zimri
Zimri Nommik, dyrektor generalny logistycznego giganta i platformy zakupowej Anvil, odebrał powiadomienie całe cztery godziny później, bo - wyjątkowo - posuwał swoją żonę.
Podczas konferencji "Action Now!" Selah Nommik była w dziwnie zmiennym nastroju. Owszem, uwielbiała takie dęte ekologiczne imprezy, to na pewno. Widział, jak płakała prawdziwymi łzami nad losem tygrysów i delfinów, i jeszcze jakichś porostów, które szczególnie ją kręciły. Do tego zrobił jej niespodziankę - podwoił sumę, którą zadeklarował na rzecz tworzenia stref FutureSafe. Choć tyle się wydarzyło między nimi, ciągle lubił, gdy patrzyła na niego takim wzrokiem, jakby wciąż pamiętała, dlaczego za niego wyszła.
Przyglądał się jej, idącej przez scenę. W kremowej spódnicy ledwie sięgającej kolan, z mocnymi i lśniącymi nogami wyglądała jak Serena Williams w swoich najlepszych latach. Pomyślał: "Pieprzyć to, i tak prawnicy zgarnęliby gruby procent", po czym rzucił liczbę dwa razy większą, niż ustalili. Selah złapała go za rękę i podniosła ich splecione dłonie, jakby wygrali mistrzostwa. Trzaskały migawki aparatów, publiczność krzyczała, na ekranie za ich plecami pojawiła się zawrotna suma, a Selah schyliła się i szepnęła mu do ucha:
- Chcę, żebyś mnie zerżnął. Teraz.
Więc jak najbardziej zamierzał skorzystać. Za jedyne dodatkowe 5,7 miliarda dolarów.
Kochali się tak, jak lubił, ale z namiętnością, jaka nie ogarniała ich od lat. Przy ścianie apartamentu, gdy zadarł spódnicę Selah; na podłodze, gdy ona szukała go z naglącym pośpiechem. Na kanapie, ona pod spodem. Wreszcie na łóżku, ona na górze, na jeźdźca; jej ciężkie piersi były obnażone, duże, ciemne sutki twarde i sterczące, a jej rytm tak zapalczywy, że wygoniła z jego głowy pamięć o całym świecie i zmieniła go w punkt skoncentrowanej rozkoszy i całkowitego poddania.
- O rany - powiedziała i opadła na skotłowaną pościel. Ale przypomniała sobie o nim, podniosła głowę i spytała z niespodziewaną czułością: - Wszystko okej?
Było tak, jakby właśnie się poznali, jakby dopiero co opowiedział jej o dręczonym astmą, dziwacznym dzieciaku, którym był kiedyś, synu estońskich imigrantów żydowskiego pochodzenia, wrzuconym w środek szkoły w Minnesocie i tak bardzo gnębionym za cudaczny wygląd, dziwny akcent i błędy językowe, a zwłaszcza za rozwścieczające ewidentne poczucie własnej wyższości, że grupka szkolnych piłkarzy wypchnęła go z jadącego samochodu. Jakby znowu go naprawdę zobaczyła, na koniec.
Teraz Zimri Nommik miał osobistego trenera, ułożoną dietę paleo, sześciopak na brzuchu i więcej pieniędzy niż ktokolwiek inny na ziemi. A jednak nadal wyglądał, jakby był źle poskładany: szerokie, włochate ramiona, długie ręce i duże dłonie nie pasowały do przysadzistej sylwetki i ostrych rysów. I co z tego. W biznesie przewidywał wszystko jak prorok. Zawsze wykonywał ruch w odpowiednim momencie. Rozumiał rynek jak nikt i prowadził firmę w najbardziej bezwzględny, najskuteczniejszy sposób na świecie. Tylko że nigdy nie mógł całkiem zapomnieć o tamtym niedorobionym dzieciaku. Wiedział, jak wyglądał w porównaniu ze zdrowymi, opalonymi, blondwłosymi, zębatymi, barczystymi, wiejskimi, wysportowanymi chłopakami w szkole. Żadna ilość seksu ani sukcesów nie wystarczała, by zapomniał na dłużej niż moment.
Czy Selah Nommik wiedziała, że już rozmawiał z prawnikami? To dlatego było tak dobrze? Umówił spotkania na kilka dni, gdy pojechała do rodziny do Londynu. Nie, nie mogła wiedzieć, ale może domyślała się, że to koniec, że za kilka tygodni spadną na nią jednocześnie ogromny majątek, umowa o zachowaniu poufności i pozew rozwodowy.
- Cholera - powiedziała Selah. - Mam zaraz spotkanie w Sonomie, wiesz, ten event dla kobiet. Muszę lecieć.
Patrzył, jak wciąga majtki i wygładza kremową spódnicę na swoim boskim tyłku. Zapięła biustonosz z białej koronki. Żal za tym, co minęło, jest słabością. Należy korzystać z tego, co jest.
Chłopacy, którzy wypchnęli go z samochodu, przyszli w odwiedziny do szpitala. Szczękę miał już przydrutowaną w nowej pozycji, w której została na zawsze: lekko wysunięta do przodu, jakby był pełnym zapału członkiem młodzieżówki komunistycznej, prowadzącym masy pracujące ku zwycięstwu. Wiedział na pewno, że chłopaków było pięciu, ale nie pamiętał, czym się od siebie różnili, zupełnie jakby te dwie czy trzy charakterystyczne cechy, które utkwiły mu w głowie - śmiech, który brzmiał jak kichanie, skrywany wielki talent matematyczny - przekazywali sobie w grupie, tak żeby trafiały ciągle do kogoś innego. Czasami żałował, że nie opisał wszystkiego ze szczegółami, a kiedy indziej cieszył się, że na to nie wpadł. Gdy przyszli do szpitala, zachowywali się, jakby wszyscy, łącznie z nim, brali udział w zabawnym wygłupie, jakby jego rozwalona twarz była częścią wspólnie zaplanowanej przygody. "Pamiętasz - powiedział jeden z nich, śmiejąc się - pamiętasz, jak wypadałeś, jak chwytałeś się pasa?"
Zrozumiał wtedy, że choćby powtarzał swoją wersję tysiąc razy, oni zawsze będą uważać całą sprawę za żart. Zrozumiał, że nie można liczyć na innych ludzi. Że jedynym sposobem na zapewnienie sobie bezpieczeństwa jest być na tyle samodzielnym, żeby przeżyć. Wszelkie oznaki przyjaźni mogą się okazać zaplanowaną przepychanką na tylnym siedzeniu auta przez śmiejących się, nieodróżnialnych chłopaków, dających sobie kuksańce, aż do ostatniego popchnięcia, które wyrzuciło go w pustkę.
Selah Nommik zapięła bluzkę. Żegnajcie, piersi, sutki, uda. Tak już musi być. Przecież mieszkał w San Francisco - zawsze znajdzie się jakaś inna. Selah pocałowała go z zawziętą czułością, zajrzała mu w oczy, aż znowu pomyślał: "Czy ona wie?". Ale nie mogła wiedzieć. Domyślała się tylko. Wyszła.
Zrobiło się późno. Lenk Sketlish zapraszał go jutro na poranną medytację, ale Zimri nie miał zamiaru iść. Nie tylko dlatego, że nie znosił Lenka, ale dlatego, że orgazm tej jakości nie powinien się zmarnować. Ustawił AnvilSleepSystem na budzenie o szóstej rano. Wiedział z doświadczenia, że niezwykły, unicestwiający wszystko orgazm, po którym następował głęboki sen, potem lodowata kąpiel i długa przebieżka, może przynieść pomysły warte od dziesięciu do dwudziestu miliardów zysku w ciągu dziesięciu lat. Wydał polecenie w systemie AnvilFocus, że nie życzy sobie żadnego przeszkadzania, absolutnie żadnego, z jakiegokolwiek powodu, dopóki nie skończy biegać. Nic aż do południa.
Następnego dnia, w listopadowy poranek, jezioro było zimne i przejrzyste. Nad taflą wody wisiała mgła, zbierająca się w leciutkie obłoki, falująca jak coś żywego. Pięć kaczek nurkowało po wodorosty i coś tam sobie kwakało. Sekwoje w oddali rysowały się wyraźnie na tle nieba. Zimri Nommik, zdyszany, usiadł na brzegu, z tylnej kieszeni wyciągnął smartnotes i zapisał kilka pomysłów na zharmonizowanie produkcji z siecią dystrybucyjną w Azji Południowo-Wschodniej. Rozmarzył się, patrząc na fale rysujące się na powierzchni wody, ale nie widział prawdziwego świata, tylko krainę metafor i symboli, gdzie kanały zaopatrzenia, fabryki, gałęzie produkcji i kraje były różnokolorowymi paciorkami, które należało przesuwać wte i wewte, aż zaczynały się układać w pożądany wzór.
Był pogrążony w tym produktywnym transie, gdy dokładnie o dwunastej wyłączył się AnvilFocus. Słuchawka, którą miał przypiętą na klipsie przy kołnierzyku, zaczęła bzyczeć. Przerzucił kartki notatnika na koniec, gdzie był tablet. I zobaczył. Wpatrywał się w wiadomość przez kilka sekund, a potem popatrzył na wodę. Podrapał się w ucho. Zależnie od szajsu, w który wpadli, mogło zginąć to konkretne jezioro, różne ptaki wodne, inne jeziora albo wszystko naraz. Trzeba nacieszyć się widokiem, póki trwa.
Selah zadzwoniła, gdy wracał do apartamentu.
- Do jasnej cholery - powiedziała. - Zimri, proszę cię, dobijam się do ciebie całe rano. Czy to jest prawda?
Pomyślał, co teraz będzie. Zabraknie czasu, żeby znaleźć kogoś nowego. Selah pojedzie z nim do schronu. Mógłby odpowiedzieć: "Nie, to tylko ćwiczenia, zostań w domu". Wiatr poruszył gałęziami drzew i liście spadły na jasną powierzchnię wody na jeziorze.
- Prawda - odparł. - Przyleci po ciebie samolot. Wsiądź do niego.
- Jak to, nie lecimy razem?
- Według protokołu nie możemy zwracać uwagi na nasz wyjazd. To ma być zwykły transport. Sama wiesz. Ja będę leciał... - Roześmiał się. - Niech to, będę leciał z Lenkiem i Ellen.
- O Jezu. Lepiej ty niż ja.
- Nie możemy teraz rozmawiać. Dopiero w samolocie, na naszym wi-fi, okej?
- Jasne - zgodziła się Selah. A potem dodała: - Boję się.
- Spotkamy się w schronie - powiedział. - Nie na Wyspach Królowej Charlotty, tam jest problem. W szkockim. Wszystko będzie dobrze.
"Może faktycznie będzie dobrze", pomyślał. Nawet lepiej, niż było. Cokolwiek się stanie na świecie, on będzie bezpieczny. A jak nie wyjdzie z Selah, jakoś znajdzie kogoś nowego.