Pseudonim Tarzan - Andrzej Nowak-Arczewski

-
Proszę czekać

 

Znajdę cię, choćby na końcu świata

W miasteczku Tomasz pojawia się tylko na chwilę. Nie może na dłużej, bo już depczą mu po piętach. Wraz z wkroczeniem Armii Czerwonej jego życie staje się jedną wielką ucieczką. Zmienia adresy, wygląd, ukrywa się u rodziny, znajomych. Nigdzie jednak nie czuje się bezpiecznie. Półtora miesiąca później nie przyjeżdża nawet na pogrzeb matki. Obawia się, że na cmentarzu może dojść do strzelaniny i zginą niewinni ludzie.

W tym samym czasie powraca z wysiedlenia Mosze. Ale też na krótko. Z rodzinnym dotychczas miastem nie chce mieć nic wspólnego. W głowie kołacze mu tylko jedna myśl, o zemście. Znajdę cię, choćby na końcu świata - poprzysięga.

Kilka miesięcy wcześniej drogi Tomasza i Mosze schodzą się w pewnym małym domu. Czy dochodzi do ich ponownego spotkania, kiedy obaj są już za oceanem?

Dom Heleny Krakowiakowej stał z dala od głównej ulicy, w pobliżu wąwozu. Niemcy rzadko się tam zapuszczali, chociaż niedaleko znajdowały się szkoła i punkt lotniczy. Bez większych obaw mogli się więc zbierać w nim partyzanci na swoje narady. Gospodyni dobrze znała Tomasza, mówił do niej "ciociu". Łączyły ich dalekie więzy krwi ze strony jego matki. Czuł się u niej bezpiecznie, była jego krewną i jednocześnie bliską sąsiadką.

Od dziecka biegał po okolicy, gdzie mieszkała, po tych uliczkach, wąwozach, zakamarkach.

To pewnie tutaj, w pokoju z dużą szafą, "Tarzan" wydawał swym żołnierzom rozkazy, omawiał kolejne akcje, oceniał porażki i zwycięstwa oddziału. Czuł się bezpiecznie i pewnie, miał zaufanie do ciotki. I nawet przez myśl mu nie przeszło, że ktoś w ukryciu uważnie przysłuchuje się rozmowom, zapamiętuje każde jego słowo i chowa je głęboko w sercu.

Przysunięta ściśle do ściany szafa skrywała bowiem wejście do kryjówki nieznanej nikomu postronnemu. Cicho, by nie zdradzić się najmniejszym szelestem, ukrywał się w niej młody Mosze Zaume. Aż do wysiedlenia. Helena Krakowiakowa zaopiekowała się Żydem. Uznała to wręcz za swój obowiązek, mający uczcić pamięć jej syna, księdza Adama, który został aresztowany i zamordowany przez Niemców. Była gotowa sama się poświęcić, by uratować chociaż jedno życie. I to jedno uratowała.

Traktowała Mosze jak syna, był zresztą rówieśnikiem Adama. Kiedy w sierpniu czterdziestego czwartego roku wysiedlano mieszkańców, wyjęła z szafy sutannę, wygładziła ją czule dłonią i podała Mosze, aby ją założył. Pasowała na niego jak ulał. Kobieta powiedziała Niemcom, że to jej syn. Uwierzyli, tym bardziej że nie miał typowo semickich rysów. Obojgu udało się bezpiecznie opuścić Zawichost.

Podczas gdy większość mieszkańców podążyła do Nowinnej Skały, do lessowych wąwozów między Zawichostem a Garbowem, on wraz z Krakowiakową udali się do Ożarowa na plebanię. Zanim jednak do tego doszło, zapewne nieraz miał ochotę przejść przez szafę i stanąć twarzą w twarz z partyzantami, zwłaszcza z Tomaszem Wójcikiem, ich dowódcą.

- Trzeba się pozbyć tej Żydówy - początkowo nie wiedział, o kim rozmawiają ci po drugiej stronie szafy. Kolejne słowa wszystko wyjaśniły.

- Sprzedawała tutaj, a teraz ukrywa się w Kępie.

Kępa stanowiła część Zawichostu, leżała po lewej stronie, jadąc do Sandomierza, przy Wiśle.

Wszystko pasowało. Rodzice Mosze wynajmowali przed wojną budkę na placu należącym do Oskroby. Handlowali w niej słodyczami i lodami. Najczęściej zajmowała się tym właśnie matka Mosze.

Teraz Mosze z przerażeniem czekał na kolejne wizyty partyzantów. Tłumiąc ból i rozpacz, wysłuchał pewnego dnia przechwałek partyzantów, jak to w zaroślach dopadli jego matkę. Jak się nad nią znęcali, jak zabijali, a potem jeszcze bezcześcili jej ciało. Już wtedy musiał zapałać żądzą zemsty.

Czy Krakowiakowa była świadkiem rozmów partyzantów, trudno powiedzieć. Tak samo nie wiemy, czy byli skłonni wtajemniczać ją w swoje sprawy. Jeśli jednak wiedziała, o czym mówią, to jakie musiała przeżywać rozterki? Jaki dramat rozgrywał się w jej głowie i sercu? Dobrze przecież zdawała sobie sprawę, że nie tylko ona słyszy te okrutne przechwałki. Ale co mogła zrobić?

Pojawiają się też inne pytania. Czy Mosze zza ściany mógł rozpoznać głos dowódcy? Czy w swej kryjówce mógł wszystko dokładnie zrozumieć? Czy to właśnie Tomasz wydał rozkaz zabicia "żydowskiej handlarki", czy tylko słuchał relacji podwładnych? I najważniejsze, czy Mosze w ogóle przebywał wtedy u ciotki, gdy partyzanci opowiadali o zbrodni? Dlaczego właśnie Tomasza obarczył winą za śmierć matki?

Z drugiej strony Tomasz znał przecież tajemnice Zawichostu. Czy byłby aż tak nierozważny, aby jakiekolwiek tematy konspiracyjne poruszać w domu ciotki Krakowiakowej, nawet jeśli miał do niej zaufanie?

Do zniszczonego, spalonego Zawichostu Mosze wracał przepełniony nienawiścią. Była połowa stycznia czterdziestego piątego roku. Ani mu w głowie było podjęcie prowadzenia rodzinnego interesu. Pragnął raz na zawsze zerwać wszelkie kontakty z Zawichostem. Miał żal do tutejszych ludzi o prześladowanie, o śmierć matki. Jedynie Oskrobę, od którego rodzice wynajmowali plac, szanował i cenił. Odnalazł jego rodzinę w pożydowskim domu u Mamyka. Dowiedział się, że gospodarza o tej porze może spotkać na rynku przy studni.

- Wyjeżdżam do Ameryki, panie Oskroba, i przyszedłem się pożegnać - zaczął. - Ale tego Tomasza Wójcika wszędzie znajdę, choćby na końcu świata. Zemszczę się za matkę. Całe życie poświęcę, żeby sprawiedliwości stało się zadość.

Zofia Kwiatkowska na rynku przy studni w Zawichoście, gdzie słyszała słowa Mosze Zaumego

Słowa Mosze usłyszała córka Oskroby, szesnastoletnia Zosia, i aż przeszły ją ciarki. Odwróciła się szybko, zajęła czymś innym. Nie słyszała, co odpowiedział ojciec, jak zareagował na to złowieszcze zapewnienie. Nie chciała o nic pytać, zresztą ojciec też o tym, co usłyszał od Mosze, potem nie rozmawiał.

Komu jeszcze powiedział o planowanej zemście? Czy zwierzył się swojej wybawczyni? Czy w ogóle rozmawiał z nią o tym, co słyszał, siedząc ukryty za szafą? A jeśli tak, to co zrobiła Helena Krakowiakowa? Ostrzegła Tomasza?

Nic o tym nie mówiła, nigdy. Zmarła w pięćdziesiątym drugim roku w wieku sześćdziesięciu lat. Część gruntów zapisała miejscowej parafii, część najstarszemu bratu Tomasza, Leonowi.

A Mosze? Wyjechał najpierw do Łodzi, a stamtąd dalej, do Ameryki. Poza Oskrobą z nikim w Zawichoście nie zamienił słowa, słuch po nim zaginął.

Tomaszowi udało się uciec przed nową władzą najpierw do Niemiec, a potem dalej, za ocean.

- Tragicznie zginął Wójcik... - zamyśla się osiemdziesięcioośmioletnia dziś Zofia Kwiatkowska. - Może tam w Ameryce Mosze Zaume go znalazł...

 

Wezwanie

Szarżuje na koniu przed nosem niemieckiej żandarmerii, podejmuje ryzykowne akcje. Wysoki, przystojny, wysportowany, zawsze pewny siebie. Wzbudza zarazem podziw i zazdrość. Tomasz Wójcik, nazywany królem Zawichostu, podczas okupacji zapewne jest nim naprawdę. Wpatrzeni w niego chłopcy marzą, by być jak ich dowódca, jak "Tarzan". Większość z nich zginie od kul wroga w Woli Grójeckiej. Ci, którzy przeżyją, stworzą legendę o niezłomnym wachmistrzu.

Siedemdziesiąt lat później podobnie młodzi ludzie pojawiają się w Woli Grójeckiej ze zniczami w dłoniach w miejscu, gdzie doszło do zagłady oddziału Tomasza Wójcika "Tarzana". Gdzie całe zbocze spłynęło krwią partyzantów. "Tarzan" to bohater, o którym powinno się mówić i uczyć w szkole - nie mają cienia wątpliwości. I dzisiaj robi na nich wrażenie jego wygląd, postawa. Dla nich to żołnierz niezłomny, o zawsze nienagannej prezencji, w mundurze, z pistoletem u pasa i granatami, z ryngrafem Matki Boskiej Częstochowskiej na piersi. Już samo to, że zabił niemieckiego generała, czyni go w ich oczach człowiekiem nadzwyczajnym. A mówienie o nim krytycznie, przyklejanie mu łatki antysemity to tylko niegodziwa ubecka propaganda.

Wizerunek "Tarzana" widnieje na ogromnym banerze, który przywieźli ze sobą, a także na przodzie naciągniętych na torsy koszulek. To przecież ich partyzant, z ich świętokrzyskiej ziemi. Hołd oddają mu ludzie przybyli z całej Polski, a nawet z zagranicy. Wstyd, by nie cenili go swoi, by mieli o nim zapomnieć. Młodzi patrioci na to nie pozwolą.

"Tarzan" szarżuje na koniu przed nosem niemieckiej żandarmerii

Dla mieszkańców Zawichostu "Tarzan" to kontrowersyjna postać, niejednoznaczna, tak jak czasy, w jakich przyszło mu żyć. Dlatego wzburzają ich trochę słowa ludzi z zewnątrz, którzy przyjeżdżają i mówią im:

- Macie bohatera, nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakiego.

Wizerunek "Tarzana" widnieje na ogromnym banerze

A przecież wielu z nich go znało albo słyszało o nim i jego dokonaniach od najbliższych. Czy zabicie generała zmywa z niego winę za inne czyny, których się dopuścił?

Niektórzy chcą stawiać Wójcikowi pomnik w Zawichoście, miejscowi raczej się do tego nie palą, może tylko nieliczni poparliby inicjatywę. Zastanawiają się, czy pomnik nie podzieliłby ludzi, nie skłócił.

Prawda miesza się z propagandą, nic nie jest jednoznaczne.

- Wystarczy fakty przedstawić!

- Jakie fakty, kiedy w relacjach pełno wątpliwości?

- Wystarczy bohaterstwo!

Poczty sztandarowe ustawiają się przed pomnikiem w Woli Grójeckiej. - Wachmistrzu Tomaszu Wójciku "Tarzanie"! Stań do apelu! - rozlega się wezwanie.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.