Psychocybernetyka - Maltz Maxwell

Kup ebooka

46.00 zł
36.80 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZED­MO­WA

MATT FUREY

Jak psy­cho­cy­ber­ne­ty­ka zmie­ni­ła moje ży­cie - i może zmie­nić też two­je

Są dwa ro­dza­je po­rad­ni­ków psy­cho­lo­gicz­nych: te, któ­re czy­tasz i mó­wisz: "Świet­na ksi­ążka", oraz te, któ­re prze­ży­wasz tak głębo­ko, że two­je ży­cie zmie­nia się po­zy­tyw­nie na za­wsze. Gdy na­praw­dę prze­ży­jesz wspa­nia­ły po­rad­nik, to po­tra­fisz do­kład­nie po­wie­dzieć, kie­dy się na nie­go "przy­pad­kiem" na­tknąłeś - albo kto ci go po­le­cił. Mo­żesz też wy­ra­źnie okre­ślić ró­żni­cę mi­ędzy sobą przed prze­czy­ta­niem tej ksi­ążki a tym, kim je­steś te­raz.

Tak się wła­śnie sta­nie, gdy prze­czy­tasz Psy­cho­cy­ber­ne­ty­kę dok­to­ra Ma­xwel­la Malt­za, kla­sycz­ną po­zy­cję wśród po­rad­ni­ków psy­cho­lo­gicz­nych.

Od pierw­sze­go wy­da­nia w 1960 roku sprze­da­ło się po­nad 35 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy tej ksi­ążki na ca­łym świe­cie. Dzi­ęki niej czy­tel­ni­cy z naj­ró­żniej­szych śro­do­wisk spo­łecz­nych i za­wo­do­wych za­częli od­no­sić wi­ęk­sze suk­ce­sy niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Zmie­ni­ła się też sama bra­nża roz­wo­ju oso­bi­ste­go. Dzi­siaj prak­tycz­nie wszyst­ko, co się pi­sze i mówi o wi­zu­ali­za­cjach i ob­ra­zach men­tal­nych, znaj­du­je się pod bez­po­śred­nim wpły­wem pra­cy dok­to­ra Malt­za i jest głębo­ko za­ko­rze­nio­ne w za­sa­dach psy­cho­cy­ber­ne­ty­ki.

Moje za­zna­jo­mie­nie się z psy­cho­cy­ber­ne­ty­ką

W lu­tym 1987 roku, wkrót­ce po uko­ńcze­niu col­le­ge'u i prze­pro­wadz­ce do Ka­li­for­nii, po­sta­no­wi­łem za­ło­żyć wła­sną fir­mę jako oso­bi­sty tre­ner fit­nes­su. Po­nie­waż zdo­by­łem wcze­śniej ty­tuł uni­wer­sy­tec­kie­go mi­strza kra­ju w za­pa­sach i by­łem tre­no­wa­ny przez mi­strzów olim­pij­skich Dana Ga­ble'a i Bru­ce'a Baum­gart­ne­ra, uzna­łem, że mam coś war­to­ścio­we­go do prze­ka­za­nia mło­dym spor­tow­com oraz wszyst­kim, któ­rzy chcie­li­by być spraw­niej­si fi­zycz­nie.

Jed­nak już w chwi­li po­dej­mo­wa­nia tej dzia­łal­no­ści czu­łem, że coś mnie po­wstrzy­mu­je. We­wnętrz­ny głos mó­wił mi, że nie je­stem wy­star­cza­jąco do­bry, że mi się nie uda.

Szcze­rze mó­wi­ąc, po pierw­sze nie mia­łem do­świad­cze­nia biz­ne­so­we­go. Po dru­gie mia­łem bar­dzo mało pie­ni­ędzy. I po trze­cie - w głębi du­szy czu­łem się nie­udacz­ni­kiem, za­nim jesz­cze za­cząłem.

Wy­obraź so­bie. Chcia­łem od­nie­ść suk­ces, ale czu­łem się nie­udacz­ni­kiem.

Dla­cze­go czu­łem się nie­udacz­ni­kiem?

Kie­dy za­sta­na­wiam się nad tym py­ta­niem, to przy­po­mi­nam so­bie, że w szko­le śred­niej moim ce­lem było upra­wia­nie za­pa­sów pod okiem Dana Ga­ble'a na Uni­wer­sy­te­cie Iowa. Zre­ali­zo­wa­łem ten cel - ale nie by­łem naj­lep­szy w mo­jej ka­te­go­rii wa­go­wej. Za­wsze by­łem nu­me­rem dwa. Wy­stępo­wa­łem w wie­lu tur­nie­jach i dwu­me­czach uni­wer­sy­tec­kich, wy­gry­wa­łem wi­ęk­szo­ść walk - ale nie by­łem li­de­rem. Za­tem po dru­gim roku prze­nio­słem się na Uni­wer­sy­tet Edin­bo­ro w Pen­syl­wa­nii, gdzie mia­łem we­jść do pierw­szej dru­ży­ny.

W cza­sie mo­je­go ju­nior­skie­go roku w Edin­bo­ro usta­no­wi­łem re­kord zwy­ci­ęstw w jed­nym se­zo­nie (39) oraz zdo­by­łem ty­tuł mi­strza kra­jo­we­go w dru­giej li­dze fe­de­ra­cji NCAA (Kra­jo­we Sto­wa­rzy­sze­nie Spor­tów Aka­de­mic­kich). Z ty­tu­łem mi­strza dru­giej ligi zna­la­złem się na siód­mej po­zy­cji w ogól­no­kra­jo­wym ran­kin­gu i za­kwa­li­fi­ko­wa­łem się do tur­nie­ju w pierw­szej li­dze. Moim ce­lem było nie tyl­ko zwy­ci­ęstwo w tur­nie­ju, któ­ry już wy­gra­łem, ale też w tur­nie­ju pierw­szo­li­go­wym.

No cóż, nie uda­ło mi się tego do­ko­nać. Dużo mi za­bra­kło. By­łem po tym zdru­zgo­ta­ny - ale też w pe­łni zde­ter­mi­no­wa­ny, żeby po­wró­cić jako se­nior i za­trzeć swój sła­by wy­stęp.

W cza­sie mo­je­go se­nior­skie­go roku, mimo że mia­łem znacz­nie wi­ęk­sze umie­jęt­no­ści niż wcze­śniej, zno­wu mi się nie po­wio­dło. Za­jąłem pi­ąte miej­sce w tur­nie­ju dru­go­li­go­wym i nie za­kwa­li­fi­ko­wa­łem się do za­wo­dów w pierw­szej li­dze.

Te­raz mogę po­dać wie­le po­wo­dów mo­je­go nie­po­wo­dze­nia, ale wte­dy nie po­tra­fi­łem ich okre­ślić. Po­dej­rze­wam, że z tych sa­mych po­wo­dów nie­po­ko­iłem się o przy­szło­ść, gdy roz­po­czy­na­łem dzia­łal­no­ść mo­jej fir­my.

Zrządze­niem losu na po­cząt­ku maja 1987 roku, kie­dy pra­wie wy­pa­dłem z in­te­re­su na sku­tek bra­ku klien­tów, dwa­na­ście se­sji wy­ku­pił u mnie Jack, 57-let­ni, do­brze pro­spe­ru­jący przed­si­ębior­ca. Za­wsze, gdy przy­cho­dził na tre­ning, prze­glądał ksi­ążki, któ­re mia­łem w ga­bi­ne­cie, co pro­wa­dzi­ło do oży­wio­nych dys­ku­sji na te­mat tego, co wła­śnie czy­ta­my.

