Przystanek - An Wer

Kup ebooka

7.10 zł
5.89 zł (6,04 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przystanek

Czekam na przystanku życia

na ostatniego przewoźnika,

co sprzeda bilet za dwa złote

i zabierze mnie w tę samą stronę.

W słowa święte wierzę,

a Ty mówisz jak bóg,

że stale przy mnie jesteś

i kładziesz na powiekach

pocałunki miękkie,

wiem, że dzisiaj nie odjadę,

ani nie odejdę...

Mówisz, że za rzeką

zasnąć też jest ciężko,

słodko spać nie może

przelęknione dziecko,

w rączkach zamiast piłki

kulę świata musi trzymać.

Myślisz, że gdy będziesz stary

wszystko będzie prostsze,

dziecko, które dzisiaj płacze,

zdąży do czegoś dorosnąć.

Żegnasz więc me czoło

i obie dłonie odchodząc,

usta omijasz jak kierowca

pijanego na drodze.

Czułość jest prawdomówna,

wierzę w tę pustkę i ciszę,

w jej nieme słowa święte,

wciąż stoję na przystanku

czekając na Ciebie...

Siła życia

Zimą wspinasz się na górę,

idziesz nocą czarnym lasem,

niebo dźwigasz na ramionach

lecz przyklękasz tylko czasem.

Gwiazda spada tuż za Wozem,

taki Wielki, szybko jedzie może?

Pod ich Twórcy nieopamiętaniem

ktoś uwierzył w zmartwychwstanie.

Ty chłopaku, wolny strzelcu

niedowiarkiem długo byłeś,

idąc nocą pod gwiazdami

odzyskałeś wiarę w miłość.

Możesz unieść każdy ciężar,

droga trudna lecz przyjemna.

Gdy uczucie jest prawdziwe

nie zabiera, daje siłę.

Znów ciemności błyszczą oczy,

mróz aż szczypie rozpalony,

noc zaprasza do wolnego tańca

sadza na pól nagich kolanach.

Wytańczona czarna dama,

cała się rozpływa z rana,

a on dalej ściska, trzyma

tak jak w Tobie, jest w nim siła.

Strumienie

Opuszczamy białe niebo

przed nadejściem nocy

wielki, czarny koń już ciągnie

gwiazd pełniutkie wozy.

Jadą nocą Drogą Mleczną

przez krainę ciszy wieczną,

stojąc gdzieś pomiędzy nimi

by nie zgasły, też milczymy.

Nie uciszy noc strumieni

nie jesteśmy tu potrzebni,

W kryształowych ramach lodu

płyną ciemnych luster tafle

szumią o miłości wielkiej,

przeglądają się w nich czaple.

Nie potłuką się na szczęście

z lawinowym jej nadejściem

więc wyruszyć dobra pora

pośród gąszczy dzikich sadów,

drzew zgarbionych wiatrem czasu

odjeżdżamy w sen spokojny,

Twoja dłoń na mojej dłoni

ogniem płoną horyzonty.

Wojna

Brama, ścieżka, drzwi do domu

wejść nie wolno już nikomu,

a w ogrodzie studnia stoi,

co nikogo już nie poi...

Kiedyś żyła tu rodzina,

pustka dom odziedziczyła.

Martwą głębią okien zgasłych

patrzy na przechodniów masy.

Nieciekawi są historii,

nieświadomi przeszłej wojny,

co rodzinę wyniszczyła,

szczęście domu wypaliła.

Bezsensownie, bez litości

poszły z dymem zapewnienia

o największej ich miłości.

Gospodarze poginęli

w bez uczucia tej Syberii.

Dzieci wojna podzieliła,

siostra bratu już niemiła.

Wszystkie mosty popalone,

wron naloty dywanowe

kraczą, że nadejdzie nowe,

nowi państwo i ich dzieci,

dla mnie obcy i najeźdźcy.

Jak różaniec w dłoniach

przesuwam wspomnienia,

w albumach przechowuję

pożółkłe zaświadczenia.

Była miłość i szczęście!

Mam zdjęcie...