Przystań dla jej serca - Susan Anne Mason

Kup ebooka

44.90 zł
37.04 zł (36,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kwie­cień 1941

Wol­ność. Otwarta prze­strzeń bez okrop­nych, ogra­ni­cza­ją­cych krat. Oli­via pra­gnęła tego luk­susu przez pra­wie osiem­na­ście mie­sięcy, ale te­raz, gdy w końcu zo­stała zwol­niona z wię­zie­nia, rze­czy­wi­stość była da­leka od tego, co so­bie wy­obra­żała.

Ro­bo­cza su­kienka w kratę i gra­na­towy swe­ter wi­siały na niej luźno, da­jąc nie­wiele cie­pła w zde­rze­niu z chłod­nym wio­sen­nym po­wie­trzem. Szła wzdłuż King Street, ści­ska­jąc pra­wie pu­stą to­rebkę, a z każdą ko­lejną prze­cznicą na­ra­stała w niej pa­nika.

Wol­ność, jak się oka­zało, wią­zała się z zu­peł­nie no­wymi pro­ble­mami, udo­wad­nia­jąc Oli­vii, że tak na­prawdę w ogóle nie była nie­za­leżna. Za­miast tego była bez­domna, bez gro­sza przy du­szy i bez przy­ja­ciół. Do­kąd po­winna się udać? Czy od­waży się prze­stą­pić próg domu ro­dzi­ców? Bez pie­nię­dzy na au­to­bus do­tar­cie pie­szo do ro­dzin­nego sklepu mo­gło za­jąć go­dzinę. Je­śli to zrobi i uda jej się za­stać matkę samą, czy mamma by jej po­mo­gła? Czy też po­słu­szeń­stwo wo­bec męża po­wstrzyma ją od wspar­cia je­dy­nej córki?

Oli­via zwol­niła. Nie­przy­zwy­cza­jone do dłu­gich wę­dró­wek stopy krzy­czały w pro­te­ście. Od­ci­ski na pal­cach i pię­tach pa­liły, ra­miona po­chy­lały się do przodu, jakby nie chciały dźwi­gać cię­żaru pro­ble­mów. Jed­nak nie ma­jąc wiel­kiego wy­boru, zmu­siła się, by iść da­lej.

W chwili, gdy po­czuła, że nie da już rady, wy­rósł przed nią znak z na­zwą zna­jo­mej ulicy: "Ken­sing­ton Ave­nue". Kilka prze­cznic na za­chód i do­tar­łaby do sklepu Ro­set­tich. Jej żo­łą­dek ści­snął się i za­bur­czał - kleik, który zja­dła jako swój ostatni po­si­łek w Za­kła­dzie Po­praw­czym dla Ko­biet im. An­drew Mer­cera, był już tylko wspo­mnie­niem. Ta mała nad­wyżka, jaką przy­brała w cza­sie ciąży, znik­nęła pod wpły­wem wielu go­dzin spę­dzo­nych na szy­ciu w fa­bryce, co w po­łą­cze­niu ze skrom­nymi ra­cjami żyw­no­ścio­wymi uczy­niło ją szczu­plej­szą niż przed uwię­zie­niem.

Oli­via ostroż­nie zbli­żyła się do sklepu. Prze­peł­niona sprzecz­nymi uczu­ciami, zwol­niła kroku. Jakże ma­rzyła o tej chwili każ­dego dnia w za­kła­dzie, o po­wro­cie zna­jo­mych ob­ra­zów i dźwię­ków. O mam­mie, sto­ją­cej w far­tu­chu przy la­dzie, śmie­ją­cej się z roz­mów Wło­szek wy­bie­ra­ją­cych wa­rzywa. O za­pa­chu przej­rza­łych owo­ców w przed­niej alejce, o brzęku otwie­ra­nej i za­my­ka­nej kasy. Tę­sk­niła za wszyst­kim, co zwią­zane z do­mem, a w szcze­gól­no­ści za mamą. W ro­dzi­nie peł­nej męż­czyzn ona i mamma były brat­nimi du­szami, dzie­lą­cymi się za­wsze se­kret­nym uśmie­chem lub po­ro­zu­mie­waw­czym mru­gnię­ciem.

Jedno zmar­twie­nie drę­czyło Oli­vię i przy­ćmie­wało całą ra­dość z po­wrotu do domu. Czy papa po­zwoli jej wró­cić? To pewne, że za­pła­ciła za swoje grze­chy i za­słu­żyła na po­nowne przy­ję­cie do ro­dziny, ale coś w głębi du­szy sprze­ci­wiało się pro­sze­niu o po­moc czło­wieka win­nego jej cier­pie­niom.

Myśl o prze­ba­cze­niu - to słowo tak gładko wy­cho­dziło z ust ka­pe­lana wię­zien­nego - bar­dzo jej cią­żyła, lecz je­śli po­kora miała za­pew­nić jej miej­sce, w któ­rym złoży głowę w ocze­ki­wa­niu na po­wrót Rory'ego, po­sta­no­wiła to znieść. Gdy ta okropna wojna się skoń­czy i jej na­rze­czony wróci do domu, bę­dzie mo­gła zo­sta­wić ostat­nie osiem­na­ście mie­sięcy ka­tu­szy za sobą. Ręka dziew­czyny spo­częła na pła­skim brzu­chu i po­wra­ca­jący ból w piersi się na­si­lił. Czy to w ogóle bę­dzie moż­liwe po ta­kiej stra­cie?

Na chod­niku przed skle­pem, obok skrzyń z jabł­kami i po­ma­rań­czami, po­ja­wiła się sa­motna po­stać i za­częła za­mia­tać.

Mamma!

Serce Oli­vii pod­sko­czyło na wi­dok chustki i far­tu­cha matki, po­chy­lo­nej w sku­pie­niu nad swoim za­da­niem. Oczy za­pie­kły ją od łez. Tak bar­dzo bra­ko­wało jej wspie­ra­ją­cego do­tyku mamy, gdy była wię­ziona przez tyle mie­sięcy, trak­to­wana go­rzej niż zwie­rzę w la­bo­ra­to­ryj­nej klatce. Tak bar­dzo tę­sk­niła za mi­ło­ścią, sło­wami otu­chy, do­mo­wym je­dze­niem, które le­czyło każdą cho­robę i zmar­twie­nie.

Oli­via przy­spie­szyła kroku, jej twarz roz­ja­śniła się w uśmie­chu.

- Mamma! - za­wo­łała, a emo­cje zdu­siły jej głos.

Matka unio­sła wzrok. Mio­tła wy­pa­dła jej z rąk i ko­bieta rzu­ciła się w stronę córki, by za­mknąć ją w cia­snym uści­sku.

- Och, mia pre­ziosa ra­gazza1!

Czułe szepty spły­nęły na du­szę Oli­vii jak bal­sam. Uca­ło­waw­szy po­liczki córki, matka otarła jej oczy rąb­kiem far­tu­cha.

- Je­steś zbyt szczu­pła. - Mamma cmok­nęła, ła­piąc ją za ra­miona. - Mu­sisz coś zjeść.

Jakby w od­po­wie­dzi, żo­łą­dek dziew­czyny za­bur­czał. Za­śmiała się, wi­dząc unie­sione brwi matki.

- Rze­czy­wi­ście je­stem głodna, mamma. Czy coś wam zo­stało z obiadu?

- S?. Jest tro­chę zupy i... - Matka prze­rwała, na­gle marsz­cząc brwi. - Nie mo­żemy po­zwo­lić, żeby oj­ciec cię tu zo­ba­czył. Wejdźmy od za­ple­cza.

Oli­via się wy­pro­sto­wała, choć jej wnętrz­no­ści bo­le­śnie się ścis­nęły. A więc tak jak przy­pusz­czała, papa jej nie wy­ba­czył.

Mamma zła­pała ją za rękę i jak zło­dziejki po­mknęły boczną uliczką w stronę tyl­nego wej­ścia do sklepu. Mi­nąw­szy po­jem­niki ma­ga­zy­nowe, wspięły się po wą­skich scho­dach do miesz­ka­nia. Matka szybko prze­szła do kuchni i otwo­rzyła lo­dow­nię, by wy­jąć z niej duży że­liwny gar­nek. Oli­vii po­cie­kła ślinka na myśl o prze­pysz­nym po­siłku, który mu­siał za­wie­rać. Może zupę mi­ne­strone?

Na de­sce do kro­je­nia le­żą­cej na kon­tu­arze spo­czy­wał duży bo­che­nek chleba. Oli­via się za­wa­hała, ale po­tem głód po­ko­nał wszel­kie opory i się­gnęła po nóż, by ukroić cienką kromkę. Po­sma­ro­wała ją ma­słem i wzięła duży kęs. Ni­gdy nic tak bar­dzo jej nie sma­ko­wało.

Mamma na­lała zupy do mi­ski.

- Jest już nieco chłodna, ale na­peł­nisz nią żo­łą­dek.

- Chłodna jest w po­rządku, mamma.

Oli­via od­su­nęła krze­sło od stołu. Ten sam zie­lony ob­rus wciąż był na swoim miej­scu. Prze­łknęła kilka ły­żek zupy, roz­ko­szu­jąc się wy­bu­chem sma­ków, o któ­rych ist­nie­niu za­po­mniała, po­nie­waż wię­zienny wikt był w naj­lep­szym wy­padku mdły. Ja­dła, roz­glą­da­jąc się po swoim daw­nym domu. Wy­da­wało się, że mi­nęły wieki, a jed­nak nic się tu­taj nie zmie­niło. Ta sama pod­nisz­czona sofa i fo­tel, to samo ra­dio na roz­kle­ko­ta­nym sto­liku w rogu.

U końca wą­skiego ko­ry­ta­rza rów­nież wszystko wy­glą­dało jak daw­niej. Drzwi do sy­pialni ro­dzi­ców były jak zwy­kle za­mknięte. Ani ona, ani jej bra­cia ni­gdy nie ośmie­lili się wejść tam bez po­zwo­le­nia. Drzwi do po­koju Leo były lekko uchy­lone, ale te do jej azylu także za­mknięto. Czy mamma mo­gła zo­sta­wić jej po­kój do­kład­nie w ta­kim sta­nie, w ja­kim był, za­nim zo­stała wy­gnana?

- Nie są­dzę, że po­zwoli ci wró­cić. - Ła­godny głos matki prze­peł­niał żal. Jej ciemne oczy za­chmu­rzyły się pod wpły­wem smutku, okrą­żone te­raz o wiele więk­szą ilo­ścią zmarsz­czek niż dwa lata temu. Za­nim za­częła się ta straszna wojna i za­nim Oli­via po­peł­niła naj­więk­szy błąd w swoim ży­ciu.

- Chcę wró­cić do domu, mamma. Co mam zro­bić, żeby tak się stało?

Matka po­krę­ciła głową i od­wró­ciła się, aby od­sta­wić gar­nek z zupą do lo­downi. Na scho­dach roz­le­gły się kroki.

- Ro­sina? Sei qui?2

Łyżka w dłoni Oli­vii za­drżała, roz­le­wa­jąc zupę na ob­rus. Matka po­słała córce spa­ni­ko­wane spoj­rze­nie.

- Idź do swo­jego po­koju. Po­roz­ma­wiam z nim.

Oli­via wstała i skie­ro­wała się do swo­jej sy­pialni, czu­jąc mocno przy­spie­szony puls. Jed­nak na­gle się za­trzy­mała.

Nie. Skon­fron­tuję się z oj­cem, nie będę się ukry­wać.

- Oli­vio, pro­szę... - Oczy mammy się roz­sze­rzyły, spoj­rze­nie skie­ro­wała ku scho­dom.

Se­kundę póź­niej w drzwiach po­ja­wił się papa. Uj­rzaw­szy Oli­vię, po­śli­znął się na dy­wa­niku i znie­ru­cho­miał. Z jego twa­rzy od­pły­nęły wszyst­kie ko­lory i przez mo­ment Oli­via są­dziła, że do­strze­gła w jego oczach prze­błysk ra­do­ści.

- Papa... - Zro­biła nie­pewny krok w stronę ojca.

Pod­niósł rękę, jego rysy stward­niały i skie­ro­wał wście­kłe spoj­rze­nie na żonę.

- Jak śmiesz się mi sprze­ci­wiać i spro­wa­dzać ją tu­taj - wark­nął po wło­sku. Papa mó­wił po an­giel­sku tylko wtedy, gdy było to ko­nieczne.

- En­rico, per fa­vore3... - Mamma skryła się za sto­łem.

Dla­czego Oli­via ni­gdy nie zda­wała so­bie sprawy z tego, ja­kim ty­ra­nem był jej oj­ciec? Jak zmu­szał wszyst­kich do ule­gło­ści? Obu­rze­nie do­dało dziew­czy­nie od­wagi i po­stą­piła na­przód, wy­pro­sto­wana.

- Nie wiń mammy, to nie jej wina.

Ciemne brwi ojca zbie­gły się w jedną li­nię. Skrzy­żo­wał ra­miona, przyj­mu­jąc bo­jową po­stawę.

Oli­via drżała, ze stra­chu czy z wście­kło­ści, nie miała po­ję­cia, a jed­nak się nie cof­nęła. Podłe, oskar­ży­ciel­skie słowa krą­żyły jej po gło­wie, lecz za­nim po­wie­działa coś, czego nie mo­głaby cof­nąć, po­sta­rała się po­wścią­gnąć emo­cje. Po­mimo tego, co papa jej zro­bił, po­mimo tego, jak po­trak­to­wał matkę, mu­siała my­śleć lo­gicz­nie. Po­trze­bo­wała da­chu nad głową, pra­gnęła po­now­nie być z mammą i gdzieś pod war­stwą gniewu i bólu na­dal ko­chała ojca. Mu­siała spró­bo­wać na­pra­wić roz­łam w ich re­la­cji. Wzięła głę­boki wdech i świa­do­mie przy­brała uni­żoną po­stawę.

- Papa, przy­szłam pro­sić o wy­ba­cze­nie... i o moż­li­wość po­wrotu do domu.

Mi­nęło kilka se­kund, po czym oj­ciec od­chrząk­nął i za­py­tał:

- Il bam­bino?4

Przez ciało Oli­vii prze­szedł dreszcz i ogar­nął ją smu­tek, tak do­brze jej już zna­jomy jak od­dy­cha­nie. Za­ci­snęła dło­nie w pię­ści i pod­nio­sła głowę.

- Za­brali mi go, tak jak na pewno się spo­dzie­wa­łeś. Od­dali go do ad­op­cji.

- Un ra­gaz­zino?5 - Smutny szept mammy zbu­rzył sto­icki spo­kój Oli­vii. Gar­dło dziew­czyny się za­ci­snęło, mo­gła już tylko przy­tak­nąć. Tak, mały chło­piec. Jej syn Mat­teo, któ­rego mo­gła trzy­mać je­dy­nie przez kilka pięk­nych chwil, za­nim wy­rwano go z jej ob­jęć.

Oj­ciec po­krę­cił głową. Pod wpły­wem jego chłod­nego spoj­rze­nia wzdłuż krę­go­słupa Oli­vii prze­szedł zimny dreszcz.

- Nie mamy już córki. Nie je­steś tu mile wi­dziana. - Męż­czy­zna od­wró­cił się i wy­ce­lo­wał pa­lec w żonę. - Ro­sina, je­steś po­trzebna w skle­pie. - Bez choćby spoj­rze­nia w stronę córki ru­szył w dół po scho­dach.

Po po­licz­kach mammy spły­nęły łzy.

- Tak mi przy­kro, cara6.

Wargi dziew­czyny za­drżały. Ja­kaś część niej pra­gnęła, żeby matka prze­ciw­sta­wiła się ojcu, żeby po­wie­działa, że Oli­via jest ich córką i to oczy­wi­ste, że jej wy­ba­czą. A jed­nak mamma nie chciała ry­zy­ko­wać, by gniew En­rico Ro­set­tiego skie­ro­wał się na nią.

- W ta­kim ra­zie we­zmę tylko tro­chę swo­ich ubrań. - Po­wstrzy­mu­jąc na­pły­wa­jące łzy, ru­szyła ko­ry­ta­rzem do swo­jego po­koju, po czym pchnęła skrzy­piące drzwi. Sze­roko otwo­rzyła usta. Po­kój zo­stał cał­ko­wi­cie ogo­ło­cony. Nie było w nim nic prócz łóżka i paru me­bli, co czy­niło go bar­dziej ste­ryl­nym niż cela w za­kła­dzie po­praw­czym. Wszyst­kie zdję­cia i ta­blica ze szkol­nymi na­gro­dami znik­nęły.

