przyStań i inne opowiadania - Tatur Adam

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Déja vu

"Magda, gdzie ty jesteś?!"

Biegiem, ścieżką za dom, potem wzdłuż płotu, pomiędzy jabłonki, czereśnie i śliwy; dalej dróżką do szosy. Rozglądałem się - byłem Światowidem.

"Magda!"

Mijały mnie samochody, motocykliści, dziewczyny na rowerach; lekko siąpił deszcz; letnia duchota oblepiała ciało.

"Madzia!"

Nigdzie jej nie było.

Może za pasieką? Ale do pasieki kawał drogi.

Pędziłem bez wytchnienia. Ten cholerny Osuch! Na pewno uciekła do niego, do tego miodu, pszczółek, zapachu drewna i kleju stolarskiego; na bank tam była.

"Madzia! Cholera, Madzia, nie rób mi tego! Dwa słowa za dużo, a ty już lecisz do Osucha?!"

Potknąłem się, prawie wywróciłem. Oparłem dłonie na kolanach, sapiąc głośno. Chwila wytchnienia. Zbiórka myśli - wszystkie baczność! Kolejno odlicz! Gdzie jest Magdalena? No, gdzie?! Raz, dwa, trzy...!

Minął mnie żółty, zachlapany błotem pick-up Osucha. Za kierownicą siedział on sam. Tyle zauważyłem. Adrenalina grzmiała we mnie, waliła piorunami, ale na sto procent Magdy przy nim nie widziałem. Przecież nie schowałby jej na pace pod płachtą! Czyli pewnie zwiała do miasta; siedzi teraz w Pizzerii wpatrzona w szklankę z piwem wymieszanym z colą. Może myśli, że dobrze byłoby zapalić. Może ma nadzieję, że Osuch wejdzie, przysiądzie się, spędzą romantyczne chwile wśród aromatów czosnku, bazylii, oregano; odkroją mnie jak przypalone ciasto i zostawią na talerzach z resztkami sosu.

Trzeba było się spieszyć, działać.

Złapałem okazję - jakiś młody student. Usiłował zagadywać, nie reagowałem. Nawet nie rozumiałem, co mówił. Wysiadłem koło Parku, bo między krzewami jaśminu mignęła mi blond burza włosów nad oparciem ławki, wypisz, wymaluj Magda. Siedziała z Osuchem w Parku, pick-up zaparkowany był przed Pizzerią.

"Jezu! Nie wytrzymam!"

Podbiegłem do bramy, prawie zderzyłem się ze starszą, mocno umalowaną panią.

- Po co pan tam biegnie?! - zawołała przestraszona. - Tam zboczeniec morduje blondynki!

- Czy ja wyglądam na blondynkę?

- Ostrzegam tylko pana!

- Po co? Ja przecież szukam Osucha z Magdą.

Zostawiłem kompletnie zaskoczoną kobietę przed bramą i puściłem się sprintem w głąb głównej alejki.

Zatrzymał mnie ostry zgrzyt hamulców. Obejrzałem się. Rozpędzony autobus gruchnął w ogrodzenie. Kierowca wypadł przez przednią szybę, bryznął na mnie krwią z twarzy, przekoziołkował po chodniku; znieruchomiał z szeroko rozpostartymi ramionami. Podszedłem zaskoczony. Kobieta, która ostrzegała mnie przed zboczeńcem, wisiała bezwładnie, wprasowana zderzakiem między stalowe elementy parkowego płotu. W twarz miała wgniecioną torebkę, widocznie zasłoniła się nią przed uderzeniem. Ostatni odruch przed śmiercią.

Zrobiło się siwo od szczypiącego w oczy dymu. Wewnątrz pojazdu ktoś krzyczał, ktoś inny jęczał, ktoś jeszcze wył; walono w przekrzywione drzwi, skapywała spod nich brudna krew. A co, jeśli Madzia była wewnątrz? Doskoczyłem w jednej chwili. Udało mi się wcisnąć palce między lekko rozchylone skrzydła drzwi. Zacząłem z całej siły ciągnąć, szarpać, kopać.

- Co ciągniesz, debilu?! Zadzwoń po pomoc! - dobiegło ze środka.

Gdzieś po drugiej stronie brzęknęła rozbijana szyba, jakaś kobieta wrzasnęła. Usłyszałem głuchy odgłos upadku na chodnik.

