Psychopozytywność - Maria Kaczorowska

Kup ebooka

51.90 zł
42.04 zł (41,52 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZED

"Nie daj po so­bie po­znać, że coś jest z tobą nie tak". Krótki pa­zno­kieć miał czer­woną ob­wódkę od krwi. Scho­wa­łam ręce w kie­sze­nie i po­de­szłam do grupy stu­den­tek, pró­bu­jąc za­cho­wy­wać się swo­bod­nie. Dużo się śmia­łam i wy­ma­chi­wa­łam rę­kami, które uspo­ka­jały się tylko za­plą­tane w su­peł, tak samo jak sto­jące w po­zy­cji ba­le­to­wej nogi. Nie mia­łam po­ję­cia, co wła­ści­wie czu­łam, ale było to okropne.

Ma­rzy­łam o stu­dio­wa­niu. W książ­kach i fil­mach uni­wer­sy­tet wy­da­wał się miej­scem przy­ja­znym Ma­ry­siom. W prak­tyce oka­zało się, że nie mam po­ję­cia, skąd wszy­scy wie­dzą, kiedy jest za­li­cze­nie i co trzeba przy­go­to­wać na eg­za­min. My­śla­łam, że mu­szę prze­czy­tać pod­ręcz­nik, więc sia­da­łam do niego na dłu­gie go­dziny uzbro­jona w ko­lo­rowe pi­saki. Po­tem oka­zy­wało się, że wszy­scy w mo­jej gru­pie przej­rzeli slajdy z wy­kła­dów i no­tatki zro­bione na tym przed­mio­cie dzie­sięć lat wcze­śniej i prze­ka­zy­wane so­bie przez ko­lejne rocz­niki stu­den­tów.

Już w li­ceum nasz wy­cho­wawca rzu­cił mi z za­tro­skaną miną, że miał kie­dyś wy­jąt­kowo głu­pią uczen­nicę, która ro­biła dużo ko­lo­ro­wych no­ta­tek, więc zdała ma­turę. Róż­nica mię­dzy mną a tamtą dziew­czyną miała po­le­gać na tym, że tamta uczyła się jesz­cze wię­cej niż ja.

Chyba fak­tycz­nie by­łam głu­pia. Gdyby nie moje cu­downe ko­le­żanki ra­tu­jące mi re­gu­lar­nie ty­łek wia­do­mo­ściami: "Hej, zo­ba­czymy się ju­tro przed eg­za­mi­nem na szybką po­wtórkę?", wy­le­cia­ła­bym ze stu­diów już po pierw­szej se­sji, nie dla­tego, że źle na­pi­sa­łam eg­za­min. Praw­do­po­dob­nie do­tar­ła­bym na niego kilka dni po fak­cie, jak na eg­za­min do cer­ty­fi­katu ję­zy­ko­wego z an­giel­skiego.

Od­no­si­łam wra­że­nie, że moje za­cho­wa­nie jest dziwne. Że ja je­stem dziwna. Że moje uczu­cia i my­śli są dziwne i nie na miej­scu. Od­no­si­łam wra­że­nie, że ni­g­dzie nie pa­suję. Nie mia­łam po­ję­cia, co się dzieje na stu­diach, i tłu­ma­czy­łam to ar­ty­styczną du­szą. W szkole mu­zycz­nej tę­sk­ni­łam do ksią­żek i na­uko­wego po­dej­ścia. W ro­dzi­nie mia­łam ety­kietkę tej, która uważa się za lep­szą i cią­gnie, nie wia­domo do czego.

Po­tra­fi­łam opo­wia­dać go­dzi­nami o rze­czach, które mnie spo­ty­kają. Wszystko wy­da­wało mi się in­te­re­su­jące, a co­dzienne przy­gody łą­czyły się w dłu­gie opo­wie­ści. Nie­któ­rzy za­pewne uni­kali mnie jak ognia, już z da­leka wi­dząc prze­su­wa­jącą się w ich stronę stertę przed­mio­tów. Zna­cie lu­dzi, któ­rzy nie biorą ze sobą ko­szyka w skle­pie, bo wy­daje im się, że wcho­dzą tylko po jedną rzecz, a po­tem idą do kasy, przy­trzy­mu­jąc brodą wieżę z pro­duk­tów? Wła­śnie w ten spo­sób szłam na za­ję­cia z pi­ra­midą zbu­do­waną z ze­szy­tów, ksią­żek, piór­nika, kubka z kawą, te­le­fonu i klu­czy. Ko­le­żanka z grupy, otwie­ra­jąc mi drzwi do sali, prze­wra­cała oczami i mó­wiła: "Oj, Ma­ryś", tak samo jak wtedy, kiedy znów za­wa­la­łam ją dzie­się­cio­mi­nu­tową opo­wie­ścią o od­wie­sza­niu kurtki w szatni lub in­nych dra­mach roz­gry­wa­ją­cych się w moim za­wsze pul­su­ją­cym świe­cie.

