Podziękowania
Chciałbym przede wszystkim podziękować
osobie, z którą pozostaję w najściślejszym związku, czyli Amy Mindell,
za poprawienie i przygotowanie do druku niniejszego, drugiego wydania
książki. Jestem również wielce zobowiązany moim bliskim przyjaciołom
oraz pierwszym odważnym uczestnikom moich seminariów poświęconych
związkom, które prowadziłem w 1986 roku w Tschierv w Szwajcarii oraz w Seattle w stanie Waszyngton. Ludzie ci ułatwili mi eksperymentowanie z relacjami w kluczowej fazie moich badań.
Wyrazy wdzięczności kieruję do Josepha Goodbreada i Barbary Croci za
pomoc w wyjaśnieniu wielu aspektów podwójnych sygnałów i teorii śniącego
ciała. Dziękuję także gorąco Julie Diamond za trafne komentarze, pracę
redakcyjną i przepisywanie mojego manuskryptu. Amy Kaplan Mindell
okazała mi wielką pomoc, podsuwając pomysły i pomagając w końcowym
kształtowaniu dzieła. Dawn Menken pomagał mi przy tworzeniu indeksu i rzucił krytycznym okiem na ukończone dzieło.
Liczne osoby przyczyniły się znacząco do powstania książki, udzielając
mi wsparcia w osobistych interakcjach i wnikliwie czytając jej wstępną
wersję. Muszę tu wymienić: Jeana Claude'a Audergona, Kima Burga, Ursa
Buttikofera, Jana Dworkina, Barbarę Hannah, Victorię Hermann, George'a Mecoucha, Norę Mindell, Larę i Robina Mindellów, Carla i Pearl
Mindellów, Maksa Schupbacha, Debbie Schupbach oraz M.L. von Franz.
Chciałbym także podziękować Eileen Campbell, redaktorce wydawnictwa
Routledge & Kegan Paul, za jej konstruktywną współpracę.
Prace C.G. Junga pomogły mi w uświadomieniu sobie, że wszystko, co
ludzie robią, jest znaczące, a nie słuszne bądź niesłuszne. Współcześni
terapeuci rodzinni przekonali mnie o przydatności moich wcześniejszych
studiów w dziedzinie fizyki. Grupy ludzi naprawdę zachowują się pod
pewnymi względami jak pojedyncze układy. Wiele narzędzi, których używam
w pracy nad łączną naturą procesów komunikacji, kanałów i sygnałów,
wywodzi się z moich badań fizycznych. Moje doświadczenia w pracy ze
snami i ciałem, opisane w książce Śniące ciało, pomogły mi w zrozumieniu grupowych schematów sennych. Doświadczenia zebrane podczas
pisania książki O pracy ze śniącym ciałem skłoniły mnie do pogłębienia
wiedzy dotyczącej współzależności między tym, co jednostkowe, a tym, co
zbiorowe. O podstawach teorii procesu oraz jej powiązaniach z alchemią i taoizmem można przeczytać w River's Way.
Don Juan Carlosa Castanedy musi być jednym z duchów stojących za moją
pracą, ponieważ w nocy przed ukończeniem pierwszej wersji manuskryptu
śniło mi się, że książka ma pomagać - jak on to ujął - w stawaniu się
"wojownikiem". W tym śnie Psychologia procesu w relacjach nosiła tytuł
Wojownik Świata, ponieważ odnosi się ona do "ciasnego" życia, w którym
jednostka uświadamia sobie, że jej relacjami rządzi to, co jest w niej
"zwierzęce" czy też nieświadome, a zatem każda chwila może być ostatnią.
W tym śnie usłyszałem: "Bądź więc w pełni rozbudzony i użyj wszystkich
swoich zdolności oraz całej odwagi, by uświadomić sobie, że twoim
sojusznikiem jest element zapewniający trwałość miłości i związków, a mianowicie proces, który może nas wszystkich zaśnić do działania".
Na koniec chciałbym podziękować Towarzystwu Badań Psychologii
Zorientowanej na Proces oraz Instytutowi Jungowskiemu w Zurychu za
stworzenie mi okazji do wygłaszania wykładów na omawiany w książce
temat.
Książka nigdy nie ujrzałaby światła dziennego bez wszystkich tych
relacji, duchów, instytucji, autorów i tła historycznego.
Rozdział 1
Mowa śniącego ciała
Napisałem tę książkę w nadziei, że
przysłużę się zawodowym terapeutom i zwykłym ludziom zmuszonym do
zagłębiania się w tajniki związków i poszukującym jakichś szczególnych
narzędzi, dzięki którym miejsce niezrozumiałych tajemnic zajęłoby
satysfakcjonujące i aktywne życie codzienne. Zapraszam każdego, kto
interesuje się poważnie pracą nad związkami międzyludzkimi, uczy się
radzenia sobie z powstającymi w nich problemami i ma do czynienia z ich
sennym tłem, do współpracy w rozwoju metod zorientowanych na proces.
Metody te odznaczają się trzema specyficznymi cechami.
Po pierwsze, są próbą połączenia tradycyjnych technik terapii rodzinnej
z teorią komunikacji oraz pracą ze snami i z ciałem praktykowaną w terapii indywidualnej. Ten splot jest istotny, gdyż bez pracy ze snami i ciałem terapia rodzinna może być dla jednostki zbyt płytkim
doświadczeniem.
Po drugie, omawiane podejście łączy koncentrację na problemach grupy z poświęceniem jednostce takiej uwagi, na jaką pacjent może zwykle liczyć
w terapii indywidualnej. Jest to niezbędny krok we współczesnej terapii
rodzinnej, która skłonna jest zaniedbywać jednostkę, faworyzując grupę.
Mogę zrozumieć zaangażowanie terapeuty rodzinnego w problemy grupy, co
pociąga za sobą postrzeganie jednostki tylko jako elementu większej
całości. Wydaje mi się jednak, że terapia rodzinna, która neguje lub
lekceważy głębokie aspekty jednostkowe, traci swoją siłę. Jednostka
czuje się tylko częściowo zrozumiana jako część systemu rodzinnego.
Po trzecie, związek to kanał przekazu. Stanowi jedynie część
indywidualności, podobnie jak owa indywidualność jest tylko jednym z kanałów przekazu grupowego. Każda grupa posługuje się wieloma rodzajami
ekspresji, jakimi dysponują ludzie; podobnie każda osoba wykorzystuje
różne sposoby postrzegania i autoekspresji. Można doświadczać własnej
jaźni w snach, wewnętrznych dialogach, odczuciach cielesnych, ruchach,
zdarzeniach świata zewnętrznego, synchroniczności i oczywiście w związkach. Zatem relacja z inną osobą jest tylko jednym ze sposobów
doświadczania samego siebie. Traktowanie jej jako sposobu jedynego jest
taką samą naiwnością, jaką byłoby twierdzenie, iż jednostka jest
niezależna od świata, w którym żyje.
Tak więc praca nad związkami zorientowana na proces przeplata zadania
terapii rodzinnej z analizą silnych doznań cielesnych i snów jednostki.
Jednostka jest postrzegana jako kanał przekazu grupy, a grupa jako kanał
przekazu jednostki. Takie podejście stało się możliwe dzięki czwartej
cesze tej książki: skupieniu się na procesie relacji samym w sobie,
czyli świadomych i nieświadomych jej aspektach. Przyjąłem taki punkt
widzenia, ponieważ tysiące godzin doświadczenia w pracy ze związkami
przekonały mnie, że proste rozwiązania, reguły, zalecenia i nawet
tłumaczenia mają tylko przejściową ważność i bywają nieskuteczne.
Odkryłem, że zalecenia i instrukcje mówiące, jak, kiedy i z kim "należy"
się komunikować, przyczyniają się do jeszcze większych problemów.
Wierzcie albo nie, ale zdarzały mi się nawet sytuacje, w których
rezygnacja z projekcji, prawdziwe sine qua non psychologii, okazywała
się niszcząca dla wszystkich zainteresowanych.
Zajmę się więc szerokim zakresem zagadnień związanych z relacjami:
schematami kryjącymi się za zakochaniem się, zerwaniem, zdradą
małżeńską, anomaliami seksualnymi, problemami z wychowaniem dzieci,
agresją, przesadną uległością itp. We wszystkich tych sytuacjach
najbardziej użytecznym podejściem jest skupienie się na niezamierzonych
komunikatach, na "procesie sennym" toczącym się w tle relacji. Praca z tym procesem pozwala nie tylko dostrzec i docenić głębokie nurty skryte
w relacjach, lecz także ułatwia rozwiązywanie bieżących konfliktów.
Pozwólcie, że przywołam przykład.
Joan i Rolf zasiedli w moim gabinecie naprzeciwko siebie. Byli oboje w silnym stresie i sprawiali wrażenie całkowicie wyczerpanych. Kłócili się
nieustannie, chcieli się rozstać i nie wiedzieli, co dalej począć. Rolf
zapewniał, że stara się okazywać partnerce więcej czułości, czego ta się
domagała, a Joan szorstko wyrzucała mu, że jest nadmiernie racjonalny.
Skarżyła się, że za dużo mówi. W tym momencie postanowiłem wprowadzić do
gry niezamierzony przekaz, a mianowicie jej szorstki ton głosu.
"Posłuchaj własnego głosu i bądź trochę ciszej" - powiedziałem. Rolf
wpatrywał się w Joan, która nagle zamilkła. Patrzył na nią bez słowa i wtem w kąciku jej oka pokazała się łza. Obudziło się w nim jakieś
uczucie i również przestał się odzywać. Po chwili kobieta wydusiła z siebie: "Niechętnie to przyznaję, ale naprawdę go kocham". Oboje
patrzyli sobie w oczy aż do końca sesji. Jak powiedział Rolf, od
pierwszej randki marzył o tym, że będą siedzieli obok siebie w milczeniu
i wpatrywali się w morze.
Joan i Rolf komunikowali się równocześnie dwoma sposobami. Jeden
stanowiły kłótnie zmierzające do zerwania, podczas gdy drugi, "proces
senny", polegał na wspólnym milczącym spoglądaniu w nieskończoność. Spór
o to, czy pozostaną razem, czy też rozstaną się, to były świadomie
stosowane sposoby definiowania się w związku, które na poziomie
nieświadomości kształtował wzorzec wspólnej fascynacji morzem. Wielu
psychologów zdaje sobie dzisiaj sprawę, że ludzie potrafią komunikować
się w tym samym czasie na kilku poziomach. Nowością jest fakt, że
niezamierzone przekazy, tak zwane "podwójne sygnały", w rodzaju
szorstkiego głosu Joan, łączą ludzi z procesem sennym, który przebiega w tle, a jednak decyduje o tym, że ludzie pozostają ze sobą.
Wydaje się więc, że ludzie są zdolni do jednoczesnego komunikowania się
z użyciem dwóch zupełnie od siebie niezależnych języków, choć nie zdają
sobie z tego sprawy. Język pierwszy, intencjonalny, tworzą problemy i zagadnienia, na których skupiają się ich myśli, takie jak spory Joan i Rolfa. Ten pierwszy proces komunikacyjny jest tak sugestywny, że niejako
hipnotyzuje słuchaczy, wymazując z ich świadomości proces
nieintencjonalny, senny.
Ów drugi proces, niezamierzony lub choćby mniej świadomy, pozostaje
zagadką. Ludzie rzadko zdają sobie z niego sprawę i nie rozmawiają o nim. A przecież im mniej uwagi zwracamy na chrząknięcia, wzruszenia
ramionami, westchnienia, ruchy brwi, pozycję na krześle i inne składniki
tego nieintencjonalnego języka, tym większy i szkodliwszy wywiera on
wpływ. Stwarza nawet problemy somatyczne - Joan przechodziła operację
gardła, która przyczyniła się do szorstkiego brzmienia jej głosu. Wtórne
podwójne sygnały w takim stopniu zakłócają pierwotną komunikację, że
pary szybko przestają się wzajemnie rozumieć. Rozmowy o sprawach
konfliktowych stają się nagle krępujące albo co gorsza schodzą do
poziomu kłótni i wyzwisk, partnerzy oskarżają się wzajemnie o kłamstwa,
o to, że nie pamiętają, co sami kiedyś mówili lub robili. Im bardziej
świadomi będą tego sennego języka, tym łatwiejsza i mniej bolesna albo
nawet nieistotna stanie się praca nad ich zasadniczymi problemami.
Ten drugi proces komunikacji nazywam "mową śniącego ciała", ponieważ
składające się na niego zjawiska cielesne, przyjmowane pozycje, tony
głosu, działania i reakcje można obserwować nie tylko w toku rozmowy,
lecz także w snach jego uczestników. Można nauczyć się owego języka,
trenując uważność. Wykorzystanie tej wiedzy wymaga jednak cierpliwości,
odwagi i samoświadomości. Używając jej na własny rachunek, wprowadzasz
do swojego świata odmienną rzeczywistość.
Mowa śniącego ciała naprawdę przypomina sen. Nie odnotowujemy po prostu
ze zrozumieniem jego przekazów. Informacja pojawia się na krótką chwilę
w drobnych ruchach ciała, dziwnych wyobrażeniach lub marzeniach sennych,
a także w przekonaniach i mitach, które wyznajemy, nawet nie zdając
sobie z tego sprawy. Na przykład Joan nie zdawała sobie sprawy z tego,
że źle znosi milczenie, a Rolf wierzył, że jest człowiekiem bardzo
uczuciowym! Dlatego właśnie my wszyscy, tak jak Joan i Rolf, często
cierpimy z powodu sprzecznych przekonań, mitów i snów oddziałujących na
nasze codzienne konflikty w związkach i podsycających je, zakłócających
nasze fizyczne funkcjonowanie. Powinny one zostać wydobyte na światło
dzienne.
Zorientowana na proces praca z jednostką lub ze związkiem, w której ta
jednostka uczestniczy, niemal zawsze zdradza, że te same senne wzorce,
które organizują życie jednostki, organizują również życie pary lub
większej grupy ludzi. Powiem potem więcej o tych wzorcach, które nazywam
"globalnym śniącym ciałem". Na razie wystarczy powiedzieć, że jest to
śniące ciało kolektywne, pole komunikatów, które wychodzą na
powierzchnię podczas pracy z procesem, ujawniając fakt, że każdy członek
grupy stanowi nieuchronnie jeden ze specyficznych i niezbędnych kanałów
przekazu.
Globalne śniące ciało wiąże nas wszystkich ze sobą. W tajemniczy sposób
organizuje osobistą psychikę każdego z nas i w niewidoczny sposób łączy
nas z wewnętrznym światem innych osób, tworząc i niszcząc przyjaźnie.
Życie w takim polu wymaga nie tylko miłości i hojności, lecz także
daleko posuniętej uważności, odwagi i gotowości, by być sobą. Jakaż to
ulga: unaocznić sobie empirycznie odwieczne przeświadczenie, iż bycie w pełni sobą, uświadamianie sobie wszystkich składników własnej jaźni,
jest ważne nie tylko dla nas samych, lecz także dla całej społeczności.
W zakresie rozszyfrowywania i przetwarzania komunikatów globalnego
śniącego ciała musimy się wiele nauczyć. Praca z procesem skupia się na
zdobywaniu tych umiejętności, na obserwowaniu i wykorzystywaniu
pojawiających się sygnałów. W tej książce powinniście widzieć wciąż
nieukończoną pracę, próbę podążania za parami i grupami z zachowaniem
względnego obiektywizmu. Jednym z jej celów jest uwolnienie psychologa
od skłonności do manipulowania ludźmi za pomocą sztuczek behawioralnych
i sprytnych sugestii wydobywanych intuicyjnie z terapeutycznej skrzynki
z narzędziami. Wykorzystamy w tym celu śniące ciało, hologramy i teorie
antropologiczne.
Praca z procesem oznacza w zasadzie podążanie za naturą. Procesem jest
to, co się właśnie dzieje, a nie to, co powinno się dziać. Procesem jest
to, co właśnie zostało pomyślane, co odbywa się zawsze, gdy ludzie
spotykają się lub o sobie myślą. Jest to organiczna metoda, która przede
wszystkim tworzy relacje. Jeśli potrafimy narzucić sobie obserwowanie
procesów, to będziemy mogli pracować z naturalnymi siłami działającymi w związkach i unikać prowokowania życiowych krótkich spięć przy użyciu
metod lub programów dających tylko krótkoterminowe efekty.
Jeśli w tej książce często używam terminu "praca z procesem" zamiast
określenia "terapia rodzinna", to z dwóch powodów.
Po pierwsze, ludzie tkwiący w środku rodzinnego konfliktu często
opierają się terapii rodzinnej, ponieważ lękają się, że terapeuta będzie
promował instytucję rodziny z uszczerbkiem dla rozwoju indywidualnego.
"Praca z procesem" skupia się na procesach intencjonalnych i nieintencjonalnych, na tym, co się dzieje i co może się zdarzyć, a nie
na tym, co powinno być, co powinno się zdarzać, ani na tym, jakie role
powinny być odgrywane.
Drugi powód używania przeze mnie terminu "praca z procesem", a nie
"terapia rodzinna", to fakt, że wielu ludzkich problemów nie da się
zrozumieć w ograniczonym kontekście terapii indywidualnej lub grupowej.
Jak się zdaje, istota ludzka jest zjawiskiem tak bardzo złożonym, że nie
można poddawać jej ograniczeniom wynikającym z zalecanego terapeutom
skupiania uwagi na jednostce lub rodzinie. Co więcej, ludzie są zbyt
interesujący, by zamykać ich w pudełku "paradygmatu terapeutycznego",
który zakłada zawsze, że coś jest z nimi nie w porządku. Celem
psychologii mogłoby być kształtowanie zdolności do elastycznego
podążania za procesami relacji, których punkt skupienia przeskakuje
pomiędzy sytuacjami indywidualnymi a grupowymi, pomiędzy dziećmi a dorosłymi, pomiędzy snami a stanami ciała, spontanicznym łączeniem się i rozdzielaniem, jednostkową dynamiką i zjawiskami parapsychicznymi.
Pierwsza połowa książki obejmuje przegląd koncepcji procesów oraz próbę
adaptacji teorii informacji do pracy ze snami i ciałem. Druga połowa
koncentruje się na parach i rodzinach, z naciskiem na praktyczne
zastosowanie teorii do konkretnego materiału. Ostatnie dwa rozdziały
zawierają omówienie wniosków, które wynikają dla globalnej ekologii z badań nad relacjami.
Rozdział 2
Perspektywa badań nad rodziną
Przeniesienie
Jak pewnie wiecie, tworząc teorię
przeniesienia, Freud uczynił relacje najważniejszym punktem
psychoanalizy. Zgodnie z tą teorią przeniesienie jest neurotycznym
przejawem faktu, że pacjenci rzutują czy też "przenoszą" na terapeutę
swoje problemy w relacjach z matką i ojcem. W klasycznej psychologii
freudowskiej to właśnie terapeuta pośrednio przywołuje te problemy, gdyż
pozostaje dla pacjenta nieznajomy i niewidoczny. W typowej sytuacji
terapeuta siedzi za biurkiem, a pacjent leży na kozetce, przenosząc na
niego swoją frustrację i brak satysfakcji w związkach.
Przeciwprzeniesienie
Późniejsi freudyści, badając zjawiska zachodzące pomiędzy pacjentem a terapeutą, stworzyli teorię przeciwprzeniesienia, czyli przenoszenia
przez lekarza na pacjenta własnych uczuć miłości i nienawiści. Okazało
się, że lekarz często doznaje emocji, które pacjent nieświadomie odpycha
od siebie. Na przykład terapeuta, który ma poczucie winy, ponieważ żąda
od pacjenta zapłaty za swoje usługi, może w rzeczywistości odreagowywać
poczucie winy pacjenta z powodu domagania się tych usług. Inaczej
mówiąc, we współczesnym rozumieniu freudowskim lekarz może doświadczać
uczuć związanych nie tylko z jego własnymi kompleksami, lecz także z kompleksami pacjenta.
Uzupełnienie Junga
Psychoanaliza freudowska zasadniczo traktuje pacjenta jako samodzielną,
wyodrębnioną jednostkę i próbuje go zrozumieć jako takiego. Najprościej
rzecz ujmując, terapeuta wkracza na scenę albo jako lustrzane odbicie
pacjenta, albo jako osobna jednostka odpowiedzialna za "przepracowanie"
jego problemów emocjonalnych. Jung kontynuował indywidualne podejście do
terapii i odkrył dodatkowo, że na sytuację w związku rzutują nie tylko
nierozwiązane problemy z rodzicami. Każdy nierozpoznany składnik jaźni
może być sporadycznie rzutowany w sytuacji przeniesienia. Na przykład
pacjent może rzutować na psychoanalityka swoje doświadczenie z szamanem
albo figurę mądrego starego człowieka. W przypadku przeniesienia
negatywnego mógłby też rzutować na niego obraz niechętnej matki lub
chłodnego, przeintelektualizowanego ojca. W toku terapii trudno jest
przepracować takie negatywne projekcje, po części także dlatego, że
zawsze tkwi w nich jakaś cząstka prawdy. Kiedy więc pacjent utrzymuje,
że prawidłowo ocenia terapeutę, ten dopuściłby się niesprawiedliwości,
upierając się, że "to tylko projekcja".
W przeciwieństwie do innych szkół psychologicznych Jung zalecał, by w takiej złożonej sytuacji terapeuta odrzucił profesjonalną maskę i przyznał, że to, co twierdzi osoba analizowana, może być prawdą, dobrze
to czy źle. Gdyby pacjent widział w nim obraz surowego ojca, a terapeuta
rzeczywiście śnił o takiej postaci, Jung zapewne zachęcałby go do
wykorzystania w terapii tego aspektu swojego osobistego rozwoju.
Kłopoty z przeniesieniem
Sugestia Junga, by terapeuta bezpośrednio włączał własną osobę w proces
pacjenta, mocno komplikuje sprawę. Kiedy terapeuta wkracza na scenę,
znikają projekcje dotyczące jego autorytarnej postawy. Nie jest już
postrzegany jako bóg, staje się teraz kimś realnym! Jung czuł nawet, że
mogłoby być z korzyścią tak dla pacjenta, jak i dla lekarza, gdyby
spotykali się poza sytuacją terapeutyczną. Możecie sobie wyobrazić, jaki
skandal wywołałoby to w kręgach psychologów lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku! Jeszcze dzisiaj trwają pomiędzy terapeutami
spory o to, czy stosowne jest nawiązywanie osobistego kontaktu z pacjentem. Nie ma wszakże wątpliwości, że jeśli terapeuta chce naprawdę
poznać osobę, z którą pracuje, to najlepiej, żeby spotkał się z nią poza
swoim gabinetem. W przeciwnym razie, chcąc całościowo ocenić pacjenta,
zdany jest na swoją wyobraźnię. Ale przecież psychoanalityk może nie
mieć na to dość czasu, energii i dobrych chęci. Szczęśliwie nie istnieją
tu proste reguły. Każdy musi znaleźć swoją własną drogę.
Najistotniejsze jest to, że Jung wprowadził rzeczywistość terapeuty do
procesu pacjenta poprzez wyjście zza biurka i nawiązanie bezpośredniego
kontaktu wzrokowego. Naturalnie nie z każdym pacjentem tak postępował.
Niektórym potrzebny jest terapeuta działający jak suchy test
psychologiczny, inni jednak pragną bardziej osobistego kontaktu. Relacja
w psychoanalizie stanowi więc proces, który stale się zmienia - od
jednej osoby do drugiej, od pary do pary, z chwili na chwilę.
Ujawnienie rzeczywistości terapeuty często oznacza dla pacjenta
odtworzenie relacji, jakie miał z innymi osobami w codziennym życiu.
Może to być zjawisko zupełnie pozytywne, ponieważ da się wówczas
przepracować autentyczne problemy w sytuacji zbliżonej do rzeczywistej.
Zarazem jednak psychoanalityk sam pogrąża się w problemach pacjenta i ryzykuje, że się nimi zarazi. Praca w polu, którego sam jesteś częścią,
wymaga specjalnych narzędzi i dobrego zrozumienia sytuacji.
Otwarta i bezpośrednia rozmowa o przeniesieniu rzadko wystarcza.
Terapeuta musi pracować nad rozwikłaniem i wykazywać pacjentowi, że
część jego wyobrażeń o nim to aspekty jego własnej osoby. Bardzo często
jednak wzajemna szczerość to za mało, by udało się pokonać poważne
trudności. Nie jest konieczne analityczne zrozumienie. Niekiedy
natomiast potrzeba uczciwej konfrontacji i starcia. Stwierdziłem na
podstawie prowadzonych przeze mnie superwizji adeptów psychoterapii, że
bardzo niewielu pacjentów zgłasza się na terapię po to, by lepiej
zrozumieć samego siebie. Dzięki doświadczeniom z seminariów, podczas
których studenci w celach szkoleniowych sami dobierają się parami,
odkryłem, że jednym z kryteriów wyboru takiego, a nie innego terapeuty
jest ocena, czy dana osoba jest wystarczająco słaba, by można ją było
zdominować! Pacjent może chcieć wykorzystać terapeutę w roli worka
treningowego, by poprawić sobie samoocenę. W innym wypadku ustawia go w pozycji matki, która ma go bezwarunkowo wspierać. Tylko z rzadka pacjent
pragnie nawiązać pełnowartościową relację, w której terapeuta rozwija
się równolegle z nim. Jak wszyscy wiemy, terapeuci są tylko ludźmi;
wielu z nich potrafi spełnić jedynie elementarne oczekiwania pacjenta.
Niejednokrotnie więc pacjent przerasta terapeutę. W tym momencie
pojawiają się kłopoty, którym samo zrozumienie nie zaradzi. Często nie
ma już innego wyjścia poza wezwaniem drugiego terapeuty, by wkroczył i rozplątał sieć trudności.
Osoba trzecia reprezentuje szczególny punkt widzenia. Tu dotykamy jednej
z pierwszych konkluzji psychoterapii, a przy tym może jednej z najbardziej szokujących: głęboki i trwały związek jest możliwy tylko
wtedy, gdy świadomość jest weń bezpośrednio zaangażowana, a zarazem
zachowuje od niego dystans. Osoba trzecia symbolizuje świadomość, która
jest zarówno bezosobowa, jak i osobowa, zarówno taoistyczna, jak i emocjonalna, wycofana, a jednak zaangażowana w relację. Reprezentuje
zdolność do wykroczenia poza sytuację "jeden na jednego", do
postrzegania obu stron jako odrębnych indywidualności, a jednocześnie
jako całości, która cierpi, ponieważ jej części składowe nie potrafią
się skutecznie ze sobą komunikować.
Mieć rację
Wkroczenie osoby trzeciej jest niezbędne, ponieważ kiedy dwoje lub
większa liczba członków grupy wchodzi w spór, każdy obstaje przy tym, że
to on ma rację. Przekonanie, że racja jest po twojej stronie albo że się
mylisz, niczego nie zmienia w relacji, bo możesz mieć całkowitą
słuszność, możesz udowodnić swoje racje przed najwyższym sądem w kraju,
możesz wykazać przed ławą przysięgłych, że jesteś mądrzejszy, bardziej
inteligentny i bardziej świadomy niż twój partner, a i tak wciąż
będziesz miał z nim znikomy kontakt albo nie będziesz miał go wcale.
Mieć rację - to dobre dla bogów, to tylko pewien ustalony stan. W najlepszym razie ocena, która jednak nie zastąpi żywego procesu
interpersonalnego.
Ucieczka w terapię indywidualną
Związek to proces angażujący dwoje lub większą liczbę osób, wymagający
świadomości, odwagi i pokory. Kto ma wszystkie te zalety? Nigdy nie
spotkałem człowieka, który by je przejawiał, gdy ogarną go emocje. W takiej chwili instynktowna reakcja to poczucie krzywdy, wycofanie się z relacji i skupienie na samym sobie. Do takiego wycofania dochodzi przy
banalnej sprzeczce małżeńskiej, kiedy jedna osoba zamyka za sobą drzwi i odmawia wszelkiej rozmowy z drugą przez godziny, dnie, tygodnie, a w przypadku niektórych rozwodów - na zawsze.
Rezygnacja i wycofanie zdarzają się w teorii i praktyce psychoterapii.
Podczas terapii uwaga skupia się wyłącznie na pacjencie, któremu zwykle
nie zależy na głębszym poznaniu terapeuty. Gdy idzie o konflikt w związku, pacjent może być do tego stopnia umęczony własnymi uwikłaniami,
że upiera się, by zajmować się tylko jego osobą. W ten sposób dowiaduje
się wiele o sobie i swoich kompleksach, może odkryć schematy prowadzące
do konfliktu, ale nigdy naprawdę nie widzi siebie w kontekście swoich
relacji i nie rozumie procesu, który toczy się, kiedy obcuje z drugą
osobą.
Terapia indywidualna jako neurotyczny aspekt terapeuty
Typowy terapeuta ze swojej strony bywa zwykle zadowolony, gdy pacjent
zdradza tendencje do wycofania. Wynika to po części z faktu, że
większość terapeutów nie ma ochoty na wchodzenie z pacjentem w relację,
w której musieliby sprawiać wrażenie zwykłej ludzkiej istoty. Nie są do
tego przygotowani. Kiedy dochodzi do konfliktu z pacjentem, terapeuta
często usztywnia się w swojej roli. Musi stale "mieć rację", bo przecież
zakłada się, że to on jest bardziej świadomy sytuacji niż pacjent. To
założenie przejawia się w jego prywatnych myślach lub wypowiedziach na
temat pacjenta. Uważa, że pacjenci są neurotyczni. W myśl tego
paradygmatu terapeuta postępuje słusznie i pozostaje czekać, aż w jego
pacjencie zajdzie w cudowny sposób zmiana. Jeśli ów terapeuta nie zdaje
sobie z tego sprawy, to niezależnie od tego, z jakiej szkoły się
wywodzi, wpada w jedną z największych pułapek w związkach, jaką stanowi
przekonanie, że ma słuszność.
To przekonanie nabiera wagi w pracy terapeutycznej, ilekroć terapeuta
staje po jednej ze stron konfliktu, uważając na przykład, że właśnie
jego pacjent jest tą osobą w małżeństwie lub rodzinie, która ma większe
perspektywy rozwoju. Ilekroć uznaje, że osoba, z którą sam pracuje, jest
lepsza niż inni członkowie rodziny, ilekroć pozwala się wciągnąć w sojusz z jednym z jej członków skierowany przeciwko drugiemu, popełnia
niesprawiedliwość wobec indywidualnego pacjenta i jego rodziny. Taka
koalicja jest zjawiskiem na tyle częstym, że zwykle uchodzi naszej
uwadze. To jeden z powodów, dla których terapia indywidualna tak często
prowadzi do zerwania związków.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki