ROZDZIAŁ 2
Przygotowania rozpoczął z samego rana. Włożył wędkarskie wodery, wziął na drogę trochę prowiantu dla siebie i psa oraz dwie butelki z wodą. Załadował strzelbę, a zapasowe naboje poupychał w kieszeniach płaszcza. Zarzucił na siebie sztormiak, na wypadek gdyby się rozpadało. Z kilku zbitych ze sobą półek udających biblioteczkę wybrał stare książki, które znalazł kiedyś w ruinach miasta na zachodzie, i spakował je do plecaka.
Pies dreptał niecierpliwie od wejścia do stołu i z powrotem. To strzygł uszami, to uważnie patrzył na drzwi. Wydawał się podekscytowany wyprawą i mniej zdenerwowany niż jego pan.
Mężczyzna przygotowywał się tak gorliwie i długo, jakby podświadomie chciał odłożyć w czasie wyprawę na wzgórza. Jednak grube ubranie powodowało, że robiło mu się coraz goręcej, jakby zmuszało go do szybszego opuszczenia chaty.
W końcu wyszli. Poranek był mglisty i spokojny. Bagna i drzewa zatopione w białym, wilgotnym tumanie wyglądały z jednej strony sennie i spokojnie, a z drugiej - złowieszczo, jakby w gęstej mgle kryło się to, co najstraszniejsze.
Przeszli przez podwórze. Pies rozglądał się badawczo i nasłuchiwał. Starzec otworzył skrzypiącą furtkę, a potem zamknął ją i zabezpieczył grubą stalową obręczą. Udali się przez bagna znanymi tylko sobie ścieżkami, omijając rozlewiska i najbardziej podmokłe tereny. W wielu miejscach wędrówkę ułatwiały chodniki z pociętych pni drzew, wykonane przez mężczyznę własnoręcznie dawno temu. Pokonali trzy mostki i dwie tamy. Przy każdej przeprawie starzec łapał belki i poruszał nimi, uśmiechając się dumny z trwałości swojego dzieła. Po drodze sprawdzał pułapki zastawione na zwierzęta. Niestety, wszystkie były puste, co napawało smutkiem i lękiem o stan zapasów na nadchodzącą zimę. Coraz wyraźniej docierała do niego myśl, że będzie musiał przeprowadzić kolejną daleką ekspedycję do upadłych, nieprzyjaznych miast w poszukiwaniu resztek żywności. Samymi żabami nie wyżywi siebie i psa w zimne dni. A i żab było coraz mniej.
Znów rozległo się na północy zawodzenie, jakby nawoływanie. Niosło się długo między przemokniętymi drzewami i ponad wodami bagien. Pies nadstawił uszu, ale nie zwalniał kroku.
Wkrótce to zawodzenie z oddali się skończy - kontemplował mężczyzna. - Stanie się czymś więcej. Zyska tożsamość i znaczenie. Nie będzie już takie samotne. Nie będzie bez wyrazu, bez szans na odpowiedź.
Im częściej się nad tym zastanawiał, tym większa niepewność w niego wstępowała. A niepewność z wolna ustępowała miejsca obawie.
Ostatni, najtrudniejszy odcinek wiódł przez całkowicie zalane wodą tereny, tworzące łukowate jezioro otaczające bagna od wschodu przez północ aż po zachód. Mężczyzna rozejrzał się uważnie, poszukując drzew ze znakiem, który sam na nich pozostawił. Zboczyli w niemal niewidoczną, mokrą ścieżkę wśród lasu.
Po kilkunastu minutach dotarli do przystani, którą również samodzielnie wykonał. Starzec usiadł ciężko na poczerniałych belkach pomostu, tuż przy tafli jeziora. Stara łódka unosiła się na wodzie w tym samym miejscu, w którym przywiązał ją dwa miesiące temu. Wiosła też nie zmieniły swojego położenia. Mężczyzna przyglądał się im w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu świadczącego o tym, że mógłby z nich korzystać ktoś inny. Z jednej strony to oznaczałoby, że nie jest sam i może liczyć na czyjeś towarzystwo, z drugiej zaś - miał mocne podstawy, aby się tego towarzystwa obawiać. Czy trafiłby na człowieka dobrego, który pragnąłby podziękować za używanie łajby? Czy może na złego, który chciałby siłą odebrać mu bagna, chatę, łódkę oraz ostatnie zapasy żywności?
Dwa miesiące wcześniej pod wiosłem zostawił mały uschnięty kwiatek jakiegoś bagiennego chwastu. Ktoś używający łodzi z pewnością by go strącił, nie zdając sobie z tego sprawy. Czy roślina nadal tam tkwiła? Miał zamiar to sprawdzić, ale na razie nie było pośpiechu.
Położenie słońca na zamglonym niebie pomogło mu ustalić, że jest około dziesiątej, a podróż przez bagna zajęła im przeszło dwie godziny. Zdjął z ramion plecak i sięgnął po skromne racje suszonego mięsa. Jedną z nich dał psu. Zwierzę przycupnęło obok niego i ochoczo zabrało się do jedzenia. Siedzieli tak przez dłuższą chwilę i żuli mięso - starzec zapatrzony w całun mgły unoszący się nad powierzchnią jeziora, a pies ze zmrużonymi oczami wpatrujący się w swoje odbicie w wodzie falujące pod drewnianym pomostem.
Dopiero gdy się posilili i trochę odpoczęli, starzec ostrożnie wszedł do łódki, a zwierzę wskoczyło za nim. Pochylił się przy desce służącej za siedzisko i delikatnie uniósł wiosło. Kwiatek nadal tam był, pomarszczony i uschnięty jak jego własna skóra. Mruknął cicho i pokiwał głową. Odwiązał sznurek utrzymujący łódkę przy pomoście, odbił od brzegu i przystąpił do powolnego wiosłowania. Pies stał na dziobie łodzi za jego plecami i z postawionymi na sztorc uszami obserwował okolicę oraz wystające nad taflę jeziora połacie suchego tataraku.
Płynęli nieśpiesznie, wiosła chlupały w wodzie i trzeszczały w zardzewiałych dulkach. Mężczyzna nucił pod nosem starą piosenkę, aby zagłuszyć coraz wyraźniej dobiegające z oddali dziwne nawoływanie oraz własne kotłujące się myśli.
Im bliżej drugiego brzegu się znajdowali, tym rzadziej było widać wodę pomiędzy obszarami suchych roślin. Ostatnie kilkadziesiąt metrów łódka przedzierała się już tylko przez gęstwinę, aż w końcu zaczęła szurać spodem o muliste dno.
Starzec odłożył wiosła, złapał linę przymocowaną do dziobu, wyskoczył do zimnego gąszczu i pobrodził po kolana w wodzie. Ciągnął łajbę za plecami. Pies gotów był dołączyć do niego, ale człowiek powstrzymał go ręką.
- Zostań - polecił cicho i podrapał go po głowie. Pupil podziękował, liżąc dłoń pana, a potem stanął zadowolony i wyprostowany przy krawędzi swego małego okrętu.
Dotarli do krańca jeziora. Mężczyzna wciągnął łódź na brzeg. Czworonóg zeskoczył na ląd i razem przedarli się przez ostatnie pasma szuwarów. Przed nimi rozciągały się niewysokie wzgórza porośnięte gęstą, usychającą trawą i dziką roślinnością.
I wtedy lament nagle ucichł.
Zatrzymali się i zapatrzyli w brunatnozielone wzniesienia, z których spływały resztki mgły. Już stąd widzieli na zboczu jednego ze wzgórz ciemny okrąg otoczony betonowym wzmocnieniem, wyglądający jak wmurowany pochyły szyb albo ogromna studzienka kanalizacyjna z wylotem zamkniętym grubymi prętami.
Im dłużej stali, tym mocniej człowiek się wahał, czuł coraz silniejszy lęk. Łódka za jego plecami obiecywała względne bezpieczeństwo i transport z powrotem do ciepłej chaty na bagnach. Jakby w obawie przed swoimi myślami obejrzał się za siebie, żeby upewnić się, czy łajba nadal tam jest.
Przełamał się jednak, odetchnął głęboko i ruszył wolnym krokiem przed siebie. Klepnął się lekko w udo, a na ten gest pies posłusznie przywarł do jego prawej nogi.
Nie mieli daleko. Do dziury w zboczu było jakieś dwieście metrów. Starzec postanowił się już nie wahać. Musiał stawić temu czoło. Za dużo w życiu widział i zbyt wiele przeszedł, aby teraz stchórzyć. Był odważnym człowiekiem, a jego towarzysz - bardzo dzielnym psem. Włóczyli się razem po wymarłych miastach i po kanałach pod szczerbatymi domami bez dachów, a dawniej toczyli nawet bitwy z bandami złych ludzi. Uciekali, chowali się, stawali do walki, przegrywali i wygrywali już nie raz. To nocne, pełne strachu, ale też nadziei zawodzenie nie mogło oznaczać nic aż tak strasznego.
Dotarli w końcu do zbocza, gdzie dziura w ziemi burzyła względną harmonię otoczenia. Jak pusty dół na cmentarzu oczekujący na kogoś albo gorzej - pozostały po kimś usuniętym. Starcowi owa konstrukcja kojarzyła się z klatką, lochem wmurowanym w zbocze i spadającym w głąb ziemi pod kątem. Kraty składały się z grubszych niż kciuk pionowych prętów i jednego poprzecznego, z wspinającymi się po nich kilkoma pędami chwastów. Trawy rosnące wokół wdzierały się na betonowy kołnierz okalający ciemnicę, maskując nieco jego zimną szarość.
Coś się tam w dole poruszyło, zaszurało i jęknęło.
Pies otworzył szeroko oczy i nadstawił uszu. Zaparł się przednimi łapami i czekał. Milczał i ani drgnął.
Najpierw w mroku pojawiła się brudna twarz, błysnęły oczy, a potem po stromej powierzchni wyszła do światła istota. Stworzenie lekko pochylone, zgnębione życiem w ciemnym dole. Był to osobnik płci męskiej, całkowicie nagi, z łysą głową, ale wysoki i bardzo dobrze zbudowany. Ciało miał pokryte wyschniętym błotem. Patrzył na starca i psa wytrzeszczonymi oczami i dyszał głośno, wysunąwszy dolną wargę. Jego spojrzenie było bardziej zwierzęce niż ludzkie, a niepokojące, prawie czarne oczy miały trudny do odgadnięcia wyraz. Nie chodziło o ich budowę, bo wyglądały jak u człowieka, ale ich zdziczenie sprawiało, że trudno z nich było cokolwiek wyczytać. Wzrok jak u szympansa - w pewnym sensie inteligentny, zdradzający jakieś uczucia, ale też dający poczucie, że nie wszystko jest dla tej istoty zrozumiałe. Coś tam się tliło po drugiej stronie tego spojrzenia. Przebijała stamtąd tożsamość. To człowieczeństwo, albo przynajmniej jego część, niepewnie wyglądało z oczodołów na nowy, nieznany świat. Świat, w którym istniał ktoś jeszcze.
Stali tak i mierzyli się wzrokiem. Istota za kratami położyła rękę na głowie i wydała cichy dźwięk. Jej oczy zaszkliły się, a na twarzy pojawił się przykry grymas. Zaczęła głośno wzdychać.
Na to pies zaskomlał, a starzec pogłaskał go po głowie.
Osobnik w lochu skulił się i klęknął. Zakrył dłonią twarz i wzdychał głośno przez długi czas.
Starszy mężczyzna wiedział już, co robić. Współczuł tej istocie, ale miał pełną świadomość, że ich spotkanie musi się wkrótce zakończyć. Ten zgnębiony osobnik prawdopodobnie pierwszy raz w życiu miał towarzystwo. To z pewnością było dla niego wystarczająco głębokie przeżycie. Starzec nie miał wiedzy, jak wytrzymała może być psychika tej istoty, ale zdawał sobie sprawę, że granice poznania należy przekraczać po kolei, krok po kroku, inaczej w słabym umyśle szybko pojawi się obłęd.
Powolnym ruchem zdjął z ramion plecak, położył go na ziemi i wyciągnął książki, które starannie wybrał dzisiejszego ranka. To były proste materiały dla dzieci oraz pierwsze podręczniki dla przedszkolaków i pierwszoklasistów. Zawierały wiele obrazków. Opowiadały głównie o zwierzętach, ale też pokazywały ludzi, samochody czy sprzęty użytku domowego.
Podszedł do kraty i podał woluminy nagiemu.
Osobnik patrzył z zaciekawieniem to na przedmioty, to na człowieka. Nie wiedział, co zrobić.
Starszy położył więc książki przy kracie i wskazał na nie dłońmi.
- Weź - powiedział cicho.
Brudne palce sięgnęły do grubych tekturowych kartek i bez trudu zaczęły je unosić. Osobnik przez chwilę przyglądał się obrazkom, a potem jakby nagle przepadł, całkowicie pochłonięty ich treścią. Mniejsze książki przeciągnął na swoją stronę, te większe zaś zostawił na zewnątrz i przeglądał z przewieszonymi przez kraty rękami, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że i te lektury mógłby zabrać, gdyby tylko je zamknął i pionowo przeprowadził między prętami.
Starzec cichym głosem tłumaczył mu: "to jest kot", "to jest pies", "to jest samochód", "to jest dom" i tak dalej.
Czworonożny przyjaciel mężczyzny usiadł swobodnie przed kratą i co jakiś czas nawiązywał wzrokowy kontakt z dziwnym nieznajomym. Podobnie jak ten w lochu, raz przechylał głowę i patrzył na książki, a raz podnosił ją i patrzył istocie w oczy.
Nagi zaskakująco szybko przyswajał wiedzę. Próbował powtarzać swoje pierwsze słowa, a najlepiej wychodziły mu te jednosylabowe. Najpierw nauczył się rozpoznawać psa, bo zwierzę siedzące po drugiej stronie krat wyglądało bardzo podobnie do tego narysowanego w książce.
Wtedy starzec powoli zaczął się wycofywać. Niechętnie. Wiedział jednak, że teraz należy to zrobić.
Zaaferowany zajęciem osobnik zauważył, że znów został sam, dopiero gdy mężczyzna i pies byli już w połowie drogi do jeziora. Wstał nagle, uchwycił dłońmi pręty i zaczął wyć płaczliwie, próbując przywołać przybyszów.
Starszy poczuł ukłucie w sercu, ale nie mógł już się wycofać. Odwrócił się tylko, podniósł rękę i zawołał:
- Wrócę jutro!
Psu wyraźnie się nie śpieszyło. Dreptał obok, co chwilę przystawał, odwracał głowę i patrzył za siebie smętnym wzrokiem.
- Polubiłeś go, co? - zagadnął pupila mężczyzna, gdy wsiadali do łódki. - Nikt się nie zna na ludziach tak jak ty. - Pogłaskał czworonoga.
***
Wrócili na bagna tą samą drogą. Boleściwe wycie ucichło dość szybko, gdy byli w połowie jeziora. Starszy podejrzewał, że książki z obrazkami zwyciężyły nad żalem i tęsknotą biedaczyny.
To dobrze - pomyślał.
Gdy tylko się rozpakował, poszedł nad grób Heleny i długo rozmyślał nad tym, co się dziś wydarzyło, i nad tym, co może stać się w najbliższej przyszłości.
Później do samego wieczora rąbał drewno za domem. Rychło rozbolały go plecy i ręce, ale nie spoczął, dopóki nie przygotował drwa na dwa, trzy, a może i cztery tygodnie. Wytłukł za pomocą siekiery swoje obawy. Wszystkie mroczne cienie swojej przeszłości przenosił do wnętrza drewnianych kloców i rozłupywał za jednym razem, a te najtwardsze najwyżej za trzecim.
Potem uspokajał się, nosząc i układając w przydomowej komórce szczapy. Wychodząc z kanciapy, wziął ze sobą cztery kartony różnorakich starych, ale cennych rzeczy, które latami odnajdywał na opuszczonych, dawniej tętniących życiem osiedlach.
Wrócił do chaty, rozpalił w piecu, zapalił świece i starą lampę naftową. Przygotował posiłek dla siebie oraz swojego wiernego kompana i jedząc, przeglądał dokładnie zawartość pudeł. Odnalazł stary kieszonkowy odtwarzacz, dwie garści baterii i karty pamięci z programami i filmami dla dzieci. Uśmiechnął się do siebie, bo wiedział, że to się świetnie sprawdzi. Włączył urządzenie, po czym uważnie przejrzał wszystkie zapisane na kartach programy, sortując je od najłatwiejszych do tych bardziej zaawansowanych.
Skończył późną nocą. Rozebrał się, umył w misce i położył do łóżka zasłanego wygodnymi, ciepłymi wojskowymi śpiworami spiętymi za pomocą zamków w obszerną kołdrę.
Pies odpoczywał w swój zadziwiający sposób. Każdy szmer czy stuk spadających na dach nasion i gałązek alarmował jedno albo dwoje uszu, które unosiły się, a potem spokojnie opadały.
Dla starca i psa była to najspokojniejsza od dawna noc. Wiatr zamilkł całkowicie, a z zachodu napłynęło nieco cieplejsze powietrze. Znikąd w oddali nie padły strzały, nic nie krzyczało jakby obdzierane ze skóry. Ze wzgórz nie płynęło tej nocy dziwne zawodzenie. Tym razem było cicho. Tam, w lochu wykopanym i wmurowanym w ziemię, w mizernym świetle księżyca przedzierającym się przez przerzedzone już chmury błyszczały uważne oczy oglądające obrazki w książkach. Grube palce nieprzywykłe do delikatności przewracały kartki z taką obawą, jakby były zwęglone i zaraz miały się rozsypać w pył. Zapomniana przez świat aż do dziś istota z wielką pieczołowitością przyswajała swoją pierwszą wiedzę. Strona za stroną, dokładnie przeglądała każdy tom. A gdy już przejrzała wszystkie, zaczynała od nowa. I każdy następny raz był w magiczny sposób czymś nowym, bo ten czy inny szczegół umknął wcześniej dopiero co otwartemu umysłowi. Do wyschniętej jak pustynia pamięci trafiało coraz więcej informacji.