Z roku w rok
Przyjechałemtutaj i patrzę, chociaż wolałbym nie widzieć, ale jak tu odwrócićwzrok, kiedy nie ma do czego? Można by zamknąć oczy, ale tak nazawsze to się nie da, przynajmniej na zawołanie, a ileż można trzymaćzamknięte oczy, powstrzymując się przy tym przed zaśnięciem? Chwilętylko, może dwie, potem zaczyna to męczyć, w pewnym momencie męczynawet bardziej niż patrzenie. No więc przyjechałem tutaj, wysiadłemna przystanku autobusowym, stoję i z konieczności patrzę, niewiedząc, co z tego patrzenia może wyniknąć, właściwie bojąc się, żemoże wyniknąć z niego to, że kogoś wreszcie zobaczę, co samo w sobienie jest niczym zaskakującym, bo taki jest przecież cel wszelkiegopatrzenia, ale, z drugiej strony, może wywołać daleko idącekonsekwencje, których raczej wolałbym uniknąć.
Nowięc przyjechałem tutaj, stoję i patrzę, nie mogąc się nadziwić tejdojmującej, choć tak naprawdę chyba jednak pozornej, niezmiennościrzeczy. No bo tak: widzę przystanek, jedyne okno na świat dlatutejszych, jedyny zwornik między tym i tamtym czasem, z którego tylejuż razy wyjeżdżałem i do którego zawsze jednak jakoś tam wracam.Przystanek niby stoi jak stał, może tylko nieco bardziej się posypał,na ceglanych ścianach mniej tynku niż kiedyś, dachowe płyty z eternitu jakby bardziej dziurawe, ale ogólnie stoi toto uparcie,stabilnie, poważnie - choć, prawdę powiedziawszy, trochę wbrewrzeczywistości. Od kiedy w okresie transformacji zlikwidowanowiększość połączeń autobusowych między wsią a miastem (no bo po cowieśniakom wyjazdy do miast? Niech siedzą, gdzie ich poczęto), temury częściej robią za arenę pijackich spotkań niż za miejsce, z którego wyrusza się gdziekolwiek, byle dalej stąd; można powiedzieć,że przystanek nadal jest, ale jakby go nie było, bo jest czymśzupełnie innym niż miał i niż powinien być. Dalej kościół: malutki,drewniany, jednonawowy, z barokowym ołtarzem, duma lokalnejspołeczności, trochę zaniedbana, ale wciąż urocza. Mama, kiedydzwoniła do mnie trzy czy cztery tygodnie temu, narzekała, że dokościoła chodzi coraz mniej wiernych, zwłaszcza młodzieży, i że w sumie świątynia powoli przestaje pełnić swoją pierwotną funkcję,stając się tylko zabytkiem, zwykłą pamiątką dziejów, w której mszeodbywają się jakby incydentalnie, mimochodem, jedynie na mocytradycji pozostającej tu jedną z niewielu spraw faktycznie świętych.(Nie wiem, czy mama zdaje sobie sprawę, że ten proces dotyczy każdejrzeczy i każdego z nas - wszyscy przecież kiedyś pomrzemy i przejdziemy do historii, jeden za drugim w równiusieńkich rzędach).Jeszcze dalej poczta: półpiekielna przestrzeń, w której załatwienieczegokolwiek poza wysłaniem najprostszego listu zawsze wymagałoniebywałej zręczności i ogromnych pokładów cierpliwości. W środku -nie mogę tego wiedzieć na pewno, ale czuję to podskórnie -wciąż siedzi ta ruda Ula, Urszulon, bo tak na nią wołaliśmy,straszna, niemiła jędza, niezatapialna urzędniczka niezatapialnejinstytucji państwowej, o dziwo wciąż żywy relikt niefajnejprzeszłości przyprawiony szczyptą późnokapitalistycznej korpogłupoty,który potrafił wyrzucić za drzwi petenta nieumiejącego poprawniewypełnić blankietu przesyłki poleconej. Ale Ula jest już starsza,blisko jej do emerytury, więc może zmądrzała, może złagodniała, możestała się po prostu człowiekiem? Dalej sklep, gdzieśmy na początkulat dziewięćdziesiątych odkrywali nieznane nam wówczas smaki cocacoli, chipsów Ruffles i kinderjajek - dzisiejsze dzieciaki,wychowane w przesycie, z pewnością nie są w stanie tego zrozumieć -i, wreszcie, szkoła, o której można powiedzieć wiele, ale o którejbezpieczniej jest milczeć. Wszystko to samo, ale już nie takie samo.
Nowięc przyjechałem tutaj, stoję i na to patrzę, tak jak stałem i patrzyłem nie raz i nie dwa, i wydaje mi się, że wszystko jest tosamo, ale już nie takie samo, bo i ja jestem ten sam, ale już nietaki sam, i, tak tutaj stojąc, niby to wciąż jestem u siebie, ale taknaprawdę przebywam tu tylko z wizytą, zwykły przechodzień,przejezdny, pasażer, ktoś prawie zupełnie obcy. Stoję tak sobie i patrzę, i myślę, i nagle z tego stania, patrzenia i myślenia wyrywamnie taki jeden, który nie wiadomo skąd się przypałętał; taki jeden,którego kiedyś znałem aż za dobrze, a dziś praktycznie wcale. Co tamu ciebie słychać, pyta, kopę lat się żeśmy nie widzieli, ożeniłeśsię, dzieci masz, pracujesz, musimy się na piwo umówić koniecznie,tylko że u nas bar zwinęli, ten wiesz, na górce, właścicielka biznessprzedała i wyjechała do miasta, ktoś to niby kupił, ale stoizamknięte na cztery spusty i znowu, jak za młodego, trzeba pić podsklepem. Odpowiadam, że u mnie wszystko dobrze, bo co innego miałbymodpowiedzieć, wrzucam jakiś temat pogodowy, że lato w tym roku gorącei suche, i plony pewnie marne, oj, marne, potwierdza on, słabo sypie,a żyto to taka mizerota, że gadać szkoda, no ale z czegoś trzeba żyć,trzeba to zebrać i sprzedać, żeby mieć na chleb. "A sam sobienie możesz z tego żyta chleba ukręcić?" - myślę, ale nicnie mówię, uśmiecham się tylko, a po chwili się żegnam, nachylającsię do jego ucha i szepcząc, że muszę już lecieć, bo mam lekkiniedoczas, chociaż po prawdzie nigdzie mi się nie spieszy. Onpoufale, prawie po przyjacielsku, klepie mnie po plecach, jasne,stary!, krzyczy, ale nie odchodzi. Chcąc nie chcąc, to ja muszę iść -skoro powiedziało się A, trzeba powiedzieć Ą. Więc idę.
Podrodze natykam się na sąsiadkę, która jedzie dokądś rowerem. Dzieńdobry, mówię jej z dala, kłaniając się przy tym nisko, ona zbliża sięi zatrzymuje, no cześć, Tomek, co ty tu robisz, myślałam, że już nieodwiedzasz starych śmieci, ależ odwiedzam, dlaczego nie, ripostuję,zawsze chętnie tu wpadam, a sąsiadka dokąd to o tej porze? Na jakieśzakupy? A nie, ja na cmentarz, z mężem porozmawiać, nie wiem, czywiesz, bidula zmarł trzy zimy temu, tak, trzy zimy już będą, raczychogo zjadło, no ale od trzynastego roku życia palił paczkę dziennie, tojak mogło być inaczej? No i tak jeżdżę do niego raz, dwa razy natydzień, a to znicz postawię, a to kwiaty jakieś, ławeczkę tam mam,Kacper, to znaczy wnuk mój, wbetonował (wyobraź sobie, że musiałam zato jeszcze plebanowi dolę odpalić!), to sobie posiedzę, pogadam z nim, opowiem, co u nas, a czasem pomilczę, wtedy wydaje mi się, że gosłucham, i tak to z roku w rok się wszystko przetacza, aż kiedyś jużnie będę do niego jeździć, zawiozą mnie tam i po prostu zostanę, znówbędziemy razem, na wieki wieków, amen. No, uciekam, bo on tam czeka,może wpadniesz któregoś dnia na herbatę? Nie wpadnę, alegrzecznościowo potwierdzam, że oczywiście, jednocześnie wykonującruch wskazujący na to, że chciałbym już pójść. Sąsiadka rozpędza sięna pięciu metrach i wskakuje na rower, a ja patrzę, jak odjeżdża w kierunku, w którym kiedyś wszyscy, niezależnie od płci, orientacji,narodowości, koloru skóry, wyznania i czego tam jeszcze, równieżodjedziemy - na dobre i na złe.
Maszerujędalej i mijam niziutkie wzgórze przez tutejszych nazywane KałowąGórką (na jego zboczu od niepamiętnych czasów załatwiały siębezpańskie psy i lokalni pijacy), z którego zimą często zjeżdżaliśmyz bratem na sankach. Do dziś mam w pamięci taki obraz - byłstyczeń albo luty, tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty szósty albosiódmy rok, szkolne ferie - kiedy brat wchodzi na szczyt,kładzie się na sankach na brzuchu i rozpoczyna ślizg, żeby po kilkusekundach wywrócić się na jakiejś muldzie i zaryć głową w śniegu, a potem podnieść się z twarzą całą utaplaną brązowawą mazią. Z początkumyślę, że to krew, podbiegam do niego, pytam, czy wszystko w porządku, a on, że tak, że nic się nie stało, a to coś na twarzy jestwpierw ukrytą pod śniegiem, a teraz rozmazaną od czoła do podbródkazwykłą śmierdzącą kupą. Do dzisiaj nie wiemy: ludzką czy psią?
Przygórce nie zatrzymuję się na dłużej. Znów idąc, docieram do zakrętu,na którym dziesięć lat temu, podczas odpustu parafialnego, zginął w wypadku stary Mateusz - znany z tego, że jako pierwszy we wsikupił sobie kombajn zbożowy marki Bizon, a potem co roku świadczył w okolicach usługi żniwiarskie. Mateusz po obaleniu flaszki na cześćpatrona parafii, zresztą swojego imiennika, wsiadł za kierownicę, abypodjechać na stację benzynową i tam zakupić kolejną butelkę celemdopicia się. Jak się okazało, była to jego ostatnia podróż.
Zazakrętem, spokojnie jak zawsze, zieleni się wiecznie pokryty grubąwarstwą rzęsy staw polodowcowy. Tę rzęsę świętej pamięci Stasiu, naktórego mówiono Francuz, bo w rozmowach lubił wtrącać frankofońskiezwroty typu merci,bienczy aurevoir,zbierał sitkiem, wrzucał do ocynkowanego wiadra i karmił nią królikii kaczki, które hodował dla sportu, darząc je uczuciem chyba nawetwiększym niż własną żonę i dzieci. Gdy umarł, żona sprzedała całąhodowlę, a rzęsa mogła dalej rosnąć bez przeszkód, bo nie dotykał jejjuż nikt.
Pokolejnych trzystu metrach staję przy pobudowanej na skrajuniewielkiego lasu murowanej dziewiętnastowiecznej kapliczce z wizerunkiem Matki Boskiej Pani Kujaw. Od dziecka uczono mnie, że,przechodząc obok niej, każdorazowo należy się przeżegnać, więcodruchowo podnoszę rękę, żeby zrobić znak krzyża, ale ostatecznie,tknięty czymś na kształt wstydu, bo przecież ktoś może to zobaczyć,zatrzymuję ją w połowie drogi. We wsi gadali, że kapliczkępostawiono, bo w lesie znajduje się cmentarzysko, w którym leżążołnierze polegli w powstaniu styczniowym, ale to raczej bujda,lokalne podanie niemające wiele wspólnego z faktami historycznymi.Widziałem kiedyś w sieci zdjęcie z czasów Pierwszej Wojny, na którymobok tej kapliczki siedzieli na koniach niemieccy oficerowie -jak głosił podpis: "Festgsb.-Hptm. Schwarz,Hptm. Wollseifen i Adj. Feldw.-Ltn. Reck". Ciekawe,co tam robili i co się z nimi potem stało?
Z okolic kapliczki widać już mój dom rodzinny. To tutaj tak naprawdęprzyjechałem, więc idę w jego kierunku. Jest dokładnie taki, jakim gopamiętam, choć przecież zupełnie zmieniły się jego elewacja, dach,płot i kilka innych, drobniejszych szczegółów. Wkraczam na podwórko,uspokajam oszczekującego mnie psa, którego nawet dobrze nie znam,staję przed progiem, naciskam klamkę, otwieram drzwi, wchodzę dośrodka i jestem tam, jestem tam, jak gdybym nigdy stamtąd nie wyszedł- a przecież jednak.
wserii kwadratukazały się:
„2008”,„2011”, „2014”, „2017”, „2020”– antologie współczesnych polskich opowiadań
Andrzej Ballo„Made in Roland”
MarcinBałczewski„Eva Morales de Nacho Lima”, „Malone”
WaldemarBawołek„To co obok”
KostiaBerezin (Paweł Laufer)„Buty Mesjasza”
JacekBielawa „Kościelec”
JarosławBłahy „Rzeźnikz Niebuszewa”, „Zaklęty w szerszenim gnieździe”
DariuszBitner„Książka”
RomanCiepliński„Diabelski młyn” , „Ukryte myśli” , „Życiezastępcze”
TomaszDalasiński„Nieopowiadania”, „Przystanek kosmos”
JerzyFranczak„Święto odległości”
KrzysztofGedroyć„Przygody K”
AndrzejGrodecki„Iluzje”
BrygidaHelbig„Anioły i świnie. W Berlinie!!”, „Enerdowce i inneludzie”
LechM. Jakób„Ciemna materia”
JarosławJakubowski„Ciemna Dolina”, „Wojna”
BogusławKierc„Bazgroły dla składacza modeli latających”
WojciechKlęczar„Wielopole”
BogusławaLatawiec„Ciemnia”
RyszardLenc„Chimera”
ArturDaniel Liskowacki„Capcarap”, „Eine kleine”, „Mariasz”,„Skerco”, „Spowiadania i wypowieści”
MiłkaO. Malzahn„Fronasz”, „Kosmos w Ritzu“
AgnieszkaMasłowiecka„Pyszne ciało”, „Splątanie”
JarosławMaślanek„Ferma ciał”
DariuszMuszer„Homepage Boga”, „Niebieski”, „Wolnośćpachnie wanilią”
KrzysztofNiewrzęda„Czas przeprowadzki”, „Poszukiwanie całości”,„Second life”, „Wariant do sprawdzenia”,„Zamęt”
EwaElżbieta Nowakowska„Apero na moście”
Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski„Błogosławieni”
PawełOrzeł„Arkusz [^pi^gmalion]”, „Nic a nic”,„Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)”
PawełPrzywara„Ricochette”,„Zgrzewka Pandory”
KrystynaSakowicz„Księga ocalonych snów”, „Praobrazy”
AlanSasinowski„Pełna kontrola”, „Rupieć”, „Szczeryfacet”
GrzegorzStrumyk„Kra”, „Nierozpoznani”, „Wyjście”
ŁukaszSuskiewicz„Egri bikaver”, „Mikroelementy”, „Zależności”
LeszekSzaruga„Dane elementarne”, „Podróż mego życia”,„Zdjęcie”
IzabelaSzolc„Śmierć w hotelu Haffner”
ŁukaszSzopa„Kawa w samo południe”
Michał Trusewicz „Przednówki”
AndrzejTurczyński„Bruliony Starej Ziemi”, „Brzemię”, „Koncertmuzyki dawnej”, „Zgorszenie”, „Żywioły”
AnatolUlman„Cigi de Montbazon i Robalium Platona”
EmiliaWalczak„Hey,Jude!”
MiłoszWaligórski„Ktoto widział”
Henryk Waniek „Miastoniebieskich tramwajów”
MaciejWasilewski„Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach”, „Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś”
BartoszWójcik„Christiania. Historie z tamtej strony dobra”
GrzegorzWróblewski„Nowa Kolonia”
MaciejWróblewski„Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń”
Tadeusz Zubiński „Rzymskawojna”