1.
JAGODA
Siedziałam na lewo od trumny, obok Wojtka, który zwiesił głowę i zapatrzył się na czubki swoich butów. Uroczystość pożegnania Dariusza miała się rozpocząć za chwilę. Miejsca po przeciwległej stronie katafalku powoli zajmowali członkowie uniwersyteckiego senatu, siadając w ciszy na krzesłach. Co chwila któryś z profesorów posyłał mi, czyli owdowiałej małżonce wybitnego, przedwcześnie tragicznie zmarłego uczonego Różańskiego, spojrzenie pełne uszanowania, nie podchodząc jednak, by nie zakłócać mojej kontemplacji. W przeciwieństwie do Wojtka, wciąż oszołomionego śmiercią ojca, trzymałam głowę prosto. Przyglądałam się przybyłym, zerkając, czy aby z trumny nie zsuwają się wiązanki. Zastanawiałam się nad tym, co wydarzyło się w kościele...
Koszmar ostatnich dni trwał. Może już niepodlewany rzęsistymi łzami, może na nieco mniejszej ilości tabletek uspokajających niż garść, ale nadal dotkliwy, dołujący. Bolesny.
Kiedy wsiadali do helikoptera, wcale nie miałam złych przeczuć. Kiedy Dariusz przyszedł do domu z wiadomością o planowanym kilkudniowym wyjeździe w Bieszczady w celu przeprowadzenia badań nad środowiskiem którejś z połonin (przyznam szczerze, że nie uznałam za stosowne zapytać o szczegóły), gdzie nagle pojawiła się chmura zanieczyszczeń, pomyślałam wyłącznie o przypadającej na początku września rocznicy naszego ślubu.
- Pamiętasz? Na sobotę zaprosiłam już gości - skwitowałam, zastanawiając się, do kogo zadzwonić najpierw, żeby odwołać imprezę.
W sprawach badawczych Dariusz był nieugięty. Znałam go wystarczająco długo, by zdawać sobie sprawę z priorytetów. Nauka zawsze była na pierwszym miejscu.
- Wiesz, kochanie, że chciałbym zostać - tłumaczył się z miną zbitego psa. - Ale jedziemy we czterech. Mamy nawet załatwiony śmigłowiec.
Jakakolwiek dyskusja była z góry skazana na niepowodzenie.
- Kto jedzie? - zapytałam, pozwalając, by wyrzuty sumienia odpuściły nieco.
- Nie licząc pilota, trzech kolegów z Warszawy.
- Lecisz z Warszawy?
Zaprzeczył.
- Mamy w Toruniu spotkanie, więc ruszamy stąd. Za dwa dni. Wrócę w poniedziałek.
Mimo tego zapewnienia byłam zła. Znów to samo! Jego badania, jego praca. Jego Bardzo Ważne Sprawy.
- Wynagrodzę ci to, kochanie. - Mój mąż przygarnął mnie do siebie. - Może przywiozę ci z Bieszczad coś ładnego? Chciałabyś?
- Jasne! - nadąsałam się, sprzątając talerze po kolacji. - Mógłbyś raczej więcej czasu poświęcić Wojtkowi. Ostatnio zrobił się jakiś dziwny.
- Dojrzewa, Jagódko. W końcu ma już niemal siedemnaście lat - podsumował odkrywczo. - Ale dobrze - dodał, zanim zdążyłam zareagować na unik przed odpowiedzialnością za wychowanie naszego syna. - Obiecuję, że z nim porozmawiam. Dalej się zobaczy.
Tak oglądało się od jakiegoś czasu. Wojtek z chwilą pójścia do gimnazjum poczuł się dorosły. Zaczęły się nocne eskapady, najpierw kończone przed dwudziestą czwartą, potem przeciągające się do późnych godzin nocnych. Na szczęście, mimo niezbyt wielkiego zainteresowania nauką, nasz syn dawał sobie radę w szkole, choć dochodziły mnie sygnały o zaległościach z różnych przedmiotów. Na pierwszych miejscach listy priorytetów znajdowała się "kapela" i "ludzie", z pewnością fajniejsi i lepiej znający życie od rodziców. Ziomy, kumple i kumpele.
Byłam dla niego miękka. Zbyt miękka. A Dariusz? Uciekał w pracę, bojąc się podjąć zadania ojca karzącego, walącego ręką w stół, stawiającego warunki.
Spróbowałam spojrzeć na twarz Wojtka, wciąż skierowaną w stronę czubków butów.
Dziecko, jak my sobie damy radę? - pomyślałam ze strachem.
Łzy napłynęły mi do oczu. Jednak jeszcze wszystkie nie wyschły...
Za trumną ustawił się sześcioosobowy szpaler tworzący wartę honorową. Ciszę przerwał głos rektora.
- Wybitny naukowiec, studiował, zrobił doktorat, habilitował się jako trzydziestopięciolatek, członek stowarzyszenia..., stowarzyszenia..., stowarzyszenia... - wymieniał (nie miałam pojęcia!). - Miał dokonania, położył zasługi, wychował tylu magistrów, tylu doktorów, opublikował tyle artykułów, prowadził kilka programów badawczych, był dyrektorem instytutu, prodziekanem, dziekanem, wspaniałym kolegą, doskonałym opiekunem naukowym, mężem, ojcem...
Wojtek płakał. Próbowałam go objąć, ale strząsnął moje ramię.
- Chcesz wyjść? - szepnęłam cicho, żeby nie zakłócać tyrady rektora.
Pokręcił przecząco głową, pozwalając płynąć łzom.
Razem, a jednocześnie osobno, przebrnęliśmy przez kilka kolejnych wystąpień. Mówił dziekan, dyrektor instytutu, przedstawiciel kolegów naukowców. Kiedy za trumną ustawiło się grono w togach, domyśliłam się, że pożegnanie w uniwersyteckiej auli dobiega końca. Zaraz wyjdziemy i odprowadzimy Dariusza w jego ostatnią drogę.
Na cmentarz.
Gorzej być nie może, pomyślałam, wstając z krzesła. Czym prędzej chciałam opuścić pomieszczenie, nagle duszne i klaustrofobiczne.
Było. Gdy zgromadzeni zaczęli podchodzić z kondolencjami.
- Dziękuję, dziękuję, dam sobie radę, też mi przykro, oczywiście, gdybym potrzebowała pomocy... - odpowiadałam jak automat ukierunkowany na przyjęcie fali współczucia.
Wycierałam nos i dzielnie próbowałam powstrzymać wodospad łez. Dariusz patrzył na mnie z portretu ustawionego przy trumnie.
Jedyną realną pomoc zaoferował mój szef, kolega Dariusza, profesor Działdowski.
- Pani Jagodo, niech pani posiedzi w domu - szepnął. - Instytut się nie zawali, a pani odpocznie. Jeśli będzie pani czegoś potrzebować, jestem do dyspozycji.
- Dziękuję - wykrztusiłam nieswoim głosem, podnosząc na niego czerwone oczy. - Jeżeli pan profesor przyjmie zaproszenie, organizuję stypę...
Pogładził moją rękę.
- Dziękuję. Proszę nie myśleć o mnie. Trzymaj się, Jagódko.
Chociaż jeszcze kilka dni temu miałam wątpliwości, czy zgodzić się na oficjalny pogrzeb, wychodząc z auli Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, pozbyłam się ich dokumentnie. Czyjeś pomocne ramiona wprowadziły mnie i Wojtka do autobusu, dowiozły na cmentarz, pomogły przetrwać dalszy ciąg ceremonii. Moja najlepsza przyjaciółka Mariola zadbała, żeby na stoły w restauracji wjechał rosół, a po nim schabowe i zrazy. Po kawie i cieście, zaopatrzona w resztki jedzenia, wsiadłam do jej samochodu i pozwoliłam się zawieźć do domu. Domu, który dzisiejszego wieczoru zaludnił się przyjaciółmi, a od jutra miał zamilknąć nie wiadomo na jak długo.
- Usiądź sobie, Jagódko. - Mariola wymościła mi miejsce w fotelu. - Zaraz coś przygotuję.
Usiadłam, umęczona nieszczęściem. Słyszałam słowa, ale nie miałam siły otworzyć ust.
Podała mi kieliszek koniaku. Tego, który Dariusz przywiózł niedawno z Francji.
- Nie płacz. Jeśli nie chcesz, nie musisz pić. - Mariolka wyciągnęła rękę po kieliszek.
- Gdzie Wojtek? - Zignorowałam uwagę, zaniepokojona brakiem syna. Bałam się stracić go z oczu.
- Siedzą z Kacprem w drugim pokoju - uspokoiła mnie Mariola. - Jeśli chcesz, możemy z Kacprem zostać z wami na noc - zaproponowała.
- Może - zgodziłam się odruchowo. - A Kacper nie musi iść jutro do szkoły? - zapytałam.
Nie było źle. Mimo wszystko nie straciłam kontaktu z rzeczywistością.
- To już załatwione. Niczym się nie martw.
Goście wypili kawę i ulotnili się jak kamfora, porzucając zadżumiony dom. Dom naznaczony śmiercią. Dom smutku. Wrócili do mieszkań, gdzie czekały ich normalne, pełne rodziny, być może z problemami, z jakimś drobnym nieszczęściem, ale bez tchnienia śmierci.
- Dziękuję, że przyszliście - żegnałam Marcinów. - Też mi przykro. - Całowałam na pożegnanie Mańkę. - Wiem, że będzie dobrze - zgodziłam się z Marzeną.
Nareszcie same.
Nasi chłopcy pogrywali w sąsiednim pokoju w jakąś mocno hałaśliwą grę.
Siedziałam w fotelu Dariusza, bezmyślnie zagapiona w obramowanie okna. Z kuchni dochodziły dźwięki kapiącej z kranu wody, otwieranej lodówki, wyrzucanych śmieci. Po chwili Mariola skierowała się do sypialni Wojtka.
- Zrobiłam im kanapki - obwieściła i puściła oko. - Zaraz do ciebie przyjdę. Zjesz i ty? - Wyrwała mnie z odrętwienia, podsuwając pod nos pachnące krakersy z resztkami wszystkiego, co znalazła w lodówce.
- A jest majonez? - spytałam irracjonalnie.
Nie było siły, musiałyśmy się roześmiać.
- Naleję jeszcze po lampce. Nie będziesz już płakać?
Nie płakałam.
- Cieszę się, Jagoda, że trochę ci lepiej. - Zamknęła mnie w podwójnym nelsonie.
- Boli! - krzyknęłam.
- Ma boleć! Przynajmniej wiesz, że żyjesz!
- Po co?
- Nie rycz! Pamiętasz? Mamy coś do wyjaśnienia.
Natychmiast zrozumiałam, do czego pije moja przyjaciółka, i przeszedł mnie dreszcz.
Spojrzałam na nią jak na wariatkę.
- Opowiedz mi dokładnie, co widziałaś.
- Klnę się na wszystkie świętości, że to był Darek! Stał za filarem w kościele. Naprawdę!
- Nie żartuj sobie.
- On tam był! - Mariolka nie dawała za wygraną. - Przecież go znam! To był on! I tyle!
- Darek nie żyje. Miałaś halucynacje. Choć nie ty jedna...
- Naprawdę? - wykrzyknęła.
- Ja też go widziałam. Jak odjeżdżał sprzed kościoła superczarnym audi.