PRZED
"Nie daj po sobie poznać, że coś jest z tobą nie tak". Krótki paznokieć miał czerwoną obwódkę od krwi. Schowałam ręce w kieszenie i podeszłam do grupy studentek, próbując zachowywać się swobodnie. Dużo się śmiałam i wymachiwałam rękami, które uspokajały się tylko zaplątane w supeł, tak samo jak stojące w pozycji baletowej nogi. Nie miałam pojęcia, co właściwie czułam, ale było to okropne.
Marzyłam o studiowaniu. W książkach i filmach uniwersytet wydawał się miejscem przyjaznym Marysiom. W praktyce okazało się, że nie mam pojęcia, skąd wszyscy wiedzą, kiedy jest zaliczenie i co trzeba przygotować na egzamin. Myślałam, że muszę przeczytać podręcznik, więc siadałam do niego na długie godziny uzbrojona w kolorowe pisaki. Potem okazywało się, że wszyscy w mojej grupie przejrzeli slajdy z wykładów i notatki zrobione na tym przedmiocie dziesięć lat wcześniej i przekazywane sobie przez kolejne roczniki studentów.
Już w liceum nasz wychowawca rzucił mi z zatroskaną miną, że miał kiedyś wyjątkowo głupią uczennicę, która robiła dużo kolorowych notatek, więc zdała maturę. Różnica między mną a tamtą dziewczyną miała polegać na tym, że tamta uczyła się jeszcze więcej niż ja.
Chyba faktycznie byłam głupia. Gdyby nie moje cudowne koleżanki ratujące mi regularnie tyłek wiadomościami: "Hej, zobaczymy się jutro przed egzaminem na szybką powtórkę?", wyleciałabym ze studiów już po pierwszej sesji, nie dlatego, że źle napisałam egzamin. Prawdopodobnie dotarłabym na niego kilka dni po fakcie, jak na egzamin do certyfikatu językowego z angielskiego.
Odnosiłam wrażenie, że moje zachowanie jest dziwne. Że ja jestem dziwna. Że moje uczucia i myśli są dziwne i nie na miejscu. Odnosiłam wrażenie, że nigdzie nie pasuję. Nie miałam pojęcia, co się dzieje na studiach, i tłumaczyłam to artystyczną duszą. W szkole muzycznej tęskniłam do książek i naukowego podejścia. W rodzinie miałam etykietkę tej, która uważa się za lepszą i ciągnie, nie wiadomo do czego.
Potrafiłam opowiadać godzinami o rzeczach, które mnie spotykają. Wszystko wydawało mi się interesujące, a codzienne przygody łączyły się w długie opowieści. Niektórzy zapewne unikali mnie jak ognia, już z daleka widząc przesuwającą się w ich stronę stertę przedmiotów. Znacie ludzi, którzy nie biorą ze sobą koszyka w sklepie, bo wydaje im się, że wchodzą tylko po jedną rzecz, a potem idą do kasy, przytrzymując brodą wieżę z produktów? Właśnie w ten sposób szłam na zajęcia z piramidą zbudowaną z zeszytów, książek, piórnika, kubka z kawą, telefonu i kluczy. Koleżanka z grupy, otwierając mi drzwi do sali, przewracała oczami i mówiła: "Oj, Maryś", tak samo jak wtedy, kiedy znów zawalałam ją dziesięciominutową opowieścią o odwieszaniu kurtki w szatni lub innych dramach rozgrywających się w moim zawsze pulsującym świecie.
Było mnie wszędzie dużo, ale odnosiłam wrażenie, że jakimś cudem się mieszczę. Z uśmiechem próbowałam upchnąć siebie pokaleczonymi palcami w ramy narzucane przez świat i wydawało mi się, że wychodzi mi to całkiem nieźle.
A potem przestałam dawać radę.
Opowiem wam historię o myśleniu, emocjach, ciele i zachowaniu. O tym, jak uczymy się opowiadać historie o sobie i jak to wpływa na podejmowane przez nas działania. Jak zewnętrzny kontekst wpływa na nasze wewnętrzne życie, a wewnętrzne życie staje się pryzmatem, który przepuszcza z zewnątrz tylko pewien określony zakres światła.
Przyznanie, że się nie wie, bywa najdoskonalszą formą odwagi i wiedzy. Oczywiście nie zawsze. Czasem jest rzuconym na odwal się wytrychem. Jak każde zachowanie ma swój kontekst i użyteczność. O tym wszystkim opowiem wam szczegółowo. Żeby dowiedzieć się czegoś, muszę założyć, że są rzeczy, których nie wiem. Zrobić przestrzeń na to, co jeszcze nie miało szansy stworzyć sobie miejsca w moim umyśle. Do tego posłuży nam odklejanie się.
Kiedy już pozwolimy sobie nie wiedzieć, być może zrobi się miejsce na psychopozytywność, czyli założenie, że nie ma żadnej myśli, emocji ani zachowania, które są same w sobie moralnie złe lub szkodliwe. Wszystko zależy od kontekstu, a jest naprawdę niewiele sytuacji, w których nie możemy potraktować samych siebie z życzliwością i współczuciem.
Nie będę się odwoływała do źródeł naukowych. Jestem w tym fatalna, ale nie załamuje mnie to. Ludzie, którzy mają smykałkę do badań w dziedzinach nauk społecznych, chociaż sprawiają wrażenie bardzo mądrych, często wypadają niebywale głupio, ponieważ udowadniają przede wszystkim istnienie pojęć, które sami stworzyli. Sama przyłapuję się na tym, że wierzę w coś, co chwilę później okazuje się niczym nieuzasadnione. Na szczęście to wcale nie wada nauki - to jej cecha. Wszystko, co wiemy o świecie, jest tylko pewnym etapem. Wyobraźcie sobie, jak zabawnie brzmiałaby dumna deklaracja, że dowiedzieliśmy się już wszystkiego. To oczywiście nieprawda.
Nie twierdzę przy tym, że badania naukowe w psychologii nie mają sensu. Wszystkich próbujących opisać zależności w niezwykle złożonym świecie naszego umysłu kształtowanym przez miliony możliwych kontekstów szczerze podziwiam i mocno im kibicuję. Ja tymczasem mam dla was mój osobisty esej dotyczący pracy z umysłem, oparty na moich prywatnych i zawodowych doświadczeniach.
Filarami tej opowieści są nauki kontekstualne o zachowaniu i filozofia stoicka, a gruntem, na którym to wszystko stoi, jest idea, że umysł stanowi centrum naszego doświadczenia. To miejsce, w którym rodzą się nasze myśli i uczucia. Jest nieustannie kształtowany przez nasze doświadczenia oraz wpływa na nasze decyzje i działania.
Opowiem wam historię, ale proszę, od samego początku przyglądajcie się jej bardzo nieufnie. Obiecuję, że znajdziecie w niej mnóstwo konfabulacji. Nie wynika to z tego, że chcę was oszukać.
Książka ta przedstawia pewien pomysł na postrzeganie ludzkiego doświadczenia i pracę umysłem. Jak każdy pomysł, jest on ograniczony, a w niektórych sytuacjach całkowicie błędny. Niech ograniczone zaufanie do tej książki będzie dla was pierwszym, ważnym zadaniem. Nie chcę, żebyście mi wierzyli. Jeśli podczas czytania nauczycie się nie ufać wspomnieniom i kwestionować opowieści, które podpowiada umysł, choćby opowiadał je ktoś, kogo lubicie i komu ufacie, będę płakać ze wzruszenia, bo osiągnę swój cel. Oczywiście, o ile tylko dacie mi znać, że tak się właśnie wydarzyło.
Żeby dowiedzieć się czegoś, muszę założyć, że są rzeczy, których nie wiem.