- Czy jest tam Magda?! - zawołałem. - Madzia, proszę cię, jesteś tam?!

Krzyki, jęki, płacz, niezrozumiałe słowa, dziwne kwiki, rzężenie. Nic nie przypominało Magdaleny, bo i jak by mogło? Zaniechałem dalszych wysiłków. Pognałem z powrotem do Parku. W dupie miałem autobus, jeśli jej w nim nie było. Minąłem pijaków pod drzewem - grali w karty na starym kocu; potem plac zabaw, dzieci rzucały w górę zabawki, wrzeszcząc:

- Uważaj! UFO ci spadnie na głowę!

Dalej była klatka z pawiami, przy niej kilka osób z nosami przylepionymi do siatki, jakby nigdy w życiu nie widzieli takiego drobiu.

Zaczynało brakować mi sił, ale mimo to przegalopowałem koło zardzewiałego słonecznego zegara, który od lat nie wskazywał żadnych godzin, przeskoczyłem kilka otoczonych niskimi żywopłotami z bukszpanu kwietników. Zatrzymałem się przy fontannie i z głębi płuc wrzasnąłem:

- Maaadziaaa!

Kilka kawek poderwało się z pobliskiej lipy, paw zaskrzeczał przenikliwie, widocznie wskutek mojego wrzasku złożył mu się ogon. W dupie miałem pawie i kawki.

- Maaadziaaa!

Ludzie patrzyli na mnie jak na idiotę. Dzieci przerwały zabawy przy fontannie.

- Mamo, dlaczego pan krzyczy? - spytał przestraszony chłopczyk w koszulce z Minionkiem.

W dupie miałem chłopczyka i jego najmądrzejszą na świecie mamę. I całą resztę świata!

Pognałem dalej. Park się skończył, znalazłem się na ruchliwej ulicy. Gdzie ta Pizzeria? Musiałem zacząć myśleć jak Osuch - skoro nie miałem pick-upa, bo przecież mijał mnie na szosie, jak poruszałbym się po mieście, żeby było najszybciej? Autobusem, rzecz jasna! Rozejrzałem się. Przystanek był pięćdziesiąt metrów dalej. Nie miałem już siły biec. Powlokłem się tam, ledwo powłócząc ociężałymi nogami, do tego miałem wrażenie, że buty zaczęły nagle ważyć po dziesięć kilo każdy. Głowę rozsadzał dudniący ból.

Na darmo szukałem na rozkładach przestanków o nazwie Pizzeria. W końcu spytałem jakiegoś chudego z brodą. Powiedział, że najlepsza pizza jest na Starym Mieście, muszę jechać linią 57, a potem dojść na Starówkę deptakiem. Broda przytaknęła. Podziękowałem obojgu i zacząłem spalać się w czekaniu, dusić w smogu własnych bardzo paskudnych myśli. Jakkolwiek było to straszne, najstraszniejsze miało jednak dopiero nadejść.

Autobus przyjechał punktualnie. Gorąco w środku wręcz obezwładniało. Zablokowanych okien nijak nie dało się otworzyć. Na wielkim wyświetlaczu nad szoferką przesuwał się napis: Klimatyzacja włączona. Proszę nie otwierać okien. Bez jaj! Stałem z otwartymi ustami jak ryba bez wody, pot płynął mi po twarzy, koszulka i spodenki kleiły się do skóry. Zabijał mnie zapach dziesiątków dezodorantów, posiłków, papierosów, alkoholi, napojów, nieświeżych bielizn, balsamów, maści rozgrzewających - kakofonia zmysłów i symfonia grozy. Stłamszony obcymi ciałami, równie spoconymi jak moje, mogłem tylko czekać na śmierć. Gdyby tu był teraz ten zboczeniec z Parku! Miałby raj. Przywarłby do jakiejś ponętnej dupci i nawet jej właścicielka nic by pewnie nie poczuła, zajęta łapaniem powietrza i rozpaczliwym unikaniem czucia tych wszystkich zapachów. Dopiero stwierdzony w domu zapaskudzony tyłek dałby jej do myślenia.

Kątem oka spostrzegłem, że właśnie koło Parku przejeżdżamy. Zobaczyłem też siebie - wpadałem w wejściu na straszą panią, która krzyknęła do mnie:

- Po co pan tam biegnie?! Tam zboczeniec morduje blondynki.

- Czy ja wyglądam na blondynkę?! - burknąłem opryskliwie. Miałem przy tym bardzo durną minę.

- Ostrzegam tylko pana!

- Po co? Ja przecież szukam Osucha z Magdą.

Wbiegłem przez żelazną bramę i zniknąłem za ogrodzeniem.

Moment później ja, wewnątrz linii 57, usłyszałem zgrzyt hamulców i huk uderzenia. Autobusem szarpnęło w tył. Popchnięty lepką masą setek kilogramów pasażerów, którzy stali tuż za mną, runąłem bezwładnie do przodu. Kierowca, wyrzucony siłą uderzenia, znieruchomiał na chodniku z rozpostartymi ramionami.

Nie miałem się czego złapać. Leciałem przed siebie na złamanie karku. Czyjaś parasolka wbiła mi się brzuch. Poczułem jej szpiczastą końcówkę aż na kręgosłupie. Dobrze, że się nie rozłożyła, choć niewiele by to zmieniło. Żebra nie wytrzymały napierającego ciężaru. Pękły. Wyszły bokami, dziurawiąc przepoconą koszulkę. Gdyby jakiejś rybie skurczyło się nagle ciało, a ości nie, wyglądałaby jak ja w tym momencie. Zdałem sobie sprawę, że nie przeżyję - za dużo miałem skojarzeń z rybami. Chciałem krzyknąć, ale - zamiast dźwięku - z ust wyleciały kawałki gardła i odgryzionego języka. Zanim straciłem przytomność, uświadomiłem sobie z całą jasnością, iż Magda mówiła mi wczoraj, że idzie dziś z koleżanką robić paznokcie. A więc nigdzie nie uciekła, nie spotkała się z żadnym Osuchem! Hura! Mogłem spokojnie umierać.

Ktoś zaczął szarpać za drzwi, kopać w nie, ciągnąć, głośno przy tym sapiąc. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to byłem ja.

- Co ciągniesz, debilu?! Zadzwoń po pomoc! - krzyknął jakiś mężczyzna.

Zacząłem odpływać w tradycyjny niebyt, ból narastał, dusiłem się, krew waliła z ust i nosa.

- Czy jest tam Magda?! - usłyszałem z zewnątrz swój własny głos. A może to było tylko déja vu?

Koniec

Dzielnica cudów I

Przy browarku

Wracam dwa dni temu od Wiesia... To ten kumpel z pracy, wiesz, mówiłem ci... A on stówę od szwagra pożyczył na życie i wódkę postawił. No i wracam se od niego... A on tam, na tym osiedlu mieszka nowym, wiesz, co te ulice takie ptakowe mają nazwy, jakaś jaskółcza, gołębna, wróbelna, kojarzysz? No! To ja, rozumiesz, wracam już i fajka se chciałem zapalić. Stanąłem. Fajki już mam, ale zapalniczki, ni chu chu, nie mogę namacać. I tak stoję i się, kurna, obmacuję na środku tej wróbelnej czy bocianiej. I mija mnie taki młody jak ty. Może starszy trochę... Taki brunecik wyczesany na cienkich nogach, tak jak to teraz te spodnie noszą, wiesz. A ja już zapalniczkę miałem; kurna, dziura mi się zrobiła w kieszeni w kurtce i wszystko mi za podszewkę wpada. A ten młody wyciąga ci coś ze spodni i sru, rzucił do przodu. Nie zobaczyłem co, ale pomyślałem, że fonem rzucił! Wariat?! Co ty byś o takim pomyślał? Wąskie spodnie nosi, aż mu mózg ścisnęło! A jakby tak w dziecko trafił? Albo w samochód? I potem w samochodzie szyba wybita, w dziecku oko wybite, rozumiesz?

Już go chcę zapytać, czy głupi czy co, ale widzę, że on tak... Kiwa się jakoś tak, jakby może podpity... I nagle jeb na glebę!

I, kurna, leży! Mnie się fajek pali, ale - chuj - wyrzucam i idę do niego. Nie wypada obcego zagadywać z fajkiem w gębie, rozumiesz, trzeba z obcymi kulturalnie, bo to nie mój rejon.

No i kucam przy nim, a on... Nie wiem, nieprzytomny czy zemdlał, wiesz... Ślepia wywraca, tu mu ta szczęka chodzi jakoś... Mówię ci, kurna... No, wystraszył mnie koleżka!

Pytam się go:

- Żyjesz? Co ci jest?

A on nic! Tylko te gały i szczęka. I w spodnie się zlał. Myślę - chuj - dzwonię! Facet mi umiera czy coś, niech go zabierają.

Jak mnie ta złowieszcza baba w słuchawce wymęczyła! A czy może pan sprawdzić to i czy może pan sprawdzić tamto! Co to ja, kurna, jakiś tester jestem?! Sprawdzacz etatowy?! Mówię do niej jak do człowieka, że tu leży młody, nie mówi, bo pewnie nie może; że ja mu pomocy nie udzielę, bo po wódce jestem! Już taki, kurna, byłem szczery z tym babolem! Mówię ci, ja to się wkurwiam strasznie na takie! No ale nic! Powiedziała, że wóz wysyła i żebym czekał. I po chuj?! Jeszcze może psiarnia niech przyjedzie i niech mnie na dołek zabiorą! Nie ma, myślę, trza spierdalać! Ale mi szkoda tego dzieciaka; no, młody jak ty! A on już nawet gałami przestał. Biały się zaczyna robić, warga sina... Na moich oczach ci umiera! Zgłupiałem! Normalnie, stary, mówię ci, zgłupiałem! Ona mówi mi czekać! I co robić?! Mam mu lulajbę zaśpiewać, kurna, alkoholową czy co?! No co ty byś zrobił?!

Stanąłem i stoję. Fajka wyrzuciłem, ale zaraz pomyślałem, że właśnie teraz to bym porządnie zajarał! I znowu do kieszeni. Łapy to mi chodziły... Jak temu przy młocie, wiesz, co w asfalt napierdala. Ale w końcu odpaliłem i jaram.

I czekam.

Z dziesięć minut czekałem! Łaziłem w tę i z powrotem, a to takie osiedle, że nikogo tam nie ma na tych ulicach! Takie pierdyferie! Rano każdy do roboty, dzieci do szkoły... I dopiero na obiad powrót. A tak, pusto.

No, ale przyjechali. Bez sygnału. Dwóch. I od razu do mnie:

- Pan dzwonił? Co się stało?

Mówię, co się stało, a oni łypnęli tak jakoś na siebie, jakby się, wiesz, oczami rozumieli!

Jeden, taki starszy i cwańszy, mówi:

- A pan to chyba taki trochę wczorajszy, co?

Wyjaśniłem grzecznie, bo przecież nie będę się z niosącym pomoc nakurwiał, że w sumie to nawet dzisiejszy, bo kolega dopiero co wódkę postawił. A ten pokiwał łbem; taki, kurna, inteligent, że niby się od razu skapnął!

No, zaczęli mi oni nerwa ruszać! Rozumiesz! Bo zamiast się zająć tym, co leży, to ten skurczybyk do mnie jakieś żaluzje!

Mówię:

- Panowie, ja swoje zrobiłem. Nie wiem, co temu tu jest. Wyrzucił coś i rypnął! Tak, jak go tu widzicie. Ja nic nie ruszałem. A pomocy po pijaku udzielać nie chcę.

To ten starszy do mnie:

- Dobrze. To pan już idzie.

I wtedy słyszę, jak ten drugi mówi jakoś tak:

- Jurek, to kolejne wykrwawienie, dobrze myśleliśmy.

A ten Jurek do niego macha, żeby tamten, wiesz, ryja zamknął! No bo ja stoję cały czas i słucham! Myślę, kurna, śledztwo jakieś?

I wtedy ten Jurek znowu do mnie, czy mam jeszcze jakieś pytania. Kurna, tysiąc pińset dwa dziewińset! Ale mówię, że nie.

A on, że:

- To dziękujemy. I pan tam uważa na zakrętach.

Myślę - chuj - jebnę mu... Bo mnie zaraz coś rozniesie! Ale, widzę, ten drugi wyciąga komórę. Będzie dzwonił. No, to nie ma to tamto.

- Do widzenia panom. - I idę.

Ale mi tak wpadło do tej mojej durnej łepetyny, żeby pójść tam, gdzie ten młody fona rzucił. Ciekawość, kurna, wiesz...

I tak odszedłem z dziesięć metrów i mnie coś tak... żeby się obejrzeć. I teraz patrz! Odwracam się i widzę, jak oni tego młodego do karetki ziu! Jeden za ręce, drugi za nogi i chlup do środka! No, kurna, jak worek z tym... no... z mąką! Chlup! A w tej karetce, z tyłu, wiesz, już leżało... ja wiem? Z pięciu?! Tak jeden na drugim. I ten młody tam na szóstego, łup! A panowie drzwi szybko zamkli i wrrrr! Pojechali! Ja cież pierdolę, myślę! Tak z człowiekiem?!

Mówię ci, tak mnie... no... ta... kurwa, złość wzięła, że chciałem za nimi gonić! I nakurwić po całości!

I wtedy dziecko jakieś słyszę:

- Mamo, mamo!

Rozglądam się i widzę malucha, jak leci, a przed nim... Nie wiem, jak ci to powiedzieć... No, na środku ulicy wielkie, kurna, jezioro; czerwona, ciemna plama. Cała ulica w chuj zalana chuj wie czym!

Podchodzę i widzę w środku... Tak se myślę, że to to było, co ten młody rzucił. Myślałem, że fon. Nie, nie fon. To takie coś było... jak buteleczka. Malutka. Czarna. Widziałeś, ostatnio cośmy u Tomka pili, pamiętasz, to miał takie małe łiskacze; takie na jeden raz. Jak on to, kurna, mówił? Miniaturki! To takie samo coś leżało na ulicy i z tego się lało, że chuj! Jakby rura pękła! Tyle że gęste i czerwone. No krew normalnie!

Piłem wtedy, wiem! Ale jak krew wygląda, też wiem! Ileśmy razy świnie bili ze szwagrem Wieśka! Krew sikała...! A myśmy świnię wieszali i zlewali do miednicy. I tu to samo! Tylko na asfalcie! Kurna! I mi się przypomniało, jak ten drugi mu powiedział: Jurek, to kolejne wykrwawienie. Ja pierdolę! Uwierzysz?! Że to młodego krew była?! Kurna! Polewaj, no! Dawaj, pijemy!

Koniec

Omen

Bach! Kupa śniegu upadła przed Augustem. Zmrożony strachem, spojrzał w górę. Mężczyzna odśnieżał dach niskiego bloku, machając zawzięcie szuflą. Bach! Druga kupa!

- Panie! - krzyknął August.

Tamten przerwał robotę, zerknął w dół - jakiś śmieszny robak pokrzykiwał:

- Uważaj pan! Ludzie tu chodzą!

- Dobrześ mu pan wygarnął - odezwał się nagle ktoś tuż za Augustem.

Mężczyzna na dachu machnął ręką i wrócił do przerwanej roboty.

- Widzisz pan, jaki cham? - powtórzył głos. Należał do kobiety ze strasznie pomarszczoną twarzą. Głowę i ramiona owinięte miała szarym, niemiłosiernie zniszczonym szalem. August szybko oszacował, że zmechacenia i plamy musiały wskazywać na wielkie ubóstwo właścicielki, zapach zaś sugerował poważne braki w higienie, być może brak dostępu do bieżącej wody, czyli najpewniej bezdomność.

- Michalina - przedstawiła się i chuchnęła w sine w dłonie. Mimo mrozu nie miała rękawiczek. August wstrzymał oddech, żeby nie poczuć tego na pewno śmierdzącego chuchnięcia. - Dwa dni temu na tamtym domie był. - Wskazała blok kilkadziesiąt metrów dalej. - Tak machnął, że mu szufla z rąk wypadła i mojego Wiesia jeb! W łeb! Że tu na miejscu umarł. To ja się drę: Ratunku, człowiek nie żyje! Wie pan, że ludzie chodzili i nic?! Dopiero taka młoda, co ją znam, że modelka, się ulitowała. Menedżer brzuch jej zrobił, figurę straciła i tera o! - Skinęła głową w bliżej nieokreślonym kierunku. - Sprząta. Karetkę wezwała, policję, ten telefon ma, to i dzwoni, kiedy chce. A ta szufla, to na moim chłopie trzasła, wie pan? A to stalowe! A ten chuj z dachu spierdolił! - Zacisnęła sine, kościste palce w pięść i pogroziła nią przed nosem Augusta, zupełnie jakby to on był tym chujem.

Zaczął się niecierpliwić. Był znużony pracą, bolały go uda i pośladki, bo kto to widział przez osiem godzin siedzieć przed komputerem; chciał szybko wrócić do domu, zrzucić buty, ubranie i wskoczyć pod letni prysznic, a później paść na co najmniej dwugodzinną drzemkę, ale wpajana latami uprzejmość nie pozwalała mu przerywać mówiącemu, choćby ten śmierdział najokropniej. A gdy do tego mówiący był kobietą, to już ho, ho!

- Karetka, panie, jedzie - kontynuowała kobieta - policja jedzie... - August rozejrzał się, ale ani karetki, ani policji nie zauważył, skojarzył więc szybko, że kobieta dalej opowiada niedawne zdarzenia. - I do mnie od razu! Że pijana! I że na izbę mnie biorą, a chłopa do kostnicy! Bo ten lekarz pęknięcie głowy zobaczył! To ja w nogi! Bym spierdoliła, tylko się wyjebałam na przejściu! W tej chlapie, jeb! Szpagat, panie, odpierdoliłam, aż mi się przedziałek o tak, rozdziawił. - Otworzyła szeroko usta, żeby dokładnie zobrazować, co się stało z przedziałkiem. - Jak mnie ci dorwali! Darłam się, ale czy ja, stara baba, policji poradzę?! No nie poradzę, taka prawda! Zgarnęli na dwie doby i dopierom co wyszła. I tera bądź tu mądra i pisz wiersze, gdzie mój chłop?!

Nagle stuknęła Augusta w ramię.

- O! Patrz się pan, laci ta modelka! Idę, bo mi jeszcze glinę na łeb ściągnie! Pa! - Klepnęła go w ramię jak równa równego i odkuśtykała pośpiesznie w swoją stronę.

Skupił się więc na modelce. Szła prosto na niego, pewnie i dumnie, i jakże pociągająco! Podziwiał parę z jej ust. Wyobraził sobie siebie nago w kłębach tej pary, doznającego rozkoszy przy każdym jej muśnięciu. Mimowolnie zjechał wzrokiem na biodra modelki, potem na uda, dziękując stwórcy, że dziewczyna nie założyła jakiegoś ciężkiego długiego płaszcza aż do kostek, tylko ciemnogranatowe, obcisłe jeansy i wysokie kozaczki. Ileż by wtedy stracił przyjemności z samego patrzenia. Gdy była już blisko, otrząsnął się z rozkosznych myśli, przybrał uprzejmy wyraz twarzy i zmusił do niewinnego uśmiechu.

- Przepraszam - zaczęła dziewczyna, zatrzymując się niecały metr od niego. - Czy pan tę kobietę zna?

Zaprzeczył.

- Mówią tu na nią Michalda. Wie pan dlaczego?

Znowu zaprzeczył, w myślach widział siebie, gryzącego zamsz jej kozaczków. Dziewczyna ściszyła głos:

- Mówią... - kiwnęła głową kilka razy, jakby sama chciała upewnić się, czy to, co ma zamiar powiedzieć, jest prawdą - że ona stwarza. - Zacisnęła usta, uniosła brwi i znowu pokiwała głową.

August musiał otrząsnąć się z dzikich myśli.

- Stwarza - powtórzył machinalnie, choć bardziej miało to być pytanie.

- To jest mitomanka. Opowiada dziwne historie i nigdy pan nie wie, czy to prawda. Ale to, co opowiada, zaczyna się dziać. I trwa jeszcze chwilę po tym, jak skończy mówić. Potem puf! Znika.

Dziewczyna poprawiła włosy, nie spuszczając z niego piwnych oczu. "Jak one to robią, że mimo mrozu nie różowieje im twarz? I nie pierzchną usta? - zastanawiał się, ale jej słowa wymagały jakiejś reakcji, zapytał więc szybko:

- Jak to znika?

- Zwyczajnie. Zaczęła mi dziś na przykład opowiadać o mężczyźnie, który prawie dostał w twarz śniegiem od człowieka na dachu. Spojrzałam w bok i zobaczyłam pana, i tego z szuflą. A ona od razu do was poszła. - Znowu kiwnęła głową kilka razy. - Wymyśliła was.

"Szkoda, że wariatka - pomyślał - piękna, ale jednak. Obie wariatki. Cholera, zaraz mi nogi wrosną w chodnik od tego stania na zimnie".

- Mówiła też - kontynuowała tymczasem modelka - że umrze dziś tłusty mężczyzna, bo sopel przebije mu czaszkę, uwierzy pan? Nie, żeby pan był tłusty czy coś, proszę tego nie brać do siebie. Po prostu panu opowiadam.

"Boże, co za dzień - myślał dalej - ale ta para...! Dobrze, że moich spodni nie widać".

Mimo podniecenie i rosnącej irytacji postanowił za wszelką cenę utrzymać uprzejmy ton:

- Skoro... - odchrząknął dwukrotnie - stwarza różne rzeczy, jak to pani powiedziała, to powinienem już chyba zniknąć, prawda?

- No... - Modelka uśmiechnęła pół na pół bezradnie, pół na pół niewinnie. - Tego na dachu już nie ma.

- Nie ma? - Zaskoczony August odwrócił i rozejrzał. Rzeczywiście! Dach był pusty. - Przypadek - powiedział do dziewczyny, ale jej także już nie było. W serce i żołądek leciutko zapukał niepokój.

- Kie licho? - wymamrotał.

Zrobił krok w tył. Stopa trafiła na świeży lód, pojechała ostro w bok. Zamachał rekami i runął w bok, uderzając boleśnie głową w ścianę. Jęknął. W tej samej chwili ogromny sopel oderwał się od dachowej rynny, śmignął w powietrzu i zabił Augusta, wbijając mu się w ucho.

Koniec

Rożek

- Dwunasty Sokół Millennium?! - krzyczała z niedowierzaniem matka, stojąc w drzwiach pokoju Ambrożego. - Dziecko drogie! Synku! Odezwij się do mnie!

Bogdan, przyjaciel rodziny, o posturze pająka z kulistym odwłokiem i cienkimi nogami wciśniętymi w spodnie-rurki, wychylił się zza jej ramienia i mrugnął przyjacielsko.

- Rożek wie, że ma talent - stwierdził głośno i protekcjonalnie, szczerząc ciemne od papierosów zęby.

- Ja wiem, że ma - głos matki coraz bardziej się załamywał. - Ale zobacz, jak ten pokój wygląda. Wszędzie to draństwo stoi.

- Niech robi - Bogdan starał się uderzyć w pochwalny ton. - Zrobi, sprzedamy. Zobaczysz. To mądry chłopak. Zarobimy.

- Nie mogę już na to patrzeć. - Kobieta ostatkiem sił tłumiła płacz.

- Chodź, zamroziłem wódkę. Naleję ci lufkę. No, Marta.

Spojrzała na niego jak na rozjechanego kota. Chciała coś powiedzieć, ale łzy były niepowstrzymane. Popłynęły fontanną po policzkach, kapiąc na obcisłą bluzkę. Bogdan oblizał usta na ten widok, a ona pocieszyła się natychmiast w myślach, że to nie było oblizywanie na myśl o schłodzonej wódce.

- Niech ci będzie - szepnęła, starając się już nie szlochać.

Zamknęła drzwi pokoju Ambrożego. Bogdan objął ją w pasie i poszli wąskim, ciemnym przedpokojem do kuchni.

Tam wyjął z lodówki pół litra i nalał do dwóch kieliszków, które stały już na stole. Marta uniosła pod światło swój, jakby sprawdzając, czy nie pływa w nim mucha.

- Wczoraj filtrowana - zażartował Bogdan.

Wypili. Nalał jeszcze po jednym.

- Co ja mam zrobić, Bogi? - zaczęła, pociągając nosem.

- Nic.

- Nie mogę. To nie na moje nerwy. To już trwa trzy lata! Rok po rozwodzie się zaczęło, jak Rożek poszedł na to douczanie.

Bogdan wychylił kielicha i nalał następnego. Czknął.

- Daj co do jedzenia - stęknął, czkając po raz drugi.

- W lodówce masz.

- No, ale zrób co, kanapki może jakie albo...

- Bogi! - przerwała mu. - Zwierzam ci się, prostaku! Poczekaj, skończę, to będzie.

Powiedziała to takim tonem, że Bogdan aż się zgarbił i rozejrzał, czy nie grozi mu jeszcze jakieś niebezpieczeństwo. Niewiele myśląc, wychylił kieliszek i uderzył nim o stół dla zamanifestowania swojej męskiej natury.

Ona tymczasem wróciła do tematu: