Przystanek Wrocław - Ryszard Kirkało

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

- - - - - - - - - - - -

Tęskna piosenka z lekkim pogłosem snuła się niczym dym z kadzidełka po długich, betonowych korytarzach kompleksu "Orzeł":

Wrocław, Wrocław, tyś jedyne, moje miasto ukochane,

Zostawiłem tam rodzinę, której żywej nie zastanę.

Kiedy wrócę z tego piekła i odwiedzę dom znów mój,

To na gruzach ocalałych sam wykopię już grób swój.

Pochowajcie mnie w nim mili, abym z nimi leżał tam,

Bo ich tutaj już nie znajdę, bo już są u Nieba bram.

Gdy Atomem zaświeciło, ja pod ziemią byłem tam,

wtedy wszystko się skończyło i zostałem biedny sam.

Na Śródmieściu śmierć panuje i pilnuje plonów swych.

Nie wrócili z łowów swoich ani Marcin, ani Zbych,

Krzyki w ogniu utonęły i Fabryczna z nimi też,

W Starym Mieście i Psim Polu hula sobie dziki zwierz.

Ludzie siedzą gdzieś w podziemiu, pielęgnując żywot swój,

Trzeba skończyć to głaskanie i o lepsze ruszać w bój.

Bo o Mieście jest legenda, co połączy wszystkich nas,

I spotkają się ludziska, i odmieni nam się czas.

Znów wyjdziemy na powierzchnię, znowu ciepło będzie nam,

bo o Mieście jest to prawda i tę prawdę śpiewam Wam.

Smutna ballada śpiewana przez kalekiego barda łapała ludzi za serce. Jej słowa i melodię znali już prawie wszyscy mieszkańcy ich wspólnoty. Kompleks zdążył dorobić się własnej, znacznej spuścizny kulturowej tworzonej na miarę obecnych czasów. Ci, którzy nie mogli pracować, starali się jakoś pomagać, nawet śpiewając. Dziecięce rysunki na pożółkłym, zdobycznym papierze zdobiły szare, betonowe ściany korytarza podziemnego bunkra. Ich głównym tematem było oczywiście ponowne życie na powierzchni ziemi, w promieniach słońca i wśród kropel fantazyjnego, nigdy niewidzianego wcześniej, różnokolorowego deszczu. Dorośli karmili swoich bladych i mikrych milusińskich podobnymi wyobrażeniami. Bo czym skorupka za młodu nasiąknie...

Rozdział 1

- - - - - - - - - - - -

Odgłos kapiącej wody nie pozwalał mu ponownie zasnąć. Jednak nie chciał jeszcze wstawać z nagrzanego własnym ciałem wyra. Głowa bolała go strasznie po wczorajszym spotkaniu, suto zakrapianym alkoholem wszelkiej maści. To miarowe kapanie ćwiczyło granice wytrzymałości jego porywczej natury. Nawet zakrycie uszu mocno ubitą poduszką, wypchaną starymi szmatami nie wygłuszało miarowego kap, kap, kap. Wystarczyłaby chociaż godzina snu więcej i wszystko byłoby dobrze.

- Kurde, psia jego mać, jeszcze tylko pół godziny i wstaję! Ok? - warknął rozgoryczony sam do siebie.

Spokojny sen bez koszmarów zdarzał mu się bardzo rzadko w ostatnich latach.

Tymczasem woda nie zmieniła częstotliwości swojego katowskiego rytmu i kapała nadal. Ba, nawet jakby coraz głośniej.

***

Wczoraj, jak to dawno temu, odbyło się spotkanie wspólnoty "Orzeł". Starszyzna zastanawiała się nad połączeniem sił z kompleksem Zalesie i zaprosiła na otwarte obrady swoich obywateli. Wiadomość o ich istnieniu odebrał radiooperator "Orła". Przeprowadzono z nimi wstępne rozmowy i opowiadano o zasiedleniu. Członkowie obu wspólnot czekali na moment, w którym będą mogli ze sobą na żywo porozmawiać i wymienić się masą historyjek oraz doświadczeń. Trudno jest podejmować decyzję o połączeniu, nie znając zasobów koalicjanta ani relacji panujących w jego społeczności. To było wydarzenie na miarę odkrycia życia na innej planecie. Niektórzy z mieszkańców spekulowali na temat wyglądu Zalesian, bo od bardzo długiego czasu nie widziano obcego człowieka. Czasami "turyści" "Orła" napotykali innych ludzi, ale ci byli zasłonięci kombinezonami i z reguły szybko uciekali na widok poszukiwaczy.

Kilka tygodni upłynęło na przygotowaniach do spotkania i gorączkowych porządkach w skromnym domu wspólnoty "Orzeł". Było nim zbudowane przez Niemców podziemne zabezpieczenie dla ludności lub wojska w czasie drugiej wojny światowej w dzielnicy Sępolno, albo raczej pod nią. Według legendy, Sępolno to jedyne olimpijskie miasteczko w Polsce, które pozostało po Niemcach z lat przedwojennych, kiedy we Wrocławiu odbyły się igrzyska olimpijskie.

Prawie dwa dziesięciolecia pod ziemią potrafiło wycisnąć piętno wrogości i nieufności na ludziach i wobec ludzi. Tu, w "Orle" liczącym teraz niecałe dwa tysiące mieszkańców, wszyscy się znali i wiedzieli o sobie prawie wszystko. A tamci? Podstawowe pytanie - jakimi zasobami dysponują? Jacy to są ludzie - dzicz, żołdaki albo w ogóle jakaś zbieranina mutantów? Ich przedstawiciel cały czas szczerzył się do Orlan, jakby uśmiech przykleił mu jakiś chirurg plastyczny. Chyba został specjalnie wyszkolony w krasomówstwie, bo jego opowiadaniom nie było końca, ale o konkretach nie wspominał. Zapewniał jedynie, że jest u nich zasilanie i są pod tym kątem niezależni, mają czystą wodę i, co najważniejsze, potężne zapasy środków czystości.

Leszek Michalak, jak się przedstawił ich wysłannik, w rzeczy samej nieźle pachniał, biorąc pod uwagę warunki teraźniejszej egzystencji. Zresztą, cała delegacja Zalesia pachniała jak przed Katastrofą. Ci ludzie byli dość młodzi, ułożeni i co rusz stosowali zapomniane już konwenanse - a to proszę, a to dziękuję. Ta młodzież urodziła się już po wojnie, ale sam Leszek powinien pamiętać jeszcze życie przed Katastrofą. Był to starszawy, szczupły pan z łysą czaszką. Człowiek z innego świata i innej epoki, ale pod każdym względem dostosowany do realiów obecnych czasów. Delegaci Zalesia przynieśli ze sobą prezenty. Panie z "Orła", które towarzyszyły mężom w spotkaniu, otrzymały flakoniki perfum (prawdziwych - francuskich. Gdziekolwiek ta Francja jest i czy jeszcze jest), a panowie z lekkim skrępowaniem przyjęli męskie wody toaletowe. W "Orle" tylko najstarsi mieszkańcy pamiętali czasy, kiedy używano tych rarytasów i zbytków dnia codziennego. Może głowa nie bolała tylko od samego alkoholu.

Zaraz po przyjęciu prezentów rozeszły się zapachy przeszłości. W takim zabójczym stężeniu aż strach było zapalić skręta, żeby wszystko nie wybuchło. Delegaci rozglądali się czujnie od śluzy do samej sali zebrań, z podziwem cmokali i kręcili głowami na wszystko wokół. Orlanie mieli tydzień na przygotowania, więc sądząc po zazdrosnych i zachwyconych spojrzeniach gości, zapewne udało im się zrobić odpowiednie wrażenie. Najważniejsza zasada w handlu - zaprezentować się bogato, aby mieć potem podstawy do wygórowanych roszczeń. Taki pic na pokaz, ale gospodarze czuli się z tym nawet przyjemnie.

Ponoć Zalesianie przyszli bez broni, jednak byłoby to raczej niemożliwe, chyba że... Chyba że ich ochrona pozostała na powierzchni. Może ich ochroniarze posiadali coś lepszego niż stare OP3 i dysponowali jakimś działającym pojazdem.

Po kilku toastach zaczęły się opowieści o przeszłości.

- Jak wam się udało zasiedlić ten bunkier? - spytał Leszek Michała, ręką zataczając krąg w powietrzu.

Michał spojrzał najpierw na Leszka, potem na swoich ziomków. Westchnął głęboko i zaczął swoją opowieść:

- Początki były trudne, ba, nawet bardzo trudne. Kiedy zawyły syreny, ludzie zbagatelizowali ten sygnał. Ale kilku miało wypracowaną obowiązkowość - Skinął w stronę Arka i cichego jak zawsze Tomasza. Obaj skłonili głowy, lecz nie wiadomo, czy to ze skromności, czy też z dumy. - Oni jak zawodowi żołnierze otworzyli wejście do dawnego schronu i nawoływali przechodniów. Na początku mało kto skorzystał z tej oferty, ale na szczęście zadziałała zasada stada. Kiedy udało im się ściągnąć kilka osób, inne ruszyły ich śladem. Dopiero po eksplozji głowicy mniej ogłuszeni rzucili się do schronu. Już kilka minut później ludzie wybiegali szukać bliskich, a reszta pomagała bardziej niezaradnym z okolicy. Tak powstawała nasza społeczność. Pierwsze dni upływały nam na organizacji naszego przyszłego domu. - Rozłożył szeroko ręce, prezentując ich otoczenie. - Brak wody i jedzenia były podstawowym mankamentem. Przy pomocy prymitywnych narzędzi przebiliśmy ściankę z cegieł i weszliśmy do pozostawionych hurtowni. - Tutaj uśmiechnął się do swoich wspomnień. - Nie natrafiliśmy na żadne jedzenie, ale za to znaleźliśmy sprzęt ogrodniczy, kilka zgrzewek wody mineralnej, pewnie zapas dla pracowników lub właściciela, ubrania, nasiona, ech, tego było pod dostatkiem. Najważniejsze były kombinezony i maski. Takie wiesz, przeciwgazowe, ale nie wojskowe. Dzięki temu można już było wyjść na zewnątrz. Chłopaki zaczęli znosić wszelkie dobra, jakie pozostały w okolicznych sklepach i opuszczonych domach. Wtedy ludzie wracali jeszcze do swoich siedzib i trwali tam bezsensownie. Kilkoro udało się namówić do zejścia w podziemia.

- Mogę? - odezwał się Arek.

Michał zezwolił mu skinięciem.

- Zdarzało się wiele nietypowych sytuacji, ale czasami było też komicznie. Wchodzimy kiedyś do sklepu spożywczego, a tam stoi kolejka. Zamurowało nas na amen. Byliśmy pewni, że lokal jest pusty, a jednak nie, tu, proszę pana, stoi regularna kolejka. Popatrzyliśmy po sobie i stajemy na końcu, jakby nigdy nic. Kolejka to kolejka, kultura musi być. Co niektórzy z kolejkowiczów spoglądali na nas spod byka. My w kombinezonach i maskach, a oni w normalnych szmatach, no zwykłych ubraniach, w jakich się wtedy chodziło na co dzień. Kilka minut później jacyś faceci, zaczęli wykładać towar na ladę. Wydawali artykuły, reglamentując wodę, konserwy, kaszę i makarony. Wszystko odbywało się w ciszy. Kiedy podeszliśmy do lady, nawet na nas nie spojrzeli. Po dwie butelki wody, dwie puszki makreli w pomidorach i po paczce kaszy i makaronu. Aha, i po kilka świeczek. Wzięliśmy, co nasze i wyszliśmy na zewnątrz. Za nami stali następni. Parę dni później już nie było widać ludzi na zewnątrz. Żadnego ruchu, no może poza paroma wałęsającymi się psami.

Tutaj nastąpiła pauza, ktoś po chwili, zaproponował toast za tamtych nieznanych ludzi. Wypili w ciszy. Do rozmowy włączył się milczący z natury Tomasz:

- Już nigdy nie zapomnę tych krzyków gwałconych kobiet. Tych bladych twarzy z czarnymi otoczkami wokół oczu. Samobójców skaczących z dachów, ludzi umierających pod ścianami budynków i na ulicy. Tych napuchniętych do granic tarczyc. Tego nie da się po prostu zapomnieć.

I znowu zapanowała głucha cisza. Wieczór zamieniał się w ponurą stypę po dawno minionych czasach. Jednak gęsta atmosfera została wyparta przez wypowiedź Kuby:

- Ale w naszym domu intensywnie starano się, aby wyprodukować następne pokolenia. I to baaardzo intensywnie.

Na twarzach zebranych pojawiły się uśmiechy.

- A buty, pamiętacie buty? - ekscytował się Marek. Odpowiedziały mu kiwania głowami i cichy śmiech. Nie pociągnięto tego tematu, mimo widocznego zainteresowania Leszka.

- Skąd wzięliście broń? - Leszek dalej dopytywał się o ich historię. - Przecież nie znaleźliście jej w hurtowni.

- Kilka tygodni przed wybuchem wojsko intensywnie remontowało pomieszczenia LOK-u, to jest Ligi Obrony Kraju. Zwozili tam coś, wywozili stamtąd coś innego. Założyli nowe zamki i zniknęli. Kilka dni po Katastrofie nikt już niczego nie pilnował. Udało nam się z niemałym trudem otworzyć te pomieszczenia. Na zamieszkanie się nie nadawały, ale za to w środku były małe magazyny broni i masek przeciwgazowych. Wszystko nowe jak spod igły, tyle że w znikomych ilościach. Wspomagaliśmy się bronią własnej produkcji. Nie wiem, jak tam było u was. Do nas kilka tygodni po Katastrofie przyciągnęły tabuny ludzi. Istny eksodus. Szli od strony Psiego Pola i Jelcza do centrum. Niestety, wtedy też pierwszy raz musieliśmy się bronić. Udało nam się stworzyć naszą pierwszą, małą armię. Małą, ale jakże skuteczną. - Ta informacja była wyraźnie skierowana do Leszka.

Mimo wielu dalszych pytań, Leszek nie uzyskał więcej żadnych konkretnych odpowiedzi. Sam nie był też skory do opowiadania. Impreza potoczyła się dalej własnymi torami.

Rozdział 4

- - - - - - - - - - - -

Jakąś godzinę później kilku mężczyzn biegło wśród ruin osiedla Sępolno w kierunku Biskupina. Charczenie zaworków w maskach było jedynym dźwiękiem, jaki wydawali. Każdy w ręku trzymał karabinek KBK AK i poprzez okulary maski rozglądał się wokół. Niebo zasnute było burymi chmurami i nawet najmniejszy promyczek słońca nie przebijał się przez tę pierzynę. Na dawnym skrzyżowaniu ulic Spółdzielczej i Karola Olszewskiego leżał przewrócony autobus, a właściwie jego resztki. Właśnie w nich biegnący zauważyli przyczajonego człowieka, który lustrował okolicę przez lornetkę. Na swoje nieszczęście obserwator patrzył w głąb ulicy Olszewskiego i nie dostrzegał zagrożenia. Kuba ze swoimi chłopakami do celu mieli jakieś sto metrów.

Jedyne, co mogło ich zdradzić, to tumany kurzu wzbijane podczas biegu. Kuba za pomocą języka migowego opracowanego przez wspólnotę pokazał jednemu z kompanów obserwatora i zakończył tę bezsłowną rozmowę ruchem podrzynania gardła. Całą uwagę skupił na odległej okolicy. W tym czasie "zagadnięty" ściągnął z pleców potężną kuszę i z pozycji leżącej naciągnął to historyczne ustrojstwo z pomocą drugiego kolegi. Bełt, który umocował w łożu kuszy, przeznaczono chyba na słonia. Był gruby na dwa centymetry i zakończony stalowym grotem szerokim na jakieś pięć centymetrów. Na szczycie kuszy umocowano lunetę strzelniczą. Kuba podniósł rękę, dając sygnał, by strzelec zbliżył się do kamiennej zasłony, za jaką leżeli przyczajeni. Gdy ręka opadła, dał się słyszeć jęk. Po chwili obserwator ukryty w resztkach autobusu wypuścił trzymaną lornetkę i zawisł w otworze po oknie.

Już po chwili dwie schylone sylwetki towarzyszy Kuby pomknęły do przodu. Poza zaczajonymi gdzieś przed nimi ludźmi groziło im niebezpieczeństwo od strony osiedla Dąbie. Tam upatrzyły sobie miejsce zmutowane pozostałości ludzkiej cywilizacji. Stwory bez sumienia i z wielkim apetytem na wszystko, co się dało złapać. Kuba miał posłać kolejnych ludzi, kiedy od strony Dąbia dobiegły ich odgłosy strzelaniny. Kilka karabinków grzmiało dość chaotycznym ogniem. Pojedyncze serie, a po chwili wręcz palba. Pierwsza dwójka dopadła do resztek autobusu i szybko wyciągnęła zwłoki. Zajrzeli do wnętrza, jeden wyciągnął torbę zapewne należącą do zabitego obserwatora. Ruszyli z powrotem, zabierając wszystko, co mogło się jeszcze przydać żywym. Kiedy już wrócili do oczekujących ich towarzyszy, Kuba obejrzał zdobyczną lornetkę. Pokiwał z uznaniem dla wspaniałego trofeum.

Na dalsze oględziny musieli poczekać, gdyż od strony zachodniej w ich kierunku biegło sześciu ludzi. Ostrzeliwali się do tyłu i nawet nie spojrzeli na oczekujących ich żołnierzy z "Orła". Czwórce biegnącym skończyła się amunicja, pozostała dwójka zaczęła już strzelać ogniem pojedynczym. Za nimi z ruin domków wypadły istoty dobrze znane chłopakom Kuby. Z daleka były podobne do bajkowych strachów na wróble. Rozwarte ręce i powiewające resztki jakiegoś materiału przypominały rysunki z książek dla dzieci. To byli ludzie, którzy zostali na powierzchni, a raczej ich dzieci, a może już dzieci ich dzieci. Jeśli się uprzeć, to nawet zachowały ludzką sylwetkę. Na tym kończyły się podobieństwa. Stwory miały dłuższe muskularne nogi z wielkimi stopami, drobne, szponiaste dłonie zakończone ostrymi pazurami, wybujałe futro porastające ich plecy i kończyny, wielkie oczy oraz płaskie nosy. Najgorszym dla nowicjusza, który je spotkał pierwszy raz, było to, że nie zaczynały atakować. Podchodziły powoli i przepraszały. Właśnie! Przepraszały. Ich smutne "przepraszam" było gorsze od wszystkiego, co podsuwała wyobraźnia. To było takie ludzkie w pyskach tych stworów, że ludzie niejednokrotnie poddawali się im, jakby byli zahipnotyzowani.

Chłopcy z "Orła" wraz ze swoim dowódcą już czekali. Jeszcze tylko kilka metrów i uciekający jeden za drugim zniknęli im z oczu. Pułapka zadziałała. Kuba poprowadził kompanów, rozganiając stwory z drogi. Kiedy już podeszli nad dziury pozostałe po piwnicach i spojrzeli w dół, ich oczom ukazał się śmieszny obrazek. Czwórka uciekinierów leżała na ziemi, prawdopodobne z połamanymi kośćmi, za to dwójka szalała po pomieszczeniu niczym jakieś robaki w pudełku. Heniek, jeden z chłopców z drużyny Kuby, nie wytrzymał, stanął na krawędzi, rozpostarł ręce i zaczął naśladować stwory. Na dole rozległy się wrzaski o tak wysokich tonach, że mogłyby zwabić nietoperze z całej półkuli północnej. Ludzie podskakiwali i wymachiwali rękoma, w panice popychali jeden drugiego. U góry natomiast zabrzmiały śmiechy, nawet ich surowy dowódca sobie nie żałował. Ot, takie chłopięce zabawy.

Uwięzieni na dole nagle zrozumieli, że nie czyhają na nich żadne potwory. Cofnęli się pod jedną ze ścian, a ci, którzy mogli, podnieśli ręce do góry w geście poddania. W swoim położeniu raczej nie mieli innej szansy. Kuba skinął na swoją drużynę, wydał chłopcom kilka poleceń i w chwilę potem w dół poleciała drabinka sznurowa. Dwójka sprawnych natychmiast zaczęła się wdrapywać po cienkich strzeblach. Nawet nie obejrzeli się na swoich rannych towarzyszy. Po wyjściu na widok uzbrojonych od razu uklękli i podnieśli ręce do góry. Bezceremonialnie skrępowano ich i postawiono do pionu. Kuba zdjął maskę przeciwgazową i zwrócił się do swoich:

- Tych na dole zostawić na pożarcie, tę dwójkę odprowadzić. Jeśli będzie problem, wrócić i wrzucić ich do kolegów. O ile jeszcze tu będą. - Splunął w dół i obrócił się na pięcie.

Eskortujący poprowadzili więźniów w stronę kompleksu. Ci z obłędem w oczach jeszcze kilka razy obejrzeli się za siebie. Kuba pochylił się nad krawędzią i krzyknął do uwięzionych rannych przeciwników:

- Ilu was było razem?! Który odpowie, wychodzi.

Nie musiał zbyt długo czekać, problem był raczej ze zrozumieniem, gdyż w jednej chwili wszyscy próbowali odpowiedzieć. Presja pozostawienia bezbronnych na pastwę stworów zrobiła swoje. Nie było już wśród nich twardzieli, zostały ludzkie żałosne śmieci.

Kuba wystrzelił z pistoletu. Z wnętrza piwnicy dobiegł tylko histeryczny wrzask.

- Teraz spokojnie i pojedynczo. Jak nie, to odchodzę.

Przepychanka słowna z dołu trwała tylko kilka sekund. Już po chwili odezwał się jeden głos:

- Wyszliśmy w dziesięciu, panie Komendancie. W dziesięciu. - Reszta mu potakiwała. Ich kontuzje w żaden sposób nie wpłynęły na gorliwość w odpowiedzi.

- To co z resztą? Naliczyłem was sześciu, jeden odpadł w przedbiegach, co z trójką?

- Potwory je zabrały, panie Komendancie.

- Rozumiem. - Kuba pokiwał głową ze zrozumieniem. - Czego tutaj szukaliście?

W dole zapanowała cisza. Wystarczyło, że Kuba tylko schował się za widoczny wyłom, by rozległy się prośby z dołu. Wrócił na swoje miejsce i usiadł na krawędzi.

- No słucham - rzucił.

- Szukaliśmy wejścia do metra, szukamy już od siedmiu lat, panie Komendancie.

Kuba zorientował się, że atmosfera dookoła zaczęła się niebezpiecznie zagęszczać. Żołnierze czuli otaczające ich istoty z piekła rodem, więc trzeba było wracać, i to szybko.

- Pomóżcie im - polecił swoim ludziom.

Dwójka wskoczyła do wykopu i pomogła wychodzić okulałym ludziom. Kuba podawał rękę u szczytu i już po dwóch minutach wszyscy dreptali w stronę śluzy.

Naprzeciw wlokącym się powoli postaciom w maskach wyszedł stwór podobny do jakiegoś przebierańca. Wysoki na ponad dwa metry z wielkimi kończynami górnymi zakończonymi bardzo długimi palcami albo, co gorsza, szponami. Z długich, ale chudych ramion zwisały mu rzadkie kłaki futra. Gdyby nie to, że postać starała się wyglądać na agresywną, można by ją uznać za jakiegoś stukniętego ekshibicjonistę w wieczornym parku. Jeden z żołnierzy skierował w jej stronę lufę karabinka, lecz Kuba powstrzymał go, kręcąc przecząco głową. Rzeczywiście, im bliżej podchodzili do tego stwora, tym ten powoli, ale sukcesywnie ustępował im miejsca.

Kiedy do wejścia zostało im około dwustu metrów, na ruinach stanowiących część instalacji obrony kompleksu "Orzeł" pojawiły się inne stwory. Tych już nie dało się zlekceważyć w podobny sposób. Były szybkie i niebezpieczne. Z powodu ich zawołania stosowanego podczas polowania w większym stadzie - ole, ole - nazywano je kibolami. To dla uczczenia pamięci kibiców WKS Śląska, Wrocławskiego Klubu Sportowego. Często na meczach piłki nożnej darli się w podobny sposób. I tak samo jak te stwory, zachowywali się agresywnie. Istoty te wyglądały jak pomieszanie wilka z owcą. Miały pysk jak u wilka i łapy zakończone potężnymi pazurami i sierść, a właściwie wełnę, jak u owcy. W tych warunkach idealne połączenie drapieżnika w sweterku z wełny. Od strony wejścia rozbrzmiał jakby jęk i po chwili jeden ze stworów wił się w kółko. Reszta stada straciła początkowy animusz i werwę. Kiedy drugi przedstawiciel ich grupy padł martwy na ziemię, reszta rozpierzchła się wyjąc opętańczo. Na powitanie zespołu Kuby z rannymi jeńcami wyszło kilku żołnierzy z kompleksu. Perfekcyjnie wyliczony czas.

Rozdział 5

- - - - - - - - - - - -

Kilka godzin po powrocie i prowizorycznym opatrzeniu rannych Kuba zwołał swoich podkomendnych i zastępców na udział w przesłuchaniu. Nikt z władz kompleksu nie został zaproszony. Mieli po prostu za miękkie serca do tych męskich rozmów.

Na pierwszy ogień zaproszono rannych. Byli już nakarmieni i w miarę wypoczęci. Odizolowano ich od siebie na różne sposoby, ponieważ kompleks nie posiadał tylu wolnych miejsc dla zatrzymanych. Jedyną osobą spoza grona wojskowych był Leszek, który został jednogłośnie przyjęty w szeregi obywateli "Orła" bez przeznaczenia co do roli w zgromadzeniu. Ale wszystko w swoim czasie. Teraz ważne były inne sprawy, bodaj najważniejsze od zasiedlenia kompleksu.

Aresztantów sprowadzono do niedawno odkrytego pomieszczenia, jeszcze niegotowego do zamieszkania lub wykorzystania do innych celów. Posadzono ich pod jedną ze ścian. Doprowadzone oświetlenie nie pozwalało im zbytnio widzieć wszystkiego ze szczegółami. Kuba obrzucił wzrokiem zebranych i kiedy stwierdził, że wszystko jest gotowe, podszedł do więźniów z propozycją zapalenia po papierosie. Gdzieś w głębi siebie stwierdził, że będzie to najlepsza metoda.

- Będę zadawać po jednym pytaniu, na które chcę uzyskać odpowiedź. Jakakolwiek negatywna postawa z waszej strony zakończy się wyprowadzeniem was na zewnątrz.

Ciężko było zachować powagę na widok więźniów. Dwa spore chłopaki, niedożywione, ostrzyżone na zero. Ich ubrania zszyto z różnych materiałów i kolorów, przez co wyglądali jak dwa pajace. Na dodatek siedzieli skurczeni z papierosami w rękach i wydawać się mogło, że zaraz zaczną wykonywać jakieś sztuczki cyrkowe. W dawnych czasach mogliby pracować jako animatorzy i dawać występy na imprezach dla dzieci.

- Jak liczebna jest wasza zgraja i w co uzbrojona - zapytał spokojnym głosem Kuba.

Zbyt długo przeciągająca się cisza wywołała tylko jedną reakcję. Kuba wstał i zawołał strażnika. Kiedy ten wszedł, wskazał na siedzącego po prawej i wręcz z koleżeńskim zapytaniem zwrócił się do aresztanta:

- Tak w ogóle, to jak masz na imię?

- Bogdan, panie Komendancie - pytany natychmiast wstał i podał odpowiedź.

- A ty? - zwrócił się do drugiego.

- Przemek, panie Komendancie, ale mówią na mnie Zgryz. - Ten również wstał i nie pozwolił długo czekać na odpowiedź.

Kuba położył Bogdanowi dłoń na ramieniu i lekko popchnął go w stronę strażnika.

- Wyprowadź, brachu, naszego przyjaciela na powierzchnię. Może dzięki temu Przemek będzie bardziej rozmowny. A właśnie, bez kombinezonu, rzecz jasna. Nie będzie mu za długo potrzebny. Nasi zewnętrzni myśliwi nie lubią za bardzo takich parówek w gumowych kondomach.

Włączył stojący na stoliku monitor. Jakość obrazu pozostawiała wiele do życzenia, ale i tak widać było, kto oczekuje gościa na zewnątrz. Obaj aresztanci widząc wilki w baraniej skórze, aż przysiedli ze strachu.

- Nie, proszę, nie! Panie Komendancie, proszę, nie! - zaczął wyć Bogdan.

Uchwycił się ręki Kuby, nie zważając na ciągnącego go strażnika i pokiereszowaną nogę. Stawiał silny opór przed tą ostatnią wyprawą na zewnątrz. Przemek szeroko otworzył oczy, w których nie było widać żalu za kolegą, ale strach przed swoją kolejką. Nagle jeden z siedzących uczestników przesłuchania podniósł się i podszedł do targanego Bogdana.

- Poznajesz mnie? - spytał. - Przyjrzyj się uważnie i odpowiedz.

Ten mrużąc oczy, spojrzał na pytającego. Przemknęła w nich iskra świadomości i twarz Bogdana rozjaśniła się.

- Poznaję. To ciebie Komendant wysłał do "Orła". Poznaję. - Napięcie opadło z Bogdana, jakby ktoś spuścił powietrze z worka. Poznał ziomka ze swojego kompleksu. Przecież nie wyda swojak swojaka na pastwę potworów. Jest jakaś szansa na ocalenie własnej skóry. - Pomóż mi, bracie, ja wszystko powiem. Przecież wiesz, że jestem dobrym człowiekiem. Powiedz im, proszę. - Już się nie wyrywał, całe jego jestestwo skierowane było na tę nikłą szansę ocalenia.

- Po prostu odpowiadaj, nie masz nic do stracenia - podpowiadał mu Leszek. - No, może poza życiem. To tylko twoja decyzja, ja nie mogę ci pomóc inaczej. Sam jestem tutaj jako zatrzymany.

Drugi z przesłuchiwanych zaczął już mówić, mimo że nie była to jego kolej. Doszedł do wniosku, że lepiej uprzedzić fakty:

- Ze dwieście chłopa jest pod bronią, panie Komendancie! Mamy różne żelastwo, ale nie wszystko sprawne. Szukają jakiegoś arsenału, tak mówią. - Przemek aż pluł śliną, podając te informacje.

- To prawda, panie Komendancie, to prawda - ryczał teraz Bogdan. - Samiuśka prawda!

Kuba skinieniem odprawił strażnika i ten z uśmiechem wyszedł. Przesłuchiwani nawet nie zauważyli, że filmik ponownie zaczął się tą samą sceną. Był to zapis z kamerki samochodowej montowanej w dawnych czasach, pochodził sprzed kilku lat i uwieczniał tylko kilka minut zajścia z potworami przed wejściem. Stanowił swojego rodzaju materiał naukowy do poznania zachowań tych bestii, a teraz przydał się jako rekwizyt w wyreżyserowanej scence.

- Siadać! - ryknął Kuba do aresztantów. Ci zwietrzyli swoją szansę na przeżycie, bo natychmiast wykonali ten jakże miły dla nich rozkaz. - Jak liczebny jest garnizon na Sołtysowicach? I w co są uzbrojeni?

- Ja jestem z Sołtysowic - wyrwał się z odpowiedzią Bogdan. - U nas w większości składa się ze swojaków, ale dowodzą nami ludzie z Zalesia. Broni jest mało, zazwyczaj pałki.

Tutaj Kuba spojrzał na Leszka i kiedy ich spojrzenia się spotkały, pokiwał głową.

- Co powiesz na temat swojego krajana? - spytał Leszka.

- Nie widziałem go w żadnej akcji przeciwko swoim, nie znam go pod tym kątem - odpowiedział Leszek.

- Bo ja, panie Komendancie, jestem z poboru - Bogdan rozgadał się jak katarynka. - Nie ochotnik. Nam kazano badać teren. Zalesianie nie chodzą tak daleko. Nam dają po magazynku amunicji i najgorszą broń. On, Przemek, też nie jest z ochotników, on stanął w obronie matki swojego kolegi. Taka stara już kobiecina. To go też wyrzucili do nas. Teraz jest taki z gorszych, panie Komendancie. A tydzień temu pobór był i nas załapali. To już wszystko. - W tym czasie Przemek tylko potakiwał i co drugie słowo potwierdzał słowa kolegi.

Kuba podrapał się w zadumie po głowie. I po chwili zawołał strażnika:

- Zaprowadź tych nieszczęśników do jadalni, potem niech dadzą im jakieś ludzkie ciuchy, ale najpierw niech się wykąpią, bo wyglądają jak jakieś żałosne klauny. Przyprowadź następną dwójkę, jak będziesz już wracał.

Przesłuchania nie wniosły już nic nowego. Powoli klarował się Kubie obraz tego, co dzieje się w Zalesiu i na Sołtysowicach. Nie pozostawało nic innego, jak skontaktować się z Radą i uzgodnić plan działania.

Rozdział 6

- - - - - - - - - - - -

Późnym wieczorem w pokoju operatora radiowego pojawił się Kuba w towarzystwie Leszka. Na polecenie szefa operator dostroił radiostację i wywołał Zalesie. Upłynęła spora chwila, nim ktoś po drugiej stronie odpowiedział na wezwanie.

- Wyjdź - polecił operatorowi Kuba i sam zasiadł do mikrofonu. Poprosił Leszka o zamknięcie drzwi wejściowych. - Tu kompleks "Orzeł", przy mikrofonie Kuba Warnel. Odbiór.

Po drugiej stronie znowu zaległa cisza, towarzyszył jej szum eteru i trzaski będące pozostałością po Katastrofie.

- Tu Zacisze. Kim jesteś? - zacharczał głośnik.

- Najpierw się przedstaw, a potem ci odpowiem, pacanie.

Dało się słyszeć kilka niecenzuralnych tekstów i znowu zaległa cisza. Zaraz głośnik odezwał się ponownie:

- Tu Zacisze. Za chwilę będzie mówił do was nasz Komendant, Wacław "Kamień" Wrona.

- Dobra, dawaj go - Kuba pośpieszył rozmówcę.

- Wymagam szacunku, ty flejo - zabrzmiało znowu, tym razem pijackim głosem.

- To on - szepnął Leszek do ucha Kuby. - To ten szakal.

- Na szacunek trzeba zasłużyć, śmieciu - odezwał się Kuba z uśmiechem na twarzy. Po chwili szepnął do Leszka. - Chyba już problem z wypowiedzeniem wojny mamy z głowy.

- Kto mówi? - dało się usłyszeć pytanie z drugiej strony.

- Komendant "Orła", Kuba Warnel, do usług.

- Aaa... rozumiem. Komendant. Pajacyk. No dobra, gadaj, czy dostaliście nasze pismo? Coś długo zwlekaliście, cioty. Jutro wysyłamy ekspedycję do was, a ty, gaduło, możesz przyjść nawet dzisiaj. Ugoszczę cię jak zasrańca. Uuu... u nas gościna jak się patrzy. - Po chwili głośnik trząsł się rechotem kogoś z drugiej strony.

W pewnej chwili drzwi się uchyliły i do ciasnego pomieszczenia weszli Radni. W środku ledwo mieściły się dwie osoby, ale potrzeba bycia poinformowanym była silniejsza.

Kuba dosunął się z krzesłem do blatu stolika i przyłożył palec do ust, nakazując tym samym ciszę wszystkim obecnym.

- Jesteś tam, cioto? - padło pytanie przez głośnik.

Kuba nie obraził się, to była jego domena. Poruszać się po ziemi z takimi właśnie ludźmi. Z takimi kanaliami w ludzkiej skórze.

- Jestem, drobny pijaczyno. Jak wytrzeźwiejesz, to napisz albo wpadnij. Teraz nie mamy o czym rozmawiać. A twoje wypociny nadały się tylko do podtarcia dupy. Jeśli masz więcej tego papieru, to możemy pohandlować. Bez odbioru.

Odsunął mikrofon od ust, ale nadal trzymał przycisk nadawania, tym samym uniemożliwiając tamtej stronie odpowiedź.

Michał postukał tylko Kubę po ramieniu i pokiwał głową. Panowie się zrozumieli.

***

W nocy wszyscy dyżurni mieli pełne ręce roboty. Umocnili świetlik stalowymi płytami. Przenieśli maszty elektrowni wiatrowych do ruin budynków, tam było nawet lepsze miejsce ze względu na stałe przeciągi. Dotankowano wodą wszystkie zbiorniki, przemieszczono ludność cywilną poza obszar działań wojennych, jakie mogłyby się toczyć wewnątrz kompleksu. Odwołano lekcje w szkole na najbliższe dni. Wstawiono zdemontowane, stalowe drzwi i zbudowano dodatkowe zapory na wszelki wypadek. Rusznikarz sprawdzał wszystkie zmagazynowane sztuki broni. Nie było tego za wiele, ale było czym się bronić od biedy. Ładowano akumulatory rezerwowe, napełniano butle gazem płynnym z cysterny leżącej od dwudziestu lat niedaleko kompleksu. "Orzeł" był gotów do walki.

Nad ranem do kabiny radiooperatora wszedł Kuba, na jego twarzy było widoczne zmęczenie proporcjonalne do długości jego zarostu. Podał radiowcowi kartkę z tekstem i nakazał nawiązanie łączności z Zalesiem oraz przeczytanie treści depeszy.

- Nie czekaj nawet na odpowiedź, tylko upewnij się, że odsłuchał to ich komendant. To wszystko i kiedy skończysz, pędź odpocząć.

Kuba wrócił do swojej kwatery i tutaj czekała go niespodzianka, ktoś uszczelnił połączenie na rurze. Woda już nie kapała. Uśmiechnął się z przekąsem i rzucił na łóżko. Zasnął, kiedy głowa jeszcze opadała mu na poduszkę. Miał ten rzadki dar, zasypiał dosłownie w sekundę i mógł spać, maszerując. Typowy wojskowy charakter.

Kiedy zawyła syrena, błyskawicznie zerwał się na nogi, już po kilku sekundach biegł korytarzem w stronę sali obrad. Nie musiał się ubierać, gdyż spał w ubraniu. Po drodze mijał ludzi pędzących na swoje stanowiska. Byli wyszkoleni na wszelkie niespodzianki i teraz właśnie jedna z nich się urzeczywistniła. Ćwiczenia były dotychczas traktowane jako zło konieczne, ale niektórzy uważali to za rozrywkę. Jednak dzięki nim udało się wyłonić z mieszkańców tych najlepszych. Dostali szarżę wojskową i zostali zwolnieni z prac dodatkowych na rzecz wspólnoty. W sali obrad jarzyły się już monitory, na jednym z nich było widać grupę skulonych biegnących mężczyzn.

- To widok od strony ulicy Ściegiennego - poinformował szefa jeden z żołnierzy.

Ten spiorunował go wzrokiem i kazał przejrzeć inne obrazy z kamer. Miał rację. Należało dodać, jak zwykle. Znacznie większa grupa, około setki żołnierzy, przemykała się od strony ul. Konarskiego i wystarczył rzut oka, by stwierdzić, że była to główna grupa.

- Idealnie, po prostu idealnie - mruczał Kuba. - Idą jak cielęta na rzeź.

Obraz był bardzo niskiej jakości, a biorąc pod uwagę ledwo zipiące monitory i martwe pola nieświecących się pikseli obecne na każdym z nich, można by powiedzieć, że ludzie cudem wyławiali z nich cokolwiek przydatnego.

Mniejsza grupka, złożona z piętnastu ludzi, była oddalona od wejścia numer dwa o jakieś pięćdziesiąt metrów i przystanęła. Ludzie widoczni na monitorze zaczęli się rozglądać.

- Oto komitet powitalny dla naszych nieproszonych gości. - Kuba uśmiechał się od ucha do ucha. Jego podwładni nie widzieli go jeszcze takim, radosnym. Ludzie widziani z kamery skupili swoją uwagę na czymś, czego kamera nie obejmowała. Zaczęli strzelać w kierunku wejścia do ich podziemia. Coś powodowało ich agresywne, a raczej paniczne, zachowanie. Widzowie patrzyli po sobie zaskoczeni. Tylko ich komendant cały czas się uśmiechał i wydawał co chwila radosne okrzyki. Stojący wśród obecnych dwaj najbardziej zaufani ludzie szefa podali sobie ręce. Widocznie byli sprawcami zajścia, jakie wszyscy obserwowali.

Kuba uniósł rękę do góry jak dyrygent i gwałtownie ją opuścił. Zebrani dojrzeli dwa pięknie wyrośnięte kibole. Rosłe i nieźle spasione, a co najciekawsze, ubrane w swego rodzaju pancerze. Kuba odwrócił się od monitora i spojrzał na zaskoczone twarze swoich towarzyszy.

- Dobre, nie? - Nie czekał na odpowiedź, znowu skupił się na monitorze.

Jeden z kiboli upadł, trafiony w głowę, ale swoją śmiercią okupił życiem dziesięciu Zalesian. Pozostała grupa zaczęła uciekać. To był ich największy błąd, bo drugi kibol dopadł ich z tyłu i w niespełna minutę nie było świadka wydarzenia, który byłby w stanie cokolwiek opowiedzieć.

- Teraz przejdźmy do głównego teatru - Kuba cicho zaprosił zebranych uczestników.

Wrogi odział skupił się w zbitą gromadę i wolno posuwał wśród ruin. W momencie, kiedy weszli w wąwóz powstały z resztek dwóch budynków wysokich na jakieś cztery czy pięć metrów, czoło oddziału otworzyło ogień.

- Taaa... wystrzelajcie się, jeszcze kawałek drogi do nas - mruczał Kuba sam do siebie.

Ogień otworzyli już wszyscy, na krawędziach sztucznego wąwozu, pojawili się mieszkańcy Dąbia. Słychać było ich przeciągłe "przepraszam".

- I mamy efekt! - krzyknął Kuba i klasnął jednocześnie w dłonie.

Widać było, że kilku żołnierzy z wrogiego oddziału nie ma już czym strzelać.

- Chłopaki przyszli na wycieczkę, a nie na wojnę - odezwał się Krzysiek, jeden z grupy obserwującej wydarzenia na monitorach.

- Raczej nie. Komendant wysłał ich z myślą o wydarciu od nas zaopatrzenia. Dostali prawdopodobnie większość z zapasów amunicji. Za dużo wśród nich oficerów, aby to miał być tylko rekonesans. Oj, przeliczył się ich ochlaptus, oj przeliczył.

Kilka minut później oglądali rzeź wrogiego oddziału. Zaledwie kilku żołnierzom udało się przebić w ich stronę.

- Zaproście gości do środka - polecił Kuba podkomendnym.

Pomieszczenie opustoszało, przed monitorami pozostał tylko jeden dyżurny. Miał zadanie śledzić dalsze wydarzenia w okolicach ich wejścia. Tak na wszelki wypadek.

Rozdział 7

- - - - - - - - - - - -

W schronie pod dawnym kinem Światowid, nad którym kiedyś górowała wieża, zrobiono tymczasowy lazaret. Jeńców nie chciano wprowadzać do kompleksu ze względu na bezpieczeństwo mieszkańców. Kilka biegłych w medycynie kobiet zajęło się rannymi. Zdziwienie wywołały rany postrzałowe, gdyż potwory nie używały broni palnej. To mogło świadczyć tylko o jednym. Wojsko z Zalesia było słabo wyszkolone i strzelało na oślep. Rannych pilnowali chłopcy z "Orła" i natychmiast tłumili wszelkie przejawy buntu. Siedmiu ze sprowadzonych wylądowało na powierzchni, bez kombinezonów ochronnych, i tak marnej jakości, i masek przeciwgazowych. Reszta jeńców się uspokoiła. Byli teraz bezbronni. Wszelką broń odebrano im przy wejściu do schronu, pozostawiono tylko ubrania. Ciężej rannych przeniesiono do szpitala w kompleksie, pozostałym rozdano porcje żywieniowe i wodę.

Skład ekipy z Zalesia stanowili młodzi chłopcy. Tylko oficerowie mieli około czterdziestki, byli butni i najbardziej uprzykrzali życie wolontariuszkom. Za to pozostali wodzili oczyma za paniami i cmokali lub wykrzykiwali dosyć obelżywe propozycje. W niespełna godzinę od wprowadzenia kilku żołdaków sprowadzono do pionu lekkim, aczkolwiek dotkliwym, fizycznym skarceniem. Kiedy do schronu zszedł Kuba w asyście kilku swoich oficerów i zaczął zabierać na przesłuchania wskazanych ludzi, na twarzach pozostałych pojawił się lęk. Strach poczuli nawet dotychczas pewni siebie oficerowie wrogiej armii.

W chwili, gdy przesłuchujący weszli drugi raz, w schronie zapanowała głęboka cisza, wszystkie oczy zwróciły się w stronę dowódcy "Orła". Na przesłuchanie zabrano następną piątkę, tym razem z dwoma rannymi. Po ich wyjściu ludzie w pomieszczeniu zaczęli szeptać między sobą i gestykulować. Spoglądali w specyficzny sposób na pilnujących ich żołnierzy. Najwyraźniej szykował się bunt i niepotrzebny przy tym rozlew krwi.

Obserwujący na monitorze dyżurni pobiegli do Kuby, aby przedstawić mu zaobserwowany problem. Ten natychmiast pojawił się w pomieszczeniu obserwacyjnym i postarał się zidentyfikować głównego podżegacza. Nie zdziwił się, gdy zorientował się, że stali za tym panowie oficerowie.

- Sprowadźcie wszystkich oficerów. Pozostałych podzielcie na grupy i wsadźcie zdrowych do wykopów.

Wykopy były miejscem odkrywania zasypanych fragmentów podziemi w głębszych poziomach schronu. Panowała tam duża wilgotność, ale nie było promieniowania.

- Są naszymi jeńcami i nie cackajcie się z nimi. W razie jakiegokolwiek oporu przywalić kolbą z umiarem albo kula w łeb - rozkazał Kuba.

Pięć minut później do pomieszczeń schronu wpadła uzbrojona brygada i prowadzący ją oficer Marek zaczął wskazywać na samych oficerów. Ci na początku lekceważyli polecenia Marka, próbowali szybciej podnieść rokosz, ale kolby karabinków i brak wsparcia ze strony zalesiańskich żołnierzy zmusiły ich do haniebnego wyjścia.

Sprowadzono ich wszystkich do przedsionka kompleksu, gdzie już czekali na nich Kuba wraz z Leszkiem. Dla delegata była to swojego rodzaju próba lojalności wobec nowego miejsca i nowej społeczności. Ten jednak nie wahał się ani chwili. Kiedy więźniom nakazano stanąć pod ścianą, przeszedł przed szeregiem i świecąc latarką po twarzach jeńców, wskazał czwórkę największych znanych mu zbrodniarzy, która natychmiast powędrowała do osobnych cel, a resztę wspólnie zamknięto w jednej.

Kubę bolała już głowa, lecz nie mógł liczyć na sensowne zastępstwo. Wiedział, że Marek nieco mu pomoże, ale w przypadku tej czwórki musiał działać sam. Kilka minut później siedział na ogrodowym krzesełku i przesłuchiwał w celi jednego z oficerów wskazanych przez Leszka.

- Imię, nazwisko i stopień. - W tonie dowódcy "Orła" słychać było zmęczenie i irytację.

Więzień w pojedynkę nie był już taki odważny i butny. Stanął na baczność, jak przystało na żołnierza, i na jednym wydechu wyrecytował:

- Janusz Majewski, kapitan bloku F. - Tu skinął głową i przyjął postawę na spocznij.

- Podaj cel waszej misji i kto wami dowodzi.

- Zdobyć i utrzymać wejście do kompleksu "Orzeł". Wicekomendant Dariusz Hożępa. To jest, podpułkownik Blokowy Dariusz Hożępa.

- W jaki sposób mieliście skontaktować się z dowództwem waszego kompleksu?

- Mieliśmy zdobyć waszą radiostację i z niej podać komunikat.

- Jakiej treści miał być ten komunikat? - Kuba już miał następny plan. Coś zaczynało się klarować i dawało szansę na uniknięcie własnych strat.

- Nie wiem, komunikat miał przekazać podpułkownik Hożępa.

- Gdzie on teraz jest? Pokażesz mi który to.

- Jego tutaj nie ma, panie Komendancie. - Przesłuchiwany po raz pierwszy użył stopnia Kuby. Albo zrobił to z przyzwyczajenia, albo zaczął budować swoją szansę. - On uciekł wraz z Gwardią w momencie starcia. Zostawił nas samych.

Kuba pokiwał głową ze zrozumieniem. Żałował, że nie ma tutaj tego ich podpułkownika, jednak co się odwlecze, to nie uciecze.

Przesłuchiwany oficer czekał na dalsze pytania, ale to był koniec. Kuba wyszedł i strażnik zatrzasnął za nim drzwi. Jeniec został sam w ciemnościach swojej małej i ciasnej celi. Po godzinie dalszych rozmów z niedobitkami armii Zalesia dowództwo "Orła" miało już jasny ogląd na to, czego chciał Komendant Wacław "Kamień" Wrona lub, jak nazywano go w "Orle", Pijus.

Na Zalesiu i Sołtysowicach skończyły się wszelkie zasoby. Pijus wpadł na prosty pomysł ich pozyskania - obiecał swoim poplecznikom Eldorado w postaci kompleksu "Orzeł" i nie musiał długo czekać na ochotników. Kuba dowiedział się też, że już od dłuższego czasu są na świeczniku Komendanta, a nawiązanie łączności nie było dziełem przypadku. Informację o ich wspólnocie dostarczyli wyrzuceni zdradzieccy małżonkowie. Naopowiadali o skarbach w "Orle" i o słabej obronie tegoż obiektu. Kuba nigdy nie wtajemniczał postronnych w wiedzę o sile i szkoleniach zespołu. Tylko kilkunastu pracowało na swoistych etatach, inni byli rezerwowymi pracującymi na co dzień na różnych stanowiskach. Kuba pod przykrywką wyjść na zewnątrz prowadził dość częste szkolenia ze swoimi ludźmi. Dzięki temu zyskał sprawną armię, o ile można tak było powiedzieć o ich siłach zbrojnych, a ponadto, szkolono też pozostałych cywili na wypadek podobnego wydarzenia. Niski stan zaludnienia wymuszał takie podejście do tematu. Nikt się nie sprzeciwiał, podobne aktywności traktowano jak rozrywkę przerywającą monotonię dnia codziennego. Kuba na podstawie zdobytych informacji wywnioskował, że teraz to jego wojsko jest liczniejsze, i postanowił nie czekać na następny łut szczęścia.

Rozdział 8

- - - - - - - - - - - -

Wczesnym rankiem prawie dwustu ludzi wyruszyło w stronę kompleksu Sołtysowice. Prowadził ich Leszek, zgodnie ze swoimi marzeniami miał zostać konsulem "Orła", o ile prowadzona właśnie akcja się uda. Popłynęli Odrą i w miejscu dawnych mostów Jagiellońskich wykonali desant.

Do miejsca akcji zostało im pół kilometra. Jak dotąd wszystko szło zgodnie z zamysłem. Po wylądowaniu musieli się rozdzielić, aby w razie wpadki nie wszyscy brali udział w starciu. Jedna grupa poszła ulicą Bolesława Krzywoustego w stronę placu Kromera, druga przecięła rdzewiejący szkielet dawnego hipermarketu Korona.

Mieli wejść od dwóch stron od razu, w ten sposób utrudniając osłabionym siłom wroga powstrzymanie ich natarcia. Kubie zależało na minimalnych stratach i to po obydwu stronach. W takich czasach jak te życie ludzkie było wprost bezcenne, jeśli ich gatunek miał pozostać dalej panami tej ziemi. Leszek poinformował Kubę, że same Sołtysowice są słabo bronione i podstawową bronią tam jest pałka oraz trzeba się liczyć z niespodzianką w postaci potworów zamieszkujących dawne rozlewisko rzeki Widawy.

Grupa, która minęła resztki Korony, ujrzała niebywały widok. Masa zieleni wynurzała się z dawnego rozlewiska, olbrzymie drzewa niewiele się zmieniły od czasu Katastrofy, może poza faktem, że teraz były znacznie większe. Tak jakby w ich wcześniejszym rozwoju przeszkadzał człowiek. Ten soczysty zielony kolor w ponurym świecie był bardzo miły dla oka, ale właśnie w tych konarach mogły przebywać potwory. Trudno im się dziwić z wyboru podobnego miejsca.

Do samego wejścia nie wydarzyło się nic, co mogło powstrzymać grupę ich ludzi. Zaczaili się dwadzieścia metrów od zejścia do podziemi i oczekiwali na sygnał od oddziału, który miał wejść od strony dawnego placu Kromera.

Drugiej grupie przemykającej wzdłuż ulicy Krzywoustego nie udało się przejść bez szwanku. Kiedy byli w połowie drogi od strony ulicy Czajczej, na ich powitanie wybiegły ptaki.

- Polskie strusie, kurwa jego mać - zaklął prowadzący ich Leszek Michalak.

Ptaki naprawdę wyglądały jak strusie, tyle że były wyższe i miały znacznie dłuższe, kacze dzioby. Szybkość, z jaką się poruszały, potrafiłaby zawstydzić zamierzchłe gepardy. I te, w odróżnieniu od swoich pobratymców, wcale nie unikały ludzi, tylko traktowały oddział jak jakąś cudowną przekąskę.

- Skubane pędziwiatry, ależ są szybkie - skomentował jeden z żołnierzy, widząc ptaki pędzące im na spotkanie. Dystans trzystu metrów pokonały w oka mgnieniu.

- Ognia! - padła komenda i dziesięciu strzelców otworzyło ogień w kierunku stworów z piekła rodem.

Ptaki szybko rozpierzchły się na boki. Cztery leżały na potrzaskanym asfalcie ulicy, jeden kuśtykał w stronę ulicy Czajczej.

- Biorę udko albo nawet dwa - licytował się jeden ze strzelców.

- Ja pierś i... - zaczął drugi i zaraz urwał, kiedy dostał kuksańca w prawy bok.

- A co, twoja chowa cycki przed tobą?

Zbiorowy śmiech był dowodem na znikomą szkodę psychiczną, jaką mogły spowodować potworki w piórach.

Leszek spojrzał na to wojsko z ciepłym uśmiechem. Tu morale było wysokie. Żołnierze wspierali się wzajemnie i byli jak bracia, w niczym nie przypominali straceńców z Zalesia. Pobiegli do przodu, zachowując teraz większą czujność. Leszek pokazał im kierunek i skręcili w prawo. Nie mógł nic powiedzieć z powodu zadyszki, swojej zerowej kondycji i niedożywienia, musiał oddać palmę pierwszeństwa ludziom z "Orła". Przebiegli pod wiaduktem kolejowym i wpadli w uliczkę po drugiej stronie. Z wiaduktu zwisały resztki jakiegoś wagonu, który musiał wypaść z torów podczas Katastrofy. Ileż trzeba będzie odbudować, aby stworzyć choć namiastkę tego, co było kiedyś? - Leszek pomyślał na widok wiaduktu. Czy kiedyś jeszcze pojadą pociągi? Czy zgodnie ze słowami wielkiej, polskiej piosenkarki, Maryli Rodowicz, będzie nam dane "Wsiąść do pociągu byle jakiego"? Do jakiegokolwiek? I dokąd nim dojedziemy, czy gdzieś jeszcze jest życie? Takie normalne, może bez udziału techniki, ale życie. Bez masek i potworów, pod słońcem i w czystym powietrzu. Musiał zdjąć maskę, aby obetrzeć łzy napływające do oczu.

- Maskę załóż! - polecił przechodzący obok Marek Madejski, wymownie wskazując na dozymetr.

- Wiem, ale zebrało mi się na takie smuty. - Leszek nagle zdziwił się, że może z obcym sobie człowiekiem rozmawiać o swoich uczuciach.

- Nie ma sprawy, chłopie. Rozumiem cię. - Marek poklepał go po plecach i poleciał do przodu.

Skręcili w prawo i po kilku metrach znaleźli się przed wejściem do kompleksu.

- To tutaj - powiedział Leszek, wskazując na betonowy kiosk ze stalowymi drzwiami.

Marek rozstawił chłopaków w półkolu, część oddziału ukryła się w okolicznych ruinach. Po chwili rozległ się huk i kilka sekund później na niebie zaświeciła się flara. Piękny zielony kolor rozświetlił chmury nisko położone tego dnia. Naprzeciwko ich flary zbliżała się jej siostra w kolorze czerwonym. Oba zespoły osiągnęły cel. Marek spojrzał na swój zegarek i podniósł rękę do góry jak dyrygent.

- Na mój znak wchodzimy. Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden. Teraz!

Stalowe drzwi zostały wcześniej otwarte, nie było żadnych zabezpieczeń, tak jak mówił Leszek.

Ruszyli w ciemność tunelu. Przodem biegła szpica składająca się z ośmiu ludzi. Na razie nie zapalali czołówek umocowanych do kasków, by jak najbardziej oddalić moment zaskoczenia. Jednakże uważali na możliwe przeszkody pozostawione na swojej drodze. Po przebyciu około stu metrów ich oczom ukazał się słaby płomyk tlącego się ledwie ogarka.

- Stój! - szepnął zasapany biegiem i emocjami Leszek. - To ich taki punkt kontrolny. Mogą mieć broń palną.

Marek pokiwał głową - prawdopodobnie, bo w tych ciemnościach zasadniczo można było się tylko domyślać, a nie widzieć.

- Łysy z Kowalem, zdjąć ich! - komenda została wydana ledwie słyszalnym głosem, ale zrozumiano ją doskonale.

Po chwili do przodu wysunęły się dwie sylwetki z kuszami w rękach. Dwa razy zajęczała cięciwa i na wydany przez Marka rozkaz ruszyła reszta.

Kiedy mijali posterunek, w słabym świetle dojrzeli trzech martwych ludzi, dwójkę z nich przyszpilił jeden bełt. Na barykadzie zbudowanej z cegieł leżał pordzewiały karabin maszynowy. Nie nadawał się raczej do użytku bojowego. Był reliktem zamierzchłej przeszłości, jednakże z kilku metrów mógł nadal budzić grozę w potencjalnym przeciwniku.

Jakieś dwadzieścia metrów dalej, za zakrętem zrobiło się już jaśniej. Ludzie siedzący przy drgających od przeciągu płomykach kaganków nie zareagowali na ich przejście. Zdawali się nieobecni, nie podnieśli nawet na nich wzroku. Wyraźnie bali się wszystkich zbrojnych i nie chcieli wchodzić im w drogę. Chcieli po prostu przeżyć, więc zwyczajnie udawali, że ich nie ma. Na prawej ścianie widoczny był napis "Mordercy", reszta została zamazana. Stan napisu wskazywał na to, że wykonano go dość dawno, zapewne jeszcze wtedy, kiedy ci ludzie stawiali opór okupantowi.