Naczelnik rzucił gazetę i gniewnie spojrzał na wchodzącego. A
starszy, wyprężając się przy drzwiach, meldował pokornie:
- Przypędziłem wszystkich.
- Gdzie są?
- W podwórzu.
- Dobrze, niech poczekają. A pilnować, to buntownicy, rozumiesz?
Starszy uśmiechnął się nieznacznie i jakoś dziwnie.
- Ciężko poszło, a?
- Nie, kazałem się im zebrać przed kancelaryą, to zaraz przyszli i
zaczęli wołać, że wszyscy darli spisy i wszyscy są Polaki-katoliki,
to i wszyscy są gotowi choćby na Sybir. Tak i całą wieś
przypędziłem.
- I nie bronili się? Szkoda! - szepnął cicho.
- Nawet żołnierzom dali podwody, a sami szli spokojnie, jak
barany, śpiewając pobożnie całą drogę. To dobry naród, posłuszny...
- Nie twoja rzecz sądzić! Paszoł won! - zakrzyczał.
Poczerwieniał starszy, wyprężył się jak struna, zrobił półobrót i
wyszedł.
Naczelnik utonął znowu w gazecie, ale po chwili rzucił ją na
biurko, zatarł ręce i jął zwolna krążyć po wielkim, sklepionym
gabinecie.
- A swołocz! bydło! - mruczał, gładząc obu rękami szeroką, rudą
brodę i zapatrzył się przez chwilę w ogromny, zadeszczony plac.
Złote kopuły cerkwi wynosiły się wysoko nad czarniawem morzem
błota, zaś kręgiem placu, nizkie obmokłe domki, jakby dygotały w
zimnej szarudze.
Padał drobny jesienny deszcz i wiatr niekiedy szarpał drzewami,
obdzierając je z resztek liści. Jakieś wozy wlokły się z trudem po
błocie i jacyś ludzie przemykali się zgarbieni pod domami.
Odwrócił się nagle, przeszedł na drugą stronę gabinetu i kryjąc
się za portyerę, ostrożnie wyjrzał oknem. W podwórzu, niby w
głębokiej sadzawce, ocembrowanej piętrowymi gmachami, w dawnym
klasztornym wirydarzu, pełnym błota, kałuż i śmieci, tłoczył się
cały tłum ludzi, otoczony płotem najeżonych bagnetów. Jakieś nagie
obumarłe drzewo, trzęsło się nad nimi poskręcanymi konarami, a górą
leciały szare chmury niby przegniłe płachty, ociekające wodą;
drobny, przenikliwy deszcz zacinał, jakby lodowatymi biczami, zaś z
dachów i popsutymi rynnami, chlustały nieustanne kaskady, czasem
wiatr bił w tłum, jakby taranem, szamotał drzewem i wył
przejmująco. Zimno dojmowało do kości, a plucha już macała przez
nędzne przyodziewki, ale naród stał cierpliwie, przestępując jeno z
nogi na nogę i pogwarzając z cicha a trwożnie, że tylko niekiedy
jakaś twarz szara i poradlona cierpieniem podniosła się i jakieś
oczy błysnęły posępnie, to wydarło się westchnienie podobne do jęku
- a niekiedy skłębili się i rozchwiali niby krze; płacz dzieci
wytrysnął żałośnie lub słowa pacierzy pociekły perlistym, łzawym
szmerem i znowu mokli w milczeniu, tuląc się do siebie, bo mury
stare i srogie ostrza bagnetów zaciskały się dokoła, niby więcierz
nieubłagany.
I stali cierpliwie na deszczu, w błocie, w szarudze, pod grozą
bagnetów i kar, stali nieulękli, jak stoją dęby w straszne noce
jesieni, niezwyciężone i pewne, że przetrwają i mrozy i burze i
mioty piorunów...
- Ja wam dam bunt, podlecy! Popamiętacie! - zawarczał naraz, jakby
wyczytując w wyblakłych oczach chłopskich tę ich moc
nieprzebłaganą.
Zapuścił storę na okno i wziął się do codziennej pracy. Ale mu
jakoś dziś nie szło. Rzucał co chwila papiery, szarpał brodę,
wreszcie zerwał się i otworzywszy szklane drzwi, zajrzał chmurnie
do kancelaryi. Szereg nizkich, sklepionych izb, zapełnionych gwarem
i ludźmi, przyciszył się gwałtownie, chałaty rozpierzchły się
trwożnie, urzędnicy pochylili się nad papierami, strażnik wyprężył
się pod piecem, a tylko jakiś chłop w mokrym kożuchu, z baranicą w
ręku, srodze zafrasowany, tłukł się po pokojach, obłapiał
wszystkich za nogi i trwożliwie o coś się dopraszał.
- Nie moje dzieło! Tam! - odpowiadano mu, nie podnosząc głowy.
Naraz szklane drzwi się zatrzasnęły i kancelarya znowu ożyła; pito
herbatę, dym z papierosów snuł się pod sklepieniami, izby zaroiły
się ludźmi a gwarem, kupiono się w głębokich niszach okien
zakratowanych - opowiadano anegdoty, bo śmiech wybuchał co chwila -
tylko chłop wciąż chodził od grupy do grupy, skomląc o coś
żałośnie.
- Czego? Przyjdź jutro! - rzucano mu groźnie.
A naczelnik zamknąwszy się w gabinecie pracował zawzięcie,
podpisywał całe stosy papierów, przyjmował interesantów, naradzał
się tajemniczo z chałatami, ale mimo to nie mógł się uspokoić i co
pewien czas wyglądał oknem na chłopów.
- Poczekajcie! - szeptał, zacierając ręce, i spostrzegłszy, że
kilka znużonych kobiet przysiadło na ziemi, rozkazał je spędzić i
pilnować, aby się nikt nie ważył siadać. - Odpoczną sobie
gdzieindziej. I tak przechodziły całe godziny, naczelnik pracował,
deszcz padał nieustannie, a chłopi stali cierpliwie... W samo
południe wpadł do gabinetu jakiś dobry znajomy.
- Cóż to za ludzi pędzili rano przez miasto?
- Nie wiecie? A toż ci sami, którzy przy spisie jednodniowym bunt
zrobili. Napadli na uprawlenje, stróży pobili - a wszystkie papiery
i książki podarli i spalili...
- Ale dlaczego?
- Bo nie chcą być prawosławnymi! Rozumiecie, nie chcą!
- Znaczy, uporstwujuszcze, co?
- A tak! Czorty nie ludzie. Ale ja ich zmiękczę, że będą jak
masło, no...
- Spróbować można. Do protokółu ich przypędzili, co?
- Tak, ja z nimi pogadam serdeczno, poproszę! - buchnął śmiechem.
- To z parafii ojca Mikołaja Piotrowicza?
- Właśnie czekam na niego, on mi pomoże.
Rozmowa się urwała, bo przyszła służąca prosić na obiad.
Naczelnik pożegnał przyjaciela, przeciągnął spracowane kości i
poszedł do mieszkania na pierwsze piętro, ale jeszcze z korytarza
spojrzał w podwórze; deszcz lał jak z cebra, żołnierze chronili się
pod ścianami, a chłopi przemokli już do nitki, stali spokojnie,
kolebiąc się tylko niekiedy.
W jasnej, ciepłej jadalni, pełnej kwiatów, było kilka osób; pani
naczelnikowa, dorosła córka, dwaj studenci w krótkich mundurach i
ojciec Mikołaj Piotrowicz, chudy, wysoki, z długą, siwą brodą i
rzadkimi włosami. Karafka z wódką poszła z rąk do rąk. Obiad płynął
wesoło wśród rozmów i śmiechów. Studenci opowiadali jakieś pieprzne
kawały, aż panna się rumieniła, mama odwracała twarz, a naczelnik z
ojcem Mikołajem trzęśli się od śmiechu.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.