Przyszłem czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy - Janusz Głowacki

-
Proszę czekać

 

Wprowadzenie

Chciałem wyjaśnić, że piszę tę książkę głównie ze skąpstwa, bo ze dwadzieścia scen, co je napisałem, i parę pomysłów do filmu nie weszło. A ja niektóre lubię, czyli jak mają zginąć na zawsze, to je lepiej zapiszę. Z żadnego tam żalu, goryczy albo żądzy odwetu, boby to było śmieszne. Podobno Harold Pinter, jak chciał się zemścić na żonie za to, że go zdradza, zerżnął jej kochanka. Ja nie mam takich możliwości. Andrzej Wajda powiedział mi, że umówił się z Wałęsą tak, że jak skończy ostateczny montaż, to film obejrzą we czwórkę: Lech Wałęsa z żoną Danutą i Andrzej z Krysią Zachwatowicz. I że Wałęsa zarezerwował sobie trzy dni do namysłu i potem powie, czy mu się podobało.

Andrzej bardzo na to czekał i bardzo się denerwował. Pomyślałem, że może warto by taką scenę nakręcić, że po tych trzech dniach Wałęsa się rzuca na Wajdę i zaczyna go dusić, a Andrzej broni się, okładając go laseczką.

Jak to piszę, to akurat w telewizji pokazują wystąpienie prezesa PIS-u na Jasnej Górze. Tłumy. Prezes w asyście księży mówi o straszliwym zagrożeniu dla Kościoła katolickiego, największym od czasów komunizmu. Domaga się, aby preambuła do konstytucji zaczynała się od: "W imię Boga Wszechmogącego..." - ludzie słuchają z zachwytem i klaszczą. Patrzę z podziwem i zazdrością. Szwedom się Jasnej Góry nie udało zdobyć, a prezesowi bez problemu. I jako człowiek wyrachowany kombinuję, że może w sprawie tej książki też by mi się udało Boga na swoją stronę przeciągnąć. W końcu co mu zależy, wrabiamy go w każde świństwo, które sami robimy. A przecież Bóg niewinny jest. Dał nam wolną wolę i tyle. Ach Boże, żeby nie ci księża, tobym nie miał nic przeciw Kościołowi. No więc w Dobrą Godzinę. Naprzód!

Trochę mylą mi się rzeczy, które chcę zapomnieć, z tymi, które naprawdę zapomniałem. Ale, o ile pamiętam, PRL to nie był dokładnie świat bohaterów Cyda Corneille'a, w którym obowiązywał honor, dwunastozgłoskowiec jambiczny z akcentem głównym na szóstej sylabie poprzedzającej średniówkę, a wybory moralne były oczywiste i czyste jak łza. W Polsce Ludowej bezpieka lała się z kranu. Poza tymi, którzy siedzieli w więzieniu, większość obywateli, włączając mnie, stała po szyję w wodzie tak mętnej, że nie było pewności, kto ma jeszcze na sobie majtki, a kto już stoi z gołą dupą. Krótko mówiąc, był to świat skundlony. Niby najweselszy w socjalistycznym obozie, ale jednak barak i dziś musi budzić niedowierzanie i odrazę niepokornych patriotów z tak zwanych wolnych mediów.

No i po próbie buntu i masakrze na Wybrzeżu, bezpieka dopadła sporo ludzi, w tym Lecha Wałęsę, młodego robotnika prosto ze wsi. Na dodatek członka komitetu strajkowego w Stoczni Gdańskiej. Zamknęła go, przesłuchała, pogroziła więzieniem, się przestraszył, popodpisywał im jakieś papiery. Nikt go nie torturował. Bo nie było po co. Był małym pionkiem. Zgodzi się - dobrze, nie - mamy innych.

Coś mi mówi, że dla robotnika takie "podpisanie", to nie było to samo co dla intelektualistów, którzy dobrze wiedzieli, że "nic tak nie plami jak atrament", albo jak mówią Rosjanie: "tego, co napiszesz piórem, nie wyrą- biesz nawet siekierą". Coś mi też mówi, że kiedy Lech Wałęsa podpisał, to niekoniecznie po to, żeby jak w Jądrze ciemności Conrada odnaleźć "rozkosz w upadku", sięgnąć dna czy "zanurzyć się w niszczącym żywiole", ale raczej zgodnie ze swoją filozofią, że "tonący brzytwy, chwyta się byle czego", czyli ze względów praktycznych. Się wyjdzie, się zobaczy. Z nieskazitelnością Lecha Wałęsy jest trochę słabo. Jak sam powiedział: "Moja ilość trochę psuje moją jakość". Ale im bardziej się Lech Wałęsa wkręcił, im więcej popodpisywał i spotkań odbył, na których chcąc albo nie chcąc, wiedząc czy nie wiedząc, coś z siebie dawał wycisnąć, tym cenniejsze, jak się z tego czy innego bolkostwa wygrzebał i gdzie doszedł.

Może nie mam racji, ale wolałbym ją mieć. Sądźcie mnie!

W mojej ulubionej powieści radzieckiej Szosa Wołokołamska Aleksandra Beka, która w latach pięćdziesiątych była obowiązkową lekturą szkolną, w czasie "II Wojny Ojczyźnianej" młodziutki żołnierz, słysząc fałszywy okrzyk: "Idą Niemcy!", przestraszył się i zaczął uciekać. Pouciekał ze dwadzieścia metrów, zawstydził się i wrócił. Nic z tego złego dla nikogo nie wynikło i nic się nikomu nie stało. Ale oficer polityczny, czyli komisarz, stanął przed trudnym wyborem moralnym. Bardzo chciał żołnierzowi tę chwilę strachu wybaczyć i nawet szczerze mu współczuł. No ale z drugiej strony dobry przykład by się przydał. Po namyśle rozkrzyżował ręce jak Chrystus i, pomijając sądowe formalności, zakomenderował: "W tchórza i zdrajcę Ojczyzny, ognia!". Po czym spuścił głowę, uderzył się w piersi i powiedział do przerażonych podwładnych: "Sądźcie mnie". Oczywiście nikt go nie sądził, a żołnierz dostał nauczkę na całe życie.

Przy okazji zwracam uwagę, że nasz ukochany Andrzej Kmicic też podpisał Radziwiłłowi. Niby odpokutował, ratując życie królowi i broniąc Częstochowy, ale zeznania księcia Bogusława mogłyby rzucić inne światło.

Kiedy się mój parkingowy dowiedział, że piszę scenariusz o Lechu Wałęsie, zapytał:

- Panie Januszu, Bolek czy nie Bolek?

Więcej pytań nie miał. Muszę się przyznać, że ja, jako ja, to ja osobiście, jak mawiają nasi parlamentarzyści, to może nawet bym wolał, żeby był. Z wyrachowania, boby mi się lepiej pisało. Żeby się do końca pogrążyć, powiem więcej nawet, że to całe szczęście, że Lech Wałęsa się ze służbami przez jakiś czas zadawał, bo dzięki temu nawet Andrzej Wajda, chociaż Lecha kocha, w żaden sposób nie dał rady zrobić z niego człowieka z żelaza. Może i jest w tym też trochę mojej zasługi, no i Roberta Więckiewicza, oczywiście.

Od dawna kombinuję, gdzie by wsadzić historyjkę, którą mi kiedyś opowiadał Janusz Szpotański, czyli Szpot. Szpot był piekielnie utalentowanym i wykształconym dekadentem absolutnym. Znał skład chińskiego Biura Politycznego, cytował w oryginale Schopenhauera, Gomułkę i Nietzschego. Napisał jadowity poemat paszkwil Towarzysz Szmaciak. Władysława Gomułkę zrobił bohaterem kilku prywatnie wykonywanych oper. Gomułka był w nich postacią absolutnie zmitologizowaną, wschodził i zachodził.

W latach siedemdziesiątych modne były wśród studiującej młodzieży zbiorowe zabawy erotyczne, które nazywano "różowymi baletami". Pozbawione zasad i złudzeń grupy łączyły się w różnych interesujących pozycjach. Otóż Szpot nazwał jeden ze swoich bezwstydnie pornograficznych utworów: Czerwony balet, czyli striptease Gnoma. A Gnom to był oczywiście Gomułka. Towarzysz Wiesław, rozwścieczony, wsadził Szpota na trzy lata. A także w swoim sławnym marcowym przemówieniu wspomniał o "niejakim Szpotańskim, człowieku o mentalności alfonsa". To zresztą bardzo wpłynęło na podniesienie prestiżu Szpota w więzieniu. Jak twierdził - zaczął mu się kłaniać dyrektor, bo "sam Pierwszy o panu mówił".

Ale do rzeczy. Szpot mi opowiadał, że po wyjściu z pudła był ciągle pod obserwacją. A jak kończyły mu się pieniądze, dzwonił do pałacu Mostowskich i informował kapitana czy majora, że ma coś do zakomunikowania. Umawiał się w ulubionej restauracji Bazyliszek na Rynku Starego Miasta. Natychmiast zamawiał tatara, barszcz z uszkami, dewolaja i dwa razy po pół litra. A po kolacji oświadczał, że chciał się skonsultować w sprawie nowej opery. "Następnie - mówił z dumą Szpot - major czy kapitan pod pretekstem pójścia do ubikacji piętro niżej próbował uciec, nie płacąc. Ale to nie ze mną! Czekałem na niego pod drzwiami kibla z rachunkiem, za kark i do kasy".

Piszę tę historyjkę, bo ciekawi mnie, jak ten major czy kapitan uzasadniał te wydatki w raportach, które dziś są przedmiotem badań naukowych.

Lech Wałęsa twierdzi, że na sto procent nigdy nie wziął od SB ani grosza. Nie to nie. Ale jakby wziął, to co? Bieda, dzieci, żona nie pracuje, chcą łobuzy płacić, niech płacą. Zrobią kiepski interes. To ciekawe, że w naszym, znajdującym się w światowej czołówce korupcyjnej kraju, branie pieniędzy budzi aż takie oburzenie. Oczywiście SB to wróg śmiertelny, ale przyjaciele rzadko chcą nam za coś płacić.

*

Nie jestem moralistą. Fiodor Dostojewski napisał, że jeszcze nie spotkał moralisty, któremu by się źle powodziło. Co jest o tyle ciekawe, że sam był moralistą, a żył w biedzie.

Mnie się powodzi jako tako.

A z sytuacji i intencji często podejrzanych rodzą się często rzeczy czyste jak kryształ, i odwrotnie.

Pewien historyk napisał o mnie w "niepodległej gazecie", że jestem wychowankiem gomułkowskiego realizmu socjalistycznego i, pisząc scenariusz o Wałęsie, z wyrachowania, dla osobistego zysku, fałszowałem historię. Otóż chciałem oświadczyć, że wprawdzie nie jestem moralistą, ale mam pewne twarde zasady i nikt nigdy, nawet grożąc moim najbliższym, nie zmusi mnie do fałszowania historii za darmo.

Lech Wałęsa twierdzi, że w żadnym wypadku Bolkiem nie był, a pomyślmy, co by się stało, gdyby nagle jednego dnia tak sobie powiedział, że owszem był. I tyle. Lech Wałęsa już nie takie rzeczy robił. W końcu prezydent Bill Clinton ogłosił w telewizji, że okłamał American People. Owszem trochę bardziej poczerwieniał na twarzy, ale go nie wyrzucili.

A cóż by to była za ciekawa sytuacja dla tych historyków, którzy gdyby w PRL-u byli nieco starsi, z pewnością wysadzaliby pociągi z bronią radziecką, wysyłaną do NRD i Legnicy. A tak, to tylko poświęcili swój talent, pasję, lata pracy i odwagę, żeby wyśledzić, odkryć, zdemaskować i udowodnić, że Wałęsa to Bolek. A za nim ciągnie się przez nasz trochę wolny kraj samo zło i nieprawość. To jak by to było? Wielka radość, czy odrobinę gorzkie zwycięstwo? No bo przed nimi jeszcze całe hektary białych plam, nieodkrytych donosów, zeznań, raportów, fałszywek. A tu nagle koniec? Mam nadzieję, że to się nigdy nie stanie i niech dalej ku naszej radości, a swojej chwale pracują.

O ile pamiętam, to arcybiskup Józef Życiński zauważył, że gdyby IPN prowadził dochodzenie w sprawie Kany Galilejskiej, to niektórzy badacze by się koncentrowali nie tyle na samym cudzie, co na tym, dlaczego zabrakło wina, kto był odpowiedzialny za jego dostawę, który z Apostołów pił najwięcej i czy może coś chlapnął po pijanemu.

Ryszard Kapuściński napisał, że dramatem ludzi wybitnych jest to, że przyciągają uwagę miernot.

 

Cień, który się kładzie...

Papież Bonifacy VIII, powiadają, "doszedł do swego stanowiska jak lis, zachował się na nim jak lew, a umarł jak pies" - to Montaigne w Próbach napisał.

Mój ojciec był wielkim zwolennikiem dochowywania wierności małżeńskiej, a bez przerwy zdradzał moją matkę. Nic go nie śmieszyło bardziej niż ludzka próżność, a umierając, włożył sobie do ust sztuczne zęby, bo chciał po śmierci lepiej wyglądać. Rozumiem go i za to go kocham.

W ogóle odradzam szukania logiki i konsekwencji w działaniu kogokolwiek, bo to jest nieporozumienie.

Jarosław Iwaszkiewicz, pisarz wspaniały, kazał się pochować w paradnym mundurze górnika. Miał prawo, bo kiedyś tytuł honorowego górnika otrzymał. Niektórzy przyjaciele i wrogowie zareagowali z furią, że jeszcze po śmierci Jarosław chciał się podlizać Edwardowi Gierkowi. Inni tłumaczyli, że to nonsens, bo Iwaszkiewicz chciał pokazać, że trud pisarza, drążącego w głąb słowa, duszy, myśli, jest tak straszliwy jak praca górnika. Jeszcze inni uważali, że to pośmiertne szyderstwo w stylu Witkacego.

A Julian Stryjkowski, też wielki pisarz, wzruszył ramionami, że w ogóle nic nie rozumiecie. Jarosław po prostu uważał, że jest mu w tym bardzo ładnie. Wiozłem Juliana na ten pogrzeb kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Wzdłuż szosy ciągnęły tłumy. Stryjkowski poprosił:

- Podjedź do tych dwóch młodych. Spytamy ich o drogę. - A potem westchnął melancholijnie: - Jarosław ich tu wszystkich chędożył, a potem wyprowadził na ludzi.

A w ogóle, jakie to ma znaczenie u autora Panien z Wilka, Ogrodów, Tataraku czy Czerwonych tarcz?

Allan Zarkin, znakomity nowojorski chirurg ginekolog, po bardzo skomplikowanym cesarskim cięciu wyciął pacjentce na brzuchu swój monogram. Pycha? Szaleństwo? A jednak uratował życie kobiecie i dziecku. Gazety nazwały go Doctor Zorro.

Ja, pisząc teraz to, co piszę, mam kaca, boli mnie głowa i bez żadnego powodu jestem pełen nienawiści do ludzi, których wczoraj uwielbiałem. Zresztą może jutro znowu ich polubię. Rano bolał mnie ząb. To znaczy jestem starszy o jeden ból zęba, czyli inny.

Zajmując się Fiodorem Dostojewskim, zresztą jednym z dwóch ulubionych pisarzy papieża Franciszka, można się skupić na dochodzeniu - zgwałcił dziewczynkę czy nie zgwałcił, i ona się potem powiesiła czy nie powiesiła. Ale można też posunąć się odrobinę dalej i przeczytać jakąś jego książkę.

"Nieśmiały, zuchwały; skromny, wyuzdany; gaduła, milczek; odporny, zniewieściały; bystry, otępiały; zgryźliwy, dobroduszny; kłamca, prawdomówny; uczony, nieuk; i hojny, i skąpy, i rozrzutny". To nie jest charakterystyka Lecha Wałęsy, to znów Montaigne. Taki bałagan widzi on w sobie, zależnie od tego, z której strony sam na siebie patrzy.

"Pomiędzy zamiarem a czynem kładzie się cień...". To T.S. Eliot napisał w poemacie Próżni ludzie.

O Wałęsie napisano dziesiątki książek i tysiące artykułów, pełnych nienawiści i pełnych uwielbienia. Sam też się nieustannie wypowiadał. Wyglądało, że już wszystko o nim wiemy. I nagle wytrzeszczamy oczy, jak on takie rzeczy wygaduje o gejach i lesbijkach. "Jak geje i ludzie ich pokroju chcą sobie paradować, to niech sobie wybudują nową Warszawę. Tę wybudowali ludzie biali i mają do niej prawo". Oby mu to zostało zapomniane, ale szanse za duże nie są.

"Składał się z paradoksów. Był zarazem zwyczajny i niezwykły. Bywał odważnym ryzykantem i miałkim koniunkturalistą. Był w nim plebejski egoizm i chłopski spryt, ale też intuicja i charyzma wielkiego ludowego przywódcy. [...] Miał zręczność intryganta i horyzont wybitnego wodza bezkrwawej rewolucji. Cechował go brak kultury i wiedzy, ale umiał korzystać z rad ludzi mądrych. [...] Myślałem: uczciwy krętacz, prawdomówny kłamczuch.

Lech wierzył, że wszystkich potrafi wykiwać, także oficerów SB, którym coś tam podpisał. I nie mylił się. Potem wykiwał rządzących komunistów. Potem kolejnych przyjaciół politycznych. A na koniec wykiwał sam siebie.

[...] Było w nim to wszystko, co w Polsce, w nas wszystkich, najlepszego, i to wszystko, co w Polsce, w nas wszystkich, najgorszego.

A przecież - czy może dlatego właśnie - kochaliśmy Lecha Wałęsę". To Adam Michnik.

A w 1991 roku, kiedy Lech Wałęsa rozstawał się z tymi, którzy go wynieśli "na urząd", podobno pani Danuta, już jako First Lady, rzuciła:

- Ty żywa legendo! Ty jesteś jak dyktator jakiś, jak Stalin, swoich generałów wyrzucasz, którzy cię stworzyli!

- On zabijał - skorygował Lech Wałęsa.

 

Jak się wszystko zaczęło...

Sam koniec lutego albo początek marca 2010 roku - nie pamiętam dokładnie, ale wolę, żeby marzec, bo to miesiąc ohydnej wilgoci i kłamstw. Te najnowsze wtedy jeszcze nie opadły, ale sobie wisiały w zimnym powietrzu.

W taki właśnie wieczór zadzwonił Andrzej Wajda, żeby się spotkać w kawiarni hotelu Bristol. Bristol stoi sobie na tak zwanym Trakcie Królewskim i przylega do Pałacu Prezydenckiego.

A tam wtedy jeszcze i pusto, i spokój. Tusk jeszcze nie dogadał się z Putinem w sprawie trotylu. Na skwerku po lewej Bolesław Prus, autor najlepszej polskiej powieści politycznej Faraon, też stał sobie na pomniku spokojnie. Jeszcze nie przeczuwał, że się nad nim burza zbiera i chcą go wymienić na kogoś sto razy godniejszego. Bo pojawiły się sugestie, że tam gdzie Prus stoi teraz, to jest lokalizacja przypadkowa i on tylko zajmuje miejsce. A znów szydercy jeszcze nie proponują, żeby wszystko zostawić tak jak jest, tylko księciu Poniatowskiemu wymienić głowę.

Była godzina dziewiętnasta albo dwudziesta. Trochę utykający pianista grał bardzo ładnie As Time goes by, czyli melodię z filmu Casablanca, a Andrzej Wajda przyszedł z Michałem Kwiecińskim, szefem Akson Studio.

- Jaki jest twój stosunek do Lecha Wałęsy? - to głos Wajdy.

- Dobry - to ja.

Przy stoliku w kącie siedziało trzech Włochów z prostytutkami, za barem ziewały dwie wymęczone kelnerki, poza tym pusto.

- To dobrze, bo chcę zrobić taki film: sceny ze Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku. Ty masz dystans, bo mieszkasz głównie za granicą, a wtedy byłeś w Stoczni. Napisałeś o tym książkę, a poza tym Romek Polański powiedział, że ty to najlepiej zrobisz, więc, sam rozumiesz, nie możesz odmówić.

- A skąd Polański wie, jak ty piszesz? - wtrącił się czujnie Michał Kwieciński.

- Bo czyta.

- Chcę nakręcić coś o jego stawaniu się, coś w rodzaju Jak hartowała się stal.

- Ale ja nie umiem napisać pomnika ani kapliczki.

- Niczego takiego nie chcę robić.

- Ale sceny ze Stoczni?

- Ze Stoczni.

- Tylko?

- Tylko.

- Paradokument?

- Nie. Film artystyczny.

- Aha.

 

Źródła cytatów

s. 9 Władysław Gomułka, Stanowisko partii - zgodne z wolą narodu, przemówienie wygłoszone na spotkaniu z warszawskim aktywem partyjnym 19 marca 1968 r.

s. 13, 14 Michel de Montaigne, Próby, Kraków 1996, tłum. Tadeusz Boy-Żeleński.

s. 14 T.S. Eliot, poemat Próżni ludzie, tłum. Andrzej Piotrowski, http://www.tbnp3.republika.pl/literatura/wi.113shtml.

s. 15 Adam Michnik, Zła przeszłość i psy gończe, czyli odpieprzcie się od Wałęsy: http://wyborcza.pl/1,91250,5427362,Zla_przeszlosc_i_psy_goncze%20czyli_odpieprzcie_sie.html, godz. 19:06.

s. 29 Witold Gombrowicz, opowiadanie Pamiętnik Stefana Czarneckiego w zbiorze Bakakaj, Kraków 1987.

s. 37 François de La Rochefoucauld, Maksymy i rozważania moralne, Kraków 1925, tłum.Tadeusz Boy-Żeleński.

s. 37 Księga Joba 5,2, Biblia Warszawska.

ss. 40-44, 129-130, 177-179 Wywiad udzielony przez Lecha Wałęsę Orianie Fallaci 7 marca 1981 r., opublikowany przez "Corriere della Sera". Gdańsk 1981.

s. 60 i 230 William Szekspir, Juliusz Cezar, w: Dwanaście dramatów, t. II Warszawa 1999, tłum. Zofia Sawicka.

s. 61 Wojciech Wencel, Prawda jest gdzie indziej, http://www.rp.pl/artykul/695905.html?print=tak&p=0, 01-08-2011, 23:47.

s. 127-128 Szyfrogram o wydarzeniach pod bramą nr 2 stoczni im. Lenina, 18 grudnia 1979 r., http://wyborcza.pl/2029020,90699,6025480.html.

s. 146 Ukochany kraj, słowa: Konstanty Ildefons Gałczyński, muzyka: Tadeusz Sygietyński.

s. 161 Wywiad Lecha Wałęsy dla TVN 24, 20 maja 2013.

s. 161 Wywiad Bogdana Borusewicza dla Onetu, 16 maja 2013, http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/bogdan-borusewicz-jestem-zaskoczony-nie-przeprosze-lecha-walesy/3nqnz.

s. 161 Lech Wałęsa dla Radia Zet, 21 maja 2013, http://fakty.interia.pl/polska/news-walesa-krzywonos-byla-bez-mozgu,nId,971145?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

s. 190 Jacek Kaczmarski: Kołysanka, 3 marca 1983.

s. 196 Fałszywka mająca skompromitować Lecha Wałęsę, wyprodukowana niemal na początku stanu wojennego, http://www.focus.pl/historia/artykuly/zobacz/publikacje/to-oni-stworzyli-kwity-bolka/nc/1/do-druku/1/glos/2/.

s. 216 Fragment wystąpienia Danuty Wałęsy odbierającej w Oslo pokojową Nagrodę Nobla przyznaną Lechowi Wałęsie, 1983, http://www.youtube.com/watch?v=G-cWpK_6d28; tekst: http://pl-oslo.no/walesa.htm.

s. 221-223 por. Margareth Thatcher, Moje lata na Downing Street, Warszawa 2012, tłum. Anna Kościukiewicz, Katarzyna Michalska, Joanna Pacuła.

s. 229 Księga Psalmów, Ps 29,11, Biblia Tysiąclecia, Poznań 2011.

s. 229 Czesław Miłosz: Wiersz Który skrzywdziłeś w tomie Światło dzienne, Paryż 1953.

s. 229 por. Wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego na wiecu w drugą rocznicę katastrofy smoleńskiej, pod krzyżem katyńskim w Krakowie, http://wpolityce.pl/wydarzenia/26896-druga-rocznica-pogrzebu-sp-pary-prezydenckiej-na-wawelu-kaczynski-my-walczymy-o-wolnosc-naszej-ojczyzny.

s. 231 Tadeusz Konwicki, Mała apokalipsa, Warszawa 1979.

s. 231 Juliusz Słowacki, Kordian, Warszawa 1995.

 

Wydawnictwo dołożyło wszelkich starań, żeby ustalić nazwisko Tłumacza, który przełożył wywiad Oriany Fallaci z Lechem Wałęsą zamieszczony w książce. Jeśli znajdzie się osoba mająca prawa do tego przekładu, prosimy ją o kontakt z wydawnictwem.

 

Szczury na Manhattanie

Żeby nie było wątpliwości, zawsze podziwiałem Andrzeja Wajdę, wychowałem się na jego Popiele i diamencie, a Ziemia obiecana to arcydzieło. Tylko odrobinę się bałem tego, że my jesteśmy dobrani o tyle o ile. Polowanie na muchy, które nakręcił z mojego scenariusza, uważa słusznie za jeden ze swoich słabszych filmów.

Andrzej powiedział kiedyś, że mam dość specyficzne poczucie humoru, i to niekoniecznie był komplement, a ja się przyznałem, że już wcześniej na nie narzekano. Andrzej ma rację zawsze, albo prawie zawsze, a ja prawie nigdy. Na temat Solidarności zrobił romantyczno-heroicznego Człowieka z żelaza i miał gigantyczny sukces. Ja o Stoczni napisałem króciutką powieść Moc truchleje, w ogóle niepatetyczną, smutno-śmieszną, i zero sukcesu. U mnie bohaterem był biedniutki gogolowski człowieczek, przez przypadek zaplątany w strajk. Taki, co to stracił umiejętność odróżniania dobra od zła. I, nawet o tym nie wiedząc, został agentem SB. W ogóle w kierownictwie strajku sporo agentów było. Cenzura to zdjęła, wyszło w podziemiu. Solidarności też się nie podobało i tyle. No owszem, w Ameryce, Anglii i jeszcze paru krajach potraktowano ją lepiej, we Francji sam Bernard-Henri Lévy napisał parę zdań na okładkę. I co z tego? Nic.

*

Przed pokazem filmu Pierścionek z orłem w koronie na festiwalu w Gdyni Daniel Olbrychski powiedział ze sceny, że Wajda to połączenie Chopina z Mickiewiczem. Może. W nocy w barze Adam Michnik zapytał Daniela, czy nie uważa, że odrobinę przelicytował i spytał mnie, co o tym sądzę? Powiedziałem, że Daniel zapomniał o Koperniku.

Tak czy inaczej, instynkt i interes wrzeszczały na zmianę, żeby trzymać się Wajdy i nie puszczać. Na dodatek jestem niby niegłupi, a lubię sobie pomarzyć. Już nie pamiętam kto, chyba Brodski powiedział, że Bunin całe życie marzył o miłości, a dostał tylko Nobla. I pomyślałem, że właśnie z takiej naszej kombinacji romantyczno-ironicznej coś dobrego może wyniknąć, że to i do Lecha Wałęsy, i naszej specyficznej walki o wolność pasuje.

Henryk Wujec mi opowiadał, że już po zwycięstwie strajku sierpniowego u Jacka Kuronia odbywało się zebranie delegatów Solidarności i któryś zgłosił wniosek, żeby rozwiązać ZSRR.

- No, chwileczkę - powiedział Kuroń. - Bez przesady!

- No to CRZZ - zaproponował delegat.

- A to to jest dobry pomysł - zgodził się Jacek.

Jeżeli ktoś nie wie, to wyjaśniam, że CRZZ to była Centralna Rada Związków Zawodowych.

Ten w Gdyni festiwal był ogólnie ciekawy. Już jury było niezłe: Grażyna Szapołowska, ksiądz prof. Józef Tischner, Adam Michnik, Kazimierz Kutz - przewodniczący, profesor Jerzy Płażewski, Maciej Dejczer, Zygmunt Konieczny, Jerzy Zieliński i ja.

Mieliśmy własny rząd krzeseł i na projekcji otwierającego filmu, właśnie Pierścionka, siedziałem między Grażynką i Dejczerem. Za Grażyną siedział ksiądz, a parę krzeseł w prawo Kazimierz Kutz. Kutz był umiarkowanym entuzjastą tego filmu, a że jest człowiekiem żywiołowym, machał do mnie radośnie, że jest źle. Przed nami i za nami siedzieli ludzie i nas jednak trochę obserwowali. Sytuacja była odrobinę kłopotliwa, więc oparłem się na balustradce przede mną i schowałem twarz w dłoniach. Po paru minutach, żeby odzyskać radość życia, położyłem rękę na udzie Grażyny i wtedy nastąpiło potężne wierzgnięcie. Okazało się, że jurorka Szapołowska tymczasem wyszła, a koło mnie usiadł ksiądz Tischner, któremu zapewne przypomniały się czasy seminarium i gwał- townie zareagował.

Ale poważnie mówiąc, od początku się trochę bałem scen ze Stoczni. Bo oczywiście zwycięstwo wielkie i niespodziewane. Dużo takich w naszej historii nie było. Cud prawie, który potrząsnął Europą Wschodnią. Mur Berliński naruszył, a może i rozwalił. Ale teraz, kiedy entuzjazm i emocje już dawno opadły, a Solidarność już nie ta sama, czy się ludziom będzie chciało na to patrzeć? Zwłaszcza młodym? Na dodatek Stocznia obfotografowana od góry do dołu, internet nią zapchany, dokumenty nakręcone. Wszyscy wszystko wiedzą, ci, co nie wiedzą, to nie chcą wiedzieć. A w edukacyjną funkcję kina, to już nie wierzę nic a nic.

I przepraszam, że to piszę, zwłaszcza w Polsce, w której się teraz walczy, żeby przestać same klęski pokazywać. Ale klęski, i nic w tej sprawie się nie da zrobić, są bardziej fotogeniczne niż zwycięstwa, tak samo jak nieszczęśliwa miłość od szczęśliwej, a Piekło Dantego od Nieba.

No chyba że naszą mocarstwowość ogólnie znaną i wysoko w świecie cenioną chcemy podkreślić. Przed laty, w czasie debaty prezydenckiej - George W. Bush versus John Kerry - pojechałem na Florydę popatrzeć, bo moja córka Zuza dla Kerry'ego pracowała. W pewnym momencie Kerry zaatakował Busha za to, że nie udało mu się zorganizować koalicji przeciwko Saddamowi Husajnowi. A Bush, podnosząc ostrzegawczo palec, odpowiedział: "You forgot Poland", czyli "Zapomniałeś o Polsce". Na co parę setek ludzi wybuchnęło śmiechem i wyprodukowano T-shirty z Bushem i jego "You forgot Poland". Kupiłem jeden na pamiątkę.

Z tym, że nawet jak Al-Kaida dokonała tej potworności na Manhattanie, to Amerykanie najpierw wpatrywali się w telewizory jak zahipnotyzowani, ale trzy tygodnie później co się wieża na ekranie pokazywała, to zmieniali kanał. A ja z nimi, bo się potworna zbrodnia oswoiła i zaczęła nudzić.

A moje przerażenie odżyło dopiero, kiedy się zaczęło szeptać, że dziesiątki tysięcy szczurów z całego Manhattanu ruszyły na wyścigi ze strażakami i robotnikami pod gruzy World Trade Center. Tam, gdzie leżały tysiące poszarpanych i popalonych ciał. A szczurów jest w Nowym Jorku więcej niż ludzi, czyli dobrze ponad dwanaście milionów. I widać je codziennie, jak biegają po torach na stacjach metra. To była, oczywiście, wiadomość szeptana i nieoficjalna, bo szczurów na World Trade Center żaden kanał nie pokazał. Na szczęście.

Ale uwaga! Chyba najlepszy film fabularny, jaki o tragedii World Trade Center Amerykanie zrobili, to ta historia nieznana i wymyślona, ale prawdopodobna. Czyli zmyślenie prawdziwe o tym, co się mogło stać w jedynym samolocie, który w cel nie trafił, i dlaczego nie trafił. O rozpaczliwej, beznadziejnej próbie buntu i walce z porywaczami, przegranej, ale i wygranej, bo uratowała życie innych.

Oczywiście po klęsce najlepiej jest pokazać zemstę patriotyczną, sprawiedliwą i najlepiej okrutną, może i sadystyczną. Coś jak w dawnych czasach publiczne egzekucje, które lały miód na serce. Czy to nie dzięki znakomicie opłacanym zabójcom, legalnym i umundurowanym, Osamy bin Ladena, demokrata do ostatniej kropli krwi Barack Obama wygrał to, co miał do wygrania.

A zwycięstwo strajku sierpniowego bezkrwawe. Ja wiem, że to wspaniałe, ale co to za zabawa? Brzmi jak srebrny dzwoneczek, ale czy ludzi obejdzie? Bez wieszania, bez rozstrzeliwania? Czy Gandhi już nie wystarczy? Do tego jego wyznawcy w filmie mieli o wiele lepsze kostiumy szyte przez paryskich designerów. No i czy historia człowieka z tego wyjdzie? Czy nie trzeba zacząć wcześniej, Wałęsę rozpoczętego, początkowego pokazać, a nie dokończonego, no prawie dokończonego, dokończony to on prędko nie będzie. A w ogóle, czy nie szkoda trochę, żeby taki temat zamknąć w Stoczni... No pewnie, że tam też by się znalazło tchórzostwo i bohaterstwo, zdrada i odwaga. Ale czy Andrzej Wajda ma ochotę to akurat pokazać? Ja się przyznaję, że jak widzę dokument ze Stoczni, to zmieniam kanał.

 

Upiory w Bristolu

No, oczywiście, nie żeby wszystko, ale coś w tym sensie powiedziałem. Producent spojrzał na mnie z niesmakiem, Andrzej się zamyślił. Pianista grał teraz New York, New York. Padał deszcz ze śniegiem, jak zawsze w Polsce na wiosnę. Za oknami przemykali skuleni ludzie, Straż Miejska spisywała źle zaparkowane samochody, a wypasione rządowe jechały sobie do pałacu. Włosi chyba dogadali się z prostytutkami, bo wszyscy wyszli zadowoleni i było całkiem pusto, no, poza duchami.

I myślałem, że ten Bristol to dziwne miejsce. Bo przecież wiadomo, że parę kroków stąd, po Trakcie Królewskim cwałowali w mundurach i pod sztandarami nie tylko ułani, ale też kozacy, deptało po nim tysiąc walecznych opuszczających Warszawę, maszerowały syberyjskie bataliony, stukały buty esesmanów. Z tego tutaj hotelowego balkoniku Jan Kiepura śpiewał omdlewającym z rozkoszy warszawiankom "Brunetki, blondynki, ja wszystkie was, dziewczynki, całować chcę". Z tegoż Bristolu rozentuzjazmowany tłum wynosił na rękach Ignacego Paderewskiego.

Tutaj, w Sali Malinowej, Józef Piłsudski wygłosił w 1923 roku porażające, pełne straszliwej wiedzy i jeszcze większej goryczy, przemówienie o zaplutym karle, którego cień towarzyszył mu wszędzie. Cień zaplutego karła, zrodzonego w bagnach zaborów, bitego przez zaborców po pysku, który ustami narodowej prasy patriotycznej oskarżał go w 1920 roku o kradzież klejnotów koronnych z Włodzimierza tak, że zebrała się komisja sejmowa, żeby szukać skradzionych przez niego insygniów królewskich. Przysięgano na honor, że istniało tajne telefoniczne połączenie, przez które zdrajca Piłsudski wymieniał informacje z dowódcą armii bolszewickiej Tuchaczewskim. To tutaj marszałek mówił o potwornym polskim talencie do plucia, rzucania obelg i fałszywych oskarżeń.

A w czasach PRL-u do tutejszej nocnej knajpy ciągnął sznur sławnych aktorów i sławnych, dziś by się powiedziało kultowych, prostytutek. Sznur badylarzy, pisarzy, tajniaków, kuśnierzy, alfonsów i cinkciarzy. To tutaj, jako debiutant przepijający pierwsze zarobione na recenzjach teatralnych z Dziadów, Kordiana i Nie-Boskiej komedii pieniądze, zobaczyłem z bliska generała Mieczysława Moczara. Pił z jakimś facetem, a przy stoliku obok siedziało czterech ochroniarzy. Nagle podniósł się, ruszył do kibla, ochroniarze natychmiast się poderwali. Ale generał brawurował, powstrzymał ich ruchem dłoni. Dał znak, że zaryzykuje, że nie trzeba, i pójdzie się odlać sam. Może to właśnie tutaj Tadeusz Konwicki wymyślał moją ulubioną powieść Wniebowstąpienie.

A kilkadziesiąt metrów dalej, w lewo, też w marcu, ORMO i ZOMO, napuszczone przez tego samego Moczara, pałowało studentów broniących Dziadów Mickiewicza. Tutaj wychodziłem kiedyś z Karowej na Krakowskie Przedmieście i zdmuchnął mnie z powrotem zrozpaczony, namiętny tłum żałobny, który zjechał się z całej Polski, z wiosek, miast i miasteczek, żeby pożegnać kardynała Stefana Wyszyńskiego. Tędy, w stronę Starego Miasta, defilowały z rykiem triumfu masy kibiców, przemianowanych ostatnio na młodzież patriotyczną, świętujących zwycięstwo Legii, ze śpiewem: "Ole-ole-ole, nadchodzą kibole".

Kiedy wyjeżdżałem do Londynu tuż przed stanem wojennym, to miejsce wydawało mi się najważniejsze na świecie. Po pierwszym powrocie do Polski, już z Nowego Jorku, zaczęło mi się kojarzyć z Miesiącem na wsi Turgieniewa. Ale nie teraz, teraz już nie. Bo demony się obudziły. Stąd, to znaczy prawie stąd, bo z pałacu obok, żeby nie mierzyć się z ludem smoleńskim, przeprowadził się nerwowo do Belwederu prezydent Bronisław Komorowski. A ja też do Bristolu się ostatnio schowałem, ale o tym później.

Na razie pianista grał New York, New York. Producent sposępniał, Andrzej się zastanawiał. Pomyślałem, że już po wszystkim, kiedy Wajda nagle powiedział:

- Dobra, spróbujemy. Zapisz, jaki masz pomysł i pokaż. Film chcę zakończyć wystąpieniem Lecha w amerykańskim Kongresie. I jedno wiem na pewno: będzie się nazywał My, naród polski. Tylko nie to, pomyślałem.