Przytul mnie - Patrycja Żurek

Kup ebooka

42.99 zł
35.63 zł (35,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Halszka

Miłość nawet wśród swo­ich smut­ków sama w sobie jest pocie­chą.

Wik­tor Hugo

Miała pięt­na­ście lat, kiedy została adop­to­wana, co wyda­wało się cudem, ponie­waż mało kto decy­do­wał się na przy­spo­so­bie­nie dziecka na progu doro­sło­ści. Szcze­gól­nie że wła­śnie wtedy zdia­gno­zo­wano u niej zespół May­era-Roki­tan­sky'ego-Küstera-Hau­sera (cóż za skom­pli­ko­wana nazwa!), a co wpra­wiło ją w prze­ra­że­nie pomie­szane z dez­orien­ta­cją. Halszka wie­lo­krot­nie zasta­na­wiała się, jak by sobie pora­dziła, gdyby nie nowi rodzice. Choć słowo "nowi" powinna wyrzu­cić, bo do tej pory nie miała żad­nych. Pobyt w sie­ro­cińcu pozo­sta­wił w niej wiele blizn, ale wyszła naprze­ciw Mali­now­skim z otwar­tym ser­cem i nadzieją, że ktoś wresz­cie ją poko­cha. Teraz, dwa­dzie­ścia lat póź­niej, mogła stwier­dzić, że tam­ten moment jej życia oka­zał się wyjąt­kowy, a teraz nad­cho­dził, nie, już się dział, kolejny. Prze­ło­mowy.

Rodzice odcho­dzili powoli, zamknięci w klat­kach swo­ich umy­słów. Roz­stała się z dłu­go­let­nim part­ne­rem. Na hory­zon­cie poja­wiła się bio­lo­giczna matka. Natknęła się na dwóch męż­czyzn, braci: Kostka i Maka­rego, a ci zamie­szali w jej egzy­sten­cji bar­dziej, niż mogła się spo­dzie­wać. Nagle stała się odpo­wie­dzialna za coś, co do tej pory wyda­wało się jej tylko zaję­ciem dodat­ko­wym. Ale od początku, a raczej od końca.

Ojciec i matka, pań­stwo Mali­now­scy, któ­rzy dali Halszce nazwi­sko, dom oraz ogrom miło­ści, posta­no­wili rów­nież, że zaj­mie się ich biz­ne­sem. Dość nie­ty­po­wym, ponie­waż pro­wa­dzili ośro­dek spo­koj­nej sta­ro­ści. Halszka przy­zwy­cza­jona była do tego, że ma pełno dziad­ków i babć, że ota­czają ją osoby pełne nie­wy­po­wie­dzia­nych histo­rii. Jako mała dziew­czynka uwiel­biała słu­chać tych opo­wie­ści, nieco magicz­nych, które wyda­wały się jej jakby zaczerp­nięte z innego świata. Nauczyła się zauwa­żać potrzeby tych ludzi, o któ­rych zapo­mniał świat na zewnątrz, dla­tego cie­szyła się, że przej­mie pro­wa­dze­nie ośrodka. Przy­go­to­wy­wała się do tego od lat, cho­ciaż nie do końca zda­wała sobie z tego sprawę. W momen­cie, kiedy rodzice - jesz­cze dość zdrowi i zako­twi­czeni w teraź­niej­szo­ści - prze­ka­zali jej instruk­cje, zorien­to­wała się, że dosko­nale się na tym zna. Coś, co miało być jedy­nie pracą doryw­czą, stało się sen­sem. I kiedy Halszka objęła kie­row­nic­two, pierw­sze, co zro­biła, to zmie­niła nazwę ośrodka. "Jesień życia" nie koja­rzyła się jej ni­gdy zbyt dobrze, sta­wiała star­ców na pozio­mie osób już nie­przy­dat­nych, na skraju, gdzie czeka się tylko na nie­unik­nione, na zimę, czyli śmierć. Ona chciała ich akty­wi­zo­wać, poka­zać, że mają przed sobą jesz­cze dobry kawa­łek życia, taki, który mogą wyko­rzy­stać w fajny spo­sób. Długo zasta­na­wiała się, co mogłoby odzwier­cie­dlać jej zamysł i w końcu zna­la­zła: "Druga mło­dość".

- Brzmi dobrze - powie­dział tata, kiedy oznaj­miła mu decy­zję.

Sta­rała się nie dostrze­gać coraz bar­dziej trzę­są­cych się dłoni męż­czy­zny, choć prze­cież nie mogła tego zigno­ro­wać. Wzru­szało ją to drże­nie, bo pamię­tała, jak cza­sami ocie­rał jej rękami łzy z policz­ków. Prze­trwali wiele trud­nych chwil, ale to zahar­to­wało ich miłość i Halszka nie umiała sobie przy­po­mnieć, jak to było ist­nieć bez ich opieki.

- Mam nadzieję, że się nie zło­ścisz.

Prze­kła­dała papiery zupeł­nie bez sensu, byle się czymś zająć.

- Teraz to twoja wła­sność - zato­czył ręką wokoło. - Patrzysz na świat ina­czej niż my, zresztą od zawsze tak było. Uwa­żam, że zro­bisz dla naszych pod­opiecz­nych wiele dobrego.

- To oczy­wi­ste - uśmiech­nęła się mama, nieco bar­dziej zagu­biona niż ojciec, ale prze­cież star­sza od niego o pięć lat.

Halszka zasta­na­wiała się wie­lo­krot­nie, dla­czego zde­cy­do­wali się na adop­cję w tak póź­nym wieku, oboje przed sześć­dzie­siątką, ni­gdy jed­nak nie spy­tała, a oni nie chcieli roz­ma­wiać. Cza­sami nie­któ­rzy zna­jomi pró­bo­wali o to zagad­nąć, ale rodzice uci­nali temat, a ona zbyt ich sza­no­wała, by drą­żyć. Zresztą powody nie miały zna­cze­nia, skoro zna­la­zła u nich praw­dziwy dom.

- Chcia­ła­bym wpro­wa­dzić sporo zmian, tatku - przy­tu­liła się do niego prze­lot­nie. - Ale to wymaga pracy i czasu, nowych pra­cow­ni­ków i pew­nych nakła­dów finan­so­wych. Muszę poga­dać z urzę­dem mia­sta, niech wysu­płają kilka gro­szy na, powiedzmy, wizytę senio­rów w teatrze raz na mie­siąc.

- Uwa­żasz, że to dobry pomysł? - ojciec spoj­rzał nie­pew­nie. - Nie­któ­rzy są mocno... hmm, oso­bliwi.

Halszka uśmiech­nęła się sze­roko, sły­sząc to sfor­mu­ło­wa­nie. Tata przed­sta­wił pro­blem łagod­nie, ona jed­nak zda­wała sobie sprawę, że nie­któ­rzy pen­sjo­na­riu­sze to cięż­kie przy­padki. Cho­roby otę­pienne, alzhe­imer i demen­cja pano­szyły się wśród sta­rusz­ków niczym morowe powie­trze.

- Akty­wi­zo­wa­ła­bym tych, któ­rych nie dotknęły cho­roby - wyja­śniła. - Wiele osób po pro­stu się nudzi, a to wpływa zna­cząco na obni­że­nie aktyw­no­ści mózgu. W końcu to mię­sień, musi pra­co­wać.

- Skoro tak mówisz - ojciec splótł trzę­sące się dło­nie, jakby w ten spo­sób mógł powstrzy­mać iry­tu­jący, nie­ustanny dygot. - Jestem cie­kaw tych inno­wa­cji, nauka bar­dzo poszła do przodu od momentu, kiedy zaję­li­śmy się z mamą tema­tem.

- Nie śle­dzi­li­ście nowi­nek - powie­działa Halszka. - A to trzeba na bie­żąco.

- Robi­li­śmy, co mogli­śmy - ode­zwała się mama, nieco nie­za­do­wo­lona, że córka ją kry­ty­kuje. - To naprawdę trudne zapew­nić tym ludziom odpo­wied­nią ilość tego, czego potrze­bują. Nie zawsze wystar­czy obec­ność star­ców wokół, nie wiem, czy rozu­miesz?

Halszka poki­wała głową. Mama ock­nęła się z letargu, w który wpa­dała cza­sami w ciągu dnia, jakby musiała nała­do­wać aku­mu­la­tory, by znów funk­cjo­no­wać nor­mal­nie.

- Otóż to - kon­ty­nu­owała. - Nie wystar­czy towa­rzy­stwo ludzi w tym samym wieku, to nie jest inspi­ru­jące. Rodzina powinna ich odwie­dzać jak naj­czę­ściej z dziećmi, wnu­kami, powinni być zabie­rani na święta i uro­dziny, żeby uczest­ni­czyć w życiu spo­łecz­nym. Tutaj się to nie odbywa.

Mama miała rację i Halszka dosko­nale to rozu­miała. Od lat obser­wo­wała dzia­ła­nie ośrodka, który nale­żał do rodziny chyba od trzech albo nawet czte­rech poko­leń, musia­łaby to spraw­dzić, bo histo­ria jego zało­że­nia rów­nież wyda­wała się emo­cjo­nu­jąca. Zawsze jed­nak bra­ko­wało jej na to czasu. Posta­no­wiła, że nie­dzielę prze­zna­czy na tele­fony do rodzin pen­sjo­na­riu­szy, by uświa­do­mić im, że mają jesz­cze jed­nego członka rodziny, by poin­for­mo­wać, że ktoś ich potrze­buje. Oczy­wi­ście rozu­miała nie­chęć, w końcu cho­dziła na stu­dia i pra­co­wała w gale­rii sztuki, ota­czała się ludźmi w jej wieku, tuż po trzy­dzie­stce, dla któ­rych starcy wyda­wali się prze­nie­sieni z innej epoki, nudni i iry­tu­jący. Potra­fiła spoj­rzeć na te bab­cie i dziad­ków oczami dzieci i wnu­ków, zago­nio­nych, anga­żu­ją­cych się w pracę, szkołę i zaję­cia dodat­kowe, bez świa­do­mo­ści, że oto w domu spo­koj­nej sta­ro­ści miesz­kają ludzie cze­ka­jący, patrzący za okno, czy przy­pad­kiem ktoś nie idzie ich odwie­dzić.

Pra­gnęła to zmie­nić.

Halszka

Uśmiech kosz­tuje mniej od elek­trycz­no­ści i daje wię­cej świa­tła.

Archi­bald Joseph Cro­nin

Pierw­sze wspo­mnie­nia łączyły się zawsze z wiel­kim oknem, za któ­rym rósł kasz­tan. Rutyna każ­dego dnia pozwa­lała Halszce czuć się bez­piecz­nie, ni­gdy nie rzu­cała się w oczy i uni­kała innych dzieci, dla­tego dawano jej spo­kój. To drzewo pozwa­lało jej się sku­pić, kiedy szki­co­wała ogryz­kami ołów­ków na każ­dym skrawku zna­le­zio­nego papieru, bo wiecz­nie bra­ko­wało blo­ków. To jed­nak nie arty­kuły pierw­szej potrzeby. W zawi­łych rela­cjach w bidulu Halszka odna­la­zła się nad­zwy­czaj dobrze, tkwiła w niej jakaś żądza wie­dzy, więc czy­tała i oglą­dała tele­wi­zję, kiedy tylko mogła. Już wtedy nale­żała do osób, które potra­fią słu­chać, a sio­stry zakonne miały w zana­drzu mnó­stwo opo­wie­ści. Naj­bar­dziej lubiła prze­by­wać z Ana­sta­zją, kucharką. Mimo wyko­ny­wa­nego zawodu nale­żała do osób wyjąt­kowo szczu­płych; wysoka i pocią­gła na twa­rzy, zawsze się uśmie­chała.

Halszka spę­dziła w kuchni mnó­stwo czasu, obie­rała ziem­niaki i myła warzywa, przy­pa­try­wała się dzie­le­niu kury na rosół i mie­siła cia­sto. Nauczyła się dobrze goto­wać, co bar­dzo sobie ceniła. Ana­sta­zja rzu­cała opo­wie­ściami, aneg­do­tami z życia, zara­ziła Halszkę pozy­tyw­nym podej­ściem do życia. Dziew­czyna trak­to­wała ją tro­chę jak matkę, choć Ana­sta­zja zawsze pozo­sta­wała zdy­stan­so­wana pod wzglę­dem fizycz­nym.

- Kiedy byłam mała, miesz­ka­łam na wsi, mie­li­śmy krowy i konie, pra­co­wa­li­śmy w polu w naj­więk­sze upały, a ciało nam się brą­zo­wiło - popa­trzyła na swoje blade dło­nie. - Do dziś pamię­tam to palące słońce, prze­strzeń pól i las na hory­zon­cie. Dzie­ciń­stwo pełne dobroci, cie­płego mleka, praw­dzi­wych jaj, któ­rych żółtka miały tak inten­sywny kolor. Jabłka pro­sto z drzewa, nie­dziele wolne od pracy, kiedy leże­li­śmy na tra­wie i wpa­try­wa­li­śmy się w nie­bie­skie niebo.

Halszka wsłu­chi­wała się w słowa Ana­sta­zji, wyobra­żała sobie takie dzie­ciń­stwo, te doświad­cze­nia, które ni­gdy nie miały stać się jej udzia­łem. Nie wie­rzyła, że zosta­nie adop­to­wana, ale ta myśl nie wyda­wała się przy­kra. Sio­stry zakonne dbały o dzieci jak potra­fiły. Nie­które maleń­stwa, te uro­cze dziew­czynki z war­ko­czy­kami czy kucy­kami, znaj­do­wały domy, ale te star­sze, ponad dzie­się­cio­let­nie... to zda­rzało się nad­zwy­czaj rzadko. I im star­sza była Halszka, tym rza­dziej o tym marzyła. Prze­nio­sła się w inną sferę, pla­no­wała życie po wyj­ściu z sie­ro­cińca, kiedy rzucą ją na głę­bo­kie wody rze­czy­wi­sto­ści. Oba­wiała się tego, cho­ciaż zupeł­nie nie­po­trzeb­nie, bo zna­leźli ją Mali­now­scy.

Pamię­tała ich wizytę. Chcieli star­szą dziew­czynkę, paso­wała do ich pre­fe­ren­cji, więc umó­wiono spo­tka­nie, ale oprócz niej zna­la­zło się na nim jesz­cze kilka dziew­czy­nek. Czy można powie­dzieć, że zaiskrzyło? Halszka zawsze uwa­żała, że ow­szem, poczuła się z nimi jak w domu.

- Mar­cin i Agnieszka Mali­now­scy - przed­sta­wiła ich zakon­nica.

Halszka usia­dła i po pro­stu się w nich wpa­try­wała. Powie­działa oczy­wi­ście ciche "dzień dobry", ale następ­nie spu­ściła oczy i spla­tała dło­nie ner­wo­wym ruchem.

- Cześć, kocha­nie - Agnieszka przy­sia­dła się do niej, bli­sko.

Halszka czuła się z tym dziw­nie, prze­cież nikt nie przy­zwy­czaił jej do dotyku, a tu jakaś obca kobieta dotyka jej pal­ców chłodną ręką z cienką obrączką na palcu. Nie cof­nęła się jed­nak, cho­ciaż miała wielką ochotę. Póź­niej będzie się z tym oswa­jać niczym zwie­rzątko.

Gawę­dzili przez jakiś czas, ale Halszka nie pozwo­liła sobie na nadzieję. W końcu Mali­now­scy roz­ma­wiali z każdą z nich. Ana­sta­zja pró­bo­wała napeł­nić ją opty­mi­zmem.

- Na pewno cię adop­tują - powie­działa, wycie­ra­jąc sta­ran­nie talerz ście­reczką. - Prze­cież doszło już do roz­mowy, a to bar­dzo dużo.

- Ale spo­tkali się też z innymi, bar­dziej prze­bo­jo­wymi dziećmi - odpo­wie­działa Halszka. - Nic jesz­cze nie wia­domo.

A jed­nak doszło do adop­cji i Halszka w pierw­szych mie­sią­cach bała się, że rodzice się roz­my­ślą. Cho­dziła na pal­cach, mil­czała, żeby ich nie ura­zić, odpo­wia­dała na pyta­nia i pła­kała wie­czo­rami ze szczę­ścia. Za oknem miała brzozę, nie kasz­tana, a para­pet był na tyle sze­roki, że mogła na nim sie­dzieć. Kiedy mama, któ­rej wtedy jesz­cze tak nie nazy­wała, to zauwa­żyła, przy­go­to­wała kilka mięk­kich podu­szek i koc, by mogła się okryć, a także lampkę do czy­ta­nia. Halszka nie wie­działa, jak dzię­ko­wać.

Przy­po­mniała to sobie teraz, już jako doro­sła kobieta, kiedy przy­sta­wiła lampę do nowego łóżka mamy i ukła­dała poduszki. Rodzice zde­cy­do­wali, że prze­niosą się do "Dru­giej mło­do­ści". Przy ośrodku mieli dom, ale nie dawali rady wspi­nać się na pię­tro, a na dole był tylko salon i kuch­nia.

- Będziesz odcią­żona - powie­dział tata, kiedy zapro­te­sto­wała. - Jeste­śmy już u schyłku życia, coraz bar­dziej zapa­damy w nie­pa­mięć. Pie­lę­gniarki się nami zajmą.

- To obo­wią­zek córki - mruk­nęła zde­ner­wo­wana, spla­tała i zapla­tała palce. - Powin­nam...

- Prze­cież i tak spę­dzasz tam całe dnie, odkąd Mate­usz odszedł - upie­rał się tata. - Będziemy cią­gle bli­sko, nikt nie zamknie nas prze­cież na klucz.

- Tato...

- Wpa­dasz w pra­co­ho­lizm - mówił tata upar­cie. - Musisz zacząć znów żyć, a nie sta­nie się to, jeśli będziemy sie­dzieć ci na karku.

- Bar­dzo lubię spę­dzać z wami wie­czory - odparła.

- My z tobą też, cór­cia - tata uśmiech­nął się i pogła­skał ją po dłoni.

Jakże szybko przy­zwy­cza­iła się do tych gestów, drob­nych dowo­dów miło­ści. Nie mogłaby się bez nich obejść.

- Będę codzien­nie wam czy­tać - obie­cała spon­ta­nicz­nie. - Niech to się sta­nie naszym rytu­ałem.

Mar­cin pod­szedł do Agnieszki, która zawie­siła wzrok w prze­strzeni. Coraz dłu­żej trwały te momenty nie­uważ­no­ści, jakby odry­wała się od życia i dry­fo­wała gdzieś daleko; Halszka podej­rze­wała, że w swo­jej pamięci. Sie­dzieli w kuchni ich domu, obszer­nej, peł­nej cie­pła sło­necz­nego wpa­da­ją­cego do środka przez okna. Dro­biny kurzu falo­wały lekko w świe­tle. Ten widok był jed­nym z naj­pięk­niej­szych wspo­mnień Halszki, wspo­mnień z pierw­szego dnia spę­dzo­nego w tym miej­scu, gdy na­dal nie dowie­rzała, że ktoś ją zechciał.

Na moment zato­piła się we wspo­mnie­niach. Wtedy zwra­cała uwagę na rze­czy, które teraz wyda­wały się oczy­wi­ste: fili­żanki deli­kat­nie zdo­bione różami, zegar z pozy­tywką wygry­wa­jącą melo­dię na równą godzinę, zasłonki ze sło­necz­ni­kami, obec­nie nieco już wybla­kłe. Na stole leżał obrus w biało-nie­bie­ską kratę, teraz już dawno wyrzu­cony. Tam­tego dnia wie­lo­krot­nie pytała w myślach samą sie­bie: Czy to się dzieje naprawdę? Zna­la­złam dom?. Nie miała poję­cia, jak się zacho­wać, by ci obcy ludzie z niej nie zre­zy­gno­wali. Nie zro­bili tego, a ona mogła wró­cić do teraź­niej­szo­ści, wypeł­niona wdzięcz­no­ścią.

- Czy­ta­nie brzmi dosko­nale - tata objął żonę. Było w tym geście mnó­stwo cie­pła i czu­ło­ści, a Halszce ści­snęło się serce. Nie roz­ma­wiała z rodzi­cami o Mate­uszu, na­dal nie pogo­dziła się z roz­sta­niem po tak wielu latach wspól­nego życia. Pew­nie męż­czy­zna miał rację, coś się w nich wypa­liło, znik­nęło to, co ich łączyło, zastą­pione przez rutynę. Halszka zda­wała sobie z tego dosko­nale sprawę, jed­nak mimo wszystko nie odwa­żyła się na osta­teczny krok. Roz­stali się w zgo­dzie, jak dobrzy przy­ja­ciele, i Halszka musiała przy­znać, że bar­dziej bra­ko­wało jej kum­pla niż kochanka. Zresztą nie miała głowy, by się nad tym głę­biej zasta­na­wiać. Wolała sku­pić się na pracy.

- No to idę zamó­wić szyld i zapla­no­wać zmiany! - pode­rwała się z miej­sca. - Muszę spraw­dzić, ile mamy oszczęd­no­ści, bo chcia­ła­bym nieco odświe­żyć wspólny pokój. Chcia­ła­bym też zatrud­nić geria­trę do kon­sul­ta­cji. I kilka nowych pie­lę­gnia­rek. I tera­peu­tów.

- Mamy dobrych leka­rzy - zapro­te­sto­wał ojciec. - Nie musimy pono­sić dodat­ko­wych kosz­tów.

- Myślę, że opieka leka­rza to pod­stawa, tato - upie­rała się Halszka. - Wiem, że rodziny dbają o swo­ich dziad­ków, ale nie zawsze jest to kom­plek­sowa opieka. Cza­sami zosta­wiają ich samych sobie, dosko­nale zda­jesz sobie z tego sprawę. Poza tym naprawdę chcę, by było to nowo­cze­sne miej­sce. Musimy speł­niać wyśru­bo­wane normy, sam wiesz, jak to jest. Nie chcemy, żeby nas zamknęli.

- Chcesz wymie­nić sta­rych na mło­dych - zarzu­cił jej Mar­cin. - To jest dość zna­czące, nie sądzisz? - uniósł brwi.

- Taatooo - prze­cią­gnęła samo­gło­ski. - Prze­cież nie mam zamiaru nikogo zwol­nić. Uwa­żam jed­nak, że licz­niej­szy per­so­nel zawsze działa lepiej niż prze­mę­czeni pra­cow­nicy! Mamy moż­li­wo­ści, więc musimy z nich korzy­stać, tak? No wła­śnie - rzu­ciła, kiedy kiw­nął głową. - Poza tym teraz pra­cuje się ze star­szymi oso­bami nieco ina­czej niż te naście lat temu. Nowa krew może nam bar­dzo pomóc, spoj­rzeć z innej strony, zak­ty­wi­zo­wać bab­cie i dziad­ków.

- Dobra, dobra - tata uniósł ręce. - Pod­daję się, w końcu ci ufam.

Poca­ło­wał ją w czoło i poszedł do mamy. Halszce kro­iło się serce, gdy widziała stan Agnieszki, nie mogła jed­nak nic pora­dzić. Alzhe­imer pochła­niał ją coraz moc­niej, wie­działa, że nie­ba­wem nie będzie miała już chwil świa­do­mo­ści, że ich zapo­mni.

- My nie zapo­mnimy cie­bie, mamo - powie­działa Halszka na głos do samej sie­bie.

Zagłę­biła się w pracy, dopóki nie musiała wyjść do gale­rii. Zasta­na­wiała się, jak długo da radę pogo­dzić oba etaty, bo - prawdę mówiąc - dom spo­koj­nej sta­ro­ści to zaję­cie na full, dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę przez sie­dem dni w tygo­dniu. Kochała jed­nak gale­rię, wystawy, tłumy zwie­dza­ją­cych i roz­mowy o sztuce; nie mogła tego odpu­ścić. Nie chciała dać się zwa­rio­wać.

Halszka

Nie możemy zmie­nić kie­runku wia­tru, ale możemy ina­czej posta­wić żagle.

Andreas Pflüger

- A więc posta­no­wi­łaś zmie­nić nazwę tej dziury.

Pan Krzy­żow­ski zaplótł ramiona na zapad­nię­tej klatce pier­sio­wej.

Halszka spoj­rzała na niego spod zmarsz­czo­nych brwi.

- Tak.

- I myślisz, że "Druga mło­dość" to coś lep­szego niż "Jesień życia" - prych­nął.

- Dziadku - powie­działa, bo miała świa­do­mość, że go to wku­rza. - Słowa mają wielką moc, prze­cież jako lite­ra­tu­ro­znawca powi­nie­neś to wie­dzieć - ude­rzyła w czułą strunę.

Krzy­żow­ski zmie­rzył ją wzro­kiem i przy­gryzł usta.

- Bie­rzesz mnie pod włos, dziew­czyno - burk­nął. - W każ­dym razie nie czuję się staro i żaden szyld nie ma na to wpływu. Nawet jeśli­byś sta­rała się z całych sił, metryki mi nie zmie­nisz.

- Ale pla­nuję cię zak­ty­wi­zo­wać, dziadku - rzu­ciła Halszka z prze­bie­głym uśmie­chem i zaśmiała się gło­śno, kiedy męż­czy­zna cof­nął się o krok.

- Abso­lut­nie się na to nie zga­dzam - tup­nął nogą. - Gdy­bym miał laskę, dosta­ła­byś przez plecy, żeby wie­dzieć, że ze sta­rych ludzi nie robi się żar­tów.

- Nie wolno nikogo bić, panie Krzy­żow­ski - Halszka poło­żyła dło­nie na bio­drach.

- Mówisz jak moja świę­tej pamięci żona - sta­ru­szek uda­wał, że ociera z oka łzę.

Był dosko­na­łym akto­rem i Halszka z przy­jem­no­ścią go obser­wo­wała. Znała te zabiegi, bo pan Krzy­żow­ski od wielu lat prze­by­wał w ośrodku. Został w nim umiesz­czony tuż po śmierci żony Mał­go­rzaty, przez syna Toma­sza, niby to dla dobra sta­ruszka, a tak naprawdę dla wygody faceta, który nie miał ochoty zaj­mo­wać się ojcem. Marian Krzy­żow­ski rzadko o tym wspo­mi­nał, ale Halszka zda­wała sobie sprawę, że to bole­sna sprawa. Zano­to­wała w pamięci, że powinna poroz­ma­wiać z Tom­kiem i zmu­sić go do odwie­dzin.

- Kom­bi­nu­jesz - Krzy­żow­ski wyce­lo­wał w nią palec wska­zu­jący. - Widać, jak ci się kręcą kółka w gło­wie! Mnie w to nie mie­szaj, będę pro­te­sto­wał.

- Prze­cież dzia­dek kocha, kiedy coś się dzieje. Dla­tego wła­śnie tu przy­lazł - Halszka chwy­ciła go pod ramię. Mimo że sta­ru­szek bywał zło­śliwy, uwiel­biała go. - Zapew­niam, że atrak­cji nie zabrak­nie, a zmiana szyldu to tylko począ­tek.

- Tego się wła­śnie oba­wiam - mruk­nął męż­czy­zna i Halszka się zaśmiała. - Oj, dziew­czyno, żebym się przez cie­bie prze­nieść gdzie indziej nie musiał.

- Dziadku, prze­cież masz tu przy­ja­ciół, swój pokój, plo­teczki - wymie­niała roz­ba­wiona Halszka. - No i mnie, naj­lep­szą wnuczkę pod słoń­cem!

Mogła sobie pozwo­lić na te słowa, bo Tomasz był bez­dzietny.

- Taa, ska­ra­nie boskie z tobą - Krzy­żow­ski w końcu się uśmiech­nął. - Chyba czas umie­rać, zanim mnie dotkną te twoje inno­wa­cje!

- Ani mi się waż, dziadku - poca­ło­wała go w poli­czek. - Muszę lecieć, mam spo­tka­nie z leka­rzem, może przyj­dzie tu pra­co­wać ktoś nowy.

- Jak­by­ście mało kono­wa­łów zatrud­niali - sko­men­to­wał Krzy­żow­ski i znów zaplótł ramiona na pier­siach. - Nor­mal­nie robi się tu nie­zły bała­gan.

Halszka zdzi­wiła się, że nie powie­dział "bur­del", to zde­cy­do­wa­nie bar­dziej do niego paso­wało. Obej­rzała się jesz­cze, by zoba­czyć, jak pre­zen­tuje się szyld. Wyglą­dał ide­al­nie i nastra­jał pozy­tyw­nie, przy­naj­mniej ją. Nie zdra­dziła jesz­cze pen­sjo­na­riu­szom pla­nów na naj­bliż­szy czas, ale wie­działa, że szep­czą mię­dzy sobą. Mar­cin Mali­now­ski oddał wła­dzę córce, a ta har­cuje. Będzie ich zmu­szać do gim­na­styki i innych sza­lo­nych spor­tów, wyma­gać roz­mów i jedze­nia warzyw. To obu­rza­jące! Takie słu­chy dotarły do Halszki, bo per­so­nel rów­nież plot­ko­wał, ale nie zamie­rzała się przej­mo­wać.

Cie­szyło ją, że wio­sna nad­cho­dzi. Śnieg stop­niał i tylko gdzie­nie­gdzie widziała jego szare, przy­bru­dzone płaty, głów­nie na polach. Ośro­dek mie­ścił się na obrze­żach dużego, ślą­skiego mia­sta, z dala od osie­dli dom­ków jed­no­ro­dzin­nych i blo­ko­wisk. Ide­alne miej­sce, nie mieli zbyt wielu sąsia­dów, ale też nie­wiele osób chciało patrzeć na star­ców bli­skich śmierci. Halszka pro­wa­dziła swoją mazdę i zasta­na­wiała się nad tym, dla­czego tak wiele osób spy­chało swo­ich rodzi­ców pod opiekę obcych. Ow­szem, wie­działa, że to strach przed odpo­wie­dzial­no­ścią, że ludzie nie mieli czasu zaj­mo­wać się scho­ro­wa­nymi, czę­sto wyma­ga­ją­cymi zabie­gów i poda­wa­nia lekarstw star­szymi oso­bami. Halszkę to jed­nak bolało. Mar­cin wspo­mi­nał, że kie­dyś rodziny miały pra­wi­dłową struk­turę, a naj­star­szych w rodzie bar­dzo się sza­no­wało. Ich wie­dza i doświad­cze­nie całego życia spra­wiały, że zawsze mogli słu­żyć radą. Rodziny roz­ra­stały się, a tacy pro­to­pla­ści byli oto­czeni bli­skimi aż do odej­ścia. Teraz mało kto chciał patrzeć na sta­rze­nie, prze­cież to takie nie­este­tyczne, nie­hi­gie­niczne, nie­przy­jemne, uświa­da­mia­jące, że każ­dego z nas czeka...

Ści­snęła moc­niej kie­row­nicę i skrę­ciła, kie­ru­jąc się pod­po­wie­dziami GPS-u. Nie prze­pa­dała za wiel­kimi mia­stami, ale Tychy aku­rat lubiła. Tro­chę dener­wo­wała się tym spo­tka­niem; pierw­szym w jej karie­rze. Makary Słom­ski. Czy­tała o face­cie. Podobno był roz­chwy­ty­wany, więc oba­wiała się, czy oferta okaże się dla niego atrak­cyjna.

- Jeśli nie spró­buję, nie prze­ko­nam się, prawda? - spoj­rzała w lusterko wsteczne.

Pokrę­ciła głową. Uwa­żała, że mówie­nie do sie­bie to ogromna wada, szcze­gól­nie że cza­sami się zapo­mi­nała i robiła to przy ludziach, a to wzbu­dzało zaże­no­wa­nie. Nie miała jed­nak zamiaru dać się pochło­nąć jakimś nie­przy­chyl­nym myślom.

Makary

Dobrze jest mieć pie­nią­dze i rze­czy, które można za nie kupić, ale rów­nie dobrze jest od czasu do czasu upew­nić się, czy nie zgu­bi­li­śmy rze­czy, któ­rych nie da się kupić za pie­nią­dze.

Og Man­dino

Spoj­rzał na zega­rek w momen­cie, kiedy usły­szał puka­nie do drzwi. Punk­tu­al­nie. Gdyby nie zdą­żyła, nawet by jej nie wysłu­chał. Cenił sobie swój czas bar­dziej niż cokol­wiek, prze­ko­nany, że ma go ogra­ni­czoną ilość.

- Pro­szę - powie­dział.

W drzwiach sta­nęła kobieta, ale zanim ją oce­nił, za jej ple­cami poja­wił się Kostek, jak zawsze w nie­do­cza­sie, roz­trze­pany i total­nie zagu­biony. Przy­naj­mniej w oce­nie Maka­rego, który nie spo­dzie­wał się brata pod­czas ofi­cjal­nego spo­tka­nia z dyrek­tor ośrodka dla osób star­szych. Zresztą spo­dzie­wał się zupeł­nie kogoś innego, sza­cow­nej matrony z pier­siami uło­żo­nymi na brzu­chu i aż się zawsty­dził na tę myśl. Prze­cież sta­rał się nie oce­niać ludzi, a jed­nak z przy­zwy­cza­je­nia cią­gle to robił.

- Dzień dobry - przy­wi­tała się nie­zna­joma i podała mu dłoń, a póź­niej wycią­gnęła ją do Kostka. - Halszka Mali­now­ska.

- Co za ory­gi­nalne imię - zakrzyk­nął Kon­stanty, a Makary prze­wró­cił oczami.

Nie rozu­miał, jak ten czło­wiek mógł być jego bra­tem; nie mogli się bar­dziej od sie­bie róż­nić.

- Pro­szę usiąść - zapro­po­no­wał. - Makary Słom­ski, a to mój brat Kon­stanty.

Uśmiech­nęła się nie­pew­nie. Ładna, oce­nił, ale czy nie zbyt młoda na dyrek­tora ośrodka?

- Dzię­kuję. Miło mi panów poznać. Może od razu przejdźmy do rze­czy - wyjęła z nese­sera plik kar­tek i mu podała. Podo­bało mu się, że nie gada o pogo­dzie czy warun­kach na dro­dze; takie small talki zawsze go męczyły. - Ośro­dek odzie­dzi­czy­łam po rodzi­cach, któ­rzy rów­nież z niego korzy­stają - wyja­śniła, pod­czas gdy on czy­tał, a Kostek zaglą­dał mu przez ramię.

Miał ochotę go upo­mnieć, ale wie­dział, że nie przy­nio­słoby to efektu. W końcu znał brata lepiej niż kto­kol­wiek.

- Mamy tuż obok dom, zresztą jest z niego przej­ście do ośrodka. Tuż po woj­nie został zbu­do­wany przez rodzinę rodzi­ców.

Makary zmarsz­czył brwi. Dziwne sfor­mu­ło­wa­nie, dla­tego zer­k­nął na nią pyta­jąco.

- Zosta­łam adop­to­wana - uzu­peł­niła, a on kiw­nął głową. - W każ­dym razie ośro­dek funk­cjo­nuje już kil­ka­dzie­siąt lat, ale rodzice, mimo całego zaan­ga­żo­wa­nia, na które było ich stać, nie roz­wi­jali tego miej­sca tak, jak­bym chciała. Obra­cam się w tym śro­do­wi­sku od lat i zauwa­ży­łam, że kiedy pen­sjo­na­riu­sze się nudzą albo nie mają zajęć, gnu­śnieją. Jako dziew­czynka wycią­ga­łam z nich histo­rie i to ich akty­wi­zo­wało.

- Dla­tego ma pani plan. - Makary poło­żył papiery na biurku. - Faj­nie.

- Nie zabrzmiał pan zbyt opty­mi­stycz­nie - rzu­ciła.

- Nie podoba mi się, że zamie­rza pani łapać dwa ptaki za ogon.

- Dwie sroki - wtrą­cił Kostek, ale Makary go zigno­ro­wał.

- Za dużo tego. - Stuk­nął pal­cem w papiery. - Rozu­miem zamie­rze­nie, ma pani mnó­stwo ener­gii, ale to panią pochło­nie, pożre i wypluje wypa­loną.

- Mówi pan z doświad­cze­nia? - zri­po­sto­wała.

Kostek zaczął się śmiać, ser­decz­nie i gło­śno, co Maka­rego wyjąt­kowo draż­niło.

- Nie - odpo­wie­dział spo­koj­nie, choć krew w żyłach mu się wzbu­rzyła.

Mimo deli­kat­nego wyglądu ta kobieta miała pewną siłę. Zazwy­czaj spo­ty­kał się z prze­sad­nym sza­cun­kiem, wręcz uni­żo­no­ścią w odnie­sie­niu do swo­jej osoby. Podo­bało mu się podej­ście tej dziew­czyny, domy­ślał się, że i tak będzie parła do przodu, cokol­wiek by powie­dział. Z nie­chę­cią przy­znał, że mu zaim­po­no­wała.

- Dobrze, w takim razie poszu­kam kogoś innego - wstała, zebrała papiery i stuk­nęła nimi o blat, by je wyrów­nać.

Kostek, który do tej pory opie­rał się o blat biurka tył­kiem, dotknął jej dłoni.

- Niech pani jesz­cze nie wycho­dzi - popro­sił. - Mnie to zacie­ka­wiło.

- A pan czym się zaj­muje? - zapy­tała. - W jaki spo­sób może mi pan pomóc?

Kon­kretna jak cho­lera, pomy­ślał Makary. Roz­parł się w fotelu i obser­wo­wał brata, który cią­gle, bez skrę­po­wa­nia, trzy­mał nad­gar­stek pani dyrek­tor mię­dzy pal­cami.

- Pra­cuję jako neo­na­to­log.

- To jed­nak dzie­dzina, która jest zupeł­nie różna od tego, czego potrze­buję. - Mali­now­ska wyraź­nie posmut­niała. - Dzię­kuję za poświę­cony czas.

- Jesz­cze nie powie­dzia­łem "nie" - ode­zwał się nieco ziry­to­wany Makary. - Nie dała mi pani szansy, by się wypo­wie­dzieć.

- Skoro kry­ty­kuje pan pomysł... - wzru­szyła ramio­nami - to chyba nie mamy o czym roz­ma­wiać.

- Jestem geria­trą, nie cudo­twórcą - odparł zagnie­wany.

- Ale prze­cież do pana obo­wiąz­ków nale­ża­łoby tylko to, co ogra­ni­cza się do pana spe­cja­li­za­cji - Halszka nieco pod­nio­sła głos. - Cała reszta leży w mojej gestii i naprawdę nie rozu­miem, dla­czego pan się wtrąca.

- Bo wiem, jak to wygląda w prak­tyce. Naprawdę pani uważa, że ci starcy będą chcieli cho­dzić z kij­kami po lesie? Tań­czyć na zaba­wach orga­ni­zo­wa­nych przez ośro­dek? Brać udział w aqua aero­biku? - wymie­niał, a z każ­dym jego sło­wem Halszka pur­pu­ro­wiała coraz bar­dziej.

- Tak - wykrztu­siła.

Pra­wie dusiła się ze zło­ści, ale mimo to nie pozwo­liła sobie na wybuch, zacho­wała pozorny spo­kój, choć pomięła nieco kartki, zbyt mocno ści­ska­jąc dłoń. Wyszarp­nęła się Kost­kowi, jakby dopiero teraz zauwa­żyła, że ją na­dal trzyma, i powie­działa:

- Znam moich pod­opiecz­nych i wiem, któ­rzy z nich będą zado­wo­leni z takich zmian.

- Sta­ro­ści nie da się cof­nąć - rzu­cił bez­względ­nie.

- Ale można spra­wić, żeby była dobra. Zauwa­żył pan, że więk­szość leka­rzy i bli­skich takich osób trak­tuje je jak nie­do­łężne, nie­świa­dome niczego przed­mioty? Bez uczuć i żad­nych marzeń, ambi­cji i tak dalej? - nakrę­cała się, ale Makary słu­chał z zacie­ka­wie­niem.

Musiał przy­znać, że nadep­nęła mu na odcisk, ponie­waż tak dokład­nie myślał. Nie patrzył ni­gdy z innej per­spek­tywy, po pro­stu robił swoje, a że zaj­mo­wał się głów­nie poważ­nie cho­rymi w szpi­talu, nie trak­to­wał ich - tro­chę go to zszo­ko­wało - jak praw­dzi­wych ludzi. Nie sądził, że zmie­nił się w takiego potwora.

- Słu­chasz? - Kostek szturch­nął go bole­śnie w ramię. - Halszka ma sporo racji, bra­cie.

Halszka? Kiedy zdą­żyli przejść na "ty"?

- Możesz powtó­rzyć? - popro­sił nieco zawsty­dzony.

- To nor­malni ludzie - powie­działa powoli, jakby mówiła do dziecka, co mocno go pod­pa­liło. - Musimy dać im szansę na to, by mogli się speł­niać. Uni­wer­sy­tety trze­ciego wieku, spo­tka­nia na mie­ście, wypady do teatru i kina, może nawet rand­ko­wa­nie.

Makary aż się wzdry­gnął.

- Sły­sza­łam o panu wiele dobrego - powie­działa Halszka, widząc jego reak­cję. - Naprawdę sądzi­łam, że spo­tkam kogoś, kogo obcho­dzi los star­szych i kto rozu­mie, że ci ludzie także mają swoje potrzeby. W tym sek­su­alne.

Makary zaczer­wie­nił się mimo­wol­nie, zaczęły go piec czubki uszu.

- Mój brat chyba zapo­mniał, dla­czego został geria­trą - wtrą­cił się Kostek. - Ale zapew­niam, że to nie­zły facho­wiec. Trzeba mu tylko przy­po­mnieć, dla­czego to robi.

- Rozu­miem - sko­men­to­wała powoli Halszka. - Niech się pan więc zasta­nowi, może ode­zwę się za kilka dni. Mam jesz­cze parę umó­wio­nych spo­tkań.

Poże­gnała się i wyszła.

- Ja cię kręcę - rzu­cił Kostek.

Makary popa­trzył na brata scep­tycz­nie.

- Spodo­bała ci się, co? - zapy­tał znie­sma­czony.

- Nawet nie wiesz jak.

Makary tylko pokrę­cił głową. Oba­wiał się, że jeśli w to wej­dzie (a kobieta weszła mu na ambi­cję i to sku­tecz­nie) to będzie miał na gło­wie nie tylko zwa­rio­waną panią dyrek­tor, lecz także sza­lo­nego brata.

- Druga mło­dość - mruk­nął do sie­bie. - Ja pier­dolę.

Halszka

Nawet gdy­byś dał czło­wie­kowi wszyst­kie wspa­nia­ło­ści tego świata, nic mu nie pomoże, jeśli nie ma przy­ja­ciela, któ­remu mógłby o tym powie­dzieć.

Johann Wol­fgang Goethe

Wyszła ze spo­tka­nia zde­ner­wo­wana. Nie wie­działa, co powinna myśleć o tym gbu­rze, o tym... cho­ler­nym, zaco­fa­nym, okrop­nym czło­wieku, który do pacjen­tów pod­cho­dził jak do przed­mio­tów. Zorien­to­wała się, że tra­fiła w sedno, kiedy mu to zarzu­ciła, a to mocno ją roz­cza­ro­wało.

- Halszka! - usły­szała i się odwró­ciła.

Chciała ukryć łzy, więc zamru­gała szybko. Wyda­wało się jej, że to Makary, więc się naje­żyła, ale to Kostek do niej pod­szedł.

Dopiero teraz uświa­do­miła sobie, jak są z bra­tem podobni, mimo że Kon­stanty nosił dłu­gie do ramion włosy.

- Słu­cham? - nie chciała na niego patrzeć, więc wbiła wzrok w chod­nik.

Popę­kane płyty przy­po­mi­nały jej dzie­ciń­stwo i zabawę w "nie­na­dep­ty­wa­nie" na linię. Tata zawsze pozwa­lał jej wygry­wać.

- Daj mu szansę - popro­sił, a ona zmarsz­czyła brwi.

Co go obcho­dziło, czy będą współ­pra­co­wać, nie miał w tym żad­nego inte­resu. Pokrę­ciła głową.

- Makary prze­żywa, bo mama cho­ruje - wyja­śnił, zupeł­nie nie­po­trzeb­nie.

- Nie mam ochoty o tym słu­chać - zdy­stan­so­wała się, odsu­nęła o kilka kro­ków. - Pry­watne pro­blemy leka­rzy to nie moja sprawa, naprawdę.

- Może zna­la­złoby się dla niej miej­sce w "Dru­giej mło­do­ści"? - zapy­tał Kostek. - Pla­no­wa­li­śmy oddać ją pod opiekę, ale Maka­rego cho­ler­nie to boli.

- Cie­bie nie? - skon­tro­wała.

- Też - przy­znał. - Ale wiem, że mama będzie zado­wo­lona, jeśli trafi mię­dzy ludzi. Teraz sie­dzi w domu z pie­lę­gniarką, która przy­cho­dzi do niej dwa razy na dzień i wypa­truje naszych powro­tów z pracy, a to bez sensu. Wiem, że Makary by chciał poświę­cać jej wię­cej czasu, ale...

Prze­stała słu­chać. Nie chciała wikłać się w żadne rodzinne histo­rie. Nie miała głowy do dra­ma­tów i pocie­sza­nia ludzi, wystar­czyło, że miała swoją misję i zamie­rzała ją wypeł­nić: z Maka­rym lub bez niego.

- Możemy poroz­ma­wiać o mamie - prze­rwała Kost­kowi. - Jeśli pan chce, może ją przy­wieźć w naj­bliż­szych dniach. Cierpi na zaniki pamięci? Jakaś demen­cja czy coś?

- Nie, ale bywają dni, kiedy jest słaba. Makary wie, co jej dolega - wyja­śnił. - Mogę poja­wić się jutro, aku­rat mam wolny dzień. Paso­wa­łoby ci? W ogóle przejdźmy na "ty", będzie nam łatwiej.

- Jasne - uśmiech­nęła się, też wolała mówić ludziom po imie­niu. - I jutro będzie okej - podała mu wizy­tówkę. - Tu masz adres i tele­fon, daj znać, o któ­rej zamie­rzasz się zja­wić.

- To twój pry­watny? - spy­tał.

- Tak - unio­sła brew. - Czy to pro­blem?

- Wręcz prze­ciw­nie.

Konstanty

Wolę jedno życie z Tobą niż samot­ność przez wszyst­kie ery tego świata.

John Ronald Reuel Tol­kien

- Mama musi mieć dobrą opiekę - powie­dział nieco roze­źlony podej­ściem brata.

Uparty jak osioł Makary krą­żył po pokoju, a złość aż z niego kipiała.

- Masz złą moty­wa­cję - wark­nął w końcu. - Roz­ma­wia­li­śmy o tym wie­lo­krot­nie i jeste­śmy w sta­nie tak się zor­ga­ni­zo­wać, żeby zapew­nić mamie naj­lep­szą opiekę. Ma nas! Synów - pod­kre­ślił, wyraź­nie wyma­wia­jąc słowa. - Mia­łem nadzieję, że to usta­lone raz na zawsze!

- Dosko­nale widzisz, że to się nie spraw­dza - skon­tro­wał Kostek. - Upie­rasz się jedy­nie po to, by zagłu­szyć wyrzuty sumie­nia!

- Może­cie nie mówić o mnie, jak­bym nie ist­niała? - Mał­go­rzata wstała z fotela i Kon­stanty się spe­szył.

Fak­tycz­nie, zapo­mniał o jej obec­no­ści, ponie­waż skryta w cie­niu, obser­wo­wała ich dotąd bez słowa.

- Chyba mam coś do powie­dze­nia w tej spra­wie? - zapy­tała synów.

Mimo wieku pre­zen­to­wała się pięk­nie, wypro­sto­wana jak zawsze, z siwymi wło­sami zawią­za­nymi w kok, twa­rzą poważną, jakby grała jedną ze swo­ich teatral­nych ról; w końcu więk­szość życia spę­dziła na sce­nie.

- No dobrze - pod­dał się Makary. - Wypo­wiedz się, już nie mogę się docze­kać.

- Nie iro­ni­zuj mi tu, synu - upo­mniała mama i Kostek uśmiech­nął się w duchu.

Potra­fiła ich poskro­mić, usa­dzić na miej­scu jed­nym zda­niem, mimo że już dawno weszli w doro­słość. Zawsze prze­ja­wiała wielką siłę, w końcu wycho­wała ich samot­nie na dobrych ludzi, choć Kon­stanty miał wąt­pli­wo­ści co do Maka­rego. Brat w ostat­nim cza­sie mocno spo­chmur­niał i nie chciał roz­ma­wiać o powo­dach swo­jego samo­po­czu­cia. A prze­cież od zawsze dzie­lili się pra­wie wszyst­kim!

- Słu­cham, mamo - powie­dział Makary, gdy matka nie prze­sta­wała mie­rzyć go wzro­kiem.

- Kostek opo­wie­dział mi o tej kobie­cie, która zapro­po­no­wała ci pracę - rzu­ciła Mał­go­rzata i pode­szła do okna, pozor­nie tylko nie­za­in­te­re­so­wana synami, ale obser­wo­wała ich bacz­nie. - Ten ośro­dek wygląda naprawdę dobrze, widzia­łam ulotkę.

- Po co ci to, skoro masz nas? - upie­rał się Makary, aż Kostek prze­wró­cił oczami.

- Nie mogę zabie­rać wam wol­nego czasu, już i tak pra­cu­je­cie za dużo - skry­ty­ko­wała i odwró­ciła się przo­dem, jakby widok za oknem nagle prze­stał ją inte­re­so­wać. - Poza tym powin­ni­ście uło­żyć sobie życie pry­watne.

- Oczy­wi­ście - mruk­nął Makary. - Bo widzisz nas z żonami i gro­madką dzieci, naj­le­piej przed komin­kiem, w kap­ciach i z gazetą w ręku.

- Dokład­nie tak - odpa­ro­wała mama i mru­gnęła do Kostka. - I jesz­cze z fajką w zębach - zachi­cho­tała.

- Mamo, nie wygłu­piaj się - popro­sił Makary. - Chcesz powie­dzieć, że masz zamiar się tam prze­pro­wa­dzić?

- Dzi­siaj jadę z Kost­kiem zoba­czyć pokój i poroz­ma­wiać o szcze­gó­łach. Podobno ta pani chce zak­ty­wi­zo­wać tych star­szych ludzi, może mogła­bym pro­wa­dzić warsz­taty teatralne? Uczyć tańca?

- Po co?

Makary wybuch­nął, a oni wpa­try­wali się w niego zdu­mieni. Reago­wał zbyt ostro i Kon­stanty tego nie rozu­miał, zamie­rzał jed­nak poga­dać z bra­tem. Nie podo­bało mu się, jak się odzywa zarówno do matki, jak i do niego, nie wspo­mi­na­jąc o Halszce. Na myśl o niej uśmiech­nął się w duchu. Wie­rzył, że uda jej się osią­gnąć cele, które sobie wyzna­czyła.

- Po to, żeby jesz­cze przez chwilę pożyć - odparła Mał­go­rzata twardo. - Czyż­byś mi tego zabra­niał?

- Powin­naś o sie­bie dbać. Cukrzyca, nad­ci­śnie­nie, słabe kości - wyli­czał, odchy­la­jąc palce. - Myślisz, że możesz hasać po łące z jed­no­roż­cami?

- Wola­ła­bym tak, niż dać się zamknąć w klatce two­jej opieki - prych­nęła w odpo­wie­dzi. - Nie pozwolę się ogra­ni­czać, Makary! Kostek, jedziemy.

Wyszła do przed­po­koju, żeby zało­żyć płaszcz i buty. Kon­stanty stał jesz­cze przez chwilę i wpa­try­wał się w brata, w oczach któ­rego dostrzegł łzy. Zmarsz­czył brwi, bo Makary rzadko pozwa­lał sobie na emo­cje, szcze­gól­nie że uwa­żał je za sła­bość, a teraz stał tylko i pozwa­lał łzom pły­nąć.

- Poroz­ma­wiamy póź­niej - zapew­nił.

Brat tylko ski­nął mu głową.

Kon­stanty nie potra­fił sku­pić się na sło­wach matki, która roz­pra­wiała o "Dru­giej mło­do­ści", jakby już się tam zna­la­zła, pełna pod­nie­ce­nia i pew­no­ści, że miej­sce jej się spodoba. Nawet gdyby chciał, nie mógłby odwieść jej od tego pomy­słu i zasta­na­wiał się w duchu, czy postą­pił dobrze, kiedy jej o tym mówił. Udzie­lił mu się nie­po­kój brata.

Doje­chali na miej­sce i Kostek przez chwilę wpa­try­wał się w ośro­dek. Nie spo­dzie­wał się takiej prze­strzeni, nie wie­dział, że budy­nek jest ogromny. Przy nim dom, przy­tu­lony do ściany niczym młod­sza sio­stra, wyda­wał się nie­po­zorny. Kon­stanty dostrzegł, że nie­da­leko cią­gnie się las, a park przy ośrodku pełen jest drzew i klom­bów.

- Podoba mi się na pierw­szy rzut oka - sko­men­to­wała Mał­go­rzata. - Wysia­damy?

- Pew­nie.

Wysko­czył z samo­chodu i pomógł matce wysiąść. Nie puścił jej dłoni, kiedy zbli­żyli się do "Dru­giej mło­do­ści". Szyld pre­zen­to­wał się deli­kat­nie, ide­al­nie paso­wał do Halszki. Ta ostat­nia wła­śnie wyszła im naprze­ciw zde­cy­do­wa­nym kro­kiem i z uśmie­chem na ustach.

- Dzień dobry! - objęła Mał­go­rzatę, jakby znały się od lat. - Ogrom­nie mi miło panią poznać. Syno­wie zro­bili na mnie dobre wra­że­nie - spoj­rzała na Kostka i podała mu dłoń.

- Syno­wie powinni być wizy­tówką matki - powie­działa pokra­śniała z dumy Mał­go­rzata. - Kostek mówił, że ma pani dla mnie ofertę.

- Jeżeli tylko pani zechce tutaj zamiesz­kać - Halszka chwy­ciła mamę Kostka pod rękę i ruszyły przo­dem.

Kon­stanty się nie wtrą­cał, wolał obser­wo­wać niż uczest­ni­czyć w roz­mo­wie, bo wie­dział, że Makary będzie pytał o każdy szcze­gół. Uparty brat nie chciał przy­je­chać z nimi, ale nie był w sta­nie powścią­gnąć cie­ka­wo­ści i Kostek zda­wał sobie sprawę, że prze­ma­gluje go, kiedy wrócą do domu. "Druga mło­dość" zro­biła na Kon­stantym dobre wra­że­nie, choć wyma­gała nieco pracy, ale to wie­dział po roz­mo­wie z Halszką dzień wcze­śniej. Budy­nek posia­dał par­ter i pię­tro, kil­ka­na­ście poko­jów, wypo­sa­żo­nych w sze­ro­kie łóżka, biurka i biblio­teczki, do każ­dego przy­le­gała rów­nież mała, ale funk­cjo­nalna łazienka.

- Nie­które osoby wolą mieć współ­lo­ka­tora, inne wybie­rają jedynki - mówiła Halszka, ale nie przy­słu­chi­wał się zbyt dokład­nie.

Lustro­wał, oce­niał, ana­li­zo­wał i pla­no­wał. W wyobraźni widział zmiany, które mogłyby zostać wpro­wa­dzone, aby uła­twić funk­cjo­no­wa­nie pen­sjo­na­riu­szom. Zamie­rzał podzie­lić się tymi pomy­słami z Halszką, gdy zostaną sami.

- To moi rodzice - usły­szał i sku­pił się na teraź­niej­szo­ści. - Agnieszka i Mar­cin Mali­now­scy - przed­sta­wiła.

Ukło­nił się, ale pozo­stał z boku, nie uczest­ni­czył w roz­mo­wie. Zauwa­żył, że Halszka trak­tuje rodzi­ców z czu­ło­ścią, ale nie jak znie­do­łęż­nia­łych star­ców. Z sza­cun­kiem. Podo­bało mu się to. Dostrzegł, że Agnieszka Mali­now­ska odpływa myślami, zawie­szona w świe­cie pomię­dzy prze­szło­ścią a teraź­niej­szo­ścią, pew­nie cho­ro­wała na alzhe­imera. Nie­raz widział pacjen­tów Maka­rego, zacho­wy­wali się podob­nie. Mar­cin Mali­now­ski pre­zen­to­wał się nieco lepiej, cho­ciaż wiek jego rów­nież przy­gniótł do pod­łogi.

- Wspa­niałe miej­sce - powie­działa Mał­go­rzata. - Jestem zdzi­wiona, że wcze­śniej o nim nie sły­sza­łam, od jakie­goś czasu zasta­na­wiam się nad prze­pro­wadzką.

A to nowość, pomy­ślał Kostek.

- Ośro­dek zbu­do­wali moi przod­ko­wie - ode­zwał się Mar­cin. - Taka rodzinna tra­dy­cja dba­nia o star­szych, wynie­siona jesz­cze z cza­sów, kiedy wielu z nich stra­ciło opiekę synów i córek z powodu wojny. Musieli sobie jakoś radzić, a - jak to się mówi - w kupie raź­niej.

- Dosko­nały pomysł - sko­men­to­wała Mał­go­rzata.

- Wcze­śniej, tuż po woj­nie - kon­ty­nu­ował Mali­now­ski - każdy z pen­sjo­na­riu­szy wkła­dał w dom jakiś swój talent. Teren jest ogromny, upra­wiano więc ziem­niaki i inne warzywa, hodo­wano drób, chyba nawet mieli tu krowy. Póź­niej się to zmie­niło, a teraz Halszka chce wró­cić do tra­dy­cji, cho­ciaż w inny spo­sób.

Kon­stanty pomy­ślał, że ojciec musi być dumny z córki. Czuł to w jego gło­sie i zasta­na­wiał się, czy ich rodzi­cielka wypo­wiada się o nich rów­nie cie­pło.

- To dosko­nały pomysł - wtrą­ciła matka. - Więk­szość życia pra­co­wa­łam w teatrze i chęt­nie dała­bym kilka lek­cji gra­nia, jeśli ktoś byłby zain­te­re­so­wany.

- Świet­nie! - Halszka kla­snęła. - Czyli jest pani zde­cy­do­wana?

- Mów mi po imie­niu - zapro­po­no­wała Mał­go­rzata. - I tak, sądzę, że tak.

- Może więc przejdźmy do gabi­netu, napi­jemy się her­baty i poroz­ma­wiamy o szcze­gó­łach? - uśmiech­nęła się do Kostka, jakby dopiero teraz zauwa­żyła jego obec­ność.

Kiw­nął głową na znak zgody i podą­żył za matką i Halszką, które dys­ku­to­wały jak stare zna­jome. W prze­dziwny spo­sób poczuł, że mama będzie tu paso­wać, już zdą­żyła nawią­zać przy­jaź­nie, a prze­cież nawet nie poznała żad­nego z pen­sjo­na­riu­szy. Zawsze potra­fiła zjed­ny­wać sobie ludzi, taki miała dar.

Gabi­net Halszki oka­zał się pomiesz­cze­niem zaska­ku­jąco męskim i Kostek doszedł do wnio­sku, że kobieta odzie­dzi­czyła go po ojcu. Ciemne meble, ogromna biblio­teka zapeł­niona książ­kami, stary gra­mo­fon usta­wiony na para­pe­cie, kilka rycin na ścia­nach. Wnę­trze dość surowe, choć jed­no­cze­śnie przy­tulne. Halszka zapro­po­no­wała Mał­go­rza­cie fotel, a sama znik­nęła we wnęce, gdzie - jak domy­ślił się Kostek - przy­go­to­wy­wała her­batę. Pomógł jej z tacą, gdy wynu­rzyła się z cie­nia.

- Dzię­kuję - powie­działa i dmuch­nęła w lok, który spadł jej na czoło.

Roz­ma­wiali o płat­no­ściach i szcze­gó­łach, Mał­go­rzata roz­ta­czała wizje warsz­ta­tów i Kostek w końcu musiał im prze­rwać.

- Muszę do pracy, mamo - zer­k­nął na zega­rek.

Koń­czył drugą fili­żankę her­baty i przy­znał, że mógłby tak z nimi sie­dzieć jesz­cze długo, ale obo­wiązki go wzy­wały. Odsta­wił naczy­nie na tacę i podzię­ko­wał. Mał­go­rzata długo ści­skała dło­nie Halszki i coś szep­tała, aż Kostek poczuł się nie­pew­nie, bo wyczuł, że matka zdra­dza jakieś jego sekrety.

- Mamo! - zama­ru­dził.

- Idę, idę.

Umó­wili się, że Kon­stanty zadzwoni, kiedy roz­mówi się z Maka­rym i świa­do­mość tego, że ta roz­mowa dopiero przed nim, nieco zepsuła mu humor. Nie miał czasu jed­nak się nad tym zasta­na­wiać. Odsta­wił mamę do domu, poca­ło­wał ją szybko w poli­czek i poje­chał do szpi­tala.