz własny świat, jeśli
każdy jest ostatecznie sam w obojętnym świecie, to jaki sens ma życie?
Dlaczego żyjemy? Jeśli nie ma dla nas żadnego przedustawnego porządku,
to każdy musi skonstruować własny plan na życie. Czy jednak sens naszego
własnego wytworu może być dostatecznie solidny, by unieść nasze życie?
Ten dynamiczny konflikt egzystencjalny wyrasta z dylematu istoty
poszukującej sensu w świecie, który sensu nie ma.
PSYCHODYNAMIKA EGZYSTENCJALNA: CHARAKTERYSTYKA OGÓLNA
"Psychodynamika egzystencjalna" odnosi się zatem do tych czterech
danych, tych trosk ostatecznych oraz do świadomych i nieświadomych
lęków, które się z nich rodzą. Dynamiczne podejście egzystencjalne
zachowuje podstawową, zarysowaną przez Freuda strukturę dynamiczną,
lecz radykalnie zmienia jej treść. Starą formułę:
POPĘD ? LĘK ? MECHANIZM OBRONNY1
zastępujemy przez
ŚWIADOMOŚĆ TROSKI OSTATECZNEJ ? LĘK ? MECHANIZM OBRONNY2
4,5
Z obiema formułami wiąże się założenie, że lęk jest paliwem
psychopatologii; że pewne działania psychiczne -?świadome i nieświadome
-?rozwijają się po to, by człowiek sobie radził z lękiem; że te
działania psychiczne (mechanizmy obronne) składają się na
psychopatologię; i że choć dostarczają poczucia bezpieczeństwa,
nieuchronnie ograniczają rozwój i zawężają doświadczenie. Najważniejsza
różnica między tymi dwoma podejściami dynamicznymi polega na tym, że
sekwencja Freuda zaczyna się od "popędu", podczas gdy schemat
egzystencjalny zaczyna się od świadomości i strachu. Terapeuta -?o czym
wiedział Otto Rank6 -?dysponuje znacznie większą
mocą, gdy postrzega jednostkę zasadniczo jako istotę raczej zalęknioną i cierpiącą niż jako kierowaną popędami.
Te cztery troski ostateczne -?śmierć, wolność, izolacja i brak sensu -
stanowią korpus psychodynamiki egzystencjalnej. Odgrywają niezwykle
ważną rolę na każdym poziomie organizacji psychicznej jednostki i mają
ogromne znaczenie dla pracy klinicznej. Dostarczają również centralnej
zasady organizującej nasze myślenie o terapii; w czterech kolejnych
częściach niniejszej książki skoncentruję się na każdej z tych trosk
ostatecznych i zbadam filozoficzne, psychopatologiczne i terapeutyczne
implikacje każdej z nich.
PSYCHODYNAMIKA EGZYSTENCJALNA: ZAGADNIENIE ŚMIERCI
Inna ważna różnica między dynamiką egzystencjalną a freudowską i neofreudowską dotyczy definicji "głębi". Dla Freuda badanie zawsze
oznaczało "prace wykopaliskowe". Z uważnością i cierpliwością archeologa
zeskrobywał kolejne warstwy psychiki, by dotrzeć do skalnego podłoża,
warstwy konfliktów fundamentalnych -?psychologicznej pozostałości
najwcześniejszych wydarzeń w życiu jednostki. Konflikt najgłębszy
oznaczał konflikt najwcześniejszy. Psychodynamika freudowska opiera się
zatem na pojęciu rozwoju, a terminy "fundamentalny" czy "pierwotny"
należy pojmować w sensie chronologicznym: każdy z nich jest synonimiczny
z "pierwszy". Zgodnie z tym za "fundamentalne" źródła lęku na przykład
uważa się najwcześniejsze udręki psychoseksualne: separację i kastrację.
Dynamika egzystencjalna nie wiąże się z modelem rozwojowym. Nie ma
przekonującej racji, by uznać, że "fundamentalny" (tzn. ważny,
podstawowy) i "pierwszy" (tzn. pierwszy w porządku chronologicznym) są
pojęciami identycznymi. Z egzystencjalnego punktu widzenia eksploracja
głęboka nie oznacza eksploracji przeszłości, lecz odsuwanie trosk
codziennych i głęboki namysł nad własną sytuacją egzystencjalną. Oznacza
myślenie poza czasem, myślenie o relacji między własnymi stopami a gruntem, na jakim stoją, między własną świadomością a przestrzenią,
która człowieka otacza; oznacza myślenie nie o tym, w jaki sposób się
stałem tym, kim jestem, lecz o tym, że jestem. Przeszłość -?czyli
pamięć o przeszłości -?jest ważna o tyle, o ile stanowi część aktualnej
egzystencji i wpływa na sposób, w jaki człowiek stawia czoło własnym
troskom ostatecznym; nie jest to wszakże -?będę o tym mówił później -
najbardziej obiecujący obszar terapeutycznej eksploracji. Najważniejszym
"czasem gramatycznym" terapii egzystencjalnej jest
przyszłość-która-się-staje-teraźniejszością.
Rozróżnienie to nie oznacza, że nie można badać czynników
egzystencjalnych w ramach modelu rozwojowego (w istocie w rozdziale 3
rozważam wnikliwie rozwój dziecięcego pojęcia śmierci); oznacza
natomiast, że kwestie rozwojowe nie są istotne, gdy jednostka pyta: "W tym momencie, na najgłębszym poziomie mojego istnienia, co jest
najbardziej podstawowym źródłem mojego lęku?". Najwcześniejsze
doświadczenia człowieka, choć niezaprzeczalnie ważne, nie dostarczają
odpowiedzi na to fundamentalne pytanie. W istocie pozostałości
najwcześniejszego okresu naszego życia są źródłem biologicznych
zakłóceń, które służą jej ukryciu. Odpowiedź ma naturę transpersonalną,
leży u podłoża każdej indywidualnej historii życia, stosuje się do
każdej osoby: ta odpowiedź immanentnie należy do "sytuacji człowieka w świecie".
Różnica między rozwojowym, dynamicznym modelem analitycznym a bezpośrednim, ahistorycznym modelem egzystencjalnym ma nie tylko
znaczenie teoretyczne: w dalszych rozdziałach pokażę, że ma ona
zasadnicze implikacje dla technik, po jakie sięga terapeuta.
ORIENTACJA EGZYSTENCJALNA: OBCA, A DZIWNIE ZNAJOMA
Większość moich rozważań na temat trosk ostatecznych wyda się
praktykującemu psychoterapeucie bądź psychiatrze obca, a zarazem dziwnie
znajoma. Obca -?ponieważ podejście egzystencjalne przekracza znane
kategorie i na nowo grupuje obserwacje kliniczne. Ponadto terapeuta
egzystencjalny używa odmiennego słownika. Nawet jeśli będę unikał
żargonu zawodowych filozofów i użyję potocznych terminów, by opisać
pojęcia egzystencjalne, będzie to język psychologicznie obcy innym
praktykom w tej dziedzinie. W jakimż bowiem leksykonie psychoterapii
można znaleźć terminy takie, jak "wybór", "odpowiedzialność", "wolność",
"izolacja egzystencjalna", "śmiertelność", "cel życia" lub "wola"?
Komputery biblioteki medycznej podśmiewały się ze mnie, gdy żądałem
bibliografii z tych dziedzin.
A jednak praktyk dostrzeże w nich wiele spraw znajomych. Jestem
przekonany, że doświadczony psychoterapeuta często implicite działa
zgodnie z modelem egzystencjalnym: w głębi duszy zdaje sobie sprawę z trosk pacjenta i odpowiednio na nie reaguje. To właśnie te reakcje
miałem wcześniej na myśli, gdy mówiłem o "dodatkach". Jednym z ważnych
zadań, jakie sobie stawiałem, pisząc tę książkę, było przesunięcie uwagi
terapeuty, staranne rozważenie tych żywotnych trosk i transakcji
terapeutycznych, które zachodzą na peryferiach formalnej terapii, oraz
ulokowanie ich tam, gdzie istotnie należą -?w centrum sceny
terapeutycznej.
Inną znajomą nutę słychać dlatego, że wielkie troski egzystencjalne
zostały rozpoznane i były omawiane od początku myśli pisanej, a nieprzerwany strumień filozofów, teologów i poetów przyznawał im prymat
nad innymi zagadnieniami. Fakt ten może obrażać naszą modernistyczną
dumę, naszą wiarę w wieczną spiralę postępu; z drugiej wszakże strony
możemy czerpać otuchę z tego, że idziemy wydeptaną ścieżką, która swój
początek bierze z dalekiej przeszłości i którą przemierzali najmądrzejsi
i najwnikliwsi.
Te egzystencjalne źródła przerażenia wyglądają znajomo również dlatego,
że stają się udziałem terapeuty z tej tylko racji, iż jest on
człowiekiem jak wszyscy inni ludzie; w żadnym razie nie są one wyłączną
domeną jednostek zaburzonych psychicznie. Raz jeszcze podkreślę: troski
egzystencjalne stanowią część kondycji ludzkiej. Jakże zatem -?chciałoby
się zapytać -?może się teoria psychopatologii3 opierać
na czynnikach, których doświadcza każdy? Odpowiedź brzmi: każdy, rzecz
jasna, doświadcza stresu kondycji ludzkiej na sposób wysoce
indywidualny. Pod tym względem model egzystencjalny nie różni się
znacząco od żadnej innej konkurencyjnej teorii. Każdy przechodzi przez
określone fazy rozwojowe -?każdy z własnym towarzyszącym danej fazie
lękiem. Każdy przechodzi konflikt edypalny, zaburzające pojawienie się
uczuć agresywnych i seksualnych, lęk kastracyjny (w każdym razie jeśli
jest mężczyzną), ból indywiduacji i separacji oraz wiele innych trudnych
zmian rozwojowych. Jedynym modelem psychopatologii, który nie opiera się
na czynnikach doświadczanych przez wszystkich, jest model oparty na
ciężkim urazie. Jednakże nerwice traumatyczne należą do rzadkości.
Przytłaczająca większość pacjentów cierpi z powodu stresu, który do
pewnego stopnia jest częścią doświadczenia każdego człowieka.
W istocie jedynie uniwersalnością ludzkiego cierpienia możemy uzasadnić
wszechobecność zaburzeń psychicznych. André Malraux (by zacytować choćby
jedną tego rodzaju obserwację) spytał kiedyś pewnego proboszcza, który
przez pięćdziesiąt lat spowiadał swoich parafian, czego się przez ten
czas dowiedział o rodzaju ludzkim. "Przede wszystkim ludzie są znacznie
bardziej nieszczęśliwi, niż się myśli... Poza tym, w gruncie rzeczy, nie
ma ludzi dorosłych"7. Często jedynie zewnętrzne
okoliczności -?na przykład zasoby finansowe, dostępność
psychoterapeutów, osobisty i kulturowy stosunek do psychoterapii lub
wybór zawodu -?decydują o tym, że właśnie ten, a nie inny człowiek
zostanie nazwany pacjentem. Uniwersalny charakter stresu to jedna z najważniejszych przyczyn trudności, jakie napotykają naukowcy, gdy
próbują zdefiniować normalność: różnica między normalnością a patologią
jest ilościowa, nie jakościowa.
Współczesny model, najbardziej, jak się wydaje, spójny ze świadectwami
empirycznymi, jest analogiczny do modelu medycznego, zgodnie z którym
choroby wywołane infekcjami nie są jedynie skutkiem tego, że jakiś
czynnik wirusowy lub bakteryjny wtargnął do bezbronnego organizmu. Uważa
się raczej, że choroba jest skutkiem braku równowagi między szkodliwym
czynnikiem a odpornością gospodarza. Innymi słowy, szkodliwy czynnik
zawsze występuje w organizmie -?tak jak stresy, nieodłączne od życia,
spotykają wszystkich. To, czy ktoś zachoruje na jedną z chorób
zakaźnych, zależy od odporności jego organizmu (tzn. od czynników takich
jak układ immunologiczny, odżywianie i zmęczenie) na dany rodzaj
infekcji: kiedy odporność spada, rozwija się choroba, nawet jeśli
toksyczność i siła zarazka jest ciągle taka sama. Wszyscy zatem ludzie
są w opresji, tylko niektórzy nie potrafią sobie z nią radzić:
psychopatologia nie zależy po prostu od obecności czy nieobecności
stresu, lecz od interakcji między wszechobecnym stresem a mechanizmami
obronnymi jednostki.
Twierdzenie, że ostateczne troski egzystencjalne nigdy się nie pojawiają
w terapii, jest wyłącznie funkcją selektywnej nieuwagi terapeuty:
słuchacz nastawiony na odpowiednią częstotliwość znajdzie materiał
oczywisty i obfity. Terapeuta może wszakże postanowić, że nie będzie
poświęcał uwagi ostatecznym troskom egzystencjalnym właśnie dlatego, że
są doświadczeniem uniwersalnym, wobec czego z ich badania nic
konstruktywnego wyniknąć nie może. Istotnie, często w pracy klinicznej
zauważałem, że poruszenie tematu trosk egzystencjalnych na chwilę
dodawało energii zarówno terapeucie, jak i pacjentowi; szybko jednak
obaj tracili zapał do rozmowy, jakby w duszy mówili sobie: "No cóż,
takie jest życie, prawda? Lepiej przejdźmy do czegoś nerwicowego, z czym
możemy coś zrobić!".
Inni terapeuci unikają mierzenia się z troskami egzystencjalnymi nie
tylko dlatego, że mają one charakter uniwersalny, lecz również dlatego,
że stawianie im czoła jest zbyt przerażające. W końcu neurotyczni
pacjenci (i ich terapeuci) mają dość zmartwień i nie trzeba im jeszcze
dodawać takich radosnych tematów jak śmierć i brak sensu. Terapeuci z tej grupy uważają, że zagadnienia egzystencjalne najlepiej ignorować,
istnieją bowiem tylko dwa sposoby radzenia sobie z brutalnymi
egzystencjalnymi faktami życia -?budzące lęk przyjęcie ich do wiadomości
lub zaprzeczanie -?i oba są trudne do przełknięcia. Cervantes każe ten
problem rozważać swojemu niezapomnianemu bohaterowi Don Kichotowi: co
lepsze -?mądre szaleństwo czy głupie zdrowie?
Terapeuci egzystencjalni -?jak to spróbuję pokazać w następnych
rozdziałach -?odrzucają ten dylemat. Ani mądrość sama przez się nie
prowadzi do szaleństwa, ani jej odrzucenie -?do zdrowia psychicznego:
konfrontacja z danymi istnienia jest bolesna, ale w ostatecznym
rozrachunku -?uzdrawiająca. Dobra praca terapeutyczna zawsze się wiąże z konfrontacją z rzeczywistością i z poszukiwaniem osobistego oświecenia;
terapeuta, który postanawia się wystrzegać pewnych aspektów
rzeczywistości i prawdy, wkracza na zdradziecki grunt. Myśl Thomasa
Hardy'ego -?jeśli istnieje droga ku Lepszemu, to z pewnością wymaga
starannego przyjrzenia się Najgorszemu8 -?jest
dobrym modelem dla terapeutycznego podejścia, które będę opisywał.
DZIEDZINA PSYCHOTERAPII EGZYSTENCJALNEJ
Psychoterapia egzystencjalna jest dzieckiem bezdomnym. Nigdzie naprawdę
nie ma "swojego miejsca". Nie ma swojego terytorium, swojej formalnej
szkoły, swojej instytucji; nie jest dobrze widziana w lepszych
dzielnicach akademickich. Nie powstało wokół niej żadne stowarzyszenie,
nie ma solidnego czasopisma naukowego (nieliczne słabowite potomstwo
straciła, nim dorosło), stabilnej rodziny ani ojców założycieli. Posiada
wszakże genealogię -?kilku rozrzuconych po świecie kuzynów i przyjaciół
rodziny, częściowo w Starym Świecie, a częściowo -?w Ameryce.
FILOZOFIA EGZYSTENCJALNA: GNIAZDO RODOWE
"Niełatwo zdefiniować egzystencjalizm". Od tych słów rozpoczyna się
omówienie filozofii egzystencjalnej w poważnej współczesnej
encyklopedii9. Większość innych omówień zaczyna
się podobnie; podkreśla, że dwóch filozofów mianowanych
"egzystencjalnymi" może się ze sobą nie zgadzać w żadnym istotnym
punkcie (poza tym, że obaj odczuwają jednakową awersję do przypisanej im
etykietki). Autorzy większości tekstów filozoficznych rozwiązują problem
definicji poprzez wyliczenie tematów związanych z istnieniem (np. byt,
wybór, wolność, śmierć, izolacja, absurd) i oświadczenie, że filozof
egzystencjalny to ten, którego praca jest poświęcona badaniu
wymienionych pojęć. (Tą strategią posłużyłem się oczywiście i ja, gdy
wyznaczałem zakres psychoterapii egzystencjalnej).
W filozofii istnieje "tradycja" egzystencjalna i formalna egzystencjalna
"szkoła" filozoficzna. Tradycja egzystencjalna jest, rzecz jasna,
odwieczna. Któryż z wielkich myślicieli w jakimś punkcie zarówno swojej
pracy, jak i swojego życia nie zajął się kwestiami życia i śmierci?
