Przywiązana - Nichi Hodgson

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Drzwi za­mknę­ły się za mną z trza­skiem. Wy­szłam na uli­cę. Moja bia­ła su­kien­ka po­ły­ski­wa­ła w ciem­no­ściach ni­czym za­gu­bio­ny ob­łok. Chłod­ne noc­ne po­wie­trze na­gle przy­wró­ci­ło mi trzeź­wość umy­słu, któ­rej bra­ko­wa­ło mi przez cały dzień. Skąd tu wziąć tak­sów­kę o trze­ciej nad ra­nem w po­nie­dzia­łek?

Ru­szy­łam uli­cą w stro­nę sta­cji ko­le­jo­wej. Moje szpil­ki w czar­no-bia­łe pa­ski były sztyw­ne jak kij­ki, a pal­ce u stóp wy­da­wa­ły się zdar­te nie­omal do ży­we­go po dłu­gim spa­ce­rze po Lon­dy­nie. Ba­te­ria w ko­mór­ce mia­ła się za­raz cał­ko­wi­cie roz­ła­do­wać, a ja mo­dli­łam się, żeby na szczy­cie wzgó­rza znaj­do­wał się po­stój tak­só­wek. Po raz pierw­szy tego dnia ktoś wy­słu­chał mo­ich mo­dlitw.

Gdy sa­mo­chód opusz­czał uli­cę, przy któ­rej miesz­kał Se­ba­stian, roz­świe­tlił się ekran mo­jej nie­mal roz­ła­do­wa­nej ko­mór­ki. "Prze­pra­szam, że cię zra­ni­łem. Mam na­dzie­ję, że jesz­cze kie­dyś po­roz­ma­wia­my". Wy­obra­zi­łam so­bie, jak leży w łóż­ku, a jego błę­kit­ne oczy w od­cie­niu ko­bal­tu sta­ją się szkli­ste. Zda­wał się spa­ra­li­żo­wa­ny, nie był w sta­nie wy­ko­nać żad­ne­go ge­stu ani wy­po­wie­dzieć sło­wa, któ­re w ja­ki­kol­wiek spo­sób zre­kom­pen­so­wa­ły­by mi fakt, że jest zu­peł­nie po­zba­wio­ny ser­ca. Nie chcia­ło mu się na­wet wyjść za mną. Tak mało go to ob­cho­dzi­ło, tak bar­dzo był bez­względ­ny.

I wte­dy so­bie przy­po­mnia­łam, że ucie­ka­jąc w po­śpie­chu przed tą okrop­ną roz­mo­wą, zo­sta­wi­łam ko­sme­tycz­kę w jego ła­zien­ce. Nie było mowy, abym cho­dzi­ła bez ma­ki­ja­żu, w do­dat­ku gdy by­łam w ta­kim na­stro­ju. Mu­sia­łam ją od­zy­skać.

"Wy­ślij ko­sme­tycz­kę do mo­je­go biu­ra. Na­tych­miast" - na­pi­sa­łam.

"Oczy­wi­ście" - brzmia­ła od­po­wiedź.

Gdy sa­mo­chód prze­mie­rzał krę­te uli­ce po­łu­dnio­we­go Lon­dy­nu, w mo­jej gło­wie po­ja­wił się ciąg ob­ra­zów. Se­ba­stian uśmie­cha­ją­cy się do mnie pro­mien­nie na rogu Oxford Stre­et, z uro­czy­mi do­łecz­ka­mi na ide­al­nie kształt­nej twa­rzy. Se­ba­stian przy­trzy­mu­ją­cy mnie bli­sko sie­bie w nie­ustę­pli­wym uści­sku. Nagi Se­ba­stian o mu­sku­lar­nym cie­le, któ­re­go pięk­no chło­sta­ło moje zmy­sły i sta­wia­ło je na bacz­ność. Se­ba­stian na­zy­wa­ją­cy mnie: Ni­chi mou. Se­ba­stian przy­gnia­ta­ją­cy mnie i cią­gną­cy za wło­sy, aż wi­ro­wa­ło mi w gło­wie. Se­ba­stian przy­pra­wia­ją­cy mnie o naj­wście­klej­szy or­gazm w ży­ciu.

Lecz Se­ba­stian był ka­le­ką emo­cjo­nal­nym. Gdy­bym tyl­ko mo­gła przy­wią­zać mu do szyi dzwo­nek, aby ostrzec przed nim cały ko­bie­cy ród. Gdy­bym tyl­ko mo­gła roz­plą­tać wię­zy, któ­ry­mi mnie znie­wo­lił.

Rozdział 4

Na­stęp­ne kil­ka ty­go­dni cią­gnę­ło się nie­mi­ło­sier­nie, jak­by czer­wiec się za­pę­tlił i nie chciał się skoń­czyć. Roz­po­czę­łam pra­cę w szpi­ta­lu, a Chri­stos da­lej pra­co­wał w fir­mie spe­dy­cyj­nej i jed­no­cze­śnie po­dej­mo­wał tym­cza­so­we de­cy­zje do­ty­czą­ce je­sie­ni. Tego wcze­sne­go lata słoń­ce świe­ci­ło jak­by mi na złość. Sta­ra­li­śmy się nie roz­ma­wiać o sy­tu­acji miesz­ka­nio­wej i jak gdy­by nig­dy nic gra­li­śmy w bad­min­to­na, cho­dzi­li­śmy do kina i wy­jeż­dża­li­śmy w week­en­dy na wy­ciecz­ki nad mo­rze, do ma­low­ni­czych wsi i mia­ste­czek - w za­sa­dzie w do­wol­ne miej­sce, w któ­rym mo­gli­śmy uda­wać bez­tro­skich tu­ry­stów, pod­czas gdy sto­sun­ki mię­dzy nami sta­wa­ły się co­raz bar­dziej na­pię­te.

- Chri­stos - za­gad­nę­łam pew­ne­go po­po­łu­dnia, gdy czy­ta­li­śmy nie­dziel­ne ga­ze­ty w pu­bie na So­uth Bank. - Chcesz pójść na wy­sta­wę prac Fri­dy Kah­lo w tym ty­go­dniu? To na­sza ostat­nia szan­sa, za­nim ją za­mkną.

Chri­stos zmarsz­czył brwi, prze­glą­da­jąc ogło­sze­nia w dzia­le ro­dzin­nym.

- W tym ty­go­dniu nie dam rady, Ni­chi mou. Mu­szę po­móc Fran­kie­mu i jego dziew­czy­nie w prze­pro­wadz­ce do no­we­go miesz­ka­nia. Będę pra­co­wał do póź­na we wto­rek. A w śro­dę przy­jeż­dża Lay­la i zo­sta­je do week­en­du.

Lay­la była eks­dziew­czy­ną Chri­sto­sa, jed­ną z naj­bar­dziej do­bro­dusz­nych osób, ja­kie w ży­ciu spo­tka­łam. Wy­róż­nia­ła ją na­tu­ral­na, śród­ziem­no­mor­ska uro­da, roz­kosz­ne kształ­ty i gę­sta chmu­ra fa­li­stych wło­sów. Za­przy­jaź­ni­ły­śmy się pod­czas mo­jej ostat­niej po­dró­ży do Gre­cji. Chri­stos i Lay­la zna­li się od lat, przez krót­ki czas byli w związ­ku, gdy Chri­stos słu­żył w woj­sku. Ale po­wie­dział mi, że czuł się, jak­by uma­wiał się z ku­zyn­ką, i wkrót­ce znów byli tyl­ko przy­ja­ciół­mi.

Tak bar­dzo po­chło­nę­ła mnie kwe­stia dok­to­ra­tu, że za­po­mnia­łam o przy­jeź­dzie Lay­li, ale na samą myśl o tym po­pra­wił mi się hu­mor. Lay­la była dla mnie kimś w ro­dza­ju po­wier­ni­cy. Pi­sa­ły­śmy do sie­bie na Fa­ce­bo­oku, przy czym ja po­słu­gi­wa­łam się nie­po­rad­nym grec­kim, a ona płyn­ną an­gielsz­czy­zną. Cza­sa­mi dzie­li­łam się z nią ża­la­mi do­ty­czą­cy­mi bła­hych spo­rów z Chri­sto­sem, a ona mi współ­czu­ła. Te­raz wresz­cie uzy­skam po­stron­ną opi­nię na te­mat za­po­wia­da­nej prze­pro­wadz­ki Chri­sto­sa, a może na­wet uda mi się na­mó­wić Lay­lę, aby po­roz­ma­wia­ła z nim w moim imie­niu. Gina albo Ra­chel za­wsze mnie wy­słu­chi­wa­ły, ale fakt, że Lay­la była Gre­czyn­ką i wie­lo­let­nią przy­ja­ciół­ką Chri­sto­sa, umoż­li­wiał jej spoj­rze­nie z in­nej per­spek­ty­wy na de­cy­zję mo­je­go chło­pa­ka, we­dług mnie cał­ko­wi­cie dla nie­go nie­ty­po­wą.

- Może po­pro­sisz ko­goś z two­jej no­wej pra­cy, aby po­szedł z tobą na tę wy­sta­wę, Ni­chi mou?

Te­raz ja zmarsz­czy­łam brwi.

- Nie znam ni­ko­go na tyle do­brze, aby za­pro­po­no­wać wspól­ne wyj­ście, Chri­stos. An­gli­cy nie mają w zwy­cza­ju za­pra­szać ko­le­gów z pra­cy do ga­le­rii sztu­ki. Naj­wy­żej do pubu.

- Na­praw­dę nie znasz ni­ko­go? A ta dru­ga dziew­czy­na, któ­ra z tobą wkle­pu­je dane do kom­pu­te­ra? Wiesz, Ni­chi, mu­sisz mieć wię­cej przy­ja­ciół w Lon­dy­nie - kon­ty­nu­ował Chri­stos. - Cho­dzi o to, że kie­dy roz­pocz­nę dok­to­rat... - Urwał. Po­ru­szył za­ka­za­ną kwe­stię. Żad­ne z nas nie chcia­ło zno­wu za­czy­nać dys­ku­sji na ten te­mat w nie­dzie­lę.

- W po­rząd­ku, zo­ba­czę - od­po­wie­dzia­łam, koń­cząc roz­mo­wę.

Na­stęp­ne­go ran­ka wraz z tłu­mem lon­dyń­czy­ków po­je­cha­łam do pra­cy. W szpi­ta­lu na­głym przy­pad­kiem może być za­rów­no wszyst­ko, jak i nic, zaś po­nie­dział­ko­we po­ran­ki na sta­no­wi­sku asy­stent­ki me­dycz­nej za­wsze po­twier­dza­ły tę sprzecz­ność.

Cho­ciaż oso­bi­ście mia­łam wol­ne week­en­dy, chi­rur­dzy, któ­rym asy­sto­wa­łam, naj­czę­ściej byli wzy­wa­ni do na­głych przy­pad­ków. Moje biur­ko było za­wa­lo­ne sto­sa­mi kart pa­cjen­tów i kil­ko­ma ta­śma­mi z dyk­ta­fo­nów z pil­ny­mi li­sta­mi do prze­pi­sa­nia. Cza­sa­mi za­nim za­bra­łam się do ich prze­pi­sy­wa­nia, noc­ne po­wi­kła­nia do­pro­wa­dza­ły do zgo­nu da­ne­go pa­cjen­ta. Zwy­kle mo­głam po­le­gać na chi­rur­gu, któ­ry o tym pa­mię­tał, kie­dy przy­cho­dził pod­pi­sać do­ku­men­ty, i wy­da­wał mi po­le­ce­nie znisz­cze­nia li­stu. Raz mu­sia­łam jed­nak pod­pi­sać par­tię pocz­ty z upo­waż­nie­nia i po­mył­ko­wo wy­sła­łam je­den list do po­grą­żo­nej w smut­ku ro­dzi­ny. Gdy się zo­rien­to­wa­łam, by­łam ab­so­lut­nie prze­ra­żo­na. W po­rów­na­niu z tym dzien­ni­kar­stwo wy­da­wa­ło się nie­zwy­kle ła­twe.

Tego po­nie­dział­ku jed­nak na moim biur­ku le­ża­ły je­dy­nie moje wła­sne do­ku­men­ty i eg­zem­plarz dzien­ni­ka me­dycz­ne­go "Lan­cet". Przede mną dłu­gi dzień. Przy­po­mnia­łam so­bie sło­wa Chri­sto­sa o tym, abym spró­bo­wa­ła zna­leźć so­bie no­wych przy­ja­ciół, jed­nak za bar­dzo gry­złam się trwa­ją­cym im­pa­sem do­ty­czą­cym wspól­ne­go miesz­ka­nia, a per­spek­ty­wy nie wy­da­wa­ły się za­chę­ca­ją­ce. Ko­bie­ty, z któ­ry­mi pra­co­wa­łam, były bar­dzo miłe, ale cał­ko­wi­cie po­chło­nię­te swo­imi part­ne­ra­mi albo sza­lo­nym tem­pem ży­cia to­wa­rzy­skie­go sin­gie­lek.

Wie­czo­rem umó­wi­li­śmy się z Lay­lą na ko­la­cję w jed­nej z tych ob­skur­nych li­bań­skich re­stau­ra­cji przy Ed­gwa­re Road. Lay­la przy­sła­ła Chri­sto­so­wi ese­me­sa, że spóź­ni się pięt­na­ście mi­nut, więc za­pro­po­no­wa­łam, aby­śmy usie­dli na ze­wnątrz i za­pa­li­li, do­pó­ki się nie zja­wi.

Chri­stos po­pro­sił kel­ne­ra o na­rgi­le i dwie szklan­ki wody z kra­nu. Roz­dmu­chał wę­gle w faj­ce wod­nej i wziął pierw­szy dłu­gi wdech, aż woda za­bul­go­ta­ła. Za­ła­mu­jąc się w nie­bie­skim, mar­mur­ko­wym szkle, przy­po­mnia­ła mi spie­nio­ne fale wo­kół ka­ja­ka, któ­ry wy­po­ży­czy­li­śmy w Gre­cji la­tem ubie­głe­go roku. Pla­no­wa­li­śmy znów po­pły­wać ka­ja­kiem, gdy do­łą­czę do Chri­sto­sa w sierp­niu. Wy­jazd szyb­ko się zbli­żał.

Za­sta­na­wia­łam się, jak po­ru­szyć te­mat de­cy­zji miesz­ka­nio­wej Chri­sto­sa, bo wciąż jesz­cze nie zna­łam jej szcze­gó­łów. Ośmie­lo­na tym, że wkrót­ce do­łą­czy do nas Lay­la i w ra­zie kłót­ni bę­dzie mo­gła być roz­jem­cą, od­wa­ży­łam się go za­py­tać, czy po­czy­nił ja­kieś dal­sze usta­le­nia.

- Hm, nie zna­la­złem miesz­ka­nia. Ale zda­je się, że zna­la­złem współ­lo­ka­to­ra.

- Na­praw­dę?

- Tak. Wy­glą­da na to, że będę miesz­kał z Mar­ko­sem.

Z Mar­ko­sem? Z tym nie­od­po­wie­dzial­nym, nie­doj­rza­łym im­pre­zo­wi­czem? Fa­ce­tem, któ­ry wy­da­je tyle samo pie­nię­dzy na szam­pa­na, co na de­si­gner­skie me­ble?

- Z Mar­ko­sem? Żar­tu­jesz so­bie? Sko­ro twoi ro­dzi­ce nie po­zwo­li­li ci miesz­kać ze mną, to na pew­no nie po­zwo­lą ci miesz­kać z Mar­ko­sem!

- Cóż, w za­sa­dzie to była ich pro­po­zy­cja - od­parł Chri­stos ze spo­ko­jem.

- Ale dla­cze­go? - Kie­dy Chri­stos ogło­sił, że się wy­pro­wa­dza, by­łam zła. Te­raz do­sta­łam nie­mal­że apo­plek­sji ze zło­ści.

- Po­nie­waż cho­dzi­li­śmy ra­zem do szko­ły. Oni go zna­ją.

- Ale mnie też zna­ją!

Chri­stos wes­tchnął. Wy­glą­dał na wy­mi­ze­ro­wa­ne­go i zroz­pa­czo­ne­go.

- Wiem, że zna­ją, Ni­chi mou. - Się­gnął po moją rękę przez stół.

- Idę do ła­zien­ki - po­wie­dzia­łam i po­spiesz­nie we­szłam do re­stau­ra­cji. Nie chcia­łam pła­kać, usi­ło­wa­łam nad sobą za­pa­no­wać, za­nim zja­wi się Lay­la. Chcia­łam, aby­śmy spę­dzi­li ra­zem miły wie­czór.

Przyj­rza­łam się so­bie w lu­strze. Wzbu­rze­nie mi nie słu­ży­ło, moje po­licz­ki wy­glą­da­ły na jesz­cze bar­dziej pulch­ne. Oczy mia­łam peł­ne łez. Kra­wę­dzią pa­pie­ru to­a­le­to­we­go ostroż­nie otar­łam li­nię rzęs, aby nie roz­ma­zać tu­szu. W są­sied­niej ka­bi­nie ktoś spu­ścił wodę, po czym w drzwiach uka­za­ła się Lay­la.

- Ni­chi mou, co ci, kali?

Lay­la ob­ję­ła mnie i po­kry­ła moją twarz po­ca­łun­ka­mi. Była zwy­czaj­nie ubra­na - w dżin­sy i T-shirt z głę­bo­kim de­kol­tem; wło­sy upię­ła w luź­ny kok, a jej kar­me­lo­wa skó­ra lśni­ła w ko­rzyst­nym świe­tle ła­zien­ki.

- Wszyst­ko do­brze, Lay­la. No, fak­tycz­nie to etsi-get­si. - Po grec­ku zna­czy­ło to "tak so­bie".

Uśmie­cha­jąc się, Lay­la czu­le do­tknę­ła mo­je­go ra­mie­nia.

- Na­uczy­łaś się etsi-get­si! Je­steś za­chwy­ca­ją­ca! Dla­cze­go, Ni­chi mou, co się sta­ło?

Nie pla­no­wa­łam wta­jem­ni­czać Lay­li w taki spo­sób, ale lep­sze to niż wy­lać żale przed Chri­sto­sem i być może roz­po­cząć ko­lej­ną kłót­nię w re­stau­ra­cji. Opo­wie­dzia­łam jej więc wszyst­ko, dzie­ląc się z nią mo­imi wąt­pli­wo­ścia­mi, gnie­wem i lę­kiem. Słu­cha­ła uważ­nie, uśmie­cha­jąc się. Jej uśmiech nie znik­nął na­wet wte­dy, gdy po­wie­dzia­łam jej o Mar­ko­sie.

- Lay­la, czy mo­gła­byś z nim po­roz­ma­wiać? Wy­tłu­ma­czyć mu, dla­cze­go je­stem taka zde­ner­wo­wa­na tym, że po­zwa­la ro­dzi­com po­dej­mo­wać de­cy­zje do­ty­czą­ce na­sze­go wspól­ne­go ży­cia?

Uśmiech Lay­li za­czął bled­nąć.

- Nie sta­ję po jego stro­nie, Ni­chi, ale być może Chri­stos nie chce, aby stres wią­żą­cy się ze stu­dia­mi miał wpływ na wasz zwią­zek. Kie­dy za­czę­łam pi­sać moją ma­gi­ster­kę, cią­gle kłó­ci­łam się z Con­stan­ti­ne'em. - Con­stan­ti­ne to chło­pak Lay­li. Po sied­miu la­tach na­uki, miesz­ka­jąc na dwóch krań­cach kon­ty­nen­tach, nadal byli ra­zem. - Ro­zu­miem, skąd po­cho­dzisz, ale to nie­ste­ty kwe­stia kul­tu­ro­wa. Chri­stos jest ty­pem bun­tow­ni­ka, o ile go znam, mu­siał my­śleć o tym dłu­go i in­ten­syw­nie.

Zno­wu ści­snę­ło mnie w gar­dle. O Boże, ty też, Lay­la? Nie mo­głam uwie­rzyć, że przy­czy­ny na­sze­go kon­flik­tu upa­try­wa­ła w tar­ciach kul­tu­ro­wych. Czy chcia­ła przez to po­wie­dzieć, że zwią­zek ze mną to bunt Chri­sto­sa prze­ciw­ko wła­snym ro­dzi­com? Że we­dług nich po­wi­nien mnie po­rzu­cić?

- Wiem, jak grec­cy ro­dzi­ce po­tra­fią się wtrą­cać - mó­wi­ła da­lej. - Są cho­ler­nie iry­tu­ją­cy i prze­sad­nie na­do­pie­kuń­czy, ale co moż­na zro­bić?

Więc to tak. Lay­la też nie ro­zu­mia­ła. A je­śli na­wet, to jej od­po­wiedź zna­czy­ła: "Radź so­bie z tym sama". To był mój pro­blem. Chri­stos za­mie­rzał się wy­pro­wa­dzić, a ja mu­sia­łam się z tym zmie­rzyć.

Lay­la wi­dzia­ła nie­skry­wa­ny ból ma­lu­ją­cy się na mo­jej twa­rzy.

- On cię ko­cha, Ni­chi mou.

- To dla­cze­go ode mnie od­cho­dzi? - Mia­łam ocho­tę krzy­czeć. Sama myśl, że po­wo­dem wy­pro­wadz­ki Chri­sto­sa mo­gła być nie tyl­ko jego ro­dzi­na, ale to, że sam tego chciał, była zbyt bo­le­sna, by ją roz­wa­żać.

Do wy­pro­wadz­ki Chri­sto­sa zo­stał tyl­ko mie­siąc. Pod ko­niec lip­ca le­ciał do Gre­cji na lato, głów­nie aby po­ma­gać w warsz­ta­cie, a ja mia­łam do­łą­czyć do nie­go w koń­cu sierp­nia. Mie­li­śmy spę­dzić wa­ka­cje na wy­spie Ro­dos, skąd po­cho­dzi­ła jego ro­dzi­na i gdzie wciąż mia­ła dom.

Obo­je tak dużo pra­co­wa­li­śmy, że wspól­nie je­dy­nie je­dli­śmy obia­dy i oglą­da­li­śmy te­le­wi­zję. Na do­da­tek rza­dziej niż kie­dy­kol­wiek upra­wia­li­śmy seks, tyl­ko trzy razy w ty­go­dniu. Wie­lu oso­bom może się wy­da­wać, że to spo­ro, ale jako stu­den­ci ma­ją­cy mnó­stwo wol­ne­go cza­su ko­cha­li­śmy się raz lub dwa razy w cią­gu dnia. Co­dzien­nie. Trwa­ło to na­wet po wspól­nej prze­pro­wadz­ce do Lon­dy­nu. Trud­no po­wie­dzieć, czy zmniej­szo­na ak­tyw­ność wy­ni­ka­ła z tego, że po pro­stu pra­co­wa­li­śmy na pe­łen etat i by­li­śmy zmę­cze­ni do­jaz­da­mi, czy ra­czej coś się zmie­nia­ło mię­dzy nami.

Chri­stos lu­bił ana­li­zo­wać nasz zwią­zek.

- Jak nam idzie, Ni­chi mou? Jak uwa­żasz? Czy mię­dzy nami do­brze się ukła­da? Masz do mnie ja­kieś za­strze­że­nia? Jak mogę się po­pra­wić?

Za­da­wał te py­ta­nia, jak­by uda­wał psy­cho­te­ra­peu­tę, czę­sto kie­dy czy­ta­łam ga­ze­tę, a on czy­ścił na­sze buty albo skła­dał pra­nie. Ale nie przy­po­mi­nam so­bie, żeby py­tał o to w ostat­nich ty­go­dniach, a ja z pew­no­ścią nie chcia­łam na to py­ta­nie od­po­wia­dać.

Kie­dy Chri­stos wy­je­chał do Gre­cji, pła­ka­łam, po­nie­waż był to ostat­ni raz, kie­dy opusz­czał nasz dom, aby już do nie­go nie wró­cić. Sta­łam przy oknie i pa­trzy­łam, jak idzie w kie­run­ku sta­cji me­tra z ple­ca­kiem na pro­stych i sil­nych ra­mio­nach, cią­gnąc wa­liz­kę na kół­kach. Od­wró­cił się, aby mi po­ma­chać. On też tro­chę pła­kał.

Po trzech ty­go­dniach nud­nej pra­cy i nie­co sztyw­nych póź­no­wie­czor­nych roz­mo­wach te­le­fo­nicz­nych z Chri­sto­sem w koń­cu wy­ru­sza­łam do Gre­cji. Cze­ka­jąc w sali od­lo­tów na sa­mo­lot, po­czu­łam się spo­koj­niej­sza niż w cią­gu mi­nio­nych dni. Mia­łam na so­bie bia­łe płó­cien­ne bio­drów­ki, któ­re opi­na­ły mi pupę tak, jak lu­bił to Chri­stos (w koń­cu to on na­mó­wił mnie, abym je ku­pi­ła), zie­lo­ny bez­rę­kaw­nik z ko­ron­ko­wą la­mów­ką i głę­bo­kim de­kol­tem oraz san­da­ły, któ­re Chri­stos przy­wiózł mi z ostat­niej po­dró­ży do Aten. Na szyi za­wie­si­łam srebr­ny na­szyj­nik z per­ła­mi - rów­nież po­da­ru­nek od Chri­sto­sa. Wy­mow­nie spo­czy­wał mię­dzy mo­imi pier­sia­mi. Cze­ka­jąc, aż wy­wo­ła­ją mój lot, gła­dzi­łam go w za­my­śle­niu, jak­by to był ró­ża­niec.

Wte­dy za­dzwo­nił Chri­stos.

- Cze­ka­my na cie­bie, Ni­chi mou. Już umy­łem sa­mo­chód, Mimi po­ście­li­ła two­je łóż­ko, a Tol­kien na­wet wziął ką­piel na two­ją cześć. - Mimi była sprzą­tacz­ką, a Tol­kien to do­mo­wy kot. - Je­steś na to go­to­wa, Ja­jecz­ko?

By­łam. Nie mo­głam się do­cze­kać, żeby być znów z Chri­sto­sem. Nikt nie mógł się z nim rów­nać. On był dla mnie ide­al­nym męż­czy­zną.

Rozdział 2

- Ela, Ni­chi mou!

Ten grec­ki okrzyk "Ko­cha­nie, je­stem w domu" ozna­czał, że wró­cił Chri­stos. Jego kro­ki nio­sły się echem po scho­dach pro­wa­dzą­cych do na­sze­go miesz­ka­nia w nie­mod­nej czę­ści za­chod­nie­go Lon­dy­nu, do któ­re­go nie­daw­no się prze­nie­śli­śmy. Po­tem roz­legł się lek­ki stuk i usły­sza­łam, jak Chri­stos za­trzy­mał się przed na­szy­mi drzwia­mi. Brzmia­ło to tak, jak­by niósł coś nie­po­ręcz­ne­go.

- Po­móc ci? - za­wo­ła­łam do nie­go z du­że­go po­ko­ju, któ­ry słu­żył jed­no­cze­śnie za po­kój dzien­ny i bu­du­ar.

- Chwi­lę... cze­kaj! - Jego głos zdra­dzał, że się uśmie­cha. - Nie wy­chodź!

Uśmiech­nę­łam się do sie­bie. Za­zwy­czaj "nie wy­chodź" ozna­cza­ło, że Chri­stos ma dla mnie pre­zent. Od kie­dy po­zna­li­śmy się na uni­wer­sy­te­cie, re­gu­lar­nie ob­da­ro­wy­wał mnie pre­zen­ta­mi. Mógł to być dro­biazg w po­sta­ci zdję­cia mi­nia­tu­ro­we­go jam­ni­ka wy­dar­te­go z ga­ze­ty (cier­pię na nie­wiel­ką ob­se­sję na punk­cie jam­ni­ków), pod­ręcz­ny słow­nik oks­fordz­ki w dwóch to­mach, a na­wet para upra­gnio­nych bu­tów, na któ­re nie było mnie nie­ste­ty stać z pen­sji sta­żyst­ki w re­dak­cji. Jed­ną z pierw­szych rze­czy, ja­kie mi po­da­ro­wał, była bia­ła ko­ron­ko­wa spód­nicz­ka z pod­szew­ką ko­lo­ru fuk­sji. Pa­mię­tam, że nie wie­dzia­łam wte­dy, jak za­re­ago­wać. Wy­da­ła mi się nie­mal zbyt sty­lo­wa i nie by­łam prze­ko­na­na, czy bę­dzie do mnie pa­so­wać, tym bar­dziej że nie był to mój roz­miar, ale oka­za­ło się, że le­ża­ła do­sko­na­le.

Czy taki męż­czy­zna ist­nie­je na­praw­dę? - po­my­śla­łam, za­nim po­ca­ło­wa­łam go wte­dy w za­chwy­cie.

- Strzeż­cie się Gre­ków przy­by­wa­ją­cych z da­ra­mi - za­in­to­no­wał te­atral­nie. Uwiel­biał od­gry­wać sta­ro­żyt­ne­go bo­ha­te­ra.

W grun­cie rze­czy Chri­stos uosa­biał po­stać z mi­to­lo­gii. Spo­tka­li­śmy się w kuch­ni aka­de­mi­ka na ostat­nim roku stu­diów, gdy mie­li­śmy za­le­d­wie po dwa­dzie­ścia lat. Był ta­kim ste­reo­ty­po­wym przy­stoj­nia­kiem z po­łu­dnia Eu­ro­py, że dla za­sa­dy pró­bo­wa­łam mu się oprzeć. Miał na so­bie dżin­sy i ob­ci­sły bia­ły T-shirt, któ­ry pod­kre­ślał jego bi­cep­sy i per­fek­cyj­ną, iście bo­ską zło­to­brą­zo­wą opa­le­ni­znę. Był ni­czym wzbu­dza­ją­cy po­żą­da­nie mo­del z jed­nej z tych tan­det­nych pocz­tó­wek z na­pi­sem "Uca­ło­wa­nia z Gre­cji". By­łam tak urze­czo­na jego ide­al­nie wy­rzeź­bio­ną twa­rzą, pod­bród­kiem z do­łecz­kiem i ciem­ny­mi, pod­krą­żo­ny­mi ocza­mi, że ka­za­łam mu stać tam z wy­cią­gnię­tą na po­wi­ta­nie ręką całą go­dzi­nę, jak mi się wy­da­wa­ło, za­nim zdo­ła­łam się otrzą­snąć.

- Je­stem Chri­stos - przed­sta­wił się, wy­ma­wia­jąc sło­wa ze tym swo­im nie­po­wta­rzal­nym ak­cen­tem i uśmiech­nął się do mnie sze­ro­ko.

Je­że­li mia­łam jesz­cze wąt­pli­wo­ści, czy ist­nie­je mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia, to roz­wia­ły się one cał­ko­wi­cie ty­dzień póź­niej, gdy part­ne­ro­wa­łam Chri­sto­so­wi na za­ję­ciach z tań­ców la­ty­no­skich. Kie­dy mu­skał mnie w tań­cu, moja skó­ra drża­ła pod jego do­ty­kiem, a gdy prze­niósł mnie przez ka­łu­żę na noc­nym spa­ce­rze ty­dzień lub dwa póź­niej, nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że to męż­czy­zna, któ­re­go chcia­łam ko­chać przez całe ży­cie.

Te­raz drzwi otwo­rzy­ły się na oścież, po­ja­wił się w nich Chri­stos i wniósł do po­ko­ju ja­skra­wo­bia­ły stół ze skła­da­ny­mi no­ga­mi oraz dwa pla­sti­ko­we krze­sła. Przez ostat­nie dwa ty­go­dnie ja­da­li­śmy ko­la­cję, trzy­ma­jąc ta­le­rze na ko­la­nach, a wy­stro­ju na­szej - skrom­nej, bądź co bądź - ka­wa­ler­ki do­peł­niał ma­te­rac, któ­ry moż­na było zwi­nąć, i szu­mią­ca lo­dów­ka.

- Skąd to masz?

- I jak? - Pu­szył się cały, sta­nął w roz­kro­ku, wsparł ręce na bio­drach i przy­brał dum­ną minę. - My, Gre­cy, mamy spo­so­by! - po­chwa­lił się, a po se­kun­dzie do­dał: - Z Ikei.

Nie­na­wi­dzi­łam prze­pro­wa­dzek, nie cier­pia­łam re­mon­tów i me­blo­wa­nia, ale dzię­ki Chri­sto­so­wi wi­cie na­sze­go gniazd­ka sta­ło się przy­jem­ne. Od­kąd się prze­pro­wa­dzi­li­śmy, ro­bił, co w jego mocy, aby prze­kształ­cić ten ob­skur­ny, tan­det­ny po­kój w zno­śną prze­strzeń miesz­kal­ną z dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku. Te­raz mie­li­śmy dy­wa­ni­ki i ko­lo­ro­wą koł­drę w gro­chy, a tak­że ja­skra­wo­nie­bie­ski ob­raz przed­sta­wia­ją­cy suk o pół­no­cy, któ­ry na­by­li­śmy na wy­ciecz­ce do Ma­ro­ka tuż przed mo­imi eg­za­mi­na­mi koń­co­wy­mi.

Po­de­szłam, aby go po­ca­ło­wać. Przy­tu­lił mnie obu­rącz i ści­snął, aż za­pisz­cza­łam z roz­ko­szy. Po­tem usta­wił stół i krze­sła przy wy­ku­szo­wym oknie.

- Pro­szę! - Prze­cią­gnął ostat­nią sa­mo­gło­skę, jak ja to ro­bi­łam. Uwiel­biał na­śla­do­wać mój ak­cent.

- A za­tem je­steś głod­ny, co? Zje­my na obiad ba­kła­ża­ny z wczo­raj? - za­py­ta­łam, wy­pró­bo­wu­jąc jed­no z no­wych krze­seł.

- Do­brze. Ale naj­pierw mu­szę umyć ten sto­lik. I zna­leźć ja­kieś pod­kład­ki - po­wie­dział Chri­stos i po­szedł po ścier­kę.

Jak wie­lu po­łu­dniow­ców, wy­jąt­ko­wo pe­dan­tycz­nie dbał o po­rzą­dek. Na­to­miast w prze­ci­wień­stwie do wie­lu po­łu­dniow­ców, był go­tów sam sprzą­tać. Za­wdzię­czał to po czę­ści swo­jej roz­sąd­nej mat­ce, któ­ra po­tra­fi­ła go w dzie­ciń­stwie na­kło­nić do prac do­mo­wych, ale rów­nież nie­uda­ne­mu po­by­to­wi w grec­kiej ar­mii, gdzie, jak ma­wiał, "głów­nie czy­ści­li­śmy na­szą broń i ob­ja­da­li­śmy się, prze­sia­du­jąc pod drze­wa­mi fi­go­wy­mi". W rze­czy­wi­sto­ści Chri­stos do­wo­dził od­dzia­łem i był zna­ko­mi­cie wy­szko­lo­ny w wal­ce wręcz. Je­dy­nie jego siła fi­zycz­na zdra­dza­ła, że kie­dyś był żoł­nie­rzem. Poza tym był rów­nie ła­god­ny, jak sym­pa­tycz­ny. Jego umie­jęt­no­ści żoł­nier­skie przy­da­wa­ły się jed­nak, kie­dy chcia­łam, aby wy­grał dla mnie plu­sza­ka na strzel­ni­cy w we­so­łym mia­stecz­ku. Albo udźwi­gnął mnie, kie­dy opla­ta­łam go no­ga­mi i wspar­ci o ścia­nę upra­wia­li­śmy seks.

- Do­sta­łem wia­do­mość z uni­wer­sy­te­tu - za­wo­łał z kuch­ni. - Wy­glą­da na to, że mogę roz­po­cząć dok­to­rat na je­sie­ni.

- Bra­wo, Chri­stos mou! - od­krzyk­nę­łam.

Kie­dy ja koń­czy­łam stu­dia, Chri­stos wła­śnie za­czy­nał swo­je. Aby te­raz móc ry­wa­li­zo­wać na naj­wyż­szym po­zio­mie w swo­jej pro­fe­sji, mu­siał zro­bić dok­to­rat z me­cha­ni­ki. Cho­ciaż w głę­bi du­szy sama pra­gnę­łam roz­po­cząć stu­dia dok­to­ranc­kie z dzie­dzi­ny rów­nie ta­jem­nej jak mi­ło­sna po­ezja Pe­trar­ki albo gen­der stu­dies, to zda­wa­łam so­bie spra­wę, że moja ka­rie­ra w me­diach za­le­ża­ła po pro­stu od umie­jęt­no­ści pa­rze­nia przy­zwo­itej kawy i wy­krę­ca­nia się od pra­cy, czy­li pro­sze­nia re­dak­to­rów, żeby dali mi spo­kój. Nie mo­głam się już jed­nak do­cze­kać, aby wspie­rać uko­cha­ne­go tak, jak on wcze­śniej wspie­rał mnie. Nig­dy nie obro­ni­ła­bym dy­plo­mu na piąt­kę, gdy­by nie cią­gła za­chę­ta ze stro­ny Chri­sto­sa pod­czas ostat­nie­go roku stu­diów, gdy­by nie jego po­czu­cie hu­mo­ru i wy­śmie­ni­te obia­dy, któ­re mi go­to­wał, gdy pi­sa­łam ese­je. Lecz przede wszyst­kim gdy­by nie moż­li­wość na­mięt­ne­go sek­su co noc, któ­ry za­wsze koń­czył się wspól­nym or­ga­zmem i szep­ta­ny­mi po grec­ku sło­wa­mi mi­ło­ści: S'aga­po. Po­tem za­sy­pia­li­śmy wtu­le­ni w sie­bie jak para za­do­wo­lo­nych ko­cia­ków, a ja nie mo­głam się na­dzi­wić, ja­kie to szczę­ście, że go spo­tka­łam.

Chri­stos wró­cił do po­ko­ju ze ścier­ką w jed­nej ręce i ta­le­rza­mi oraz sztuć­ca­mi w dru­giej. Twarz wy­krzy­wiał mu gry­mas.

- Tak, znu­dzi­ło mnie już stu­dio­wa­nie, ale w dzi­siej­szych cza­sach pier­ścion­ki z dia­men­ta­mi nie na­le­żą do ta­nich, praw­da?

Po­krę­ci­łam gło­wą i za­czę­łam się śmiać. Chri­stos draż­nił się ze mną w kwe­stii mał­żeń­stwa i dzie­ci, od­kąd po­wie­dzia­łam mu w cza­sie stu­diów, że we­dług mnie są to środ­ki, za po­mo­cą któ­rych pa­triar­chat nas kon­tro­lu­je. Od tam­tej pory nie­co spu­ści­łam z tonu w moim ra­dy­kal­nym fe­mi­ni­zmie, ale cią­gle by­łam prze­ko­na­na, że mał­żeń­stwo i ro­dzi­na nie są dla mnie. Praw­dę mó­wiąc, nig­dy wcze­śniej nie spo­tka­łam męż­czy­zny tak bar­dzo otwar­te­go na rów­no­upraw­nie­nie jak Chri­stos, da­rzą­ce­go ko­bie­ty ta­kim sza­cun­kiem. Nie­mniej nadal lu­bił do­pro­wa­dzać mnie do sza­łu, uda­jąc apo­dyk­tycz­ne­go sam­ca, któ­ry chce mnie znie­wo­lić, po­zba­wić pra­cy, moż­li­wo­ści czy­ta­nia lub kon­tak­tu ze świa­tem ze­wnętrz­nym, twier­dząc, że moim "je­dy­nym obo­wiąz­kiem jest słu­żyć jemu! Jemu, Ky­rio­so­wi, czy­li panu". Żar­to­bli­wie po­py­chał mnie do łóż­ka i wy­ko­ny­wał, jak to okre­ślał, ta­niec go­ry­la, wa­ląc się pię­ścia­mi w pierś, po czym chrzą­kał mi w twarz. Wte­dy ja prze­waż­nie chwy­ta­łam go za garść czar­nych lo­ków na kar­ku, przy­cią­ga­łam do sie­bie i ca­ło­wa­łam dłu­go i głę­bo­ko, aby prze­stał się wy­głu­piać.

- Dzi­siaj żad­nych dia­men­tów, dzię­ku­ję!

- Oj, Ni­chi, kie­dy w koń­cu za­ak­cep­tu­jesz swo­je prze­zna­cze­nie jako moja żona i mat­ka mo­ich dzie­ci?

- Może kie­dy ktoś da mi po­rząd­ną, do­brze płat­ną pra­cę dzien­ni­kar­ki.

Ucie­szy­łam się na wia­do­mość o dok­to­ra­cie Chri­sto­sa, lecz z dru­giej stro­ny przy­po­mnia­łam so­bie, jak bar­dzo mar­twię się wła­sną sy­tu­acją za­wo­do­wą.

- Słu­chaj, na pew­no ją do­sta­niesz, Ni­chi mou. Do­pie­ro za­czy­nasz. Cier­pli­wo­ści, ty moje nie­cier­pli­we Jaj­ko. Do­bra, czy moje Szcze­ro­zło­te Jaj­ko ma ocho­tę na sa­łat­kę i ryż z tymi ba­kła­ża­na­mi? - Za­stygł z łyż­ką nad moim ta­le­rzem, tak jak mia­ła w zwy­cza­ju ro­bić to jego bab­cia.

"Jaj­ko" było ko­lej­nym z czu­łych prze­zwisk, ja­ki­mi okre­ślał mnie Chri­stos, i mia­ło zmniej­szyć moje nie­za­do­wo­le­nie z okrą­głej twa­rzy, któ­rą uda­ło mi się zna­czą­co wy­szczu­plić, wy­do­by­wa­jąc z niej ostre kąty, gdy jako na­sto­lat­ka cier­pia­łam na ano­rek­sję. Je­dze­nie zaj­mo­wa­ło cen­tral­ne miej­sce w kul­tu­rze grec­kiej, a po­sił­ki, któ­rych kie­dyś nie cier­pia­łam, przy Chri­sto­sie sta­ły się ra­do­snym co­dzien­nym ry­tu­ałem. Kie­dy się po­zna­li­śmy, wy­ka­zał się nie­skoń­czo­ną cier­pli­wo­ścią i tak­tem, i nadal wspie­rał mnie w chwi­lach, gdy wal­czy­łam, aby jeść bez obaw.

- Ne, efha­ri­sto. - Ski­nę­łam gło­wą, a on po­gła­skał mnie po po­licz­ku.

Kie­dy tyl­ko mo­głam, sta­ra­łam się roz­ma­wiać z Chri­sto­sem po grec­ku. Chcia­łam na­uczyć się tej mowy od chwi­li, gdy się po­zna­li­śmy. Ko­cha­łam ję­zyk, spo­sób, w jaki sło­wa, któ­ry­mi dys­po­no­wa­li­śmy, kształ­to­wa­ły nie tyl­ko to, co mó­wi­li­śmy, ale przede wszyst­kim to, jak my­śle­li­śmy o świe­cie. Jak mo­gła­bym nie chcieć na­uczyć się grec­kie­go, sko­ro ozna­cza­ło to jesz­cze bar­dziej ści­sły zwią­zek z tym nie­sa­mo­wi­tym czło­wie­kiem? Poza do­mem głów­nie uży­wa­li­śmy go w me­trze, żeby móc ob­ga­dy­wać współ­pa­sa­że­rów. Po­słu­gi­wa­łam się nim też, aby mó­wić Chri­sto­so­wi spro­śno­ści w miej­scach, w któ­rych nor­mal­nie by­ło­by to nie­sto­sow­ne: przez te­le­fon w po­rze lun­chu w pra­cy, w sali z per­ski­mi dy­wa­na­mi w Mu­zeum Wik­to­rii i Al­ber­ta. Albo w ko­lej­ce do kasy w Sa­ins­bu­ry's.

- Słu­chaj, nie za­po­mnia­łeś o ślu­bie w week­end, co? - za­py­ta­łam go, gdy je­dli­śmy.

Miał peł­ne usta, więc tyl­ko po­krę­cił gło­wą.

- Ra­chel zno­wu przy­sła­ła mi dzi­siaj ese­me­sa. Py­ta­ła, co wło­żę, a ja na­wet jesz­cze o tym nie my­śla­łam.

- Po­wiem ci, co wło­żysz! - Chri­stos przy­wo­łał swój pań­ski ton. - Tę ba­lo­wą su­kien­kę, któ­rą mia­łaś na ko­la­cji z oka­zji mo­je­go dy­plo­mu. Je­dwab­ną, kre­mo­wą z ko­ron­ką, w czer­wo­ne kwia­ty. Pod­kre­śla two­je... wa­lo­ry. - Ostat­nie sło­wo wy­po­wie­dział nie­przy­zwo­itym szep­tem i w taki sam spo­sób do­dał: - Hehh. - Chri­stos uwiel­biał od­gry­wać, jak to na­zy­wał, ob­le­śne­go Gre­ka.

Zno­wu się ro­ze­śmia­łam.

- A ty, Chri­stos? Wło­żysz tę bar­dzo dro­gą mod­ną ko­szu­lę, któ­rą ku­pi­łeś pod wpły­wem im­pul­su i po­tem za­ło­ży­łeś tyl­ko raz na bal cha­ry­ta­tyw­ny?

- Nie - od­parł. - Po­pro­szę sio­strę, aby przy­sła­ła mi nową.

- Ale w tej ko­szu­li wy­glą­dasz jak mo­del Je­ana Pau­la Gaul­tie­ra! Pro­szę, włóż ją - bła­ga­łam.

- Ha! Masz na my­śli, że wy­glą­dam jak ge­jo­wa­ty mo­del pre­zen­tu­ją­cy bie­li­znę i będą mnie pod­ry­wać ta­bu­ny fa­ce­tów, a ty zno­wu bę­dziesz się śmiać!

- Cóż, to nie two­ja wina, że je­steś tak przy­stoj­ny, że po­do­basz się ge­jom. Gdy­by tyl­ko spo­łe­czeń­stwo ce­ni­ło męż­czyzn o he­te­ro­sek­su­al­nej uro­dzie tak samo, jak do­ce­nia ko­bie­ce pięk­no, to nie by­ło­by pro­ble­mu. Zresz­tą - uśmiech­nę­łam się zna­czą­co - masz na my­śli, że to mnie raj­cu­je.

- Ni­chi! - wark­nął, uda­jąc, że kar­ci mnie za sło­wa, któ­re uwa­ża za pro­stac­kie. - Słu­chaj, nie mar­twię się o to, że lecą na mnie geje; to mi schle­bia! Poza tym się sta­rze­ję. Wkrót­ce bę­dzie­my za­su­sze­ni i bez­zęb­ni, sfla­cza­li i wło­cha­ci, tak że ni­ko­mu nie bę­dzie­my się po­do­bać, Ni­chi mou.

- Mnie za­wsze bę­dziesz się po­do­bał - od­po­wie­dzia­łam ci­cho. - Chy­ba że da­lej bę­dziesz tak dziw­nie szu­rał no­ga­mi, gdy my­ślisz, że pod­ło­ga jest brud­na.

- Ale Ni­chi mou - od­parł po­waż­nym gło­sem - je­śli prze­sta­nę to ro­bić, praw­do­po­dob­nie umrę na strasz­ną cho­ro­bę na dłu­go, za­nim uschnę.

- Tak, albo na hi­po­chon­drię!

- Wiesz, że to grec­kie sło­wo, hi­po­chon­dria? - oznaj­mił trium­fu­ją­co.

- Tak, Chri­stos, wiem - przy­tak­nę­łam, prze­wra­ca­jąc ocza­mi.

- A jak prze­sta­nę tak po­cie­rać sto­pa­mi, to pe­nis mi uschnie i od­pad­nie, to­bie na prze­kór, bo mi nie wie­rzysz!

Po­krę­ci­łam gło­wą i ro­ze­śmia­łam się wbrew so­bie. Te prze­śmiesz­ne dia­lo­gi. Chri­stos cier­piał na nie­mal pa­to­lo­gicz­ną ob­se­sję roz­kła­du wła­sne­go cia­ła.

- Ach! Za­bra­kło ci na to od­po­wie­dzi, co?! Czy ty, Ni­chi mou, chcesz, abym za­cho­wał pe­ni­sa?

- Chcę, że­byś prze­stał ga­dać o swo­im pe­ni­sie i za­pla­no­wał ze mną ten wy­jazd na ślub, pro­szę!

- Oj, za­dzior­na je­steś. Lu­bię cię taką.

Wciąż się śmie­jąc, na­ci­ska­łam da­lej:

- Więc nie upie­ram się, że­by­śmy tam no­co­wa­li. Ra­chel mówi, że mo­że­my wra­cać do Lon­dy­nu wie­czo­rem. Tyl­ko to ozna­cza, że nie mo­żesz pić.

- Och, na tym mi nie za­le­ży.

- Hm, tak na­praw­dę po­win­no być od­wrot­nie, bo prze­cież ja nie­spe­cjal­nie lu­bię pić.

- Ha! Nie, Ni­chi mou, za­mie­rzam cię upić, żeby cię wy­ko­rzy­stać.

- Zu­peł­nie jak na ko­la­cji po dy­plo­mie, co?

Chri­stos i ja mie­li­śmy w zwy­cza­ju wy­my­kać się przy ofi­cjal­nych oka­zjach, aby upra­wiać seks w to­a­le­cie. Zwy­kle tuż przed po­da­niem de­se­ru. Kie­dy wspo­mnia­łam o jed­nym z tych epi­zo­dów mo­jej przy­ja­ciół­ce Gi­nie, za­py­ta­ła mnie, jak uda­ło mi się nie po­gnieść su­kien­ki.

- Zdej­mo­wa­łam ją - od­par­łam. - Prze­waż­nie wszę­dzie jest ja­kiś ko­łek, na któ­rym moż­na ją po­wie­sić.

Nig­dy nie wie­dzia­łam, któ­re z nas za­czy­na­ło ten kok­taj­lo­wo-to­a­le­to­wy pro­ce­der, jak to na­zy­wa­łam. Po pro­stu za­wsze wie­dzie­li­śmy in­stynk­tow­nie, kie­dy dru­ga stro­na była na to go­to­wa.

- Wy­ko­rzy­sta­łaś mnie wte­dy - przy­po­mniał Chri­stos. - Po­wie­dzia­łaś mi, że przy­po­mi­nam ci Tur­ka z ra­cha­tłu­kum.

Tu­rek ze słod­kim przy­sma­kiem był opa­lo­nym no­ma­dą w tur­ba­nie, któ­ry po­ja­wiał się w te­le­wi­zyj­nej re­kla­mie, a ja jako dziec­ko mia­łam na jego tle praw­dzi­wą ob­se­sję. Prze­mie­rzał pu­sty­nię, aby przy­wieźć za­pła­ka­nej księż­nicz­ce ra­cha­tłu­kum, któ­ry miał uko­ić jej zła­ma­ne ser­ce, i prze­kra­jał po­tem sma­ko­łyk na pół swo­im bu­ła­tem. Już w wie­ku czte­rech lat po­dej­rze­wa­łam, że ta pa­rad­na sza­bla sym­bo­li­zu­je coś in­ne­go.

- Ale na­praw­dę przy­po­mi­nasz mi Tur­ka z ra­cha­tłu­kum, Chri­stos mou! I wszyst­kich in­nych prze­pysz­nych, eg­zo­tycz­nych chłop­ców z pla­ka­tu!

Wstyd się przy­znać, ale za­wsze po­cią­ga­ła mnie eg­zo­ty­ka. Mimo że sama mia­łam bia­łą skó­rę, ja­sne oczy i wło­sy wpa­da­ją­ce w blond, ko­cha­łam ciem­no­wło­sych męż­czyzn o oliw­ko­wej skó­rze. Kie­dy zaś po­zna­łam Chri­sto­sa, nie mo­głam już po­dzi­wiać ko­go­kol­wiek in­ne­go.

- Ni­chi, to śmiesz­ne, że pa­mię­tasz tam­tą re­kla­mę. Pra­wie tak samo śmiesz­ne jak to, że hip­no­ty­zu­je cię kro­cze Da­vi­da Bo­wie­go w La­bi­ryn­cie.

- Ale każ­da dziew­czy­na z mo­je­go po­ko­le­nia mia­ła ob­se­sję na punk­cie Tego Kro­cza, Chri­stos, mu­sisz to zro­zu­mieć. A na ko­niec, kie­dy król Ja­reth od­da­je się w nie­wo­lę Sa­rze, dla­cze­go ona mu od­ma­wia?

- Bo ona wie, co jest sexy. A to nie jest! Nig­dy nie zro­zu­miem Da­vi­da Bo­wie­go. W tym miej­scu na­sze kul­tu­ry się zde­rza­ją.

Ro­ze­śmia­łam się. Za­wsze nas dzi­wi­ło, że w na­szym związ­ku w za­sa­dzie nie wy­stę­po­wa­ły kon­flik­ty na tle kul­tu­ro­wym. Do­ra­sta­li­śmy w tak róż­nych świa­tach, a jed­nak to nig­dy nie po­wo­do­wa­ło pro­ble­mów.

Uro­dzi­łam się i wy­cho­wa­łam w Wa­ke­field, nie­gdy­siej­szej mie­ści­nie gór­ni­czej w hrab­stwie West York­shi­re, któ­ra przed krót­kim okre­sem świet­no­ści, gdy wy­do­by­wa­no tam wę­giel, ostat­ni raz za­zna­czy­ła swo­ją obec­ność w hi­sto­rii pod­czas Woj­ny Dwóch Róż. Mimo to dzie­ciń­stwo mia­łam ra­do­sne. Do­ra­sta­łam z moim młod­szym bra­tem i prze­róż­ny­mi zwie­rzę­ta­mi, za­mę­cza­jąc ro­dzi­ców, aby do­wo­zi­li mnie na nie­skoń­czo­ne lek­cje tań­ca i gim­na­sty­ki, na zbiór­ki zu­cho­we, a po­tem har­cer­skie, na pró­by or­kie­stry dę­tej, bo sta­le po­trze­bo­wa­łam roz­ma­itych bodź­ców, a tak­że sce­ny, na któ­rej mo­gła­bym wy­stę­po­wać.

Moi ro­dzi­ce roz­wie­dli się, gdy mia­łam dzie­więć lat, a po ty­po­wym okre­sie nie­zręcz­no­ści sta­li się wo­bec sie­bie na tyle mili, żeby ra­zem uczest­ni­czyć w na­szych uro­dzi­nach, przed­sta­wie­niach szkol­nych lub wy­wia­dów­kach. Tata miesz­kał za­le­d­wie o dzie­sięć mi­nut dro­gi od nas, więc ży­cie zno­wu szyb­ko wró­ci­ło do ra­do­snej, pod­miej­skiej nor­mal­no­ści.

Gdy skoń­czy­łam je­de­na­ście lat, po­szłam do szko­ły dla grzecz­nych, pil­nych uczen­nic, gdzie nie przej­mo­wa­łam się jak naj­szyb­szym zna­le­zie­niem miej­sca w sto­łów­ce lub nie­skoń­czo­nym ozda­bia­niem ksią­żecz­ki do na­bo­żeń­stwa. Moim głów­nym ce­lem było zo­stać ak­tor­ką szek­spi­row­ską i in­we­sto­wa­łam całą swo­ją ener­gię w za­ję­cia po­za­lek­cyj­ne w kół­kach te­atral­nych i ze­spo­łach mu­zycz­nych. Póź­niej sta­łam się wście­kle nie­za­leż­na, wy­pro­wa­dzi­łam się z domu, kie­dy skoń­czy­łam osiem­na­ście lat, i po­szłam na stu­dia. Od­czu­wa­łam więź z oboj­giem ro­dzi­ców i Ali­sta­irem, moim bra­tem, ale te­raz, kie­dy mama za­miesz­ka­ła w Au­stra­lii, spo­ty­ka­ły­śmy się raz do roku, cho­ciaż czę­sto do sie­bie dzwo­ni­ły­śmy.

W prze­ci­wień­stwie do mo­jej, ro­dzi­na Chri­sto­sa, mimo że w więk­szo­ści znaj­do­wa­ła się w Ate­nach, bar­dziej uczest­ni­czy­ła w jego co­dzien­nym ży­ciu. Zna­li jego przy­ja­ciół, wie­dzie­li, do­kąd wy­cho­dzi­my w week­en­dy, i za­wsze mie­li in­for­ma­cje, co je­dli­śmy na obiad. Do­ce­nia­łam ich za­an­ga­żo­wa­nie, bo wy­ni­ka­ło z praw­dzi­wej tro­ski. Przy­ję­li mnie do swo­je­go gro­na, z po­cząt­ku bar­dziej ofi­cjal­nie niż ser­decz­nie, ale za­wsze o mnie py­ta­li. Wi­dzia­łam, że ujął ich mój wy­si­łek, aby na­uczyć się grec­kie­go. Mia­łam ich od­wie­dzić po raz trze­ci pod ko­niec lata, za­nim Chri­stos roz­pocz­nie dok­to­rat. Nie mo­głam się już do­cze­kać.

Jak­by na za­wo­ła­nie, za­dzwo­ni­ła mat­ka Chri­sto­sa.

- Gia­sou, mama! - przy­wi­tał ją.

Ze­bra­łam ta­le­rze i za­nio­słam do na­szej skrom­nej kuch­ni, gdy oni ga­wę­dzi­li o tym, jak Chri­stos spę­dził dzień. Im le­piej zna­łam grec­ki, tym bar­dziej nie­sto­sow­ne wy­da­wa­ło mi się słu­cha­nie ich roz­mów. Ale gdy wpa­dło mi w uszy "Me­lit­za­nes, mama!", aż się ro­ze­śmia­łam.

Za­uwa­ży­łam, że Chri­stos pró­bo­wał też ude­ko­ro­wać pa­ra­pe­ty ro­śli­na­mi do­nicz­ko­wy­mi, choć wie­dział do­brze, że w mo­ich rę­kach umrą w cią­gu naj­bliż­szych kil­ku ty­go­dni. Ku­pił mi rów­nież ko­new­kę w kształ­cie ró­żo­we­go sło­nia, może chcąc mnie za­chę­cić, abym się o nie trosz­czy­ła.

Na­gle w moje my­śli wdarł się głos uko­cha­ne­go. Czyż­by kłó­cił się z mat­ką? Za­mar­łam z no­żem w ręku, któ­ry aku­rat wy­cie­ra­łam, i pró­bo­wa­łam roz­szy­fro­wać go­rącz­ko­we grec­kie sło­wa. Roz­róż­nia­łam po­je­dyn­cze wy­ra­zy: od­nie­sie­nia do warsz­ta­tu, pra­cy, po­mo­cy ojcu. Chri­stos spę­dził więk­szość swo­je­go dzie­ciń­stwa i lat mło­dzień­czych, po­ma­ga­jąc ojcu w warsz­ta­cie sa­mo­cho­do­wym. Całe to maj­ster­ko­wa­nie przy brud­nych sil­ni­kach było jed­ną z przy­czyn, dla któ­rych po­sta­no­wił stu­dio­wać me­cha­ni­kę. Kon­ty­nu­owa­łam ukła­da­nie sztuć­ców w szu­fla­dzie. Wkrót­ce Chri­stos po­że­gnał się z mamą i wró­cił do po­ko­ju.

- O co cho­dzi­ło? - za­py­ta­łam.

- Mama to po pro­stu mama. - Wzru­szył ra­mio­na­mi, uśmiech­nął się i prze­cią­gnął. - Do­bra, we­zmę prysz­nic. Jak to moż­li­we, że cią­gle mam na so­bie to ubra­nie?

Przed po­wro­tem na stu­dia Chri­stos pra­co­wał na sta­żu w fir­mie spe­dy­cyj­nej, więc ubie­rał się ofi­cjal­nie w bia­łą ko­szu­lę i gra­fi­to­we spodnie. Wy­glą­dał w tym stro­ju bar­dzo ko­rzyst­nie. Za­czął roz­pi­nać ko­szu­lę. Pod spodem miał bia­ły T-shirt. Nig­dy nie ro­zu­mia­łam, po co go po­trze­bu­je.

- To ka­ry­god­ne nie mieć pod­ko­szul­ka pod spodem!

- Bo by­ło­by ci wi­dać sut­ki?

- Ni­chi! - Zno­wu to kar­cą­ce wark­nię­cie. - Nie, bo to przy­nio­sło­by wstyd ro­dzi­nie. Weź­miesz ze mną prysz­nic, Ni­chi mou? - spy­tał i pod­szedł do mnie. Pa­trzy­łam, jak się roz­bie­ra i prze­su­wa dłoń­mi po mo­ich bio­drach. Zno­wu uda­wał roz­pust­ni­ka.

- Nie, wzię­łam już, za­nim wró­ci­łeś - od­po­wie­dzia­łam. - Ale mogę zdjąć wszyst­ko i po­cze­kać na cie­bie w łóż­ku.

Szyb­ko, z uda­wa­ną nie­śmia­ło­ścią, ścią­gnę­łam ba­weł­nia­ną su­kien­kę.

- Tak. Taką lu­bię moją ko­bie­tę!

Po raz ko­lej­ny prze­wró­ci­łam ocza­mi i uklę­kłam na łóż­ku w nie­bie­skiej, prze­zro­czy­stej bie­liź­nie, któ­rą ku­pił mi Chri­stos. Chcia­łam po­pra­wić po­dusz­ki. Na­gle coś ude­rzy­ło mnie z boku.

- Hej! Co jest? - krzyk­nę­łam za­sko­czo­na, chwy­ta­jąc pie­ką­cy pra­wy po­śla­dek.

Chri­stos stał w bok­ser­kach w prąż­ki, wy­ma­chu­jąc czar­nym, skó­rza­nym pa­skiem. Śmiał się hi­ste­rycz­nie.

- Prze­pra­szam, Ni­chi mou, prze­pra­szam, chy­ba po pro­stu zbyt szyb­ko go wy­cią­gną­łem.

Przy­pad­kiem za­ha­czył mnie koń­cem pa­ska, wy­szar­pu­jąc go ze szlu­fek spodni.

- Hm, to na­stęp­nym ra­zem patrz, pro­szę, co bi­czu­jesz!

- Cha, cha, bi­czo­wa­łem cię. Za­baw­ne!

Kie­dy wró­cił spod prysz­ni­ca, za­dał mi py­ta­nie:

- Więc co my­ślisz o lu­dziach, któ­rzy lu­bią być chło­sta­ni?

- Mnie to nie od­po­wia­da - od­par­łam. - Trze­ba się chy­ba za­sta­no­wić, dla­cze­go w ogó­le lu­dzie to lu­bią. Zwłasz­cza ko­bie­ty.

- Dla mnie to też jest po­dej­rza­ne - przy­znał Chri­stos. - Ale jak są­dzisz, czy dla ko­biet nie jest to ro­dzaj sa­mo­oka­le­cze­nia, Ni­chi mou?

- Pew­nie tak - przy­zna­łam. - Tyl­ko coś w tym mnie nie­po­koi. A tak w ogó­le, to po co ci to, sko­ro upra­wiasz ide­al­nie go­rą­cy seks?

- Wła­śnie! - Uśmiech­nął się i przy­cią­gnął mnie do sie­bie.

Wcze­śnie rano za­dzwo­nił te­le­fon Chri­sto­sa.

- Mama! - za­mru­czał, le­d­wie otwie­ra­jąc usta. Słu­chał jej, a ja ob­ser­wo­wa­łam, jak na jego czo­le za­sty­ga­ją zmarszcz­ki, na­da­jąc mu wy­gląd kla­sycz­ne­go po­są­gu wy­ra­ża­ją­ce­go ból.

- Co się sta­ło? - za­py­ta­łam, gdy skoń­czył roz­mo­wę.

- Na­praw­dę mu­szę po­móc w warsz­ta­cie w ten week­end. Po­le­cę w pią­tek wie­czo­rem po pra­cy i wró­cę w po­nie­dzia­łek rano.

Po­czu­łam ukłu­cie zde­ner­wo­wa­nia. Była już śro­da.

- Czy to tro­chę nie za da­le­ko, żeby le­cieć tyl­ko na week­end? Tak bar­dzo są zde­spe­ro­wa­ni? - Ro­dzi­ce Chri­sto­sa cięż­ko pra­co­wa­li i wie­dzia­łam, że jest im trud­no bez nie­go, ale to na­głe we­zwa­nie i jego go­to­wość do po­dró­ży uru­cho­mi­ły we mnie ci­chy dzwo­nek alar­mo­wy.

- Oni mnie po­trze­bu­ją, Ni­chi mou. Prze­cież to się nie zda­rza czę­sto. - Przy­cią­gnął mnie do sie­bie i po­gła­skał po po­licz­ku. - Będę tę­sk­nić, moje Zło­te Ja­jecz­ko, ale nic ci nie bę­dzie. To tyl­ko kil­ka nocy.

- Okej, do­brze, sko­ro cię po­trze­bu­ją - wes­tchnę­łam.

- Ale to ozna­cza, że nie mogę po­je­chać na ślub, Ni­chi mou.

Och. Ślub.

Rozdział 3

W związ­ku z de­cy­zją Chri­sto­sa po­sta­no­wi­łam w cią­gu dnia, że mu­szę zna­leźć spo­sób, aby wziąć udział w ślu­bie sama. Nie mia­łam co praw­da ocho­ty wy­słu­chi­wać nie­unik­nio­nych uwag w sty­lu: "Gdzie jest twój ide­al­ny Chri­stos?", kie­dy zja­wię się bez grec­kie­go bo­ha­te­ra, ale waż­niej­sze było, że będę tam dla Lau­ry.

Po­nie­waż nie mam pra­wa jaz­dy, Chri­stos miał nas za­wieźć w dniu ślu­bu z Lon­dy­nu na wieś w Oxford­shi­re i z po­wro­tem. Za­pla­no­wa­łam po­dróż na nowo, przy czym skła­da­ły się na nią te­raz po­ciąg, au­to­bus, a na­stęp­nie tak­sów­ka. Będę mu­sia­ła jed­nak za­trzy­mać się w miej­sco­wym ho­te­lu. Ob­dzwo­ni­łam kil­ka z nich tego po­po­łu­dnia, ale zwa­żyw­szy na to, że do uro­czy­sto­ści po­zo­sta­ły za­le­d­wie dwa dni, wszyst­kie po­ko­je były za­re­zer­wo­wa­ne.

W czwar­tek nie mia­łam in­ne­go wy­bo­ru, jak tyl­ko za­dzwo­nić do Lau­ry, aby po­wie­dzieć jej, że nie dam rady. Za­wieść Lau­rę w ta­kiej sy­tu­acji to było jak wy­mie­rzyć po­li­czek na­szej przy­jaź­ni. Z tru­dem przy­cho­dzi­ło mi wy­ja­śnia­nie, dla­cze­go nie mogę przy­je­chać. Praw­da była jed­nak taka, że bez Chri­sto­sa po pro­stu nie mia­łam spo­so­bu, aby do­trzeć na ślub.

Tego wie­czo­ru, spo­tkaw­szy się z Chri­sto­sem w na­szym pu­bie na drin­ka, po­wie­dzia­łam mu, że za­dzwo­ni­łam do Lau­ry, aby ofi­cjal­nie ją prze­pro­sić, że nie przy­je­dzie­my. Chri­stos naj­wy­raź­niej nie ro­zu­miał zna­cze­nia tego, co mu­sia­łam wła­śnie zro­bić, i nie­fra­so­bli­wie plótł coś o Lau­rze i jej na­rze­czo­nym Cra­igu.

- Więc pań­stwo mło­dzi są ra­zem, od kie­dy skoń­czy­li szes­na­ście lat, co? Och, to uro­cze!

Chri­stos miał sen­ty­men­tal­ną am­bi­cję, aby ry­wa­li­zo­wać z bo­ha­te­ra­mi po­łu­dnio­wo­ame­ry­kań­skich te­le­no­wel. Od cza­su do cza­su wie­czo­rem słu­cha­li­śmy przez in­ter­net grec­kiej au­dy­cji ra­dio­wej, na któ­rą skła­da­ły się głów­nie te­le­fo­ny od sie­dem­dzie­się­cio­lat­ków oboj­ga płci, któ­rzy czy­ta­li wier­sze o utra­co­nych mi­ło­ściach. Ob­da­rzo­na ni­skim, zmy­sło­wym gło­sem pro­wa­dzą­ca la­men­to­wa­ła wraz z nimi, a Chri­stos ze smut­kiem wy­obra­żał so­bie dzień, kie­dy sam do­łą­czy do ich sze­re­gów.

- Tak, mie­li po szes­na­ście lat. Pa­mię­tam, kie­dy się po­zna­li. I gdzie. To było w noc­nym klu­bie na­sze­go przy­ja­cie­la w Le­eds.

- Mia­łaś szes­na­ście lat i cho­dzi­łaś do klu­bów, Ni­chi mou?

- W za­sa­dzie to trzy­na­ście! - za­śmia­łam się, po­pra­wia­jąc go.

- Więc... Ni­chi... - Chri­stos zno­wu zmie­nił się w ob­le­śne­go Gre­ka. - Czy to zna­czy, że przez całe ży­cie upra­wia­li seks tyl­ko ze sobą? Wy­obraź so­bie, z jed­nym part­ne­rem! Skąd miał­bym wie­dzieć, czy ro­bię to do­brze?

- Hm, chy­ba jed­nak byś wie­dział, Chri­stos!

- Masz na my­śli to, jak pró­bo­wa­li­śmy się ko­chać po raz pierw­szy, ale nam nie wy­szło?

To wspo­mnie­nie wciąż mnie prze­śla­do­wa­ło. Po­dob­no pierw­szy raz, kie­dy tra­fi­li­śmy ra­zem do łóż­ka, by­łam zbyt zde­ner­wo­wa­na, aby się ko­chać, i Chri­stos mu­siał prze­stać. Mó­wię "po­dob­no", bo ab­so­lut­nie tego nie pa­mię­tam, tyl­ko Chri­stos mi opo­wie­dział. Za­kła­dam, że moja amne­zja wy­ni­ka­ła z po­czu­cia winy, bo moja zna­jo­mość z Chri­sto­sem za­czę­ła się jako ro­mans. Gdy go po­zna­łam, mia­łam już chło­pa­ka - przy­stoj­ne­go, po­waż­ne­go męż­czy­znę, któ­ry - co god­ne po­dzi­wu - po­je­chał pra­co­wać jako wo­lon­ta­riusz w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej, gdy ja by­łam na ostat­nim roku stu­diów.

Pa­mię­tam, kie­dy Chri­stos pierw­szy raz za­pu­kał do mo­jej sy­pial­ni w aka­de­mi­ku, w któ­rym obo­je miesz­ka­li­śmy. Uj­rzaw­szy go, dys­kret­nie wrzu­ci­łam do szu­fla­dy moje zdję­cie z chło­pa­kiem. Kil­ka ty­go­dni póź­niej, gdy Chri­stos w koń­cu tra­fił do mo­je­go łóż­ka, po­czu­cie winy za­dzia­ła­ło ni­czym swo­je­go ro­dza­ju pas cno­ty i za­mknę­łam się cia­sno przed ku­ta­sem Chri­sto­sa. "Ale tyl­ko do na­stęp­nej nocy, he, he!" - przy­po­mi­nał mi za­wsze mój uko­cha­ny.

Z ko­lei tę noc na pew­no pa­mię­tam, tak jak i resz­tę. Moja przy­ja­ciół­ka Liz­zie okre­śli­ła Chri­sto­sa mia­nem "grec­kie dil­do". W tym pierw­szym okre­sie upra­wia­li­śmy seks tak czę­sto, że prak­tycz­nie ze­rwa­łam mu wę­dzi­deł­ko, ten ka­wa­łek skó­ry, któ­ry łą­czy na­ple­tek z pe­ni­sem. Mu­siał iść do pie­lę­gniar­ki na kam­pu­sie po spe­cjal­ną maść. Zda­je się, że uda­ło nam się po­wstrzy­mać tyl­ko przez ty­dzień. Po­tem, zde­spe­ro­wa­ni, po ci­chu ze­rżnę­li­śmy się w bok­sie w czy­tel­ni.

- Hej, Chri­stos, le­piej wra­caj­my do domu. Mu­sisz się spa­ko­wać, je­że­li chcesz zdą­żyć na ju­trzej­szy wie­czor­ny lot. Rano nie bę­dziesz miał cza­su.

Chri­stos nie­na­wi­dził pa­ko­wa­nia, i dziś nie było in­a­czej.

- Naj­pierw się przy­tul­my - po­wie­dział, kie­dy wró­ci­li­śmy do miesz­ka­nia. Sło­wo "przy­tu­lić" wy­mó­wił tak, jak ja to ro­bi­łam, z wy­raź­nym ak­cen­tem z pół­noc­nej An­glii.

Po­ło­ży­li­śmy się na łóż­ku. Chri­stos uży­wał wody to­a­le­to­wej Ken­zo Pour Hom­me. Wtu­li­łam twarz w jego szy­ję, roz­ko­szu­jąc się za­pa­chem. Mój uko­cha­ny uwiel­biał wo­nie do tego stop­nia, że w wol­nym cza­sie zro­bił na­wet kurs per­fu­me­ryj­ny. W skle­pie wol­no­cło­wym na lot­ni­sku na­tych­miast wie­dział, jaki za­pach bę­dzie do mnie pa­so­wał, a na uro­dzi­ny za­wsze ku­po­wał mi nowy fla­ko­nik cze­goś o nie­po­wta­rzal­nym za­pa­chu.

- Bo mię­dzy nami mó­wiąc, utrzy­ma­nie cie­bie dużo kosz­tu­je, Ni­chi - szep­nął mi do ucha Chri­stos. - Ale nie martw się. Twój mały se­kret jest bez­piecz­ny u two­je­go pana.

- Do­brze, pa­nie, nie masz ja­kiejś tor­by, żeby cię spa­ko­wać?

- Mam, mam.

Wsta­łam i po­szłam do ła­zien­ki umyć zęby. Chri­stos po­dą­żył za mną. Po­ca­ło­wał mnie de­li­kat­nie i czu­le w czu­bek gło­wy, a na­po­tkaw­szy w lu­strze mój wzrok, uśmiech­nął się.

- Taka pięk­na ko­bie­ta.

Zmarsz­czy­łam nos i po­trzą­snę­łam gło­wą, aż pa­sta po­cie­kła mi po bro­dzie.

- Na­wet gdy my­jesz te koł­ki! - To był ko­lej­ny zwrot ro­dem z York­shi­re, któ­ry so­bie przy­swo­ił, a brzmiał jesz­cze bar­dziej ab­sur­dal­nie z grec­kim ak­cen­tem.

Się­gnął po swo­ją szczo­tecz­kę i prze­py­cha­li­śmy się na­wza­jem, wal­cząc o miej­sce, aż obo­je uba­bra­li­śmy się pa­stą i chi­cho­ta­li­śmy przy­ja­ciel­sko nad zle­wem.

Po po­wro­cie do sy­pial­ni Chri­stos skrzy­wił się nad otwar­tą wa­liz­ką.

- Co mam ci przy­wieźć z domu, Ni­chi mou?

- Ja­kieś owo­ce po­pro­szę! - od­po­wie­dzia­łam. - I tro­chę her­bat­ni­ków od Gia­gii. - Sło­wo Gia­gia ozna­cza­ło bab­cię.

- Mmmm. - Chri­stos po­ki­wał gło­wą. - Dom! Je­dze­nie! Na­jem się po­rząd­nie. - W Gre­cji Chri­stos jadł za pię­ciu. Jak uda­ło mu się za­cho­wać cia­ło bok­se­ra wagi piór­ko­wej, było ta­jem­ni­cą, któ­rej roz­wią­za­nie zna­ła tyl­ko Sy­bil­la. - Bę­dzie wspa­nia­le, kie­dy po­je­dziesz ze mną w sierp­niu.

Przy­tak­nę­łam. Już czu­łam za­pach roz­grza­nej czer­wo­nej ta­pi­cer­ki ze skó­ry w jego zde­ze­lo­wa­nym mer­ce­de­sie i aro­mat krze­wów ba­zy­lii przy drzwiach domu jego ro­dzi­ców. Pa­mię­ta­łam, jak ich in­ten­syw­na woń ude­rza­ła w nas, gdy sa­mo­chód wjeż­dżał na pod­jazd. Na­gle sta­łam się sen­ty­men­tal­na.

- Chri­stos? Gdy­by­śmy mie­li się kie­dyś po­brać, mo­gli­by­śmy wziąć ślub w Gre­cji?

Prze­rwał pa­ko­wa­nie na chwi­lę i spoj­rzał na mnie.

- Oczy­wi­ście.

W so­bot­ni po­ra­nek, kie­dy prze­mie­rza­łam po­chmur­ny Hyde Park, do­sta­łam opóź­nio­ne­go ese­me­sa od Chri­sto­sa, jesz­cze z po­przed­nie­go wie­czo­ru. Pi­sał, że do­le­ciał bez­piecz­nie, że Gia­gia na­kar­mi­ła go już czte­re­ma ko­tle­ta­mi, a do tego ry­żem, sa­łat­ką, ziem­nia­ka­mi, cia­stem z mo­re­la­mi i kawą, i te­raz pa­lił so­bie pa­pie­ro­sa pod ja­śmi­nem, któ­ry rzu­cał cień na we­ran­dę. Wi­dzia­łam to i czu­łam wy­raź­niej niż chlu­po­czą­cą siną wodę w je­zio­rze Ser­pen­ti­ne.

Zno­wu po­my­śla­łam o ślu­bie Lau­ry. Przy­najm­niej po­sła­łam jej przy­zwo­ity pre­zent. Gnę­bio­na wy­rzu­ta­mi su­mie­nia wy­da­łam na nie­go wię­cej, niż mo­głam so­bie po­zwo­lić, ale nie po­czu­łam się wca­le le­piej. Mia­łam na­dzie­ję, że to zda­rze­nie nie wpły­nie ne­ga­tyw­nie na na­szą przy­jaźń. Na­gle za­czął pa­dać deszcz. Po­sta­no­wi­łam wró­cić do domu i za­jąć się pi­sa­niem po­da­nia o pra­cę. Spo­śród ogło­szeń z ostat­nich ty­go­dni była to je­dy­na po­sa­da, któ­rą mia­łam szan­sę zdo­być: sta­no­wi­sko asy­stent­ki me­dycz­nej w ze­spo­le chi­rur­gów w lon­dyń­skim szpi­ta­lu. Po­mi­mo am­bi­cji dzien­ni­kar­skich pra­co­wa­łam wcze­śniej do­ryw­czo w pu­blicz­nej służ­bie zdro­wia. Uwa­ża­łam, że to o wie­le bar­dziej roz­wi­ja­ją­ce niż prze­pi­sy­wa­nie ra­por­tów dla ja­kiejś nie­wiel­kiej agen­cji re­kla­mo­wej. Poza tym było to świet­ne prze­tar­cie przed pra­cą w gwar­nej re­dak­cji. Nie­wie­le jest spraw bar­dziej stre­su­ją­cych niż zor­ga­ni­zo­wa­nie prze­nie­sie­nia na łóż­ko pa­cjen­ta z po­wi­kła­nia­mi po­ope­ra­cyj­ny­mi. Po czymś ta­kim każ­de po­le­ce­nie re­dak­to­ra, do­ty­czą­ce na przy­kład przy­go­to­wa­nia tek­stu do dru­ku, nie jest już kwe­stią ży­cia lub śmier­ci.

Tego wie­czo­ru za­dzwo­nił do mnie Chri­stos.

- Ela, Ni­chi mou, jak moje Zło­te Jaj­ko?

- Do­brze. By­łam na spa­ce­rze, ale kie­dy się roz­pa­da­ło i prze­mo­kłam, wró­ci­łam na­pi­sać po­da­nie o pra­cę. Te­raz czy­tam. Jak w warsz­ta­cie?

- Dużo ro­bo­ty. Na­praw­dę mnie po­trze­bo­wa­li. Też prze­mo­kłem.

- Prze­mo­kłeś? W jaki spo­sób?

- Wsko­czy­łem do ba­se­nu w ubra­niu.

- Thee mou! - za­klę­łam po grec­ku. - Dla­cze­go?

- Gdy by­łem na lun­chu, ja­kaś dziew­czyn­ka wpa­dła do wody, więc sko­czy­łem za nią.

Cały Chri­stos. Nie na dar­mo do­stał imię po Zba­wi­cie­lu.

- Nic jej się nie sta­ło?

- Nie. Tyl­ko tro­chę pła­ka­ła. Chcia­ła do mamy. Na szczę­ście te­le­fon dzia­ła.

- Wsko­czy­łeś z ko­mór­ką?

- No tak, ze wszyst­kim. Na­wet w bu­tach. Nie było cza­su do na­my­słu. A po­tem zja­dłem obiad z Ma­rią, w mo­krej ko­szul­ce, he, he. I Ni­chi... Ko­bie­ty się na mnie ga­pi­ły!

- Za­ło­żę się, że chcia­ły wsko­czyć z tobą. - Za­śmia­łam się.

- Oj, chcia­ły. Dało się za­uwa­żyć po tym, jak póź­niej kla­ska­ły.

Wie­le razy wi­dzia­łam po­dob­ną re­ak­cję. Kie­dy ko­bie­ty do­strze­ga­ły cza­ru­ją­ce­go, prze­mi­łe­go Chri­sto­sa, gru­cha­ją­ce­go do dziec­ka, otwie­ra­ły sze­ro­ko oczy w de­spe­rac­kiej żą­dzy. Po­tem spo­glą­da­ły na mnie z wy­rzu­tem, jak­by chcia­ły po­wie­dzieć: "Dla­cze­go nie w peł­ni wy­ko­rzy­stu­jesz te pierw­szo­rzęd­ne grec­kie geny?".

Cza­sa­mi ża­ło­wa­łam, że nie od­czu­wam ta­kiej po­trze­by, ale od naj­wcze­śniej­sze­go dzie­ciń­stwa upie­ra­łam się, że nig­dy nie będę mat­ką. W ostat­nich la­tach mó­wi­łam przy­ja­ciół­kom, że wo­la­ła­bym iść do wię­zie­nia niż uro­dzić dziec­ko. One śmia­ły się ner­wo­wo i mó­wi­ły mi, że to tyl­ko kwe­stia cza­su, za­nim mój ze­gar bio­lo­gicz­ny za­cznie ty­kać na alarm, ale nie zga­dza­łam się z nimi. Mia­łam okrop­ne kosz­ma­ry do­ty­czą­ce po­ro­du w grec­kim szpi­ta­lu w czter­dzie­sto­stop­nio­wym upa­le, gdzie pot to­wa­rzy­szą­cy bó­lom po­ro­do­wym spły­wał po ścia­nach. Ale na­wet ja mu­sia­łam przy­znać, że myśl o Chri­sto­sie ra­tu­ją­cym dziew­czyn­kę przed uto­nię­ciem była dość ku­szą­ca.

- Och, Chri­stos. Zmu­szo­ny od­gry­wać bo­ha­te­ra, kie­dy chcia­łeś je­dy­nie zjeść miły lunch z sta­rą zna­jo­mą!

- Po tym wszyst­kim zja­dłem prak­tycz­nie pół świ­ni. Za­słu­ży­łem na to. Ni­chi mou, mu­szę iść, mama mnie woła. Zo­ba­czy­my się w po­nie­dzia­łek po po­łu­dniu, już się nie mogę do­cze­kać! S'aga­po! Ko­cham cię!

W po­nie­dzia­łek za­dzwo­ni­li do mnie z agen­cji w spra­wie pra­cy w szpi­ta­lu. Mo­głam za­cząć w tym ty­go­dniu, o ile wciąż re­flek­to­wa­łam. Wresz­cie ja­kiś do­chód! Ro­dzi­na Chri­sto­sa po­ży­czy­ła nam tro­chę pie­nię­dzy, by­śmy urzą­dzi­li się w Lon­dy­nie. Bez tego nie mo­gła­bym so­bie po­zwo­lić, żeby prze­nieść się tu­taj i re­ali­zo­wać te­raz wy­bra­ną ścież­kę ka­rie­ry. Było mi jed­nak wstyd, że mu­sia­łam od nich po­ży­czać, ma­jąc na do­da­tek ty­sią­ce fun­tów za­cią­gnię­te­go już dłu­gu, w tym kre­dy­tu, dwóch de­be­tów na ra­chun­ku bie­żą­cym i nie­spła­co­ne­go za­dłu­że­nia na kar­cie kre­dy­to­wej. Nie że­bym była lek­ko­myśl­na w spra­wach fi­nan­so­wych jako stu­dent­ka, ale po­sta­no­wi­łam nie pra­co­wać pod­czas stu­diów, aby skon­cen­tro­wać się na zdo­by­ciu naj­lep­sze­go wy­kształ­ce­nia. Opła­ci­ło się.

Wró­ci­łam my­śla­mi do dnia, kie­dy do­wie­dzia­łam się o mo­jej pierw­szej piąt­ce. Przy­bie­głam do dzie­ka­na­tu an­gli­sty­ki, ale na miej­scu oka­za­ło się, że do jego otwar­cia i ode­bra­nia wy­ni­ku po­zo­sta­ło jesz­cze ca­łych dwu­dzie­ścia sie­dem mi­nut. Pró­bo­wa­łam wy­ko­ny­wać ćwi­cze­nia od­de­cho­we, któ­rych na­uczy­łam się nie­daw­no na jo­dze, i roz­my­śla­łam nad wła­sną przy­szło­ścią. Chcia­łam da­lej roz­wi­jać swój umysł, ale bar­dziej niż do na­uki cią­gnę­ło mnie do dzien­ni­kar­stwa. Na dru­gim roku stwo­rzy­łam li­te­rac­ki pro­gram ra­dio­wy i by­łam pew­na, że ten ro­dzaj pra­cy na­praw­dę mnie po­cią­ga. Bar­dzo lu­bi­łam się uczyć, ale te­raz chcia­łam miesz­kać w sto­li­cy i pra­co­wać w tęt­nią­cej ży­ciem re­dak­cji.

By­łam tak po­chło­nię­ta snu­ciem pla­nów, że gdy zja­wił się Chri­stos, zdy­sza­ny po bie­gu z dru­gie­go koń­ca kam­pu­su, mu­siał wy­po­wie­dzieć moje imię aż trzy razy, za­nim go za­uwa­ży­łam.

- Idzie­my po twój wy­nik, Ni­chi mou?

- Boję się! - za­ję­cza­łam, ale po­czu­łam ulgę, że on jest już ze mną.

- Nie! Nic się nie bój, Zło­te Ja­jecz­ko. - Przy­cią­gnął mnie do sie­bie, ca­łu­jąc naj­pierw je­den po­li­czek, a po­tem dru­gi.

Wśli­zgnę­łam się cia­sne­go dzie­ka­na­tu, któ­ry nie­wie­le się róż­nił od po­ste­run­ku po­li­cji.

- Na­zwi­sko? - za­py­ta­ła se­kre­tar­ka.

- Ni­chi Hodg­son. Ni­co­la - wy­bą­ka­łam szep­tem. Czu­łam, że za­raz ser­ce pod­sko­czy mi do gar­dła, wy­pad­nie i bę­dzie le­żeć ro­ze­dr­ga­ne na ta­niej wy­kła­dzi­nie.

- Bar­dzo do­brze, Ni­co­la. Masz piąt­kę.

Za­pisz­cza­łam. Chri­stos ob­jął mnie za ra­mio­na, ści­snął moje po­licz­ki, przy­tu­lił mnie do sie­bie i śmia­li­śmy się ra­zem bez koń­ca. Tak wie­le za­wdzię­cza­łam Chri­sto­so­wi i jego ab­so­lut­nej wie­rze we mnie, jego nie­ugię­te­mu wspar­ciu.

Uśmiech­nę­łam się na to wspo­mnie­nie. Chri­stos ko­chał mnie nie za moje osią­gnię­cia, ale po­mi­mo mo­ich nie­po­wo­dzeń. A ja chcia­łam zre­wan­żo­wać się mu tym sa­mym wspar­ciem te­raz, kie­dy pod­jął się pi­sa­nia dok­to­ra­tu.

Na dole trza­snę­ły drzwi.

- Ela, Ni­chi mou!

Wró­cił. Dzię­ki Bogu. Po­de­rwa­łam się od sto­łu i spraw­dzi­łam w lu­strze po­mad­kę na ustach, po czym go­rącz­ko­wo chwy­ci­łam per­fu­my sto­ją­ce na ko­min­ku. Wcze­śniej prze­bra­łam się w czar­ną, luź­ną spód­nicz­kę, któ­rą ku­pił mi Chri­stos, ozdo­bio­ną wo­kół rąb­ka ko­lo­ro­wy­mi, trój­wy­mia­ro­wy­mi gro­cha­mi, i ko­szul­kę z du­żym de­kol­tem.

Po­szłam otwo­rzyć drzwi sy­pial­ni na po­wi­ta­nie. A oto on: bia­ły T-shirt, oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne i opa­le­ni­zna o dwa od­cie­nie głęb­sza po jed­nym week­en­dzie. Wy­glą­dał tak, jak­by wła­śnie wy­szedł z głów­ne­go dro­mos w Ate­nach.

- Eeeeeeeeech! - wy­krzyk­nął roz­pro­mie­nio­ny. To był od­głos, któ­ry wy­da­wa­łam z pod­nie­ce­nia, a te­raz on go na­śla­do­wał. - Jajo, Jaj­ko, Ja­jecz­ko, jak tam moja pięk­na kali mou? - Ob­jął mnie, nie­mal du­sząc w ra­mio­nach. Pach­niał per­fu­ma­mi Ken­zo, ale tak­że wodą ró­ża­ną, mię­tą i wy­jąt­ko­wą grec­ką gumą do żu­cia - ma­styk­sem.

- Cie­szę się, że wró­ci­łeś - za­mru­cza­łam.

Chri­stos wcią­gnął wa­liz­kę do po­ko­ju i padł na ko­la­na.

- Za­cze­kaj chwi­lę, cze­kaj... Te­raz zo­bacz­my, co my tu mamy dla Ni­chi.

Z wa­liz­ki wy­do­był nie­zwy­kły na­szyj­nik z pa­cior­ków, nowe per­fu­my, a na koń­cu parę ślicz­nych pan­to­fli na kor­ko­wym ko­tur­nie.

- Za­miast tych okrop­nych bia­łych, któ­rych nie chcesz się po­zbyć.

Jego tro­skli­wość za­wsze na mnie dzia­ła­ła, ale nig­dy wcze­śniej nie ku­po­wał mi bu­tów, i by­łam nie­co scep­tycz­na.

- Czy ty w ogó­le wiesz, jaki mam roz­miar, Chri­stos?

- No oczy­wi­ście! Po­ka­za­łem eks­pe­dient­ce kształt i dłu­gość two­jej sto­py, o tak. - Za­mknął oczy i za­de­mon­stro­wał, jak ry­su­je w po­wie­trzu, sta­ra­jąc się wy­cza­ro­wać moją sto­pę, po­tem otwo­rzył oczy, gdy usta­lił roz­miar. - Ni­czym Ła­zarz w skle­pie obuw­ni­czym. A po­tem ona po­mo­gła mi wy­brać.

Po­krę­ci­łam gło­wą z nie­do­wie­rza­niem, a po­tem jesz­cze raz, kie­dy oka­za­ło się, że pa­su­ją ide­al­nie.

- Efha­ri­sto para poli, Chri­stos, są świet­ne! Och, przy oka­zji, do­sta­łam pra­cę - po­wie­dzia­łam, zsu­wa­jąc pan­to­fle. - Wpraw­dzie znów to tyl­ko tym­cza­so­we za­ję­cie w szpi­ta­lu, ale pen­sja jest do­bra. Przy­najm­niej wy­star­czy na za­pła­ce­nie ra­chun­ków. Dzię­ki Bogu, nasz czynsz nie jest wy­so­ki. Nie wiem, jak ko­go­kol­wiek w tej oko­li­cy stać na wy­na­jem dwu­oso­bo­we­go miesz­ka­nia na wła­sną rękę.

- Wspa­nia­ła wia­do­mość! Wi­dzisz, wszyst­ko się do­brze ukła­da, Ni­chi mou. Wyjdź­my dzi­siaj na ko­la­cję z tej oka­zji, co? Gdzie chcia­ła­byś pójść? Do ja­kiejś ład­nej tu­rec­kiej re­stau­ra­cji? Może na fat­to­ush?

Po­ki­wa­łam ra­do­śnie gło­wą.

- Chodź­my.

- Świet­nie. Umy­ję tyl­ko ręce i mo­że­my iść. Zno­wu je­stem głod­ny!

Za­śmia­łam się.

- Prze­cież w domu już cię na­kar­mi­li!

- Wła­śnie! Wró­cił mi grec­ki ape­tyt! W każ­dym ra­zie też mam dla cie­bie wie­ści.

- Więc co chcia­łeś mi po­wie­dzieć?

Chri­stos skoń­czył prze­żu­wać je­dze­nie, prze­łknął, na­pił się wody, od­chrząk­nął i po­ło­żył rękę na sto­le, wciąż trzy­ma­jąc nóż.

- Roz­ma­wia­łem z ro­dzi­ca­mi na te­mat dok­to­ra­tu. Są bar­dzo szczę­śli­wi, ale mar­twi ich parę rze­czy... - Urwał. - To, jak tu ży­je­my Lon­dy­nie.

- Jak to?

- Hm... - Zno­wu prze­rwał, jak­by nie mógł zna­leźć od­po­wied­nich słów. To było do nie­go nie­po­dob­ne. Wła­dał fran­cu­skim i wło­skim, a po an­giel­sku wy­ra­żał się płyn­niej i bar­dziej wy­ra­zi­ście niż po­ło­wa zna­nych mi Bry­tyj­czy­ków. - We­dług nich to, że ty i ja miesz­ka­my ra­zem, nie jest do­brym roz­wią­za­niem. Uwa­ża­ją, że by­ło­by le­piej, gdy­bym miesz­kał z in­ny­mi stu­den­ta­mi.

Na­tych­miast łzy na­pły­nę­ły mi do oczu i ści­snę­ło mnie w gar­dle. Czy do­brze usły­sza­łam? Czy Chri­stos oznaj­mia mi, że się wy­pro­wa­dza?

- O czym ty mó­wisz, Chri­stos? Do­pie­ro co ze sobą za­miesz­ka­li­śmy. Prze­nie­śli­śmy się tu ra­zem! Urzą­dza­my się wspól­nie. - Po czym do­da­łam: - Mamy się po­brać!

Nig­dy do­tąd nie uj­mo­wa­łam na­szej re­la­cji w taki spo­sób, a te­raz za­brzmia­ło to jak de­kla­ra­cja, ale wy­ni­ka­ją­ca nie z mi­ło­ści, lecz z roz­pa­czy.

- Oj­ciec po­wie­dział mi: "Moż­na być albo mę­żem, albo stu­den­tem, Chri­stos. Ale nie oby­dwo­ma na­raz". - Chri­stos po­wtó­rzył te chłod­ne sło­wa nie­mal rów­nie bez­na­mięt­nie.

- I co, za­mie­rzasz go po­słu­chać? - Te­raz by­łam zła. Jak ro­dzi­na Chri­sto­sa śmie in­ge­ro­wać w na­szą przy­szłość? Mia­łam dwa­dzie­ścia trzy lata, na mi­łość bo­ską, nie trzy­na­ście. Jak mają czel­ność na­ra­żać nasz zwią­zek na szwank, nie trak­tu­jąc go po­waż­nie?

- Ale Ni­chi mou, pła­cą za mnie! Mu­szę brać pod uwa­gę ich ży­cze­nia. Tu nie cho­dzi o cie­bie.

Moim zda­niem wła­śnie o mnie cho­dzi­ło.

- Chri­stos, ja na­praw­dę nie ro­zu­miem. Jak oni mogą my­śleć, że będę ci prze­szka­dzać? Sama wło­ży­łam wie­le wy­sił­ku w to, żeby skoń­czyć stu­dia, i wiem, jak waż­ne jest, aby mieć sta­bil­ne, spo­koj­ne wa­run­ki do na­uki. I prze­cież nie będę się krę­cić po domu cały dzień, bo pra­cu­ję. Bę­dziesz miał mnó­stwo cza­su, aby zro­bić to, co mu­sisz. A gdy wró­cę z pra­cy, mo­że­my zjeść ko­la­cję i spę­dzić tro­chę cza­su ra­zem.

- Wiesz, że to się nie spraw­dza w moim przy­pad­ku, Ni­chi. - Chri­stos sztyw­no, wręcz ry­tu­al­nie trzy­mał się swo­je­go try­bu dnia. - Mogę pra­co­wać tyl­ko w nocy. W prze­ciw­nym ra­zie czu­ję, że mar­nu­ję ży­cie, sie­dząc w bi­blio­te­ce przez cały dzień i czy­ta­jąc pra­cę ja­kie­goś bie­da­czy­ny, któ­re­mu praw­do­po­dob­nie od­padł pe­nis, bo go nie uży­wał, a tyl­ko uczył się przez wie­le go­dzin.

Zi­gno­ro­wa­łam ten kiep­ski żart.

- Chcesz więc po­wie­dzieć, że na­wet nie bę­dziesz pró­bo­wał uczyć się w dzień, że­by­śmy mo­gli po­być ra­zem wie­czo­rem?

- Ten dok­to­rat to bar­dzo duże wy­zwa­nie, Ni­chi. Mu­szę być pe­wien, że mogę się uczyć, gdy tyl­ko mi to pa­su­je.

Za­tem nie cho­dzi­ło je­dy­nie o jego ro­dzi­ców. Cho­dzi­ło o na­sze wspól­ne ży­cie i fakt, że w ja­kiś spo­sób by­łam dla Chri­sto­sa cię­ża­rem albo mu prze­szka­dza­łam, przy­pusz­czal­nie zaś jed­no i dru­gie.

A po­tem do­tar­ła do mnie jesz­cze jed­na rzecz.

- I co ja mam te­raz zro­bić? Gdzie będę miesz­kać, je­śli się wy­pro­wa­dzisz?

Bez po­mo­cy Chri­sto­sa, z któ­rym dzie­li­łam kosz­ty wy­naj­mu, nie było mnie stać na miesz­ka­nie w Lon­dy­nie.

- Sio­stra mi po­wie­dzia­ła, że ktoś od niej z pra­cy zwal­nia po­kój od wrze­śnia. Mo­że­my za­dzwo­nić i za­re­zer­wo­wać go dla cie­bie.

Co? Więc jego ro­dzi­na wszyst­ko już do­kład­nie prze­dys­ku­to­wa­ła? W każ­dej in­nej sy­tu­acji by­ła­bym wście­kła. Ale te­raz po pro­stu by­łam za­ła­ma­na, że Chri­stos prak­tycz­nie mnie po­rzu­ca.

- Do­brze - od­par­łam, nie wi­dząc nic przez łzy. - Po pro­stu nie mogę uwie­rzyć, że ot tak po­in­for­mo­wa­łeś mnie o tym, a nie za­py­ta­łeś o moją opi­nię.

- Słu­chaj, bę­dzie do­brze. Mamy spo­ro cza­su, aby wszyst­ko po­ukła­dać. Może na­wet nie zro­bię dok­to­ra­tu. Po­cze­ka­my i zo­ba­czy­my.