Było mnie wszę­dzie dużo, ale od­no­si­łam wra­że­nie, że ja­kimś cu­dem się miesz­czę. Z uśmie­chem pró­bo­wa­łam upchnąć sie­bie po­ka­le­czo­nymi pal­cami w ramy na­rzu­cane przez świat i wy­da­wało mi się, że wy­cho­dzi mi to cał­kiem nie­źle.

A po­tem prze­sta­łam da­wać radę.

Opo­wiem wam hi­sto­rię o my­śle­niu, emo­cjach, ciele i za­cho­wa­niu. O tym, jak uczymy się opo­wia­dać hi­sto­rie o so­bie i jak to wpływa na po­dej­mo­wane przez nas dzia­ła­nia. Jak ze­wnętrzny kon­tekst wpływa na na­sze we­wnętrzne ży­cie, a we­wnętrzne ży­cie staje się pry­zma­tem, który prze­pusz­cza z ze­wnątrz tylko pe­wien okre­ślony za­kres świa­tła.

Przy­zna­nie, że się nie wie, bywa naj­do­sko­nal­szą formą od­wagi i wie­dzy. Oczy­wi­ście nie za­wsze. Cza­sem jest rzu­co­nym na od­wal się wy­try­chem. Jak każde za­cho­wa­nie ma swój kon­tekst i uży­tecz­ność. O tym wszyst­kim opo­wiem wam szcze­gó­łowo. Żeby do­wie­dzieć się cze­goś, mu­szę za­ło­żyć, że są rze­czy, któ­rych nie wiem. Zro­bić prze­strzeń na to, co jesz­cze nie miało szansy stwo­rzyć so­bie miej­sca w moim umy­śle. Do tego po­służy nam od­kle­ja­nie się.

Kiedy już po­zwo­limy so­bie nie wie­dzieć, być może zrobi się miej­sce na psy­cho­po­zy­tyw­ność, czyli za­ło­że­nie, że nie ma żad­nej my­śli, emo­cji ani za­cho­wa­nia, które są same w so­bie mo­ral­nie złe lub szko­dliwe. Wszystko za­leży od kon­tek­stu, a jest na­prawdę nie­wiele sy­tu­acji, w któ­rych nie mo­żemy po­trak­to­wać sa­mych sie­bie z życz­li­wo­ścią i współ­czu­ciem.

Nie będę się od­wo­ły­wała do źró­deł na­uko­wych. Je­stem w tym fa­talna, ale nie za­ła­muje mnie to. Lu­dzie, któ­rzy mają smy­kałkę do ba­dań w dzie­dzi­nach nauk spo­łecz­nych, cho­ciaż spra­wiają wra­że­nie bar­dzo mą­drych, czę­sto wy­pa­dają nie­by­wale głu­pio, po­nie­waż udo­wad­niają przede wszyst­kim ist­nie­nie po­jęć, które sami stwo­rzyli. Sama przy­ła­puję się na tym, że wie­rzę w coś, co chwilę póź­niej oka­zuje się ni­czym nie­uza­sad­nione. Na szczę­ście to wcale nie wada na­uki - to jej ce­cha. Wszystko, co wiemy o świe­cie, jest tylko pew­nym eta­pem. Wy­obraź­cie so­bie, jak za­baw­nie brzmia­łaby dumna de­kla­ra­cja, że do­wie­dzie­li­śmy się już wszyst­kiego. To oczy­wi­ście nie­prawda.

Nie twier­dzę przy tym, że ba­da­nia na­ukowe w psy­cho­lo­gii nie mają sensu. Wszyst­kich pró­bu­ją­cych opi­sać za­leż­no­ści w nie­zwy­kle zło­żo­nym świe­cie na­szego umy­słu kształ­to­wa­nym przez mi­liony moż­li­wych kon­tek­stów szcze­rze po­dzi­wiam i mocno im ki­bi­cuję. Ja tym­cza­sem mam dla was mój oso­bi­sty esej do­ty­czący pracy z umy­słem, oparty na mo­ich pry­wat­nych i za­wo­do­wych do­świad­cze­niach.

Fi­la­rami tej opo­wie­ści są na­uki kon­tek­stu­alne o za­cho­wa­niu i fi­lo­zo­fia sto­icka, a grun­tem, na któ­rym to wszystko stoi, jest idea, że umysł sta­nowi cen­trum na­szego do­świad­cze­nia. To miej­sce, w któ­rym ro­dzą się na­sze my­śli i uczu­cia. Jest nie­ustan­nie kształ­to­wany przez na­sze do­świad­cze­nia oraz wpływa na na­sze de­cy­zje i dzia­ła­nia.

Opo­wiem wam hi­sto­rię, ale pro­szę, od sa­mego po­czątku przy­glą­daj­cie się jej bar­dzo nie­uf­nie. Obie­cuję, że znaj­dzie­cie w niej mnó­stwo kon­fa­bu­la­cji. Nie wy­nika to z tego, że chcę was oszu­kać.

Książka ta przed­sta­wia pe­wien po­mysł na po­strze­ga­nie ludz­kiego do­świad­cze­nia i pracę umy­słem. Jak każdy po­mysł, jest on ogra­ni­czony, a w nie­któ­rych sy­tu­acjach cał­ko­wi­cie błędny. Niech ogra­ni­czone za­ufa­nie do tej książki bę­dzie dla was pierw­szym, waż­nym za­da­niem. Nie chcę, że­by­ście mi wie­rzyli. Je­śli pod­czas czy­ta­nia na­uczy­cie się nie ufać wspo­mnie­niom i kwe­stio­no­wać opo­wie­ści, które pod­po­wiada umysł, choćby opo­wia­dał je ktoś, kogo lu­bi­cie i komu ufa­cie, będę pła­kać ze wzru­sze­nia, bo osią­gnę swój cel. Oczy­wi­ście, o ile tylko da­cie mi znać, że tak się wła­śnie wy­da­rzyło.

Żeby do­wie­dzieć się cze­goś, mu­szę za­ło­żyć, że są rze­czy, któ­rych nie wiem.

SZU­KA­NIE PO­MOCY

Po na­głej śmierci mo­jego taty ra­dzi­łam so­bie obu­rza­jąco do­brze. Na tyle do­brze, że na po­grze­bie ja­kaś tro­skliwa pani po­sta­no­wiła sko­men­to­wać, że skoro nie je­stem za­lana łzami, to wcale nie prze­ży­wam straty, a bli­scy i dalsi ana­li­zo­wali mój spo­sób prze­cho­dze­nia ża­łoby po naj­bliż­szym mi czło­wieku. Nie­któ­rzy da­wali mi od­czuć swoje zdzi­wie­nie lub za­wód, inni chwa­lili, jak je­stem dzielna.

Po po­wro­cie do szkoły lu­dzie mi­jali mnie na ko­ry­ta­rzu, w ostat­niej chwili kie­ru­jąc wzrok na ścianę po prze­ciw­nej stro­nie niż ja. Sta­wali przy wy­bla­kłych ob­raz­kach lub wczy­ty­wali się w ga­zetki do­no­szące o wy­jeź­dzie kółka eu­ro­pej­skiego do Bruk­seli. Te ga­zetki nie wi­szą na ścia­nach po to, żeby można było za­wie­sić na nich oko, kiedy nie wia­domo, co zro­bić z cu­dzym cier­pie­niem.

Ist­nieje prze­cież ry­zyko, że sa­memu po­czuje się ukłu­cie w gar­dle albo ucisk w prze­łyku, a oczy zajdą łzami. Jesz­cze ktoś zo­ba­czy i za­pyta, co się dzieje, i trzeba się bę­dzie przy­znać, że wła­ści­wie nic, tylko za­bo­lało mnie by­cie czło­wie­kiem.