Formalna szkoła egzystencjalna natomiast ma swój jasno wyznaczony
początek. Niektórzy wskazują na pewne niedzielne popołudnie 1834 roku,
kiedy to młody Duńczyk siedział w kawiarni, paląc cygaro, i rozmyślał
nad tym, że oto właśnie znajduje się na drodze ku starości, a jeszcze
nie wniósł żadnego wkładu w ten świat. Myślał o licznych swoich
przyjaciołach, którzy odnieśli już jakiś sukces:
[...] dobroczyńcy epoki, którzy wiedzą, jak przynosić pożytek ludzkości,
czyniąc życie coraz łatwiejszym -?jedni za pomocą kolei żelaznej, inni
omnibusów i statków parowych, telegrafu, jeszcze inni przez łatwo
dostępne kompendia i cytaty na temat wszystkiego, co warto wiedzieć, a wreszcie prawdziwi dobroczyńcy naszych czasów, którzy mocą swojej myśli
sprawiają, że coraz łatwiejsza się staje egzystencja duchowa10.
Cygaro się dopaliło. Młody Duńczyk, S?ren Kierkegaard, sięgnął po
następne i kontynuował rozmyślania. Nagle rozbłysła mu w głowie myśl:
Musisz coś zrobić, ponieważ jednak przy twoich ograniczonych
zdolnościach nie będziesz w stanie uczynić niczego łatwiejszym, niż było
dotąd, musisz, z takim samym humanitarnym entuzjazmem, jaki widzisz u innych, podjąć się uczynienia czegoś jeszcze trudniejszym11.
Gdy wszyscy się łączą w wysiłku ułatwiania wszystkiego -?argumentował -
grozi nam nadmiar łatwości. Może potrzeba kogoś, kto by znów rzeczy
utrudnił. Przyszło mu do głowy, że odkrył swoje przeznaczenie: będzie
poszukiwał trudności -?jak nowy Sokrates12. A jakich trudności? Nic prostszego. Musiał jedynie się zastanowić nad
własną sytuacją w egzystencji, własnym przerażeniem, wyborami,
możliwościami i ograniczeniami.
Kierkegaard poświęcił resztę swojego krótkiego życia badaniu własnej
sytuacji egzystencjalnej i w latach czterdziestych XIX wieku opublikował
kilka ważnych traktatów egzystencjalnych. Jego prace przez wiele lat
pozostawały nieprzetłumaczone i wywarły nikły wpływ na innych myślicieli
aż do okresu po pierwszej wojnie światowej, kiedy znalazły żyzny grunt i zostały podjęte przez Martina Heideggera i Karla Jaspersa.
Relacja między terapią egzystencjalną a egzystencjalną szkołą
filozoficzną pod wieloma względami przypomina relację między
farmakoterapią kliniczną a biochemicznym laboratorium badawczym. Często
będę sięgał do prac filozoficznych, by wyjaśnić, potwierdzić czy
zilustrować pewne zagadnienia kliniczne, nie zamierzam wszakże (ani nie
potrafiłbym) wyczerpująco omawiać dzieł któregokolwiek z filozofów ani
najważniejszych założeń filozofii egzystencjalnej. To jest książka dla
praktyków i chcę, żeby była użyteczna z praktycznego punktu widzenia.
Moje wycieczki w dziedzinę filozofii będą krótkie i pragmatyczne;
ograniczę się do tych obszarów, które wnoszą coś do pracy klinicznej.
Nie będę miał pretensji do zawodowego filozofa, gdy zechce mnie porównać
do dzikiego wikinga, który rabuje drogie kamienie, a porzuca
wyrafinowane i drogocenne oprawy.
Ponieważ większość psychoterapeutów uczyła się filozofii tylko w bardzo
skromnym wymiarze bądź nie uczyła się jej wcale, nie będę zakładał, że
moi czytelnicy dysponują jakąkolwiek wiedzą filozoficzną. Sięgając do
tekstów filozoficznych, będę się starał uczynić to jak najprościej, w sposób wolny od filozoficznego żargonu, choć, nawiasem mówiąc, zadanie
to niełatwe, zawodowi filozofowie egzystencjalni bowiem przewyższają
nawet teoretyków psychoanalizy w używaniu języka mętnego i zawiłego.
Najważniejszy tekst filozoficzny z tej dziedziny, Bycie i czas
Heideggera, już sam jeden wiedzie niezaprzeczalny prym w dziedzinie
lingwistycznego mętniactwa.
Nigdy nie rozumiałem, dlaczego trzeba używać nieprzenikalnego,
stwarzającego pozory głębi języka. Podstawowe pojęcia egzystencjalne
same w sobie nie są skomplikowane, nie trzeba ich rozkodowywać ani
skrupulatnie analizować; trzeba je raczej odkrywać. Każdy w jakimś
momencie swojego życia "pogrąża się w zadumie" i ociera o egzystencjalne
troski ostateczne. Nie potrzeba żadnych formalnych wyjaśnień; zadanie
filozofa -?a także terapeuty -?polega na wydobyciu na powierzchnię,
zaznajomieniu jednostki z tym, co od dawna wiedziała. Właśnie dlatego
wielu najważniejszych myślicieli egzystencjalistycznych (np. Jean-Paul
Sartre, Albert Camus, Miguel de Unamuno, Martin Buber) woli prezentację
literacką od formalnej argumentacji filozoficznej. Filozof i terapeuta
muszą nade wszystko zachęcać człowieka do spoglądania w głąb siebie i zajmowania się własną sytuacją egzystencjalną.
ANALITYCY EGZYSTENCJALNI: KUZYNI ZE STAREGO ŚWIATA
Wielu europejskich psychiatrów podejmowało dyskusję z licznymi
podstawowymi założeniami freudowskiego podejścia psychoanalitycznego.
Sprzeciwiali się freudowskiemu modelowi funkcjonowania psychicznego,
dążeniu do zrozumienia istoty ludzkiej za pomocą zasady zachowania
energii zapożyczonej z nauk fizycznych i sugerowali, że tego rodzaju
podejście prowadzi do niewłaściwego poglądu na człowieka. Jeśli ten sam
model stosuje się do wszystkich ludzi -?twierdzili -?gubi się unikatowe
doświadczenie pojedynczej osoby. Nie zgadzali się na redukcjonizm Freuda
(tzn. sprowadzanie całego ludzkiego zachowania do paru podstawowych
popędów), na jego materializm (tzn. wyjaśnianie kategorii wyższych w terminach niższych) i determinizm (tzn. na przekonanie, że całe
funkcjonowanie psychiczne jest skutkiem istniejących już i dających się
zidentyfikować czynników).
Rozmaici analitycy egzystencjalni zgadzali się co do jednej
fundamentalnej kwestii proceduralnej: wobec pacjenta analityk musi zająć
postawę fenomenologiczną, to znaczy musi wejść w świat doświadczenia
pacjenta i przyglądać się zjawiskom tego świata, unikając wstępnych
założeń, które zaburzają rozumienie. Ludwig Binswanger, jeden z najbardziej znanych analityków egzystencjalnych, stwierdził: "Nie ma
jednej przestrzeni i czasu, lecz tyle jest przestrzeni i czasów, ile
podmiotów"13.
Poza reakcją na deterministyczny, mechanistyczny freudowski model umysłu
i założeniem o fenomenologicznym podejściu do terapii analitycy
egzystencjalni mało mają ze sobą wspólnego i nigdy nie uważano ich za
spójną szkołę ideologiczną. Myśliciele ci -?między innymi Ludwig
Binswanger, Medard Boss, Eug?ne Minkowski, V.E. von Gebsattel, Roland
Kuhn, G. Caruso, F.J. Buytendijk, G. Bally i Viktor Frankl -?byli niemal
całkowicie nieznani amerykańskiej społeczności psychoterapeutycznej aż
do roku 1958, kiedy to dzięki wybitnej książce Rollo Maya Existence -
a zwłaszcza jej pierwszemu esejowi14 -?mogliśmy
się zapoznać z ich pracami.
Zadziwiające jednak, że dziś, dwadzieścia z górą lat po ukazaniu się
książki Maya, osobistości te mają niewielki wpływ na amerykańską
praktykę psychoterapeutyczną. Znaczą niewiele więcej niż nieznane twarze
na wyblakłych dagerotypach z rodzinnego albumu. Lekceważenie to wynikło
po części z bariery językowej: poza niektórymi pismami Binswangera,
Bossa i Frankla filozofów tych rzadko tłumaczono. Przede wszystkim
wszakże jest ono skutkiem zawiłej natury tych prac: są zanurzone w europejskim filozoficznym Weltanschauung i w efekcie nie współbrzmią
dobrze z amerykańską pragmatyczną tradycją terapeutyczną. Europejscy
analitycy egzystencjalni pozostają zatem rozproszonymi i w większości
zapomnianymi kuzynami tego egzystencjalnego podejścia do terapii, które
zamierzam opisywać. Nie korzystam tu obficie z ich prac, jedyny wyjątek
czynię dla Viktora Frankla -?myśliciela wybitnie pragmatycznego, którego
wiele prac przetłumaczono na liczne języki świata.
PSYCHOLOGOWIE HUMANISTYCZNI: KRZYKLIWI KUZYNI Z AMERYKI
Europejski egzystencjalny nurt analityczny wypływał zarówno z chęci
zastosowania pojęć filozoficznych do badań nad osobą, jak i z reakcji na
freudowski model człowieka. W Stanach Zjednoczonych analogiczny ruch
zaczął dawać o sobie znać pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku,
wyłonił się i skonsolidował w latach sześćdziesiątych i w szaleńczym
tempie rozprzestrzenił na wszystkie strony -?w siedemdziesiątych.
W latach pięćdziesiątych psychologia akademicka była już od dawna
zdominowana przez dwie znaczące szkoły. Pierwszą z nich -?najdłużej
podówczas panującą -?był pozytywistyczny naukowy behawioryzm; drugą -
psychoanaliza freudowska. Cichszy głos, który po raz pierwszy dał się
słyszeć pod koniec lat trzydziestych i w latach czterdziestych, należał
do psychologów społecznych i zajmujących się chorobami psychicznymi,
którzy znosili niewygody wspólnego egzystowania w okopach psychologii
eksperymentalnej. Tym teoretykom osobowości (należeli do nich m.in.
Gordon Allport, Henry Murray i Gardner Murphy, a później George Kelly,
Abraham Maslow, Carl Rogers i Rollo May) stopniowo robiło się coraz
ciaśniej w granicach zarówno szkoły behawiorystycznej, jak i analitycznej. Uważali, że obydwa te podejścia do osoby pomijają pewne
ważne aspekty, które z człowieka czynią człowieka -?na przykład wybór,
wartości, miłość, twórczość, samoświadomość, ludzkie możliwości. W 1950
roku założyli formalnie nową szkołę, którą nazwali psychologią
humanistyczną. Psychologia humanistyczna, zwana niekiedy "trzecią siłą"
w psychologii (po behawioryzmie i freudowskiej psychologii
analitycznej), stała się krzepką organizacją, liczba jej członków szybko
rosła, a na coroczne zjazdy przyjeżdżały tysiące specjalistów
zajmujących się zdrowiem psychicznym. W roku 1961 Amerykańskie
Towarzystwo Psychologii Humanistycznej założyło Journal of Humanistic
Psychology; w komitecie redakcyjnym znalazły się osobistości tak znane,
jak Carl Rogers, Rollo May, Lewis Mumford, Kurt Goldstein, Charlotte
Bühler, Abraham Maslow, Aldous Huxley i James Bugental.
Świeżo upieczona organizacja podjęła próbę samozdefiniowania. W roku
1962 jej członkowie ogłosili oficjalnie:
Psychologia humanistyczna zajmuje się przede wszystkim tymi zdolnościami
i możliwościami człowieka, dla których jest zbyt mało lub nie ma wcale
miejsca czy to w teorii pozytywistycznej bądź behawioryzmie, czy w klasycznej teorii psychoanalitycznej, to znaczy: miłością, twórczością,
jaźnią, rozwojem, organizmem, zaspokojeniem podstawowych potrzeb,
samorealizacją, wartościami wyższymi, stawaniem się, spontanicznością,
zabawą, humorem, uczuciem, naturalnością, ciepłem, przekraczaniem ego,
obiektywnością, autonomią, odpowiedzialnością, sensem, uczciwością,
doświadczeniem transcendentalnym, zdrowiem psychicznym oraz pojęciami im
pokrewnymi15.
W roku 1963 przewodniczący Towarzystwa, James Bugental, zaproponował
pięć podstawowych postulatów:
Człowiek jako taki jest czymś więcej niż sumą swoich części (tzn.
że do zrozumienia człowieka nie wystarczy naukowe badanie
poszczególnych jego funkcji).
Człowiek jako byt jest zanurzony w kontekście ludzkim (tzn. że do
zrozumienia człowieka nie wystarczy badanie poszczególnych jego
funkcji z pominięciem jego doświadczenia interpersonalnego).
Człowiek jest świadomy (a zatem nie może go zrozumieć psychologia,
która nie uznaje jego ciągłej, wielopoziomowej samoświadomości).
Człowiek ma wybór (nie jest biernym obserwatorem swojego
istnienia; tworzy własne doświadczenie).
Człowiek działa intencjonalnie4 (kieruje się ku
przyszłości; ma własne cele, własny system wartości i znaczeń)16.
W tych pierwszych manifestach jest wiele elementów -?antydeterminizm,
nacisk na wolność, wybór, cel, wartości, odpowiedzialność, zaangażowanie
w docenianie wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju świata doświadczenia
każdego człowieka -?bardzo ważnych dla egzystencjalnego układu
odniesienia, który przedstawiam w niniejszej książce. Nie można jednak
utożsamiać amerykańskiej psychologii humanistycznej z europejską
tradycją egzystencjalną; różni je zdecydowanie rozłożenie akcentów. W Europie tradycja egzystencjalna zawsze kładła nacisk na ludzkie
ograniczenia i tragiczny wymiar egzystencji. Być może działo się tak
dlatego, że Europejczycy żyli w znacznie większym zamknięciu
geograficznym i etnicznym, częściej byli świadkami wojen, śmierci i doświadczali niepewności istnienia. Stany Zjednoczone (i psychologia
egzystencjalna, którą spłodziły) pławiły się w Zeitgeist
ekspansywności, optymizmu, nieograniczonych horyzontów i pragmatyzmu.
Zgodnie z tym duchem importowana forma myśli egzystencjalnej ulegała
systematycznym zmianom. Na każdym z najważniejszych założeń położono
charakterystyczny dla Nowego Świata akcent. Europejczycy koncentrują się
na ograniczeniach, na stawianiu czoła wyzwaniom i przyjmowaniu lęku
związanego z niepewnością i niebyciem. Z drugiej strony psychologowie
humanistyczni mówią mniej o ograniczeniach i zamknięciu, a więcej o rozwoju możliwości; mniej o akceptacji, a więcej o świadomości; mniej o lęku, a więcej o doświadczeniu szczytowym i oceanicznej jedności; mniej
o sensie życia, a więcej o samorealizacji; mniej o oddaleniu i podstawowej izolacji, a więcej o relacji Ja-Ty i o spotkaniu.
W latach sześćdziesiątych XX wieku ruchy kontrkulturowe wraz z towarzyszącymi im zjawiskami społecznymi -?walką o wolność słowa,
dziećmi kwiatami, kulturą narkotykową, ruchem działaczy na rzecz
realizacji potencjału ludzkiego, rewolucją seksualną -?wchłonęły nurt
psychologii humanistycznej. Zjazdy Towarzystwa w krótkim czasie
upodobniły się do festynów. Pojemny namiot psychologii humanistycznej
był w każdym razie gościnny i szybko znalazła w nim dla siebie miejsce
oszałamiająca liczba szkół tak różnorodnych, że ledwie mogły ze sobą
rozmawiać nawet w istniejącym podówczas egzystencjalnym esperanto. Na
arenę wkroczyły terapia Gestalt, terapia transpersonalna, grupy
spotkaniowe, medycyna holistyczna, psychosynteza, sufizm i wiele, wiele
innych grup. Związane z nowymi trendami wartości wywarły znaczny wpływ
na psychoterapię. Kładziono nacisk na hedonizm ("jeśli ci z tym dobrze,
rób to"), na antyintelektualizm (uznanie wszelkich podejść poznawczych
za "robienie wody z mózgu"), na indywidualne spełnienie ("zajmowanie się
sobą", "doświadczenie szczytowe") i na samorealizację (wiara w to, że
człowiek może osiągnąć doskonałość, jest wspólna większości psychologów
humanistycznych, z wyjątkiem Rollo Maya silnie osadzonego w tradycji
filozofii egzystencjalnej).
Te mnożące się szybko nurty, zwłaszcza antyintelektualne, w niedługim
czasie doprowadziły do rozwodu między psychologią humanistyczną a społecznością akademicką. Psychologowie humanistyczni zajmujący szacowne
akademickie stanowiska poczuli się niezręcznie w towarzystwie nowych
kolegów i stopniowo się od nich poodsuwali. Fritz Perls, sam daleki od
bronienia dyscypliny, wyraził głębokie zaniepokojenie "pobudzaczami",
"brakiem ograniczeń" i "świadomością zmysłową w pigułce"17, a trzech pierwszych intelektualnych przywódców
ruchu -?May, Rogers i Maslow -?zwątpiwszy w wartość irracjonalnych jego
nurtów, stopniowo wycofało się z aktywnej działalności.
Psychoterapia egzystencjalna jest zatem luźno związana z psychologią
humanistyczną. Łączy je wszakże wiele podstawowych założeń, a liczni
psychologowie humanistyczni przyjęli orientację egzystencjalną. Spośród
tych ostatnich często będę cytował w tej książce Maslowa, Perlsa,
Bugentala, Bühler, a zwłaszcza Rollo Maya.
PSYCHOANALITYCY HUMANISTYCZNI: PRZYJACIELE RODZINY
Pozostaje jeszcze grupa, którą nazwę "przyjaciółmi rodziny" i która
wcześnie się oddzieliła od opisanych wyżej gałęzi genealogicznych. Choć
jej członkowie nigdy nie uważali się za klan, w ich pracy można znaleźć
wiele podobieństw. Najważniejsze postacie z tej grupy -?Otto Rank, Karen
Horney, Erich Fromm i Hellmuth Kaiser -?szkoliły się w europejskiej
freudowskiej tradycji analitycznej, ale wyemigrowały do Ameryki; i wszystkie, z wyjątkiem Ranka, zanurzywszy się już w amerykańskiej
społeczności intelektualnej, wywarły na nią przemożny wpływ. Każde z nich przeciwstawiało się opartemu na popędach freudowskiemu modelowi
zachowania człowieka i każde zaproponowało ważne poprawki. Chociaż ich
prace miały szeroki zakres, wszyscy przez jakiś czas kierowali uwagę na
pewne aspekty terapii egzystencjalnej. Rank, którego wpływ znacznie
wzrósł dzięki błyskotliwym przekładom Ernesta Beckera, kładł nacisk na
wolę i lęk przed śmiercią; Horney -?na zasadniczą rolę przyszłości jako
czynnika kształtującego zachowanie (jednostki nie kształtują i nie
determinują wydarzenia przeszłe; motywują ją do działania zamiary,
ideały i cele); Fromm po mistrzowsku naświetlił znaczenie, jakie mają
dla zachowania wolność i strach przed nią; podczas gdy Kaiser zajmował
się odpowiedzialnością i izolacją.
Oprócz tych najważniejszych gałęzi filozofii, psychologii humanistycznej
i humanistycznie zorientowanej psychoanalizy genealogiczne drzewo
terapii egzystencjalnej ma też inną ważną odnogę złożoną z wielkich
pisarzy, którzy nie mniej wnikliwie niż ich zawodowa brać badali i wyjaśniali kwestie egzystencjalne. Dlatego głosy Dostojewskiego,
Tołstoja, Kafki, Sartre'a, Camusa i wielu innych dadzą się często
słyszeć z kart tej książki. Wielka literatura -?wskazywał Freud w swoim
omówieniu Króla Edypa18 - trwa, ponieważ
zawarta w niej prawda przemawia do czytelnika. Prawda fikcyjnych postaci
nas porusza, ponieważ jest naszą prawdą. A ponadto z wielkich dzieł
literackich uczymy się czegoś o nas samych, są one bowiem boleśnie
szczere -?tak szczere, jak szczere są wszelkie dane kliniczne: wielki
powieściopisarz ukazuje przecież samego siebie, nawet jeśli musiał swoją
osobowość podzielić między wiele postaci. Thornton Wilder napisał
niegdyś: "Gdyby królowa Elżbieta, Fryderyk Wielki lub Ernest Hemingway
przeczytali kiedyś swoje biografie, westchnęliby z ulgą: "Ach. Mój
sekret ciągle jest bezpieczny!". Gdyby jednak Natasza Rostowa
przeczytała Wojnę i pokój, z twarzą ukrytą w dłoniach zakrzyknęłaby:
"Skąd wiedział? Skąd on to wiedział?""19.
Terapia egzystencjalna i społeczność akademicka
Wcześniej porównałem terapię egzystencjalną z bezdomnym dzieckiem,
którego nie wpuszczają na lepsze akademickie pokoje. Brak wsparcia ze
strony akademickiej psychiatrii i psychologii ma istotne znaczenie dla
terapii egzystencjalnej, instytucje akademickie bowiem kontrolują
wszystkie drogi, którymi płyną środki na rozwój dyscyplin klinicznych:
szkolenie praktyków i teoretyków, zdobywanie funduszy, przyznawanie
licencji oraz publikacje w czasopismach.
Warto się przez moment zastanowić, dlaczego establishment akademicki
objął podejście egzystencjalne taką kwarantanną. Odpowiedź na to pytanie
sprowadza się do kwestii podstaw wiedzy: skąd wiemy to, co wiemy? Obie,
psychiatria i psychologia akademicka, wyrastają z tradycji
pozytywistycznej i za jedynie słuszną metodę walidacji wiedzy uznają
badania empiryczne.
Rozważmy drogę kariery typowego akademika (i mówię tu nie tylko na
podstawie obserwacji, lecz również dwudziestu lat własnego doświadczenia
akademickiego): młody wykładowca albo asystent dostaje pracę, ponieważ
się wykazał uzdolnieniami i zapałem do badań empirycznych, a później
nagradza się go i awansuje za starannie przeprowadzone badania. Podstawą
do uzyskania jakże istotnego stałego etatu jest liczba badań
empirycznych opublikowanych w szacownych czasopismach naukowych. Inne
czynniki, takie jak zdolności dydaktyczne, książki nienaukowe, rozdziały
książek i eseje, mają znaczenie zdecydowanie drugorzędne.
Niezwykle trudno wykuć karierę akademicką z badań empirycznych nad
kwestiami egzystencjalnymi. Charakter podstawowych założeń terapii
egzystencjalnej sprawia, że albo nie daje się do nich zastosować
metodologii empirycznej, albo jest ona po prostu niewłaściwa.
Metodologia badań empirycznych wymaga na przykład rozłożenia
skomplikowanego organizmu na części składowe dostatecznie proste, by
można je było zbadać. Jednakże ta fundamentalna reguła przeczy
podstawowej zasadzie egzystencjalnej. Dla ilustracji przytoczę
opowiastkę usłyszaną od Viktora Frankla20.
Dwóch sąsiadów wdało się w zażarty spór. Jeden twierdził, że kot
drugiego zżarł mu masło, i domagał się stosownej rekompensaty. Nie mogąc
rozwiązać problemu, wzięli kota i udali się do wioskowego mędrca.
Mędrzec zapytał oskarżyciela: "Ile masła zjadł kot?". "Dziesięć funtów"
-?brzmiała odpowiedź. Mędrzec postawił kota na wadze. A to dopiero! Kot
ważył dokładnie dziesięć funtów. "Rzecz to osobliwa!" -?zakrzyknął
mędrzec. "Oto mamy masło. Ale gdzie jest kot?"
Gdzie jest kot? Wszystkie części zebrane razem nie odtworzą stworzenia.
Zgodnie z podstawowym credo psychologii humanistycznej "człowiek jako
taki jest czymś więcej niż sumą swoich części". Jakkolwiek dogłębnie
zrozumielibyśmy poszczególne części umysłu -?na przykład świadomość i nieświadomość, superego, ego i id -?nadal nie pojmiemy
najważniejszego decydującego czynnika: osoby, do której ta nieświadomość
(czy superego, id bądź ego) należy. A ponadto podejście empiryczne
nigdy nam nie pomoże się dowiedzieć, jakie znaczenie ma dla danego
człowieka ta jego psychiczna struktura. Badając części składowe, nigdy
nie poznamy znaczenia, znaczenie bowiem nie ma przyczyny; znaczenie
tworzy osoba, która wszystkimi swoimi częściami włada.
W podejściu egzystencjalnym wszakże tkwi, z punktu widzenia badań
empirycznych, problem jeszcze bardziej podstawowy niż "Gdzie jest kot?".
Wspomina o nim Rollo May, gdy definiuje egzystencjalizm jako "dążenie do
zrozumienia człowieka poprzez próbę wyjścia poza podział na podmiot i przedmiot -?podział, który nękał myśl i naukę zachodnią od zmierzchu
Odrodzenia"21.
"Podział na podmiot i przedmiot" -?przyjrzyjmy się temu bliżej.
Stanowisko egzystencjalne stawia wyzwanie tradycyjnemu kartezjańskiemu
poglądowi na świat pełen przedmiotów oraz podmiotów, które te przedmioty
postrzegają. To oczywiście podstawowa przesłanka metody naukowej:
istnieją przedmioty o skończonej liczbie cech, które można zrozumieć za
pośrednictwem obiektywnych badań. Stanowisko egzystencjalne wychodzi
poza ten podmiotowo-przedmiotowy podział i osobę uważa nie za podmiot,
który może postrzegać i, w stosownych okolicznościach, postrzega
rzeczywistość zewnętrzną, lecz za świadomość, która uczestniczy w konstruowaniu rzeczywistości. By podkreślić ten punkt widzenia,
Heidegger zawsze mówił o bycie jako o Dasein. Da ("tu") oznacza, że
osoba jest tu, jest ukonstytuowanym obiektem ("ego empirycznym"), ale
zarazem konstytuuje świat (to znaczy jest "ego transcendentalnym").
Dasein jest zarazem tym, kto nadaje znaczenie, i tym, co jest
poznawane. Każde Dasein zatem konstytuuje własny świat; badanie
wszystkich bytów za pomocą jakiegoś standardowego narzędzia, jakby
wszystkie zamieszkiwały ten sam obiektywny świat, oznacza wprowadzanie
do obserwacji monumentalnego błędu.
Należy wszakże pamiętać, że kłopoty z empirycznymi badaniami nad
psychoterapią nie ograniczają się jedynie do orientacji egzystencjalnej
-?są tu tylko lepiej widoczne. W tej mierze, w jakiej terapia jest
doświadczeniem głęboko osobistym i ludzkim, empiryczne studia nad
psychoterapią prowadzoną zgodnie z zasadami dowolnej szkoły będą zawsze
zawierały błąd, a ich wartość będzie ograniczona. Wiadomo powszechnie,
że w ciągu swej trzydziestoletniej historii badania nad psychoterapią
wywarły nikły wpływ na praktykę terapeutyczną. W istocie -?jak ze
smutkiem zauważył Carl Rogers, prekursor badań empirycznych nad
psychoterapią -?nawet sami badacze nie traktują swych badań dostatecznie
poważnie, by zmienić własne podejście do psychoterapii22.
Wiadomo też, że większość klinicystów zarzuca badania empiryczne, gdy
tylko skończą pisanie dysertacji i otrzymają stałą pracę. Jeśli badania
empiryczne są wartościowym sposobem poszukiwania i znajdowania prawdy,
to dlaczego psychologowie i psychiatrzy zaraz po spełnieniu wymagań
akademickich na zawsze porzucają swoje tablice z liczbami losowymi? Moim
zdaniem w miarę dojrzewania klinicysta zaczyna sobie zdawać sprawę, że z empirycznymi badaniami nad psychoterapią wiążą się olbrzymie problemy.
Niech za przykład posłuży osobiste doświadczenie. Kilka lat temu
prowadziłem wraz z dwoma kolegami duży program badawczy nad przebiegiem
i wynikami pracy w grupach spotkaniowych. Rezultaty opublikowaliśmy w książce zatytułowanej Encounter Groups: First Facts23, która od razu została okrzyknięta wzorem precyzji
w pracy klinicznej i którą wielu psychologów humanistycznych ostro
zaatakowało. W istocie jeden numer wspomnianego wyżej Journal of
Humanistic Psychology został poświęcony miażdżącej krytyce naszej
publikacji. Moi koledzy napisali zdecydowane odpowiedzi na tę krytykę,
ja jednak nie chciałem się do nich przyłączyć. Przede wszystkim
pochłaniało mnie już wówczas całkowicie pisanie niniejszej książki. Było
jednak coś jeszcze: w głębi duszy wątpiłem w sensowność naszych badań -
nie z tych przyczyn, z jakich byliśmy atakowani, lecz z innego powodu.
Nie mogłem uwierzyć, że stosując wysoce techniczne, skomputeryzowane
podejście statystyczne, zdołaliśmy adekwatnie opisać prawdziwe
doświadczenie uczestników. Niepokoił mnie zwłaszcza jeden wynik uwikłany
w istotę metodologii zastosowanej w naszej pracy24: wykorzystaliśmy olbrzymią baterię narzędzi
psychologicznych, by ocenić, jak bardzo się zmienił każdy uczestnik grup
spotkaniowych. Dane do oceny efektu czerpaliśmy z czterech różnych
źródeł: (1) od samego uczestnika, (2) od prowadzącego grupę, (3) od
współuczestników i (4) sieci społecznej, do której należał badany. Otóż
korelacja między tymi czterema skalami była równa zeru! Innymi słowy,
różne źródła informacji na temat tego, kto się zmienił i jak, zgadzały
się ze sobą w stopniu zerowym.
Cóż, istnieją oczywiście sposoby "przetwarzania" tego rodzaju wyników,
pozostaje jednak faktem, że ocena skutków terapii ma charakter wysoce
względny i w znacznej mierze zależy od źródła informacji. Nie można też
powiedzieć, by problem ten wystąpił jedynie w naszym programie: jest on
plagą wszystkich badań nad efektami psychoterapii. Im więcej metod użyje
badacz, tym mniej jest pewien uzyskanych rezultatów!
Jak badacze radzą sobie z tym problemem? Jedną z metod jest zwiększenie
rzetelności przez zadanie mniejszej liczby pytań i poleganie na
pojedynczym źródle danych. Innym powszechnie stosowanym sposobem jest
unikanie kryteriów "miękkich" lub subiektywnych i poleganie wyłącznie na
kryteriach obiektywnych, takich jak ilość spożywanego alkoholu, liczba
sytuacji, gdy jeden z małżonków przerywa drugiemu w określonej jednostce
czasu, liczba kęsów jedzenia, skórna reakcja galwaniczna czy nabrzmienie
członka podczas oglądania slajdów przedstawiających nagie dziewczęta
albo chłopców. Biada wszakże badaczowi, który próbuje mierzyć takie
ważne czynniki, jak zdolność do miłości czy troski o drugiego człowieka,
radość życia, wytrwałość, hojność, żywiołowość, autonomia,
spontaniczność, poczucie humoru, odwaga bądź zaangażowanie. W badaniach
nad psychoterapią raz po raz natykamy się na ten sam podstawowy fakt:
precyzja wyników jest wprost proporcjonalna do banalności badanych
zmiennych. Dziwny rodzaj nauki!
Jaka jest inna możliwość? Metodą właściwą dla rozumienia świata
wewnętrznego drugiego człowieka jest metoda "fenomenologiczna" -
docieranie do zjawisk jako takich, spotkanie z człowiekiem bez
pośrednictwa "wystandaryzowanych" narzędzi i założeń. Na ile to tylko
możliwe, należy "wziąć w nawias" własny punkt widzenia i wejść w świat
doświadczenia drugiego człowieka. Psychoterapia stwarza znakomitą okazję
do takiego poznawania innej osoby: każdy dobry psychoterapeuta próbuje
wejść w tego rodzaju relację z pacjentem. To właśnie się rozumie przez
empatię, obecność, prawdziwe słuchanie, nieoceniającą akceptację lub
postawę "zdyscyplinowanej naiwności" -?by użyć trafnego wyrażenia Rollo
Maya25. Terapeuci egzystencjalni zawsze
nalegali, by zamiast się koncentrować na tym, jak pacjent odbiega od
"norm", próbować rozumieć jego prywatny świat. Jednakże ta
fenomenologiczna, z definicji nieempiryczna postawa stawia olbrzymie i,
jak dotychczas, nierozwiązane problemy przed badaczem, który w swojej
pracy dąży do osiągnięcia wysoce naukowych standardów.
Mimo wszystkich tych zastrzeżeń ja sam podczas moich zawodowych szkoleń
nabrałem przekonania, że warto się przyjrzeć istniejącym badaniom
dotyczącym każdej z czterech podstawowych trosk egzystencjalnych:
śmierci, wolności, izolacji i braku sensu. Starannie przeprowadzone
badania mogą bowiem, rzecz jasna, rzucić światło na kilka ważnych
obszarów. Z badań możemy się na przykład dowiedzieć, jak często pacjenci
są jawnie zatroskani sprawami egzystencjalnymi albo jak często terapeuci
zauważają te troski.
Wieloma egzystencjalnymi tematami badacze nigdy się bezpośrednio nie
zajmowali, sięgnąłem więc po badania tematów zbliżonych, które mogą mieć
znaczenie dla interesującej nas kwestii. Na przykład w rozdziale 6
omawiam badania nad umiejscowieniem kontroli, ponieważ temat ten wiąże
się z zagadnieniami odpowiedzialności i woli.
Inne tematy, z omówionych już przyczyn, nie poddają się badaniom
empirycznym. Badacze wyodrębnili zatem poszczególne problemy częściowe,
które łatwiej badać. Istnieje na przykład, jak zobaczymy, wiele skal
"lęku przed śmiercią" przeznaczonych do badania strachu, jednak czynią
to one w sposób tak powierzchowny i oparty na normach, że niewiele z nich wynika. Przypomina mi to historyjkę o człowieku, który nocą szukał
zgubionych kluczy nie w ciemnej alejce, gdzie je upuścił, lecz pod
latarnią, gdzie było jaśniej. Cytuję te badania częściowe ze stosownymi
zastrzeżeniami.
Wciąż jednak pozostają obszary, gdzie wiedza musi mieć charakter
intuicyjny. Pewne prawdy egzystencjalne są tak jasne i pewne, że
potwierdzenie w postaci logicznej argumentacji czy wyników badań
empirycznych wydaje się całkiem zbędne. Podobno Karl Lashley,
neuropsycholog, powiedział kiedyś: "Jeśli nauczysz psa grać na
skrzypcach, nie potrzebujesz kwartetu skrzypcowego, by tego dowieść".
Starałem się pisać tę książkę stylem dostatecznie jasnym i wolnym od
żargonu, by uczynić ją zrozumiałą dla laika, lecz adresuję ją przede
wszystkim do studentów i praktykujących psychoterapeutów. Należy
zauważyć, że choć nie zakładam, iż czytelnik ma wykształcenie
filozoficzne, przyjmuję, że dysponuje wiedzą kliniczną. Zgodnie z moim
zamiarem książka ta nie ma być dla nikogo ani pierwszym, ani kompletnym
podręcznikiem psychoterapii i oczekuję, że czytelnik zna konwencjonalne
systemy interpretacji klinicznej. Dlatego gdy opisuję zjawiska kliniczne
z egzystencjalnego punktu widzenia, nie zawsze proponuję alternatywne
sposoby ich wyjaśnienia. Uważam, że moim zadaniem jest opisanie
spójnego, opartego na troskach egzystencjalnych podejścia
psychoterapeutycznego, w którym znajdzie się jasno określone miejsce
dla procedur i tak przez większość terapeutów stosowanych.
Nie ma to być jedynie słuszna teoria psychopatologii i psychoterapii.
Przedstawiam tu natomiast pewien paradygmat, konstrukt psychologiczny
dostarczający systemu wyjaśnień klinicznych -?systemu, który pozwala
nadać sens szerokiemu wachlarzowi danych klinicznych i sformułować
systematyczną strategię psychoterapeutyczną. Paradygmat ten ma znaczną
moc wyjaśniającą; jest oszczędny (tzn. opiera na względnie niewielkiej
liczbie założeń) i dostępny (tzn. założenia te opierają się na
doświadczeniach intuicyjnie dostępnych każdemu w procesie introspekcji).
A ponadto jest to paradygmat humanistyczny, spójny z głęboko ludzką
naturą przedsięwzięcia psychoterapeutycznego.
Nie jest to wszakże jedyny właściwy paradygmat, lecz jeden z wielu -
użyteczny dla niektórych pacjentów, ale nie dla wszystkich; do
zastosowania przez niektórych terapeutów, ale nie przez wszystkich.
Orientacja egzystencjalna to jedno z możliwych podejść klinicznych.
Przeorganizowuje dane kliniczne, ale -?podobnie jak inne paradygmaty -
nie ma wyłącznej hegemonii ani mocy wyjaśnienia każdego zachowania.
Istota ludzka jest zbyt złożona i ma zbyt wiele możliwości, by można
było ją objaśniać za pomocą jednego tylko zbioru pojęć.
Istnienie jest nieubłaganie wolne i dlatego niepewne. Instytucje
kulturowe i konstrukty psychologiczne często przesłaniają ten stan
rzeczy, jednakże konfrontacja z sytuacją egzystencjalną przypomina nam,
że paradygmaty to stworzone przez nas, cienkie jak bibułka zapory, które
mają nas chronić przed bólem niepewności. Dojrzały terapeuta -
niezależnie od tego, czy stosuje podejście egzystencjalne, czy
jakiekolwiek inne -?musi umieć tolerować tę podstawową niepewność.
ROZDZIAŁ 2
ŻYCIE, ŚMIERĆ I LĘK
"Nie drap, gdzie nie swędzi" -?doradzał wielki Adolph Meyer pokoleniu
studentów psychiatrii1. Czyż powiedzenie to nie
jest znakomitym argumentem przeciwko badaniu stosunku pacjenta do
śmierci? Czy pacjenci nie mają dość własnych strachów i niepokojów? Czy
terapeuta musi jeszcze przypominać im o najbardziej ponurym z życiowych
horrorów? Po co się koncentrować na rzeczywistości gorzkiej i nieodwracalnej? Jeśli celem terapii jest wzbudzanie nadziei, po co
przywoływać odbierającą nadzieję śmierć? W terapii człowiek ma się
uczyć, jak żyć. Czemuż więc nie pozostawić śmierci umierającym?
Argumenty te wymagają odpowiedzi i zajmę się nimi w tym rozdziale; będę
twierdził, że śmierć swędzi bez przerwy, że nasz stosunek do śmierci
wpływa na to, jak żyjemy i się rozwijamy, i na to, jak się załamujemy i chorujemy. Zbadam dwa podstawowe twierdzenia, z których płyną ważne
implikacje dla praktyki psychoterapeutycznej:
Życie i śmierć wzajem od siebie zależą; istnieją jednocześnie, a nie
jedno po drugim; śmierć stale pomrukuje groźnie pod powierzchnią
życia i wywiera przemożny wpływ na doświadczenie i zachowanie.
Śmierć jest pierwotnym źródłem lęku i, w efekcie, najważniejszą
skarbnicą psychopatologii.
Wzajemna zależność między życiem a śmiercią
Szacowna tradycja intelektualna, sięgająca wstecz do początków myśli
pisanej, podkreśla nieuchronny związek życia ze śmiercią. Jedna z najoczywistszych prawd życiowych brzmi: wszystko przemija, boimy się
przemijania i mimo to musimy żyć ze świadomością przemijania i z naszym
strachem. Śmierć -?powiadali stoicy -?jest najważniejszym wydarzeniem w życiu. Nauczyć się dobrze żyć to nauczyć się dobrze umierać; i odwrotnie: nauczyć się dobrze umierać to nauczyć się dobrze żyć.
"Filozofować jest nie co insze, jeno gotować się do śmierci" -?rzekł
Cyceron2, a Seneka: "Kto by nauczył ludzi
umierać, nauczyłby ich żyć"3. Tę samą ideę
wyraził Święty Augustyn: "To warunek waszego stworzenia; śmierć wasza
jest cząstką was samych"4.
Nie sposób pozostawić śmierci umierającym. Biologiczna granica między
życiem a śmiercią jest względnie precyzyjna, jednak pod względem
psychologicznym życie i śmierć zlewają się w jedno. Śmierć jest faktem
życiowym; krótka refleksja wystarczy, by spostrzec, że śmierć nie jest
po prostu ostatnim momentem życia. "Z chwilą narodzin zaczynamy umierać
i początek zahacza się o koniec" (Manilius)5.
Montaigne w swoim wnikliwym eseju o śmierci pytał: "Czemu obawiasz się
ostatniego dnia? Nie więcej przyczynia się do twej śmierci niż wszystkie
inne. Ostatni krok nie wywołuje znużenia; dobywa je tylko na jaw"6.
Mógłbym dalej przytaczać ważne cytaty. Byłoby to zadanie łatwe i szalenie kuszące. Niemal każdy wielki myśliciel (zazwyczaj w młodości
lub pod koniec życia) zastanawiał się głęboko nad śmiercią i o śmierci
pisał; i wielu dochodziło do wniosku, że śmierć jest nieodłączną częścią
życia i że rozważania nad śmiercią wzbogacają życie, zamiast je zubażać.
Śmierć fizyczna unicestwia człowieka, ale idea śmierci go zbawia.
Ta ostatnia myśl jest tak ważna, że warto ją powtórzyć: śmierć
fizyczna unicestwia człowieka, ale idea śmierci go zbawia. Co jednak
dokładnie znaczy to stwierdzenie? I zbawia go od czego?
Przelotne spojrzenie na najważniejsze pojęcie filozofii egzystencjalnej
może nam sprawę rozjaśnić. Martin Heidegger w 1926 roku zastanawiał się,
jak idea śmierci może zbawić człowieka, i doszedł do ważnego wniosku:
świadomość osobistej śmierci działa jak ostroga, której ukłucie przenosi
nas z jednego sposobu istnienia w inny, wyższy. Zdaniem Heideggera
człowiek może istnieć w świecie w jednym z dwóch stanów: (1) w stanie
zapominania o sobie lub (2) w stanie świadomości siebie7.
Człowiek w stanie zapominania o sobie żyje w świecie rzeczy i zanurza
się w codziennych rozrywkach życia: jest "zepchnięty na niższy poziom",
zaabsorbowany "gadaniną", zagubiony w "oni". Poddaje się codzienności,
zajmuje się tym, jak rzeczy są.
W tym drugim stanie, stanie świadomości siebie, człowiek się zadziwia
nie tym, jak rzeczy są, lecz że są; wówczas istnienie oznacza
nieustanną świadomość bycia. Stan ten często bywa nazywany "stanem
ontologicznym" (od greckiego ontos, czyli istnienie): człowiek
pozostaje świadom bycia -?nie tylko świadom jego kruchości, lecz także
(jak to omówię w rozdziale 6) własnej odpowiedzialności za swoje bycie.
Jedynie w tym ontologicznym stanie człowiek jest w kontakcie z samokreacją i dlatego tylko tu może znaleźć siłę, by się zmieniać.
Zazwyczaj człowiek żyje w pierwszym z tych stanów. Zapomnienie bycia to
codzienny sposób istnienia. Heidegger nazywa go "nieprawdziwym":
człowiek jest nieświadom tego, że jest autorem własnego życia i świata,
w którym "ucieka", "upada" i jest znieczulony, w którym unika
dokonywania wyborów, dając się "nieść nikomu"8.
Gdy jednak przejdzie do drugiego sposobu bycia (świadomości bycia),
istnieje prawdziwie (stąd częste współcześnie w psychologii użycie słowa
"autentyczność"). W tym stanie zyskuje pełną samoświadomość -?świadomość
siebie jako ego transcendentalnego (konstytuującego), jak i ego
empirycznego (ukonstytuowanego); akceptuje swoje możliwości i ograniczenia; stawia czoło absolutnej wolności i nicości -?i lęka się w ich obliczu.
No dobrze, a co śmierć ma z tym wszystkim wspólnego? Heidegger zauważył,
że aby przejść ze stanu zapomnienia o sobie do bardziej oświeconego,
pełnego lęku stanu świadomości siebie, nie wystarczy kontemplacja,
usilne dążenie czy zaciskanie zębów. Istnieją pewne niezbywalne,
nieodwracalne warunki, pewne "nagłe wstrząsy", które człowiekiem
szarpią, wyrywają go z pierwszego, codziennego stanu istnienia i przenoszą do stanu świadomości. Wśród takich nagłych wstrząsów (Jaspers
później nazwał je "sytuacjami granicznymi"9)
śmierć nie ma sobie równych: śmierć jest tym warunkiem, który
umożliwia nam życie życiem autentycznym.
Ten punkt widzenia -?że śmierć wnosi do życia pozytywny wkład -?niełatwo
przyjąć. Zazwyczaj uznajemy śmierć za zło bezwzględne i wszelkie
odmienne poglądy odrzucamy jako marny żart. Dziękujemy bardzo, świetnie
sobie damy radę bez tej plagi.
Zawieśmy jednak na chwilę oceny i wyobraźmy sobie życie bez śmierci.
Traci ono wówczas coś ze swej intensywności. Kurczy się, gdy odrzucamy
śmierć. Freud -?choć z powodów, które niebawem omówię, niewiele mówił o śmierci -?uważał, że przemijalność życia zwiększa naszą z niego radość.
Ograniczone możliwości przeżywania radości podnoszą jej wartość. Podczas
pierwszej wojny światowej w jednej z prac napisał, że powab wojny polega
na tym, iż przywraca ona śmierć życiu: "Życie doprawdy stało się
znowu interesujące, odzyskało swą pełną treść"10. Gdy wykluczy się śmierć, gdy człowiek traci z oczu
stawkę, o jaką chodzi, życie ubożeje i -?pisał Freud -?"staje się puste,
wyzute z treści niczym amerykański flirt, w którym -?w przeciwieństwie
do europejskiej relacji miłosnej, której uczestnicy cały czas muszą
zdawać sobie sprawę z poważnych konsekwencji -?już z góry wiadomo, że do
niczego nie dojdzie"11.
Wielu myślicieli wysuwało przypuszczenie, że nieobecność faktu
śmierci, podobnie jak nieobecność jej idei, prowadziłaby do stępienia
wrażliwości. Na przykład w Amfitrionie 38, sztuce francuskiego
dramaturga Jeana Giraudoux, jest scena, w której rozmawiają ze sobą
nieśmiertelni bogowie. Jowisz opowiada Merkuremu, jak to jest pod
ziemską postacią kochać się ze śmiertelną kobietą:
Alkmena się nie zapala. [...] Mało ma wyobraźni i zapewne niewiele
więcej inteligencji. Ale jest w niej jakaś niezłomność i ograniczoność,
prawdopodobnie głęboko ludzka. Jej życie jest pryzmatem, w którym
wspólne dziedzictwo bogów i ludzi: odwaga, miłość, namiętność,
przełamuje się w cnoty czysto ludzkie: stałość, łagodność, wierność; tu
już nasza władza nie sięga12.
Podobnie Montaigne przedstawia rozmowę, w której Chiron, pół bóg, pół
śmiertelnik, odrzuca nieśmiertelność, gdy jego ojciec, Saturn (bóg czasu
i trwania), opisuje mu konsekwencje wyboru:
Wyobraźcie sobie w rzeczy, o ile by życie wiekuiste było nieznośniejsze
i uciążliwsze dla człowieka niźli to życie, które mu dałem. Gdybyście
nie mieli śmierci, przeklinalibyście mnie bez ustanku, iż was jej
pozbawiłem: umyślnie zaprawiłem ją odrobiną goryczy chcąc was
powstrzymać, byście, widząc dobro, jakie z sobą niesie, zbyt chciwie i niepomiarkowanie nie rzucali się ku niej. Aby was zachować w tym
umiarkowaniu, iżbyście nie uciekali od życia, ani nie chronili się w śmierci, zawiesiłem jedno i drugie między słodyczą a gorzkością13.
Nie zamierzam się przyłączać do żadnego z nekrofilnych kultów ani bronić
negującej życie patologii. Nie wolno jednak zapominać, iż nasz
podstawowy dylemat polega na tym, że każde z nas jest zarazem aniołem i bestią; jesteśmy stworzeniami śmiertelnymi, a ponieważ jesteśmy
świadomi, wiemy, że jesteśmy śmiertelni. Negowanie śmierci na
jakimkolwiek poziomie równa się negowaniu naszej podstawowej natury i nakłada coraz silniejsze ograniczenia na świadomość i doświadczenie.
Zintegrowanie idei śmierci nas zbawia; zamiast skazywać nas na
egzystencję pogrążoną w przerażeniu i czarnym pesymizmie, działa jak
katalizator i rzuca w autentyczniejszy sposób życia, czyni przyjemność z życia silniejszą. Potwierdzeniem tego poglądu są świadectwa ludzi,
którzy przeżyli spotkanie ze śmiercią.
KONFRONTACJA ZE ŚMIERCIĄ: ZMIANA OSOBISTA
Niektóre z największych dzieł literackich ukazują pozytywny wpływ, jaki
na człowieka może wywrzeć bliskie spotkanie ze śmiercią.
W Wojnie i pokoju Tołstoja znajdujemy znakomitą ilustrację radykalnej
zmiany osobistej zapoczątkowanej przez śmierć. Jeden z bohaterów,
Pierre, czuje, że bezsensowne, puste życie rosyjskiej arystokracji go
otępia. Jak zbłąkana dusza snuje się przez pierwszych dziewięćset stron
powieści w poszukiwaniu jakiegoś sensu życia. Punktem kulminacyjnym jest
moment, gdy dostawszy się do niewoli napoleońskiej, zostaje skazany na
śmierć przez rozstrzelanie. Kiedy jako szósty w kolejności obserwuje
egzekucję pięciu swoich poprzedników, w ostatniej chwili przychodzi
nieoczekiwane ułaskawienie14. To doświadczenie
przemienia Pierre'a, który na kolejnych trzystu stronach powieści
odnajduje radość i cel życia. Pełniej angażuje się w relacje z ludźmi,
staje się wrażliwszy na swoje naturalne otoczenie, odkrywa dla siebie
sensowne zadanie życiowe i temu zadaniu się poświęca5.
Opowiadanie Tołstoja Śmierć Iwana Iljicza zawiera podobny przekaz15. Iwan Iljicz, małoduszny biurokrata, zapada na
śmiertelną chorobę, prawdopodobnie raka brzucha, i cierpi straszliwe
bóle. Jego katusze trwają aż do chwili, gdy na krótko przed śmiercią
odkrywa oszałamiającą prawdę: umiera źle, bo źle żył. W ciągu niewielu
dni, jakie mu pozostały, przechodzi dramatyczną przemianę, którą trudno
nazwać inaczej niż rozwojem osobistym. Gdyby był pacjentem, jego
terapeuta promieniałby dumą: Iwan Iljicz odnosi się teraz do innych
ludzi z większą empatią; znika jego chroniczna gorycz, arogancja i wywyższanie się. Krótko mówiąc, w ciągu ostatnich paru dni życia bohater
osiąga znacznie wyższy poziom integracji niż kiedykolwiek wcześniej.
Takie zjawisko obserwuje się bardzo często w praktyce
psychoterapeutycznej. Na przykład z wywiadów z sześcioma potencjalnymi
samobójcami, którzy skoczyli z mostu Golden Gate i przeżyli, wynika, że
ten skok w śmierć zmienił ich pogląd na życie16.
Jeden z nich opowiadał: "Ogarnęła mnie wola życia... Jest w niebie dobry
Bóg, który przenika wszystko we wszechświecie". Inny: "Wszyscy należymy
do bóstwa -?tego wielkiego boga ludzkości". Jeszcze inny: "Teraz
odczuwam silną chęć życia... Jakbym się na nowo urodził... Wyłamałem się ze
starych schematów... Potrafię teraz odczuwać istnienie innych ludzi". I kolejny: "Teraz czuję, że kocham Boga, i chcę robić coś dla innych". I jeszcze jeden:
Wypełniła mnie nowa nadzieja i poczucie celu życia. Większość ludzi nie
jest w stanie tego pojąć. Doceniam cud życia... jak obserwowanie lotu
ptaka... wszystko nabiera większego znaczenia, kiedy o mało co tego nie
utraciłeś. Doświadczyłem poczucia jedności z wszystkimi rzeczami i zjednoczenia ze wszystkimi ludźmi. Po moim psychicznym odrodzeniu czuję
też ból innych ludzi. Wszystko było jasne i wyraźne.
Wielka jest obfitość przykładów klinicznych. Abraham Schmitt opisuje
szczegółowo przewlekle depresyjną pacjentkę, która przez czysty
przypadek przeżyła poważną próbę samobójczą, i zwraca uwagę na
"całkowity brak ciągłości między dwiema połowami jej życia" -?przed
próbą samobójczą i po niej. O swoim zawodowym kontakcie z tą pacjentką
Schmitt mówi nie jak o terapii, lecz jak o obserwowaniu drastycznej
przemiany. Jej przyjaciele, by ją opisać, używają określenia "tętniąca
życiem", mając na myśli, że "cała rozbrzmiewa życiem i entuzjazmem".
Terapeuta twierdzi, że po próbie samobójczej pacjentka jest "w kontakcie
ze sobą, ze swoim życiem i swoim mężem. Żyje teraz pełnym życiem i wypełnia życie wielu innych ludzi. [...] Rok po próbie i przemianie,
jakiej doznała, pacjentka zaszła w ciążę i urodziła dziecko -?pierwsze z kilkorga urodzonych w niedługich odstępach czasu. (Przedtem długo była
bezpłodna)"17.
Russel Noyes przebadał dwieście osób, które o włos minęły się ze
śmiercią (w wypadkach samochodowych, tonąc, podczas wspinaczki itp.), i podaje, że wiele spośród nich (23 proc.) nawet po latach mówiło, że w wyniku tego doświadczenia:
[nabrały] silnego poczucia krótkości i wartości życia [...]większego
apetytu na życie, zaczęły wyraźniej widzieć swoje najbliższe otoczenie i żywiej na nie reagować [...] nauczyły się żyć chwilą, smakować każdy
moment [...] stały się bardziej świadome życia -?życia oraz wszystkiego,
co żyje, a także potrzeby cieszenia się tym teraz, zanim będzie za
późno18.
Wielu badanych opisało "przeorganizowanie priorytetów": stali się
bardziej niż przedtem współczujący i bardziej zorientowani na innych
ludzi.
Abdul Hussain i Seymour Tozman, lekarze więzienni zajmujący się
skazanymi na śmierć, opisują przypadki trzech mężczyzn, do których
ułaskawienie dotarło w ostatniej chwili. Według autorów raportu u wszystkich trzech widoczna była głęboka przemiana osobowości i "znaczna
zmiana w postawach", która utrzymywała się podczas badania
katamnestycznego kilka miesięcy później19.
Rak: konfrontacja ze śmiercią. Chiński piktogram oznaczający "kryzys"
jest połączeniem dwóch symboli: "niebezpieczeństwa" i "możliwości". W ciągu wielu lat pracy z pacjentami śmiertelnie chorymi na raka zawsze
uderzało mnie, że dla wielu z nich kryzys i zagrożenie, jakiego
doświadczali, były okazją do zmiany. Opisują oni zaskakujące przemiany
wewnętrzne, które można scharakteryzować jedynie jako "rozwój osobisty":
Przeorganizowanie życiowych priorytetów: banalizowanie rzeczy
banalnych.
Poczucie wyzwolenia: zdolność decydowania, by nie robić rzeczy,
których się nie chce robić.
Nasilone poczucie życia w bezpośredniej teraźniejszości zamiast
odkładania go na czas emerytury lub jakiś inny moment w przyszłości.
Żywy odbiór i docenianie podstawowych faktów życia: zmian pór roku,
wiatru, spadających liści, ostatnich świąt Bożego Narodzenia i podobnych.
Głębsza niż przed kryzysem komunikacja z bliskimi.
Mniej niż przed kryzysem obaw związanych z innymi ludźmi, mniejszy
strach przed odrzuceniem, większa gotowość do podejmowania ryzyka.
Zmiany tego rodzaju opisał na krótko przed swoją śmiercią z powodu raka
senator Richard Neuberger:
Zmieniłem się, jak sądzę, nieodwracalnie. Wszystkie sprawy prestiżu,
sukcesu politycznego, statusu finansowego stały się nieważne. W ciągu
tych pierwszych godzin po tym, jak sobie zdałem sprawę, że mam raka, ani
razu nie pomyślałem o swoim miejscu w Senacie, o swoim rachunku bankowym
ani o przyszłości wolnego świata. [...] Od czasu diagnozy ani razu nie
pokłóciliśmy się z żoną. Przedtem zawsze narzekałem, że wyciska pastę do
zębów z tubki od góry zamiast od dołu, że nie dostosowuje posiłków do
mojego kapryśnego apetytu, że robi listę gości bez porozumienia ze mną,
że wydaje zbyt dużo na stroje. Teraz albo w ogóle tych rzeczy nie
zauważam, albo wydają mi się nieważne. [...]
Zamiast tego znaczenia nabrały sprawy, które kiedyś uważałem za
oczywiste: lunch z przyjacielem, drapanie Muffeta za uchem i słuchanie,
jak mruczy, towarzystwo mojej żony, czytanie książki lub gazety w stożku
światła mojej nocnej lampki, nalot na lodówkę w poszukiwaniu szklanki
soku pomarańczowego czy kawałka kawowego ciasta. Myślę, że po raz
pierwszy naprawdę smakuję życie. Zdaję sobie w końcu sprawę, że nie
jestem nieśmiertelny. Dreszcz mnie przechodzi na wspomnienie wszystkich
tych okazji, które, nawet będąc w najlepszym zdrowiu, zmarnowałem przez
fałszywą dumę, sztuczne wartości i wyimaginowane zniewagi20.
Jak często pozytywna zmiana osobista bywa następstwem konfrontacji ze
śmiercią? Ja sam miałem możność badać próbę pacjentek chorych na raka;
były to kobiety skłonne do psychologicznych rozważań, które postanowiły
szukać wsparcia w grupie dla pacjentów z nowotworami. By się dowiedzieć,
jak powszechnie występuje to zjawisko, opracowaliśmy z kolegami program
badawczy obejmujący pacjentów leczonych w warunkach czysto
medycznych21. Skonstruowaliśmy kwestionariusz do
mierzenia niektórych ze zmian osobistych i poprosiliśmy o wypełnienie go
siedemdziesiąt kolejnych pacjentek, które się zgłosiły do onkologa na
leczenie z powodu raka piersi z przerzutami (rodzaj nowotworu, który się
rozprzestrzenia na inne części ciała i którego nie da się leczyć
operacyjnie ani farmakologicznie)6. Jedna część
kwestionariusza składała się z siedemnastu stwierdzeń dotyczących
rozwoju osobistego7; każda z pacjentek miała na
pięciopunktowej skali (od "prawie nigdy" do "zawsze") ocenić prawdziwość
tych stwierdzeń w odniesieniu do dwóch okresów: "przed" chorobą i "teraz". Stwierdziliśmy, że większość badanych nie odnotowała żadnych
zmian. Jednakże w tych przypadkach, gdy pacjentka zauważała różnicę
między "przed" a "teraz", była to niemal zawsze różnica w kierunku
rozwoju, który nastąpił po zdiagnozowaniu raka. W przypadku czternastu
spośród siedemnastu stwierdzeń więcej pacjentek informowało o zmianach
pozytywnych niż negatywnych8. W niektórych punktach
widoczne były istotne różnice, na przykład w punkcie 14 ("Czuję, że mogę
innych ludzi nauczyć czegoś cennego o życiu") oceny osiemnastu pacjentek
ukazały zmiany pozytywne, a trzech -?negatywne; w punkcie 2 ("Doceniam
piękno przyrody") jedenaście pacjentek wskazało zmiany pozytywne, dwie -
negatywne. Kto by się spodziewał, że śmiertelny nowotwór może zwiększyć
liczbę "chwil głębokiego spokoju"? A jednak osiemnaście pacjentek
wskazało tego rodzaju wzrost (w przeciwieństwie do ośmiu, które w tym
przypadku dostrzegały zmianę na gorsze).
Inna część kwestionariusza dotyczyła zmiany nasilenia powszechnych obaw.
Ze standardowej listy wybrano dwadzieścia dziewięć przyczyn
strachu9 i poproszono pacjentki, by oceniły nasilenie
związanych z nimi obaw ("przed" rakiem i "teraz"). Wyniki wykazały tę
samą, choć różną co do siły tendencję do zmian w kierunku rozwojowym. W dziewięciu punktach pacjentki informowały o wzroście swoich obaw od
czasu zachorowania; w jednym punkcie liczba pacjentek, które "teraz"
bały się mniej, i tych, które bały się bardziej, była taka sama. W dziewiętnastu z dwudziestu dziewięciu punktów więcej pacjentek oceniało
swoje obawy "teraz" jako mniejsze niż "przed" zachorowaniem.
Choć w literaturze nie ma innych systematycznych badań na ten
temat10, większość terapeutów jest w stanie podać materiał
ilustracyjny ze swojej pracy klinicznej. Wielu pracowało z pacjentami,
którzy podczas terapii w taki czy inny sposób konfrontowali się ze
śmiercią, co prowadziło do gwałtownej zmiany w ich spojrzeniu na życie i do przeorganizowania priorytetów.
Schmitt miał pacjentkę, którą niewydolność nerek niemal doprowadziła do
śmierci. Po długim okresie dializ kobieta przeszła pomyślnie przeszczep
nerki i wróciła do życia z poczuciem odrodzenia fizycznego i psychicznego. Oto jak opisuje swoje doświadczenie:
Tak naprawdę mogę siebie opisać tylko tak, że myślę o sobie, że
przeżyłam dwa życia. Nawet nazywam je Kathy pierwszą i Kathy drugą.
Kathy pierwsza umarła podczas dializ. Nie wytrzymała tak długiego
trwania w obliczu śmierci. Musiała się urodzić Kathy druga. To Kathy,
która przyszła na świat w trakcie śmierci. [...] Pierwsza była
beztroskim dzieciakiem. Żyła wyłącznie bieżącą chwilą. Narzekała na
zimne jedzenie w barze, nudne wykłady z pielęgniarstwa chirurgicznego i niesprawiedliwość rodziców. Celem jej życia były weekendowe rozrywki.
[...] Przyszłość była daleka i mało ją obchodziła. Żyła błahostkami.
Ale Kathy druga -?to ja teraz. Jestem zauroczona życiem. Popatrz, jakie
piękne niebo! Jak wspaniale błękitne! Idę do ogrodu i każdy kwiat ma
takie fantastyczne kolory, że ich piękno mnie oślepia. [...] Jedno wiem
na pewno: gdybym została Kathy pierwszą, przebawiłabym całe życie i nigdy bym się nie dowiedziała, czym jest prawdziwa radość życia.
Musiałam zajrzeć w oczy śmierci, zanim się nauczyłam żyć. Musiałam
umrzeć, żeby żyć24.
Niezwykła konfrontacja ze śmiercią była punktem zwrotnym w życiu Arthura
-?pacjenta uzależnionego od alkoholu. Od jakiegoś czasu się staczał. Od
kilku lat bardzo dużo pił i nie miewał okresów trzeźwości dostatecznie
długich, by nawiązać skuteczny kontakt terapeutyczny. Wszedł do grupy
terapeutycznej i pewnego dnia pojawił się na spotkaniu tak pijany, że
stracił przytomność. Leżał nieprzytomny na kanapie, a grupa kontynuowała
spotkanie. Uczestnicy przedyskutowali, co zrobić z Arthurem, i w końcu
dosłownie zanieśli go prosto z sesji do szpitala.
Sesja ta na szczęście była nagrywana na wideo, w efekcie Arthur,
oglądając później jej zapis, przeżył dotkliwą konfrontację ze śmiercią.
Od lat wszyscy mu mówili, że się zapija na śmierć, ale dopóki nie
zobaczył nagrania, nigdy naprawdę nie dopuścił do siebie tej możliwości.
Obraz samego siebie wyciągniętego na kanapie, otoczonego rozmawiającymi
o nim uczestnikami grupy, był niemile podobny do pogrzebu jego brata
bliźniaka, który rok wcześniej zmarł z przepicia. Wyobraził sobie
czuwanie przy jego własnych zwłokach: leży wyciągnięty na stole, wokół
stoją przyjaciele i o nim rozmawiają. Ta wizja głęboko nim wstrząsnęła.
Rozpoczął najdłuższy w swoim dorosłym życiu okres trzeźwości, po raz
pierwszy zaangażował się w pracę terapeutyczną, z której w końcu dużo
skorzystał.
Kilka lat temu byłem świadkiem wpływu, jaki konfrontacja ze śmiercią
wywarła na jedną z moich pacjentek, i stąd w znacznej mierze wzięło się
moje zainteresowanie terapią egzystencjalną. Jane,
dwudziestopięcioletnia wieczna studentka college'u, zgłosiła się na
terapię z powodu depresji, poważnych funkcjonalnych zaburzeń
gastrycznych oraz przytłaczającego ją poczucia bezradności i braku celu.
Podczas pierwszej sesji dość mętnie przedstawiła swoje problemy i ciągle
powtarzała: "Nie wiem, co się dzieje, nie wiem, co się dzieje". Nie
wiedziałem, co rozumie przez to stwierdzenie, a ponieważ było wplecione
w długą litanię narzekań na samą siebie, szybko o nim zapomniałem.
Wprowadziłem Jane do grupy terapeutycznej, gdzie znów miała silne
poczucie, że nie wie, co się dzieje. Nie rozumiała, co się jej
przydarza, dlaczego inni uczestnicy grupy się nią nie interesują,
dlaczego ma paraliż konwersyjny, dlaczego wchodzi w masochistyczne
relacje z innymi członkami grupy, dlaczego jest tak zauroczona
terapeutą. Życie było w znacznej mierze tajemnicą, czymś, co jej się
przytrafia, czymś, co spada na nią jak deszcz.
W grupie terapeutycznej Jane była onieśmielona i nudna. Zawsze można
było przewidzieć, co powie; zanim się odezwała, przebiegała uważnie
wzrokiem morze twarzy w pokoju w poszukiwaniu oznak tego, czego chcą
inni, a potem tak układała swoją wypowiedź, by zadowolić możliwie
najwięcej osób. Za wszelką cenę uniknąć urażenia kogokolwiek, by tylko
nikt się od niej nie odsunął! W efekcie, rzecz jasna, ludzie się
odsuwali -?nie ze złością, lecz ze znudzenia. Było jasne, że Jane
chronicznie usuwa się z życia. Wszyscy uczestnicy grupy próbowali
znaleźć "prawdziwą Jane" w kokonie podporządkowania, w jaki się owinęła.
Próbowali ją zachęcać; namawiali, by się spotykała z ludźmi, by się
uczyła, napisała ostatnią pracę potrzebną do ukończenia studiów, by
popłaciła rachunki, ogarnęła się, uczesała, przygotowała życiorys,
złożyła podanie o pracę.
Te namowy -?jak to zwykle bywa z namowami w terapii -?nie skutkowały,
grupa przyjęła więc inną strategię: nakłaniali Jane, by rozważyła urok i dobrodziejstwa niepowodzeń. Jaka z nich płynie korzyść? Dlaczego
niepowodzenie przynosi jej taką satysfakcję? Ta linia dociekań okazała
się bardziej produktywna i dowiedzieliśmy się, że zyski są znaczne.
Dzięki niepowodzeniom Jane pozostawała młoda, niepowodzenia ją chroniły,
zabezpieczały przed koniecznością dokonywania wyborów. Temu samemu
celowi służyło idealizowanie i wielbienie terapeuty. Pomoc była "gdzieś
tam". Z punktu widzenia Jane jej zadanie w terapii polegało na
wycieńczeniu siebie do takiego stopnia, by terapeuta nie mógł już z czystym sumieniem odmówić jej swego królewskiego dotyku.
Moment krytyczny w terapii nastąpił, gdy u Jane stwierdzono groźnie
wyglądającego guza jednego z węzłów chłonnych pod pachą. Grupa spotykała
się we wtorkowe popołudnia, a tak się złożyło, że Jane miała biopsję we
wtorek rano i musiała całą dobę czekać, by się dowiedzieć, czy zmiana
jest złośliwa. Tego dnia przyszła na spotkanie przerażona. Nigdy dotąd
nie zastanawiała się nad własną śmiercią; podczas tej niesłychanie dla
niej ważnej sesji grupa pomogła jej stawić czoło własnemu strachowi i go
wyrazić. W tej sytuacji Jane doświadczała przemożnego osamotnienia -
osamotnienia, które zawsze majaczyło jej gdzieś na granicy świadomości i którego zawsze się bała. Podczas spotkania głęboko odczuła, że choćby
nie wiadomo co robiła, nie wiadomo jak się wycieńczała, ostatecznie
śmierci stawi czoło sama: nikt nie będzie mógł interweniować w jej
sprawie, nikt nie będzie mógł umrzeć za nią jej śmiercią.
Następnego dnia Jane się dowiedziała, że guz jest łagodny, tym niemniej
psychologiczne skutki całego doświadczenia sięgały głęboko. Wiele rzeczy
nagle zaczęło do siebie pasować. Jane zaczęła podejmować decyzje w sposób, w jaki nie robiła tego nigdy dotąd, i wzięła w swoje ręce ster
własnego życia. Na jednym ze spotkań stwierdziła: "Myślę, że wiem, co
się dzieje". Dawno zapomniałem jej skargę z naszego pierwszego
spotkania, ale teraz przypomniałem ją sobie i wreszcie zrozumiałem. Dla
Jane było ważne, by nie wiedzieć, co się dzieje. Nade wszystko starała
się uniknąć samotności i śmierci, które się wiążą z dorosłością. W magiczny sposób chciała zwyciężyć śmierć, zachowując młodość, unikając
wyboru i odpowiedzialności; wolała uwierzyć w mit, że zawsze będzie
ktoś, kto za nią dokona wyboru, będzie jej towarzyszył, będzie zawsze na
wyciągnięcie ręki. Dorastanie, dokonywanie wyborów, wyodrębnianie się od
innych ludzi oznaczało zarazem stawianie czoła samotności i śmierci.
Podsumowując: pojęcie śmierci odgrywa zasadniczą rolę w psychoterapii,
ponieważ odgrywa zasadniczą rolę w doświadczeniu życiowym każdego z nas.
Śmierć i życie wzajemnie się ze sobą wiążą: choć fizycznie śmierć nas
niszczy, idea śmierci nas zbawia. Gdy uznamy rzeczywistość śmierci,
życie nabiera smaku, radykalnie zmienia się perspektywa życiowa, a my,
zamiast wypełniać życie rozrywkami, sposobami na uspokojenie i miałkimi
obawami, zaczynamy żyć bardziej autentycznie. Z przeżyć osób, które po
konfrontacji ze śmiercią znacząco się zmieniły, płyną oczywiste, ważne
implikacje dla psychoterapii. Potrzebne są techniki, które pozwolą
psychoterapeutom docierać do tego terapeutycznego potencjału ze
wszystkimi pacjentami niezależnie od przypadkowych okoliczności lub
nadejścia terminalnej choroby. W rozdziale 5 omówię tę kwestię
całościowo.
Śmierć i lęk
Lęk odgrywa w psychoterapii rolę tak istotną i oczywistą, że nie trzeba
tej kwestii szczególnie roztrząsać. Wyjątkową pozycję lęku widać już w tradycyjnej nozologii psychiatrycznej, gdzie najważniejsze zespoły
zaburzeń noszą nazwę "reakcji": reakcje psychotyczne, reakcje
neurotyczne, reakcje psychofizjologiczne. Stany te uważamy za reakcje
na lęk. Są to starania -?aczkolwiek nieprzystosowawcze -?by sobie z lękiem poradzić. Psychopatologia jest wektorem, wynikiem złożenia lęku i indywidualnych obron stosowanych w walce z lękiem -?zarówno
neurotycznych, jak i charakterologicznych. Ogólnie rzecz ujmując,
terapeuta rozpoczyna pracę z pacjentem od skupienia się na przejawach
lęku, ekwiwalentach lęku albo na obronach, jakie pacjent wznosi, by się
przed lękiem uchronić. Choć praca terapeutyczna rozciąga się w wielu
kierunkach, terapeuci zawsze posługują się lękiem niczym latarnią morską
lub strzałką kompasu: starają się do niego dotrzeć i odkryć jego źródła,
by ostatecznie je usunąć.
LĘK PRZED ŚMIERCIĄ: WAŻNY WYZNACZNIK DOŚWIADCZENIA I ZACHOWANIA CZŁOWIEKA
Strach przed śmiercią jest powszechny i zarazem tak silny, że człowiek
znaczną część swojej życiowej energii zużywa na zaprzeczanie śmierci.
Przekraczanie śmierci stanowi ważny motyw ludzkiego doświadczenia, od
najgłębszych, osobistych fenomenów wewnętrznych -?naszych obron, naszej
motywacji, naszych snów i koszmarów sennych -?po najbardziej publiczne
struktury makrospołeczne -?nasze pomniki, nasze sięganie w przestrzeń
kosmiczną, a w istocie cały nasz sposób życia: to, jak spędzamy czas;
nasze nałogi i rozrywki; naszą niezłomną wiarę w mit postępu; nasze
dążenie zawsze "do przodu"; naszą tęsknotę za trwałą sławą.
Podstawowa grupa ludzka, molekuła życia społecznego ukształtowała się -
jak sądził Freud -?ze strachu przed śmiercią; pierwsi ludzie gromadzili
się razem ze strachu przed życiem osobno i przed tym, co się czai w ciemności. Dbamy o trwałość grupy w trosce o naszą własną trwałość, a spisywanie historii grupy jest symbolicznym poszukiwaniem
nieśmiertelności. W istocie, zgodnie z poglądem Hegla, sama historia
jest tym, co człowiek robi ze śmiercią. Robert Jay Lifton opisał kilka
sposobów, na jakie człowiek próbuje osiągnąć symboliczną
nieśmiertelność. Rozważmy ich wszechobecne implikacje kulturowe: (1)
sposób biologiczny -?życie poprzez własne potomstwo, poprzez
nieskończony łańcuch biologicznych ogniw; (2) sposób teologiczny -?życie
na innym, wyższym poziomie istnienia; (3) sposób twórczy -?życie we
własnych dziełach, poprzez trwały wpływ swoich wytworów lub własny na
innych ludzi (Lifton sugeruje, że terapeuta czerpie z tej skarbnicy:
pomagając swojemu pacjentowi, zapoczątkowuje nieskończony łańcuch, w którym dzieci i znajomi pacjenta będą przekazywać rzucone przez
terapeutę ziarno); (4) temat wiecznej natury -?człowiek przeżywa, łącząc
się z wirującymi siłami życiowymi natury; (5) sposób doświadczenia
transcendentnego -?poprzez "zatracenie się" w stanie tak intensywnym, że
czas oraz śmierć znikają i człowiek żyje w "ciągłej
teraźniejszości"25.
Społeczne konsekwencje strachu przed śmiercią i dążenia do
nieśmiertelności są szalenie rozległe i wykraczają daleko poza ramy tej
książki. Spośród pisarzy, którzy się zajmowali tym tematem, Norman
Brown, Ernest Becker, a w szczególności Robert Jay Lifton znakomicie
pokazali, jak strach przed śmiercią przeniknął tkankę naszej struktury
społecznej. Ja zaś koncentruję się na wpływie, jaki lęk przed śmiercią
wywiera na wewnętrzną dynamikę życia psychicznego jednostki. Ze
stanowiska tego, względnie prostego i współbrzmiącego z naszą codzienną
intuicją, płyną jednak ważne konsekwencje dla teorii i praktyki
klinicznej.
LĘK PRZED ŚMIERCIĄ: DEFINICJA
Po pierwsze, chcę zbadać znaczenie wyrażenia "lęk przed śmiercią". Będę
się zamiennie posługiwał kilkoma terminami: "lęk przed śmiercią",
"strach przed śmiercią", "przerażenie śmiercią", "strach przed
skończonością". Filozofowie mówią o świadomości "kruchości bytu"
(Jaspers), lęku przed "niebyciem" (Kierkegaard), o "możliwości zupełnej
niemożliwości" (Heidegger) lub o lęku ontologicznym (Tillich). Wielość
tych wyrażeń wskazuje na różnice w nacisku, ludzie bowiem mogą
doświadczać lęku przed śmiercią na wiele różnych sposobów. Czy możemy
być bardziej precyzyjni? Czego, ściśle rzecz biorąc, się boimy, gdy się
boimy śmierci?
Badacze zajmujący się tą kwestią sugerują, że strach ten jest mieszaniną
pewnej liczby mniejszych, odrębnych strachów. James Diggory i Doreen
Rothman na przykład poprosili dużą próbę (N = 563) osób losowo dobranych
z populacji ogólnej, by uporządkowały pod względem ważności niektóre
konsekwencje śmierci. Oto uporządkowane wedle malejącej częstości
występowania najpowszechniejsze obawy związane ze śmiercią:
Moja śmierć zasmuci moich krewnych i przyjaciół.
Zakończą się wszystkie moje plany i zamierzenia.
Proces umierania może być bolesny.
Nie będę już mógł niczego doświadczyć.
Nie będę mógł utrzymywać swoich bliskich.
Boję się tego, co się ze mną stanie, jeśli istnieje życie po
śmierci.
Boję się tego, co się stanie z moim ciałem po śmierci26.
Niektóre z tych obaw wydają się raczej luźno związane z osobistą
śmiercią. Strach przed bólem w oczywisty sposób leży po tej stronie
śmierci; strach przed życiem po życiu przynosi wybawienie, zamieniając
śmierć w wydarzenie nieostateczne; strach o innych najoczywiściej nie
jest strachem o siebie. Sprawą centralną wydaje się strach przed
osobistym unicestwieniem: "zakończą się wszystkie moje plany i zamierzenia" i "nie będę już mógł niczego doświadczyć".
Do podobnych wniosków dochodzi Jacques Choron na podstawie
najważniejszych filozoficznych poglądów na temat śmierci. Wyróżnia on
trzy rodzaje strachu przed śmiercią: (1) co będzie po śmierci, (2)
"wydarzenie" umierania i (3) to, że się przestanie być27. Pierwsze dwa, jak wskazuje Robert Kastenbaum,
odnoszą się do śmierci28. Dopiero trzeci, "że
się przestanie być" (unicestwienie), zdaje się tkwić w centrum kwestii;
i to właśnie nim będę się zajmował w tych rozdziałach.
Kierkegaard jako pierwszy dokonał jasnego rozróżnienia między strachem a lękiem (przerażeniem); przeciwstawił strach, który jest strachem przed
czymś, strachowi, który nie ma swojego przedmiotu -?"nie -?jak cierpko
zauważył -?nicość, z którą jednostka nie ma nic do czynienia"29. Człowiek boi się (lub lęka) utraty siebie i stania
się nicością. Tego lęku nie można umiejscowić. Atakuje on -?jak mówi
Rollo May -?ze wszystkich stron na raz30. Ze
strachem, którego nie można zrozumieć ani z niczym połączyć, nie można
się też skonfrontować i przez to staje się on jeszcze straszniejszy:
rodzi poczucie bezradności, które niezmiennie budzi jeszcze większy lęk.
(Zdaniem Freuda lęk jest reakcją na bezradność; jako sygnał zapowiada
niebezpieczeństwo, człowiek zatem oczekuje, że się znajdzie w sytuacji,
w której będzie bezradny31).
Jak możemy zwalczać lęk? Przez przemieszczenie go z niczego na coś. To
właśnie miał na myśli Kierkegaard, gdy pisał, że "nicość, która jest
przedmiotem lęku, staje się jakby coraz bardziej czymś"32. O to samo chodziło Rollo Mayowi, gdy pisał o "lęku, który chce się stać strachem"33. Jeśli
nam się uda strach przed niczym przekształcić w strach przed czymś,
możemy rozpocząć kampanię w samoobronie -?możemy unikać rzeczy, której
się boimy, szukać przeciwko niej sprzymierzeńców, wymyślać magiczne
rytuały, żeby odebrać jej moc, albo zaplanować systematyczną strategię,
żeby ją unieszkodliwić.
LĘK PRZED ŚMIERCIĄ: PRZEJAWY KLINICZNE
Fakt, że lęk stara się zamienić w strach, utrudnia praktykom
zidentyfikowanie pierwotnego źródła lęku. W pracy klinicznej rzadko
spotyka się pierwotny lęk przed śmiercią w jego oryginalnej formie. Jak
atomowy tlen natychmiast przechodzi on w inny stan. Małe dzieci, by się
ustrzec lęku przed śmiercią, stosują mechanizmy obronne, które, jak to
pokażę w następnym rozdziale, są oparte na zaprzeczeniu; przechodzą
kilka etapów, by w końcu stworzyć skomplikowany zbiór operacji
psychicznych wypierających nagi lęk przed śmiercią i ukrywających go pod
warstwami takich działań obronnych, jak przemieszczenie, sublimacja i konwersja. Od czasu do czasu jakieś wstrząsające wydarzenie rozrywa
obronną kurtynę, wskutek czego surowy lęk przed śmiercią wdziera się do
świadomości. Nieświadome ego szybko jednak naprawia rozdarcie i ponownie ukrywa naturę lęku.
Mogę dostarczyć ilustracji z własnego doświadczenia. W czasie, gdy
pisałem tę książkę, miałem wypadek samochodowy -?zderzyłem się czołowo z innym autem. Jechałem spokojną, podmiejską drogą i nagle zobaczyłem
naprzeciwko samochód jadący prosto na mnie; kierowca najwyraźniej
stracił kontrolę nad kierownicą. Choć zderzenie było dostatecznie silne,
by zniszczyć oba pojazdy, i drugi kierowca był poważnie ranny, ja miałem
szczęście i nie doznałem znaczących obrażeń fizycznych. Dwie godziny
później złapałem samolot i wieczorem tego samego dnia wygłaszałem już
wykład w innym mieście. Mimo to bez wątpienia byłem wstrząśnięty, czułem
się ogłuszony, trząsłem się i nie mogłem jeść ani spać. Następnego
wieczoru byłem dostatecznie niemądry, by się wybrać na przerażający film
(Carrie); przestraszyłem się okropnie i wyszedłem przed końcem.
Wróciłem do domu po paru dniach bez widocznych oznak jakichkolwiek
psychologicznych następstw wypadku poza okazjonalną bezsennością i lękowymi snami.
Pojawił się wszakże dziwny problem. W tym czasie byłem na rocznym
stypendium w Center for Advanced Study in the Behavioral Science w Palo
Alto w Kalifornii. Lubiłem się spotykać z kolegami, a zwłaszcza zawsze
niecierpliwie wyczekiwałem pory lunchu i naszych codziennych swobodnych
dyskusji na tematy naukowe. Zaraz po wypadku jednak zacząłem podczas
tych lunchów odczuwać silny lęk. Czy będę miał coś znaczącego do
powiedzenia? Co pomyślą o mnie moi koledzy? Czy nie zrobię z siebie
głupca? Po kilku dniach lęk tak się nasilił, że zacząłem szukać wymówek,
by jeść samotnie gdzie indziej.
Uznałem, że warto przeanalizować mój kłopot. Jeden fakt jawił się z nadzwyczajną jasnością: lęk przed lunchami po raz pierwszy pojawił się
po wypadku. Ponadto jawny lęk związany z wypadkiem, podczas którego omal
nie straciłem życia, zniknął całkowicie w ciągu jednego czy dwóch dni.
Było oczywiste, że mojemu lękowi udało się zamienić w strach. Silny lęk
przed śmiercią wybuchł bezpośrednio po wypadku, a ja "poradziłem sobie"
z nim głównie za pomocą przemieszczenia: oddzieliłem go od jego
pierwotnego źródła i przyłączyłem do wygodnej, konkretnej sytuacji. Mój
podstawowy lęk przed śmiercią kwitł zatem króciutko, zanim go
zsekularyzowałem i zamieniłem w troski lżejsze, takie jak obawa o poczucie własnej wartości, strach przed odrzuceniem bądź upokorzeniem.
Poradziłem sobie ze swoim lękiem, czy -?inaczej mówiąc -?"przetworzyłem"
go, ale nie zlikwidowałem; i ślady były widoczne. Przepracowałem swoją
fobię lunchową, ale pojawiły się inne obawy: strach przed prowadzeniem
samochodu, przed jazdą rowerem. Gdy kilka miesięcy później pojechałem na
narty, okazało się, że jeżdżę tak ostrożnie, tak się boję jakiegoś
niefortunnego wypadku, że sama jazda właściwie przestała mi sprawiać
przyjemność. I nadal strachy te można było ulokować w czasie i przestrzeni i opanować w jakiś systematyczny sposób. Owszem, były
dokuczliwe, ale nie fundamentalne, nie zagrażały mojemu istnieniu.
Oprócz tych konkretnych obaw zauważyłem jeszcze jedną zmianę: świat
zaczął się wydawać niebezpieczny. Nie czułem się już u siebie, wszędzie
się czaiło niebezpieczeństwo. W rzeczywistości zaszła zmiana, gdy
doświadczyłem tego, co Heidegger nazwał "nieswojością"
(Unheimlichkeit) -?byciem "nie-w-swoim-domu"; zdaniem Heideggera (a ja
mogę o tym zaświadczyć) jest to typowa konsekwencja uświadomienia sobie
śmierci34.
Inną cechą lęku przed śmiercią, która często powodowała zamęt w literaturze na temat zdrowia psychicznego, jest to, że strachu przed
śmiercią można doświadczać na wielu różnych poziomach. Można -?jak to
już opisywałem -?martwić się samym aktem umierania, bać się związanego z umieraniem bólu, żałować niezrealizowanych planów, smucić się końcem
osobistego doświadczenia lub rozważać śmierć tak racjonalnie i beznamiętnie jak epikurejczycy, którzy twierdzili po prostu, że śmierć
nie jest straszna, ponieważ "śmierć nie dotyka nas wcale, bo póki my
jesteśmy, nie ma śmierci, a kiedy jest śmierć, nie ma nas" (Epikur).
Pamiętajmy jednak, że te świadome refleksje ludzi dorosłych nad
zjawiskiem śmierci nie są bynajmniej tożsame z pierwotnym strachem przed
śmiercią tkwiącym w naszej nieświadomości -?strachem wplecionym w tkankę
bytu, który się ukształtował u zarania naszego życia, zanim
sformułowaliśmy precyzyjne pojęcia, strachem mrożącym krew w żyłach,
niesamowitym, nieokreślonym, strachem, który istnieje przed językiem i obrazem i poza nimi.
Praktykujący psychoterapeuta rzadko się spotyka z lękiem przed śmiercią
w jego formie surowej: został on opanowany za pomocą konwencjonalnych
obron (np. wyparcia, przemieszczenia, racjonalizacji) oraz pewnych
specyficznych środków obronnych (patrz rozdział 4). Ta sytuacja nie
powinna, rzecz jasna, nadmiernie nas martwić: jest typowa dla każdej
teorii lęku. Lęk pierwotny zawsze zostaje zamieniony w coś mniej dla
człowieka toksycznego -?na tym polega działanie całego systemu obron
psychologicznych. Rzadko -?by sięgnąć choćby do freudowskiego systemu
odniesienia -?obserwujemy niezamaskowany lęk kastracyjny; zamiast tego
widzimy zazwyczaj pewne przekształcenia lęku. Pacjent może na przykład
panicznie bać się kobiet albo w pewnych sytuacjach czuć strach przed
rywalizacją z innymi mężczyznami, albo dążyć do uzyskania satysfakcji
seksualnej inaczej niż podczas stosunku heteroseksualnego. Jednak
psychoterapeuta nastawiony egzystencjalnie rozpozna "przetworzony" lęk
przed śmiercią i zadziwi się, jak często i pod jak różnymi postaciami
lęk ten występuje.
Podam parę przykładów klinicznych. Pracowałem ostatnio z dwiema
pacjentkami, które podjęły terapię nie z powodu lęku egzystencjalnego,
lecz by rozwiązać zwyczajne, choć bolesne problemy w swoich relacjach z partnerami. Joyce była trzydziestoletnią panią profesor uniwersytetu w trakcie bolesnego rozwodu. Z Jackiem zaczęła się spotykać, gdy miała lat
piętnaście, wyszła za niego w wieku lat dwudziestu jeden. Przez kilka
lat w ich małżeństwie działo się nie najlepiej, a trzy lata temu się
rozstali. Joyce nawiązała satysfakcjonującą relację z innym mężczyzną,
nie potrafiła wszakże doprowadzić rozwodu do końca. Na początku terapii
skarżyła się przede wszystkim na to, że ilekroć rozmawia z Jackiem, nie
jest w stanie opanować płaczu. Analiza jej płaczu ujawniła kilka ważnych
czynników.
Po pierwsze, bardzo jej zależało na tym, by Jack nadal ją kochał. Sama
już go nie kochała ani nie chciała z nim być, chciała jednak bardzo, by
on często o niej myślał i kochał ją tak, jak nigdy przedtem nie kochał
żadnej kobiety. "Dlaczego?" -?spytałem. "Każdy chce, żeby o nim
pamiętano" -?odparła. "W ten sposób przejdę do potomności". Przypomniała
mi, że żydowski rytuał kadisz opiera się na założeniu, iż człowiek
istnieje, dopóki jego dzieci o nim pamiętają. Kiedy Jack o niej
zapominał, troszeczkę umierała11.
Innym źródłem łez Joyce było poczucie, że ona i Jack dzielili ze sobą
wiele pięknych i ważnych doświadczeń. Czuła, że bez ich unii zdarzenia
te znikną. Blaknięcie przeszłości jest żywym znakiem nieubłaganego
upływu czasu. W miarę znikania przeszłości skraca się zwój przyszłości.
Mąż pomagał jej zamrozić czas -?zarówno przyszły, jak i przeszły. Joyce
nie zdawała sobie z tego sprawy, było jednak jasne, że się boi zużywać
przyszłość. Miała na przykład zwyczaj niekończenia żadnego zadania: gdy
robiła porządki, zawsze zostawiała jeden kąt w domu niesprzątnięty. Bała
się, że "skończy". Nigdy nie zaczynała czytać nowej książki, jeśli na
jej nocnym stoliku nie czekała na swoją kolej następna. Przypomina to
Prousta, który w największym swoim dziele stale odtwarzał przeszłość, by
uciec przed żarłocznymi szczękami czasu.
Jeszcze jednym powodem płaczu Joyce był jej strach przed porażką.
Dotychczasowe życie było nieprzerwanym pasmem sukcesów. Niepowodzenie w małżeństwie oznaczało, że byłaby -?jak to często ujmowała -?"po prostu
jak wszyscy". Miała spory talent, ale jej oczekiwania były wielkościowe.
Liczyła na osiągnięcie pozycji międzynarodowej, być może na Nagrodę
Nobla za program badawczy, który wtedy rozpoczynała. Gdyby w ciągu
pięciu lat nie odniosła sukcesu, zamierzała skierować swoją energię ku
pisarstwu i napisać Nie ma powrotu12 lat siedemdziesiątych,
choć nigdy nie zajmowała się beletrystyką. Nie bez powodu wszakże czuła
się kimś wyjątkowym: dotąd udawało jej się osiągnąć każdy cel, jaki
sobie wyznaczyła. Rozpad małżeństwa przerwał jej wspinaczkę na szczyty,
był pierwszym wyzwaniem, z jakim się zetknęła w swoim solipsystycznym
obrazie świata. Zagrażał jej poczuciu wyjątkowości, które, jak to pokażę
w rozdziale 4, jest jednym z najpowszechniejszych i najpotężniejszych
sposobów zaprzeczania śmierci.
Korzenie zwyczajnych problemów Joyce sięgały zatem pierwotnego lęku
przed śmiercią. Dla mnie, terapeuty zorientowanego egzystencjalnie,
wszystkie te zjawiska kliniczne -?pragnienie, by być wiecznie kochaną i pamiętaną, pragnienie zamrożenia czasu, wiara w osobistą nietykalność,
pragnienie, by się złączyć z innym człowiekiem w jedno -?służyły jednemu
celowi: uśmierzeniu lęku przed śmiercią.
W miarę jak Joyce analizowała kolejno swoje problemy i zaczynała
rozumieć ich wspólne źródło, jej stan kliniczny znacznie się poprawiał.
Najbardziej zaś uderzające jest to, że gdy już zrezygnowała ze swojego
neurotycznego zapotrzebowania na Jacka i przestała go używać jak
narzędzia do zaprzeczania śmierci, mogła się po raz pierwszy zwrócić do
niego z prawdziwą miłością i odbudować małżeństwo na zupełnie innych
podstawach. To już jednak inna sprawa, którą się zajmę w rozdziale 8.
Druga była Beth, trzydziestoletnia samotna kobieta, która zgłosiła się
do terapii, ponieważ nie umiała nawiązać satysfakcjonującej relacji z mężczyzną. Wiele już razy -?jak to ujęła -?"źle wybierała" i w efekcie
zrywała związek, bo traciła zainteresowanie partnerem. W trakcie terapii
powtórzyła ten cykl: zakochała się w pewnym mężczyźnie, przeszła udrękę
niepewności i w końcu nie potrafiła się zaangażować w tę relację.
Gdy analizowaliśmy jej problem, stało się jasne, że Beth była niejako
pod presją: czuła, że musi zbudować trwały związek, bo jest zmęczona
samotnością, samotnym życiem i rozpaczliwie chce mieć dzieci. Dodatkowym
źródłem nacisku był wiek: Beth się martwiła, że niedługo będzie za stara
na macierzyństwo.
Kiedy jednak jej partner próbował zacząć rozmowę o małżeństwie, wpadała
w panikę; a im mocniej naciskał, tym bardziej się bała. Małżeństwo
oznaczało dla niej przyparcie do muru: zostanie zakonserwowana raz na
zawsze, jak biologiczna próbka w formalinie. Musi się stale rozwijać,
stawać się kimś innym, czymś innym, niż była, a jej partner -?obawiała
się -?jest na to zbyt zadowolony, zbyt usatysfakcjonowany sobą i swoim
życiem. Stopniowo zaczęła sobie uświadamiać znaczenie tego motywu. Nigdy
nie żyła w teraźniejszości. Nawet kiedy jadła czy podawała posiłek,
zawsze była jedno danie do przodu; jadła danie główne, a zastanawiała
się nad deserem. Często z przerażeniem myślała o "osiedleniu się"; dla
niej znaczyło to, że "osiądzie". "Czy w życiu nie ma niczego więcej?" -
pytała często sama siebie, myśląc o małżeństwie bądź jakiejkolwiek innej
formie zaangażowania.
Gdy podczas terapii zapuszczała się w te obszary -?przymusu, by zawsze
wyprzedzać samą siebie, strachu przed starzeniem się, śmiercią i stagnacją -?zaczynała się bać bardziej niż kiedykolwiek dotąd. Pewnego
wieczoru, po szczególnie głębokiej sesji, przeżyła ogromne przerażenie.
Podczas spaceru z psem doznała niesamowitego uczucia, jakby szła za nią
jakaś nieziemska istota. Rozglądała się na wszystkie strony, oglądała za
siebie, w końcu ruszyła biegiem i pognała do domu. Później nadeszła
ulewa i Beth przeleżała całą noc, nie śpiąc, w irracjonalnym lęku, że
wiatr zerwie dach lub jej dom porwie woda. Jak to pokażę w rozdziale 5,
lęk często rośnie, gdy strach przed czymś (tutaj strach przed
małżeństwem albo przed dokonaniem złego wyboru) zostanie właściwie
zrozumiany jako to, czym naprawdę jest -?strach przed niczym. W przypadku Beth zarówno parcie ku małżeństwu, jak i strach przed nim były
po części odbiciem głębszego dążenia do opanowania lęku przed śmiercią.
Wielu psychoterapeutów i psychiatrów opisywało lęk przed śmiercią i jego
transformacje w różnych rodzajach psychopatologii. W rozdziale 4 zajmę
się tym szerzej; tutaj naszkicuję jedynie ten temat. R. Skoog podaje, że
70 proc. pacjentów z ciężką nerwicą natręctw przeżyło na początku
choroby naruszające poczucie bezpieczeństwa doświadczenie związane ze
śmiercią. W miarę jak objaw się rozwija, pacjenci są coraz bardziej
zajęci kontrolowaniem swojego świata i chronieniem się przed
czymkolwiek, co byłoby nieoczekiwane lub przypadkowe. Unikają
nieporządku albo brudu i tworzą rytuały, by się ustrzec zła i niebezpieczeństwa36. Erwin Strauss zaznacza, że
wstręt, jaki pacjenci z nerwicą natręctw odczuwają wobec rozkładu,
choroby, zarazków i brudu, jest ściśle związany ze strachem przed
osobistym unicestwieniem37. W. Schwidder
zauważa, że te obsesyjne obrony nie w pełni skutecznie tłumią lęk przed
śmiercią. W badaniu, którym objął ponad stu pacjentów
obsesyjno-kompulsywnych i lękowych, stwierdził, że jedna trzecia z nich
bała się zamknięcia i ciemności, a nieco większa część odczuwała jawny
lęk przed śmiercią38.
Herbert Lazarus i John Kostan w obszernych badaniach nad syndromem
hiperwentylacji (bardzo powszechna dolegliwość: uskarża się na nią od 5
do 10 proc. wszystkich pacjentów zgłaszających się do lekarza)
podkreślają, że u jego podłoża leży dynamika psychiczna związana z lękiem przed śmiercią zamienianym na wiele innych fobii. Niemożność
dostatecznego okiełznania lęku przed śmiercią prowadzi do paniki
połączonej z hiperwentylacją39.
David B. Friedman opisuje pacjenta, u którego lęk przed śmiercią
przekształcił się w obsesyjną myśl, że wszyscy o nim zapomną. Związane z tym było przekonanie, że zawsze omijają go ekscytujące wydarzenia:
"Naprawdę nowe rzeczy dzieją się tylko wtedy, kiedy mnie przy tym nie
ma, przed moim przyjściem lub po moim odejściu, zanim się urodziłem albo
po mojej śmierci"40.
Lęk przed śmiercią jest tylko nieznacznie zamaskowany u pacjentów
hipochondrycznych, którzy stale się martwią o swoje bezpieczeństwo i dobrostan swojego ciała. Hipochondria bywa często następstwem ciężkiej
choroby własnej albo kogoś z najbliższego otoczenia. Zaczyna się -
zauważa V. Kral -?od bezpośrednio doświadczanego strachu przed śmiercią,
który potem ulega niejako rozproszeniu na wiele narządów
wewnętrznych41.
Autorzy kilku badań klinicznych mówią o istotnej roli, jaką lęk przed
śmiercią odgrywa w zespołach depersonalizacji42.
Martin Roth na przykład stwierdził, że ponad 50 proc. pacjentów z zespołem depersonalizacji przeżyło czyjąś śmierć lub ciężką chorobę
bezpośrednio przed wystąpieniem u nich tego syndromu43.
Te nerwicowe zespoły mają jedną wspólną cechę: choć dla pacjenta
oznaczają niewygodę i ograniczenia, wszystkie skutecznie chronią go
przed otwartym i przerażającym lękiem przed śmiercią.
LĘK PRZED ŚMIERCIĄ: BADANIA EMPIRYCZNE
Przez ostatnie trzy dekady w naukach społecznych stale prowadzono
badania empiryczne poświęcone zagadnieniom śmierci, ale były to prace
słabe. Każdy niemal artykuł naukowy na ten temat zaczyna się od apelu
skierowanego do badaczy albo biadolenia nad brakiem starannie
przeprowadzonych badań empirycznych, albo pełnego oburzenia protestu w tej sprawie. Przejrzawszy starannie literaturę, mogę jedynie przyłączyć
się do tych skarg. Kontrast między pracami dotyczącymi śmierci, które są
oparte na spekulacjach lub impresjach, a metodycznymi badaniami w tej
dziedzinie jest uderzający. Na przykład bibliografia tematu do 1972 roku
obejmuje ponad 2600 książek i artykułów, w tym jednak tylko niespełna 2
proc. publikacji zawiera sprawozdania z badań empirycznych, a jedynie
garść odnosi się bezpośrednio do teorii i terapii egzystencjalnej.
Autorzy prac choćby odlegle związanych z prezentowanym przeze mnie
omówieniem próbują badać następujące kwestie: częstość występowania lęku
przed śmiercią, istnienie korelacji między poziomem lęku przed śmiercią
a niektórymi innymi zmiennymi -?demograficznymi (wiek, płeć, stan
cywilny, zawód, religia, wykształcenie itd.), czynnikami osobowościowymi
(skale MMPI13, ogólny poziom lęku lub depresji) i doświadczeniem
życiowym (wczesna utrata, pobyt w zakładzie) -?oraz związek między
lękiem przed śmiercią a psychopatologią bądź innymi doświadczeniami
natury psychicznej, zwłaszcza fantazjami, snami i koszmarami sennymi.
Jak dotąd wszystko w porządku. Jednakże, jak wskazują Robert Kastenbaum
i Ruth Aisenberg w swoim wnikliwym przeglądzie, badania te, z nielicznymi wyjątkami, mają albo bardzo ograniczony zakres, albo poważne
wady metodologiczne44. Śmierć na ogół jest
badana bardzo nieprecyzyjnie; brakuje na przykład rozróżnienia między
strachem przed własną śmiercią a strachem przed śmiercią kogoś innego
lub strachem przed wpływem własnej śmierci na innych.
Poważniejszy problem polega jednak na tym, że w większości badań mierzy
się świadomy stosunek do śmierci albo świadome przejawy lęku. By sprawę
jeszcze bardziej skomplikować, używane narzędzia (znów z paroma
wyjątkami45) są skonstruowanymi w pośpiechu
"chałupniczymi" skalami o nieustalonej rzetelności i trafności.
