Psia trawka - Raymond Queneau

Reflow text when sidebars are open.
Zarysowała się sylwetka człowieka; jednocześnie tysiące. Były ich tysiące. Przed chwilą otworzył oczy; na zatłoczonych ulicach roiło się, mrowili się ludzie, którzy cały dzień pracowali. Wspomniana sylwetka oderwała się od muru ogromnej, przytłaczającej budowli, która była Bankiem. Oddzielona od muru sylwetka miotała się bezładnie, popychana przez inne kształty bez wyraźnych cech indywidualnych, rzucana to tu, to tam nie tyle za sprawą swego własnego niepokoju, ile zespołowej trwogi tysięcy sąsiadów. Bezład był jednak tylko pozorny; w rzeczywistości najkrótszą drogą wiódł od roboty ku snowi, od bólu do nudy, od cierpienia do śmierci.
Tamten ponownie zamknął na chwilę oczy, a kiedy je otworzył, sylwetka zniknęła, wchłonięta przez metro. Fala ciszy, a potem znowu "L'Intran" i jego wieczorni kamraci zaczęli się wydzierać na bulwarze.
Od lat chwila ta powtarzała się niezmieniona, codziennie, z wyjątkiem sobót, niedziel i dni świątecznych. On nie miał z tym wszystkim nic wspólnego. Nie pracował, ale przyzwyczaił się przychodzić tutaj między piątą a ósmą i tkwić nieruchomo. Nieraz wyciągał rękę i coś chwytał; tego dnia pewną sylwetkę.
Sylwetka przyjeżdżała do Obonne. Żona przygotowała już posiłek; ona też pracowała w biurze. Zastępca szefa co rusz dopadał ją w jakimś kącie, szef tak samo. Zaledwie się wyrwała z ich rąk, wpadała w łapy metra. Ledwo tam skończyła pracować, już pracowała tutaj. W kręgu lampy drzemał potomek, czekając na karmę. Sylwetka też czekała, żeby się napchać, z puchnącymi nogami, jedną ręką zwieszoną między kolanami, drugą wczepioną w poręcz krzesła w obawie, że ucieknie. Czytał "Gazetę". To znaczy nie czytał gazety. Wbijał wzrok w literę n w słowie Ministerstwo. Będzie go tak wbijał aż do zupy. A po kawałku sera i pajdzie chleba zapatrzy się w literę i. Chłopak nie czekał na ser, dawał nogę i zupełnie nieprzytomny zasypiał jak dziecko w fontannach polucji. Kobieta zmyła naczynia i odrobiła inne prace domowe. Z wybiciem dziesiątej całe trio chrapało.
*
Nazajutrz na jego miejscu, na jego zwykłym miejscu siedziała kobieta. Stwierdził fakt i pomyślał, wszyscy tacy sami. Za pierwszym razem, kiedy wszedł do tej kawiarni, uciekał przed deszczem i nie przebierał, zajął jedyne wolne miejsce. Od tamtej pory zawsze zajmował ten sam stolik. Przez chwilę myślał o życiu francuskiej kawiarni; nie zagłębiając się jednak w rozważania etnograficzne, usiadł gdzie popadło, na nieznanym miejscu, zapatrzył się w marmurowe żyłki, wypił pernoda. W porze fajrantu sylwetka znowu oderwała się od muru zwalistej budowli zwanej Biurem Rachunkowym.
- Masz paszport? - zapytał młody człowiek cichym głosem.
Kobieta, bardzo młoda, mrugnęła okiem. Uszczęśliwiona czekającą ją podróżą. Uśmiechała się, trzymając dłoń na kolanie wytwornego młodzieńca; drugą ręką skubała krokodylową skórę staromodnej torebki, stale się uśmiechając. Patrzyła w oczy tamtemu, a on popijał wodę mineralną.
Zauważył zupełnie mimochodem, że ma zdarte buty; sąsiad też i dalej tak samo; ujrzał nagle cywilizację zdartych butów, kulturę ściętych obcasów, symfonię zamszu i cielęcej skóry sprowadzoną do słabego pisku papierowych obrusów restauracji dla ubogich. Sylwetka poruszyła się w rytmie znanym z poprzedniego dnia, sprawnie poszukując najkrótszej drogi od monumentalnej bramy Biura Rachunkowego do skrzypiącej furtki podmiejskiego domu.
Sylwetka miała willę; wybudowała ją sobie albo raczej zaczęła ją sobie budować; z braku pieniędzy nie ukończono pierwszego piętra. Willa częściowo wyglądała jak po bombardowaniu, co już wyszło z mody. Nastolatek w okresie dojrzewania, wsparty na łokciach, wkuwał na pamięć pamiętne bitwy; żona wróciła wcześniej i przystępowała już do prac domowych; rutyna.
Spojrzenie przeniosło się ze zdartego buta na sylwetkę; stały bywalec z zadowoleniem stwierdził, że ją rozpoznał. W końcu spośród tysięcy doskonale obojętnych osobników udało mu się wyłuskać jednego. Dlaczego właśnie tego? Najszybciej mknął w stronę metra? Miał osobliwie wytartą marynarkę? Dziwacznie obsmyczone włosy? Bo przecież nie ścięte obcasy. Co w takim razie? Może okaże się jutro? Sylwetka została wessana przez mrok i znikła.
Oczywiście pojawiła się znowu przy skrzypiącej furtce niewykończonego domu. Nie można powiedzieć, że się zmaterializowała; jej dwuwymiarowość nie zasługiwała na tak prostackie określenie. Chociaż i tak zawsze w końcu wychynęła zimą z błota, latem z kurzu dokładnie naprzeciw zamka w drzwiach, za sprawą wielorakich przypadków. Kot mruczał, ocierał się o byle jak pomalowaną siatkę, gdzie czerwień minii ujawniała się plackami. Kot, szczęśliwy, że pan wrócił, ocierał się o minię. Miły mały kotek. Starannie zamknięto drzwi. Chłopczyk zatrzasnął książkę pełną bitew. I połknęli kolację.
Po posiłku kobieta trochę odpoczęła. Chłopczyk umknął, spłoszony i radosny, unosząc z sobą egzemplarz "Sourire" pożyczony od kumpla. Sylwetka spojrzała na drzemiącego kota. Kobieta skończyła krzątaninę i kiedy biła dziesiąta, najmłodszy z całej trójki jeszcze nie spał.
*
W południe trzeba iść coś przekąsić, ale niezbyt daleko, bo robota i trzeba pędem wracać; i też niezbyt drogo, rzecz jasna. Zdumiewającym ruchem sieci zagarnięto ławicę istot ludzkich do tego lokalu, gdzie karmi się je w zamian za gotówkę. Sylwetka też tu jest; zagarnięto i ją. Spożywa: okazałą zjełczałą sardynkę, kawałeczek suchego po brzegach jak drewno mięsa, a kiedy nastaje rozkoszny moment skosztowania smażonego banana, subtelny sąsiad obok zasiada do dorsza. Sylwetka dobrze to znała: codziennie ten sam numer. Facio złowiony pierwszym zarzuceniem sieci śpiesznie pałaszował przydziałowy ochłap, a na jego miejsce szybciutko wstawiano subtelnego amatora ryb, który dotarłszy do jogurtu lub suszonych owoców, pomstował, kiedy jakiś maruder zaczynał sobie wpychać do otworu gębowego flaki i to za pomocą widelca, którym poprzedniego dnia wydłubano żółtka z dwóch starych jaj, o czym świadczyło pożółkłe złoto jego zębów. Około drugiej w pustej, cuchnącej jeszcze restauracji kilka tłustych kelnerek wycierało sobie pachy.
Około trzeciej sylwetka wydmuchała nos; około czwartej splunęła; około piątej wykonała pożegnalny ukłon; około piątej pięćdziesiąt słyszała już skrzypienie furtki zdekapitowanego domku.
O szóstej tamten, punktualny, siedział już przy swoim stoliku w kawiarni. Tego dnia jego sąsiad z prawej, ciężko sapiąc, w przerwach popijał żółtawą ciecz prosto z małej butelki; pan z lewej drapał się dyskretnie po genitaliach, studiując wyniki gonitw. Na południowym zachodzie jakaś parka parkowała nad cytrynówką. Na południowo-południowym zachodzie samotna pani; na południowo-południowym wschodzie druga samotna pani. Na południowym wschodzie zupełnie wyjątkowo pusty stolik. W zenicie chmura; w nadirze pet.
O szóstej sylwetka się wyodrębniła. Ucieszył się nierozważnie. Dobrze ją sobie przyuważył. Któregoś dnia pójdzie za nią dla zabawy. W tej samej chwili z niepokojem spostrzegł, że sylwetka, zamiast skierować się prosto do metra, nagle zboczyła i zatrzymała się przed witryną kapelusznika, żeby popatrzeć na dwie kaczuszki pluszczące się w nieprzemakalnym kapeluszu napełnionym wodą dla zademonstrowania swej głównej zalety. Niesubordynacja sylwetki natychmiast poskutkowała zmianą, która bynajmniej nie uszła obserwatorowi; zyskała na konsystencji, stała się bytem płaskim. Modyfikacja jej struktury została zresztą zauważona przez ludzi mających zwyczaj jechać tym samym pociągiem, w tym samym wagonie, w tym samym przedziale. Atmosfera zrobiła się ciężka, kiedy wraz ze zbawczym gwizdkiem drzwi się otwarły i w ostatniej chwili miejsce obok tego w rogu po prawej, z biegiem pociągu, zostało zajęte. Coś się zmieniło.
W lewym kącie przystąpiono do partyjki manili. Były oficer, obecnie przedstawiciel firmy winiarskiej, hałaśliwie rozwinął gazetę; naprzeciwko drobna panienka kontynuowała robótkę zaczętą w czasie Wielkanocy. Vis-a-vis istoty płaskiej drzemało; bardzo jednak aktywnie; śliniło się, od czasu do czasu powstrzymując ślinę, a fioletowy język, jaki przy tym ukazywało, sugerował, że jego właściciel musi ssać pióro lub cierpi na jakąś okropną chorobę, bronchodrę lub wietrzną fioletówkę. Atrybut wisielca nie zwracał uwagi. Z jego prawej strony emerytowany oficer przygryzał usta, czytając o polityce; w oczach miał bitewny dym; widać było, że szykuje się wojna. On też wzbudzał strach. Fioletowy język ocknął się z drzemki i rozwinął dziennik "La Croix". Jedno po drugim nastąpiły dwa ważne wydarzenia: drobna panienka skaleczyła się w palec zapięciem torebki i bardzo ją zabolało; w drugim kącie gracze zaczęli się wydzierać: "As pik, król kier, karo, trzeba być idiotą, żeby tak grać". "Mów pan za siebie. Przy grze w karty trzeba uważać, a jak się nie umie grać, to się nie gra, jak można grać z kimś takim".
Grać, grać, grać, grać. A panienka dalej chlipie i ssie paluszek. Niedoszły generał podnosi oczy znad patriotycznej lektury i próbuje zabrać głos. Czytelnik "La Croix" okrągłymi oczami wpatruje się w muchę, gazeta zwisa mu na udach. Uwaga! Jęzor znowu się wyłania. A tamci dalej swoje. "Przez pańską głupotę stracę forsę. Nic pan nie kapuje... Panie, panie, pszepana".
Słowa wypowiadano z przydechem, niczym tytuł szlachecki, w zastępstwie policzków, których nie ośmielano się rozdawać w obawie, że można je otrzymać z powrotem. I dalej to samo, bez przerwy. I dalej to samo, do następnej stacji. Dwadzieścia minut. Bytowi płaskiemu zebrało się na płacz. Czuł się odpowiedzialny za żałosne zakłócenie zwyczajów tego przedziału. Z powodu małych kaczuszek i nieprzemakalnego kapelusza.
Na pierwszej stacji dwaj gracze wysiedli, straszliwie pomstując i wytrzeszczając gały jak zające wypłoszone z kapusty. Panienka, ssąc palec, wysiadła również. Wojskowy w cywilu rozsiadł się wygodnie i zaczął dłubać w zębach paznokciem wskazującego palca, a chrześcijanin popadł w lekturę artykułu na temat zbawienia małych Chińczyków. Po tej stronie niby było lepiej, ale gracze nie przestawali dyskutować, a ich podniesione głosy wwiercały się w bębenki bytu płaskiego, który właśnie spostrzegł, że jednego z nich zna. Mieszkali w tym samym hoteliku w Pornic. Ten zbieg okoliczności całkiem odmienił bieg jego myśli i już miał się pogrążyć w uroczym marzeniu o kąpieli w morzu, wakacje się zbliżały, za trzy tygodnie dwadzieścia osiem dni urlopu, kiedy przedstawiciel firmy winiarskiej, oświadczając, że jest duszno, opuścił szybę. Gracz z Pornic nie lubił przeciągów. Zaprotestował. Tamten się zaparł. I znowu "pszepana", "pszepana, mówię przecież", "ależ pszepana", zaczęły fruwać z jednego krańca przedziału na drugi, celna, dobrze naoliwiona broń i marne lepkie kulki rzucane przez czytelnika "La Croix" jak zgniłe jaja. Sytuacja się zaogniała, można rzec; niczym chłopcy, co wkładają kamienie do śniegowej kuli, tak ci panowie wtykali do swoich "pszepanów" perfidne aluzje, przepastne szyderstwa, szpiczaste zaczepki i lali kubły pomyj wszelkiej złośliwości. Do rękoczynów jednak nie doszło. Byt płaski znowu poczuł, że to wszystko wina kaczuszek i nieprzemakalnego kapelusza, a ponieważ następny przystanek przerwał dyskusję i wszystkie kluski w gębie plus katolik przedwcześnie wysiedli, byt płaski, zostawszy sam, zadał sobie z niepokojem pytanie: dlaczego? I tak sobie powtarzał "dlaczego, dlaczego" w rytm pociągu. Na następnej stacji wysiadł.
Po nieuniknionej przepychance przy wyjściu skierował się do swego domostwa, przeskakując kałuże i potrącając kamienie ściętym czubkiem półbuta. Po dwudziestu minutach uciążliwego marszu stanął przed skrzypiącą furtką. Kota nie było. Zamknął furtkę i przebył cztery stopnie podestu.
Teraz jest w jadalni. Wszystko wydaje się na swoim miejscu. Chłopiec o podkrążonych oczach powoli zamyka Obronę Sokratesa, gdzie schował zdjęcie, które woli kontemplować w samotności. Unosi czyste czoło, ciężkie od rozmaitych sprośności. Żona wnosi zupę.
Uważa, że on jakoś dziwnie wygląda.
- Jakoś dziwnie wyglądasz, jakiśtam - mówi do niego.
Rzeczywiście jakoś dziwnie się czuje.
- Tak, jakoś dziwnie się czuję, jakaśtam - odparł.
Chłopiec w pośpiechu pochłania zupę. Stuk, stuk łyżką o dno talerza. Byt płaski zbiera odwagę w dwie ręce, dwie ręce, które czuje na końcu ramion; zbiera się na odwagę, czyli ją wytwarza. Z nagłym wysiłkiem zaczyna:
- Wyobraź sobie, że dzisiaj zatrzymałem się przed sklepem kapelusznika, tym na lewo, jak się wychodzi z Banku. Na wystawie leży coś bardzo ciekawego. Nieprzemakalny kapelusz.
Chłopiec czekający na dalszy ciąg (posiłku) słucha uważnie.
- Nalali do środka wody, żeby udowodnić, to znaczy pokazać, że jest nieprzemakalny, włożyli dwie kaczuszki.
Rodzina na chwilę się skupia. Żona pyta:
- Dwie kaczuszki?
Byt płaski potwierdza, zmieszany:
- Tak, dwie małe kaczuszki, z gumy.
Ogarnia go złość; ta głupia historia zawsze źle się kończy; co za dziwaczny pomysł, żeby spojrzeć na tę witrynę. A do tego mały otwiera usta i oświadcza:
- Leżą tam co najmniej od dwóch lat.
Płaski tato nie wie, co powiedzieć. Podają kluski. To znaczy kobieta podaje. Dziś wieczór nie ma mięsa. Potem bez wstępu mówi, że sąsiad zabił im kota. Kto, nie wiadomo.
Gdzie on teraz jest?
Trupa zabrała stara matka Tyran. Jest bardzo biedna; chciała mieć skórkę. Znalazła go pod murem kawiarni Hipolita. Z kulą w głowie.
Płaski nie zamierza tego puścić płazem, nikt nie będzie zabijał mu kota; zacietrzewia się jak pszepanowie w pociągu. Potem znowu opada. Zaraz położy się spać. Dziwnie się czuje. Tej nocy będzie się kochał z żoną. Chłopczyk natomiast powstrzyma się od polucji, jutro klasówka z matematyki, a jak to robi wieczorem, zawsze nazajutrz ma pecha.
*
Obserwator coś tam pitrasi; sam jeszcze nie bardzo wie co. Ale się przygotowuje; albo będzie dalej studiował wyłuskiwanie tamtego z tłumu, bo tak to nazywa, albo poszuka sobie jakiegoś innego przypadku, równie bez znaczenia i pożytku. Po rozpatrzeniu rozmaitych opcji wybiera pernoda i sylwetkę. Bystro i na wskroś świadomie spoglądając na wszystkie mijane osoby, kieruje się na stanowisko. Po drodze spotyka brata, którego od dawna nie widział; mówi, że bardzo się śpieszy, jest bardzo zajęty i wyznacza mu spotkanie o północy. Wreszcie osiąga jeden ze swoich celów: jego miejsce jest wolne; astmatyk zajął sąsiedni stolik. Bardziej na południe młodzieniec od paszportu, markotny, tkwi samotnie. W nadirze pet, w zenicie prążkowana tkanina, bo troskliwy właściciel przygotowuje klientom prysznic z perfidnych kropli, które za sprawą owej pozornej osłony spadną im prosto za kołnierze.
Burza się ociąga; byt płaski również, bo dokładnie tego dnia ma nadgodzinę. Wreszcie pojedyncze krople spadają na asfalt. Obserwator, zawiedziony wyjściem o szóstej, trwa na posterunku. Cztery, pięć, sześć kropli wody. Ludzie, chroniąc czupryny, unoszą nochale. Opis burzy w Paryżu. Latem. Jedni spłoszeni ruszają galopem; inni stawiają kołnierze kurtek; z czym wyglądają dość zadziornie. Zaczyna cuchnąć błotem. Wiele osób rozsądnie szuka, gdzie by się schronić; kiedy już leje jak z cebra, widać tylko czarne grona przyczepione do bram domów, niczym małże oblepiające słupy mola. Kawiarnie tłuką kasę. Siódma. Dojdzie do spóźnień na tramwaje, autobusy i pociągi, dania się przypalą, spotkania nie odbędą. Kilka pretensjonalnych grzmotów pozoruje burzę. Ludzie uczenie głoszą, że się zapowiadało, że teraz powietrze się oczyści i że taki deszczyk od czasu do czasu dobrze robi, i że to nie potrwa długo.
Obserwator dopuszcza do siebie puste słowa, z których nic nie wynika prócz prawdy; stwierdza z goryczą, że podobne banały doskonale pasują do rzeczywistości. Obecna rzeczywistość dokładnie tyle właśnie potrzebuje. A sylwetka wcale nie wychodzi. A jednak: dostrzega ją na podeście przed Bankiem, cierpliwie czeka, aż deszcz ustanie: zresztą to już nie sylwetka, tylko byt płaski. Podskakuje; deszcz ustaje; byt płaski zaczyna biec w stronę metra.
Obserwator wstaje, wychodzi, nie płacąc (przecież wróci), i podąża za obserwowanym. A ten schodzi do metra. Już jest na samym dole schodów, zaraz przejdzie przez bramkę. Na szczęście tamten ma bilety. Nadjeżdża pociąg. Tłum się tłoczy! Byt płaski jest tam, w drugim wagonie drugiej klasy; obserwator też; pierwszy przed drzwiami z prawej, drugi przed wejściowymi.
Jaka dziwna zmiana, myśli ten drugi; ale nie trzeba mu się tak przyglądać. Ciekawe, na której stacji wysiądzie. Tłum napiera; Saint-Denis; zaraz przesiadka.
Nowe przegrupowanie i Dworzec Północny. Do jakiego pociągu wsiądzie, do osobowego czy do przyśpieszonego? Do tego o 19.31 czy do tego o 19.40? Trzeba łokciem walnąć w brzuch zawalidrogę; rozdeptać pantofelki pewnej uroczej młodej damie, w przeciwnym razie przepuścisz przyśpieszony, a jak się będziesz przyglądać tej kobiecie, to i osobowy umknie ci sprzed nosa. Byt płaski spóźnia się tylko na przyśpieszony; osobowy stale na niego czeka. Dopada go. Tutaj żadnej rutyny, całkiem inne postacie, podróżni z siódmej to zupełnie inny świat niż ci z szóstej, do których przynależy. Nie zna ani małego wąsacza w słomkowym kapeluszu w ząbki, jakby chciał ugryźć zwalistego sąsiada drzemiącego z otwartą gębą, ani dwóch dziewczątek pogrążonych w lekturze powieści w obrazkach, ani mamusi z malcem wpatrzonym w dwie muchy spółkujące na zadrapanym kolanie, bo się wywalił jak długi na ruchomych schodach na placu Pigalle, to ci dopiero było, ani jasnowłosego młodzieńca wpatrzonego w krajobraz przesuwający się za oknem. Chyba widział już tego młodego człowieka w metrze, ale nie jest pewien. Z rozpaczą myśli o swoim zamordowanym kocie. Wylicza w myślach wszystkie dowody uczucia, jakimi zwierzątko go obdarzało. Przecież codziennie pod wieczór czekało na niego na murku obok furtki. I jakiś bydlak je zabił. Wyobraża sobie trupka, koci zewłok, matkę Tyran ściągającą skórę. Byt płaski jest oburzony, jest zdecydowanie przeciw. Co oświadcza sobie bez ogródek.
Traci dotychczasową kanciastość cynowego żołnierzyka, jego kontury miękną. Łagodnie pęcznieje. Dojrzewa. Obserwator widzi to wyraźnie, ale nie dostrzega żadnej zewnętrznej przyczyny. Naprzeciwko ma teraz istotę o pewnej konsystencji. Z ciekawością spostrzega, że ta istota zdolna do zaistnienia ma rysy lekko spięte. Co się z nią dzieje? Naprawdę wyborna sylwetka.
Malec szepcze coś do matki; wszyscy wiedzą, o co chodzi. Wąsaty człowieczek nawiązuje dialog z sąsiadem; oświadcza z namysłem, że burza wisiała w powietrzu i że znacznie się przyczyniła do oczyszczenia atmosfery. Słuchacz przytakuje. Potem za sprawą atmosferycznych skojarzeń zaczyna mówić o podróżach w rejonie stratosfery.
Pomiędzy dwiema stacjami, bez słowa wyjaśnienia, metro zwalnia, a potem staje. Z okien gwałtownie wychylają się głowy; te po prawej muszą pod groźbą dekapitacji natychmiast schować się z powrotem do skorupy, bo nadjeżdża pociąg w przeciwnym kierunku; z ograniczoną prędkością zresztą. Pewnie jakiś wypadek. Spóźnienie może wynieść nie wiadomo ile. Wiadomość wprowadza do przedziału pewne zamieszanie. Malec korzysta i wysiada zrobić siusiu. Wąsaty traci słuchacza, który na dobre zapada w sen.
*
Narcense i Potice idą za kobietą. Jest to zresztą główne zajęcie Potice'a, który kolekcjonuje zdobycze. Jak na człowieka zgodnego i przyjaznego przystało, nie gardzi swoimi bliźnimi i nie dręczy ich zbytnim zainteresowaniem. Nie znosi wielkich wydarzeń mogących zakłócić jego działania. Teraźniejszość wydaje mu się równie dobra lub lepsza niż przeszłość; nie ma o tym pojęcia, nie zastanawia się nad tym. Nie opłakuje dalszej przyszłości. Kolekcjonuje kobiety.
Narcense jest artystą; nie jest malarzem ani poetą, ani architektem, ani aktorem, ani rzeźbiarzem, jest muzykiem, a dokładniej gra na saksofonie; do tego w nocnych lokalach. W chwili obecnej jest zresztą na bruku i próbuje w miarę swych możliwości zarobić na życie, ale mu się nie udaje. Zaczyna się niepokoić. Tego dnia, około czwartej, spotkał swojego starego przyjaciela Potice'a i ten pociągnął go za kobietą, którą wybrał spośród tysiąca innych; widział ją tylko z tyłu; twarz jest niepewna. Ryzyko. Godzina piąta. Narcense i Potice są prawdziwymi paryżanami. Za kobietami chadzają o piątej.
Wspomniana pani idzie szybko, energicznym krokiem. Teraz wsiada do tramwaju. Do ósemki. Kierunek: Dworzec Wschodni. Narcense i Potice biegną za tramwajem. Auta suną za nimi. W tramwaju pani siada z zamyśloną miną. Zatopiona w myślach, na nikogo ani na nic nie patrzy, nikim ani niczym się nie interesuje. Po prostu siedzi, na kolanach trzyma paczki. Nie tyle ładna, ile piękna; Narcense i Potice patrzą na nią z podziwem.
Na pętli, równie energicznie, kieruje się w stronę Dworca Północnego. Po drodze coś kupuje. Potice próbuje nawiązać rozmowę, ale próba kończy się niepowodzeniem.
Przed Dworcem Północnym dali się wyprzedzić. Rozdziela ich potok samochodów. Pani gotowa zniknąć. Zaczynają przeklinać. Czy to aby odpowiednia pora? Przyśpieszają, dają nura między bagażowe wózki i autobusy, uskoczyli raz, drugi. Pani mignęła na peronie 31, wypatrzył ją Narcense. Rusza biegiem, ustala linię, bierze odpowiedni bilet (Potice został z tyłu); stoi na peronie i wypatruje w przedziałach. W tym komplet, w tym też i w tym. Ona jest tam. W kącie zostało jeszcze trochę miejsca. Wskakuje lekko zadyszany. Kobieta patrzy przed siebie niewidzącym wzrokiem. Wygląda na bardzo zmęczoną. Narcense zastanawia się, co się stało z Potice'em. Spogląda przez okno, ale nikogo nie widzi. Pociąg rusza. Pani wysiada w Obonne. Narcense też. Na ulicy jest dużo ludzi. Narcense boi się ryzykować. Niby podchodzi, ale się cofa. Tak czy inaczej, pod furtkę niewielkiego domu dociera sam. Kręci się trochę, patrzy na dom, niedokończony albo częściowo już rozebrany. Bardzo mu się podoba. Taka piękna kobieta musi mieszkać w oryginalnej budowli. W tym czasie piękna kobieta, bardzo zmęczona, obiera cebulę.
Narcense nie opuszcza posterunku, drepcze w miejscu, nie wie, co robić. Na szczęście konkretne wydarzenie zewnętrzne podsuwa mu wyjście. Spada ulewny deszcz. Rusza zatem biegiem w stronę najbliższego schronienia. Jakieś bistro.
Wyglądam dzisiaj jak królik, myśli. Uganiać się cały dzień. Królik, co gra na małym bębenku. Jaka piękna kobieta! Co za figura! Rozbiera ją, z roztargnieniem zamawiając likier kawowy, i właśnie zamierza ukąsić ją w pierś, nie w lewą, tylko w prawą, kiedy od sąsiedniego stolika dobiega go jakiś głos.
- W Szanghaju jest największy bar na świecie... Znam wszystkie burdele w Valparaiso... Kiedyś płynąłem na parowcu przewożącym trupy Chińczyków... Za pierwszym razem, miałem szesnaście lat, zaciągnąłem się do Australii. W Sydney o mało mnie nie zabił taki wielki Szwed, który... Wsadzili mnie na trzy lata o zaostrzonym rygorze. Jakoś wylazłem... Za miesiąc znowu płynę na Pacyfik. W Valparaiso mam taką kobitkę...
Narcense wydobywa się na jawę i patrzy; osobnik jest zupełnie nijaki, ale ma marynarską bluzę i czapkę ze skórzanym daszkiem. Trzech miejscowych młodzieńców siedzi obok i słucha jego opowieści. Na zewnątrz wciąż pada. Właściciel bistra głośno wyciera nos, przeciera cynkowy blat i ma ochotę coś powiedzieć. Inne stoliki są puste, tylko jeden w głębi jest zajęty przez jakiegoś smutasa. Marynarz nie przestaje nadawać. Potem uznaje za stosowne włączyć szafę grającą.
Narcense, skołowany, zostawia na stoliku drobne i wychodzi.
*
Dzieciak był fałszywy i samotny. Bywał prymusem, ale nieraz nie wahał się spaść na ostatnie miejsce, jeśli zmuszały go do tego pewne niepokoje. Taty nie miał nigdy; zginął na wojnie, słyszał, ale dobrze wiedział, że jest z nieprawego łoża. Jego matka w poczuciu winy pracowała, żeby go wychować. Potem wyszła za bardzo młodego człowieka i pracowała dalej. Chłopak wszystko to wiedział; nikt nic mu nie mówił, ale powoli, sumiennie odtworzył sobie całą tę historię. Zresztą wcale go nie obchodziła.
Z wyjątkiem rozkoszy, jakim się oddawał w samotności, pochłaniających znaczną część jego wolnego czasu, niczego specjalnie nie lubił, niczego nie zbierał, czytał mało.
Tego wieczora siedział jak zwykle i uczył się, czekając na powrót ojczyma, który właśnie tego wieczora się spóźniał. Zdumiewające. Matka chodziła w tę i z powrotem, z jadalni do kuchni i tak dalej. "Dlaczego twój ojciec nie wraca, jak to możliwe? Musiało się coś stać. Już od godziny nie słyszałam pociągu". Zupełnie się tym nie przejmował. Próbował zapamiętać, że odcięta jest pionowa, a rzędna pozioma. Nie mógł się tego nauczyć. Constant się boczy, bo mu nie oddał fotki Marleny Dietrich. Iść tak sobie samemu na Błękitnego anioła. Ta myśl podnieca go niemożebnie. Wie, że na początku wszystko dzieje się w szkole i uczniowie pokazują sobie zdjęcie; ta kobieta śpiewa i stale jest rozebrana, powiedzieli mu takim tonem, że, no, przechodzi ludzkie pojęcie.
- Na pewno coś się stało. Może byś poszedł na dworzec? Pewnie jakiś wypadek.
Szybko wstaje. W ogródku bierze głęboki oddech. Wilgotno i ciepło. Ziemia jest mokra. Trochę się świeci. Księżyc w trzeciej kwadrze. Przygląda mu się i przypomina sobie, że kiedy był mały, myślał, że to odcięta głowa jakiegoś olbrzyma. To wspomnienie go peszy. Robi dwa kroki w ciemności. Niedorzeczne, ale trochę się boi. Nagle za ogrodzeniem dostrzega mężczyznę. Nieruchomieje w mroku; powoli zaczyna odróżniać kształty. Tak, jakiś mężczyzna; głowę, można powiedzieć, wsunął między pręty ogrodzenia; niesamowite, jeszcze gotów je rozsunąć czołem; oczy błyszczą mu strasznie, usta ma na wpół otwarte. Jakby coś nim potrząsało. Chłopak z ukrycia widzi go bardzo dobrze; nie może oderwać oczu! Furtka trzeszczy i trzeszczy pod naporem rozpaczliwie samotnego ciała. Mężczyzna głęboko wzdycha, a potem zawzięcie przeklina ściszonym głosem: "cholera jasna, cholera jasna", jakby odmawiał niekończącą się litanię. Chłopca nagle ogarnia ochota, żeby tak policzyć, ile razy tamten powtórzył słowo cholera; myśl jednak przychodzi za późno, tak jak w nocy, kiedy się chce policzyć uderzenia zegara, ale nie wiadomo, kiedy się rozpoczęły. "Cholera jasna, cholera jasna". Teraz mówi już zupełnie głośno, jakby w transie, potrząsa prętami furtki, uderza w nią rytmicznie całym ciałem. Nagle z jego szeroko otwartych ust wydobywa się przeciągły jęk "jasnaaaaaa" i opada mu głowa. Przez kilka chwil stoi nieruchomo z głową na prętach siatki, strącając czołem trochę łuszczącej się farby. Potem nagle odchodzi.
Chłopak nie wie, co myśleć. Biegnie do furtki, widzi, jak facet znika w mroku. Otwiera furtkę. Dobrze odgadł. Furtka jest poplamiona. No tak, z tego miejsca wyraźnie widać wnętrze kuchni, matka siedzi, pilnuje, żeby się nie przypaliło. Nie ma na to sposobu. Chłopiec widzi, że matka jest bardzo piękna. Potem przypomina sobie, gdzie miał iść. Biegnie na dworzec. W tej samej chwili nadjeżdża pociąg. Z trzygodzinnym opóźnieniem. Ojciec na pewno jest w środku. Nagle zaczyna się śmiać. "A jak tatuś zobaczy tę furtkę?".
*
Po telefonie do brata, że wybiera się na kilka dni na wieś i dlatego ich spotkanie dziś w nocy o północy jest nieaktualne, obserwator głodny jak wilk usiadł przy marmurowym stoliku lepkim od tłuszczu, na który rzucono łyżkę, widelec, szklankę, nóż, solniczkę, chyba niczego nie zapomniałem, nóż, solniczka, łyżka, widelec, szklanka, ach! i niewyszczerbiony talerz. Mimo późnej pory podobnie wyposażono sąsiedni stolik i jego posiadacz śmiało sobie nań poczynał. Wymiótł wszystko do czysta, podniósł nos znad talerza i prychnął, patrząc na klienta:
- Strasznie dzisiaj późno, ale towarzystwo! - Klient z roztargnieniem oglądał zdjęcie parowca na pierwszej stronie gazety. - To ci dopiero katastrofa - wykrzyknął żarłok, nie zwracając się do nikogo w szczególności. - Przypomina mi, jak zatonęła Clytemnestre w zatoce pod Singapurem. Dopiero się działo! Pasażerowie się rozdeptywali, żeby wsiąść do łodzi ratunkowych. Kapitan stał z rewolwerem w ręce i, pif, paf!, strzelał do mężczyzn, co się próbowali wedrzeć do łodzi przed kobietami. Tak, pszepana, pif-paf, prosto w łeb!
- Ale cham - mruknął do siebie obserwator.
Marynarza na chwilę zatkało, ale potem odzyskał werwę:
- Co prawda, to prawda, straszny był z niego cham. Pewnego dnia dał mi, za przeproszeniem, po gębie. A takiego Le Toucheca zawsze kopał, za przeproszeniem, w dupę. - I po pięciu minutach: - W Szanghaju jest największy na świecie bar... Znam wszystkie burdele w Valparaiso...
Nie dane mu jest dotrzeć do swojej kobitki w Chile, bo w tej właśnie chwili wszedł jakiś mężczyzna i zażądał kolacji. Zdarzenie to sprawia, że w knajpce zapada cisza. Nowo przybyły wyglądał dziwnie. Jego pokryte błotem buty świadczyły, że długo się błąkał po działkach. Na czole przeciętym dawną blizną miał plamę od rdzy. Opadł na krzesło. Właściciel położył przed nim przybory do jedzenia i nowo przybyły zaczął skrobać czubkiem noża blat stolika. Zgrzytało.
- Pszepana - mówi marynarz - zęby mnie od tego bolą.
Nowy gość przestał bez słowa. Patron spojrzał na marynarza, znacząco zmrużył oko. Zaskoczyło to obserwatora, który zapytał ściszonym głosem:
- Zna go pan?
- Nie, ale tak mi chodzi po głowie, że nie byłby zadowolony, gdyby go zapytać, co robi. Przyszedł tutaj po południu. Nie było go z godzinę. A teraz zjawił się znowu i jakoś dziwnie wygląda. Jakby co, mógłbym chyba zawiadomić policję.
Jeszcze jeden, co chce mieć zdjęcie w gazecie za friko. Właściciel dalej wymieniał znaczące spojrzenia z marynarzem, który w zadumie dłubał w uzębieniu własnym scyzorykiem. Obserwatora ogarnęło bezbrzeżne obrzydzenie. Tamten niczego nie dostrzegał.
Mężczyzna wstał, podszedł do tamtego i powiedział:
- Piotr Wielki.
- Proszę bardzo.
- Pozwoli pan?
- Proszę bardzo, Narcense.
- Bardzo mi miło.
Uścisk dłoni.
- Nie znam widoków równie żałosnych - zaczął któryś - jak te pijane statki, co się zalewają w przydrożnych knajpach; nie znam nic równie paskudnego jak widok właściciela knajpy, którego jedynym celem w życiu jest szpiegowanie, nieustanne szpiegowanie, aż wreszcie nawinie się jakiś zbrodniarz i w końcu będzie się mógł przysłużyć społeczeństwu, donosząc na niego policji. Są tu obaj: zamorski przygłup i miejscowy kapuś; ich spotkanie wywołuje takie wrażenie, jakby człowiekowi ktoś wpychał do gardła gąbkę z atramentem.
- Wie pan - mówi Narcense - ja nie jestem pierwszym lepszym zbrodniarzem. Nie popełniłem żadnej zbrodni, mimo że mam zabłocone buty. W grę wchodzi najwyżej obraza dobrych obyczajów.
Milczenie.
- Jest pan bardzo wrażliwy, panie Wielki. Ja widzę to inaczej. Zupełnie inaczej. Ten marynarz jest bardzo zabawny, chociaż jego historie trącą nieco myszką. Powtarza się. Ale czy pan się nie powtarza? Któż się nie powtarza? Jest po prostu mniej zręczny niż inni, to wszystko. Lubię marynarzy. Podobają mi się, ich życie, mają coś takiego w oczach. Co do mnie, rzadko opuszczam Paryż. Sam pan widzi. Ale ludzie, którzy widzieli tyle różnych krain, wracając do rodzinnego miasta, przynoszą z sobą...
- Jedna wielka bzdura.
- Dziękuję - mówi Narcense. - Mówię panu, że ten tu szynkarz wcale mi się nie podoba. Jak to nadstawia uszu, żeby usłyszeć, co mówię. W ogóle to podmiejskie bistro jest dość dziwne! Która godzina? Dziesiąta trzydzieści. Proszę spojrzeć. Z tym marynarzem to zresztą prawda. Po cholerę się włóczyć tak daleko? Mnie to bistro wydaje się wspaniałe i tragiczne.
Półksiężyc za szybą. Właściciel, który udaje, że drzemie za ladą, a w rzeczywistości nadstawia uszu. Marynarz wychodzi. Dzwonek. Wychudzony pies, bardzo ciekawy pies, unosi głowę, potem znowu opuszcza. Jakiś kolejarz wchodzi na kawę, ma być dobrze gorąca i zakrapiana; potem wraca do pracy, ale najpierw zamienia kilka słów o wypadku z właścicielem. Przed chwilą grał gramofon. Było to wzruszające. Przepraszam, ale nie dostaje mi sceptycyzmu. Ponadto nie jestem filozofem. Nic z tych rzeczy. Tylko od czasu do czasu, ot, tak sobie, jakaś zupełnie pospolita rzecz wydaje mi się piękna i chciałbym, żeby trwała wiecznie. Chciałbym, żeby to bistro i ta zakurzona lampa Mazdy, i ten pies, co śni na marmurze, a nawet sama ta noc - żeby były wieczne. A przecież ich największą zaletą jest właśnie to, że takie nie są.
- Naprawdę nigdy pan nie cierpi?
- Dawniej w moim życiu były kobiety. Teraz jest jedna. Doprowadza mnie do rozpaczy.
- Wspominał pan przed chwilą o obrazie moralności.
- Co z tego? Panu się nigdy nie zdarzają podobne rzeczy? Myśli pan, że mam jeszcze pociąg do Paryża?
- Proszę pana! (właściciel demonstracyjnie pochrapuje). O której najbliższy pociąg do Paryża?
- Co takiego?... Dwudziesta druga czterdzieści siedem.
- Przepraszam, muszę wracać do Paryża. A pan tutaj mieszka?
- Nie, w Paryżu, ale spędzę tutaj kilka dni. Obserwuję pewnego człowieka.
- Coś podobnego. Pan jest pisarzem?
- Nie. Postacią.
- Do widzenia, panie Wielki.
- Bywaj, Narcense.
*
Na peronie czekało mnóstwo istot ludzkich, całkiem czarnych. Wyglądało to jak lep na muchy. Dzień, nieco przymulony, jeszcze na dobre nie wstał. Powietrze, cudownie oczyszczone w nocy, znowu zaczynało lekko podśmierdywać. Z każdą chwilą rosła liczba oczekujących. Jedni z trudem otwierali oczy sklejone snem; inni wydawali się bardziej przygnębieni niż zwykle. Wielu było w dobrej formie. Prawie każdy trzymał w ręku gazetę. Ta obfitość papieru nic nie znaczyła.
Przed lampiarnią czekała też istota o osobliwym kształcie; miała, co prawda, by tak rzec, zaledwie minimum głębi przewidzianej dla osobników dwuręcznych, ale ten, co ją widział zaledwie kilka dni wcześniej, był zdziwiony, że tak szybko nabiera trójwymiarowości. Osobnik ten również czytał gazetę, "Gazeta". Piątek. Przebiega wzrokiem politykę, kronikę wypadków; dłużej zatrzymuje się na sporcie, co nieco zaciekawia młodego człowieka, który go bacznie obserwuje. Potem sumiennie studiuje program tygodnia. Rzut okiem na rubrykę drobnych ogłoszeń, pięć minut dwanaście sekund! Skończył gazetę.
Przy dźwiękach swojej zwykłej piosenki, tututte, pociąg majestatycznie wjeżdża na peron. Gazety się zwijają, a ich właściciele dzielnie nurkują w groźny wir; każdy stara się zdobyć to samo miejsce co zwykle. Kiedy wszyscy się upychają, pojemnik zostaje zamknięty. I znowu pociąg mknie wesoło w stronę wielkiego miasta (zbaczanie na nasyp surowo wzbronione).
Osobnik o zmniejszonym stopniu realności patrzy na krajobraz. Oblicza, ile to już razy mógł widzieć tę fabrykę, i dziwi się, że dotąd nie zauważył baraku z desek FRYTKI, nieco dalej. Zupełnie jak te kaczuszki, myśli. Nagle wpada mu do głowy myśl zupełnie niezwykła: któregoś dnia pójdzie sobie na frytki do tego baraku. Przez chwilę zastanawia się z niepokojem, czy FRYTKI to nie jest czasem czyjeś nazwisko: państwo Frytki. Ta myśl go rozśmiesza.
Pewien pan w kącie zauważa jego uśmiech. Z jakiego powodu? Przecież poprzedniego wieczora był taki spięty! Z innego miejsca opasły worek kartofli również zauważa ten uśmiech. Jeszcze jeden świr, stwierdza. Niedługo wyląduje w domu wariatów. Leciutko trąca nogą stopę swego vis-a-vis, który wystawia nos ze szmaty zapewniającej mu jednocześnie obyczajność i ochronę przed wyziewami przemysłowymi i zręcznym skrętem szyi wskazuje mu świra. Wymieniają uśmiechy. Znają istotę na poły rzeczywistą i istota na poły rzeczywista zna ich. Wymieniali przecież: dzieńdobrypanucosłychaćdziśranowszystkowporządkuacoupanaranekmamychłodnyaleniedługozrobisięgorąco. Z biegiem pociągu siedzi krawiec, brodaty i krótkowzroczny, który zrobił majątek na na wskroś francuskich wojskowych płaszczach; ma dużo dzieci i uważa, że ze względu na ich przyszłość (tych dzieci) musi jeździć trzecią klasą. Posiada też samochód, ale tylko na niedzielę; żeby powozić dzieciaki. A że ledwo widzi, ludzie złamanego grosza nie dają za te dzieciaki. Nie dalej jak wczoraj staranował barierkę w przejściu na wysokości Wielkiej Obwodnicy.
- Na szczęście dobrze prowadzę. W przeciwnym razie, mój drogi, to byłaby katastrofalna katastrofa. Gdybym nie zachował zimnej krwi, zginęlibyśmy wszyscy w strasznym, straszliwym wypadku, ale zachowałem zimną krew - wali w udo pana jadącego w przeciwnym kierunku - ha, ha, ha, ha.
Pan, który jedzie w przeciwnym kierunku i który szanuje krawca, uśmiecha się z podziwem. Obserwator spogląda na nich wszystkich dzikim wzrokiem. Na poły rzeczywisty przestał się uśmiechać; hołubi w sobie myśl, że kiedyś wybierze się na frytki. Którego dnia? Tak naprawdę to może tylko w sobotę po południu. A co pomyśli żona o tej cennej inicjatywie? Na pewno się zdziwi. Nie potrafi jej tego wytłumaczyć. A więc albo tego nie zrobi, albo zrobi to po kryjomu, powie jej, że miał nadgodziny. Bardzo nie lubi kłamać. Teraz wyraźnie zmarkotniał. Marszczy czoło, zaciska usta.
- Kiedy miałem siedem lat, pracowałem u swojego ojca po dziesięć godzin dziennie, handlował zastawą stołową. I solidnie dostawałem w skórę, jak coś stłukłem, może mi pan wierzyć. Tak byłem wychowany i się nie skarżę. Teraz są zupełnie inne czasy!
Tak peroruje ten, co jedzie tyłem. Obserwator jest zdziwiony: naprawdę istnieją ludzie, co tak mówią, potem śmieje się (w duchu, bo nade wszystko chce pozostać nieprzenikniony) ze swojej naiwności. Teraz się rozkoszuje. Ten, co jedzie tyłem, nawija niestrudzenie; jest bankierem. Przynajmniej tak utrzymuje; może co najwyżej pracuje w kantorze. Tak czy inaczej, jest panem na poziomie. Na same nagrody dał pięćdziesiąt franków i dwadzieścia pięć na strażaków (lub na coś innego). Jego białe włosy wzbudzają nieufność matek; obawiają się, że to stary satyr; kiedy krąży, małych dziewczynek nie wypuszcza się z domu. To pan na poziomie, ale lepiej, żeby nie dostał zawrotu głowy. Wyolbrzymia zatem swoją napuszoninę, żeby temu zapobiec.
"Jutro mogę pójść na frytki. A kiedy ona mnie zapyta: Chyba się spóźniłeś?, powiem: Poszedłem sobie na frytki do Blagny. Jeśli spojrzy na mnie ze zdziwieniem, powiem: po prostu miałem taką ochotę. Cała ta historia jest idiotyczna. Jutro wrócę jak zwykle. Coś takiego, ten młody człowiek wczoraj wieczorem też jechał w tym samym przedziale co ja".
Zbliżają się do Paryża. Krawiec i bankier omawiają bardzo ważną kwestię: ile może wynosić renta dla posiadaczy orderów wojskowych? Pociąg wyrzuca swój balast na peron. Tłum rusza w stronę wyjścia i tam się rozdziela. Jedni biorą linię B, inni V, jeszcze inni CD, jeszcze inni metro. Są i tacy, co idą pieszo. Są tacy, co wstępują po drodze na kawę z mlekiem i rogalika. Obserwator ziewa i wraca do domu się położyć.
*
Od chwili kiedy około piątej po południu przed Dworcem Północnym ujrzała przejechanego człowieka, pani Cloche trwała w zachwyceniu. Oczywiście mówiła, że nigdy nie widziała czegoś tak potwornego, co było prawdą, bo biedny Potice został przez autobus pracowicie rozwalcowany. Za sprawą serii starannie przygotowanych przypadków siedziała sobie właśnie, dokładnie o tej porze, dokładnie naprzeciwko, w ogródku kawiarni, która szczęśliwym zbiegiem okoliczności mieściła się dokładnie w tym miejscu. Zamówiła napar z rumianku i cierpliwie czekała, aż rzecz się powtórzy. Dla niej sprawa była oczywista: będzie tu przychodziła codziennie. Żeby czyhać na wypadek. Absurdalnie idealna linia z trotuaru na trotuar, której Potice nie zdołał przebiec do końca, absurdalnie linia ta zdawała się teraz według niej nieodwołalnie przyciągać los, przeznaczenie, fatum. Tam wydarzyło się coś potwornego: żółty mózg na asfalcie; i tam w nieskończoność miały się powtarzać tajemnicze straszliwe wypadki, a pani Cloche uwielbiała wszystko, co straszliwe i potworne. Rumianek był ledwie letni i słabo posłodzony; kelner został o tym poinformowany bez ogródek. Zdjęła narzutkę, bo było bardzo gorąco, i wytarła twarz szarą kraciastą chustką; inni klienci starali się na nią nie patrzeć. Pani Cloche czekała.
Dwie taksówki stuknęły się zderzakami, a inna lekko nadłamała zasady ruchu drogowego. Ale to wszystko. Przez godzinę tysiące aut, tysiące pieszych akuratnie podążało przed siebie, bez poważnych zakłóceń. Falami osobniki dwunożne i od czasu do czasu czworonogi sunęły na dworzec; falami defilowały pojazdy dwu-, trzy- i czterokołowe. Lecz nic się nie wydarzyło.
Rumianek dawno został wypity, matka Cloche wielce rozczarowana; wpadła zatem na pewien pomysł: musi przestać myśleć o tamtym wypadku, może wtedy wydarzy się następny. Zaczęła myśleć o sprawach zawodowych (była położną) i problemy związane z aborcją i ginekologią wypełniły głowę starej baby, na którą kelnerzy patrzyli z pogardą, dając do zrozumienia, że powinna opuścić punkt obserwacyjny albo zamówić coś jeszcze. Personel stał się wreszcie tak bezczelny, że matka Cloche zrozumiała, że jej niemile widziana osoba musi zwolnić miejsce. Włożyła z powrotem narzutkę, sprawdziła godzinę na potężnej cebuli, którą wyjęła z gobelinowej torby, zapłaciła za rumianek, dając kelnerowi skąpy napiwek, i odeszła, srodze rozczarowana. Zaledwie zrobiła trzy kroki, kiedy usłyszała z tyłu okropny krzyk, krzyk dosyć rozdzierający, potem ogólny harmider, gwizdki, nawoływania, klaksony. Serce zamarło jej na chwilę, a potem, z prędkością światła zrobiła w tył zwrot i pobiegła na miejsce wypadku.
Tym razem jednak, niestety, nie wydarzyło się nic poważnego; jakiś osobnik został, co prawda, potrącony przez samochód, ale wydawał się w dobrym stanie, tylko nieco przestraszony; otrzepując się, wyjaśniał, jak do tego doszło. Prawdę mówiąc, trochę się jąkał. Ale to nic. Naprawdę czuł się bardzo dobrze, ludzie go obstąpili. Jedni stanęli po stronie kierowcy, inni po jego, on sam po żadnej. Zaproponował, żeby już dać spokój, bo spóźni się na pociąg. Pasażer taksówki zaczął go przepraszać; to również trochę jego wina, kazał kierowcy jechać szybko, bo też się bał, że się spóźni na pociąg. Jechał do Obonne; tamten też. Poszli zatem na dworzec. Tłum powoli się rozszedł. Pani Cloche trochę się ociągała, wściekła, że nawet nie widziała, jak maska gruchota walnęła tego palanta w plecy. Wszystko przez tamtego kelnera. Ale nie zamierza zawrócić i usiąść w ogródku tej kawiarni, nigdy już tam nie pójdzie, przysięga na wszystko, rumianek był ohydny, nie dawali cukru i chociaż jutro wybiera się do brata do Blagny i musi wziąć pociąg z tego dworca, jej noga nie postanie w tej kawiarni, co to, to nie.
Z kalendarium życia i twórczości Raymonda Queneau można wywnioskować, że debiutancka Psia trawka (Le Chiendent) ukazała się w roku śmierci Raymonda Roussela (1933), w rok po wydaniu Podróży do kresu nocy Céline'a, w trzy lata po zerwaniu Queneau z surrealizmem Bretona i w cztery po lekturze Ulissesa Joyce'a. Ten dobór nazwisk nie jest przypadkowy, wyznacza kluczowe punkty odniesienia dla pisarza, który wypracował sobie własną oryginalną retorykę i poetykę.
Biografia Queneau (1903-1976), jednego z tych pisarzy, którzy "nie dostali Nobla", nie obfituje w ekscytujące wydarzenia, jak choćby obfitują w nie życiorysy Céline'a, Geneta czy Cendrarsa. Jeśli nie liczyć rozdziału burzliwej przynależności do grupy Bretona i dwuletniej służby wojskowej w Algierii (w pułku żuawów) i w Maroku, gdzie pracował jako urzędnik pocztowy, jest biografią uporządkowaną i w pewnym sensie jednostajną. Fascynujące są nie tyle koleje losu Queneau, ile jego intelektualno-artystyczna ewolucja. Urodził się w Hawrze 21 lutego w skromnej rodzinie kupiecko-urzędniczej, pisać zaczął jeszcze w szkole i już w wieku piętnastu lat zniszczył cztery kilogramy własnych rękopisów. Po maturze humanistycznej w Caen zapisał się na Sorbonę, gdzie studiował filozofię, socjologię i psychologię. W roku 1924 poznał Michela Leirisa, Philippe'a Soupaulta, potem André Bretona i Louisa Aragona. W trzydzieści cztery lata później napisze: "Surrealizm interesował mnie nie tyle z punktu widzenia literatury, ile jako sposób życia. To był bunt absolutny. W tamtym okresie nie zamierzałem zostać pisarzem. Dla mnie surrealizm był wszystkim". Interesował się także matematyką, religią i psychoanalizą. Namiętnie grywał w szachy i brał udział w turniejach szachowych. Początkowo zarabiał na życie jako urzędnik, nauczyciel i dziennikarz. Sprzedawał też restauracjom papierowe obrusy. Odbył siedmioletnią psychoanalizę u pani Lowskiej, siostry Szestowa. Chodził na wykłady Alexandre'a Koj?ve'a poświęcone interpretacji Hegla oraz na wykłady Henri-Charlesa Puecha o gnozie i manicheizmie, współpracował z pismem "Critique sociale" Borisa Souvarine'a. W 1938 wszedł do komitetu lektorów Gallimarda jako lektor literatury anglojęzycznej, w 1954 został dyrektorem Encyklopedii Plejady. Prowadził też program literacki w radiu. Rozgłos, a potem sławę i niezależność finansową przyniosły mu Ćwiczenia stylistyczne1 (1947, Exercices de style) i Zazi w metrze2 (1959, Zazie dans le métro). W latach pięćdziesiątych uczestniczył w artystycznym życiu Saint-Germain des Pr?s, jego piosenki śpiewała Juliette Gréco. Został też członkiem Kolegium Patafizyki (1950), członkiem Akademii Goncourtów, Francuskiego Towarzystwa Matematycznego (Société Mathématique de France), członkiem Centre National de Cinématographie - by wymienić tylko wybrane pola jego działalności. W roku 1960 powołał wraz z matematykiem Fran- çois le Lionnais'm Ouvroir de Littérature Potentielle (OuLiPo, Warsztat Literatury Potencjalnej), jako Podkomisję Kolegium Patafizyki. Był człowiekiem instytucją, uczestniczył niemal we wszystkich ówczesnych debatach artystyczno-intelektualnych, ale jako pisarz podążał własną drogą, nie dołączając ani do egzystencjalizmu, ani do fali nowej powieści.
Doświadczeniem dla niego fundamentalnym była odbyta w roku 1932 podróż do Grecji. Na statku płynącym do Aten odkrył, że istnieje w języku francuskim podwójność analogiczna do tej, jaka charakteryzuje grecki, w którym język uczony, literacki (kathareusa) dzieli przepaść od języka mówionego, niskiego (demotiki). Uświadomił sobie, że można w tworzeniu literatury wykorzystać napięcie istniejące pomiędzy tymi dwoma rejestrami.
Podróż do Grecji pozwoliła mu również ostatecznie wyzwolić się od surrealizmu, który niewątpliwie wywarł ogromny wpływ na jego twórczość. Miał za sobą trudne doświadczenia z okresu przynależności do grupy, wiele wycierpiał w wewnętrznych walkach i ciągłych rozgrywkach wykluczania i przyjmowania. Opisze je później w dwóch wyraźnie autobiograficznych powieściach Les Derniers jours (1936, Ostatnie dni) i Odile (1937). A także w artykule "Philosophes et voyous" (1951, Filozofowie i łobuzy), opublikowanym częściowo w "Les Temps Modernes" i włączonym w roku 1986 do tomu dzienników, Journal 1939-1940, w którym oskarża surrealistów o stosowanie terroru, nazywając ich nazis (faszyści, naziści).
Wypracował swoją poetykę w opozycji do surrealistów, ustawiając się na drugim biegunie tej samej osi. A zatem już nie przypadek, inspiracja, nieświadomość i automatyczny zapis, lecz rygor, konstrukcja i eksperymentalny zamysł. Toteż wszystkie jego utwory podlegają formalnym, choć niewidocznym rygorom. Zarówno debiutancka Psia trawka, jak i późniejsza, tak zwana trylogia mądrości: Pierrot mon ami (1942), Loin de Rueil (1949, Daleko od Rueil), Dimanche de la vie (1952, Niedziela życia)3. Nie mówiąc już o Zazi w metrze, Dziełach zebranych Sally Mary4 (1962, Les Oeuvres compl?tes de Sally Mara) czy Fleurs bleus (1965, Niebieskie kwiatki). Niemal wszystkie utwory Queneau są wyrazem pasji do eksperymentowania, próbą zasilenia języka literackiego strukturami i ortografią mowy potocznej. Również utwory poetyckie, między innymi wierszowana opowieść Ch?ne et chien (1937, Dąb i pies), napisany aleksandrynem traktat filozoficzny Petite Cosmogonie portative (1950, Mała kosmogonia kieszonkowa)5 oraz Sto tysięcy miliardów wierszy6 (1961, Cent mille milliards de po?mes), podlegają ścisłym prawom kombinatoryki.
Queneau utworzył podstawy oulipijskie z pozycji nie teoretyka, lecz praktyka, który większość dokonań ma już za sobą. O inspiracji zaś mawiał: "prawdziwy pisarz nigdy nie ulega inspiracji, jest nieustannie zainspirowany". Ten stan gotowości mają mu zapewnić gotowe struktury literackie. Zarówno te, które istniały w dawnych tekstach, jak i te potencjalne, które można wynaleźć dzięki zastosowaniu serii arbitralnie przyjętych rygorów. Prace OuLiPo zmierzały w dwóch kierunkach: analizy - wynajdywania i badania tekstów, zwanych plagiatami przez antycypację, czyli dzieł autorów, którzy tworzyli utwory oulipijskie, zanim jeszcze powstało OuLiPo, oraz syntezy - wynajdywania nowych struktur. "Szczury, budujące labirynt, z którego mają się następnie wydostać" - tak brzmi oulipijska dewiza. I żadnej ideologii, żadnych dogmatów, żadnych sporów światopoglądowych.
Większości utworów Queneau można przyznać status plagiatów przez antycypację. Le Chiendent jest, co swego czasu dostrzegła francuska krytyka, uwerturą do tego dzieła, uwerturą, w której pojawiają się już wątki i motywy obecne w dalszych powieściach. Upodobanie do budowania groteskowych podmiejskich epopei podszytych smutkiem i melancholią, do przeciętnych postaci zanurzonych w codzienności, do pseudokryminalnych intryg, do lęku przed wojną, idzie w parze z całą siecią ukrytych odniesień do filozofii, mitologii, historii idei, psychoanalizy.
Ustawiając się w opozycji do surrealistów, Queneau nie zamierzał jednak poprzestać na czystej negacji. "Wielka czystka surrealistów pozostawiła za sobą wiele trupów, których nie wolno wskrzeszać". Trzeba wyjść poza negację, wznowić swego rodzaju akademizm, ale nie popaść w jego wytarte koleiny. Dlatego tak wielkie wrażenie zrobiła na Queneau lektura Joyce'a, Faulknera, a także Poego. O Joysie pisał jako o "pisarzu klasycznym", u którego "wszystko jest zaprogramowane, zarówno całość, jak i epizody, ale nic nie ujawnia wewnętrznego rygoru". Zasady swojej metody pisarskiej zawarł w tekstach zebranych potem w tomie Le Voyage en Gr?ce (1973, Podróż do Grecji). Stąd też pochodzi słynny cytat o cebuli: "Arcydzieło porównać można do pewnej bulwy, jedni zadowalają się zdjęciem wierzchniej łupiny, inni, mniej liczni, zdejmują warstwę po warstwie - słowem, arcydzieło przypomina cebulę".
Psią trawkę pisał Queneau od lipca do listopada w Atenach i na Cykladach. Cała ta fantasmagoryczna opowiastka zbudowana jest wokół poszukiwania skarbu. Mechanizmem napędzającym intrygę Le Chiendent, powieści o ludzkiej głupocie, jakby replice Bouvarda i Pécucheta (warto nawiasem wtrącić, że Queneau w roku 1947 napisał wstęp do tej powieści Flauberta), jest zabawa w głuchy telefon. Podsłuchana rozmowa prowadzi do językowego nieporozumienia. Każda próba przytoczenia cudzych słów powoduje ich deformację, każda instancja narracyjna dodaje coś od siebie, zniekształca wypowiedź zgodnie z własnymi pragnieniami lub lękami. Rozmowę Piotra Wielkiego i Étienne'a podsłuchał Clovis, nieletni siostrzeniec pani Cloche, akuszerki trudniącej się także aborcją, intrygantki i megiery, coś przekręcił, coś dorzucił i dał impuls do polowania na domniemany skarb, ukryty jakoby za niebieskimi drzwiami tandeciarza bez grosza, ojca Taupe'a. Tę burleskową intrygę, przyprawioną kilkoma trupami, kończy wybuch wojny, apokalipsa i zwycięstwo królowej Etrusków, którą okazuje się nikt inny jak Sydonia Belhôtel, wdowa Cloche.
Genezę swojej powieści, która początkowo przeszła prawie bez echa, przyćmiona przez Podróż do kresu nocy Céline'a, ujawniał Queneau stopniowo, zacierając tropy w kolejnych autokomentarzach. W roku 1937 napisał, że urzeczony perspektywą wymyślenia transkrypcji fonetycznej, w której każdej głosce odpowiadałaby jedna litera, początkowo zamierzał przełożyć na "neofrancuski" jakiś traktat filozoficzny. Ponieważ zabrał ze sobą Rozprawę o metodzie, postanowił przeprowadzić ten eksperyment na traktacie Kartezjusza. Pomysł ten szybko zarzucił i zamiast rozprawy napisał powieść. W roku 1950 potwierdził tę genezę, ale dodał, jak wielki wpływ wywarli niego Joyce i Faulkner. Przyznał też, że jeden z rozdziałów jest zarysem Parmenidesa, dialogu Platona. "Dodam, że w powieści jest też rozdział streszczający Parmenidesa, jest nim dialog Saturnina i Narcense'a o bycie i niebycie". Wreszcie w 1969 zamieścił w "Nouvelle Revue Française" krótki tekst "Errata", korygujący wcześniejsze wyznania. Początek Le Chiendent wiele zawdzięcza nie tyle rozprawie Kartezjusza, ile książce Johna-Williama Dunne'a An experiment with time (1929, Eksperyment z czasem), opublikowanej potem we francuskim przekładzie (1948) pod tytułem Le temps des r?ves (Czas snów). Postać obserwatora została zapożyczona od obserwatora Dunne'a. Queneau zastanawia się, jakie powody kazały mu początkowo utrzymywać, że Psia trawka jest przekładem na neofrancuski Rozprawy o metodzie. (Niewątpliwie jednak przemiana płaskiej sylwetki Étienne'a w trójwymiarową postać człowieka, "który myśli", jest wręcz ilustracją kartezjańskiej maksymy Cogito ergo sum). W tej samej "Erracie", zamieszczonej później w tomie Voyage en Gr?ce, wyznał: "Zapewne sądziłem, że potrafię przewidzieć upadek francuskiego języka pisanego (...) utknąłem, i to wszystko. To był błąd".
Nie należy jednak dobrodusznie sądzić, że neofrancuski Que- neau jest stenogramem zasłyszanych ulicznych dialogów. To język zainspirowany mową potoczną, ale będący jej gruntownym przetworzeniem, rekonstrukcją, rezultatem ogromnej pracy nad składnią, nad stylem. Obaj, Céline i Queneau, choć tak odmienni, mieli świadomość, że zapis literacki nie polega na dosłownym spisaniu słów z taśmy magnetofonu. Obaj, każdy na swój sposób, deformowali język mówiony, przesuwając akcenty, umiejętnie przyprawiając wypowiedź szczyptami argot lub języka potocznego. Nikt nie przełknąłby zupy z samych przypraw i pieprzu, mawiał Céline. Praca pisarza jest poniekąd zajęciem iluzjonisty, który musi uciec się do sztuczek, żeby dać widzom wiarygodne złudzenie. Ulubioną metaforą Céline'a jest patyk zanurzony w wodzie. Trzeba go wpierw nadłamać, żeby po zanurzeniu nadal wydawał się prosty.
Praca nad składnią nie wzięła się z inspiracji mową ulicy, mówi Jacques Jouet7. Wzięła się z niezmiernie uczonej rozprawy o języku z roku 1923 Le langage, introduction linguistique a l'histoire (Mowa, wstęp lingwistyczny do historii) Josepha Vendry?sa, który pracował nad zwrotami języka mówionego. Język Queneau to niezwykle intelektualna odmiana francuskiego mówionego. Może dlatego jego powieści tak dobrze znoszą upływ czasu.
Do arsenału użytych środków należą również homonimy, kalambury i gry słowne. Stąd "Théo rit", czyli "Theo zaśmiał się", można też usłyszeć jako théorie (teoria). W przekładzie Hanny Tygielskiej-Igalson: Theo-rety-zuje. Saturnin, ogarnięty twórczą niemocą, zapisuje na kartce jedno zdanie l'ouazo sang vola, zamiast l'oiseau s'en vola, czyli "ptak odleciał", ale wprowadza zarazem homonim sang (krew) i vola od voler (kraść) Nie mówiąc już o tym, że identycznie wymawia się sans (bez). W polskim przekładzie: "Tór Kafka ule ciała". Znamię transkrypcji fonetycznej nosi między innymi zapis nazwy miasteczka, w którym mieszka Étienne Marcel z rodziną, Obonne. Próżno szukać na mapie takiej miejscowości. Istnieje natomiast Eaubonne.
Praca nad językiem jest wsparta pracą nad strukturą. Czytelnik nie musi dostrzec całej misternej konstrukcji, rusztowania, które pisarz wzniósł, a następnie je usunął. Nie dostrzegła go również krytyka. Queneau dosyć wcześnie zaczął odkrywać karty. Niemal wszystkie prace krytyczne przytaczają dziś cytat z tekstu zamieszczonego w piśmie "Volontés" (1937): "Nadałem formę i rytm temu, co pisałem. Wyznaczyłem sobie reguły równie ścisłe jak reguły sonetu. Postaci nie pojawiają się i nie znikają przypadkiem [...] Le Chiendent składa się z 91 (7x13) podrozdziałów. Sumą liczby 91 jest 1, cyfra zarazem śmierci istot, jak i powrotu do życia, powrotu, który ówcześnie postrzegałem jako nierozstrzygalne trwanie nieszczęścia wyzbytego nadziei. W tamtym czasie uznawałem 13 za liczbę pomyślną, ponieważ wykluczała szczęście. Co do 7, uważam ją za numeryczne wyobrażenie samego siebie, ponieważ moje nazwisko i oba imiona składają się z siedmiu liter, a ja urodziłem się 21 lutego (3x7). Upodobanie do cyfrowego kodu i do matematyki ("Matematyka to jedyna prawdziwa nauka") pozwala zatem na autobiograficzny kamuflaż. Jego efektem jest choćby tytuł. Słowo le chiendent (perz) składa się z dwóch słów: chien (pies) i dent (ząb). Que- neau upatrywał pochodzenia swojego nazwiska zarówno od słowa quenot (pies), jak i quenotte (ząb). Polski przekład szczęśliwie zachowuje w tytule psa, no i psia trawka jest też chwastem.
Nic nie jest zatem pozostawione przypadkowi w tej pozornie niewinnej opowiastce, podyktowanej, zdawałoby się, jedynie kaprysem wyobraźni, całkowicie spontanicznej i anarchicznej. Nic, ponieważ, literatura powinna podlegać ścisłym regułom, gdyż tylko formalne rygory zapewniają jej wolność. "Klasyk, który pisze tragedię i przestrzega pewnych reguł, ma więcej swobody niż poeta, który pisuje wszystko, co przychodzi mu do głowy, pozostając niewolnikiem reguł sobie nieznanych".
Ten powrót do klasycyzmu wspiera Queneau matematyką i retoryką. "Pisanie prozy nie powinno się zbytnio różnić od pisania wierszy w tym sensie, że ma podlegać równie arbitralnym, ściśle przestrzeganym regułom, jak na przykład sonet". Claude Simonnet, pierwszy egzegeta Le Chiendent, w swojej książce Queneau déchiffré (1962) odkrył między innymi, że istnieje w powieści sieć wewnętrznych powiązań i odpowiedniości wątków. Przytacza też słowa Queneau z tomu tekstów krytycznych Bâtons, chiffres et lettres (1950, Kreski, cyfry i litery): "Można rymować sytuacje i postaci, tak jak rymuje się słowa". I tak śmierć psa Jupitera rymuje się ze śmiercią Narcense'a; listy otwierane przez Saturnina rymują się z listami, które odklejają Bébé Toutout i Théo; niedokończona willa w Obonne z frytkarnią w Blagny, oba przybytki spotyka zresztą w finale ten sam los i przemiana w burdel. Upodobanie do ścisłych reguł zakłada swego rodzaju powrót do klasycznej koncepcji literatury, do ukończonej formy, do harmonii i doskonałości. Powieść-poemat "przybiera kształt otoczaka, kryształu, kwiatu lub owocu", pisze Queneau w odniesieniu do Flauberta. Le Chiendent jest, jak mówi Simonnet, echem flaubertowskiego marzenia o napisaniu książki "o niczym", która nie zamierza odtwarzać rzeczywistości i pozostaje wierna arbitralnym regułom gry, wspierając się jedynie na sobie wewnętrzną siłą stylu. Dzieło nie jest uwarunkowane światem zewnętrznym, ponieważ nie jest tworem naturalnym, lecz całkowicie sztucznym.
Takie rozumienie literatury jest pokrewne literackiemu modelowi innego pisarza i ekscentryka, Raymonda Roussela. Zaraz po śmierci Roussela Queneau napisał w jednym z tekstów włączonych później do Voyage en Gr?ce: "Roussel tworzy światy z werwą nieznaną nawet Panu Bogu, z niewzruszoną wyobraźnią, jednoczącą szaleństwo matematyki z rozsądkiem poezji". Metoda Roussela polegała na wynalezieniu dwóch zdań, które różniłyby się jednym słowem, i na wygrywaniu podwójnego znaczenia rzeczowników. Na przykład opowiadanie Chiquenaude rozpoczyna zdanie: Les vers de la doublure dans la pi?ce Forban talon rouge (Wersy dublera w sztuce Pirat czerwonopięty), kończy zaś: Les vers de la doublure du fort pantalon rouge (Robaki z podszewki jaskrawoczerwonych spodni).
Również powieść Queneau ma strukturę kolistą, zaczyna ją i kończy to samo zdanie, tyle że wyzbyte homonimicznych igraszek. Koło jest bowiem figurą doskonałości, a zarazem wiecznego powrotu. Tę pozornie błahą, ludyczną fantasmagorię czyta się gładko, lekko i przyjemnie, ponieważ, pisze Simonnet, istotne jest to, żeby po lekturze Le Chiendent można było mówić o Parmenidesie, o cogito, o fenomenologii egzystencjalnej, o teologii gnostycznej, ale równie ważne jest, aby można było nie mówić o tym wcale.
Anna Wasilewska