Pod­czas pi­ątej se­sji, w prze­rwie mi­ędzy ćwi­cze­nia­mi, Jack za­dał mi py­ta­nie, któ­re od­mie­ni­ło moje ży­cie: "Matt, czy czy­ta­łeś kie­dyś Psy­cho­cy­ber­ne­ty­kę?".

"Nie", od­pa­rłem. "Jest do­bra?".

"Ha, to coś jak Bi­blia wśród po­rad­ni­ków. Na­praw­dę mu­sisz ją prze­czy­tać".

Przez na­stęp­ne dzie­si­ęć mi­nut Jack opo­wia­dał mi o zwi­ąz­ku mi­ędzy suk­ce­sem a "ob­ra­zem sie­bie". Po­wie­dział, że dok­tor Maltz był chi­rur­giem pla­stycz­nym, któ­ry od­krył, że czło­wiek nie może wznie­ść się po­nad to, jak sam sie­bie po­strze­ga. "Na­sza przy­szło­ść" - po­wie­dział Jack - "za­le­ży od men­tal­ne­go sche­ma­tu w podświa­do­mym umy­śle, któ­ry dyk­tu­je nam, gdzie jest na­sze miej­sce. Je­śli chcesz mieć wi­ęcej klien­tów i za­ra­biać wi­ęcej pie­ni­ędzy, to mu­sisz roz­sze­rzyć swój ob­raz sie­bie. Pró­by osi­ągni­ęcia celu bez roz­sze­rze­nia ob­ra­zu sie­bie nie pro­wa­dzą do trwa­łych po­zy­tyw­nych zmian".

Po se­sji z Jac­kiem wsia­dłem do sa­mo­cho­du i po­je­cha­łem do naj­bli­ższej ksi­ęgar­ni Ca­pi­to­la Book Café. Ści­ągnąłem z pó­łki eg­zem­plarz Psy­cho­cy­ber­ne­ty­ki i wró­ci­łem do sie­bie, aby za­brać się do lek­tu­ry. We Wstępie, któ­ry w ory­gi­nal­nej wer­sji włączo­ny jest też do obec­ne­go wy­da­nia, dok­tor Maltz na­pi­sał: "Ksi­ążka ta zo­sta­ła za­pro­jek­to­wa­na nie tyl­ko do czy­ta­nia, ale też do do­świad­cza­nia. Czy­ta­jąc ksi­ążkę, mo­żesz zdo­być in­for­ma­cje. Ale żeby jej "do­świad­czyć", mu­sisz twór­czo re­ago­wać na in­for­ma­cje". Da­lej dok­tor Maltz ra­dzi czy­tel­ni­kom, żeby prak­ty­ko­wa­li tech­ni­ki w niej opi­sa­ne i wstrzy­ma­li się z oce­ną ich sku­tecz­no­ści przez co naj­mniej 21 dni - czy­li przez czas, któ­ry, jak te­raz po­twier­dza­ją ba­da­nia, po­trzeb­ny jest do wy­wo­ła­nia zmian. Za­le­ca czy­tel­ni­kom, aby nie ana­li­zo­wa­li nad­mier­nie tych tech­nik i nie pró­bo­wa­li in­te­lek­tu­al­nie do­cie­kać, czy za­dzia­ła­ją. "Mo­żna udo­wod­nić so­bie ich sku­tecz­no­ść, [tyl­ko] prak­ty­ku­jąc je i sa­me­mu oce­nia­jąc wy­ni­ki".

Okej, tak wła­śnie zro­bi­łem. I wkrót­ce za­cząłem ro­zu­mieć, dla­cze­go czu­łem się nie­udacz­ni­kiem i jak ten sła­by "ob­raz sa­me­go sie­bie" w isto­cie ha­mu­je mnie w moim biz­ne­sie.

Krót­ko mó­wi­ąc, czu­łem się nie­udacz­ni­kiem, po­nie­waż wci­ąż na nowo prze­ży­wa­łem moje roz­cza­ro­wa­nia, nie­po­wo­dze­nia i po­ra­żki. Ka­żde­go dnia, gdy czu­łem się źle ze sobą, było tak, jak­bym za­nu­rzał twarz w mu­li­stym na­wo­zie złych wspo­mnień, za­miast spry­ski­wać ją kry­sta­licz­nie czy­stą wodą wspo­mnień o tym, co zro­bi­łem do­brze.

Oto wy­ci­nek tego, co so­bie mó­wi­łem: Tak, zre­ali­zo­wa­łem swój cel, ja­kim było upra­wia­nie za­pa­sów na Uni­wer­sy­te­cie Iowa pod kie­run­kiem Dana Ga­ble'a, ale nie by­łem w pierw­szej dru­ży­nie. By­łem nu­me­rem dwa. Tak, by­łem w pierw­szej dru­ży­nie na Uni­wer­sy­te­cie Edin­bo­ro i zdo­by­łem ty­tuł mi­strza kra­ju, ale nie zo­sta­łem mi­strzem w pierw­szej li­dze ani nie zdo­by­łem tego ty­tu­łu w dru­giej li­dze jako se­nior. Tak, usta­no­wi­łem re­kord zwy­ci­ęstw w jed­nym se­zo­nie, ale nie wy­gra­łem wszyst­kich po­je­dyn­ków.

Mimo że osi­ągnąłem coś, cze­go pra­wie nikt, kto za­czy­na upra­wiać ja­kiś sport, ni­g­dy nie osi­ągnie, uwa­ża­łem się za nie­udacz­ni­ka, po­nie­waż nie wy­gra­łem wszyst­kie­go. Co wi­ęcej nie zda­wa­łem so­bie spra­wy, że wy­zna­cze­nie so­bie ce­lów i my­śle­nie po­zy­tyw­ne nie wy­star­czy. Nikt mi ni­g­dy nie po­wie­dział o ob­ra­zie sa­me­go sie­bie. Mimo że uczy­łem się au­to­hip­no­zy, któ­ra, jak sądzi­łem, po­mo­że mi przy­go­to­wać się psy­chicz­nie, nikt ni­g­dy mnie nie uczył po­wra­cać do prze­szło­ści i prze­ży­wać na nowo naj­lep­sze wspo­mnie­nia. Nikt mnie nie uczył wy­obra­żać so­bie, cze­go chcę, a co do­pie­ro czuć, że mogę to mieć (i że fak­tycz­nie to mam).

Mia­łem w so­bie uczu­cie po­ra­żki, któ­re wno­si­łem do mo­je­go biz­ne­su i do wszyst­kich mo­ich dzia­łań. Po­wta­rzam: wy­zna­cza­łem so­bie cele. Na­praw­dę chcia­łem od­nie­ść suk­ces. Jed­no­cze­śnie wąt­pi­łem, czy je­stem do­sta­tecz­nie do­bry, aby tre­no­wać lu­dzi. Bo ki­mże w ko­ńcu by­łem? Nie by­łem mi­strzem świa­ta ani mi­strzem olim­pij­skim. By­łem "tyl­ko" jed­no­krot­nym mi­strzem kra­ju.

