Przytul się do mnie. Tom 1 - Sandi Lynn

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wszyst­kim fa­nom mo­ich po­wie­ści. Bez Was ta książka ni­gdy by nie po­wstała.

Mam na­dzieję, że hi­sto­ria Iana i Rory sprawi Wam

tyle samo przy­jem­no­ści, ile mia­łam ja, gdy ją pi­sa­łam!

Mi­łej lek­tury!

Mi­łość

On nie jest ide­alny. Ty też nie i ni­gdy nie bę­dzie­cie. Ale je­śli po­trafi cię cza­sem roz­śmie­szyć, spra­wić, że po­my­ślisz, za­nim coś zro­bisz, i przy­zna, że jest tylko czło­wie­kiem i może po­peł­niać błędy, trzy­maj się go i daj mu z sie­bie wszystko. Nie bę­dzie de­kla­mo­wał ci wier­szy i nie myśli o to­bie w każ­dej se­kun­dzie dnia, ale po­da­ruje ci cząstkę sie­bie, którą mo­żesz zła­mać. Nie krzywdź go, nie próbuj go zmie­nić i nie ocze­kuj wię­cej, niż może ci dać. Nie ana­li­zuj. Uśmie­chaj się, gdy cię uszczę­śli­wia, krzycz, kiedy cię de­ner­wuje, i tę­sk­nij, kiedy go nie ma. Ko­chaj mocno, kiedy jest mię­dzy wami mi­łość. Bo ide­alni fa­ceci nie ist­nieją, ale za­wsze znaj­dzie się taki, który jest twoim ide­ałem.

Bob Mar­ley

Za­ko­chałem się w jej od­wa­dze, szcze­ro­ści i ogrom­nym sza­cunku do sa­mej sie­bie. I w te rze­czy wła­śnie wie­rzę, na­wet je­śli cały świat bę­dzie po­dej­rzewał, że nie jest tym, kim po­winna być. Ko­cham ją, i to jest po­czą­tek wszyst­kiego.

F. Scott Fit­zge­rald

Roz­dział 1

Ból był nie do znie­sie­nia, ale nie mo­głam się za­trzy­mać. Mu­sia­łam ucie­kać, bo ina­czej on by mnie zna­lazł. Bie­gnąc ulicą, spoj­rza­łam za sie­bie. By­łam prze­ra­żona i sa­motna. Wo­kół pa­no­wała ciem­ność, kro­ple desz­czu ude­rzały mnie po twa­rzy. Nie było czasu, żeby sta­nąć ani po­my­śleć. Prze­mo­czone buty chlu­po­tały w ka­łu­żach, gdy szłam przez słabo oświe­tlone ulice. Mi­ja­jący mnie lu­dzie dziw­nie mi się przy­glą­dali. Przy­ci­ska­łam rękę do boku, czu­jąc pul­su­jący ból. Za­krę­ciło mi się w gło­wie i za­trzy­ma­łam się w bocz­nej alejce. Usia­dłam, opie­ra­jąc się o ścianę. Za­czę­łam szybko od­dy­chać. Pod­nio­słam rękę, żeby obej­rzeć ją w bla­dym świe­tle. Jęk­nę­łam na wi­dok krwi, która za­częła ka­pać na zie­mię. Trzę­słam się i czu­łam, że za chwilę stracę przy­tom­ność, ale mu­sia­łam iść da­lej. Wsta­łam i opar­łam się o ścianę. Przy­ci­snę­łam rękę do boku i wy­szłam z alejki.

Za­czę­łam so­bie przy­po­mi­nać, w jaki spo­sób się tu zna­la­złam. Sza­mo­ta­nina, wście­kłość, wy­raz jego twa­rzy, któ­rego ni­gdy nie za­po­mnę, i nóż wbity w mój bok. Chod­nik za­wi­ro­wał, ból na­ra­stał. Nie wie­dzia­łam, gdzie je­stem ani do­kąd idę, aż w końcu wpa­dłam na ja­kie­goś fa­ceta i osu­nę­łam się w jego ra­miona.

- Hej, pa­nienko. Wszystko w po­rządku?

Nie mo­głam wy­do­być z sie­bie głosu i za­czę­łam osu­wać się na zie­mię. Czu­łam, jak wziął mnie za rękę, pod­niósł i za­niósł na tylne sie­dze­nie sa­mo­chodu.

- Co to ma, do dia­bła, zna­czyć, Jo­shua? - Usły­sza­łam czyjś ni­ski głos.

- Ona jest ranna i po­trze­buje po­mocy. Wy­gląda na to, że do­stała no­żem.

- Za­dzwoń do dok­tora Gra­hama i po­wiedz mu, co się stało. Niech przy­je­dzie do domu.

- Może po­win­ni­śmy ją za­wieźć na po­go­to­wie?

- Do domu do­je­dziemy szyb­ciej. Jedź.

Męż­czy­zna ob­jął mnie ra­mie­niem i po­ło­żył na swo­ich ko­la­nach. Po­czu­łam, jak kła­dzie mi rękę na ra­nie, i wzdry­gnę­łam się, gdy prze­szył mnie ból.

- Spo­koj­nie, za­raz się tobą zaj­miemy - po­wie­dział ni­skim gło­sem. - Kto ci to zro­bił?

Pró­bo­wa­łam na niego spoj­rzeć, ale wi­dzia­łam tylko ciem­ność. Po­woli za­mknę­łam oczy, aż po­czu­łam na bro­dzie silny uścisk jego dłoni.

- Zo­stań ze mną. Nie za­my­kaj oczu, mu­sisz być przy­tomna.

- Nie... nie mogę - wy­szep­ta­łam.

Wziął mnie pod brodę i prze­su­nął moją głowę w prawo i w lewo.

- Mo­żesz i bę­dziesz. To nie prośba, to roz­kaz. Ro­zu­miesz?

Za­nim się obej­rza­łam, sa­mo­chód za­trzy­mał się i ktoś otwo­rzył drzwi. Męż­czy­zna wy­cią­gnął mnie z wozu i za­niósł na górę.

- Po­łóż ją tu­taj, Ian, i po­zwól mi się nią za­jąć. - Usły­sza­łam ko­lejny mę­ski głos.

- Wyj­dzie z tego? - za­py­tał ni­ski głos.

- Zro­bię, co będę mógł, ale wy­gląda na to, że stra­ciła sporo krwi - od­parł, roz­ci­na­jąc mi ko­szulę.

Pró­bo­wa­łam sku­pić się na tym, co się działo, ale nie mo­głam. Po­kój za­wi­ro­wał, twa­rze się roz­ma­zały, a ja chcia­łam je­dy­nie za­mknąć oczy. Po­czu­łam ukłu­cie, i to była ostat­nia rzecz, jaką za­pa­mię­ta­łam.

Po­woli otwo­rzy­łam oczy i od razu za­uwa­ży­łam ogromne łóżko, w któ­rym le­ża­łam. Po­ściel była przy­jemna, a po­duszka miękka. Wi­dzia­łam piękny zie­lony ma­te­riał udra­po­wany mię­dzy czte­rema mi­ster­nie rzeź­bio­nymi słu­pami łóżka.

- Nie śpisz - po­wie­dział męż­czy­zna o ni­skim gło­sie, wcho­dząc do po­koju.

- Gdzie ja je­stem? - wy­szep­ta­łam.

Wszedł do środka i usiadł na brzegu łóżka.

- Je­steś w moim domu.

- Co się ze mną stało? - za­py­ta­łam, bo ni­czego nie pa­mię­ta­łam.

- Może za­czniesz od tego, że po­wiesz mi, jak masz na imię? - Usiadł na łóżku i na­chy­lił się nade mną.

Spoj­rza­łam w jego błę­kitne oczy i po­wie­dzia­łam:

- Rory. Mam na imię Rory.

- Rory? - za­py­tał ze zdu­mie­niem.

- To skrót od Au­rory - od­par­łam.

- Miło mi cię po­znać Rory. Je­stem Ian Bra­xton - po­wie­dział, wsta­jąc i na­le­wa­jąc mi szklankę wody. - Na­pij się.

Unio­słam głowę, kiedy przy­sta­wił mi szklankę do ust. Czu­łam w boku pul­su­jący ból, który przy­po­mniał mi o tam­tej okrop­nej nocy.

- Grzeczna dziew­czynka. A te­raz po­wiedz mi, kto cię skrzyw­dził? - za­py­tał.

Od­wró­ci­łam wzrok, bo nie mia­łam za­miaru opo­wia­dać mu o swo­ich pro­ble­mach. W końcu był zu­peł­nie ob­cym fa­ce­tem, mimo że mi po­mógł.

- Jak długo spa­łam?

- Ja­kieś dwa dni. Za­py­tam cię raz jesz­cze. Kto ci to zro­bił i dla­czego?

- Nie wiem - skła­ma­łam.

- Kła­miesz - po­wie­dział. - Nie lu­bię lu­dzi, któ­rzy kła­mią.

- A ja nie lu­bię lu­dzi, któ­rzy są wścib­scy i my­ślą, że mu­szą wszystko wie­dzieć.

Uniósł brew.

- Hm - mruk­nął, wpa­tru­jąc się we mnie. - Do­brze, Au­roro. Po­wiesz mi, kiedy przyj­dzie czas. - Wstał z łóżka i ru­szył w stronę drzwi. Po­ło­żył rękę na okrą­głej klamce, ale za­nim ją prze­krę­cił, od­wró­cił się w moją stronę. - Oca­li­łem ci ży­cie i je­steś mi coś winna. Tak to działa. Zro­bi­łem coś dla cie­bie, a ty zro­bisz coś dla mnie.

Wy­szedł z po­koju i za­mknął za sobą drzwi. Pró­bo­wa­łam usiąść, ale ból był nie do znie­sie­nia. Kiedy za­mknę­łam oczy, wi­dzia­łam tylko jego, wy­raz jego twa­rzy i nóż wbity w moje ciało. Od­wró­ci­łam głowę i spoj­rza­łam w duże okno. Okna bal­ko­nowe, które pro­wa­dziły na ze­wnątrz, były piękne. Ale je­dyne, co wi­dzia­łam z mo­jej po­zy­cji, to błę­kitne niebo. Nie mia­łam po­ję­cia, gdzie je­stem, poza tym, że dom na­le­żał do męż­czy­zny, który na­zy­wał się Ian Brax­ton. Sek­sow­nego męż­czy­zny. Męż­czy­zny, który miał ja­kieś metr osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, ja­sno­brą­zowe włosy i błę­kitne oczy, przy­po­mi­na­jące wi­doczne za oknem niebo. Lekki gry­mas na twa­rzy do­da­wał mu tylko uroku. Ni­gdy nie za­po­mnę jego głosu. Ni­ski, głę­boki, nie­zno­szący sprze­ciwu, już na za­wsze po­zo­sta­nie w mo­jej pa­mięci. Je­dyny głos, jaki sły­sza­łam, gdy by­łam prze­ra­żona, ranna i opusz­czona. Czu­łam, że po­wieki ro­bią mi się cięż­kie, ale kiedy je za­mknę­łam, usły­sza­łam lek­kie skrzyp­nię­cie drzwi. Otwo­rzy­łam oczy i uj­rza­łam sto­ją­cego nade mną Iana.

- Mu­sisz wziąć an­ty­bio­tyk - po­wie­dział.

- An­ty­bio­tyk? Na co?

- Żeby nie wdała się in­fek­cja. Pa­mię­tasz może, co to był za nóż?

Za­mknę­łam oczy i za­miast ciem­no­ści uj­rza­łam dłu­gie ostrze, które trzy­mał w dłoni, gdy mnie dźgnął. Otwo­rzy­łam oczy, czu­jąc pul­su­jący ból w ra­nie.

- Wszystko w po­rządku, Au­roro?

- Nic mi nie jest - rzu­ci­łam, od­wra­ca­jąc wzrok.

- Chcesz mi coś po­wie­dzieć?

- Nie. Co niby mia­ła­bym ci po­wie­dzieć?

Ian usiadł na brzegu łóżka i wpa­try­wał się we mnie.

- Nie po­wie­dzia­łaś mi, jak masz na na­zwi­sko - przy­po­mniał, wy­cią­ga­jąc rękę z dużą czer­woną pi­gułką.

Kiedy chcia­łam wziąć pi­gułkę, za­ci­snął dłoń na mo­jej ręce.

- Nie masz po­wodu, by się mnie oba­wiać. Ze mną je­steś bez­pieczna, ale mu­sisz mi za­ufać.

Po­ki­wa­łam głową, a on uśmiech­nął się lekko, otwie­ra­jąc dłoń, bym mo­gła wziąć pi­gułkę. Po­dał mi szklankę wody. Wsu­nę­łam ta­bletkę do ust i po­łknę­łam ją.

- Sinc­lair. Na na­zwi­sko mam Sinc­lair - przed­sta­wi­łam się. - A na imię mam Rory. Nie­na­wi­dzę imie­nia Au­rora, więc pro­szę na­zy­waj mnie Rory.

Ką­ciki jego ust unio­sły się lekko.

- Pew­nie umie­rasz z głodu. Po­pro­szę ku­cha­rza, żeby coś ci przy­go­to­wał. Co lu­bisz jeść?

- Nie je­stem głodna - po­wie­dzia­łam, wy­glą­da­jąc przez okno.

- Nie­ważne, czy je­steś głodna, czy nie. Mu­sisz jeść.

Za­czy­nał mnie de­ner­wo­wać. Chcia­łam zo­stać sama.

- Mo­żesz mnie po pro­stu zo­sta­wić? - za­py­ta­łam po­iry­to­wa­nym gło­sem.

- Do­brze. Na ra­zie cię zo­sta­wię. Ale nie myśl, że już z tobą skoń­czy­łem.

Wstał i wy­szedł. O co mu cho­dziło? Wy­glą­dało na to, że miał bzika na punk­cie kon­troli. Gdyby nie był tak cho­ler­nie przy­stojny, bez pro­blemu mo­gła­bym się mu oprzeć. Ach Rory, za­po­mnij o tym, upo­mnia­łam samą sie­bie. Ktoś taki jak on ni­gdy nie za­in­te­re­suje się kimś ta­kim jak ja. Ja­kąś go­dzinę póź­niej męż­czy­zna w bia­łej ko­szuli, czar­nych spodniach i czepku ku­cha­rza przy­niósł mi tacę z mi­ską zupy i chle­bem.

- To dla pani, panno Rory. Przy­go­to­wa­łem do­mowy ro­sół z ma­ka­ro­nem i do­mowy chleb. Wszystko, czego pani po­trze­buje, jest na tacy - po­wie­dział, sta­wia­jąc tacę na mo­ich ko­la­nach.

W po­wie­trzu uniósł się za­pach ro­sołu.

- Dzię­kuję. Pach­nie wspa­niale.

- Bar­dzo pro­szę. Gdyby cze­goś pani po­trze­bo­wała, pro­szę tylko na­ci­snąć przy­cisk, a dzwo­nek ode­zwie się w kuchni - po­in­for­mo­wał.

- Dzię­kuję. Jak ma pan na imię?

- Na­zy­wam się Char­les, pro­szę pani - po­wie­dział i wy­szedł z po­koju.

Pa­trząc na uno­szącą się z ta­le­rza parę, wzię­łam łyżkę i za­czę­łam nią mie­szać w mi­sce. Nie­na­wi­dzi­łam ro­sołu i mia­łam ku temu po­wody, ale by­łam głodna, a po­nie­waż nie po­wie­dzia­łam, co lu­bię jeść, Char­les po­my­ślał, że ro­sół bę­dzie do­brym roz­wią­za­niem. Pod­nio­słam łyżkę do ust i po­dmu­cha­łam, żeby ostu­dzić zupę. Nie była zła. Je­stem pewna, że była fe­no­me­nalna, ale po­nie­waż nie­na­wi­dzi­łam ro­sołu, mo­głam je­dy­nie stwier­dzić, że nie była zła. Ba­łam się tego miej­sca. Ba­łam się jego. Po­wie­dział, że mogę mu za­ufać, ale nie ufa­łam już ni­komu.

Roz­dział 2

Mu­sia­łam wziąć prysz­nic. Ro­zej­rza­łam się po po­koju i do­strzeg­łam drzwi do ła­zienki. Ostroż­nie opu­ści­łam nogi i po­sta­wi­łam je na pod­ło­dze. Przy­ci­snę­łam rękę do zra­nio­nego boku i wsta­łam z łóżka. Chwilę sta­łam w miej­scu i cze­ka­łam, aż miną za­wroty głowy. Wol­nym kro­kiem ru­szy­łam w stronę ła­zienki i za­trzy­ma­łam się przed ol­brzy­mim lu­strem, które stało w rogu. Moje dłu­gie, brą­zowe włosy były splą­tane i prze­tłusz­czone, a brą­zowe oczy za­pad­nięte. Wy­glą­da­łam tak, jak­bym nie spała od kilku dni. Moja ja­sna skóra wy­da­wała się po­sza­rzała i wy­glą­da­łam jak kupa nie­szczę­ścia. Nie mia­łam po­ję­cia, skąd wzięła się nocna ko­szula, którą mia­łam na so­bie, ale była ładna. Się­ga­jąca do ko­stek sa­ty­nowa ko­szula z ko­ronką była je­dyną rze­czą, która od­róż­niała mnie od osoby bez­dom­nej. Ro­ze­śmia­łam się w du­chu, po­nie­waż tak na­prawdę by­łam bez­domna. We­szłam do ol­brzy­miej ła­zienki, która była więk­sza niż moje po­przed­nie miesz­ka­nie, i opu­ści­łam ra­miona ko­szuli, po­zwa­la­jąc jej opaść na pod­łogę. Ostroż­nie zdję­łam ban­daż, który za­kry­wał skutki tam­tej okrop­nej nocy. Po­czu­łam mdło­ści na wi­dok rany, która już na za­wsze miała szpe­cić mój prawy bok. Znowu za­częło mi się krę­cić w gło­wie, więc usia­dłam na to­a­le­cie, cze­ka­jąc, aż za­wroty miną. Czy będę w sta­nie wziąć prysz­nic? Po­woli wsta­łam z to­a­lety, od­krę­ci­łam kran pod prysz­ni­cem i we­szłam do środka. Prze­je­cha­łam ręką po be­żo­wej mar­mu­ro­wej ścia­nie i spoj­rza­łam na prze­szklone trzy­skrzy­dłowe drzwi. Gdyby ktoś wszedł do środka, zo­ba­czyłby mnie cał­kiem nagą. W środku były półki, na któ­rych stały żele pod prysz­nic, szam­pony, od­żywki, ma­szynki do go­le­nia, gąbki i pe­eling do ciała z mor­skiej soli. Kiedy pró­bo­wa­łam umyć włosy, na­gle usły­sza­łam za drzwiami czyjś głos.

- Ja­kim cu­dem udało ci się wejść pod prysz­nic? Wiem, że nie mo­żesz umyć so­bie wło­sów. Je­stem pe­wien, że gdy uno­sisz ręce, ból jest nie do znie­sie­nia.

Miał ra­cję. Ból był nie­zno­śny.

- Nic mi nie jest.

- Wcale nie. Nie po­win­naś być tam sama. A co je­śli się prze­wró­cisz albo stra­cisz przy­tom­ność?

- Nic mi nie jest.

- Au­roro, prze­stań! Wcho­dzę do środka, żeby ci po­móc.

- Po moim tru­pie! Nie waż się otwie­rać tych drzwi! - krzyk­nę­łam.

- To owiń się ręcz­ni­kiem. Po­zwól mi cho­ciaż umyć ci włosy.

- To po­proś jedną ze swo­ich słu­żą­cych.

- Wszyst­kie już wy­szły na noc.

Wzię­łam głę­boki wdech, a po­nie­waż mu­sia­łam umyć włosy, nie mia­łam wy­boru. Mu­sia­łam po­zwo­lić mu wejść i mi po­móc. Otwo­rzy­łam drzwi od prysz­nica i wy­su­nę­łam głowę, się­ga­jąc po ręcz­nik. Owi­nę­łam go wo­kół ciała, sy­cząc z bólu, gdy ręcz­nik do­tknął rany.

- Do­bra, za­kry­łam się. Mo­żesz wejść.

Otwo­rzył oczy i spoj­rzał na mnie, od­pi­na­jąc gu­ziki od ko­szuli.

- Co ty ro­bisz?

- Zdej­muję ko­szulę, żeby się nie zmo­czyła.

Od­piął ostatni gu­zik, zsu­nął ko­szulę i po­ło­żył ją na szafce. Nie mo­głam prze­stać się na niego ga­pić. Wi­dzia­łam przed sobą mu­sku­lar­nego fa­ceta. Każdy mię­sień w jego ciele był wy­raź­nie wi­doczny, po­dob­nie jak ka­wa­łek sli­pek wy­sta­ją­cych z ni­sko opusz­czo­nych spodni. Prze­je­cha­łam wzro­kiem po ide­al­nie umię­śnio­nych, sil­nych ra­mio­nach. Czu­łam je tam­tej nocy, kiedy niósł mnie po scho­dach.

- Po­doba ci się, to co wi­dzisz? - uśmiech­nął się.

Chrząk­nę­łam z za­kło­po­ta­niem.

- Ja­sne. A te­raz, czy mo­żesz mi po­móc?

Pod­szedł bli­żej, otwo­rzył drzwi i po­pro­sił o szam­pon.

Po­da­łam mu bu­telkę, a on wy­ci­snął nie­wielką ilość płynu i za­czął myć mi włosy. Za­mknę­łam oczy, czu­jąc jego silne dło­nie ma­su­jące mi głowę. Po­czu­łam w brzu­chu ła­sko­ta­nie, a serce za­częło mi ło­mo­tać. Kiedy skoń­czył, się­gnął po słu­chawkę od prysz­nica i za­czął spłu­ki­wać pianę. Sta­łam tam w prze­mo­czo­nym ręcz­niku, roz­ko­szu­jąc się tym, co ro­bił mi zu­peł­nie obcy fa­cet.

- Po­daj mi od­żywkę. Kiedy ją spłu­czę, mo­żesz się umyć. Chyba że wo­lisz, że­bym ja to zro­bił?

- Nie, mogę się sama umyć - po­wie­dzia­łam, po­da­jąc mu od­żywkę.

Spłu­kał mi włosy, za­mknął drzwi od prysz­nica i wy­szedł z ła­zienki. Skoń­czy­łam brać prysz­nic i znowu po­czu­łam się jak czło­wiek. Się­gnę­łam po su­chy ręcz­nik, owi­nę­łam się nim i otwo­rzy­łam drzwi. By­łam za­sko­czona, wi­dząc Iana sie­dzą­cego na brzegu łóżka.

- Je­zus, my­śla­łam, że już wy­sze­dłeś.

- Na imię mam Ian, nie Je­zus, skar­bie. - Uśmiech­nął się. - Po­zwo­li­łem so­bie przy­nieść ci ja­kieś ubra­nia i rze­czy oso­bi­ste, po­nie­waż nic nie masz. W tam­tej szu­fla­dzie znaj­dziesz sta­niki i majtki.

- Skąd wiesz, jaki roz­miar no­szę?

- Zer­k­ną­łem na sta­nik, który mia­łaś na so­bie, kiedy cię tu przy­wio­złem. Tak przy oka­zji, tam­ten wy­rzu­ci­łem, był okropny.

Jak on śmie?!

- Wyjdę z po­koju, że­byś mo­gła się ubrać, a po­tem roz­cze­szę ci włosy.

- Dzię­kuję, ale dam so­bie radę - oświad­czy­łam, rzu­ca­jąc mu wście­kłe spoj­rze­nie.

- Jak so­bie chcesz, ale sama się prze­ko­nasz. Nie mo­głaś so­bie umyć wło­sów, dla­czego więc są­dzisz, że dasz radę je roz­cze­sać? - Wes­tchnął.

Wy­szedł z po­koju, a ja zaj­rza­łam do szu­flady, w któ­rej le­żało pięć prze­pięk­nych sta­ni­ków w róż­nych ko­lo­rach. Dwa były zwy­czajne, ale po­zo­stałe były z ko­ronki i błysz­czą­cego ma­te­riału. Każdy sta­nik miał dwie pary do­pa­so­wa­nych maj­tek. Stringi i w stylu bi­kini. Wło­ży­łam ko­ron­kowy sta­nik i po­de­szłam do dwu­skrzy­dło­wych drzwi, za któ­rymi uj­rza­łam gar­de­robę z pół­kami cią­gną­cymi się od pod­łogi aż po su­fit. Ni­gdy cze­goś ta­kiego nie wi­dzia­łam, chyba że w fil­mach. Na pół­kach le­żało kilka ele­gancko zło­żo­nych par spodni, a na wie­sza­kach wi­siało kilka ko­szul. Wy­szpe­ra­łam czarne leg­ginsy i się­gnę­łam po długą, ró­żową ko­szulę. Naj­pierw wło­ży­łam ko­szulę, leg­ginsy oka­zały się spo­rym wy­zwa­niem, ale da­łam radę. Po chwili roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi i Ian zaj­rzał do środka.

- Może być?

- Tak, my­śla­łam, że już so­bie po­sze­dłeś.

- Zo­sta­łem, żeby zo­ba­czyć, jak roz­cze­su­jesz włosy. W szu­fla­dzie to­a­letki są szczotki i grze­bie­nie.

Po­de­szłam do to­a­letki i usia­dłam przy lu­strze. Otwo­rzy­łam szu­fladę i wy­cią­gnę­łam dużą szczotkę. Za­czę­łam od koń­có­wek, żeby nie uno­sić rąk wy­żej, niż to było ko­nieczne.

- Do cho­lery ja­snej, Rory, daj mi tę szczotkę - rzu­cił. Pod­szedł i wy­rwał mi szczotkę z rąk.

- Mu­sisz prze­kli­nać?

- Prze­pra­szam - po­wie­dział, de­li­kat­nie roz­cze­su­jąc moje dłu­gie włosy.

Wy­glą­da­łam przez okno i czu­łam, jak przy każ­dym ko­lej­nym po­cią­gnię­ciu szczotki od­prę­żam się.

- Sma­ko­wała ci zupa? - za­py­tał.

- Nie­na­wi­dzę ro­sołu, ale mu­szę przy­znać, że Char­les do­brze go przy­rzą­dził.

- Jak to nie­na­wi­dzisz ro­sołu? Każdy uwiel­bia ro­sół.

Tak bar­dzo się roz­luź­ni­łam, kiedy cze­sał mi włosy, że nie zda­wa­łam so­bie sprawy z tego, co mó­wię.

- Kiedy by­łam małą dziew­czynką, też go lu­bi­łam. Ale kiedy ro­sół staje się je­dy­nym po­ży­wie­niem, które mu­sisz jeść każ­dego dnia, do­cho­dzisz do mo­mentu, kiedy nie chcesz go wię­cej wi­dzieć.

Prze­stał mnie cze­sać i za­czął wpa­try­wać się w moje od­bi­cie w lu­strze. Nie zda­wa­łam so­bie z tego sprawy, do­póki nie zer­k­nę­łam w lu­stro i nie za­uwa­ży­łam jego hip­no­ty­zu­ją­cych oczu.

- Czemu to ro­bisz? - do­cie­ka­łam.

- To zna­czy co? - za­py­tał i znowu za­brał się do cze­sa­nia.

- Ku­pu­jesz mi ubra­nia i po­ma­gasz przy wło­sach. Czemu?

- Wpa­dłaś do mo­jej li­mu­zyny. Co mia­łem zro­bić? Wy­rzu­cić cię i po­zwo­lić ci umrzeć?

- Mo­głeś mnie pod­rzu­cić do szpi­tala i znik­nąć.

- Być może, ale bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści, po­my­śla­łem, że tu­taj bę­dzie ci le­piej. Nie każ­dego dnia znaj­duję w swo­jej li­mu­zy­nie piękną ko­bietę z raną od noża. By­łem za­in­try­go­wany, a poza tym nie masz żad­nych ubrań, nie masz ni­czego.

Uśmiech­nę­łam się i spoj­rza­łam na niego. Na­zwał mnie piękną. Nikt mnie tak ni­gdy nie na­zy­wał, poza mamą.

- No pro­szę, ona się uśmie­cha.

Zer­k­nął na ze­ga­rek, odło­żył szczotkę, wziął mnie za rękę i za­pro­wa­dził do łóżka.

- Mam spo­tka­nie, i je­śli za­raz nie wyjdę, to się spóź­nię. Wy­bacz, Rory, zo­ba­czymy się ju­tro.

I już go nie było. Ian Bra­xton miał randkę. Cie­kawe, co by po­wie­działa jego dziew­czyna, gdyby wie­działa, że ukrywa w domu ranną ko­bietę, po­maga jej pod prysz­ni­cem i ku­puje jej sek­sowną bie­li­znę? Ale to nie miało zna­cze­nia. To nie był mój świat. Po­ło­ży­łam się i od­wró­ci­łam głowę do okna. Za­mknę­łam oczy i za­snę­łam, wsłu­chu­jąc się w szum fal ude­rza­ją­cych o brzeg.

Obu­dzi­łam się parę go­dzin póź­niej i nie mo­głam za­snąć. By­łam nie­spo­kojna i czu­łam się jak zwie­rzę w klatce. Kiedy zer­k­nę­łam na ze­ga­rek, oka­zało się, że była pierw­sza w nocy. Ostroż­nie wsta­łam z łóżka i ci­cho otwo­rzy­łam drzwi. Spoj­rza­łam na długi ko­ry­tarz i na spi­ralne schody. Za­mknę­łam za sobą drzwi i po­woli ze­szłam po scho­dach. Prze­szłam na tył domu i wy­szłam na ze­wnątrz. Sta­nę­łam na pa­tio, wdy­cha­jąc za­pach oce­anu i lekką bryzę. Usia­dłam na le­żaku, usta­wio­nym w stronę plaży. Za­sta­na­wia­łam się, czy Ian wró­cił już do domu, kiedy na­gle usły­sza­łam śmiech. Po­woli od­wró­ci­łam głowę i za­uwa­ży­łam Iana i jego dziew­czynę, jak wcho­dzili po scho­dach. Od­wró­ci­łam głowę i spoj­rza­łam na gwiazdy roz­świe­tla­jące nocne niebo. Po raz pierw­szy od dwu­dzie­stu trzech lat po­czu­łam spo­kój. Za­mknę­łam oczy i po­my­śla­łam o Ia­nie, wcho­dzą­cym po scho­dach w to­wa­rzy­stwie tam­tej ko­biety.

Otwo­rzy­łam oczy i zo­ba­czy­łam, że je­stem przy­kryta ko­cem. Wciąż le­ża­łam na le­żaku. Po­woli usia­dłam, kiedy Ian wy­szedł na pa­tio z kub­kiem w dłoni.

- Mam na­dzieję, że lu­bisz kawę, bo wła­śnie ci ją niosę.

- Dzię­kuję - po­wie­dzia­łam, bio­rąc od niego ku­bek.

- Śmie­tanki? - za­py­tał, po­ka­zu­jąc na kar­to­nik.

- Odro­binę - od­par­łam.

Po­ranne po­wie­trze było rów­nie znie­wa­la­jące jak wie­czorne. Spoj­rza­łam na spo­kojny ocean. Na czy­stym błę­kit­nym nie­bie świe­ciło już słońce. Ian usiadł obok mnie, po­pi­ja­jąc swoją kawę.

- Kiedy wró­ci­łem ze­szłej nocy, za­uwa­ży­łem, że tu śpisz. Wy­glą­da­łaś tak spo­koj­nie, że nie chcia­łem ci prze­szka­dzać. Nie ma nic pięk­niej­szego, niż obu­dzić się cie­płym ran­kiem na dwo­rze.

- Tu jest pięk­nie - uśmiech­nę­łam się.

- Jak się czu­jesz, Au­roro?

Prze­szy­łam go wzro­kiem, po­nie­waż pro­si­łam, żeby mnie tak nie na­zy­wał.

- Prze­pra­szam, ale Au­rora to imię księż­niczki, a kiedy śpisz, wy­glą­dasz jak Śpiąca Kró­lewna.

Po­czu­łam ła­sko­ta­nie w brzu­chu, a serce za­częło mi szyb­ciej bić. Czemu mó­wił mi ta­kie rze­czy? Czemu wciąż na­zy­wał mnie piękną? Nie je­stem piękna, je­stem zwy­czajną dziew­czyną z po­pie­przo­nym ży­ciem.

- Dzię­kuję, ale da­leko mi do księż­niczki - ro­ze­śmia­łam się.

Ian uśmiech­nął się i spoj­rzał na ocean, a ja za­da­łam mu py­ta­nie, które nie da­wało mi spo­koju.

- Jak udała się wczo­raj­sza randka?

- Wspa­niale. Czemu py­tasz?

- Pró­buję je­dy­nie na­wią­zać roz­mowę, to wszystko.

- A czemu chcesz roz­ma­wiać o mo­jej randce, Rory? Czemu nie za­czniesz od tego, że po­wiesz mi, kim je­steś, skąd je­steś i, co naj­waż­niej­sze, czemu zo­sta­łaś ranna i kto ci to zro­bił? To był twój chło­pak?

Nie pa­trzy­łam na niego. Są­czy­łam kawę i wpa­try­wa­łam się w ot­chłań oce­anu.

- A skąd wiesz, że mam chło­paka? - za­py­ta­łam.

- Do dia­bła, Rory. Czemu uni­kasz od­po­wie­dzi? - za­py­tał, wsta­jąc z miej­sca. Uklęk­nął obok mnie i ob­jął moją brodę rę­koma.

- Je­śli mi nie po­wiesz, sam się wszyst­kiego do­wiem - po­wie­dział, po czym wstał i od­szedł.

Tak się składa, że kiedy do­ra­sta­łam, nie mo­głam ni­komu nic o so­bie po­wie­dzieć. Całe moje ży­cie było owiane ta­jem­nicą. By­łam po­grą­żona w my­ślach, gdy Ian oznaj­mił:

- Pora na śnia­da­nie i chcę, że­byś się do nas przy­łą­czyła, więc wejdź do środka.

Pa­trzy­łam za nim, jak wy­cho­dził. Wsta­łam z miej­sca i we­szłam do domu. Mandy, jedna z po­ko­jó­wek, za­pro­wa­dziła mnie do ja­dalni, gdzie sie­dział Ian i ja­kaś ko­bieta. Spoj­rzał na mnie, gdy wcho­dzi­łam, i po­pro­sił, bym usia­dła.

- Rory, chciał­bym ci przed­sta­wić Ada­lynn.

- Cześć, Rory. Miło mi cię po­znać. - Ko­bieta uśmiech­nęła się, wy­cią­ga­jąc do mnie rękę.

- Cześć.

To nie była ko­bieta, którą wi­dzia­łam ze­szłej nocy. Ada­lynn była piękna. Miała dłu­gie ciemne włosy i nie­bie­skie oczy z do­mieszką sza­ro­ści, co nada­wało im nie­sa­mo­wity od­cień. Wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe, mig­da­łowe oczy i pełne usta spra­wiały, że wy­glą­dała eg­zo­tycz­nie. Mandy po­sta­wiła przede mną mi­skę z owo­cami i do­lała mi kawy.

- Mam na­dzieję, że lu­bisz owoce. Nie wiem tego, po­nie­waż nic mi nie chcesz wy­ja­wić - po­wie­dział Ian.

- Daj jej spo­kój, Ian. Dziew­czyna prze­szła przez pie­kło i nie musi czuć się jesz­cze go­rzej. - Ada­lynn mru­gnęła do mnie okiem.

- Lu­bię owoce, Ian - przy­zna­łam.

- Cóż, do­bre i to. Przy­naj­mniej wiem, co lubi - po­wie­dział z bo­jo­wym na­sta­wie­niem.

Mia­łam już dość jego za­cze­pek. Spoj­rza­łam na niego i prze­chy­li­łam głowę.

- Czemu tak bar­dzo chcesz mnie po­znać? Je­steś mi­lio­ne­rem. Przy­naj­mniej tak mi się wy­daje, pa­trząc na ten dom i spo­sób, w jaki się ubie­rasz. Od­no­szę wra­że­nie, że lu­bisz wszystko kon­tro­lo­wać. Wy­da­jesz się aro­gancki i nie mam za­miaru opo­wia­dać ci o moim pod­łym ży­ciu i dziu­rze, z któ­rej po­cho­dzę.

- Do dia­bła! - krzyk­nął, wa­ląc pię­ścią w stół. - Ura­to­wa­łem ci ży­cie!

Rzu­ci­łam ser­wetkę i od­par­łam ostrym to­nem:

- To może nie po­wi­nie­neś.

Po­woli wsta­łam z miej­sca i trzy­ma­jąc się za bok, wy­szłam na ze­wnątrz, kie­ru­jąc się w stronę plaży. Pia­sek był taki, jak so­bie za­wsze wy­obra­ża­łam. Był miękki i cie­pły. Usia­dłam, żeby go do­tknąć. Czy mó­wi­łam prawdę, gdy po­wie­dzia­łam Ia­nowi to, co po­wie­dzia­łam? Że nie po­wi­nien ra­to­wać mi ży­cia? Nie wiem. Może po­wie­dzia­łam tak tylko po to, żeby dał mi spo­kój.