Interesujące jest jedno z badań dotyczących grup zawodowych. Studentów
medycyny zbadano za pomocą skali świadomego lęku przed śmiercią i skali
"autorytaryzmu" (California F-Scale). Stwierdzono negatywny związek
między lękiem przed śmiercią a autorytaryzmem (to znaczy im silniejszy
autorytaryzm, tym słabszy lęk przed śmiercią i vice versa). Ponadto
studenci medycyny, którzy wybierają psychiatrię, odczuwają silniejszy
lęk przed śmiercią (i są mniej autorytarni) niż ci, którzy wybierają
chirurgię46. Być może chirurdzy są lepiej
chronieni przed lękiem przed śmiercią, a psychiatrzy -?bardziej go
świadomi. (Możliwe też, że świeżo upieczeni psychiatrzy ogólnie silniej
odczuwają lęk przed śmiercią i zaczynają się zajmować zdrowiem
psychicznym w poszukiwaniu ulgi dla siebie).
Z niektórych badań wynika, że osoby głęboko religijne mniej się boją
śmierci47. Studenci, którzy stracili rodziców,
odczuwają silniejszy lęk przed śmiercią48. W większości badań stwierdzono niewielkie różnice związane z wiekiem49, choć istnieje dodatnia korelacja między obawą
śmierci a jej bliskością50. Z badań nad obawami
najpowszechniej występującymi wśród tysiąca studentek college'u wynika,
że w tej grupie lęki związane ze śmiercią zajmują bardzo wysoką
pozycję51.
Autorzy kilku badań wykazali -?ale nie próbowali tego wyjaśnić -?że
poziom lęku przed śmiercią u kobiet jest wyższy niż u mężczyzn1453.
Rozważania nad świadomym lękiem przed śmiercią, choć interesujące, mają
ograniczone znaczenie dla zrozumienia struktury osobowości i psychopatologii. Kamieniem węgielnym psychologii dynamicznej jest
właśnie założenie, że silny lęk nie pozostaje świadomy: człowiek
wypiera go i "przetwarza". Jednym z ważnych kroków w przetwarzaniu
źródła lęku jest oddzielenie, czyli odizolowanie, uczucia od obiektu.
Człowiek potrafi zatem myśleć o śmierci, doświadczając jedynie
umiarkowanego dyskomfortu, a zarazem doświadczać lęku przemieszczonego i nie domyślać się jego prawdziwego pochodzenia. W nielicznych badaniach,
które niebawem omówię, zwracano uwagę na różnicę między świadomym a nieświadomym lękiem przed śmiercią i próbowano badać strach przed
śmiercią na poziomach nieświadomych. Korzystano przy tym z narzędzi
takich jak TAT15, test Rorschacha, analiza snów, test skojarzeń
słownych, test uzupełniania zdań oraz badanie za pomocą tachistoskopu i pomiar reakcji skórno-galwanicznej.
LĘK PRZED ŚMIERCIĄ I PSYCHOPATOLOGIA
Świadomy lęk przed śmiercią. Autorzy nielicznych pojedynczych
doniesień próbują korelować świadomy lęk przed śmiercią z psychopatologią. Wśród studentów wolontariuszy stwierdzono dodatnią
korelację między lękiem przed śmiercią a neurotycznością (skala
neurotyczności Eysencka)54. Więźniowie skazani z powodu "drobniejszych" przestępstw (rodzaju przestępstw nie
wyszczególniono), w porównaniu z grupą kontrolną, bardziej boją się
śmierci, częściej o niej myślą, bardziej się boją pogrzebów oraz chorób
i częściej zdają sobie sprawę, że tłumią myśli o śmierci55. U pacjentów psychiatrycznych w podeszłym wieku
świadomy lęk przed śmiercią koreluje dodatnio ze skalą depresji MMPI; w istocie korelacja była tak silna, że badacze zasugerowali, by u starszych osób podwyższony lęk przed śmiercią uznać za część zespołu
depresyjnego. Te same badania nie wykazały korelacji między lękiem przed
śmiercią a objawami somatycznymi (według Cornell Medical Index)56. Możliwe, że somatyzacja jest reakcją na lęk przed
śmiercią, która pozwala go skanalizować.
Wprawdzie w populacji zdrowych osób w podeszłym wieku nie stwierdzono
otwartego lęku przed śmiercią, ale u starszych ludzi niedojrzałych
psychicznie lub z zaburzeniami psychicznymi jego objawy są wyraźnie
widoczne58. Poziom lęku przed śmiercią u adolescentów jest na ogół wyższy niż w innych grupach wiekowych.
Ponownie się też okazało, że osoby z objawami psychopatologicznymi (w tym badaniu definiowanymi jako czyny przestępcze zagrożone karą
pozbawienia wolności) bardziej boją się śmierci niż osoby z grupy
kontrolnej59. Z badań, którymi objęto zdrowe i przebywające w zakładach "opóźnione w rozwoju" dziewczęta w wieku
dojrzewania, wynika, że dziewczęta przebywające w zakładach bardziej
otwarcie boją się śmierci60. Z kolei inny badacz
stwierdził, że uczennice szkoły średniej mające kłopoty z nauką znacznie
bardziej się boją śmierci: ich strach jest "często tak silny, że mogą o nim mówić jedynie pośrednio"61.
Nieświadomy lęk przed śmiercią. Wyniki badań nad świadomymi postawami
wobec śmierci i świadomym lękiem przed nią są jednak niewielką pomocą,
gdy chcemy zrozumieć rolę lęku przed śmiercią w psychodynamice. Dlatego
kilku badaczy próbowało badać nieuświadamiane obawy związane ze
śmiercią. Feifel i współpracownicy określili trzy poziomy obaw: (1)
świadomy (mierzony odpowiedzią na pytanie: "Czy boisz się własnej
śmierci?"); (2) wyobrażeniowy (mierzony oceną pozytywnego lub
negatywnego charakteru odpowiedzi na pytanie: "Jakie pomysły albo obrazy
przychodzą ci do głowy, gdy myślisz o swojej śmierci?"); (3) poniżej
poziomu świadomości (mierzony średnim czasem reakcji na słowa związane
ze śmiercią w teście skojarzeń słownych oraz teście interferencji
kolorów i słów)62.
Badacze stwierdzili, że na każdym z tych poziomów nasilenie obaw było
inne. Na poziomie świadomym znaczna większość (ponad 70 proc.) badanych
zaprzeczyła lękowi przed śmiercią. Na poziomie wyobrażeniowym 27 proc.
zaprzeczało lękowi przed śmiercią, 62 proc. dało odpowiedzi
ambiwalentne, a u 11 proc. stwierdzono wyraźne przejawy lęku przed
śmiercią. Poniżej poziomu świadomości u większości badanych stwierdzono
silną awersję wobec śmierci. Podstawowa różnica między osobami zdrowymi,
neurotycznymi i psychotycznymi polegała na tym, że u osób psychotycznych
lęk przed śmiercią częściej można było stwierdzić na każdym z tych
poziomów. Na poziomach bardziej świadomych osoby starsze i bardziej
religijne postrzegały śmierć "w dość pozytywny sposób, ale instynktownie
się jej bały"63. Badania te, mimo ich
uproszczonego charakteru, dają podstawy do stwierdzenia, że obawy
związane ze śmiercią należy badać na różnych poziomach świadomości.
William W. Meissner za pomocą interesującego eksperymentu wykazał, że
istnieje znaczący lęk nieświadomy64. Sprawdzał
reakcję skórno-galwaniczną u osób zdrowych, którym zaprezentowano serię
pięćdziesięciu pozycji: trzydziestu terminów neutralnych i dwudziestu
symboli śmierci (np. czerń, dopalająca się świeca, podróż, śpiący
człowiek, milczący człowiek, przekraczanie mostu). Symbole śmierci
wywołały znacznie silniejszą reakcję niż słowa kontrolne.
Inaczej badał nieświadomy lęk przed śmiercią Klas Magni65. Za pomocą tachistoskopu prezentowano badanym sceny
związane ze śmiercią (obrazy przedstawiające pogrzeb, rozkładające się i okaleczone ciała itp.), wydłużając stopniowo czas ekspozycji. Mierząc
czas potrzebny do zidentyfikowania prezentowanej sceny, Magni wykazał,
że studenci teologii, którzy zamierzali zostać księżmi, potrzebowali na
rozpoznanie obrazu znacznie mniej czasu (a zatem przypuszczalnie poziom
nieświadomego lęku przed śmiercią był u nich niższy) niż ci, którzy
planowali zająć się badaniami lub nauczaniem i nie chcieli w przyszłości
angażować się zbytnio w obowiązki duszpasterskie. Z kilku badań, w których wykorzystano dane pochodzące z wywiadu66
lub z TAT67, wynika, że osoby z wyższym poziomem
neurotyczności mają wyższy poziom lęku przed śmiercią.
Wyniki badań prowadzonych wśród osób w wieku podeszłym z wykorzystaniem
TAT i testu zdań niedokończonych pokazują, że ludzie starsi, którym
przydzielono odrębne mieszkania przypominające te, w jakich spędzili
życie, znacznie mniej się boją śmierci niż mieszkający w tradycyjnych
instytucjach opiekuńczych68. Ponadto lęk przed
śmiercią jest niższy u tych osób, które uczestniczą w wielu formach
życiowej aktywności69. Lęk przed śmiercią u osób
starszych oceniany za pomocą TAT koreluje dodatnio ze wskaźnikami
neurotyczności (hipochondria, zależność, impulsywność i depresja) w MMPI70. Badania nad nieświadomym lękiem przed
śmiercią (technika projekcyjna uzupełniania zdań) prowadzone na
populacji ludzi w wieku średnim i zaawansowanym wykazały, że młodsi
dorośli bardziej boją się śmierci niż starsi71.
Jeśli strach przed śmiercią jest pierwotnym źródłem lęku, to powinno się
go znajdować w snach, gdzie tematy nieświadome występują często w formie
względnie niezamaskowanej. W dużych badaniach normatywnych nad snami
stwierdzono otwarty lęk przed śmiercią w 29 proc. snów72. Obszerne badania nad koszmarami sennymi wykazały,
że najpowszechniejszym tematem lękowym w snach ludzi dorosłych jest albo
umieranie, albo bycie mordowanym. Inne często występujące tematy również
były związane ze śmiercią: członek rodziny albo ktoś inny umiera, życiu
śniącego grozi śmierć w wypadku lub ktoś go ściga73. Czy poziom świadomego lęku przed śmiercią koreluje
z częstością występowania koszmarów sennych? Rezultaty badań są w tym
przypadku sprzeczne, zależnie od używanej w badaniu skali lęku przed
śmiercią. Jeśli jednak ktoś doświadczył (zwłaszcza przed dziesiątym
rokiem życia) śmierci bliskiego przyjaciela bądź kogoś z rodziny, z większym prawdopodobieństwem będzie miał koszmary senne74. Intrygujący jest wynik jednego z badań:
stwierdzono w nim krzywoliniową zależność między świadomym lękiem przed
śmiercią a pojawianiem się tematów śmierci w snach75. Innymi słowy, osoby doświadczające bardzo silnego
bądź bardzo słabego lęku przed śmiercią częściej o śmierci śnią. Być
może silny lęk świadomy odzwierciedla lęk nieświadomy tak silny, że nie
daje się go opanować i "przelewa się" on niejako do złych snów i do
świadomości. Bardzo niski (niższy, niż można by się spodziewać u przeciętnego człowieka) poziom świadomego lęku przed śmiercią może
odzwierciedlać silny lęk nieświadomy, który na jawie jest opanowany za
pomocą zaprzeczeń i wyparcia, ale w stanie snu zdobywa przewagę nad
cenzorem snów.
Podsumowując, można stwierdzić, że badania na temat lęku przed śmiercią
oferują pewną ograniczoną pomoc w zrozumieniu jego roli w psychopatologii i psychoterapii. Większość prac polega na badaniu
korelacji między świadomym lękiem przed śmiercią (mierzonym za pomocą
dość prostych skal) a zbiorem zmiennych demograficznych i psychometrycznych. Wynika z nich pewna dodatnia korelacja między wysokim
poziomem lęku przed śmiercią a depresją, wczesną utratą, brakiem
przekonań religijnych i zawodem. Z innych badań, w których zajmowano się
głębszymi warstwami świadomości, wynika, że spora część lęku przed
śmiercią jest nieuświadamiana; że lęk przed śmiercią rośnie w miarę
przechodzenia od doświadczenia świadomego do nieświadomego; że wśród
ludzi starszych bardziej boją się śmierci osoby niedojrzałe psychicznie
lub mało aktywne życiowo i w końcu, że lęk przed śmiercią, zarówno
świadomy, jak i nieświadomy, związany jest z neurotycznością.
Pomijanie kwestii śmierci w teorii i praktyce psychoterapeutycznej
Wszystkie wyżej wymienione perspektywy patrzenia na śmierć -?tradycja
kulturowa, doświadczenie kliniczne i badania empiryczne -?mają ważne
implikacje dla psychoterapii. Włączenie śmierci do życia wzbogaca życie;
człowiek uwalnia się od przytłaczających go błahych spraw, żyje w sposób
bardziej celowy i autentyczny. Pełna świadomość śmierci może sprzyjać
radykalnej zmianie osobistej. Zarazem jednak śmierć jest pierwotnym
źródłem lęku; przenika on doświadczenie wewnętrzne i bronimy się przed
nim za pomocą licznych mechanizmów psychicznych. A ponadto, jak to
pokażę w rozdziale 4, stosowanie do walki z lękiem przed śmiercią
sposobów nieprzystosowawczych prowadzi do wielu rozmaitych oznak,
objawów i cech charakteru, które nazywamy "psychopatologią".
A przecież mimo tych przekonujących racji pojęcie śmierci rzadko się
pojawia w dialogu psychoterapeutycznym. Pomija się ją -?i to pomija
rażąco -?w całej niemal sferze zdrowia psychicznego: w teorii, badaniach
podstawowych i klinicznych, w opisach przypadków i we wszystkich formach
praktyki terapeutycznej. Jedynym wyjątkiem jest obszar, na którym
śmierci nie da się zignorować -?opieka nad pacjentami umierającymi.
Sporadyczne w literaturze psychoterapeutycznej artykuły na temat śmierci
pojawiają się zazwyczaj w drugo- lub trzeciorzędnych czasopismach i mają
formę anegdotyczną. Są to ciekawostki z marginesu głównego nurtu teorii
i praktyki.
OPISY PRZYPADKÓW
Pomijanie strachu przed śmiercią w opisach przypadków -?by przytoczyć
jeden tylko przykład -?jest tak rażące, że można by pomyśleć, iż działa
tu jakaś zmowa milczenia. W klinicznych opisach przypadków spotykamy
trzy podstawowe strategie radzenia sobie ze śmiercią. Pierwsza polega na
pomijaniu tej kwestii i nieprzytaczaniu żadnego materiału dotyczącego
śmierci. W ramach drugiej autorzy prezentują nawet materiał związany ze
śmiercią, ale ignorują go całkowicie, interpretując przypadek
dynamicznie. Tak się na przykład rzecz ma z opisami terapii prowadzonych
przez Freuda, co za chwilę unaocznię za pomocą przykładów. Autorzy
stosujący strategię trzecią prezentują związany ze śmiercią materiał
kliniczny, ale omawiając przypadek z teoretycznego punktu widzenia,
tłumaczą "śmierć" na jakieś pojęcie spójne z daną szkołą terapeutyczną.
W opublikowanym w jednym z wiodących czasopism i często cytowanym
artykule The Attitudes of Psychoneurotics toward Death dwóch wybitnych
praktyków, Walter Bromberg i Paul Schilder, prezentuje kilka opisów
przypadków, w których śmierć odgrywa ważną rolę76. Na przykład u jednej z pacjentek ostry lęk
wystąpił po śmierci jej przyjaciółki, do której żywiła uczucia
erotyczne. Chociaż pacjentka stwierdza wyraźnie, że jej strach wzbudziło
towarzyszenie przyjaciółce w umieraniu, autorzy piszą, że "reakcja
lękowa związana była z nieuświadamianą więzią homoseksualną, którą w sobie zwalczała [...] jej własna śmierć oznaczała ponowne połączenie się
z homoseksualną ukochaną, która odeszła [...] śmierć oznacza ponowne
połączenie się z zaprzeczonym obiektem miłości".
Inna pacjentka, której ojciec był przedsiębiorcą pogrzebowym, opisuje
silny lęk: "Zawsze się bałam śmierci. Bałam się, że się obudzę, kiedy
będą mnie balsamować. Miałam to dziwne poczucie rychłej śmierci. Mój
ojciec był przedsiębiorcą pogrzebowym. Kiedy widziałam ciała, nigdy nie
myślałam o śmierci... ale teraz czuję, że chcę uciekać. [...] Ciągle o tym
myślę. [...] Czuję, jakbym ciągle to odpędzała". Autorzy komentują: "lęk
przed śmiercią jest wyrazem wypartego pragnienia bierności, pragnienia,
by dotykał jej ojciec przedsiębiorca pogrzebowy". Ich zdaniem lęk
pacjentki jest efektem bronienia się przed tymi niebezpiecznymi
pragnieniami i przed chęcią ukarania siebie za pragnienia incestualne.
Inne opisy przypadków przytoczone w tym samym artykule dostarczają
kolejnych przykładów zastąpienia śmierci czymś, co autorzy uważają za
lęki bardziej podstawowe: "dla tego chłopca śmierć oznacza ostateczną
sadomasochistyczną gratyfikację w homoseksualnym związku z ojcem" albo
"śmierć oznacza dla niego separację od matki i kres wyrażania
nieuświadamianych pragnień libidinalnych".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki