NIE PO TO KOŃCZYŁAM MEDYCYNĘ, ŻEBY RATOWAĆ SAMOBÓJCÓW
Styczeń 2025 roku
Nasze spotkanie odbyło się w mieszkaniu bohaterki.
Od czego według Pani powinnyśmy rozpocząć naszą rozmowę?
Od mojego domu rodzinnego, trochę nietypowego, bo kiedy się urodziłam, moja siostra miała dwadzieścia lat, a moi rodzice ponad czterdzieści. Byłam oczkiem w głowie całej rodziny. Dzieciństwo wspominam jako dobry czas. W pewnym sensie dorastałam jak jedynaczka i dostawałam bardzo dużo uwagi. Moje dzieciństwo skończyło się w trzeciej klasie szkoły podstawowej, kiedy babcia, z którą mieszkaliśmy, zachorowała na alzheimera i stała się ponownie dzieckiem. W tej trudnej sytuacji rodzeństwo nie wspierało mojej mamy. Wprawdzie kiedy babcia złamała nogę i miała gips od kostki do uda przez sześć tygodni, przyjechała ciocia, żeby pomóc, ale wytrzymała tylko kilka dni. Widząc dramat mamy, postanowiłam być dzielna i silna. Rodzice zatrudnili opiekunkę, co było sporym obciążeniem dla budżetu domowego. Słyszałam ich rozmowy o problemach finansowych, więc zaproponowałam, że po powrocie ze szkoły będę zwalniać opiekunkę i sama zajmę się babcią.
Co na to rodzice?
Trochę bezrefleksyjnie się zgodzili. Byli zadowoleni, że mają dojrzałe dziecko. Babcia nie chciała jeść, pluła jedzeniem, biła kogo popadło. Do swojej córki mówiła "mamo". Karmiłam ją i zmieniałam jej pampersy. W mojej obecności dostała zawału. Starałam się być silna, ale jednocześnie zaczęłam się w sobie zamykać. Rodzicom się wydawało, że normalnie funkcjonuję, bo przynosiłam dobre oceny i pozornie nic złego się nie działo. Było im ciężko, więc ja uciekłam w internet. Babcia umarła, kiedy byłam w pierwszej klasie gimnazjum. Bardzo cierpiałam. To ona mnie w dużym stopniu wychowywała. Moja siostra wyjechała na studia, więc babcia się mną zajmowała, odprowadzała do szkoły i tym podobne. Byłam z nią mocno zżyta. Wtedy też małżeństwo rodziców przechodziło kryzys. A ze mną zaczęły się dziać złe rzeczy.
Co się działo?
Zaczęłam się ciąć. Wydaje mi się, że rodzice zdawali sobie sprawę, że coś jest nie tak, ale chyba nie wiedzieli, jak sobie z tym poradzić, co zrobić. Mówimy o różnicy pokoleniowej - moja mama mogłaby być moją babcią. Opowiadały mi z siostrą, jak we dwie chodziły ze mną do lekarza i w przychodni do mamy mówili: "Babcia może poczekać na zewnątrz", a moją siostrę brali za moją mamę.
Kiedyś na języku polskim kazano uczyć się wierszy i recytować je przed klasą. Byłam dzieckiem wygadanym i elokwentnym. Uwielbiałam konkursy recytatorskie, nie miałam problemów z wychodzeniem na scenę. Do czasu. Nie pamiętam, kiedy to się zaczęło, ale nie byłam w stanie stanąć i wypowiedzieć nic na forum klasowym. Koleżanki mówiły, że na początku głos mi się łamał, jakbym się miała rozpłakać, a potem po prostu milkłam.
Czy wiek rodziców był dla Pani problemem?
Trochę. Czułam też, że to dyskomfort dla mojej mamy. Uważam, że taka różnica wieku nie jest dobra. Teraz trochę się zmieniło, ale w latach dziewięćdziesiątych to była przepaść. Rodzice wielu rzeczy nie rozumieli, nie umieli ze mną rozmawiać, bo sami zostali wychowani zupełnie inaczej. Od małego słyszałam o moich narodzinach, o tym, że dostałam jeden punkt w skali Apgar, bo urodziłam się w zamartwicy. Wydaje mi się, że nie powinno się mówić takich rzeczy małemu dziecku. Pamiętam, że w podstawówce opowiadałam o tym koleżankom. Wiedziałam też, że mama bała się powiedzieć rodzinie o ciąży, więc moja siostra to zrobiła. Mama jest bardzo zamknięta, wycofana. Zawsze taka była. Pracowała jako woźna w przedszkolu, przychodziła pierwsza i wychodziła ostatnia, praca była dla niej wszystkim. Bardziej w moim życiu uczestniczył tata, to on przychodził na wywiadówki. Dzieciaki mi dokuczały, że to mój dziadek.
Wstyd mamy przeniósł się na Panią?
Tak. Kilkukrotnie nawet powiedziałam rodzicom w nerwach, że nie trzeba było mnie robić. Z jednej strony wspaniale wspominam dzieciństwo, szczególnie święta, kiedy w domu było mnóstwo ludzi. To był dobry czas, do którego często wracam myślami i czuję się bezpiecznie, bo czułam się bardzo kochana. Z drugiej strony, kiedy wszyscy zaczęli zakładać rodziny i jednocześnie zachorowała babcia, to zainteresowanie mną i wsparcie bardzo zmalały, co było dla mnie trudne. Potem babcia zmarła, o czym dowiedziałam się, kiedy byłam sama w domu. Zadzwoniła pielęgniarka i powiedziała, że babcia nie żyje. To ja poinformowałam o tym moją mamę. Później było jeszcze trudniej.
Co Pani ma na myśli?
Babcia zmarła w grudniu. W styczniu w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie zorganizowano zlot fanów serialu Kryminalni. Byłam wtedy zakochana w Macieju Zakościelnym i tata, żeby zrobić mi przyjemność, zabrał mnie na to wydarzenie. Chciał, żebym choć na chwilę zapomniała o śmierci babci. Pojechaliśmy do Warszawy i to był cudowny dzień. Kiedy wracaliśmy pociągiem, wydarzyło się coś okropnego. Było już po dwudziestej drugiej. Tata spał naprzeciwko mnie, ja byłam przykryta jego kurtką. Obok taty siedziały dwie panie, a wolne miejsce obok mnie zajął jakiś mężczyzna. W przedziale było zgaszone światło. Ja też spałam i nagle poczułam rękę w majtkach. To było takie nierealne. Nie wydałam z siebie żadnego dźwięku. W tamtym momencie czułam się tak, jakbym opuściła swoje ciało. Ten mężczyzna wysiadł, a ja do końca podróży nie wykonałam żadnego ruchu, byłam jak zamrożona. Wróciliśmy do domu. Rodzice nie wiedzieli, że coś się stało.
Komuś Pani o tym wtedy powiedziała?
Tylko kilku koleżankom w szkole. Nie mówiłam o tym ze wstydu. Poza tym uznałam, że nikt mi nie uwierzy, bo przecież tam byli inni ludzie i ktoś musiałby to zauważyć. Chciałam uniknąć pytań, dlaczego nie krzyczałam. Długo nawet przed sobą zaprzeczałam, że to się wydarzyło. Jednocześnie stałam się bardzo lękliwa. Kiedy ktoś podchodził do mnie z tyłu albo rozlegał się głośny, niespodziewany dźwięk, to się wzdrygałam. Tak mam do tej pory.
W tamtym czasie zaangażowałam się w wolontariat szkolny. Nauka szła mi trochę gorzej. Cięłam się, o czym wiedział jeden z nauczycieli, ale szkoła nie do końca temu sprostała. Miałam może dwie rozmowy z pedagogiem. Mój tata został wezwany na spotkanie, gdzie ustaliliśmy, że będę chodzić na terapię grupową. Pamiętam, jak jechaliśmy z tatą autobusem na terapię i przekonałam go, że już nie będę się ciąć, że nic złego się nie dzieje, to się zdarzyło ledwie kilka razy. Zamiast na terapię pojechaliśmy do galerii kupić mi buty. Do dzisiaj pamiętam, jak wyglądały - piękne, kolorowe. I to się rozmyło. W ostatniej klasie byłam przewodniczącą rady wolontariatu. Chociaż cięłam się dalej, lepiej to ukrywałam, bo omijałam ręce. Poszłam do liceum, w którym nie mogłam się odnaleźć. Do podstawówki i gimnazjum chodziłam blisko domu, a do liceum w innej dzielnicy miasta musiałam dojeżdżać. O ile proces przejścia z podstawówki do gimnazjum był płynny, bo chodziłam do klasy z tymi samymi osobami, to tam nie znałam nikogo i było mi trudno. Ponadto już wtedy miałam lęki i problemy z poznawaniem nowych osób.
Przyjaźniłam się tylko z Ewą i jej chłopakiem. Przyszedł listopad. Pewnego dnia pokłóciłam się z mamą i poczułam, że mam dość. Nie mogłam już znosić tego wszystkiego, straty babci, historii z pociągu. Nie miałam z kim o tym porozmawiać. Wtedy podjęłam decyzję, że to już nie ma sensu. Ewa się zorientowała, że coś jest nie tak, i dzięki niej mnie uratowali. Przyjechała z panią pedagog ze szkoły, potem mama i karetka.
To było w Pani domu?
Tak. Pamiętam, że nikogo nie chciałam do siebie dopuścić oprócz Ewy. Zabrali mnie do szpitala. O ile panowie z karetki byli cudowni, o tyle pani na oddziale ratunkowym już nie. Powiedziała mi, że nie po to kończyła medycynę, żeby ratować samobójców. Spędziłam na toksykologii tydzień i nie przyszedł do mnie żaden psycholog. Raz był psychiatra, starszy pan, który nie miał w sobie za grosz empatii, i rozmowa z nim nie była dla mnie wspierająca. Polegała na zrzuceniu winy na mnie, poza tym jego nie interesowało, co mam do powiedzenia i co mnie boli. Stwierdzono, że potrzebuję hospitalizacji w szpitalu psychiatrycznym na oddziale dziecięco-młodzieżowym.
Byłam tam jedną z najstarszych osób. Miałam prawie osiemnaście lat, a tam przebywały dzieci z pierwszej klasy podstawówki i bardzo dużo dzieciaków z domów dziecka. Zamiast skupić się na swoim leczeniu, zajmowałam się nimi. Poznałam tam cudowną terapeutkę, z którą potem pracowałam przez wiele lat. Na oddziale spędziłam kilka tygodni. Rodzice przyjeżdżali do mnie codziennie po pracy mimo dużej odległości. Na weekendy dostawałam przepustki, więc mogliśmy razem wychodzić na miasto. Kiedy opuściłam szpital, postanowiono, że będę mieć nauczanie indywidualne, ale nie w domu. Jeździłam do swojej szkoły, gdzie odbywały się lekcje jeden na jeden z nauczycielem. W teorii miało mi to umożliwić kontakt z rówieśnikami, ale tego kontaktu nie było. Teraz jako osoba dorosła uważam, że taki tryb nauczania nie sprawdził się w moim przypadku.
Kto wpadł na taki pomysł? Dyrekcja, nauczyciele, psychiatra?
Psychiatra. Ta sytuacja była dla mnie trudna, bo czułam się wyobcowana. A już wcześniej nie należałam do osób bardzo kontaktowych. Przypuszczam, że uczniowie nie wiedzieli, co się stało, że nikt z nimi nie porozmawiał na ten temat. Moja długa nieobecność i nagły powrót do szkoły były dla nich trochę dziwne. Tylko Ewa i jej chłopak przychodzili do mnie na przerwach, żebym nie była sama. Ale im też było trudno, bo widzieli mnie w tamtej sytuacji. Przyjeżdżali do szpitala, kiedy leżałam pod kroplówką, chodzili ze mną do łazienki i tym podobne.
Do końca liceum uczyła się Pani w ten sposób?
Tak, prawie dwa lata. Na maturze nie zdałam matematyki. Poprawiłam ją w pierwszym terminie, ale już na studia nie poszłam, mimo że od zawsze chciałam zostać lekarką. To moje wielkie marzenie, do dzisiaj niespełnione. W tamtym czasie skończyłam terapię i odstawiłam leki, więc byłam już zdrowa. Nadal mieszkałam z rodzicami i od razu po szkole poszłam do pracy. Pracowałam w różnych branżach, między innymi w hurtowni farmaceutycznej, gdzie poznałam swojego męża. Nasza znajomość miała szybkie tempo - poznaliśmy się w lipcu, w październiku już byliśmy parą. W grudniu on się do nas przeprowadził, z inicjatywy mojego taty. W kwietniu się oświadczył i ślub wzięłam w wieku dwudziestu jeden lat. Bardzo się cieszyłam, bo miałam poczucie, że udało mi się po tych wszystkich przejściach wyjść na prostą. Dzień ślubu miał być moim wielkim dniem, oczekiwałam od rodziny pozytywnych emocji i radości z naszego szczęścia. Niestety, trwało to krótko.
Dlaczego?
Na weselu mąż mojej siostry za dużo wypił i ją uderzył. Wszyscy skupili się na niej, a ja siedziałam w sukni ślubnej, w marynarce mojego męża i ryczałam. Nikt do mnie nie przyszedł. Bardzo się wstydziłam przed rodziną męża. Miałam wtedy straszną gonitwę myśli i wszystko zaczęło do mnie wracać. Następnego dnia na obiedzie u rodziców zjawiła się część mojej rodziny, ale siostra nie przyszła. Byłam tego dnia naprawdę rozgoryczona. Usłyszałam od kuzynki, że przyjechali dla mnie, a ja jestem obrażona. Nikt nie pomyślał o tym, co czuję, że to miał być mój dzień, a został zrujnowany. Co mogliśmy zrobić z mężem prócz pokazania swojej złości? Miałam ochotę wstać i wykrzyczeć, że nikt nie patrzy na to, że miałam nie żyć, a jednak jestem, wyszłam za mąż i ktoś rozwalił mi dzień, którego nie da się powtórzyć. Oni wszyscy są sporo starsi ode mnie, ale nie są nauczeni rozmawiać. My tej sytuacji do dzisiaj nie przegadaliśmy, spotykamy się, ale nigdy o tym nie mówimy. Mój szwagier raz zadzwonił w święta, żeby przeprosić mnie i moją mamę. Z moim mężem na ten temat nie rozmawiał i mam poczucie, że wszyscy udajemy, bo we mnie dalej to pracuje. Choroba wiele mi zabrała. Kiedy wszyscy chodzili do klubów i świętowali osiemnastki, ja akurat wyszłam ze szpitala i nikt mnie nie zapraszał na imprezy. Ze studniówki sama zrezygnowałam. Maturę mogłam napisać znacznie lepiej, wiem, że miałam predyspozycje, ale mój stan psychiczny mi na to nie pozwolił. Ślub to było pierwsze wydarzenie z tak dużym, ale pozytywnym ładunkiem emocjonalnym. Bardzo to przeżywałam, cieszyłam się tym. I nawet to mi odebrano.
Wspomniała Pani o chorobie. Co zdiagnozowano u Pani po próbie samobójczej?
Pierwsza diagnoza brzmiała: umiarkowane epizody depresyjne. Wtedy tłumaczono mi, że jeśli będę brać leki i chodzić na terapię, to minie. I faktycznie przez pewien czas było lepiej. Mój mąż poznał mnie jako osobę zdrową, która właśnie skończyła terapię. Był pierwszym mężczyzną, którego dopuściłam do siebie, i wiele ze mną przeżył. Kilka razy dostał w twarz, bo zapomniał, że nie może podejść i objąć mnie w talii od tyłu. Byliśmy bardzo młodzi, do końca nie wiedzieliśmy, jak będziemy reagować w pewnych sytuacjach, właściwie zostaliśmy z tym sami. Z mamą miałam dość sztywne relacje. Rodzice nie wiedzieli, co się stało w pociągu. Kiedy mama się dowiedziała, że się tnę, zapytała, czy ktoś mi zrobił krzywdę. Zaprzeczyłam.
Nigdy Pani z nimi o tym nie rozmawiała?
Wykrzyczałam im to następnego dnia po ślubie, kiedy już wszyscy poszli. Krzyczałam, że ktoś mi zrobił potworną krzywdę. Ale o nic nie zapytali, więc do dzisiaj nie wiedzą, co się dokładnie stało i kiedy. Mój mąż wie, ale prawie o tym nie rozmawiamy. Dopiero na terapii, na którą teraz chodzę, zaczynam o tym mówić i przeżywać to na nowo.
Co się wydarzyło, że podjęła Pani znowu terapię?
Wyprowadziliśmy się od moich rodziców, pracowałam, ale w pewnym momencie poczułam, że coś złego zaczyna się dziać. Wróciłam świadomie do psychiatry i do terapeutki, których znałam ze szpitala, którzy zadecydowali o zakończeniu leczenia. Wcześniej pracowałam przez dwa lata w jednej ze znanych firm jubilerskich, ale świadomie odeszłam ze względu na wiele nadużyć, do których tam dochodziło, i zatrudniłam się w miejscu, w którym pracował mój mąż. Właśnie wtedy podjęłam decyzję, że wracam na terapię. Później, tuż przed pandemią, stwierdziłam, że praca w biurze mi nie pasuje, brakuje mi obsługi klienta, i wróciłam do poprzedniej pracy.
Coś wskazywało na to, że sytuacja w firmie zmieniła się na lepsze?
Nie wiem, co sobie wyobrażałam, wracając tam. Myślałam, że mam doświadczenie i że trafię do nowego zespołu, więc na pewno będzie inaczej. Ale tam jest się po prostu tabelką, którą codziennie się uzupełnia. Ile sprzedasz, tyle jesteś wart. Ma duże znaczenie, jak wyglądasz, jak się malujesz, jak się ubierasz. Wszystko jest określone, nawet kolory, na które można pomalować paznokcie. Mam nadwagę, co nie do końca pasowało mojej kierowniczce, i dodatkowo łuszczycę skóry głowy, a w tej firmie trzeba się ubierać na czarno. Czasem można chodzić w białych koszulach, ale trzeba się wtedy umawiać, bo sprzedawcy muszą być ubrani jednakowo. Dużo przykrych słów słyszałam na temat swojej choroby. Sypało mi się z głowy, a im częściej zwracano mi uwagę, tym było gorzej, bo w stresie łuszczyca się nasila. Nie byłam złym sprzedawcą, ale ciągle wysłuchiwałam uwag dotyczących mojego wyglądu.
Mimo że chodziłam na terapię, to był trudny czas, dodatkowo obciążony dużym strachem o rodziców z powodu pandemii. Ponadto dopiero co rozpoczęłam nową pracę i zamknęli galerię handlową, bo zaczął się lockdown. Później klienci obrzucali nas obelgami, gdy zwracałyśmy im uwagę, że muszą nosić maseczki. Nazywali nas nawet "gestapo". Nawarstwiło się wtedy sporo spraw. Staraliśmy się o dziecko, ale pojawił się problem niepłodności. Miałam też kompleks braku studiów. Stwierdziłam, że dziękuję, wypisuję się z tego wszystkiego.
I co Pani zrobiła?
No i tak się wypisałam, że znalazł mnie mąż, już w ostatnim momencie. Wezwał pogotowie. Podróży karetką w większości nie pamiętam. Wiem, że ratownik bardzo chciał ze mną rozmawiać, ale odpływałam. Pamiętam, jak przerzucili mnie z jednego łóżka na drugie, podpięli pod maszyny i nikt się mną nie zajmował przez dłuższy czas. Dziewczyna, która robiła EKG, podciągała mi bluzkę i uderzyła mnie w twarz. Nic nie powiedziała. Nie zrobiła tego celowo, ale mogła chociaż powiedzieć "przepraszam". Wykonywano przy mnie dużo różnych czynności, a jednocześnie nikt się nie odzywał. Na oddziale intensywnej terapii była cudowna pielęgniarka, która do mnie przychodziła i rozmawiałyśmy. Bardzo dużo mówiła o wierze. Nie jestem wierząca, ale to była jedyna osoba, która okazała mi jakąkolwiek troskę, empatię i zainteresowanie. Od całej reszty słyszałam, że jestem młoda, mam męża, mogę mieć dzieci, że wymyślam.
Jak długo była Pani w szpitalu?
Spędziłam chyba dwa dni na oddziale intensywnej terapii i dwa tygodnie na toksykologii. Lekarz prowadzący w ogóle nie był zainteresowany moją sytuacją. Tylko raz przyszedł do mnie, jak w przypadku pierwszej próby, starszy psychiatra. Rozmowa z nim to była po prostu kwalifikacja, czy muszę iść do szpitala, czy nie. Podczas obchodu nikt się nie interesował moim samopoczuciem ani potrzebami. W pandemii nie było odwiedzin. Leżałam w sali dwuosobowej z dziewczyną, która była głucha, i do niej przychodziła mama. Widząc, co się ze mną dzieje, powiedziała, że jej mama napisała prośbę do pani dyrektor i dostała zgodę na wizyty. Dzięki niej, dzięki temu, że powiedziała o takiej możliwości, mój mąż mógł mnie odwiedzać. Nikt nawet tego nie zaproponował, nie zastanowił się, że ja nie powinnam być sama. Dla mojego męża to też było bardzo trudne, bo poznał mnie jako osobę zdrową i myślał, że choroba już nie wróci. Powiadomił moją firmę, że jestem w szpitalu i nie wiadomo, kiedy wyjdę. Kierowniczka dzwoniła z pretensjami. Przyparta do muru wyznałam jej prawdę, na co odparła, że samobójcy są słabi.
Później moja psychiatra załatwiła mi miejsce na oddziale w szpitalu psychiatrycznym, gdzie była ordynatorem. Nie spodziewałam się tego, co tam zastałam.
Proszę opowiedzieć, jak tam było.
Pamiętałam oddział dla dzieci i młodzieży, gdzie były ładnie wymalowane ściany, przyjemny personel, było czysto. Już samo przyjęcie do szpitala wyglądało kompletnie inaczej. Sanitariusze przeglądali moje rzeczy i mieli pretensje, że mam ich tak dużo i nie będą tego dźwigać, chociaż ich o to nie prosiłam. W sali obserwacyjnej stało osiem łóżek, dosłownie jedno przy drugim. Choroba pacjenta nie miała tu znaczenia. Osoby po próbach samobójczych, z dwubiegunową, ze schizofrenią, w stanach maniakalnych - wszyscy wrzuceni do jednego worka musieli ze sobą koegzystować. To był dla mnie trudny pobyt również ze względu na warunki. Oczywiście nie oczekiwałam pięciogwiazdkowego hotelu, ale jeżeli idę pod prysznic i leci na mnie tynk z sufitu, to nie jest w porządku. W zaburzeniach psychicznych okres dochodzenia do zdrowia wygląda zupełnie inaczej niż w chorobach somatycznych. Pobyt w szpitalu polega na tym, że większość życia spędza się na oddziale i trzeba sobie ten czas w znacznej mierze samemu organizować. A leżąc na obskurnym łóżku, oglądając brudne ściany, pajęczyny, porozdzierane poszwy na pościel, człowiek czuje się jeszcze gorzej. I tak jest źle, bo moment po próbie samobójczej, która się nie udała, jest trudny. Niestety wciąż żyjesz i nie wiesz, co będzie. Dodatkowo pielęgniarki traktują cię jak osobę, która wymyśla. Mówią do ciebie po imieniu, mimo że jesteś dorosła. Ktoś otwiera twoją szafkę i zabiera twoje rzeczy osobiste. Przychodzi trzech rosłych panów, którzy nie są w stanie utrzymać wyrywającej się osoby, więc ciągną ją za włosy po podłodze, rzucają na łóżko i zapinają w pasy. Ciężko jest się odnaleźć. Są tam zajęcia pod nazwą "Społeczność", i to jest dobre określenie, bo przez kilka tygodni hospitalizacji ta społeczność w jakiś sposób się buduje i trzeba w niej odnaleźć swoje miejsce. Nie ma odrobiny prywatności. To jest odzieranie z godności do samych kości, dosłownie. Idziesz pod prysznic i przychodzi pielęgniarka zobaczyć, co się dzieje, bo za długo tam jesteś, albo przychodzi inna osoba i patrzy na ciebie gołą. Drzwi w toalecie oczywiście nie mają zamków, pozbawione są klamek. I jest okienko, żeby można było zobaczyć, jak sr*sz.
Ile czasu spędziła Pani w tym miejscu?
Początkowo chyba trzy tygodnie. Miałam też zaplanowaną hospitalizację na oddziale endokrynologicznym, więc mnie wypuścili, by po chwili przyjąć ponownie. Łącznie spędziłam tam kilka tygodni. Z każdym kolejnym było łatwiej odnaleźć się w tej rzeczywistości. Nadal była pandemia, więc nikt nie mógł mnie odwiedzić i chyba powinnam za to dziękować, bo moi rodzice by nie przeżyli, gdyby zobaczyli warunki, w jakich przebywałam. Mąż przywoził mi rzeczy. Jak była fajna pielęgniarka, to się zgadzała, żebym mogła mu pomachać. Jak była jeszcze fajniejsza, to mogłam chociaż podejść na chwilę i się przytulić. Paweł przyjeżdżał też przed szpital z psem. Wtedy patrzyliśmy na siebie przez okno, wołałam psa po imieniu i on się bardzo cieszył.
Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, czym jest przyjęcie na oddział psychiatryczny. Tam chodzi przede wszystkim o zapewnienie pacjentowi bezpieczeństwa. Jego rzeczy zawsze są przeglądane, wielu przedmiotów nie można mieć, na przykład słoików czy perfum. Maszynki do golenia są wydawane tylko za zgodą psychiatry. Pielęgniarka udostępnia je na czas określony i trzeba się wyrobić, jednocześnie licząc się z tym, że ona kilka razy przyjdzie i sprawdzi, co się dzieje. Paczki od męża za każdym razem przeglądano, a telefony zabierano na noc. Wieczorem wszyscy ustawiają się jak w wojsku i są wydawane leki. Dają wtedy mało wody do popicia i każą otwierać buzię, żeby sprawdzić, czy leki zostały połknięte. Nawet nie mogłam wyjść z grupą na dwór, bo mąż zabrał kurtkę, a bez niej mi nie pozwalano. Trzeba się dostosować do tych zasad i mimo że pacjenci są dorośli, w pewnym sensie odbiera się im decyzyjność i możliwość stanowienia o sobie.
Jak wyglądały relacje między pacjentami na oddziale?
Często wieczorem przed wydaniem leków siadałyśmy na podłodze i śpiewałyśmy albo opowiadałyśmy sobie różne historie. Każdy ma inne przeżycia i jest tam duży wachlarz trudnych emocji, ale czasem śmiałyśmy się, również z siebie, na przykład nazwałyśmy się wariatkami. Oprócz jednej z pacjentek, która oburzyła się, że nie jest wariatką. Często starałyśmy się wyśmiewać różne sytuacje, żeby sobie z nimi poradzić, i chwilami było jak na obozie harcerskim.
Pacjenci są tam dla siebie większym wsparciem niż personel. Koleżanka podjęła próbę samobójczą pod prysznicem. Wybrała bardzo dobry moment, kiedy pielęgniarki się zmieniały i paliły papierosy w kantorku. Siedziałyśmy po kąpieli, kiedy dziewczyna z mojej sali przyszła i powiedziała, że poszła pod prysznic, ale w sąsiednim ktoś dziwnie charczy. Pamiętam to jak klatki z filmu - wstałam, przebiegłam przez oddział, znalazłam ją pod prysznicem i narobiłam rabanu. Zaraz przybiegły inne dziewczyny i uratowałyśmy ją. Pielęgniarki miały do niej pretensje. Mną i koleżanką nikt się nie zainteresował. Następnego dnia miałam planową wizytę u pani ordynator i powiedziałam jej, że jest mi ciężko po tym, co się wydarzyło. Okazało się, że nikt jej nie powiedział, że dziewczyna była ratowana przez inne pacjentki, więc przypuszczam, że pielęgniarki po prostu bały się do tego przyznać.
Wie Pani, jak potoczyły się losy tej uratowanej dziewczyny?
Jej przykład pokazuje, że można sobie świetnie poradzić. Wróciła na studia, pracuje, schodzi już z leków. Ludzie, których spotyka się w najgorszym momencie swojego życia, nierzadko są dużo większym wsparciem niż bliscy, bo lepiej rozumieją, co się z nami dzieje. Nawet my często nie rozumiemy tego, co czujemy i czego potrzebujmy. I nie chodzi mi o słowa. Nie oczekuje się słów, tylko obecności - żeby ktoś usiadł, wziął cię za rękę i zwyczajnie z tobą pomilczał. My zawsze wiedziałyśmy, kiedy któraś tego potrzebuje, rozpoznawałyśmy swoje potrzeby i nawzajem zapewniałyśmy sobie wsparcie. I nawet jeśli któraś mówiła: "Dajcie mi spokój", to nie odpuszczałyśmy, tylko byłyśmy z nią i trzymałyśmy za rękę.
Wiem, że jeżeli zadzwonię, to dziewczyny zjawią się i zawsze mi pomogą. Z kilkoma utrzymuję kontakt. Mamy swoją grupę na Facebooku, do której należała też Ola. Była znacznie bardziej chora ode mnie, ale miała inną jednostkę chorobową. Doszło do jakiegoś nieporozumienia i odeszła z tej grupy, ale pisałyśmy do siebie. Potem kontakt się urwał. Któregoś dnia odwiedziło mnie kilka dziewczyn ze szpitala i zastanawiałyśmy się, co u niej słychać. Napisałam do niej, dzwoniłam, ale numer nie odpowiadał, więc odnalazłam kilkoro jej znajomych z mediów społecznościowych i zapytałam, czy mają z nią kontakt. I jeden chłopak odpisał, że Ola odeszła. Już wiedziałam, co się stało. Długo nie mogłam się uspokoić, po prostu wyłam.
Co się z Panią działo po opuszczeniu szpitala?
Nie wróciłam do pracy, bo dostałam skierowanie na oddział dzienny leczenia nerwic. Tam byłam w terapii grupowej wśród nowych dla mnie osób z różnymi chorobami i problemami, w różnych momentach życia. Terapia polegała na tym, że przez pięć dni w tygodniu przychodziliśmy o określonej godzinie i siadaliśmy w kole. To wyglądało dokładnie tak jak spotkania anonimowych alkoholików pokazywane w telewizji. Pierwsze zajęcia to był jakiś kosmos. Widzieliśmy się po raz pierwszy. Były dwie terapeutki, które wcześniej kwalifikowały nas do przyjęcia na oddział. Siedziały z nami w kole, a poza okręgiem był lekarz psychiatra, który miał funkcję obserwatora. Powiedzieliśmy sobie "dzień dobry" i zapadła cisza. Długo patrzyliśmy na siebie i nie wiedzieliśmy, o co chodzi, aż w końcu jeden chłopak się przełamał, a potem wszyscy mówili coś o sobie. Nikt z nas się nie spodziewał, że tak to będzie przebiegało, raczej oczekiwaliśmy inicjatywy terapeutek. I cała terapia tak wyglądała, że one były tłem, a my rozmawialiśmy o bardzo trudnych sprawach, wspólnie dochodziliśmy do różnych wniosków i mogliśmy skonfrontować to, co myślimy o sobie albo wmawiamy bliskim na swój temat, z tym, jak widzą nas inni. Dobrze wspominam terapię. Ale końcówka była trudna, bo okres leczenia szpitalnego jest odcięciem się od świata, schowaniem pod kloszem. W pewnym momencie trzeba wrócić do życia i ten powrót do rzeczywistości jest szokiem. Nie ma okresu przejściowego. Świat zewnętrzny często nie wie, co się wydarzyło i czego doświadczyliśmy. Dla świata sprawa jest prosta: wracasz po leczeniu, czyli jesteś zdrowa. Ale to nie jest tak jak z usunięciem wyrostka. To cały czas pracuje w człowieku.
Dla Pani to był duży szok?
Tak, tym bardziej że nie wiedziałam, co z moją pracą. Gdy byłam w szpitalu, dzwonili do mnie i pytali, jak długo jeszcze będę chorować. Na terapii grupowej podjęłam decyzję, że tam nie wracam, co trochę ma związek z Olą, która odeszła. Po jej śmierci natknęłam się przypadkiem na ogłoszenie o posadzie recepcjonistki w klinice weterynaryjnej. Zgłosiłam się, ale długo nie dostawałam informacji zwrotnej. Pamiętam, że poszłyśmy na grób Oli, a dzień później odebrałam telefon, że dostałam tę pracę, i przypisuję ten sukces Oli. Kiedy jest mi źle, rozmawiam z nią i to mi bardzo pomaga. Wiem, że ona tam jest, pamięta o mnie i czuwa, bo chce, żeby mi się udało.
Jak się Pani czuje w tej klinice? Napisała Pani w mailu do mnie, że rozumie, dlaczego lekarze weterynarii są grupą zawodową w największym stopniu zagrożoną śmiercią samobójczą.
To niezwykle trudna praca, obciążona dużym ładunkiem emocjonalnym. Pacjentami są zwierzęta, ale w ich imieniu mówią właściciele. Potrafią w płaszcz troski ubrać swoje negatywne emocje. Obrażają lekarzy, wyzywają, nawet grożą im śmiercią. Rzucają mocnymi słowami i nie zastanawiają się nad tym, że drugi człowiek z tym zostaje. Jednocześnie zdarza się, że uniemożliwiają leczenie zwierząt. W naszej klinice całodobowej mamy zaplecze szpitalne i diagnostyczne. Bywa, że przyjmujemy ponad pięćdziesięciu pacjentów dziennie. W nocy dyżur mają tylko jeden lekarz i jeden technik. Nie zawsze można uratować chore zwierzę i najlepszym rozwiązaniem jest umożliwienie mu godnego odejścia. Właściciele bardzo często tego nie rozumieją. Nie umieją też czekać, właściwie nie chcą, bo przecież płacą. Dynamika pracy w takim miejscu jest trudna zarówno dla lekarzy, jak i dla pozostałego personelu. Recepcjonistki niejednokrotnie są uważane przez rozemocjonowanych właścicieli za złe, nieżyczliwe. Mamy też do czynienia z lekarzami, którzy przeciążeni obowiązkami bywają niemili, a my musimy sobie z tym poradzić. Praca na recepcji zaczęła mnie przytłaczać, nasiliły mi się lęki przed ludźmi i ich oceną. Dlatego teraz głównie odbieram telefony lub dzwonię, i w takiej roli czuję się najlepiej. Tak jest mi łatwiej, niż stanąć twarzą w twarz z klientem.
Chciałabym nauczyć się nie chować pod kloszem, który zapewnia mi bezpieczeństwo. Zakładam go i tam czuję się najlepiej. Są nawet momenty, kiedy myślę, że dobrze byłoby wrócić do szpitala, żeby się odciąć od codzienności. Tam czas płynie inaczej. Można na chwilę zapomnieć o tym wszystkim, co się dzieje wokół. I bywa, że tego mi brakuje.
Chciałabym jeszcze wrócić do Pani prób samobójczych. Czy w tym poważnym stanie po próbie przewijało się Pani, klatka po klatce, życie przed oczami?
Nie. Przy drugiej próbie miałam uczucie, że przestaje bić mi serce. Rozmawiałam o tym z lekarzem i wiem, że w teorii nie jest to możliwe, ale miałam uczucie, jakbym miała świadomość, ale serce mi nie biło. I pamiętam ból. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Nie przypuszczałam, że to będzie boleć, a bolało potwornie. I widziałam babcię, która powiedziała: "Nie idź za mną". Chwilę potem przyszedł mąż. Potem przyjechała karetka.
Tytuł książki - Przywróceni do życia - na której potrzeby teraz rozmawiamy, wydaje mi się bardzo trafny, bo trochę tak jest, jakby się umarło i urodziło na nowo. Mam teraz trzy daty urodzin: dzień, kiedy faktycznie się urodziłam, i dwa, kiedy dostałam kolejne szanse. To jest trudne, bo trzeba na nowo znaleźć sens, który wcześniej kompletnie się straciło. Znalezienie tego sensu nie przychodzi od razu, a czasami naprawdę trzeba się naszukać. Jednak on jest i staram się to postrzegać właśnie jako szansę.
Znalazła Pani ten sens?
Chyba jestem coraz bliżej. Na pewno już wiem, że nie ma sensu planować przyszłości. Trzeba się skupiać na codzienności, a przede wszystkim na ludziach wokół. Po mnie wiele osób nie spodziewałoby się takich zachowań, że dzisiaj jestem, a jutro może mnie nie być. I to uczy uważności na innych. Jednocześnie niesie ze sobą trochę rozczarowań, bo przecież znalazłam pracę, czułam się dobrze i myślałam, że już nic złego mnie nie spotka. A jednak znowu jestem w terapii. W zeszłym roku byłam przez dwa i pół miesiąca na zwolnieniu, ale się nie poddałam, zawalczyłam o siebie. Poszłam po pomoc w momencie, w którym tego potrzebowałam. Dałam sobie radę i wróciłam do pracy. I uważam to za swój sukces.
Co Pani najbardziej pomogło w tym, żeby się nie poddać, tylko zawalczyć o siebie?
Moją największą motywacją jest mąż i myśl, że nie mogę mu tego zrobić. Są też rodzice, którzy przechodzili przez to dwa razy. Może nie do końca właściwe jest mówienie, że robi się to dla kogoś, bo najlepiej byłoby walczyć dla siebie. Ale myślę, że to przychodzi po pewnym czasie. Na początku trzeba znaleźć coś i tego bardzo mocno się trzymać. Ja na ten moment robię to dla męża i rodziców.
Sytuacja, kiedy miałam kryzys, ale się nie poddałam, pokazała mi, jakich mam cudownych ludzi przy sobie. Oprócz męża mam przyjaciela, którego znam od lat, ale nasza relacja opierała się głównie na esemesach. Spodziewałabym się wsparcia z innej strony, a nie z tej. Tymczasem to właśnie on przyjeżdżał do mnie razem ze swoją małą córą i po prostu pił ze mną herbatę. Nie ma nic piękniejszego, kiedy wiesz, że możesz na kogoś liczyć.
Jeszcze w zeszłym roku skupiałam się na tym, że nie posiadamy własnego mieszkania, że mamy nie do końca sprawny samochód, który często ląduje u mechanika. Myślałam, że nie stać nas na kredyt. Dzisiaj ma to już dużo mniejsze znaczenie. Jasne, że fajnie jest mieć rzeczy materialne, one na pewno sporo ułatwiają. Ale z drugiej strony można mieszkać w wielkim domu i być nieszczęśliwym.
Co jest zatem najważniejsze w życiu?
Myślę, że relacje z ludźmi. Bardzo się przywiązuję do ludzi i trudno mi jest, kiedy oni na pewnych etapach życia i z różnych przyczyn odchodzą. Usłyszałam niedawno, że życie jest jak pociąg. Wsiadając do niego, spotykamy osoby, które wchodzą, potem wysiadają i przychodzą inne. Na danym etapie ktoś mógł być dla nas ważny, ale potem po prostu coś się zmieniło. I nad tym teraz pracuję, choć to jest trudne, tym bardziej że mam poczucie, że przez chorobę straciłam kilka cennych dla mnie osób. Mam poczucie, że dużo czasu przeleciało mi przez palce. Często myślę o tym, ile zabrała mi ta choroba. Pozwoliłam jej na to, ale więcej już tego nie zrobię.
Staram się jak najwięcej rozmawiać na temat kryzysów psychicznych i tłumaczyć, że to naprawdę nie chodzi o atencję, o bycie w blasku fleszy, tylko o to, żeby czasami poczuć, że jest się dla kogoś ważnym. I poczuć wsparcie, a nie wyrzuty, że wymyślam, bo to najczęściej można usłyszeć, albo zdanie, że ktoś nie rozumie, że chciałam się zabić, i nie wie, jak ma mi pomóc. W pewnym sensie chory jest mózg i naprawdę nie jest łatwo powiedzieć sobie, że od dzisiaj będzie dobrze.
Myślę, że często czujemy się bezsilni i bezradni. Nie wiemy, jak pomóc, jak się zachować, co powiedzieć.
Jest chociażby serwis Życie warte jest rozmowy, są treści publikowane na Facebooku czy Instagramie. Jednak mam poczucie, że nic się nie zmienia. Może mówimy o tym więcej, jest trochę mniejsze tabu wokół tego tematu, ale w kontekście wsparcia, zrozumienia i uznania, że to choroba, a nie wymysły, nie widzę wielu zmian.
W tym temacie zostało dużo do zrobienia, między innymi w szkołach. Moje nie zdały egzaminu. W gimnazjum jeden nauczyciel zainteresował się moją sytuacją, ale był sam i nie wiedział, jak się tym zająć. W liceum oprócz tego, że mnie uratowali dzięki koleżance, nie zadziało się nic. Ona też nie dostała wsparcia. Uważam, że problemem jest również to, że osoby po wyjściu ze szpitala niejednokrotnie nie mają się do kogo zwrócić. To są bardzo często młodzi ludzie, u progu dorosłości, z domów patologicznych, którzy wracają do tego samego środowiska. Te tematy są za mało nagłaśniane w mediach. To nie jest temat, który się dobrze klika, bo ludzie się go boją i udają, że ich nie dotyczy.
Stawiam sobie za cel uświadamianie innych, choć zdarzyło mi się usłyszeć, że zasiedziałam się w tym. Dużo czytam na ten temat, może również po to, żeby znaleźć dla siebie drogę. Pomaga mi to, że komuś się udało.
Monika Tadra