Poza tym, pa­trząc na osobę, która ma po­wód do cier­pie­nia, można spo­wo­do­wać nie­chcący, że wej­dzie ona w kon­takt z cier­pie­niem, a nam po­zo­sta­nie za­gry­za­nie warg i roz­cią­ga­nie swe­tra. To jakby kop­nąć w gó­rach ka­myk i pa­trzeć, jak zsu­wa­jąc się ku do­łowi, two­rzy la­winę. A ty sto­isz jak bez­radne dziecko i wiesz, że to twoja wina. Niech no tylko tata się do­wie. Mama zrobi usta w dzió­bek i ze smut­kiem w oczach po­wie, że znowu wy­ka­za­łam się god­nym po­ża­ło­wa­nia bra­kiem wy­obraźni.

Tyle strasz­nych rze­czy może się wy­da­rzyć, kiedy spoj­rzę na osobę, która cierpi. "Po­patrz, jak tam stoi w tym czar­nym swe­trze. Ten czarny to nie do końca jej ko­lor, pod­bija zie­lon­kawe tony w jej ce­rze, ale też na­daje po­wagę. O, uśmiech­nęła się. Zo­stawmy to tak. Ra­dzi so­bie. Nie ma co psuć kru­chej rów­no­wagi. Są na pewno lepsi lu­dzie niż ja do roz­ma­wia­nia z nią na ta­kie te­maty".

W li­ceum nikt się nie zde­cy­do­wał za­py­tać, jak się wła­ści­wie z tym czuję. Chło­pak z klasy, z któ­rym nie roz­ma­wia­łam od po­czątku szkoły, na­pi­sał do mnie póź­nym wie­czo­rem po kilku mie­sią­cach od po­grzebu na sta­rym, po­ma­rań­czo­wym ko­mu­ni­ka­to­rze. Na­stęp­nym ra­zem roz­ma­wia­li­śmy dłu­żej chyba w kla­sie ma­tu­ral­nej.

We­dług oto­cze­nia ra­dzi­łam so­bie świet­nie, a kiedy da­wa­łam znać, że jest mi ciężko, do­sta­wa­łam stos do­brych rad: "Bę­dzie do­brze", "Skup się na po­zy­ty­wach", "Zaj­mij się czymś", "Nie myśl już o tym". No pew­nie, że nie chcia­łam my­śleć. Wy­ma­ga­łam od sie­bie, żeby pra­co­wać jak naj­wię­cej, i pró­bo­wa­łam nie czuć, za­ja­da­jąc uczu­cia, a po­tem wy­mio­tu­jąc. Na­uka w szkole prze­stała spra­wiać mi przy­jem­ność, a ja nie mia­łam siły wstać rano z łóżka na au­to­bus o szó­stej czter­dzie­ści osiem. Wi­docz­nie na­le­żało my­śleć bar­dziej po­zy­tyw­nie i pra­co­wać wię­cej, ale nie mia­łam po­ję­cia, jak to się robi.

Zna­la­złam spe­cja­li­stę, który miał mi po­móc po­ra­dzić so­bie z co­dzien­nym wy­mio­to­wa­niem. Wie­dzia­łam, że tak nie po­winno być, i bar­dzo chcia­łam to zmie­nić. Pierw­szy raz spo­tka­łam się z przy­ję­ciem mo­ich uczuć do­kład­nie ta­kimi, ja­kie były. Tra­fi­łam na wspa­niałą, cie­płą pa­nią psy­cho­log. Otwo­rzył się przede mną świat, w któ­rym było miej­sce na moje uczu­cia i my­śli. Nic nie było z nimi nie tak. Wszyst­kie miały swój po­wód. Można je było przyj­mo­wać, za­miast z nimi wal­czyć. Można je było czuć nie tyle mniej, co wię­cej.

Wkro­czy­łam na ścieżkę, która wpły­nie na całe moje ży­cie, cho­ciaż jesz­cze tego nie wiem. Naj­pierw będę mu­siała przejść przez etap stu­diów dzien­nych, szkoły mu­zycz­nej pięć razy w ty­go­dniu i pracy na pół etatu. Będę szu­kała za­jęć, wy­jaz­dów i wo­lon­ta­ria­tów, żeby my­śleć po­zy­tyw­nie i ro­bić dużo, bo to cią­gle jest moja główna opo­wieść. Żadna ilość mo­jego za­an­ga­żo­wa­nia nie bę­dzie wy­star­cza­jąca, żeby wy­ku­pić mi prawo do by­cia na tym świe­cie. Będę wy­ci­nała bez wy­tchnie­nia pie­nią­dze z pa­pieru i wy­da­wała kro­cie na nowe bry­stole po to, żeby wy­ciąć wię­cej pie­nię­dzy i wy­ku­pić so­bie prawo by­cia na tym świe­cie. Nie wiem jesz­cze, że ta wa­luta nie ma re­al­nej war­to­ści na rynku.

KA­TA­STROFY

Lu­bię opo­wia­dać hi­sto­rie i ro­bię to w spo­sób, który spra­wia, że nie­któ­rzy słu­chają z za­par­tym tchem, a inni mó­wią, że znów prze­sa­dzam. Ja­koś tak się zło­żyło, że naj­bliżsi mi lu­dzie mó­wili ra­czej "prze­sa­dzasz". Na­wet ci, któ­rych spo­ty­ka­łam po­tem na swo­jej dro­dze, przy­po­mi­nali prze­ka­zem to, co już zna­łam. Ci szcze­rze za­in­te­re­so­wani nie po­znali mnie do­brze i jesz­cze nie mają mnie do­syć. Ta za­sada świet­nie spraw­dzała się w kla­sy­fi­ko­wa­niu bli­skich mi lu­dzi. Tylko ci, któ­rzy byli kry­tyczni i su­rowi, wi­dzieli mnie na­prawdę. Je­śli ktoś wi­dział we mnie coś in­te­re­su­ją­cego i chciał mnie przez dłuż­szy czas słu­chać, wi­docz­nie nie był naj­ostrzej­szą strzałą w koł­cza­nie, a ja nie chcia­łam bu­do­wać re­la­cji na tym, że ktoś ma ja­kiś po­znaw­czy de­fekt i nie wi­dzi, z kim tak na­prawdę ma do czy­nie­nia.

Kiedy więc opo­wia­dam o tym, co mi się przy­da­rzyło, ni­gdy nie wiem, czy to fak­tycz­nie coś trud­nego, czy tylko mój spo­sób opo­wia­da­nia o świe­cie. Póki po­zwa­la­łam so­bie opo­wia­dać i ra­dzić z tym po swo­jemu, ja­koś to szło. Kiedy spo­tkało mnie wiele przy­kro­ści na­raz, stra­ci­łam ra­chubę.

Każda strata, któ­rej do­świad­czamy, spra­wia, że mu­simy się na­uczyć na nowo wra­cać do rów­no­wagi. Z tym wiąże się pro­ces ża­łoby - ucze­nie się, jak znów so­bie ra­dzić, kiedy tra­cimy coś, co było rusz­to­wa­niem na­szej opo­wie­ści o so­bie. Im po­waż­niej­szy ele­ment kon­struk­cji zo­stał za­brany, tym wię­cej zmian musi zajść w ca­łej bu­dowli, żeby za­bez­pie­czyć ją przed upad­kiem. Im więk­sza strata, tym więk­szy wy­si­łek. Do­świad­cza­jąc straty, mogę czuć się jak ktoś, komu od­krę­cono boczne kółka od ro­werka i te­raz musi so­bie ra­dzić na dwóch ko­łach. To wy­maga więk­szego wy­siłku, ale nie jest nie­moż­liwe.

Cza­sem oka­zuje się, że na ro­we­rze dwu­ko­ło­wym mo­żemy wje­chać w bar­dziej in­te­re­su­jące nas miej­sca, gdzie sze­ro­kie kółka boczne za­blo­ko­wa­łyby się w wą­skim przej­ściu. Na po­czątku czu­jemy się nie­sta­bil­nie, ale po pew­nym cza­sie na­bie­ramy ta­kiej wprawy, że ja­dąc na dwóch ko­łach, za­czy­namy od­da­wać się roz­mo­wie, pusz­czać kie­row­nicę jedną ręką, a cza­sem dla za­bawy na­wet dwiema. Na wspo­mnie­nie sta­rego czte­ro­ko­łowca serce mięk­nie i de­li­kat­nie szczy­pie w środku, ale za nic nie wró­ci­li­by­śmy do jeż­dże­nia na nim.

Czu­łam się, jakby wsa­dzono mnie na ro­wer po raz pierw­szy w ży­ciu, ka­zano je­chać po tra­wie pod górę i pod­pa­lono mi opony.

Każda strata, któ­rej do­świad­czamy, spra­wia, że mu­simy się na­uczyć na nowo wra­cać do rów­no­wagi.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki