ROZDZIAŁ DRUGI
KAZI
Dwa tygodnie wcześniej
Jase przeszedł przez drzwi nagi jak obrana pomarańcza.
Zachłysnęłam się jego widokiem, kiedy przemierzył izbę, aby podnieść z podłogi bryczesy. Zaczął je wciągać, lecz zamarł, gdy spostrzegł mój złakniony wzrok.
- Mogę się z tym wstrzymać, jeśli chcesz jeszcze wykorzystać moje kłopotliwe położenie.
Uniosłam pytająco brew.
- Od rana wykorzystywałam cię wystarczająco. Ubieraj się, patreiu. Przed nami wiele mil wędrówki.
Poczęstował mnie niezadowolonym grymasem.
- Jak sobie życzysz.
Wiedziałam, że jest już gotowy do wymarszu. Czas nam sprzyjał, ale ze względu na wyprawę do Marabelli i drogę powrotną nie było nas w Skalnej Strażnicy od ponad dwóch miesięcy. Jase włożył koszulę, jego rozgrzana skóra wciąż parowała na chłodnym wietrze. Wytatuowane skrzydło na jego klatce piersiowej zbladło w lekkiej mgle. W wynajętej kwaterze mieliśmy okazję skorzystać z gorących źródeł. Zeszłej nocy zmyliśmy z siebie wiele mil podróży, a dzisiaj ponownie skorzystaliśmy z dobrodziejstwa gospodarza. Żadne z nas nie chciało rozstawać się z owym udogodnieniem.
Podeszłam do okna, a Jase skończył się ubierać. Gmaszysko, teraz w większości w ruinach, wciąż przejawiało oznaki swej dawnej świetności - w kątach mieniły się marmurowe podłogi o niebieskim użyleniu, filary wznosiły się wysoko ponad moją głowę, a na suficie majaczyły pozostałości dawnego malunku, przedstawiające fragmenty chmur, końskie oko i szczegółowo oddaną, ale pozbawioną ciała dłoń na popękanym tynku. Czy był to dom władcy Starożytnych? Być może samego Aarona Ballengera? Piękno tego miejsca kojarzyło mi się z umierającym łabędziem.
Otaczające pałac ziemie były usiane zawalonymi domami, które zdawały się ciągnąć aż po horyzont. Nie przetrwały gniewu spadających gwiazd i próby czasu - pobliskie lasy starały się wciągnąć je do ziemi delikatnymi szmaragdowymi palcami. Nawet wielka posiadłość, gnieżdżąca się na wysokim skalnym urwisku, nosiła szatę z drzew i bluszczu. Kiedyś jednak musiała być piękna i majestatyczna. Ktokolwiek przechadzał się tymi korytarzami, musiał myśleć, że budynek wytrwa w nienaruszonym stanie po wsze czasy.
Tuż przed opuszczeniem Marabelli, Sven, królewski doradca, wskazał nam północną trasę biegnącą równolegle do Internaterr. Na mapie oznaczono kilka zajazdów, a nawet gorących źródeł. Była to nieznacznie dłuższa trasa, ale - według niego - mniej narażona na trudne warunki atmosferyczne. Wkrótce miała rozpocząć się pora deszczowa, a w Infernaterr panował wieczny upał. Przez ostatnie trzy tygodnie wędrowaliśmy ile sił w nogach i posunęliśmy się daleko, a jeśli zachowamy obecne tempo, dotrzemy do Skalnej Strażnicy w ciągu kilku następnych dni. Z każdą pokonaną milą podekscytowanie w głosie Jase'a stawało się wyraźniejsze. Nie mógł się doczekać zmian, które tam wprowadzimy.
Opracowaliśmy plan i każde z nas miało wyznaczone zadania - zarówno takie, jakie należało wykonać samemu, jak i wspólnie. Sama obawiałam się powrotu, ale poniekąd również się cieszyłam. W końcu z ręką na sercu mogłam przyznać, że podobało mi się we Wrotach Piekieł. Drżałam z przejęcia, tak jak pierwszego dnia, gdy zjawiłam się tam z towarzyszkami. Tyle że tym razem nie będę intruzem szukającym zwady. Zwada będzie jechać u mego boku, a ja stanę się częścią zmiany, która pomoże przeobrazić Skalną Strażnicę w coś lepszego.
W trakcie pierwszego tygodnia naszej wędrówki rozmawialiśmy tylko o tym - próbowaliśmy oszacować granice nowego, maleńkiego królestwa i rozważaliśmy zmiany zasad obowiązujących handel. Jeśli do tej pory ktoś żywił nadzieję na przejęcie władzy nad areną i Wrotami Piekieł, mógł się z nią pożegnać - szczególnie w obliczu suwerenności Skalnej Strażnicy uznanej przez Przymierze. Miasto zostanie bowiem mianowane trzynastym królestwem. A raczej pierwszym. Uśmiechnęłam się, przypomniawszy sobie bezczelność Jase'a w odpowiedzi na szczodrość królowej - to on uparł się, że Strażnica powinna zostać okrzyknięta pierwszym królestwem.
Moja rola pośrednika nie była tylko tytułem honorowym. Wciąż należałam do Rahtanu, a przede wszystkim byłam podwładną królowej. To ona zleciła mi dopilnowanie płynnego wdrożenia zmian. Wierzyła również, że obecność królewskiego reprezentanta zwiększy wiarygodność i usprawni objęcie władzy. Ostrzegła mnie jednak, że mam się spodziewać oporu z najmniej prawdopodobnych źródeł.
Dała mi również dodatkową misję - a raczej taką, która po dotarciu na miejsce ma być moim priorytetem. Opowiedziałam jej o pełnym poczucia winy wyznaniu najmłodszego uczonego, Phineasa: "Przepraszam. Zniszczcie je". Choć wierzyliśmy, że wszystkie dokumenty zostały spalone, to jeśli istniał chociaż cień szansy na to, że coś się ostało, należało potraktować to poważnie.
"Zabezpiecz te dokumenty, Kazimyrah, a jeśli nie jesteś w stanie wysłać mi ich bezpieczną drogą, spal je. Nie mamy pojęcia, z jakimi informacjami uczeni zbiegli po upadku Komizara albo co do tej pory stworzyli. Nie chcemy, aby te papiery wpadły w niepowołane ręce, jeśli istnieje choć cień szansy na powtórkę masakry - albo i gorzej".
Gorzej?
Była tylko jedna gorsza rzecz od Wielkiej Bitwy. Zniszczenie.
Przetrwała je tylko garstka ludzi, a świat wciąż nosił po nim blizny.
Zapewniłam królową, że zajmę się tą sprawą w pierwszej kolejności.
Poprosiła mnie również, abym wysłała jej książkę historyczną lub dwie, jeśli uda mi się jakąś znaleźć. "Chciałabym poczytać nieco więcej o tej krainie. Greyson Ballenger był mężnym przywódcą. Mimo młodego wieku wykazał się wielką determinacją w obronie swoich ludzi przed łupieżcami. Do uratowania świata nie trzeba całej armii. Czasami wystarczy jedna osoba, która nie pozwoli złu wygrać. Właśnie tacy bohaterowie jak Greyson i jego dwadzieścioro dwoje podopiecznych dają mi nadzieję".
Królowa, pełna nadziei. Chyba sama wciąż nie rozumiała, że to ona dodaje sił całemu kontynentowi. To ona mnie inspirowała. Dzięki niej zobaczyłam siebie w innym świetle. Ona dostrzegła we mnie osobę wartą ocalenia, pomimo moich wad i trudnej przeszłości. Zmotywowała do bycia lepszą niż postrzegali mnie inni. Odważyłam się uwierzyć, że jestem w stanie coś zmienić, bo królowa uwierzyła we mnie pierwsza. I nie przestała wierzyć, nawet kiedy przeze mnie cała nasza grupa została pojmana.
A teraz była ze mnie dumna i liczyła na mnie.
Domyślałam się, że Gunner zdążył już odnaleźć tajemnicze dokumenty i będzie próbował odszyfrować ich sekrety. Niezależnie jednak od tego, co się w nich znajduje, będzie zmuszony mi je przekazać, choć z pewnością nie obejdzie się bez głośnych protestów. Skalna Strażnica straci uznanie Przymierza, jeśli Ballengerowie się nie podporządkują. Miałam jednak swoje sposoby, by nakłonić go do oddania dokumentów. Musiałam dotrzymać złożonej królowej obietnicy i nic nie stanie mi na przeszkodzie. Skalna Strażnica musi zostać mianowana królestwem. To nie tylko marzenie Jase'a, ale również moje. Być może papiery zostały zepchnięte teraz na dalszy plan, a Gunnera pochłonęły inne sprawy, na przykład przygotowania na powrót patreia.
Jase wysłał Gunnerowi wiadomość, twierdząc, że już jest w drodze i ma dobre wieści. Nic więcej nie chciał zdradzić. Wprawdzie cieszył się na myśl, że Skalna Strażnica w końcu zostanie uznana za królestwo, ale wolał najpierw wyjaśnić wszystko osobiście. Istniała możliwość, że impulsywny Gunner rozpowie innym to, o czym Jase - i królowa - jeszcze nie byli gotowi się podzielić. Ponadto patrei nie wspomniał, że mu towarzyszę. To również wymagało skomplikowanych wyjaśnień, a nie krótkiego listu. Wystarczy, że rodzina została powiadomiona, że Jase'owi nic nie jest i wkrótce powróci w rodzinne strony.
Wiadomość wysłana valspreyem dotrze do Ballengerów w ten sam nielegalny sposób co cała ich korespondencja - najpierw do tresera tych ptaków przebywającego w gabinecie pocztowym w Parsuss, gdzie Ballengerowie w tajemnicy opłacali jakiegoś pomagiera. Królowa wydała się zaskoczona tą nowiną, ale Jase zapewnił ją, że wkrótce położy kres temu niewielkiemu wykroczeniu. Oczywiście Wrota Piekieł, jako nowe królestwo, otrzymają wytresowanego valspreya i nie będzie potrzeby sięgać po ptaki z nielegalnego źródła. Król zapewnił, że możemy spodziewać się tresera z pierzastym posłańcem w ciągu następnych kilku miesięcy.
Usłyszałam szuranie stóp na marmurowej podłodze za mną, a zaraz potem wyczułam za plecami żar ciała Jase'a; wciąż emanował ciepłem po kąpieli w gorących źródłach.
- Co zaprząta twoje myśli? - zapytał, kładąc ręce na moich ramionach.
- Nieskazitelne piękno okolicy. Utracone rzeczy. My.
- My?
- Ostatnie tygodnie były...
Nie wiedziałam, jak dokończyć, ale z jakiegoś powodu nie chciałam stracić tego, co połączyło nas w ciągu ostatnich dni - czegoś autentycznego i niemal świętego. Nic nam w tym czasie nie przeszkadzało. Bałam się, że wkrótce się to zmieni.
- Wiem, Kazi. Doskonale cię rozumiem. - Odgarnął mi włosy z twarzy i pocałował w szyję. - Ale to nie jest koniec. To dopiero początek. Obiecuję ci. Po tym wszystkim, przez co razem przeszliśmy, nic nas nie rozdzieli. Obawiam się, że jesteś na mnie skazana.
Zamknęłam oczy, wdychając jego zapach, rozkoszując się dotykiem i wsłuchując w każde słowo. Obiecuję.
Wszystko się między nami zmieniło. Jeszcze do niedawna sądziłam, że to niemożliwe.
Teraz jednak zrozumiałam nieznośny ciężar sekretów. Człowiek tak naprawdę nie jest do końca świadomy ich brzemienia, dopóki się go nie pozbędzie. Ostatnie tygodnie minęły nam w lekkiej, upojnej prawdzie.
Swobodnie dzieliliśmy się wszystkimi myślami, nie potykając się o własne słowa. Choć sądziłam, że dobrze znam Jase'a, okazało się, że dowiedziałam się o nim czegoś więcej - poznałam wszystkie najdrobniejsze szczegóły, które składały się na jego osobowość, od nic nieznaczących do tych bolesnych. Odkryłam jego słabości, troski, które dręczyły go przy łożu śmierci ojca, oraz nowe, nałożone na niego niedawno obowiązki. Wydawało mu się bowiem, że minie jeszcze wiele lat, zanim zostanie obarczony tytułem patreia, a jednak ta odpowiedzialność spadła na niego już w wieku dziewiętnastu lat.
Zdradził mi sekret, którym nigdy z nikim się nie podzielił - na temat swojej siostry Sylvey i jej ostatnich próśb, o poczuciu winy, które zaczęło go dręczyć, gdy jej odmówił, o tym, że ona czuła zbliżającą się śmierć, a on wciąż nie chciał w to uwierzyć. Minęły cztery lata, a jednak ta rana wciąż go bolała. Gdy mi o tym opowiadał, jego głos się załamał. Dzięki temu lepiej zrozumiałam samą siebie i niemożliwe wybory, które należy podjąć w ułamku sekundy. Wyrzuty sumienia tkwią w nas głęboko, człowiek rozpamiętuje wszystko to, co mógłby zrobić inaczej, gdyby tylko miał jeszcze jedną szansę, gdyby mógł rozwinąć te chwile jak kłębek wełny i upleść z niej inną historię. Biegnij, Kazi, złap kij. Wbij mu go w krocze, rozwal nos i tchawicę. Dlaczego tego nie zrobiłam? Podjęcie innej decyzji wszystko by zmieniło. Mimo to głos mojej matki nie pozostawiał miejsca na dyskusję. "Nie ruszaj się. Nic nie mów".
W przypadku Jase'a było zgoła inaczej - on nie posłuchał. Wciąż dręczyło go ostatnie spojrzenie w załzawione oczy Sylvey. Zawahał się, nim podzielił się ze mną swoim prawdopodobnie najmroczniejszym sekretem - o tym, że wykradł jej ciało z grobowca i pochował ją w górach Moro u podnóża Łez Bredy. We Wrotach Piekieł, a nawet w całej Eislandii, zbezczeszczenie grobowca to bluźnierstwo, zbrodnia karana śmiercią. Nawet jego rodzina nie wiedziała, co zrobił. Próbowałam wyobrazić sobie jego udręki, gdy przemierzał mroczny górski szlak z owiniętymi i przerzuconymi przez siodło zwłokami.
Wyjawienie innych sekretów przychodziło z trudem, więc ujawniały się warstwami - niektóre z nich były pogrzebane tak głęboko, że wywoływały w nas tępy ból, który z czasem nauczyliśmy się ignorować. Jednak w odkryciu tychże również pomogliśmy sobie nawzajem. "Jak przetrwałaś, Kazi? Tak zupełnie sama?" Nie pytał tylko o to, skąd brałam pożywienie czy ubrania. Powiedziałam mu o tym wcześniej. Chodziło mu o doskwierającą mi samotność, o brak możliwości zwrócenia się do kogokolwiek po pomoc. Myśl ta nie mieściła mu się w głowie. Nie potrafiłam odpowiedzieć, bo sama do końca nie wiedziałam. Czasami odnosiłam wrażenie, że w tamtym okresie pozostał po mnie tylko głodujący cień, który z łatwością potrafił wtopić się w tło, więc nikt go nie dostrzegał. I może właśnie wiara w to tak długo pomogła mi unikać odpowiedzialności.
Choć nasza prawdomówność była uderzającym do głowy eliksirem, którym nie mogłam się nasycić, im bardziej zbliżaliśmy się do Skalnej Strażnicy, tym bardziej doskwierał mi ciężar nowych sekretów. Martwiłam się rodziną Jase'a i nie chciałam się tym z nim dzielić, bo wiedziałam, że on zlekceważy moje obawy. W końcu był głową rodziny, patreiem. Musieli go słuchać. Tylko czy nienawiść rzeczywiście może zostać wymazana zwykłym poleceniem? A nienawiść jego rodziny do mnie była głęboko zakorzeniona. Zżerała ich od środka.
"Wydłubię ci oczy jedno po drugim i rzucę psom na pożarcie".
Właśnie do takiej "rodziny" wracałam. Nie martwiły mnie tylko groźby Priyi, lecz również utracone zaufanie, którego chyba nie będę potrafiła odbudować, nawet ze względu na Jase'a. Dobrze pamiętałam zatrwożoną minę Vairlyn, kiedy przyłożyłam jej synowi nóż do gardła. Już zawsze będę dziewczyną, która podstępem wkradła się do ich domu, okłamywała ich, a na koniec okradła.
Z pewnością nawet słodka niewinność Lydii i Nasha została już przeobrażona w nienawiść do mnie. Rodzina nie mogła zataić przed nimi szczegółów zniknięcia Jase'a. Pozostawała jeszcze kwestia Gunnera i jego okrutnego zachowania, gdy dowiedział się, co Zane zrobił mojej rodzinie. Nie powstrzymało go nawet pokrewieństwo z patreiem. Nie potrafiłam zapomnieć o tamtej nocy, tak samo jak oni.
- Wiem, ile znaczy dla ciebie twoja rodzina, Jase. Nie chcę jednak, żebyś czuł się, jakbyś utknął między młotem a kowadłem i był zmuszony opowiedzieć się po czyjejś stronie.
- Kazi, to ty jesteś teraz moją rodziną. Nikogo nie będę wybierać. Utknęłaś ze mną na zawsze. Rozumiesz? Tak samo jak oni. Tak już w rodzinie jest. Wierz mi, w końcu pójdą po rozum do głowy. Od razu cię pokochali. I zrobią to znowu. A co ważniejsze, będą wdzięczni. Ballengerowie stracili czujność. Nie mam wątpliwości, że gdyby nie ty, wszyscy już byśmy byli martwi.
Zapewniał mnie o tym już wcześniej, opisując szczegóły pobytu u Ballengerów ściganych wojennych zbrodniarzy, i co do tej kwestii nie miałam żadnych wątpliwości. Jase'a zabiliby w pierwszej kolejności. Wszak był najsilniejszy. Następnie zabraliby się za resztę. Jak by do tego doszło? Może wbiliby mu nóż w serce, gdy odwiedziłby ich z zamiarem wypytania o postępy? To było nieuniknione. Beaufort planował zrealizować swój plan na tydzień przed naszą niespodziewaną interwencją. Zamówiono więcej materiałów. Produkcja miała ruszyć pełną parą. Szukano dodatkowych kowali, którzy mieli pomóc Sarvie w wytworzeniu tuzina dodatkowych wyrzutni. Tyle że rodzina Jase'a nie uwierzyłaby mi na słowo, bo nie zobaczyli tego wszystkiego na własne oczy. Byli świadkiem tylko mojej zdrady, nie zdrady Beauforta. Jego plan mający na celu dominację nad wszystkimi królestwami w obliczu jego górnolotnych obietnic wyda się jedynie moim fałszywym, według nich, oskarżeniem. Wiedziałam, że Jase mnie poprze, i może to wystarczy. Ale nie miałam pewności. Nie rozumiałam emocji oraz zawiłych rodzinnych relacji i bałam się, że może być już zbyt późno na nauki.
- Nigdy nie miałam rodziny, Jase. Chyba sobie nie poradzę...
- Masz przecież Wren i Synové. One są dla ciebie jak rodzina.
Poczułam w piersi bolesny skurcz. Już za nimi tęskniłam, o wiele bardziej, niż się spodziewałam. Przywykłyśmy do krótkich rozłąk, kiedy zachodziła konieczność udania się na różne misje, ale nasze łóżka we wspólnym pokoju sypialnym, stojące w równych rzędach, zawsze czekały na nasz powrót. Tym razem jednak tam nie wrócę. Przez ostatnie tygodnie niejednokrotnie zastanawiałam się, gdzie przebywają teraz moje przyjaciółki i jak sobie radzą. Być może Wren i Synové faktycznie były dla mnie kimś na miarę rodziny. Oddałyby za mnie życie, a ja za nie. Stałyśmy się dla siebie siostrami, choć nigdy nie użyłyśmy tego słowa. Rodzina jest zbędnym ciężarem i po jej stracie możesz się nigdy nie otrząsnąć, a my z wyboru wiodłyśmy niebezpieczne życie. W dniu, gdy odebrano nam rodziny, zapłonęła w nas żądza sprawiedliwości, jak piętno wypalone na skórze. Niewypowiedziane słowa były naszą siatką bezpieczeństwa. Natomiast rodzina Jase'a tworzyła zgraną jednostkę, wszyscy byli tacy sami, zawsze trzymali się razem. Nie byłam pewna, czy dam radę stać się częścią takiej grupy.
- I miałaś również matkę - dodał. - Tworzyłyście rodzinę, mimo że nie dane wam było więcej czasu razem.
Już poruszaliśmy ten temat. Zniknęły nawet najgłębsze, najbardziej bolesne sekrety, które do tej pory nas dzieliły. Gdy mu o tym opowiadałam, troska wypełniła jego wzrok. Zaczęłam się zastanawiać, czy otwieranie się na drugą osobę jest dla niego tak trudne jak dla mnie. Jego własne wyrzuty sumienia dorównywały moim - żałował, że kiedykolwiek udzielił schronienia woźnicom Previzi, że w ogóle ich zatrudnił.
- Wszystko się ułoży - zapewnił i pocałował mnie w ucho. - Ale nie wydarzy się to w ciągu jednej nocy. Mamy mnóstwo czasu. Przywykniemy do zmian.
Co oznaczało, że jest świadomy czekających nas trudności.
- Gotowa do drogi?
Odwróciłam się twarzą do niego, otaksowałam go wzrokiem od góry do dołu i westchnęłam.
- Wreszcie się ubrałeś, co? Kiedy w końcu zasiądę w swoim gabinecie jako magistratka, będę musiała wezwać cię na dywanik, patrei.
- A więc dzisiaj jesteś magistratką? Wczoraj byłaś ambasadorką Brightmist.
- Królowa pozostawiła wybór stanowiska mnie. Wszystko zależy, jak się będziesz zachowywać.
- Zamierzasz mnie aresztować? - zapytał nieco zbyt ochoczo.
Zmrużyłam oczy.
- Jeśli okażesz nieposłuszeństwo...
- Gdybyś nie była taka niecierpliwa, nie utknęłabyś teraz ze mną.
Wybuchłam śmiechem.
- Ja? Niecierpliwa? O ile mnie pamięć nie myli, to ty pierwszy dobrałeś się do podarku od Synové.
Jase wzruszył ramionami, robiąc oczy niewiniątka.
- Supeł praktycznie sam się rozwiązał. Poza tym nie wiedziałem, co może być w środku ani co może kryć się za zwykłą czerwoną wstążką.
Dobrał się do pakunku przed zakończeniem pierwszego dnia naszej wędrówki.
- Nigdy nie ufaj członkom Rahtanu obdarowującym cię prezentami - ostrzegłam. - Niewiedza pozwoli ci trzymać się z daleka od kłopotów, patrei.
- Przecież kłopoty to nasza specjalność. - Wziął mnie w ramiona. W jego oczach tańczyły iskierki, ale zaraz rozbawiona mina zmieniła się w poważną. - Żałujesz?
Poczułam, że jeszcze bardziej zagłębiam się w jego ramionach.
- Nigdy. Nie będę żałować nawet za tysiąc dni. Kłopoty z tobą sprawiają mi radość. Kocham cię, Jase, i będę kochać aż do ostatniego tchu.
- Bardziej niż pomarańcze? - zapytał pomiędzy pocałunkami.
- Nie zapędzaj się, patrei.
Słowa, o których jeszcze niedawno bałam się myśleć, teraz przychodziły mi z łatwością. Wypowiadałam je już setki razy - za każdym razem, gdy nasze usta się spotykały, gdy wplatałam palce w jego włosy. "Kocham cię". Może po części krył się w tym lęk, strach przed zazdrosnymi bogami i przed utraconymi możliwościami. Teraz dobrze wiedziałam, że szanse mogą zostać odebrane człowiekowi w jednej chwili, nawet szansa na ostatnie słowa. Dlatego chciałam powtarzać swoje miłosne wyznanie, w razie gdyby miało być ostatnim.
Ostatnie słowa mojej matki zostały wypowiedziane z obawą. "Cii, Kazi, ani słowa". I właśnie to nasuwało mi się najpierw, gdy o niej myślałam - strach.
Zeszliśmy na dół, do miejsca, które kiedyś musiało stanowić długą otwartą przestrzeń jadalną, a teraz trzymano tam konie. Mije i Tigone już na nas czekały, skubiąc trawnik gęsto usiany koniczyną. Naszym następnym celem podróży były pustkowia, gdzie napotkanie zieleni może być niemożliwe, dlatego cieszyłam się, że zwierzęta mają okazję najeść się na zapas.
Osiodłaliśmy je i wyruszyliśmy w drogę. Rozkoszowałam się magią każdego dnia, żeby zapamiętać wszystkie szczegóły ostatnich tygodni. Bardzo pilnowałam szlaku, żeby nieoczekiwany zwrot akcji nie zepchnął nas znowu na bezdroża. Zapamiętywałam każde słowo, które między nami padło, aby nic mi nie umknęło.
- A co z nami, Jase? Czy ktoś spisze naszą historię?
- Co masz na myśli?
- Mówię o tych wszystkich wspomnieniach, którymi zostały zapisane ściany groty oraz księgi na twoim regale.
Uśmiech błąkał się po jego ustach, jakby owa myśl nie wpadła mu wcześniej do głowy, a teraz go zaintrygowała.
- My spiszemy naszą historię, Kazi. Razem. I zajmie ona tysiąc tomów. Mamy przed sobą całe życie.
- Będzie nas to kosztować sporo drzew.
Wzruszył ramionami.
- Na naszych ziemiach jest ich aż nadto, pamiętasz?
Tak. Teraz wszystko określiliśmy mianem "naszego".
Razem tkaliśmy z marzeń naszą zbroję. I nic już nas nie powstrzyma.