Po­chła­nia­jąc Psy­cho­cy­ber­ne­ty­kę, od­kry­łem i prze­ży­łem to, co po­wi­nie­nem ro­bić na co dzień. To było coś, cze­go ni­g­dy wcze­śniej nie ro­bi­łem. Mia­łem we­jść do Te­atru Umy­słu, jak to przy in­nej oka­zji na­zwał dok­tor Maltz. Za­my­ka­łem oczy, a po­tem przy­po­mi­na­łem so­bie i prze­ży­wa­łem na nowo swo­je naj­lep­sze mo­men­ty - jak­bym oglądał men­tal­ny film. Moje zwy­ci­ęstwa. Moje suk­ce­sy. Moje naj­szczęśliw­sze chwi­le.

Po po­now­nym prze­ży­ciu i do­świad­cze­niu sie­bie w swo­ich naj­lep­szych mo­men­tach, by­łem w sta­nie prze­sta­wić prze­łącz­nik i użyć wy­obra­źni w ten sam spo­sób, w jaki uży­wa­łem swo­jej pa­mi­ęci. Mo­głem so­bie wy­obra­zić, że osi­ągam ja­kiś cel w przy­szło­ści, ale prze­żyć to nie­mal tak, jak­by to dzia­ło się te­raz, jak­by to było wspo­mnie­nie in­ne­go, już osi­ągni­ęte­go celu.

Kie­dy opa­no­wa­łem tę tech­ni­kę, wszyst­ko za­częło się zmie­niać w moim ży­ciu.

Na­tych­miast - tak, do­słow­nie na­tych­miast - czu­łem się do­brze. Czu­łem się szczęśli­wy. Czu­łem się czło­wie­kiem suk­ce­su. Czu­łem się zwy­ci­ęz­cą.

To było dziw­ne do­zna­nie. In­te­lek­tu­al­nie nie mia­ło sen­su. Jak mó­głbym te­raz być szczęśli­wy? Dla­cze­go mia­łbym te­raz mieć po­czu­cie suk­ce­su? Jak mó­głbym te­raz czuć się zwy­ci­ęz­cą? Czyż nie mu­sia­łem naj­pierw osi­ągnąć tych ce­lów, aby czuć się do­brze, aby być szczęśli­wym? A co z wszyst­ki­mi po­ra­żka­mi? Czy mia­ły zo­stać po pro­stu za­po­mnia­ne? Czyż nie po­wi­nie­nem wiecz­nie czuć się źle z tego po­wo­du, że nie osi­ągnąłem wszyst­kie­go, co za­mie­rzy­łem?

Na tym wła­śnie po­le­ga to, że Psy­cho­cy­ber­ne­ty­ki nie da się zro­zu­mieć po­przez bier­ne czy­ta­nie. Nie da się jej zro­zu­mieć po­przez ana­li­zy, dys­ku­sje i in­te­lek­tu­ali­zo­wa­nie. Mu­sisz jej do­świad­czyć, aby po­znać praw­dę. Samo czy­ta­nie słów nie po­zwo­li ci do­świad­czyć praw­dy.

Wie­le osi­ągnąłem od tam­te­go wspa­nia­łe­go dnia w maju 1987 roku. Li­sta tych osi­ągni­ęć, do­ko­nań i zwy­ci­ęstw jest dość dłu­ga. W krót­kim cza­sie zbu­do­wa­łem do­brze pro­spe­ru­jącą fir­mę ofe­ru­jącą tre­ning per­so­nal­ny. Na­stęp­nie w 1997 roku, w wie­ku 34 lat, wy­gra­łem w Pe­ki­nie mi­strzo­stwa świa­ta w kung-fu, po­ko­nu­jąc Chi­ńczy­ków w ich wła­snej sztu­ce wal­ki, cze­go wcze­śniej nie do­ko­nał ża­den Ame­ry­ka­nin. Od tam­tej pory na­pi­sa­łem wie­le ksi­ążek i stwo­rzy­łem pro­gra­my tre­nin­gu fit­ness i sztuk wal­ki, któ­re zna­la­zły od­bior­ców na ca­łym świe­cie.

W 2003 roku mój przy­ja­ciel Dan Ken­ne­dy, któ­ry kie­ro­wał wów­czas Fun­da­cją Psy­cho­cy­ber­ne­ty­ki, po­pro­sił mnie, abym za­jął się stro­ną in­ter­ne­to­wą Fun­da­cji. Dwa lata pó­źniej ku­pi­łem tę fir­mę i od tego cza­su pro­wa­dzę se­mi­na­ria na te­mat psy­cho­cy­ber­ne­ty­ki, a ta­kże gru­po­we i in­dy­wi­du­al­ne szko­le­nia w za­kre­sie jej tech­nik i za­sad. Lu­dzie, z któ­ry­mi pra­co­wa­łem, a jest ich bar­dzo wie­lu, mogą za­świad­czyć, że osi­ągnęli suk­ces, któ­ry wcze­śniej wy­da­wał im się nie­mo­żli­wy. Przed­si­ębior­cy, le­ka­rze, han­dlow­cy, spor­tow­cy, praw­ni­cy, tre­ne­rzy, na­uczy­cie­le, mu­zy­cy, pi­sa­rze, lu­dzie z naj­ró­żniej­szych śro­do­wisk wy­ko­rzy­sta­li wie­dzę tak prze­ko­nu­jąco prze­ka­za­ną nam przez dok­to­ra Malt­za. Oni i mi­lio­ny in­nych osób, któ­re przez lata zo­sta­ły wpro­wa­dzo­ne w za­sa­dy psy­cho­cy­ber­ne­ty­ki, na­uczy­li się spra­wiać, że ich ży­cie jest wspa­nia­łe te­raz - i będzie lep­sze w przy­szło­ści.

Czy­ta­jąc tę ksi­ążkę, po­znasz wie­le se­kre­tów i zro­zu­miesz też to: mo­żesz być szczęśli­wy te­raz i ka­żde­go dnia, gdy dążysz do osi­ągni­ęcia ce­lów. Kie­dy od­kry­jesz szczęście w dro­dze - za­miast ocze­ki­wać, że mo­żesz być szczęśli­wy tyl­ko po osi­ągni­ęciu celu - będzie to ozna­cza­ło, że już spe­łni­łeś obiet­ni­cę psy­cho­cy­ber­ne­ty­ki.

Dr Way­ne W. Dyer w ksi­ążce I Can See Cle­ar­ly Now (Te­raz wi­dzę ja­sno), pi­sze o wpły­wie psy­cho­cy­ber­ne­ty­ki na swo­ją ka­rie­rę i ła­two zro­zu­mieć, dla­cze­go tak lubi po­wta­rzać: "Nie ma dro­gi do szczęścia. Szczęście jest dro­gą".

- - -

W obec­nym wy­da­niu Psy­cho­cy­ber­ne­ty­ki sło­wa dok­to­ra Ma­xwel­la Malt­za zo­sta­ły nie­mal w ca­ło­ści za­cho­wa­ne w pier­wot­nej for­mie, aby ży­wo­ść jego prze­ka­zu mo­gła oświe­cić cię jak sło­ńce. Nie­wiel­kie zmia­ny mają uczy­nić tekst bar­dziej przy­stęp­nym dla wspó­łcze­sne­go czy­tel­ni­ka.

Mój wkład do tego wy­da­nia ogra­ni­cza się do Przed­mo­wy, Po­sło­wia oraz krót­kich ko­men­ta­rzy (wkom­po­no­wa­nych w tekst głów­ny w ram­kach), któ­re po­win­ny ci po­móc le­piej zro­zu­mieć pro­ces po­pra­wy ob­ra­zu sa­me­go sie­bie.

Będę wdzi­ęcz­ny za wszel­kie li­sty z py­ta­nia­mi i uwa­ga­mi do­ty­czący­mi tej ksi­ążki oraz pra­cy dok­to­ra Malt­za. Li­sty mo­żna prze­słać przez stro­nę in­ter­ne­to­wą: psy­cho-cy­ber­ne­tics.com, gdzie mo­żna też uzy­skać in­for­ma­cje na te­mat szko­leń, se­mi­na­riów, cer­ty­fi­ka­tów oraz dal­szych mo­żli­wo­ści roz­po­wszech­nia­nia tego prze­sła­nia na ca­łym świe­cie.

Matt Fu­rey

Pre­zes Fun­da­cji Psy­cho­cy­ber­ne­ty­ki

WSTĘP

Jak ko­rzy­stać z tej ksi­ążki, aby zmie­nić swo­je ży­cie

Odkry­cie "ob­ra­zu sa­me­go sie­bie" sta­no­wi prze­łom w psy­cho­lo­gii i w dzie­dzi­nie twór­czej oso­bo­wo­ści. Zna­cze­nie ob­ra­zu sa­me­go sie­bie jest zna­ne od wcze­snych lat 50. XX wie­ku, jed­nak nie­wie­le o nim pi­sa­no przed uka­za­niem się Psy­cho­cy­ber­ne­ty­ki. Co cie­ka­we, dzia­ło się tak nie dla­te­go, że "psy­cho­lo­gia ob­ra­zu sie­bie" nie dzia­ła, ale dla­te­go że dzia­ła tak zdu­mie­wa­jąco do­brze. Jak to ujął je­den z mo­ich ko­le­gów: "nie­chęt­nie pu­bli­ku­ję moje usta­le­nia, zwłasz­cza w tek­stach dla la­ików, bo gdy­bym przed­sta­wił nie­któ­re hi­sto­rie przy­pad­ków i opi­sał te zdu­mie­wa­jące i spek­ta­ku­lar­ne po­pra­wy w oso­bo­wo­ści, to za­rzu­co­no by mi, że prze­sa­dzam albo pró­bu­ję za­ło­żyć sek­tę, albo jed­no i dru­gie".

Ja rów­nież mia­łem po­dob­ne opo­ry. Ka­żda ksi­ążka, jaką mó­głbym o tym na­pi­sać, z pew­no­ścią zo­sta­ła­by uzna­na przez nie­któ­rych mo­ich ko­le­gów za nie­co nie­orto­dok­syj­ną z kil­ku po­wo­dów. Po pierw­sze to dość nie­ty­po­we, by chi­rurg pla­stycz­ny pi­sał o psy­cho­lo­gii. Po dru­gie w nie­któ­rych kręgach za­pew­ne za jesz­cze bar­dziej nie­orto­dok­syj­ne uzna­no by wy­jście poza cia­sny do­gmat - "za­mkni­ęty sys­tem psy­cho­lo­gii na­uko­wej" - i szu­ka­nie od­po­wie­dzi do­ty­czących ludz­kie­go za­cho­wa­nia w ta­kich dzie­dzi­nach jak fi­zy­ka, ana­to­mia oraz nowa na­uka: cy­ber­ne­ty­ka.

Moim zda­niem ka­żdy do­bry chi­rurg pla­stycz­ny jest i musi być psy­cho­lo­giem, czy tego chce, czy nie chce. Kie­dy zmie­niasz twarz czło­wie­ka, to pra­wie za­wsze zmie­niasz też jego przy­szło­ść. Je­śli zmie­niasz czy­jś wy­gląd fi­zycz­ny, to pra­wie za­wsze zmie­niasz też sa­me­go czło­wie­ka - jego oso­bo­wo­ść, za­cho­wa­nie - a cza­sem na­wet jego pod­sta­wo­we ta­len­ty i zdol­no­ści.

Pi­ęk­no leży głębiej

Chi­rurg pla­stycz­ny nie zmie­nia tyl­ko twa­rzy czło­wie­ka. Zmie­nia też jego we­wnętrz­ne ja. Chi­rur­gicz­ne in­ge­ren­cje si­ęga­ją da­le­ko pod skó­rę. Często wcho­dzą głębo­ko w psy­chi­kę. Już daw­no temu uzna­łem, że to wiel­ka od­po­wie­dzial­no­ść i po­wi­nie­nem do­wie­dzieć się cze­goś wi­ęcej o tym, co ro­bię. Ża­den od­po­wie­dzial­ny le­karz nie pró­bo­wa­łby wy­ko­nać ope­ra­cji pla­stycz­nej bez spe­cja­li­stycz­nej wie­dzy i od­po­wied­nie­go prze­szko­le­nia. I po­dob­nie uwa­żam, że je­śli zmia­na twa­rzy czło­wie­ka pro­wa­dzi rów­nież do zmia­ny jego wnętrza, to moim obo­wi­ąz­kiem jest zdo­być spe­cja­li­stycz­ną wie­dzę rów­nież w tej dzie­dzi­nie.

Nie­po­wo­dze­nia, któ­re do­pro­wa­dzi­ły do suk­ce­su

W po­przed­niej mo­jej ksi­ążce, na­pi­sa­nej po­nad 20 lat temu (New Fa­ces - New Fu­tu­res, 1936), przed­sta­wi­łem zbiór przy­pad­ków, w któ­rych za­bie­gi chi­rur­gii pla­stycz­nej, a zwłasz­cza ope­ra­cje pla­stycz­ne twa­rzy, otwo­rzy­ły wie­lu lu­dziom drzwi do no­we­go ży­cia. Pi­sa­łem tam o zdu­mie­wa­jących zmia­nach oso­bo­wo­ści czło­wie­ka, któ­re często za­cho­dzą zu­pe­łnie na­gle i spek­ta­ku­lar­nie, gdy do­ko­na się zmian w jego twa­rzy. By­łem nie­zmier­nie ura­do­wa­ny mo­imi suk­ce­sa­mi w tym za­kre­sie. Ale po­dob­nie jak Sir Hum­ph­ry Davy, na­uczy­łem się wi­ęcej z mo­ich po­ra­żek niż z suk­ce­sów.

Nie­któ­rzy pa­cjen­ci po ope­ra­cji pla­stycz­nej twa­rzy nie wy­ka­zy­wa­li żad­nych zmian w oso­bo­wo­ści. W wi­ęk­szo­ści przy­pad­ków oso­ba, któ­ra mia­ła ude­rza­jąco brzyd­ką twarz albo ja­kiś "dzi­wacz­ny" de­fekt, po chi­rur­gicz­nej ko­rek­cie do­świad­cza­ła nie­mal na­tych­mia­sto­we­go (zwy­kle w ci­ągu 21 dni) wzro­stu sa­mo­oce­ny i pew­no­ści sie­bie. Jed­nak w nie­któ­rych przy­pad­kach pa­cjen­ci na­dal mie­li po­czu­cie ni­ższo­ści, czu­li się gor­si. Krót­ko mó­wi­ąc, ci "nie­udacz­ni­cy" na­dal się czu­li i za­cho­wy­wa­li do­kład­nie tak, jak­by na­dal mie­li brzyd­ką twarz.

To mi uświa­do­mi­ło, że sama re­kon­struk­cja wy­glądu fi­zycz­ne­go nie jest "praw­dzi­wym" klu­czem do zmian w oso­bo­wo­ści. Było coś in­ne­go, na co zwy­kle wpły­wa chi­rur­gia twa­rzy, ale nie za­wsze. Kie­dy to "coś in­ne­go" ule­ga re­kon­struk­cji, zmie­nia się cały czło­wiek. Kie­dy to "coś in­ne­go" nie zo­sta­je zre­kon­stru­owa­ne, czło­wiek po­zo­sta­je taki sam, choć jego ce­chy fi­zycz­ne mo­gły zo­stać ca­łko­wi­cie od­mie­nio­ne.

Twarz oso­bo­wo­ści

Było tak, jak­by sama oso­bo­wo­ść mia­ła "twarz". Ta nie fi­zycz­na "twarz oso­bo­wo­ści" wy­da­wa­ła się praw­dzi­wym klu­czem do zmia­ny oso­bo­wo­ści. Je­śli po­zo­sta­wa­ła oszpe­co­na, znie­kszta­łco­na, "brzyd­ka" czy w ja­kiś spo­sób gor­sza, to czło­wiek w swo­im za­cho­wa­niu na­dal od­gry­wał tę rolę, bez względu na zmia­ny w fi­zycz­nym wy­glądzie. Je­śli tę "twarz oso­bo­wo­ści" uda­ło się zre­kon­stru­ować, je­śli mo­żna było usu­nąć sta­re bli­zny emo­cjo­nal­ne, to zmie­niał się sam czło­wiek, na­wet bez chi­rur­gii twa­rzy. Od­kąd za­cząłem zgłębiać tę dzie­dzi­nę, od­kry­wa­łem co­raz wi­ęcej zja­wisk, któ­re po­twier­dza­ły, że "ob­raz sa­me­go sie­bie", men­tal­ny i du­cho­wy wi­ze­ru­nek lub "por­tret" sa­me­go sie­bie, jest praw­dzi­wym klu­czem do oso­bo­wo­ści i za­cho­wa­nia. Wi­ęcej o tym w pierw­szym roz­dzia­le.

Praw­da jest tam, gdzie ją znaj­dziesz

Za­wsze uwa­ża­łem, że na­le­ży iść wszędzie tam, gdzie to ko­niecz­ne, aby zna­le­źć praw­dę, na­wet je­śli trze­ba prze­kro­czyć mi­ędzy­na­ro­do­we gra­ni­ce. Kie­dy wie­le lat temu po­sta­no­wi­łem zo­stać chi­rur­giem pla­stycz­nym, nie­miec­cy le­ka­rze byli w tej dzie­dzi­nie da­le­ko przed resz­tą świa­ta. Po­je­cha­łem za­tem do Nie­miec.

W mo­ich po­szu­ki­wa­niach "ob­ra­zu sa­me­go sie­bie" rów­nież mu­sia­łem prze­kra­czać gra­ni­ce, ale nie­wi­docz­ne. Cho­ciaż w psy­cho­lo­gii uzna­wa­no ist­nie­nie ob­ra­zu sie­bie i jego roli w ludz­kim za­cho­wa­niu, to od­po­wie­dź psy­cho­lo­gii na py­ta­nie, w jaki spo­sób ob­raz sa­me­go sie­bie wy­wie­ra wpływ, jak two­rzy nową oso­bo­wo­ść, co się dzie­je w ukła­dzie ner­wo­wym, kie­dy zmie­nia się ob­raz sa­me­go sie­bie, brzmia­ła: "ja­koś".

Wi­ęk­szo­ść od­po­wie­dzi zna­la­złem w no­wej na­uce - cy­ber­ne­ty­ce - któ­ra przy­wró­ci­ła te­le­olo­gię jako sza­no­wa­ną kon­cep­cję na­uko­wą. To dość dziw­ne, że cy­ber­ne­ty­ka wy­ro­sła z prac fi­zy­ków i ma­te­ma­ty­ków, a nie psy­cho­lo­gów, zwłasz­cza że zaj­mu­je się te­le­olo­gią - dąże­niem do celu, na­kie­ro­wa­ny­mi na cel dzia­ła­nia­mi sys­te­mów me­cha­nicz­nych. Cy­ber­ne­ty­ka wy­ja­śnia "co się dzie­je" i "co jest ko­niecz­ne" w ce­lo­wym za­cho­wa­niu ma­szyn. Psy­cho­lo­gia, z całą jej osła­wio­ną wie­dzą o ludz­kiej psy­chi­ce, nie po­tra­fi­ła za­do­wa­la­jąco wy­ja­śnić pro­stych sy­tu­acji ce­lo­we­go dzia­ła­nia, np. jak to mo­żli­we, że czło­wiek jest w sta­nie pod­nie­ść ołó­wek z biur­ka. Ale fi­zyk miał wy­ja­śnie­nie. Zwo­len­ni­cy wie­lu teo­rii psy­cho­lo­gicz­nych przy­po­mi­na­li tro­chę lu­dzi, któ­rzy spe­ku­lu­ją, co jest w ko­smo­sie i na in­nych pla­ne­tach, ale nie po­tra­fią po­wie­dzieć, co znaj­du­je się na ich wła­snym po­dwór­ku.

Cy­ber­ne­ty­ka umo­żli­wi­ła wa­żny prze­łom w psy­cho­lo­gii. Sam nie przy­pi­su­ję so­bie żad­nej za­słu­gi w tym względzie poza tym, że go do­strze­głem.

Fakt, że ten prze­łom na­stąpił dzi­ęki pra­cy fi­zy­ków i ma­te­ma­ty­ków, nie po­wi­nien nas dzi­wić. Ka­żdy prze­łom w na­uce za­zwy­czaj po­cho­dzi spo­za sys­te­mu. "Eks­per­ci" są naj­le­piej za­zna­jo­mie­ni z wie­dzą wy­pra­co­wa­ną w ra­mach wy­zna­czo­nych gra­nic da­nej na­uki. Ka­żda nowa wie­dza musi zwy­kle po­cho­dzić z ze­wnątrz - nie od "eks­per­tów", ale od ko­goś z ca­łko­wi­cie świe­żym spoj­rze­niem.

Pa­steur nie był le­ka­rzem. Bra­cia Wri­ght nie byli in­ży­nie­ra­mi ae­ro­nau­ty­ki, tyl­ko me­cha­ni­ka­mi od ro­we­rów. Ein­ste­in, ści­śle rzecz bio­rąc, nie był fi­zy­kiem, lecz ma­te­ma­ty­kiem. A jed­nak jego od­kry­cia ma­te­ma­tycz­ne wy­wró­ci­ły do góry no­ga­mi wszyst­kie ulu­bio­ne teo­rie fi­zy­ków. Skło­dow­ska-Cu­rie nie była le­ka­rzem, lecz fi­zy­kiem, a mimo to wnio­sła istot­ny wkład do nauk me­dycz­nych.

Jak mo­żesz wy­ko­rzy­stać tę nową wie­dzę

W tej ksi­ążce sta­ram się nie tyl­ko prze­ka­zać ci tę nową wie­dzę z dzie­dzi­ny cy­ber­ne­ty­ki, ale rów­nież po­ka­zać, jak mo­żesz ją wy­ko­rzy­stać w swo­im ży­ciu, aby osi­ągać cele, któ­re są dla cie­bie wa­żne.

Za­sa­dy ogól­ne

Ob­raz sa­me­go sie­bie jest klu­czem do ludz­kiej oso­bo­wo­ści i ludz­kie­go za­cho­wa­nia. Je­śli zmie­ni się ob­raz sa­me­go sie­bie, to zmie­ni się też oso­bo­wo­ść i za­cho­wa­nie.

Ale to nie wszyst­ko: ob­raz sa­me­go sie­bie wy­zna­cza gra­ni­ce in­dy­wi­du­al­nych osi­ągni­ęć. Okre­śla, co mo­żesz, a cze­go nie mo­żesz zro­bić. Po­sze­rza­jąc ob­raz sa­me­go sie­bie, po­sze­rzasz "ob­szar tego, co mo­żli­we". Roz­wój ade­kwat­ne­go, re­ali­stycz­ne­go ob­ra­zu sie­bie spra­wia, że czło­wiek zda­je się mieć nowe zdol­no­ści i ta­len­ty - do­słow­nie zmie­nia po­ra­żkę w suk­ces.

Psy­cho­lo­gia ob­ra­zu sa­me­go sie­bie nie tyl­ko udo­wod­ni­ła swo­je za­le­ty, ale wy­ja­śnia też wie­le zja­wisk, któ­re od daw­na były zna­ne, ale w prze­szło­ści nie były wła­ści­wie ro­zu­mia­ne. Na przy­kład mamy dzi­siaj nie­pod­wa­żal­ne do­wo­dy kli­nicz­ne w psy­cho­lo­gii in­dy­wi­du­al­nej, me­dy­cy­nie psy­cho­so­ma­tycz­nej i psy­cho­lo­gii pra­cy, że ist­nie­ją typy oso­bo­wo­ści, któ­re "pre­dys­po­nu­ją do suk­ce­su", oraz ta­kie, któ­re "pre­dys­po­nu­ją do po­ra­żki"; ta­kie, któ­re "sprzy­ja­ją szczęściu", oraz ta­kie, któ­re "pro­wa­dzą do nie­szczęścia"; ta­kie, któ­re "słu­żą zdro­wiu", oraz ta­kie, któ­re "wpędza­ją w cho­ro­bę". Psy­cho­lo­gia ob­ra­zu sa­me­go sie­bie rzu­ca świa­tło na ta­kie dane oraz na wie­le in­nych ob­ser­wo­wal­nych fak­tów ży­cia. Rzu­ca nowe świa­tło na "moc po­zy­tyw­ne­go my­śle­nia", a co wa­żniej­sze, wy­ja­śnia, dla­cze­go ono "dzia­ła" w przy­pad­ku jed­nych osób, a nie "dzia­ła" w przy­pad­ku in­nych. ("My­śle­nie po­zy­tyw­ne" fak­tycz­nie "dzia­ła", gdy jest spój­ne z ob­ra­zem sie­bie da­nej oso­by. A do­słow­nie nie może "dzia­łać", kie­dy jest nie­spój­ne z ob­ra­zem sa­me­go sie­bie - do­pó­ki ten ob­raz nie zo­sta­nie zmie­nio­ny).

Aby zro­zu­mieć psy­cho­lo­gię ob­ra­zu sa­me­go sie­bie i wy­ko­rzy­stać ją we wła­snym ży­ciu, mu­sisz po­znać me­cha­nizm, któ­ry ten ob­raz wy­ko­rzy­stu­je do osi­ągni­ęcia swo­je­go celu. Jest wie­le do­wo­dów na­uko­wych na to, że ludz­ki mózg i układ ner­wo­wy dzia­ła­ją ce­lo­wo, zgod­nie ze zna­ny­mi za­sa­da­mi cy­ber­ne­ty­ki, aby osi­ągnąć cele jed­nost­ki. Je­śli cho­dzi o funk­cję, to mózg i układ ner­wo­wy sta­no­wią wspa­nia­ły i skom­pli­ko­wa­ny "me­cha­nizm dążący do celu", swe­go ro­dza­ju wbu­do­wa­ny au­to­ma­tycz­ny sys­tem ste­ro­wa­nia, któ­ry dzia­ła dla cie­bie jako "me­cha­nizm suk­ce­su", albo prze­ciw­ko to­bie jako "me­cha­nizm po­ra­żki", w za­le­żno­ści od tego, jak "TY", jako ope­ra­tor, będziesz się nim po­słu­gi­wał i ja­kie cele mu wy­zna­czysz.

Na iro­nię za­kra­wa fakt, że cy­ber­ne­ty­ka, któ­ra po­wsta­ła jako na­uka o ma­szy­nach i za­sa­dach dzia­łań ma­szyn, przy­czy­nia się w du­żej mie­rze do przy­wró­ce­nia god­no­ści czło­wie­ka jako nie­po­wta­rzal­nej, twór­czej isto­ty. Psy­cho­lo­gia, któ­ra po­wsta­ła jako na­uka o ludz­kiej psy­chi­ce czy du­szy, nie­mal się za­ko­ńczy­ła, po­zba­wia­jąc czło­wie­ka du­szy. Be­ha­wio­ry­ści, któ­rzy nie ro­zu­mie­li ani czło­wie­ka, ani jego ma­szy­ny - i w kon­se­kwen­cji my­li­li jed­no z dru­gim - mó­wi­li nam, że myśl jest je­dy­nie ru­chem elek­tro­nów, a świa­do­mo­ść tyl­ko dzia­ła­niem che­micz­nym. "Wola" i "cel" to tyl­ko mity. Cy­ber­ne­ty­ka, któ­ra za­częła się od ba­da­nia ma­szyn, nie po­pe­łnia ta­kie­go błędu. Nie mówi nam, że czło­wiek jest ma­szy­ną, ale że czło­wiek ma i wy­ko­rzy­stu­je ma­szy­nę. Co wi­ęcej, mówi nam, jak ta ma­szy­na dzia­ła i jak mo­żna ją wy­ko­rzy­stać.

Se­kre­tem jest do­świad­cza­nie

Ob­raz sa­me­go sie­bie zmie­nia się, na lep­sze lub gor­sze, nie dzi­ęki sa­me­mu in­te­lek­to­wi czy dzi­ęki wie­dzy in­te­lek­tu­al­nej, lecz dzi­ęki "do­świad­cza­niu". Świa­do­mie albo nie­świa­do­mie ukszta­łto­wa­łeś swój ob­raz sa­me­go sie­bie po­przez twór­cze do­świad­cza­nie w prze­szło­ści. Mo­żesz go zmie­nić w ten sam spo­sób.

To nie dziec­ko, któ­re uczy się o mi­ło­ści, lecz dziec­ko, któ­re do­świad­czy­ło mi­ło­ści, wy­ra­sta na zdro­we­go, szczęśli­we­go, do­brze przy­sto­so­wa­ne­go czło­wie­ka. Nasz obec­ny stan pew­no­ści sie­bie i opa­no­wa­nia jest efek­tem tego, cze­go do­świad­czy­li­śmy, a nie tego, cze­go na­uczy­li­śmy się in­te­lek­tu­al­nie.

Psy­cho­lo­gia ob­ra­zu sa­me­go sie­bie wy­pe­łnia też lukę - i roz­wi­ązu­je wi­docz­ne kon­flik­ty - mi­ędzy ró­żny­mi me­to­da­mi te­ra­peu­tycz­ny­mi, ja­kie się dzi­siaj sto­su­je. Sta­no­wi wspól­ny mia­now­nik dla bez­po­śred­niej lub po­śred­niej po­mo­cy psy­cho­lo­gicz­nej, psy­cho­lo­gii kli­nicz­nej, psy­cho­ana­li­zy, a na­wet au­to­su­ge­stii. Wszyst­kie te dzie­dzi­ny w ten czy inny spo­sób wy­ko­rzy­stu­ją twór­cze do­świad­cza­nie do bu­do­wy lep­sze­go ob­ra­zu sa­me­go sie­bie. Nie­za­le­żnie od teo­rii, to wła­śnie w isto­cie się dzie­je, na przy­kład w "sy­tu­acji te­ra­peu­tycz­nej" kre­owa­nej w szko­le psy­cho­ana­li­tycz­nej. Ana­li­tyk ni­g­dy nie kry­ty­ku­je, nie wy­ra­ża dez­apro­ba­ty, nie mo­ra­li­zu­je, ni­g­dy nie jest za­szo­ko­wa­ny, gdy pa­cjent wy­le­wa swo­je lęki, ujaw­nia swo­je uczu­cie za­wsty­dze­nia, swo­je po­czu­cie winy i swo­je "złe my­śli". Pa­cjent, być może po raz pierw­szy w ży­ciu, do­świad­cza ak­cep­ta­cji jako czło­wiek; "czu­je", że jego ja ma war­to­ść i god­no­ść; za­czy­na ak­cep­to­wać sie­bie i poj­mo­wać swo­je ja w nowy spo­sób.

Na­uka od­kry­wa "syn­te­tycz­ne" do­świad­cza­nie

Ko­lej­ne od­kry­cie, tym ra­zem w dzie­dzi­nie psy­cho­lo­gii eks­pe­ry­men­tal­nej i kli­nicz­nej, po­zwa­la nam wy­ko­rzy­stać "do­świad­cza­nie" jako bez­po­śred­nią i kon­tro­lo­wa­ną me­to­dę zmia­ny ob­ra­zu sa­me­go sie­bie. Rze­czy­wi­ste do­świad­cze­nia mogą być su­ro­wym i bez­względ­nym na­uczy­cie­lem. Wrzuć czło­wie­ka do wody, a to do­świad­cze­nie może na­uczyć go pły­wać. To samo do­świad­cze­nie może jed­nak spra­wić, że ktoś inny uto­nie. Woj­sko "zro­bi mężczy­znę" z wie­lu mło­dych chłop­ców. Ale bez wąt­pie­nia u wie­lu może wy­wo­łać ner­wi­cę. Od wie­ków wia­do­mo, że "suk­ces ro­dzi suk­ces". Uczy­my się sku­tecz­nie dzia­łać, do­świad­cza­jąc suk­ce­su. Wspo­mnie­nia o wcze­śniej­szych suk­ce­sach dzia­ła­ją jak wbu­do­wa­ny "ma­ga­zyn in­for­ma­cji", któ­ry daje nam pew­no­ść sie­bie, gdy mie­rzy­my się z obec­ny­mi za­da­nia­mi. Ale jak czło­wiek może czer­pać ze wspo­mnień o wcze­śniej­szych suk­ce­sach, je­śli do­świad­czył tyl­ko nie­po­wo­dzeń? Jego trud­ne po­ło­że­nie przy­po­mi­na sy­tu­ację mło­dzie­ńca, któ­ry nie może zna­le­źć pra­cy, bo nie ma do­świad­cze­nia, a nie może zdo­być do­świad­cze­nia, bo nie ma pra­cy.

Ten pro­blem zo­stał roz­wi­ąza­ny dzi­ęki in­ne­mu wa­żne­mu od­kry­ciu, któ­re po­zwa­la nam, prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, syn­te­ty­zo­wać do­świad­cza­nie, do­słow­nie two­rzyć je i kon­tro­lo­wać w la­bo­ra­to­rium na­sze­go umy­słu. Za­rów­no psy­cho­lo­gia eks­pe­ry­men­tal­na, jak i kli­nicz­na do­wio­dły po­nad wszel­ką wąt­pli­wo­ść, że ludz­ki układ ner­wo­wy nie jest w sta­nie od­ró­żnić fak­tycz­ne­go do­świad­cza­nia od do­świad­cza­nia, któ­re jest żywo i szcze­gó­ło­wo wy­obra­żo­ne.

Cho­ciaż może się wy­da­wać, że to prze­sad­ne stwier­dze­nie, w tej ksi­ążce prze­ana­li­zu­je­my eks­pe­ry­men­ty la­bo­ra­to­ryj­ne, w któ­rych ta­kie "syn­te­tycz­ne" do­świad­cza­nie wy­ko­rzy­sty­wa­no bar­dzo prak­tycz­nie do po­pra­wy umie­jęt­no­ści rzu­ca­nia lot­ka­mi czy tra­fia­nia do ko­sza w ko­szy­ków­ce. Zo­ba­czy­my, jak dzia­ła ono w ży­ciu osób, któ­re wy­ko­rzy­sty­wa­ły je, aby po­pra­wić swo­je umie­jęt­no­ści pu­blicz­ne­go prze­ma­wia­nia, po­ko­nać lęk przed den­ty­stą, roz­wi­nąć opa­no­wa­nie w sy­tu­acjach spo­łecz­nych, zbu­do­wać pew­no­ść sie­bie, sprze­dać wi­ęcej to­wa­rów, stać się lep­szym sza­chi­stą - i prak­tycz­nie w ka­żdej in­nej sy­tu­acji, w któ­rej "do­świad­cza­nie" przy­no­si suk­ces. Przyj­rzy­my się zdu­mie­wa­jące­mu eks­pe­ry­men­to­wi, w któ­rym dwóch wy­bit­nych psy­cho­lo­gów tak za­ara­nżo­wa­ło sy­tu­ację, by oso­by cier­pi­ące na ner­wi­cę mo­gły do­świad­czać "nor­mal­nie" - i dzi­ęki temu je wy­le­czy­li!

Być może naj­wa­żniej­sze jest to, że do­wie­my się, jak chro­nicz­nie nie­szczęśli­wi lu­dzie na­uczy­li się cie­szyć ży­ciem po­przez "do­świad­cza­nie" szczęścia!

Se­kret wy­ko­rzy­sta­nia tej ksi­ążki do zmia­ny swo­je­go ży­cia

Ksi­ążka ta zo­sta­ła za­pro­jek­to­wa­na nie tyl­ko do czy­ta­nia, ale też do do­świad­cza­nia.

Czy­ta­jąc ksi­ążkę, mo­żesz zdo­by­wać in­for­ma­cje. Ale żeby jej "do­świad­czyć", mu­sisz twór­czo re­ago­wać na in­for­ma­cje. Na­by­wa­nie in­for­ma­cji jest bier­ne. Do­świad­cza­nie jest ak­tyw­ne. Kie­dy "do­świad­czasz", coś się dzie­je w two­im ukła­dzie ner­wo­wym i mó­zgu. Two­rzą się nowe "śla­dy pa­mi­ęcio­we" i "wzor­ce neu­ro­nal­ne", któ­re są za­pi­sy­wa­ne w sub­stan­cji sza­rej two­je­go mó­zgu.

Ksi­ążka ta zo­sta­ła tak za­pro­jek­to­wa­na, by do­słow­nie zmu­sić cię do "do­świad­cza­nia". Przy­wo­ły­wa­ne hi­sto­rie przy­pad­ków zo­sta­ły ce­lo­wo ogra­ni­czo­ne do mi­ni­mum. Za­miast tego pro­szę cię o wnie­sie­nie wła­snych "hi­sto­rii przy­pad­ków" po­przez wy­ko­rzy­sta­nie wła­snej wy­obra­źni i pa­mi­ęci.

Na ko­ńcu roz­dzia­łów nie za­miesz­czam żad­nych pod­su­mo­wań. Za­miast tego pro­szę, abyś sam od­no­to­wał naj­wa­żniej­sze kwe­stie, któ­re uznasz za klu­czo­we i war­te za­pa­mi­ęta­nia. Le­piej prze­tra­wisz in­for­ma­cje za­war­te w tej ksi­ążce, je­śli sam do­ko­nasz ana­li­zy i pod­su­mo­wa­nia po­szcze­gól­nych roz­dzia­łów.

Wresz­cie w ca­łej ksi­ążce znaj­dziesz pew­ne rze­czy do zro­bie­nia oraz prak­tycz­ne ćwi­cze­nia. Ćwi­cze­nia te są pro­ste i ła­twe, ale mu­szą być wy­ko­ny­wa­ne re­gu­lar­nie, je­śli chcesz wy­ci­ągnąć z nich mak­sy­mal­ne ko­rzy­ści.

Wstrzy­maj się z oce­ną przez 21 dni

Nie znie­chęcaj się, je­śli będziesz miał wra­że­nie, że nic się nie dzie­je, gdy za­czniesz prak­ty­ko­wać opi­sa­ne w tej ksi­ążce tech­ni­ki zmia­ny ob­ra­zu sa­me­go sie­bie. Wstrzy­maj się z oce­ną - i kon­ty­nu­uj prak­ty­kę - przez co naj­mniej 21 dni.

Zwy­kle po­trze­ba co naj­mniej 21 dni, aby na­stąpi­ła za­uwa­żal­na zmia­na w ob­ra­zie men­tal­nym. Po ope­ra­cji pla­stycz­nej prze­ci­ęt­ny pa­cjent po­trze­bu­je oko­ło 21 dni, aby przy­zwy­cza­ić się do no­wej twa­rzy. Po am­pu­ta­cji ręki czy nogi przez oko­ło 21 dni utrzy­mu­je się "ko­ńczy­na fan­to­mo­wa". W no­wym domu trze­ba miesz­kać przez oko­ło trzy ty­go­dnie, aby za­cząć "czuć się jak w domu". Te i inne po­wszech­nie ob­ser­wo­wa­ne zja­wi­ska wska­zu­ją, że po­trze­ba mi­ni­mum 21 dni, aby sta­ry ob­raz men­tal­ny mógł zo­stać za­stąpio­ny przez nowy.

Dla­te­go od­nie­siesz wi­ęcej ko­rzy­ści z tej ksi­ążki, je­śli wy­pra­cu­jesz we­wnętrz­ną zgo­dę na to, by wstrzy­mać się z kry­tycz­ną oce­ną przez co naj­mniej trzy ty­go­dnie. W tym cza­sie nie spraw­dzaj ci­ągle, jak ci idzie, nie sta­raj się mie­rzyć swo­ich po­stępów. Przez te 21 dni nie spie­raj się in­te­lek­tu­al­nie z przed­sta­wio­ny­mi tu ide­ami, nie pro­wa­dź we­wnętrz­nej de­ba­ty, czy będą dzia­łać, czy nie. Wy­ko­nuj ćwi­cze­nia, na­wet je­śli będą ci się wy­da­wa­ły nie­prak­tycz­ne. Wy­trwa­le od­gry­waj nową rolę, myśl o so­bie w nowy spo­sób, na­wet je­śli będziesz miał po­czu­cie, że kry­je się w tym ja­kaś hi­po­kry­zja, na­wet je­śli ten nowy ob­raz sa­me­go sie­bie będzie się wy­da­wał tro­chę nie­wy­god­ny czy "nie­na­tu­ral­ny".

Idei i kon­cep­cji opi­sa­nych w tej ksi­ążce nie da się ani udo­wod­nić, ani oba­lić za po­mo­cą in­te­lek­tu­al­nych ar­gu­men­tów i dys­ku­sji. Ale mo­żna je so­bie udo­wod­nić, prak­ty­ku­jąc je i sa­me­mu oce­nia­jąc wy­ni­ki. Pro­szę tyl­ko, byś wstrzy­mał się z kry­tycz­ną oce­ną i ana­li­zą przez 21 dni - w ten spo­sób dasz so­bie szan­sę na udo­wod­nie­nie albo oba­le­nie ich za­sad­no­ści w two­im wła­snym ży­ciu.

Bu­do­wa­nie wła­ści­we­go ob­ra­zu sa­me­go sie­bie jest czy­mś, co po­win­no trwać przez całe ży­cie. To ja­sne, że przez trzy ty­go­dnie nie da się osi­ągnąć ca­łe­go ży­cio­we­go roz­wo­ju. Ale mo­żna w tym cza­sie do­świad­czyć po­pra­wy - a cza­sa­mi ta po­pra­wa jest dość ra­dy­kal­na.

Czym jest suk­ces?

Po­nie­waż w tej ksi­ążce często mó­wię o "suk­ce­sie", my­ślę, że war­to na po­cząt­ku zde­fi­nio­wać to po­jęcie.

W moim ro­zu­mie­niu "suk­ces" nie wi­ąże się z sym­bo­la­mi pre­sti­żu, ale z twór­czym do­ko­na­niem. Wła­ści­wie "suk­ces" ni­g­dy nie po­wi­nien być ce­lem sa­mym w so­bie, ale ka­żdy po­wi­nien pró­bo­wać re­ali­zo­wać wa­żne cele i "cie­szyć się po­wo­dze­niem". Dąże­nie do "suk­ce­su" w sen­sie na­by­wa­nia sym­bo­li pre­sti­żu czy ze­wnętrz­nych oznak po­wo­dze­nia pro­wa­dzi do ner­wi­cy, fru­stra­cji i nie­szczęścia. Dąże­nie do "sku­tecz­nej re­ali­za­cji celu" przy­no­si nie tyl­ko suk­ces ma­te­rial­ny, ale po­czu­cie sa­tys­fak­cji, spe­łnie­nia i szczęścia.

Noah We­bster okre­ślił suk­ces jako "sa­tys­fak­cjo­nu­jące osi­ągni­ęcie celu, do któ­re­go się dąży­ło". Twór­cze dąże­nie do celu, któ­ry jest dla cie­bie wa­żny ze względu na two­je głębo­kie po­trze­by, aspi­ra­cje i zdol­no­ści (a nie sym­bo­le, ja­kich spo­dzie­wa­ją się po to­bie "Ko­wal­scy"), przy­no­si suk­ces i daje po­czu­cie szczęścia, po­nie­waż funk­cjo­nu­jesz zgod­nie ze swo­ją na­tu­rą. Czło­wiek jest z na­tu­ry isto­tą, któ­ra dąży do celu. A po­nie­waż "tak jest zbu­do­wa­ny", nie jest szczęśli­wy, je­śli nie funk­cjo­nu­je tak jak po­wi­nien - jako oso­ba dążąca do celu. Praw­dzi­wy suk­ces i praw­dzi­we szczęście nie tyl­ko idą w pa­rze, ale na­wza­jem się wzmac­nia­ją.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki