Przywiązanie dusz. Opowieść o Morriam. Tom 3 (#3) - Patrycja Prusak

Kup ebooka

34.99 zł
27.99 zł (26,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Juliet siedziała naprzeciwko Rutiela i zerkając niepewnie na jego zaciętą minę, jadła śniadanie. Po wczorajszej kłótni, gdy Morriam wyszła, dziewczyna opowiedziała mu wszystko, co się działo po jego ucieczce z Killar. To wywołało u czarnoksiężnika jeszcze więcej zmartwień i zmusiło go do wzmożenia ostrożności. Rozmowa, którą jej obiecał, wisiała nad nią niczym topór kata. Chociaż nie był jej opiekunem ani mentorem, a już na pewno nikim z rodziny, czuła do niego respekt. Atmosfera wokół nich i tak była już ciężka i dławiąca, dlatego Juliet chciała jak najszybciej zakończyć ten temat.

- Posłuchaj - zaczęła, odstawiając kubek na stół. - Wiem, że nie podoba ci się moja obecność tutaj, ale mam bardzo ważny powód, aby iść z wami do zamku.

- Zamieniam się w słuch.

- Po tym wszystkim, co ostatnio się działo, od śmierci króla aż po twój stryczek i przybycie Morriam do Killar, pojęłam, że moja rola w tych zdarzeniach nie mogła być przypadkowa.

- To twoja interpretacja, Juliet.

- Och, zrozum... - Lekko poprawiła się na siedzeniu i położyła ręce na mostku. - Odkąd poczułam, że jest we mnie coś innego, postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę. Muszę się dowiedzieć, kim jestem i do jakich celów przebudził się mój dar.

- Na Otchłań, jakich celów? Wierzysz, że zostałaś powołana do odprowadzenia zdegenerowanej nieumarłej i upadłego czarnoksiężnika do nieznanego ci miejsca na drugim końcu krain?

- Mam w sobie magię! - uniosła się. - Towarzyszę wam, bo chcę zacząć w zamku nauki.

- Już ci mówiłem, że nie masz mrocznego daru! - zdenerwował się czarnoksiężnik.

- Morriam twierdziła coś innego!

- Wierzysz obcej osobie, która z niewiadomych powodów została uwięziona w świecie żywych we własnym gnijącym ciele, nieumarłej pozbawionej wszystkich świeżych wspomnień, a do tego królowej Otchłani?

- Tak! - Wydęła usta, zmarszczyła brwi i skrzyżowała ramiona na piersi. Wiedziała, że Rutiel wcale tak nie sądzi. - Dlaczego się upierasz, żebym zawróciła? W czym tak naprawdę przeszkadza ci moja obecność? - zapytała po chwili ciszy.

Spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem, a na jego twarzy pojawiło się więcej zmarszczek. Ujrzała na niej troskę i udrękę. Rutiel najzwyczajniej bał się o przyjaciółkę. Czuł gdzieś w środku, że podróż z Morriam, prawie upadłą królową Otchłani, nie będzie bezpieczna.

- Juliet, zrozum. To nie jest wesoły spacerek na herbatkę. W tamtym miejscu nikogo nie będzie obchodził twój los. Morriam idzie tam szukać ostatniej szansy na powrót do swojego królestwa, a nawet nie wiemy, jak zareagują na jej przybycie. Galen wraca do domu, ale nie oczekuj od niego zbyt wiele. Chociaż jest moim przyjacielem, musi być posłuszny księciu i mogę cię zapewnić, że w imię lojalności wobec rodu Morrgaranów jest w stanie uczynić wiele. I tylko dodam, że ja już do nich nie należę. Dawno temu zostałem wygnany i wydziedziczony ze wszystkich honorów, które kiedykolwiek miałem jako książę. Dla mnie to ostatnie chwile życia, więc kto się tobą zajmie tak daleko od domu, jeśli się dowiesz, że twój dar nie jest im potrzebny?

- Poradzę sobie. Zapominasz, że jestem już dorosła!

- Wiem, że to zabrzmi okrutnie, ale całe życie spędziłaś pod kloszem rodziców. Nie możesz być pewna, że poradzisz sobie sama.

Juliet nadąsała się jeszcze bardziej.

Rutiel musiał przyznać, że nigdy nie widział w tej dziewczynie tyle uporu i zawziętości. Robiła na nim piorunujące wrażenie swoją postawą, a jednocześnie był zirytowany, że nie chciała go słuchać.

- Myślałam, że masz o mnie lepsze zdanie! - zasmuciła się, lecz równocześnie poczuła w sobie jeszcze więcej woli walki. - A czy wiesz, jak wyglądał ten dom, do którego każesz mi wracać, gdy prawie martwy uciekałeś poza mury Killar? Czy wiesz, do jakiego miejsca chcesz mnie wysłać?

Nie odpowiedział. Wpatrywał się w jej błękitne oczy i czekał.

- Killar było i pewnie nadal jest ogarnięte chaosem - ciągnęła wobec jego milczenia. - Królestwo Morcado zostało bez przywódcy, siedziba króla spłonęła, kiedy Morriam w gniewie wszystko podpaliła. Uważasz, że dlaczego tak łatwo udało mi się wymknąć z domu, ukraść konia i prowiant? Nie zamierzam wracać do tego miejsca. Nic oprócz rodziców mnie tam nie trzyma. Jestem samotniczką. Ty byłeś jedynym przyjacielem, którego tam miałam, nie licząc zgrai martwych i zagubionych dusz. Wiesz o tym, opowiadałam ci! Nie wrócę tam! Jeśli nie pozwolisz mi sobie towarzyszyć, będę szła kilka kroków za tobą!

Rutiel wpatrywał się w dziewczynę z otwartymi ze zdziwienia ustami. Zabrakło mu słów. Już nie był taki pewien, że wie, co jest dobre dla Juliet. Sam nie wróciłby do Killar, więc czemu tak bardzo pragnął tego dla niej? Chyba zapomniał, że nie było to już bezpieczne miejsce.

Załamał ręce. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że nieważne, co postanowi, Juliet i tak pójdzie za nim. Zawsze tak robiła. Może zatrzymanie jej przy sobie i zaprowadzenie do zamku, gdzie ktoś mógłby nią pokierować, nie było takim złym pomysłem? Galen wydawał się dogłębnie zainteresowany jej darem. Może poproszenie go o wspieranie dziewczyny, gdy jego zabraknie, to dobre wyjście z tej sytuacji? Podświadomie wolał ją zabrać, niż pozwolić, aby błąkała się po krainach w poszukiwaniu nauczyciela. Wiedział, że Juliet się nie podda. Była zbyt uparta. Musiał również przyznać sam przed sobą, że zatęsknił za jej towarzystwem.

***

Galen po raz kolejny sprawdzał, czy torby i pakunki z żywnością są solidnie przymocowane do jego wierzchowca oraz dodatkowego konia, którego - delikatnie mówiąc - pożyczył ze stajni. Robił to nie tylko po to, aby się upewnić, że jedzenie przez nieuwagę nie zacznie gnić lub - co gorsza - że nie zgubią połowy podczas jazdy, ale także po to, aby dać Rutielowi chwilę na osobności z Juliet. Nie był przekonany co do jej bezpieczeństwa podczas tej wyprawy, ale w gruncie rzeczy miał do tego neutralny stosunek. Intrygowała go, więc nie protestował przeciwko jej towarzystwu.

- Galenie, chyba już wystarczy głaskania koni. Zbyt rozpieszczone będą, zbyt kapryśne - usłyszał zza pleców kobiecy głos.

Odwrócił lekko głowę. Tuż obok niego pokazała się Morriam prowadząca nocnego jeźdźca. Był określany w książkach demonologii mianem Koszmaru. Niezbyt wdzięczna nazwa dla tak pięknego stworzenia.

Królowa podprowadziła rumaka i pogładziła go po grzywie. Był czarny jak noc, a oczy świeciły mu niczym gwiazdy. Wyglądał jak wyjęty ze snu, a dokładniej - z Otchłani.

- Widzę, że tobie też się udały łowy. - Alchemik lekko się uśmiechnął.

- Tak, zeszłam na chwilę do Otchłani z tym małym chochlikiem. Pokazał mi, gdzie jest wyrwa. Nie musiałam szukać zbyt daleko, Koszmar sam do mnie przyszedł - powiedziała, wpatrując się w ślepia zwierzęcia.

- W końcu udało ci się pozbyć tego uciążliwego demona? - zapytał, rozglądając się wokoło.

Przeniosła spojrzenie na towarzysza i parsknęła śmiechem.

- Wątpię. Pewnie zaraz się pojawi. Miał nas przecież pilnować.

Galen uniósł głowę. Tętent, który przed chwilą usłyszał, zaczął się nasilać.

Morriam wyjrzała zza swojego wierzchowca i utkwiła wzrok w bramie. Moment później wjechał przez nią jeździec. Gdy spojrzała na jego torbę z herbem królestwa, pojęła, że to posłaniec z Killar. Rzuciła jeszcze drapieżny uśmiech starcowi, po czym ruszyła w kierunku nowo przybyłego. Alchemik zmarszczył tylko brwi i dał królowej wolną rękę do działania. Nie zamierzał jej przed niczym powstrzymywać, a już na pewno nie miał ochoty do niczego przekonywać.

Nekromantka podeszła do posłańca szybkim krokiem, lekko się pochylając, aby nie dostrzegł jej twarzy spod kaptura.

- Ja przejmę całą korespondencję dla burmistrza - powiedziała od razu.

Przybysz zeskoczył z siodła, wyciągnął z przymocowanej do boku konia torby to, czego potrzebował, i obdarował nieznajomą długim, nieufnym spojrzeniem.

- Nie wydaje mi się. Listy muszą trafić do rąk własnych, więc pani wybaczy, ale... - Już miał wyminąć Morriam, lecz ta zagrodziła mu drogę i docisnęła do jego gardła ostry koniec jednego z otchłańczych sztyletów, które również zabrała ze swojego królestwa.

- Drugi raz nie będę powtarzać - rzekła dobitnie, spoglądając w rozszerzające się ze strachu źrenice posłańca.

- To TY! - krzyknął.

- Spokojnie, puszczę cię, jeśli oddasz listy - wyszeptała.

Ciało gońca drżało z trwogi, a serce tłukło się w klatce piersiowej. Wahał się jedynie przez ułamek sekundy. Gdy po jego szyi spłynęła pierwsza kropla krwi, oddał wszystko w pośpiechu.

Morriam puściła nieszczęśnika i cofnęła się, aby mógł czym prędzej wskoczyć na konia. Nie oglądając się za siebie, ruszył w drogę powrotną do stolicy.

Królowa odwróciła się do stojącego opodal alchemika, pomachała mu listami i uśmiechnęła się, jakby właśnie upolowała smakowity kąsek do schrupania. Nie zatrzymała się przy mężczyźnie, przeszła dalej i skierowała się do gospody. Gdy tam wkroczyła, natychmiast zauważyła resztę towarzyszy. Nie miała z tym trudności, bo wnętrze wciąż było prawie puste. Siedzieli naprzeciwko siebie blisko kominka.

Podeszła do nich bezceremonialnie, nie zważając, że mogłaby im przerwać dyskusję. Odsunęła sobie krzesło i usiadła.

- Zobaczcie, co przyniosłam - powiedziała, lecz widząc ponure spojrzenia Juliet i Rutiela, dodała: - Przeszkodziłam w czymś?

- Tak - powiedział czarnoksiężnik.

- Nie! - krzyknęła Juliet w tym samym momencie.

Nekromantka uniosła brwi i zarzuciła nogi na krzesło obok, zapadając się lekko na siedzisku.

- Rozumiem. Dokończcie, co tam musicie - rzekła, rozrywając pierwszą kopertę.

Juliet spojrzała natarczywie na Rutiela i wydęła usta.

- Wszystko ci już wyjaśniłam, nie wrócę do Killar i kropka!

Mężczyzna odetchnął ciężko, pogodzony ze swoją porażką. Czuł się jak kiedyś, gdy miał do czynienia z równie niesforną uczennicą. Doszedł do wniosku, że nie radzi sobie z kobietami, i się poddał.

- Uuuu - zawyła podekscytowana Morriam - posłuchajcie tego. "Poprzez zorganizowane działania czarnoksiężnika Rutiela Morrgarana i jego martwej kochanki, którą posadził na tronie Otchłani, mające na celu całkowite zniszczenie królestwa Morcado, dopuścili się wielokrotnych nadużyć swojej magii wobec króla oraz królewskich radnych ze skutkiem śmiertelnym. Ostatnim aktem wielkiego zniszczenia były: napaść samej królowej Otchłani na zamek Killar, zamordowanie nowo powołanej królowej Jaskary Pilion i doszczętnie spalenie wielkiej siedziby królów, co spowodowało upadek doczesnej władzy, zakłócenie spokoju oraz przerwanie pokoju w królestwie. Aby zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się przestępczości, tymczasowa rada wykonawcza władzy w królestwie Morcado wysyła listy gończe do wszystkich królestw w celu schwytania czarnoksiężnika Rutiela Morrgaranna oraz przechwycenia jego nowej uczennicy, zaginionej i porwanej przez nieumarłą królową Otchłani, Juliet Jelitris. Z naszych najnowszych doniesień wynika, iż dziewczyna została przechwycona wbrew swojej woli z użyciem magii zniewalającej. Za złapanie czarnoksiężnika i odnalezienie porwanej czekają nagrody pieniężne w skarbcu królestwa". Ooo, i jest podpis autora tych bredni. Nie znam go, ale chętnie pozbawiłabym go głowy. - Spojrzała na pobladłe twarze towarzyszy.

- Ale ja poszłam z własnej woli... - szepnęła Juliet.

- A mnie nazwali martwą kochanką! - wzburzyła się Morriam, po czym złapała kolejne dokumenty i dodała półszeptem: - Skąd oni wiedzieli?

- Chyba widać, że jesteś martwa - rzucił Rutiel.

Nieumarła przeszyła go gniewnym wzrokiem.

- Od kiedy w pismach urzędowych wspomina się takie rzeczy?

- Chyba zrobili tak po to, żeby ustalić rysopisy poszukiwanych.

- Autor to pewnie jakiś gruby, obleśny starszy facet, którego podnieca nekrofilia! - ciągnęła Morriam, dobierając się do kolejnych listów.

- Myślisz, że wpadłaś mu w oko?

- Mam nadzieję, że zgnije w Otchłani.

Zapadła cisza, w której Juliet poczuła się niekomfortowo. Chrząknęła dwa razy, aby zapełnić czymś przestrzeń. Towarzysze spojrzeli na nią wyczekująco.

- Eeee... Nie wiem, jak się wcześniej dogadywaliście, ale jesteście pewni, że mówicie o tym samym? - zapytała, wyłamując sobie ze zdenerwowania palce.

- Przez większość czasu chyba tak - odparła Morriam, po czym zaczęła rozwijać dwa rulony.

Na jednym widniała twarz czarnoksiężnika, a na drugim wizerunek Juliet.

- Bardzo kiepski ten portret - powiedziała królowa, kierując szkic w stronę Rutiela. - Nie wyglądasz na nim jak zmęczony życiem facet po czterdziestce.

Czarnoksiężnik chwycił papier i lekko się uśmiechnął.

- W przeciwieństwie do niektórych zachowałem chociaż całą twarz.

Juliet poprawiła się na krześle ze zdenerwowania i sięgnęła po swoją podobiznę. Nad dobrze ukazującym ją wizerunkiem widniał duży napis: "Zaginiona".

- I co teraz z tym zrobimy? - zapytała drżącym głosem.

Morriam i Rutiel spojrzeli na nią.

- Moje zdanie znasz, nie będę się powtarzał. Ale może posłuchasz mojej martwej kochanki.

Morriam przewróciła oczami, a następnie złapała Juliet za rękę, w której ta ściskała papier.

- Juliet, musisz sama postanowić, czy chcesz iść z nami dalej - rzekła. - Nikt nie podejmie za ciebie decyzji. Możesz zawrócić, jeśli się boisz, nie będziemy cię oceniać. - Po chwili dodała: - Kiedyś też byłam w podobnej sytuacji, mogłam się poddać i wycofać ze wszystkiego...

- Ale tego nie zrobiłaś?

- Nie. Zaufałam instynktowi i... swoją drogą, także pewnemu czarnoksiężnikowi. - Zerknęła ukradkiem na Rutiela, który tylko zmarszczył brwi. - Nie będę owijać w bawełnę. Wyszłam na tym fatalnie. Spójrz na mnie: jestem nieumarłą królową Otchłani z górą problemów na karku. Gdybym mogła wybrać jeszcze raz, pewnie bym się wycofała, ale wszyscy niestety uczymy się na błędach.

- Czyli ty też uważasz, że powinnam zawrócić? - spytała zdziwiona Juliet.

- Nie! Chcę ci powiedzieć, że możesz bardzo źle na tym wyjść, ale też możesz wiele zyskać - stwierdziła, po czym chwyciła kolejny dokument i zaczęła go otwierać, ignorując gniewne pomruki czarnoksiężnika.

- Trochę się obawiam... - zaczęła Juliet.

- I bardzo słusznie - uciął Rutiel.

Pochłonięta korespondencją Morriam szybko otwierała kolejne dokumenty. Nie było w nich nic ciekawego. Raporty finansowe, nakazy zapłaty, apel o nabory do sił rycerskich królestwa. Na końcu jednak wygrzebała ważną informację w prywatnym liście do burmistrza od jednego ze strażników bram w królestwie. Gdy zaczęła czytać, zrzedła jej mina.

- Co się dzieje? - zapytał zaniepokojony Rutiel.

- Jeden ze strażników bramy ostrzega miasta przed dużą aktywnością demonów. Pisze, że napadają ludzi w domach, są agresywne i wyglądają, jakby działały pod czyjąś komendą. - Spojrzała na czarnoksiężnika. - Pisze również, że jest prawie pewny, że to nie moja sprawka. Dalej opisuje mój koszmarny powrót do świata żywych i to, jak wyszłam z grobowca bezbronna. Och, aż tak było to widać?

- Morriam, do rzeczy! Co jeszcze napisał? - warknął Rutiel.

- Nic ważnego... - Machnęła ręką.

- Daj mi to lepiej. - Wyszarpnął papier i zaczął czytać. - "To nie sama królowa jest zagrożeniem, lecz wyrwy do Otchłani, które zaczęły się pojawiać na ziemiach Morcado. Bądźcie czujni i zważajcie na dobrą ochronę, w następnych dniach spodziewajcie się delegacji strażników, którzy pomogą wam w zapewnieniu ochrony przed demonami". I podpis: Tamlin Valins, strażnik bramy.

- Hmm, to nazwisko wydaje mi się znajome. - Morriam się zamyśliła. - Ten Valins ma dość odmienne zdanie, biorąc pod uwagę moje pożegnanie z Killar.

- Nie przypominam sobie, abym go poznał - powiedział Rutiel.

- Nic dziwnego - wtrąciła Juliet. - Zawsze unikałeś ludzi.

- Jestem prawie pewna, że gdzieś już słyszałam to nazwisko - upierała się Morriam.

Rutiel odłożył list na blat i rozsiadł się wygodniej na krześle.

- O ile pamiętam, ty też nie byłaś towarzyska, Morriam. To ilu strażników poznałaś w życiu?

W odpowiedzi szeroko się uśmiechnęła, na co Rutiel tylko pokręcił głową.

- Nawet go nie wspominaj - skwitował krótko.

- Kogo? - zainteresowała się Juliet.

W tym samym momencie drzwi gospody się otworzyły i stanął w nich Galen.

- Musimy ruszać - oznajmił lekko zaniepokojony. - Ludziom przestaje się podobać nasza przeciągająca się wizyta.

Jak na polecenie wszyscy wstali. Morriam zgarnęła listy i podążyła za resztą do wyjścia. Gdy przekroczyli próg, poczuli się nieswojo. Na obrzeżach ulicy, przy skraju lasu stali mężczyźni z toporami i widłami, gotowi bronić swoich domów.

Morriam podeszła czym prędzej do swojego czarnego wierzchowca. Ten, czując narastające napięcie, groźnie parskał i wojowniczo tupał kopytami. Nekromantka pogładziła uspokajająco jego szyję, szepcząc kilka słów w języku cieni, aby demon ją zrozumiał, następnie chwyciła lejce. Zauważyła przy siodle pakunki, których wcześniej nie było. Spojrzała zdumiona na Galena, a potem na Rutiela. Ten drugi podszedł bez pytania do Koszmara i wskoczył na jego grzbiet.

- Ej! Co się dzieje? - zareagowała Morriam. - To mój koń!

- Przykro mi, ale musisz się nim podzielić. Chyba że jedno z nas będzie biegło za nim - odpowiedział Rutiel.

Morriam odwróciła się do Galena i Juliet już siedzących na Astrze.

- Gdzie się podział ten trzeci koń? - zapytała gniewnie.

- On nie był nasz - wyjaśnił Galen, po czym dodał ciszej: - Grozili mi toporami, wolałem oddać im tę klacz.

- Trzeba było im pogrozić magią! - Królowa wzięła się pod boki. - Jesteś magiem, na Otchłań! To tylko topory!

- Morriam, nie przeciągaj struny! Wsiadaj! - rzucił ponaglająco Rutiel.

- Nie! Nie będę jechać z tobą na jednym koniu!

Krzyk rozjuszył Koszmara, który gniewnie parsknął. Na nieszczęście tym razem z jego pyska zamiast pary wydobyła się ciemna gęsta mgła. Opadła na ziemię i zaczęła niepokojąco szybko zbliżać się do ludzi stojących na skraju lasu. Rutiel pogłaskał łeb demona i wyszeptał kojące słowa, aby go ujarzmić.

- O co ci chodzi? Czemu się upierasz? - wyszeptał wściekle czarnoksiężnik.

- Proszę, Morriam, pospiesz się. Oni naprawdę zaraz na nas ruszą - wtrąciła błagalnie Juliet.

- Nic mnie to nie obchodzi! Nie będę jechała z nim na jednym koniu!

Nieustannie gładzący Koszmara Rutiel z niepokojem obserwował, jak czarna substancja atakuje dwóch drwali, którzy z głupoty nie usunęli się na czas z drogi.

Rozległy się krzyki. Jeden z mężczyzn upadł i zaczął się krztusić, a drugi próbował przeciąć toporem dziwny dym. Wybuchło zamieszanie. Jedni skoczyli im na pomoc, a pozostali spojrzeli po sobie zdeterminowanym wzrokiem. Mieszkańcy gotowi bronić swoich domostw kiwnęli na siebie nawzajem i ruszyli.

- W tej chwili zbieraj swoje martwe dupsko i wskakuj na konia! - zażądał Rutiel.

Morriam opuściła ręce i zacisnęła usta, jakby jeszcze ważyła swoją decyzję.

- No już dobrze! - rzekła, po czym dopadła do Koszmara i wspięła się na siodło za czarnoksiężnikiem.

Rutiel spiął konia, rzucił na odchodnym magiczną tarczę, aby opóźnić szarżę mężnych drwali, i pognali w stronę gór.

***

Słońce nie wyjrzało tego dnia zza ciężkich szarych chmur wiszących nad wzgórzami gęsto porośniętymi lasem. Chociaż Morriam wiedziała, że jesienna aura sprzyja podróży w jasności, nie chciała pokazywać twarzy. Skrywając ją cały czas pod kapturem, tkwiła na Koszmarze za plecami czarnoksiężnika. Gdyby słońce nagle zaświeciło, bez problemu schowałaby się w cieniu Rutiela. Mimo wyraźnej korzyści płynącej z podróżowania na wspólnym wierzchowcu czuła się niezręcznie, siedząc tak blisko tego mężczyzny. Była zbyt dobrze świadoma swojego stanu.

Juliet nie miała takich problemów. Żywo dyskutowała z Galenem, co jakiś czas śmiejąc się głośno.

Nekromantka przeniosła wzrok na drogę. Zmierzali głównym traktem aż do granicy królestwa Morcado. Dawniej marzyła o ucieczce stąd, aby rozpocząć nowy rozdział w życiu. Głęboko wierzyła, że kiedyś jej się to uda.

Rozległe pola, między którymi podążali, były zżółknięte i martwe. Suche kikuty oblepione białym szronem rozjaśniały ponury jesienny krajobraz. Ciche i milczące szczyty dostojnie górowały nad doliną, osnute szarą mgłą tańczącą wokół wysokich sosen i świerków. Ciężkie granatowe chmury jakby czekały na właściwy moment, aby poczęstować wędrowców zimnym deszczem.

Wyjrzała zza pleców czarnoksiężnika i zobaczyła wąski przesmyk pomiędzy dwoma ogromnymi wzniesieniami skalnymi. Tworzyły naturalną granicę Morcado, co oznaczało, że wchodzili na dzikie tereny i opuszczali tę przeklętą dla niej ziemię. Wreszcie nadszedł moment, na który czekała całe życie - ucieczka z niewoli, którą musiała znosić jako służąca władcy.

Gdy jeźdźcy zbliżyli się do bramy miasta, zwolnili, a czerń zalała ich sylwetki. Na przodzie widniały po obu stronach dwa ciemne filary porośnięte mchem. Morriam sięgnęła do ściany i delikatnie musnęła palcami wgłębienie wykutych w kamieniu rzeźbień, które ciągnęły się przez całą długość wąskiego przesmyku. Rutiel spojrzał za siebie. Nic nie powiedział, za co była mu bardzo wdzięczna. Wiedziała, że uczucia kotłujące się w jej wnętrzu nie miały sensu. Była już martwa, nie należała do tego świata. Wolność, której teraz doświadczała, za życia stanowiła marzenie.

Opuściła rękę, a rumaki przyspieszyły i przecięły kolejne pola. Galen skierował Astrę na dzikie pastwiska i ruszył niczym strzała żwawym galopem w kierunku gęstej puszczy. Gdy zatopili się wśród drzew, ponownie zwolnili. Ścieżka stała się uciążliwa. Co jakiś czas omijali przeszkody w postaci przewróconych pni drzew czy większych gałęzi.

Po kilku krótkich przystankach robionych w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych dotarli do wejścia na górę. Szybko nadeszła ciemność, dlatego Galen zarządził rozbicie obozu wśród głazów. Znający drogę alchemik wybrał miejsce wręcz idealne. Wielki, płaski głaz oparty o inny tworzył swego rodzaju zadaszenie, pod którym dało się skryć i bez przeszkód spędzić deszczową noc.

Starzec zeskoczył z siodła, złapał Juliet i pomógł jej bezpiecznie zejść na ziemię. Koszmar, który kroczył kilka metrów za nimi, wszedł dumnie na środek wydeptanej ścieżki i stanął.

Rutiel zsiadł zwinnie z demona.

- Jazda ze mną nie była chyba aż tak zła, prawda? - odezwał się po raz pierwszy, odkąd wyruszyli.

Morriam spojrzała na wyciągniętą ku sobie rękę czarnoksiężnika i ją zignorowała. Zgrabnie zeskoczyła i zabrała Rutielowi lejce.

- Potrafię zejść z konia sama - odgryzła się, po czym poprowadziła demona trochę dalej od obozowiska.

- Czuję, że to nie będzie miła podróż - mruknął pod nosem czarnoksiężnik.

Juliet wypakowała rzeczy potrzebne do rozłożenia noclegu, po czym postawiła z alchemikiem namiot, zahaczając linki o zwisające nieopodal gałęzie. Rutiel, chcąc się na coś przydać, poszedł po drewno. Czuł, że rozpalenie ognia będzie dziś szczytem jego możliwości.

Morriam wróciła do wydeptanego kręgu, gdzie Juliet oraz Galen przygotowywali obóz. Usiadła przy drzewie, nie zważając na ich poczynania. Wyjęła kolejne listy, których nie zdążyła przeczytać w gospodzie. Miała nadzieję, że zdobędzie jeszcze parę informacji pomocnych w zrozumieniu, dlaczego w Morcado zwiększyła się aktywność demonów. Czy Trauman wiedział, że z Otchłani ucieka coraz więcej potępieńców? Wróciła myślami do strażnika i jego nazwiska. Dlaczego wydawał jej się znajomy? Czy to możliwe, że poznała go na służbie u króla? Nie chciała się do tego przyznawać, ale pamięć zawodziła ją już od bardzo dawna. W Otchłani traciła wspomnienia z dawnego życia. Dni spędzone w Killar wydawały jej się takie same, nie pamiętała poszczególnych zdarzeń i zlewały się one w jedno. Towarzyszące pobytowi w tamtym miejscu uczucia także były jednolite i w żadnym wypadku nie pozytywne. Zastanawiała się, czy to sprawka magii Otchłani, czy jej egzystencja naprawdę składała się wyłącznie z udręki.

- Morriam, mówię do ciebie! - usłyszała zniecierpliwiony głos czarnoksiężnika. - Posuniesz się czy mam rozpalić ognisko na tobie?

Spojrzała do góry i zmarszczyła brwi.

- Już wstaję! - Podkurczyła nogi i się podniosła. - Nie musisz się tak wydzierać. Chcesz, żeby wszystkie demony w okolicy się dowiedziały, że tutaj nocujemy?

Rutiel rzucił drewno pod nogi nekromantki.

- Dziś rano nie bałaś się hordy drwali, a teraz obawiasz się kilku demonów?

- Nie boję się. Jakbyś zapomniał, masz przed sobą królową Otchłani.

Parsknął.

- Upadłą królową - doprecyzował. Nie zdążył się ugryźć w język.

Przez twarz Morriam przepłynęła ledwo zauważalna emocja, zanim pojawiła się tam znana mu chłodna maska władczyni.

- Jeszcze się nie poddałam, ale dobrze wiedzieć, że ty już mnie skreśliłeś.

- Morriam... - zaczął, ale nie skończył, bo stanęła między nimi Juliet.

- Wyjaśnicie sobie to za chwilę i na osobności - wtrąciła, czując zbliżającą się kłótnię. - Rutiel, rozpal w końcu ten ogień. Musimy coś ugotować.

Zrezygnowany, kucnął przed gałązkami, aby ustawić z nich palenisko.

W ciszy rozległ się szum liści. Wszyscy zamarli.

- Idę to sprawdzić - oznajmiła Morriam, gdy dźwięk się powtórzył.

- Pójdę z tobą - oświadczył czarnoksiężnik.

- Nie - zaprzeczyła stanowczo. - Rozpal ten cholerny ogień.

Zniknęła w gęstwinie, zostawiając czarnoksiężnika z jeszcze bardziej rozgniewaną miną. Ugięła kolana i zaczęła się skradać.

Gałązki i listowie się poruszyły. Musiało to być coś bardzo małego, bo nic nie wystawało ponad krzaki sięgające jej pasa. Zastygła stabilnie na nogach i wyjęła dwa sztylety z podręcznych pochew na płaszczu. Nagle zarośla się poruszyły i wyskoczył z nich mały, dobrze jej znany demon.

- To tylko ty? - zdziwiła się, wstając z kucek. - Mogłam się domyślić, że w końcu do nas dołączysz.

Chochlik wiedział, jak powinien się zachować. Schylił się, cały czas patrząc na królową w oczekiwaniu na znak. Gdy kiwnęła głową, wskoczył na nią, wdrapał się zwinnie po tułowiu i spoczął na jej ramieniu, jakby robił to codziennie.

Miała zawracać, lecz usłyszała coś jeszcze. Uniosła wzrok i spojrzała na wzniesienia. Ujrzała dwóch podróżnych rozmawiających przyciszonymi głosami. Coś wzbudziło w niej niepokój, dlatego postanowiła ich śledzić.

Droga, którą szli nieznajomi, prowadziła do skalnego miasta, w którym mieli zawitać za dwa tygodnie. Doskoczyła zwinnie i dyskretnie do kamiennej ściany. Szpiegowała mężczyzn, podsłuchując ich.

- Nie wydaje ci się to dziwne? - zapytał jeden z nich.

- Nie, dlaczego?

- Killar ma poważne kłopoty. Odbudowa miasta będzie kosztowała skarb królestwa bardzo dużo. Dlaczego chcą z niego wypłacić jeszcze nagrody za ich głowy?

- Przestań zadawać głupie pytania. Chcesz tego złota tak samo jak ja! Są osłabieni, dziewczyna całkowicie bezbronna, jej rodzice zapłacą dodatkową sumę. Będziemy mieli spokój na parę dobrych lat.

- Ale to magowie! I nekromantka! - Głos pierwszego z mężczyzn zadrżał. - Nie obawiasz się ich mocy?

- Nie. Mam plan - odpowiedział drugi pewny siebie. - Jak nie zamkniesz jadaczki, to nie będę mógł pomyśleć i go doprecyzować.

Morriam stanęła przy krawędzi skały, oparła się o nią i zacisnęła usta ze złości. Poczekała, aż odgłosy kroków wędrowców ucichną, po czym oderwała się od kamienia i ruszyła z powrotem do obozowiska.

Gdy wkroczyła w krąg światła ogniska, Rutiel raptownie wstał.

- Spokojnie, to tylko nasz ulubieniec - rzekła szybko Morriam, podnosząc rękę, aby zatrzymać czarnoksiężnika.

- Sądziłem, że został w Otchłani.

Demon zeskoczył z ramienia Morriam i podbiegł do Juliet. Bezwstydnie wgramolił się jej na kolana i zwinął jak psiak, aby ogrzać się przy ogniu.

- Czy on na pewno jest demonem? Zachowuje się dziwnie - rzuciła zdumiona dziewczyna.

- Jest coś jeszcze - zaczęła tajemniczo Morriam. - Widziałam na drodze łowców nagród. Polują na nas.

Juliet cicho pisnęła, a Rutiel tylko odetchnął ciężko. Przeczesał ręką włosy i spojrzał na nekromantkę.

- Będziemy musieli bardziej uważać - stwierdził. - Byli uzbrojeni? To magowie?

- Nie wydaje mi się. Zwykli chciwi na majątek obywatele tego plugawego królestwa - wypluła z pogardą, krzywiąc się.

Rutiel również się skrzywił i skrzyżował ręce na torsie.

- Spodziewałem się tego.

- Powinnam ich od razu zabić. Musimy eliminować takie zagrożenia, jeśli mamy okazję.

- To nie jest rozwiązanie - wtrąciła Juliet, delikatnie zsuwając demona z kolan.

- Juliet ma rację. Jeśli będziemy zmuszeni do samoobrony, użyjemy siły. Na razie zostańmy w obozie i prześpijmy się.

- Zgadzam się z tobą - odezwał się nagle Galen, nie przerywając gotowania. - Jesteśmy tutaj bezpieczni. Zwykli ludzie nam nie zagrażają.

Uczucie, które tliło się w sercu Morriam, płonęło coraz mocniej. Była odmiennego zdania i nie pojmowała spokoju towarzyszy. Gniew i nienawiść, które żywiła do wszystkich mieszkańców Morcado, rodziły w niej powinność ukarania ich nawet za samą myśl o zaszkodzeniu jej kompanom. Ukradkiem spoglądała na czarnoksiężnika, czując na sobie jego wzrok. Chciała natychmiast uspokoić emocje i jednocześnie nie zdradzać swojego niestabilnego stanu. Zaciskała usta ze złości, krążąc wokół obozowiska. Nie potrafiła powstrzymać żądzy krwi buzującej w każdej komórce ciała.

- Nie mogę tego tak zostawić! - wybuchła w końcu. - Grozili nam, chcą nas wymienić za złoto! Nie będę czekała, aż poderżną wam gardła we śnie za kawałek świecidełka! Trzeba ich zlikwidować teraz!

Rutiel podszedł do niej ostrożnie.

- Uspokój się - powiedział łagodnie. - To tylko zwykli ludzie, nie są dla nas zagrożeniem.

Odskoczyła jak oparzona, gdy zbliżył dłoń do jej ramienia.

- Niczego nie rozumiesz! - wykrzyczała. - Takich trzeba dusić w zarodku! Najlepiej jeszcze sprawiać, żeby cierpieli, i dać tym przykład innym, że nie powinno się wtrącać w wyższe sprawy!

Wpatrywał się zaintrygowany w twarz swojej byłej uczennicy. Miała tak żywą mimikę, że ledwie dostrzegał w niej nieumarłą. Zaniepokoiło go jednak coś znacznie dziwniejszego. W tamtej chwili wyczuwał od Morriam mroczną aurę. Obcą magię, bliższą tej otchłańczej. Znał ją, sam bowiem był nią przesycony. Otchłań zmieniła również jego duszę - to w końcu kraina potępieńców - ale przeczuwał, że to nie cień tego miejsca rozpala gniew w Morriam. Spojrzał jej głęboko w oczy i wtedy to dostrzegł: drobinki żarzącego się płomienia. Po raz pierwszy poczuł w kobiecie to, o czym Galen wspominał mu na samym początku. Mrok i ciemność. To już nie była jego dawna uczennica.

- Zabicie ich niczego nie zmieni - powiedział rzeczowo, ale dobitnie, mając nadzieję, że dotrze do racjonalnej świadomości nekromantki. - W Morcado jest jeszcze mnóstwo ludzi, których mogłabyś posądzić o to samo. Zamierzasz ich przeprowadzić do Otchłani i torturować? A co z niewinnymi, którzy cierpią jako ofiary w twojej wojnie?

Był na siebie wściekły, że nie zapytał Juliet o sposób, w jaki Morriam spaliła zamek. Wiedział, że nekromantka chciała się odegrać za zło, które dosięgło ją w tamtych murach za życia, lecz chęć mordu kolejnych ludzi za krzywdy już nieżyjącego władcy nie miała sensu.

Juliet przez cały czas stała obok, trzymając drżące ręce przy mostku. Niepewnie spoglądała na Rutiela z nadzieją, że uda mu się przemówić kobiecie do rozsądku. Nawet Galen przerwał szykowanie posiłku i przenikliwie obserwował królową Otchłani. Wszyscy czuli to samo: niepokój.

- Nie ma niewinnych ludzi! - rzuciła wściekle Morriam. - Wszyscy powinni cierpieć tak samo!

Juliet się przeraziła. W jej głowie pojawił się obraz rodziców. Nie chciała, aby stała się im krzywda. Pobudzona impulsem doskoczyła do nekromantki i nie zważając na jej stan, chwyciła ją za ramiona i szarpnęła tak, że ta musiała na nią spojrzeć.

- Przestań! To, co mówisz, jest straszne! - wrzasnęła, będąc na granicy płaczu.

Przerażenie i zdeterminowanie w jej błękitnych oczach po części wyrwały Morriam z transu. To jednak dotyk był wodą, która ugasiła ogień. Poruszona tym wybuchem, złapała ramiona Juliet i delikatnie przytrzymała, jakby chciała się zakotwiczyć, by z powrotem nie spaść w mrok. Cała furia wyparowała, a gniew zniknął, jakby dziewczyna wyssała go samym dotykiem.

- Co? - mruknęła zdezorientowana Morriam. Do jej świadomości powoli docierały zdarzenia z ostatnich minut. - Ja... Ja... nie chciałam cię wystraszyć. - Lekko się odsunęła i spojrzała po towarzyszach.

Na twarzy Rutiela malował się szok pomieszany z niepewnością. Zrobiło się niezręcznie. Nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Już zrozumiała, kto był inicjatorem tej sytuacji. Przeraziła się, że znów przejął ją niczym ogień suchą gałąź. Dawno nie dawał znaku. Aż do dziś. Nie mogła im zdradzić, kto odpowiadał za ten atak.

- Pójdę do Koszmara - zdecydowała. - Będę dziś siedziała na warcie, jeśli chcecie. Zawołajcie mnie, gdy będziecie się układać do snu. - Wyminęła towarzyszy i ruszyła do demona.

Musiała jak najszybciej usunąć się z ich oczu. Wiedziała, że Rutiel wszystko zauważył. Obawiała się, że zacznie coś podejrzewać.

Gdy się oddaliła, czarnoksiężnik przeniósł wzrok na Juliet.

- Musimy porozmawiać - powiedział sucho.

Dziewczyna się przestraszyła.

- Ale ja nic nie zrobiłam! To nie moja wina! - tłumaczyła się.

Uśmiechnął się rozbawiony tą reakcją.

- Od kiedy się mnie boisz?

- Wcale się nie boję. Tylko zaczynanie rozmowy od "musimy porozmawiać" w twoim wykonaniu nigdy nie kończy się dobrze.

- Chodź, zjemy kolację, a później mi opowiesz, jak to się stało, że zamek z kamienia spłonął.

***

?

Morriam leżała na ziemi pomiędzy roślinnością, przytulając się do grzbietu swojego nowego wierzchowca. Koszmar czuwał, pozwalając się czasami głaskać po grzywie. Nekromantka była pod wrażeniem, że demon lubił takie pieszczoty. Równie mocno zaskoczyło ją to, że pomimo krótkiej znajomości czuła większą więź z nim niż z poprzednim koniem, na którym przemierzała Otchłań przez ostatnie siedem lat.

Gdy tak wpatrywała się w srebrną poświatę, którą księżyc otulał głęboką ciemność lasu, myślała o jedynej osobie zaprzątającej jej umysł od dawna. Miotało nią tyle sprzecznych emocji, że nie mogła się w nich odnaleźć.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Prolog

?

Spróbowała otworzyć oczy. Ciemność jednak nie ustąpiła. Wydawało jej się, że poruszyła powiekami, lecz nic się nie zmieniło. Czy to możliwe, że wcale nie były przymknięte? Poczuła ukłucie niepokoju.

Wszechogarniająca czerń stała się na tyle przytłaczająca, że uniemożliwiała zaczerpnięcie powietrza. Freja spanikowała. Miała wrażenie, że się dusi, ciężar spoczywający na ramionach przygniatał ją do ziemi, ale niepokój zmusił do działania. Ruszyła przed siebie po omacku, chaotycznie stawiając nogę za nogą.

Wokół niej pojaśniało. Nagle znikąd pojawił się biały dym. Wirował, oplatając ją niczym tancerz usiłujący zachęcić partnerkę do oddania mu się w ramiona. Ona jednak nie dała się zwieść. Odgoniła ręką twór jak niesforną muchę. Nie pomogło. Przyspieszyła, sądząc, że może w ten sposób ucieknie od upartej mgiełki. Narastający z każdym krokiem strach paraliżował. Dym powoli pochłaniał dziewczynę i zamykał się wokół niej niczym kokon.

Podniosła ręce, aby po raz kolejny odgonić chmurę. Dopiero za drugim razem zwróciła uwagę na fakt, że nie widzi własnych dłoni. To oznaczało, że obecność w tym miejscu nie była materialna. Czuła, myślała, ale jej ciało zostało gdzieś daleko. Znała jedynie dwa wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Albo śniła, albo... doświadczała kolejnej wizji. Obstawiała tę drugą opcję.

Zatrzymała się. Pragnęła jak najszybciej zawrócić, byle tylko nie iść dalej tą ścieżką. Nie chciała sprawdzać, co znajduje się na samym końcu. Wiedziała, że gdy to zobaczy, będzie za późno - przepowiednia zostanie ujawniona. Pomimo własnego oporu nie udało jej się sprzeciwić. Jaźń prowadziła ją przez jasną mgłę w kierunku ciemności. I nagle to ujrzała...

Zrodzony z mroku, zamknięty w najodleglejszym kręgu Otchłani stwór spoglądał na nią czerwonymi jak potępieńczy ogień ślepiami. W ułamku sekundy zaczęła spadać w najczarniejszą toń morskiej głębi. Chciała uciekać, krzyczeć, ale nie mogła. Stwór stanowił ucieleśnienie najgorszego koszmaru. Nie wiedziała, jak to możliwe, ale był widoczny, bo mogła go objąć wzrokiem, ale jednocześnie przybrał formę nieskończonego mroku wypełniającego każdą możliwą przestrzeń i cząstkę jej świata.

Biały dym reagował na gęstniejącą moc potwora. Wzrósł, zatańczył i ukształtował nową sylwetkę. Gdy dziewczyna spojrzała na znajomą twarz czarnoksiężnika, ugięły się pod nią kolana.

Stał przed nią -w połowie zmaterializowany, a w połowie przezroczysty - potężny były książę Carraig Ghear. Zza niego wysunęła się kolejna postać - wysoka czarnowłosa kobieta o hipnotyzujących zielonych oczach. Freja wiedziała, kim ona jest, już ją widziała w swoich wizjach. Stanęła obok maga i wyciągnęła zza pleców znajomy sztylet pokryty runami. Podała go czarnoksiężnikowi i powolnym ruchem wzniosła jego rękę z bronią. Zbliżyła mu ostrze do szyi i szybkim pociągnięciem przecięła krtań. Zamiast ciepłej, gęstej krwi wysączyła się smolista maź. Oczy mężczyzny zasnuła czerń, a skóra zbladła.

Nekromantka przeniosła spojrzenie na wróżbitkę i głębokim głosem przemówiła:

- Książę powróci do skalistego zamku, kiedy mrok pochłonie jego duszę. Strzeż księcia Carraig Ghear, szukaj strażnika bram z zamkniętą ćmą przy sercu. Drugi filar nie może upaść.

Po tych słowach, które nadal wybrzmiewały w głowie Frei echem, dym zafalował, po czym wzbił się w górę i pochłonął wszystkich, łącznie z jej jaźnią.

Poczuła szarpnięcie. Obraz zniknął, a świadomość wróciła do ciała. Raptownie otworzyła oczy i krzyknęła, pozbawiając się tym większej ilości powietrza. Strach rozlał się po jej ciele, a panika wezbrała, aktywując instynkt przetrwania.

Była pod wodą!

Zadarła głowę i ujrzała niewielkie przebłyski srebrnej poświaty. Spięła mięśnie i bezzwłocznie ruszyła ku powierzchni. Płuca paliły z braku tlenu, ciało słabło. Jeszcze kilka ruchów i będzie ponad taflą.

Z impetem się wynurzyła i łapczywie zaczerpnęła powietrza, szukając rękoma stabilnego podłoża. Krztusiła się i wypluwała wodę. Mięśnie zaczęły stawiać opór z wysiłku. Zrozumiała, że musi je uspokoić, aby nie pójść na dno i odzyskać możliwość wzięcia normalnego oddechu. Nawet nie wiedziała, że ten niewielki staw w środku lasu jest tak głęboki!

Rozpostarła ramiona, położyła się niezgrabnie na wodzie i chaotycznie popłynęła ku brzegowi. Chociaż obraz lekko jej się rozmazywał, widziała kontury wysokich drzew, które z każdą sekundą morderczego wysiłku się przybliżały. Przerażona, trzęsąc się na całym ciele, wypełzła przemoczona na suchy ląd. Podpierając się rękoma i ciężko łapiąc powietrze, próbowała uspokoić wciąż charczący oddech. Znajdowała się w lesie, przy stawie wróżbitów. Nie pamiętała, jak się tutaj dostała, co oznaczało, że musiała wejść w głębszy trans, aby podążyć po wizję bez swojej woli.

Freja skarciła się w duchu. Była pewna, że to wina prób odcięcia się od przeznaczenia. Pojona różnymi miksturami babci, usiłowała zapomnieć, że stała się wyrocznią jednego z najpotężniejszych czarnoksiężników. Więź okazała się na tyle silna, że wizje przychodziły nieproszone podczas snu i nie dawały jej spokoju. Była zmęczona, nie pamiętała, kiedy ostatnio przespała całą noc i nie budziła się z krzykiem. Obrazy wydawały się coraz straszniejsze. Wiedziała, że nie powinna ich ignorować. To, że los uczynił ją wyrocznią, musiało być Rutielowi przeznaczone. Dlatego z każdym odłożonym snem, wizją, której nie mogła przekazać, pogrążała się w rosnącym poczuciu winy. Aż do teraz, kiedy jaźń zaprowadziła ją z powrotem pod wodę i pozwoliła doświadczyć czegoś więcej niż mrok, demony, ciągły ból i wołanie o pomoc.

Usiadła na piętach, wciąż uspokajając oddech. Musiała wrócić do domu. Był środek nocy, a babcia na pewno nie miała pojęcia, że wnuczka znów podążyła do źródła.

Odgarnęła mokre włosy z czoła i wstała. Odnosiła wrażenie, że waży pięć razy więcej. Dysząc ze zmęczenia, ruszyła w drogę powrotną.

Las był podejrzanie cichy. Słyszała jedynie szczęk własnych zębów i głośne sapanie. Nie wiedziała, czy drży z zimna, czy ze strachu. Chłód niepokojąco przenikał jej ciało, a oddech zmienił się w parę. Przyspieszyła kroku, bojąc się, że spotka ją coś jeszcze gorszego niż utonięcie.

Dostrzegła kątem oka ruch. Spięła się mimowolnie i rozejrzała. Ciszę przerwało przeraźliwe wycie. Takie, które przeszywa na wskroś i powoduje, że serce bije szybciej.

Freja puściła się biegiem. Nie wiedziała, czy to wilki, czy może jakieś stwory. Śniąc co noc o demonach, straciła poczucie realności. Wydawało jej się, że w dzień na każdym kroku prześladują ją cienie, a nocą z ciemnych zakamarków szczerzą się do niej stwory.

Przedzierała się przez krzaki, desperacko torując sobie drogę rękoma. Do tej pory milczący wiatr nagle zerwał się z wielką mocą i natarł na dziewczynę. Z nieba posypały się wielkie płatki śniegu, tworząc prawdziwą zamieć, a dotąd sucha ziemia pokryła się grubą warstwą lodu. Przysłaniając twarz dłońmi, aby ostre płatki śniegu nie wpadały do oczu, Freja biegła do domu wydeptaną dróżką. Pomimo słabej widoczności dziewczyna ujrzała naprzeciw siebie dwa czerwone punkty. Krzyknęła i zatrzymała się przerażona, tracąc grunt pod stopami. Gdy pojęła, że wpatrują się w nią ślepia demonicznego wilka, z przerażenia wciągnęła zimne powietrze do płuc. Krztusząc się i krzycząc jednocześnie, zaczęła pełznąć do tyłu po białym puchu. Po chwili kolejne wycie wypełniło mroczny las.

To ją ocuciło.

Nie bacząc na nic, wstała i rzuciła się do ucieczki na chwiejnych nogach. Niestety otchłańczy wilk ruszył jej śladem. Widząc, jak szybko się zbliża, poczuła głęboko zakorzeniony u każdego człowieka, rozpalający się gwałtownie instynkt przetrwania. Ciepło, które napłynęło w okolice mostka, rozlało się dalej i trafiło do każdej cząsteczki ciała. Nadal biegnąc, skupiła się na tym doznaniu. Pomagało jej w utrzymaniu tempa i chęci walki o życie.

Wilk przyspieszył. Pojawił się tuż koło boku Frei i podkurczając tylne łapy, przygotował się do skoku. Zobaczywszy to, dziewczyna krzyknęła. Uniosła rękę, aby się zasłonić, a jednocześnie odepchnąć atakującego ją demona, i z całej siły machnęła ramieniem. W tym czasie cały tkwiący w niej ogień spontanicznie się wyzwolił. Ujrzała błysk i poczuła ciepło. Gdy zrozumiała, że ogara spowiły realne płomienie, raptownie się zatrzymała. Patrzyła z otwartymi ustami, jak wyjący demon spala się na jej oczach. Powtarzała sobie, że to niemożliwe. Nie miała pojęcia, co właściwie przed chwilą się stało, ale dziękowała losowi za ocalenie.

W oddali znów rozległo się wycie. Tym razem brzmiało jak nawoływanie watahy.

Nie zastanawiała się długo. Musiała niezwłocznie dotrzeć do domu. Odwróciła się i popędziła w kierunku skraju lasu. Na szczęście to już blisko. Srebrna księżycowa jasność, w której była skąpana polana przed domem, majaczyła za drzewami. Freja wbiegła z ogromną prędkością między wysokie trawy. Wydeptana ścieżka pomogła jej sprawnie pokonać ostatnie metry.

Zatrzasnęła drzwi, chwyciła stojący przy szafce słój, przechyliła i wysypała jego zawartość przy progu. Była to zmieszana z ziołami sól, przygotowana specjalnie na tego typu ewentualność. Jak długo żyła w tym miejscu, nigdy nie była zmuszona do zastosowania takich środków ostrożności. Czasami nawet śmiała się z babci, że naczynie z tarczą na demony zostanie użyte szybciej do gotowania niż do obrony. Nie wierzyła, że w tej spokojnej wsi kiedykolwiek dojdzie do ataków otchłańców.

Powinna rozsypać sól jeszcze pod każdym oknem i przy reszcie drzwi, ale postanowiła najpierw obudzić babcię.

Pognała na piętro, skręciła w prawo i wdarła się bez pukania do sypialni. Hałas, który przy tym zrobiła, od razu postawił zielarkę na nogi.

- Frejo, na litość, co się dzieje?!

- Demony! Musimy zabezpieczyć dom!

Eleonora jednym ruchem odgarnęła kołdrę i wyskoczyła z łóżka, jakby znów miała trzydzieści lat i biodro wcale jej nie dokuczało. Złapała wnuczkę za ramię i wypchnęła z sypialni.

- Frejo, rozsyp sól, ja zajmę się runami - zakomenderowała.

Dziewczyna wiedziała, co robić.

Eleonora miała obsesję na punkcie bezpieczeństwa. Co jakiś czas przypominała wnuczce, jak postępować w obliczu rozmaitych zagrożeń.

Freja pobiegła do swojego pokoju i sięgnęła pod łóżko. Woreczek z tą samą mieszanką tkwił delikatnie przymocowany do ramy, aby można było go łatwo zerwać. Chwyciła go i rozsypała zawartość na parapecie. To samo uczyniła u babci, po czym wróciła na parter. Zdążyła rozsypać środek w kuchni i pokoju gościnnym, gdy znów rozległo się wycie.

- Frejo! - usłyszała pełne rozpaczy wołanie z salonu.

Upuściła doniczkę z paprotką, pod którą znajdowało się więcej woreczków soli, i popędziła do babci.

- Szybko, wchodź do kręgu! - poleciła nerwowo Eleonora.

Freja spojrzała na podwinięty dywan i wielki krąg wyrysowany na deskach podłogi. Doskoczyła do babci czym prędzej. Gdy znalazła się w środku, starsza zielarka nakreśliła ostatni znak, po czym rozsypała na skrajnej linii mieszankę ziół i soli.

Po chwili za ich plecami huknęło. Eleonora złapała wnuczkę za ramiona i przyciągnęła blisko siebie, obracając się z nią w kierunku hałasu. Demon, który natarł na szklane drzwi wiodące do ogrodu, drapał i warczał przeraźliwie. Kolejne stwory dołączały za nim do ataku. Freja poczuła, jak ręce babci drżą. W wydychanym przez nie powietrzu pojawiła się para, a lekki blask księżyca rozjaśniający pomieszczenie jakby osłabł. Na zewnątrz zaczął wirować śnieg, a wiatr złowrogo dął w dach, jakby dopingował wilki.

Pełne wściekłości wycie przybierało na sile. Demony próbowały sforsować barierę w kolejnych częściach domu.

Trzymając Freję mocno w ramionach, Eleonora uklękła.

Z piętra dał się słyszeć dźwięk tłuczonego szkła. Po tym zapadła cisza.

Eleonora, zdezorientowana nagłą zmianą, podniosła głowę. Wypuściła wnuczkę z objęć i wstała. Nie odważyła się przekroczyć granicy kręgu, ale podeszła na tyle blisko linii, aby wyjrzeć przez szyby. Ani śladu po stworach. Śnieżyca ustała, a wiatr ucichł, zostawiając po sobie jedynie zimową aurę. Stała przez chwilę i nie rozumiała. Spojrzała na wciąż klęczącą Freję. Nie zauważyła tego od razu, ale gdy się przyjrzała, dostrzegła w oczach dziewczyny odpowiedź. Srebrna obwódka wokół źrenic lśniła niczym księżyc.

We Frei było obecne trzecie oko, które obudziło się z wielką siłą wyroczni. Atak demonów nie mógł być przypadkowy.

Wilki zbiegły z powrotem do lasu, minęły polanę i zniknęły między roślinnością. Dziewczynka, która przyglądała się wszystkiemu z daleka i delikatnie pociągała za sznurki wydarzeń, uśmiechnęła się do siebie.

- Tyle wystarczy, aby ją przestraszyć - wyszeptała. - Nie powinno się zaniedbywać obowiązków.

Playlista:

1. Audiomachine - Dusk of War

2. Dos Brains - Bad Feelings

3. Keith Merrill - An Isolated Moment

4. Eternal Eclipse - Dawn of Faith

5. Audiomachine - Access Point

6. ABBOTT - Begin Again

7. Audiomachine - Lords of Lankhmar

8. ABBOTT - First Steps

9. Brand X Music - Dreaming

10. Fight or Flight Music - Stronghold

11. Ninja Tracks - The Machination

12. ABBOTT - Taken

13. Dos Brains - H.E.L.L.O.

14. Tom Player - Soul Searcher

15. Niklas Wagner - Tempus

16. ABBOTT - So Long

17. J.T. Peterson - Apricity

18. J.T. Peterson - Snow Angel

19. J.T. Peterson - Don't Go

20. Elephant Music - Against The Clock

21. ABBOTT - Drang

22. J.T. Peterson - Akureyri

23. RageSound - Vortex

24. Amadea Music - Final Farewell

25. J.T. Peterson - L'Hiver

26. Fringe Element - Ultraviolet

27. Lorenzo Ferrara - Girei