Dziew­czyna rzu­ciła się w stronę szafy, ale i tam wi­siały tylko pu­ste wie­szaki. Od­wró­ciła się i w drzwiach uj­rzała za­ła­mu­jącą ręce matkę.

- Mamma, gdzie moje rze­czy?

- On... on się ich po­zbył.

- Co ta­kiego?

Oli­via zdo­łała dojść do po­ry­so­wa­nej drew­nia­nej ko­mody i za­częła wy­szar­py­wać szu­fladę za szu­fladą. Każda z nich była pu­sta, wszyst­kie jej ubra­nia, pa­miątki z dzie­ciń­stwa i co naj­waż­niej­sze, po­da­runki od Rory'ego prze­pa­dły. Usi­ło­wała so­bie przy­po­mnieć, ja­kie skarby tam ukryła - to­mik po­ezji z mi­ło­snym wy­zna­niem na­rze­czo­nego, za­su­szona róża wło­żona po­mię­dzy kartki, srebrny me­da­lion, który uko­chany po­da­ro­wał jej na osiem­na­ste uro­dziny. Prze­peł­niona ża­lem, pa­dła na miękki ma­te­rac.

- Zdo­ła­łam ura­to­wać kilka rze­czy. - Mamma się­gnęła pod łóżko i wy­cią­gnęła torbę. Roz­wią­zała sznu­rek i wy­do­była kilka sztuk odzieży oraz po­obi­jane pu­dełko po cy­ga­rach, po czym po­now­nie ją za­wią­zała. - Obej­rzysz to póź­niej, mu­szę już iść - po­wie­działa, wpy­cha­jąc torbę w ręce córki.

- Mamma, czy Rory przy­sy­łał na ten ad­res ja­kieś li­sty? - Oli­via tę­sk­niła za choćby jed­nym zda­niem od na­rze­czo­nego, do­wo­dem, że cią­gle żyje i tę­skni za nią tak, jak ona za nim. Wy­star­cza­jąco trudno było nie wi­dy­wać żad­nego członka ro­dziny przez ostat­nie osiem­na­ście mie­sięcy, ale brak li­stów od uko­cha­nego był czy­stą tor­turą. Nie wie­działa na­wet, czy otrzy­my­wał jej wia­do­mo­ści, czy wie­dział, że była w ciąży i że uro­dziła mu syna. W ma­rze­niach wy­obra­żała so­bie Rory'ego po­wra­ca­ją­cego z wojny, by ją uwol­nić. Jed­nak ni­gdy nie do­stała od niego od­po­wie­dzi.

- Och, cara... - Matka od­wró­ciła wzrok.

- To rów­nież papa znisz­czył?! - krzyk­nęła. Dla­czego jej oj­ciec był taki okrutny? Od za­wsze gar­dził Ro­rym, "brud­nym Ir­land­czy­kiem", jak go na­zy­wał, i praw­do­po­dob­nie ob­wi­niał go za spro­wa­dze­nie córki na ma­nowce.

- Mi di­spiace...

- Dla­czego jest ci przy­kro? Nie ty to zro­bi­łaś. - Oli­via prze­łknęła na­pły­wa­jącą go­rycz. Po­czuła za­wroty głowy pod wpły­wem nie­spra­wie­dli­wo­ści, jaka ją spo­tkała. Je­żeli Bóg ist­niał, to z pew­no­ścią wła­śnie wy­mie­rzał jej karę. - Mu­szę po­cze­kać, aż Rory wróci do domu, a wtedy papa nie bę­dzie mógł nas roz­dzie­lić.

Mamma po­krę­ciła głową, w jej oczach za­lśniły łzy.

- Och, Oli­vio... On już nie wróci do domu.

Serce dziew­czyny głu­cho tłu­kło się w piersi.

- Oczy­wi­ście, że wróci! Jak tylko skoń­czy się ta nie­do­rzeczna wojna.

Może na­wet wcze­śniej. Mo­dliła się, żeby zo­stał ranny, tylko tro­chę, ale na tyle, by ode­słano go do domu na re­kon­wa­le­scen­cję. Czy to było sa­mo­lubne z jej strony? Za­ci­snęła palce na spi­na­ją­cym torbę sznurku.

- Nie, cara mia... Rory... - Matka się za­wa­hała. - Rory ? morto.

Oli­via po­de­rwała głowę do góry tak gwał­tow­nie, że ugry­zła się w ję­zyk.

- Nie żyje? Nie, to nie­moż­liwe!

Twarz matki spo­wi­jał smu­tek.

- S?, cara. Eileen przy­szła, by nam o tym po­wie­dzieć. Do­stali te­le­gram trzy mie­siące temu.

- Przy­szła tu­taj? - W pu­stym po­koju roz­brzmiało echo słów Oli­vii. Skoro sio­stra Rory'ego od­wie­dziła sklep, to mu­siała być prawda. Za­częły drżeć jej ręce, a serce do­tkli­wie się kur­czyć, w miarę jak ból się roz­prze­strze­niał i do­cie­rały do niej te straszne słowa. Mamma nie miała po­wodu, by kła­mać. A jed­nak... jak to moż­liwe, że ona sama tego nie wy­czuła? Je­żeli byli brat­nimi du­szami, po­winna po­czuć jego nie­obec­ność w sercu.

Dy­stans, jaki od­dzie­lił ją od Rory'ego, od­kąd wy­je­chał na wojnę, te­raz prze­mie­nił się w nie­zmie­rzoną prze­paść. Nie­na­ro­dzone dziecko było je­dy­nym, co ich na­ma­cal­nie łą­czyło, ale od kiedy ode­brano jej Mat­teo, wszel­kie na­dzieje się roz­wiały.

Gdy tylko Rory przy­je­dzie do domu, znów bę­dziemy ra­zem - po­wta­rzała w my­ślach. Wszystko wróci do nor­mal­no­ści i po­ra­dzimy so­bie z tą stratą.

Ale to już ni­gdy się nie wy­da­rzy.

Z gar­dła dziew­czyny wy­do­był się jęk i pa­dła na ko­lana.

- Nie, nie, on nie mógł umrzeć, mu­sieli się po­my­lić, Rory do mnie wróci!

Matka po­ło­żyła dłoń na ple­cach córki.

- Mi di­spiace... - po­wtó­rzyła. - Niech Bóg się zmi­łuje nad wami oboj­giem.

Ruth Ben­ning­ton stała na chod­niku przed ko­ścio­łem Świę­tego Olafa, za­pa­trzona w piękno wzno­szą­cego się przed nią bu­dynku. Za­chę­ca­jące świa­tła z wnę­trza prze­bi­jały się przez atra­men­towy zmierzch i jak za­wsze zda­wały się się­gać w jej kie­runku, by wciąg­nąć ją do środka. Ze znu­żo­nym wes­tchnie­niem star­sza ko­bieta wspięła się po scho­dach pro­wa­dzą­cych do głów­nych drzwi, po czym chwy­ciła me­ta­lową klamkę. W przed­sionku przy­wi­tał ją uspo­ka­ja­jący za­pach wo­sku.

No cóż, Boże, czy dzi­siej­szy wie­czór bę­dzie inny niż wszyst­kie? Może uznasz za sto­sowne, by w końcu speł­nić moją prośbę?

Ruth ru­szyła da­lej w głąb świą­tyni, aż do­szła do swo­jej ławki. Prze­że­gnała się i usia­dła, znaj­du­jąc upodo­ba­nie w do­tyku nie­wzru­szo­nego drewna. Na oł­ta­rzu przed nią mi­go­tały dwa małe pło­myki. Na­wet w za­ciem­nio­nym po­miesz­cze­niu mo­gła do­strzec ozdo­bione wi­tra­żami okna i ob­razy świę­tych wi­szące na ja­snych ścia­nach.

Od jak dawna przy­cho­dziła tu, by się mo­dlić? Od czter­dzie­stu, a może ra­czej pięć­dzie­się­ciu lat. Od kiedy ona i Henry prze­pro­wa­dzili się do To­ronto jako no­wo­żeńcy. De­li­katny uśmiech wy­pły­nął na jej usta. Byli wtedy tacy mło­dzi i na­iwni, nie przy­pusz­czali, do­kąd ży­cie ich za­pro­wa­dzi i kiedy ich drogi się ro­zejdą.

Mi­mo­wol­nie jej wzrok po­wę­dro­wał na ta­blicę pod oknem znaj­du­ją­cym się naj­bli­żej niej.

KU PA­MIĘCI HENRY'EGO WARDA BEN­NING­TONA,

KTÓRY OD­SZEDŁ OD NAS ZBYT WCZE­ŚNIE.

KO­CHA­JĄCA ŻONA, RUTH.

Sa­motna łza spły­nęła po jej po­liczku.

To już czas, Pa­nie. Nie że­bym śmiała Ci dyk­to­wać, co masz ro­bić, ale je­stem sa­motna od lat. Je­stem zmę­czona i chcę znowu zo­ba­czyć mo­jego Henry'ego.

Pal­cem w rę­ka­wiczce otarła wil­goć z twa­rzy i roz­po­częła swój ry­tuał mo­dli­tewny. Je­żeli miała szczę­ście i dzi­siej­sza noc bę­dzie tą wy­braną przez Boga, to chciała się upew­nić, że bę­dzie go­towa.

Dwie go­dziny póź­niej roz­cza­ro­wana jak za­wsze Ruth pod­nios­ła się z sie­dze­nia. Bóg i tym ra­zem nie po­zwo­lił, by ży­cie uszło z niej, gdy się mo­dliła. Gdyby tylko mo­gła ze­brać się na od­wagę, zro­bi­łaby to sama, ale ob­razy ognia pie­kiel­nego i po­tę­pie­nia trzy­mały ją mocno na tym świe­cie.

- Bądź wola Twoja - wy­szep­tała, tak samo jak każ­dego in­nego wie­czoru, wy­cho­dząc z ko­ścioła.

Przy­gnę­bie­nie per­spek­tywą sa­mot­nego po­wrotu do domu prze­ni­kało ją do ko­ści. Gdy Henry od­szedł, za­miesz­kał z nią jej wnuk, Tho­mas, więc ich re­zy­den­cja nie wy­da­wała się taka pu­sta, lecz kiedy dwa lata temu po awan­tu­rze wy­pro­wa­dził się z domu, za­częła spę­dzać dni na mo­dli­twie o wła­sną śmierć. Mo­dli­twie, która upar­cie po­zo­sta­wała bez od­po­wie­dzi.

Ruth prze­szła wzdłuż ła­wek, do tego stop­nia zmę­czona, że z tru­dem pod­no­siła nogi, i gdyby nie za­trzy­mała się na krótką chwilę przy ostat­nim rzę­dzie, praw­do­po­dob­nie nie usły­sza­łaby ci­chut­kiego jęku. Za­marła, wy­tę­ża­jąc słuch. Czy to moż­liwe, że tylko so­bie wy­obra­ziła ten dźwięk?

Se­kundę póź­niej jej uwagę przy­kuł lekki ruch. Ob­ró­ciła się, spo­glą­da­jąc na sku­loną po­stać w ławce. Dłu­gie ciemne włosy opa­dały na twarz ko­biety, za­sła­nia­jąc jej rysy. Nie­zna­joma za­drżała i po­now­nie jęk­nęła.

Czy ta dziew­czyna była chora?

Ruth ro­zej­rzała się po opu­sto­sza­łej bu­dowli i prze­szył ją dreszcz nie­po­koju. Może ta ko­bieta nie była przy zdro­wych zmy­słach lub coś jej do­le­gało, a może, tak jak i ona, przy­szła tu, by mo­dlić się o swoją śmierć. Star­sza pani ze­brała się na od­wagę i po­de­szła bli­żej.

- Prze­pra­szam. Czy po­trze­buje pani po­mocy?

Dziew­czyna się po­ru­szyła. Pró­bo­wała usiąść, od­gar­nia­jąc włosy z twa­rzy.

- S?, per fa­vore.

Wy­da­wała się bar­dzo młoda. Miała szkli­ste oczy, a po­liczki za­czer­wie­nione jak w go­rączce. Ruth cof­nęła się o krok.

- Je­steś chora? Czy mam ko­goś we­zwać?

Dziew­czyna po­now­nie oparła się o ławkę, zwie­sza­jąc głowę.

- Nie mam ni­kogo.

Ni­kogo? Jak to moż­liwe? Taka uro­cza młoda osoba... praw­do­po­dob­nie uro­cza, gdyby się umyła.

- Gdzie miesz­kasz, ko­cha­nie?

- Nie mam domu. - Dziew­czyna po­krę­ciła głową.

Ruth się wy­pro­sto­wała. Może i pro­wa­dziła spo­kojne, upo­rząd­ko­wane ży­cie, ale umiała po­znać, że ktoś miał kło­poty, a ży­cie tej dziew­czyny wi­siało na wło­sku.

- Po­cze­kaj tu­taj, za­raz wrócę - po­wie­działa. Z nową ener­gią po­spiesz­nie wy­szła z ko­ścioła. Dzi­siej­szego wie­czoru pa­stor bę­dzie mu­siał opu­ścić swoje cie­płe po­sła­nie i od­wieźć je obie do re­zy­den­cji Ruth.

Oli­via bu­dziła się po­woli, prze­ko­nana, że na­dal śni. Ni­gdy wcze­śniej nie miała tak mięk­kiego ma­te­raca, który w do­datku pach­niał bzem i la­wendą. Może umarła i tra­fiła do nieba, a je­śli tak było, to nie chciała otwie­rać oczu. Mo­głaby po pro­stu od­pły­nąć do wiecz­no­ści na tej przy­tul­nej chmurce.

Ktoś ujął moc­niej jej nad­gar­stek. Trwało to chwilę, a po­tem palce prze­nio­sły się na czoło. Mamma. Spraw­dzała tem­pe­ra­turę jak wtedy, gdy Oli­via była mała. Dziew­czyna zmu­siła cięż­kie po­wieki do unie­sie­nia. Tylko dla mammy by­łaby w sta­nie zre­zy­gno­wać z nieba. Za­mru­gała, pró­bu­jąc się sku­pić na po­staci sto­ją­cej przed nią.

- Co z nią, dok­to­rze? - za­py­tała obca ko­bieta.

Nie mamma.

- Go­rączka spada. Wy­gląda na to, że le­kar­stwo za­czyna dzia­łać.

Ka­mi­zelka ze srebr­nymi gu­zi­kami była je­dy­nym punk­tem, na któ­rym Oli­via zdo­łała sku­pić uwagę. Przy­mru­żyła oczy i po chwili uka­zała się jej twarz męż­czy­zny.

- Dzień do­bry, młoda damo. Miło wi­dzieć, że się pani obu­dziła.

- Gdzie ja je­stem?

Z pew­no­ścią nie w celi wię­zien­nej, nie u ro­dzi­ców i nie w ko­ściele, gdzie, jak pa­mię­tała, była ostat­nio.

- W moim domu - ode­zwał się ko­biecy głos. - Na­zy­wam się Ruth Ben­ning­ton, a to jest mój le­karz, dok­tor Hen­shaw.

Wzrok Oli­vii prze­su­nął się z za­ska­ku­jąco mło­dego męż­czy­zny na wy­soką, smu­kłą ko­bietę sto­jącą za nim. Jej siwe włosy były upięte, a oczy błysz­czały in­te­li­gen­cją. Ota­czała ją aura au­to­ry­tetu - na tyle silna, że Oli­via za­drżała pod koł­drą. Spo­ty­kała już ta­kie pa­nie w za­kła­dzie po­praw­czym i na­uczyła się nie wcho­dzić im w drogę, bo gdy ktoś taki raz cię za­uwa­żył, ozna­czało to wy­łącz­nie ból i cier­pie­nie.

- Wszystko w po­rządku, ko­cha­nie - po­wie­działa nie­zna­joma. - Pra­wie ma­ja­czy­łaś, kiedy zna­la­złam cię w ko­ściele Świę­tego Olafa. Czci­godny Di­xon i ja przy­wieź­li­śmy cię tu­taj, a póź­niej we­zwa­łam le­ka­rza.

Na twa­rzy męż­czy­zny po­ja­wił się uśmiech.

- Jest pani tu­taj od dwóch dni i są­dzę, że naj­gor­sze już za nami. - Dok­tor się­gnął po za­wie­szony na szyi ste­to­skop. - Je­śli pani po­zwoli, chciał­bym jesz­cze raz pa­nią osłu­chać.

Oli­via wstrzy­mała od­dech, po­płoch prze­szył ją na wskroś.

- Za­pew­nię ci tro­chę pry­wat­no­ści. - Pani Ben­ning­ton od­wró­ciła się z za­mia­rem wyj­ścia z po­koju.

- Nie! - Oli­via zła­pała za koł­drę i pod­cią­gnęła ją wy­żej. Przy­po­mniał jej się ga­bi­net le­kar­ski w za­kła­dzie po­praw­czym. Kiedy drzwi się za­my­kały i zo­sta­wała sama, działy się tam nie­wy­po­wie­dziane rze­czy.

Star­sza ko­bieta ob­ró­ciła się z po­wro­tem, uno­sząc brwi.

- Za­pew­niam, że je­steś w do­brych rę­kach.

- I pro­szę mi wie­rzyć, pani Ben­ning­ton nie mówi tak o wszyst­kich. - Dok­tor mru­gnął do Oli­vii.

- Pro­szę zo­stać. - Dziew­czyna wy­po­wie­działa te słowa tak ci­cho, że wąt­piła, czy pani Ben­ning­ton je usły­szała. Jed­nak star­sza ko­bieta ski­nęła głową.

- W po­rządku, usiądę w rogu po­koju.

Oli­via nieco roz­luź­niła uchwyt na koł­drze, ale na­dal wy­zy­wa­jąco pa­trzyła na le­ka­rza. Oce­niła, że miał mniej niż trzy­dzie­ści lat i był cał­kiem przy­stojny, miał sta­ran­nie przy­cięte brą­zowe włosy i sym­pa­tyczne spoj­rze­nie.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się do niej nie­znacz­nie, po czym wsłu­chał się w od­głos bi­cia jej serca, obej­rzał jej oczy, uszy i gar­dło, aż w końcu usiadł z za­do­wo­loną miną.

- Z tego, co wi­dzę, in­fek­cja pra­wie mi­nęła. Na ra­zie pro­szę dużo pić i brać le­kar­stwa, które zo­sta­wi­łem pani Ben­ning­ton. - Pod­niósł się i się­gnął po swoją torbę. - Wrócę ju­tro, żeby zo­ba­czyć, jak pani so­bie ra­dzi. Prze­wi­duję ogromną po­prawę w ciągu naj­bliż­szych dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin.

Oli­via po­czuła, że pęka jej warga, gdy spró­bo­wała się uśmiech­nąć. Być może źle oce­niła tego czło­wieka.

- Dzię­kuję - po­wie­działa.

- Nie ma za co. Mi­łego dnia, dro­gie pa­nie.

Pani Ben­ning­ton pod­nio­sła się z krze­sła.

- Jesz­cze raz dzię­kuję, dok­to­rze. Do­ce­niam pań­ską skru­pu­lat­ność.

- Sam tra­fię do wyj­ścia. - Męż­czy­zna wy­ko­nał lekki ukłon i wy­szedł z po­koju.

Oli­via po­woli ode­tchnęła, ale za­miast sta­wić czoła cie­kaw­skiemu spoj­rze­niu ko­biety, przyj­rzała się swo­jemu oto­cze­niu. Po­kój był ogromny, więk­szy niż kuch­nia i sa­lon jej ro­dzi­ców ra­zem wzięte. Ściany po­kry­wała czer­wona flo­ko­wana ta­peta, a nad to­a­letką z ciem­nego drewna za­wie­szono ozdobne lu­stro. Po pra­wej stro­nie po­miesz­cze­nia znaj­do­wał się duży ko­mi­nek, w któ­rym pło­nął ogień. U su­fitu mie­nił się ży­ran­dol z ma­łymi krysz­tał­kami, od­bi­ja­jąc blask żaru.

- Mam na­dzieję, że bę­dzie ci tu wy­god­nie - po­wie­działa pani Ben­ning­ton. - Je­śli bę­dziesz cze­goś po­trze­bo­wała, moja sy­pial­nia jest na końcu ko­ry­ta­rza.

Oli­via ski­nęła głową, na­dal nie poj­mu­jąc, ja­kim cu­dem ta nie­zna­joma ko­bieta przy­pro­wa­dziła ją do swo­jego domu.

- Czy mo­żesz mi po­wie­dzieć, jak się na­zy­wasz? - Ja­sno­nie­bie­skie oczy pani Ben­ning­ton wy­cze­ku­jąco wpa­try­wały się w młodą ko­bietę.

- Oli­via Ro­setti - od­parła.

- Oli­via. Ładne imię dla ład­nej dziew­czyny. - Pani Ben­ning­ton uśmiech­nęła się ła­god­nie. - Czy je­steś głodna lub spra­gniona, ko­cha­nie?

Oli­via do tego stop­nia przy­zwy­cza­iła się do uczu­cia pustki w żołądku, że jej pierw­szą my­ślą była od­mowa, ale za­schnięte gar­dło i spękane usta bła­gały o wodę.

- Spra­gniona.

Rysy star­szej ko­biety się wy­gła­dziły.

- Przy­niosę her­batę i wodę, i może tro­chę ro­sołu z kur­czaka, je­śli ku­charka bę­dzie miała świeży. A ty od­po­czy­waj i ni­czym się nie przej­muj. - Przy drzwiach ko­bieta się za­trzy­mała i spoj­rzała przez ra­mię. - Nie wiem, ja­kie oko­licz­no­ści przy­wio­dły cię do ko­ścioła, ale mo­żesz tu zo­stać tak długo, jak po­trze­bu­jesz. O nic nie py­tam.

Oli­via za­ci­snęła usta. Pod jej po­wie­kami w jed­nej chwili po­ja­wiły się łzy, więc mocno za­mru­gała. Pró­bo­wała wy­do­być głos z gar­dła, ale żadne słowa nie chciały po­pły­nąć, więc po pro­stu ski­nęła głową, ma­jąc na­dzieję, że ko­bieta zro­zu­mie, jak bar­dzo jest wdzięczna.

Wy­raź­nie za­do­wo­lona, pani Ben­ning­ton wy­szła z po­koju.

Dok­tor Hen­shaw przy­szedł na­stęp­nego dnia, by spraw­dzić stan zdro­wia Oli­vii. Zgod­nie z jego prze­wi­dy­wa­niami na­stą­piła znaczna po­prawa. Dziew­czyna mo­gła już usiąść na łóżku, zja­dła kilka to­stów i po­piła je her­batą.

Tym ra­zem Oli­via po­zwo­liła le­ka­rzowi na prze­pro­wa­dze­nie ba­da­nia bez obec­no­ści pani Ben­ning­ton. Ła­god­ność i opie­kuń­cza po­stawa męż­czy­zny wzbu­dziły jej za­ufa­nie. Przyj­rzała mu się uważ­niej, kiedy otwie­rał torbę, by wy­jąć swoje na­rzę­dzia. Miał włosy ko­loru kasz­ta­nów sprze­da­wa­nych w skle­pie ojca i usta ukła­da­jące się w na­tu­ralny uśmiech. Z jego orze­cho­wych oczu biło cie­pło, w prze­ci­wień­stwie do zim­nego, pu­stego spoj­rze­nia le­karki z za­kładu.

Dok­tor Hen­shaw zmie­rzył jej tem­pe­ra­turę, osłu­chał serce i płuca, po czym za­wie­sił ste­to­skop na szyi i przy­su­nął krze­sło bli­żej łóżka. Kiedy usiadł, przy­kuł do niej po­ważne spoj­rze­nie, a serce Oli­vii za­częło bić moc­niej.

- Panno Ro­setti, je­śli się pani zgo­dzi, chciał­bym z pa­nią szcze­rze po­roz­ma­wiać. - W gło­sie męż­czy­zny dała się sły­szeć tro­ska.

Oli­via za­ci­snęła palce na kocu. Czy od­krył u niej coś złego? A co, je­śli plotki w za­kła­dzie były praw­dziwe i te­sty, które na niej prze­pro­wa­dzano, nie były nimi tak na­prawdę i za­ka­żono ją ja­kąś cho­robą? Spoj­rzała na le­ka­rza, pró­bu­jąc oce­nić jego za­miary, ale uro­dziwe rysy ni­czego nie zdra­dzały. Ogar­nął ją nie­po­kój.

- Czy in­fek­cja wró­ciła?

- Wy­daje mi się, że na ra­zie jest pod kon­trolą - po­wie­dział ostroż­nie dok­tor Hen­shaw. - Ale nie by­łem w sta­nie okre­ślić jej źró­dła... - Prze­rwał na chwilę. - Czy w pani oto­cze­niu mógł się zna­leźć ktoś chory? Czło­nek ro­dziny lub współ­pra­cow­nik?

Szyję Oli­vii ob­lał żar. Za­nim zdo­łała się obro­nić, w jej gło­wie po­ja­wiły się ob­razy kilku to­wa­rzy­szek z za­kładu. Upo­rczywy ka­szel, z któ­rym zma­gało się wiele ko­biet. Plotki o in­nych, znacz­nie bar­dziej od­ra­ża­ją­cych cho­ro­bach, na które za­pa­dły nie­które więź­niarki. Czy mo­gła za­ra­zić się od nich czymś, co za­gra­żało jej ży­ciu?

- Panno Ro­setti?

Przy­gry­zła wargę. Mu­siał po­znać jej prze­szłość, żeby jej po­móc.

- Nie­dawno zo­sta­łam zwol­niona z Za­kładu Po­praw­czego dla Ko­biet imie­nia An­drew Mer­cera. To... nie było zbyt hi­gie­niczne miej­sce.

Dok­tor sze­roko otwo­rzył oczy, ale wy­raz jego twa­rzy po­zo­stał nie­zmie­niony.

- Ro­zu­miem. Czy mogę za­py­tać, jak długo tam pani prze­by­wała?

- Pra­wie osiem­na­ście mie­sięcy. Wy­szłam wcze­śniej za do­bre spra­wo­wa­nie.

Ja­każ to była iro­nia, skoro uznano ją za osobę nie­mo­ralną.

- Czy za­cho­ro­wała tam pani tylko raz?

Gdyby tylko mo­gła wczoł­gać się pod łóżko i ukryć. Zi­gno­ro­wać py­ta­nia, które pro­wa­dziły tylko do ko­lej­nych, na które nie miała ochoty od­po­wia­dać. Za­prze­czyła ru­chem głowy.

- Roz­wi­nęła się u mnie in­fek­cja po...

- Po...? - za­py­tał de­li­kat­nie.

Pod­nio­sła pod­bró­dek i rzu­ciła mu wy­zy­wa­jące spoj­rze­nie. Go­rycz wy­peł­niła jej usta. Niech ją osą­dzi, je­śli się od­waży.

- Po uro­dze­niu mo­jego syna. Nie po­zwo­lili mi kar­mić i za­brali go ode mnie.

- Uro­dziła pani w wię­zie­niu?

- W szpi­talu. Zo­sta­łam tam przez kilka dni, za­nim prze­nie­śli mnie z po­wro­tem do za­kładu po­praw­czego. Bez mo­jego syna.

Za­częła się trząść, przy­po­mniaw­szy so­bie żal, który osła­bił ją na całe ty­go­dnie, i fan­to­mowy ból po stra­cie dziecka, któ­rego nie było już w jej ło­nie.

- To godne po­ża­ło­wa­nia, panno Ro­setti. Bar­dzo mi przy­kro, że mu­siała pani przez to prze­cho­dzić.

Oli­via nie była w sta­nie od­po­wie­dzieć. Współ­czu­cie le­ka­rza stało się na­gle zbyt trudne do znie­sie­nia. Nikt poza mammą nie oka­zał jej choćby krztyny em­pa­tii.

Mil­czeli przez kilka se­kund, aż w końcu dok­tor od­kaszl­nął.

- A czy poza tym była pani zdrowa? Żad­nych dal­szych kom­pli­ka­cji po ciąży?

- Nie.

Le­karz po­ło­żył dło­nie na ko­la­nach.

- Nie wiem do końca, jak za­cząć, ale czuję, że mu­szę o coś za­py­tać.

Żo­łą­dek Oli­vii za­ci­snął się, jakby w ocze­ki­wa­niu na cios. Za­marła, pra­wie nie od­dy­cha­jąc.

- Czy ktoś w za­kła­dzie... znę­cał się nad pa­nią?

Całe po­wie­trze uszło z płuc Oli­vii. Czy ktoś się znę­cał? Gdyby le­karz znał choć po­łowę prawdy... Aż się pro­siła, by ją wy­krzy­czeć, ale dziew­czyna nie miała po­ję­cia, jak sfor­mu­ło­wać zda­nia.

- Inne więź­niarki? Pra­cow­nicy?

Po­krę­ciła głową. Nie po to, by za­prze­czyć, ale aby dać mu do zro­zu­mie­nia, że nie może mó­wić o okru­cień­stwach, które miały tam miej­sce. Nie mo­gła wy­ja­wić tego ni­komu.

- Wiem, że to de­li­katny te­mat - kon­ty­nu­ował dok­tor Hen­shaw. - Jed­nak wy­ka­zał­bym się nie­dba­ło­ścią, igno­ru­jąc znaki ostrze­gaw­cze.

Ja­kie znaki? Co za­uwa­żył? Oli­via ob­jęła się ra­mio­nami, ku­ląc się w po­sta­wie obron­nej.

Dok­tor Hen­shaw zdjął ste­to­skop z szyi, po czym umie­ścił go w swo­jej tor­bie.

- Gdy była pani nie­przy­tomna, prze­pro­wa­dzi­łem ba­da­nie, aby spró­bo­wać usta­lić przy­czynę pani stanu.

Cie­pło roz­pa­liło po­liczki Oli­vii, wi­zje wię­zien­nej izby cho­rych za­ciem­niły jej umysł. Okropny me­ta­lowy fo­tel gi­ne­ko­lo­giczny. Taca pełna od­ra­ża­ją­cych na­rzę­dzi. Bez­duszne oczy le­karki. Wargi jej drżały, a ręce za­ci­snęła w pię­ści, ale żadne słowa nie chciały się wy­do­być z jej ust.

- Ist­nieją pewne prze­słanki, są­dząc po licz­nych śla­dach na­kłuć i czymś, co wy­gląda na na­cię­cia w oko­li­cach pani... miejsc in­tym­nych... - po­wie­dział ła­god­nie dok­tor Hen­shaw - że mo­gła się pani stać ofiarą nie­stan­dar­do­wych za­bie­gów chi­rur­gicz­nych. - Po­chy­lił się, marsz­cząc czoło. - Panno Ro­setti, czy ktoś pa­nią mo­le­sto­wał?

Szloch wy­rwał się z obo­la­łego gar­dła Oli­vii, uwal­nia­jąc go­rącą po­wódź łez. Na po­wrót ści­snęła po­duszkę i za­mknęła oczy, gdyż każde upo­ko­rze­nie, ja­kiego do­znała, po­wra­cało z ogromną pręd­ko­ścią. Unie­ru­cha­mia­jące ją skó­rzane pasy, prze­ra­ża­jące za­strzyki, cię­cie skal­pe­lem bez znie­czu­le­nia, a po­tem za­biegi sub­stan­cjami che­micz­nymi i po­wroty do celi, by cier­pieć w sa­mot­no­ści i mo­dlić się o śmierć. Ko­ły­sała się na łóżku w przód i w tył. Jak wła­dze mo­gły po­zwa­lać le­ka­rzowi wię­zien­nemu na tak nik­czemne czyny? A na­wet wię­cej: le­karce - która po­winna mieć choćby krztynę współ­czu­cia dla in­nych ko­biet. Dla­czego nikt z prze­ło­żo­nych nie pró­bo­wał jej po­wstrzy­mać?

- Wszystko w po­rządku, ko­cha­nie. - Ko­jący ko­biecy głos w końcu prze­bił się przez udrękę Oli­vii. - Je­steś bez­pieczna. Nikt nie za­mie­rza cię skrzyw­dzić.

Gdy bu­rza łez mi­nęła, Oli­via wresz­cie otwo­rzyła oczy. Pani Ben­ning­ton sie­działa obok niej na łóżku, a dok­tor Hen­shaw krę­cił się przy ko­mo­dzie. Nie­po­kój na jego twa­rzy spra­wił, że przez chwilę po­my­ślała, że może mimo wszystko nie miał szansy prze­ka­zać jej wszyst­kich złych wie­ści.

- Czy ja umie­ram? - wy­krztu­siła.

Le­karz pod­szedł do niej z po­nurą miną.

- Nie, panno Ro­setti, nie umiera pani. Mogę pa­nią o tym za­pew­nić.

Pani Ben­ning­ton po­dała Oli­vii chu­s­teczkę, po­sy­ła­jąc dok­to­rowi su­rowe spoj­rze­nie.

- Są­dzę, że na­sza pa­cjentka po­winna te­raz od­po­cząć, dok­to­rze. Czy mógłby pan przyjść znów ju­tro, kiedy po­czuje się sil­niej­sza?

- Oczy­wi­ście, pani Ben­ning­ton. - Dok­tor Hen­shaw się­gnął po swoją torbę, a po­tem zwró­cił się do Oli­vii: - Panno Ro­setti, prze­szła pani przez męki. Kto­kol­wiek to zro­bił, po­wi­nien zo­stać wy­chło­stany i uwię­ziony. - W szczęce męż­czy­zny za­czął drgać mię­sień, ale dok­tor zdo­łał po­wścią­gnąć emo­cje. - Je­żeli kie­dy­kol­wiek ze­chce pani o tym po­roz­ma­wiać albo bę­dzie pani miała py­ta­nia, pro­szę wie­dzieć, że po­zo­staję do dys­po­zy­cji.

Da­rius Reed sie­dział na brzegu łóżka, za­pa­da­jąc się w miękki ma­te­rac. Przed sobą trzy­mał ilu­stro­waną książkę.

- Myszko, czy by­łaś dzi­siaj grzeczną dziew­czynką dla swo­jej babci?

Brą­zowe spoj­rze­nie pa­dło na jego twarz. Tak bar­dzo po­dobne do oczu jej matki...

- Tak, ta­tu­siu. Za­wsze je­stem grzeczna.

- Wo­bec tego za­słu­ży­łaś na opo­wieść na do­bra­noc.

- Za­słu­ży­łam na dwie... nie! Na trzy bajki. - Dziew­czynka pod­nio­sła trzy palce. - By­łam dziś wy­jąt­kowo grzeczna.

- Ro­zu­miem. - Wargi Da­riusa drgnęły w od­po­wie­dzi na ne­go­cja­cyjne tak­tyki córki. Może gdy do­ro­śnie, zo­sta­nie biz­ne­swo­man i pój­dzie w jego ślady? - Po czym po­zna­łaś, że je­steś wy­jąt­kowo grzeczna?

Uśmiech­nęła się, przy­tu­la­jąc do piersi sfa­ty­go­wa­nego mi­sia.

- Po­ma­ga­łam pap­poú w ogro­dzie.

Da­rius się skrzy­wił. Oj­ciec na­le­gał, by So­fia na­zy­wała go grec­kim okre­śle­niem - nie: "dzia­dzio" ani "dzia­dek" lub "dzia­dziuś" - jak wo­lałby Da­rius - i upar­cie od­rzu­cał prośby, by za­cho­wy­wać się jak Ka­na­dyj­czycy.

- Je­stem pe­wien, że do­ce­nił twoją po­moc. - Da­rius pod­ło­żył so­bie po­duszkę pod plecy i prze­kart­ko­wał książkę. - Go­towa?

So­fia ski­nęła i wsa­dziła kciuk do ust, kła­dąc główkę na jego ra­mie­niu. Po­czuł cie­pło w sercu. To była naj­wspa­nial­sza część dnia. Po­wroty do domu, do swo­jej roz­czo­chra­nej có­reczki, przyj­mo­wa­nie du­szą­cych uści­sków, upa­ja­nie się słod­kim za­pa­chem po­zo­sta­łym po jej nie­daw­nej ką­pieli z bą­bel­kami, wi­dok oczu roz­świe­tlo­nych uśmie­chem prze­zna­czo­nym tylko dla niego - dzięki tym rze­czom każda chwila pełna potu i stresu warta była za­chodu. Dłu­gie go­dziny spę­dzone w biu­rze to po­świę­ce­nie, które był go­tów po­nieść, aby dać So­fii ży­cie naj­lep­sze z moż­li­wych.

Co prawda jego du­mie urą­gał fakt, że po śmierci żony mu­siał znów za­miesz­kać z ro­dzi­cami, ale w na­stęp­stwie ta­kiej tra­ge­dii za­czął po­le­gać na ich mi­ło­ści i wspar­ciu, aby zła­go­dzić cier­pie­nia swoje i córki. Byli je­dyną ro­dziną, jaka po­zo­stała So­fii, je­dy­nymi oso­bami, któ­rym mógł po­wie­rzyć opiekę nad nią. Jed­nak przy­ję­cie ich po­mocy miało mi­nusy, jak na jego gust córka przy­swa­jała zbyt wiele grec­kich słów i zwy­cza­jów. Pew­nego dnia, gdy pój­dzie do szkoły i będą mieli wła­sne miesz­ka­nie, po­stara się wy­ple­nić grec­kie tra­dy­cje tak zręcz­nie, jak jego oj­ciec pie­lił ogród. Za­ci­snął szczęki. Jego córka bę­dzie Ka­na­dyjką, bo to było jej przy­ro­dzo­nym pra­wem, i żadne kul­tu­rowe uprze­dze­nia nie skażą jej tak, jak ska­ziły jego.

- Dla­czego nie wró­ci­łeś do domu na obiad, ta­tu­siu? - So­fia prze­su­nęła się i spoj­rzała na ojca. - Yiayiá cza­sami pła­cze. My­ślę, że ona też za tobą tę­skni.

Da­rius za­ci­snął usta. Ja­kim cu­dem czte­ro­latka zro­biła z wy­wo­ły­wa­nia po­czu­cia winy formę sztuki?

- Bab­cia pła­cze z po­wodu wielu rze­czy, rów­nież ta­kich jak przy­pa­le­nie gu­la­szu.

To wy­wo­łało chi­chot.

- Zga­dza się. A wczo­raj upu­ściła ku­bek i pła­kała, kiedy sprzą­tała. Po­wie­dzia­łam jej, że duże dziew­czynki nie pła­czą, ale to się jej nie spodo­bało.

- Pew­nie uznała to za nie­grzeczne. Mu­sisz sza­no­wać star­szych, pa­mię­tasz?

So­fia sze­roko otwo­rzyła oczy.

- Wiem, ale cza­sami ta­kie słowa po pro­stu wy­ska­kują z mo­ich ust.

Da­rius przy­gryzł wnę­trze po­liczka, żeby się nie ro­ze­śmiać. Jego mała dziew­czynka miała ra­cję, to, co cza­sem mó­wiła... Wes­tchnął i przy­tu­lił ją moc­niej.

- Którą hi­sto­rię prze­czy­tamy naj­pierw?

- Tę o księż­niczce.

A jakże. Prze­wró­cił nad­szarp­nięte strony, po czym za­czął czy­tać, dzię­ku­jąc Bogu za skarb w po­staci córki. Źró­dło jego ra­do­ści, które na­peł­niało sen­sem każdą chwilę, każdy od­dech.

Nie martw się, Se­lene. Na­sze dziecko bę­dzie miało wszystko, co naj­lep­sze na tym świe­cie. Ni­gdy nie bę­dzie cier­piała tak jak ty.

To­ronto, On­ta­rio, Ka­nada

Li­sto­pad 1939

Oli­via Ro­setti pod­gło­śniła ra­dio w pu­stym sa­lo­nie. Całe szczę­ście, że tego wie­czoru ro­dzice udali się na spo­tka­nie wspól­noty do ko­ścioła, spra­wia­jąc córce rzadki po­da­ru­nek w po­staci kilku go­dzin w sa­mot­no­ści. A dzięki temu, że i jej brat spę­dzał wie­czór poza do­mem, mo­gła słu­chać ra­dia tak długo, jak miała ochotę. Bez wy­słu­chi­wa­nia ko­men­ta­rzy Leo i ojca i de­ner­wo­wa­nia Leo do tego stop­nia, że wy­łą­czyłby od­bior­nik. Od­kąd nie prze­szedł eg­za­mi­nów wstęp­nych do ar­mii z po­wodu szme­rów w sercu, nie był w sta­nie słu­chać do­nie­sień o woj­nie - zwłasz­cza że ich brat, Tony, młod­szy o rok od Leo, prze­szedł z po­wo­dze­niem wszyst­kie te­sty i zo­stał wy­słany za ocean. Na­to­miast naj­młod­szy, Sa­lva­tore, bez­piecz­nie ukryty w se­mi­na­rium, praw­do­po­dob­nie na­wet nie wie­dział o tym, że świat jest po­grą­żony w kon­flik­cie.

Oli­via ob­ró­ciła po­krę­tło, aż za­kłó­ce­nia ustą­piły i roz­legł się głę­boki głos spi­kera. Bez wąt­pie­nia w wia­do­mo­ściach o peł­nej go­dzi­nie prze­każą wie­ści na te­mat wojny. Nie żeby to mo­gło jej dać po­ję­cie o lo­sach Rory'ego, jej na­rze­czo­nego, lub o sy­tu­acji Tony'ego, jed­nak słu­cha­nie ra­por­tów o miej­scach sta­cjo­no­wa­nia ka­na­dyj­skich żoł­nie­rzy po­ma­gało jej po­czuć się bli­żej ich obu. W ta­kich chwi­lach mo­gła so­bie wy­obra­żać Rory'ego w mun­du­rze, na po­kła­dzie statku zmie­rza­ją­cego ku Wiel­kiej Bry­ta­nii, by wal­czyć o wol­ność od ty­ra­nii Hi­tlera.

Och, Rory, dla­czego mu­sia­łeś tak od razu wy­ru­szyć na wojnę? Czy po­wstrzy­ma­łaby cię przed tym wia­do­mość o moim sta­nie?

Dziew­czyna prze­je­chała dło­nią po lek­kiej krą­gło­ści pod­brzu­sza i po­czuła strach. Ostat­niej nocy, nie ma­jąc in­nego wyj­ścia, wy­ja­wiła swój se­kret matce, która po­mimo pro­te­stów Oli­vii na­tych­miast prze­ka­zała tę wia­do­mość ojcu. Tak jak to było do prze­wi­dze­nia, En­rico Ro­setti nie przy­jął jej do­brze.

Ręka Oli­vii in­stynk­tow­nie po­wę­dro­wała do po­liczka, na­dal tkli­wego od ude­rze­nia ojca.

- Czy kie­dy­kol­wiek za­sta­na­wia­łaś się, jak twoje grze­chy wpłyną na losy ro­dziny? To może za­szko­dzić po­wo­ła­niu two­jego brata! - wy­krzy­ki­wał papa z dzi­kim spoj­rze­niem. - Spo­ty­ka­nie się z Ir­land­czy­kiem było wy­star­cza­jąco złe, ale to?! Przy­no­sisz hańbę na­zwi­sku Ro­setti!

Tylko bła­ga­nia matki po­wstrzy­mały an­giel­sko-wło­skie ty­rady ojca. Wy­krzy­czał ostat­nie prze­kleń­stwo i wy­biegł z ich miesz­ka­nia nad skle­pem, by to­pić smutki ze swymi to­wa­rzy­szami. Oli­via mo­dliła się, by nie wy­ja­wił im po­wodu, dla któ­rego bę­dzie pił tej nocy.

W po­koju roz­legł się trzask ra­dia. Oli­via ob­ró­ciła po­krę­tło, pró­bu­jąc zła­pać wy­raź­niej­szy sy­gnał.

"Osiem osób za­bi­tych, a sześć­dzie­siąt dwie ranne po wczo­raj­szym nie­uda­nym za­ma­chu na Adolfa Hi­tlera w Mo­na­chium. Przy­wódca Rze­szy Nie­miec­kiej, który prze­ma­wiał na chwilę przed wy­bu­chem bomby, nie ucier­piał".

Wy­krę­ciła palce na samo wspo­mnie­nie na­zwi­ska dyk­ta­tora. Czy gdyby za­mach się po­wiódł, wojna by się skoń­czyła? Wy­szep­tała mo­dli­twę o wy­ba­cze­nie za ta­kie pra­gnie­nia, ale ten je­den czło­wiek pod­pa­lił cały świat i nie po­tra­fiła ni­kogo wi­nić za próbę prze­pro­wa­dze­nia za­ma­chu.

Oli­via była dumna z Rory'ego, ale z dru­giej strony ży­czy­łaby so­bie, by nie był aż tak wiel­kim pa­triotą, za­an­ga­żo­wa­nym do tego stop­nia, żeby zo­sta­wić ją tu­taj samą.

Roz­le­gło się gło­śne pu­ka­nie do drzwi. Serce dziew­czyny za­biło moc­niej. Kto miałby tu przy­cho­dzić o tak póź­nej po­rze? Wszy­scy w są­siedz­twie wie­dzieli, że sklep jest za­mknięty, a więk­szość przy­ja­ciół jej ro­dzi­ców była w tej chwili w ko­ściele. Leo spę­dzał czas w lo­kal­nej karcz­mie, gra­jąc w bi­lard z przy­ja­ciółmi, i miał nie wró­cić do póź­nych go­dzin noc­nych.

Oli­via chwy­ciła się kur­czowo wy­tar­tego pod­ło­kiet­nika. Prze­szedł ją dreszcz nie­po­koju.

- Kto tam?

- Po­li­cja To­ronto, pro­szę otwo­rzyć drzwi.

Po­li­cja? Czego mo­gli chcieć? Czy ktoś miał wy­pa­dek?

Ze ści­śnię­tym gar­dłem przy­gła­dziła włosy i zdjęła far­tuch, ukła­da­jąc go na opar­ciu fo­tela. Wzięła głę­boki wdech i prze­szła przez po­kój, by otwo­rzyć drzwi.

Na pół­pię­trze stał wy­soki męż­czy­zna w mun­du­rze.

- Panna Oli­via Ro­setti?

- T-tak.

Ka­mienną twarz męż­czy­zny roz­ja­śnił na mo­ment błysk emo­cji.

- Przy­sze­dłem, żeby po­in­for­mo­wać, że jest pani aresz­to­wana.

- Aresz­to­wana? Za co? - Oli­via unio­sła dłoń do szyi. Czy to żart? To mu­siała być po­myłka.

- Jest pani oskar­żona o nie­mo­ralne pro­wa­dze­nie się na mocy Ustawy o schro­ni­skach dla ko­biet. Oba­wiam się, że musi pani pójść ze mną.

- Co to ma zna­czyć? Nie ro­zu­miem... - Nogi dziew­czyny pod pli­so­waną spód­nicą drżały tak mocno, że mu­siała się oprzeć o sto­jący w przed­po­koju sto­lik.

W oczach po­li­cjanta po­ja­wił się błysk współ­czu­cia.

- Oj­ciec zło­żył prze­ciwko pani po­zew są­dowy. Utrzy­muje, że jest pani nie­za­mężna, po­ni­żej dwu­dzie­stego pierw­szego roku ży­cia i... - za­wa­hał się. Spoj­rze­niem omiótł jej smu­kłą syl­wetkę. - ...w ciąży.

Fala go­rąca za­lała twarz dziew­czyny, ale głowę trzy­mała wy­soko.

- Może to nie­po­żą­dane, ale na pewno nie jest prze­stęp­stwem.

- Oba­wiam się, że jest. Przy­znaję, nie­zbyt czę­sto zda­rza mi się eg­ze­kwo­wać to prawo, ale skarga zo­stała zło­żona, więc mu­simy pod­jąć dzia­ła­nia.

My­śli Oli­vii wi­ro­wały, wciąż nie mo­gła po­jąć tego, co mówi ofi­cer.

- Mój na­rze­czony wy­je­chał na wojnę, w prze­ciw­nym wy­padku by­li­by­śmy już mał­żeń­stwem. - Małe, roz­pacz­liwe kłam­stewko. - Gdy tylko wróci, my... - Prze­rwała, wi­dząc nie­wzru­szoną twarz męż­czy­zny.

- Dam pani mi­nutę, żeby mo­gła się pani przy­go­to­wać. Po­tem będę zmu­szony za­brać pa­nią na po­ste­ru­nek.