Przysięga Wierności. Krwawe Rozgrywki. Tom 1 - Monika Nawara

Kup ebooka

46.90 zł
33.10 zł (32,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Valentina

Mi­nęło już po­nad pół go­dziny, od­kąd Lili znik­nęła w domu; ja w tym cza­sie ko­rzy­sta­łam z sy­cy­lij­skiego słońca, wy­le­gu­jąc się na le­żaku w ogro­dzie dziadka.

- Cho­lera! - Chwy­ci­łam się za serce, sły­sząc prze­peł­niony fru­stra­cją głos mo­jej ku­zynki. - Co się tak skra­dasz? Chcesz, że­bym ze­szła na za­wał przed dwu­dzie­stymi uro­dzi­nami?

- Och, daj spo­kój! Nie uda­waj ta­kiej stra­chli­wej. Znamy się od dawna i wiem, co się kryje za tym nie­win­nym spoj­rze­niem i blond czu­pryną - po­wie­działa Lili.

- Do­bra. - Się­gnę­łam po szklankę le­mo­niady, którą po­sta­wiła na sto­liku. - To, że po­tra­fię po­słu­gi­wać się no­żem le­piej od nie­jed­nego pra­cow­nika mo­jego ojca, nie ozna­cza, że nie można mnie prze­stra­szyć.

Li­liana na­wet tego nie sko­men­to­wała. Usia­dła na­prze­ciwko i ścią­gnęła mo­krą ko­szulkę.

- Co ci się stało? - Wska­za­łam na prze­mo­czone ubra­nie, które roz­wie­siła na opar­ciu le­żaka.

- Po­tknę­łam się o wąż ogro­dowy, nio­sąc le­mo­niadę.

Wy­sta­wiła dzie­cin­nie ję­zyk, gdy za­chi­cho­ta­łam pod no­sem.

- Je­ste­śmy dumą rodu Russo - prze­mó­wi­łam pa­te­tycz­nie, wska­zu­jąc na dom dziadka. - Jedna stra­chliwa, druga nie­zdara.

- Tak, dzia­dek byłby z nas dumny - przy­tak­nęła i za­częła roz­glą­dać się po ogro­dzie.

- Ale chyba nie za­ga­pi­łaś się na Giu­sep­pego? Tego no­wego ogrod­nika?

- Nie. Na­wet go jesz­cze dzi­siaj nie wi­dzia­łam. Chyba nie wy­le­ciał już z pracy?

- Nie wiem, ale bar­dzo moż­liwe. Je­śli dzia­dek za­uwa­żył, że wczo­raj z nim roz­ma­wia­ły­śmy, to wcale by mnie to nie zdzi­wiło. Strzeże nas jak cer­ber, od­kąd pa­mię­tam.

- Masz ra­cję. Ja mo­gła­bym z nim po­flir­to­wać, bo przede mną co naj­mniej rok wol­no­ści, za­nim dzia­dek przed­stawi mi kan­dy­data na męża, ale u cie­bie sy­tu­acja wy­gląda zu­peł­nie ina­czej.

- Daj spo­kój. Na­wet mi o tym nie przy­po­mi­naj.

- Po­wiem ci, że twój po­ten­cjalny na­rze­czony jest cał­kiem nie­zły. Co prawda zu­peł­nie nie w moim ty­pie, ale jest na czym oko za­wie­sić - stwier­dziła pod­eks­cy­to­wana, za­kła­da­jąc oku­lary prze­ciw­sło­neczne.

- Skąd wiesz? Albo nie! Nie chcę wie­dzieć. Na pewno mi się nie spodoba. To za­aran­żo­wane mał­żeń­stwo, więc wcze­śniej czy póź­niej skoń­czy się ka­ta­strofą. Albo ja go za­biję, albo on mnie! Wiesz prze­cież, że mój cha­rak­ter wy­klu­cza by­cie przy­kładną, uło­żoną żoną. A dam so­bie rękę uciąć, że ten czło­wiek bę­dzie wy­ma­gał ode mnie po­słu­szeń­stwa, więc nie ma naj­mniej­szych szans, że doj­dziemy do po­ro­zu­mie­nia. Je­dyna na­dzieja w tym, że się nie zgo­dzi, a wtedy z uśmie­chem na ustach wrócę do Tbi­lisi, by kon­ty­nu­ować stu­dia.

- Na to bym nie li­czyła, Va­len­tino...

- Do­bra. Nie roz­ma­wiajmy już o tym. Nie psujmy so­bie tego pięk­nego dnia.

- Spraw­dza­łaś go cho­ciaż w sieci? Bo ja zna­la­złam kilka...

- Nie i nie mam za­miaru. Kom­plet­nie nie ob­cho­dzi mnie, jak wy­gląda - burk­nę­łam po­iry­to­wana. - Zmie­nia­jąc te­mat... Coś mi się wy­daje, że Le­onardo wpadł ci w oko, co? Zresztą on też był pod wra­że­niem. Dzia­dek aż po­czer­wie­niał ze zło­ści, kiedy za­uwa­żył, że wpa­truje się w cie­bie jak w pyszną, so­czy­stą śli­weczkę!

- Jest sza­le­nie przy­stojny, więc nic dziw­nego. Uwiel­biam za­rost u męż­czyzn, szcze­gól­nie ciemny i za­dbany. Nie wspo­mnę o jego mu­sku­lar­nej syl­wetce. No i te ta­tu­aże... Cały jest do schru­pa­nia.

- Wi­dzę, że kon­kret­nie cię wzięło - oce­ni­łam ci­cho. - Wiesz już, kogo dzia­dek bie­rze pod uwagę jako kan­dy­data na two­jego przy­szłego męża?

- Hmm. - Spoj­rzała na mnie po­ro­zu­mie­waw­czo, na­tych­miast po­waż­nie­jąc.

- Okej. Nie chcesz, to nie mów. - Za­koń­czy­łam prze­słu­cha­nie, po­nie­waż do­my­śli­łam się, że Lili coś kom­bi­nuje. - Po­wiesz mi w swoim cza­sie. Je­śli będę mo­gła ci po­móc, to na pewno to zro­bię - za­pew­ni­łam ku­zynkę.

Oprócz tego, że wi­dy­wa­ły­śmy się w święta, kiedy do dziadka zjeż­dżała się cała ro­dzina, to do­dat­kowo od po­nad dzie­się­ciu lat spę­dza­ły­śmy tu­taj wspól­nie więk­szość wa­ka­cji. Zży­ły­śmy się i utrzy­my­wa­ły­śmy stały kon­takt, mimo że ja miesz­ka­łam pod Tbi­lisi, a Li­liana w Lun­cani, w Ru­mu­nii.

- Dam so­bie radę, ale dzięki. Mam jesz­cze tro­chę czasu.

Na­szą roz­mowę prze­rwał dzia­dek, który sta­nął przed nami, za­cie­ra­jąc z nie­cier­pli­wo­ścią ręce.

- Dziadku, mów! Bo za­raz wy­buch­niesz! - Li­liana usia­dła pro­sto na le­żaku.

- Wy­duś to z sie­bie wresz­cie - sap­nę­łam z po­iry­to­wa­niem.

Uśmie­chał się co­raz sze­rzej. Wie­dział, że tym mil­cze­niem do­pro­wa­dza nas do bia­łej go­rączki.

Przez nie­spo­dzianki dziadka za­zwy­czaj albo by­ły­śmy sza­le­nie pod­eks­cy­to­wane, albo mia­ły­śmy ochotę go za­mor­do­wać, więc trudno prze­wi­dzieć, co tym ra­zem wy­my­ślił.

- Za­bie­ram was do Fran­cji! - wy­rzu­cił z sie­bie, wy­raź­nie roz­e­mo­cjo­no­wany.

- Na­prawdę?! Na ślub Ca­the­rine? - za­py­ta­łam za­sko­czona, bo mimo że nas za­pro­szono, to jak na ra­zie nikt nie wspo­mi­nał o wy­jeź­dzie.

- Tak. Do­kład­nie. Wy­jeż­dżamy za ty­dzień i jesz­cze nie wiem, jak długo zo­sta­niemy, ale li­czę, że He­lena mi nie od­mówi i wróci na Sy­cy­lię, tym ra­zem na dłu­żej.

Przez chwilę roz­ma­wia­li­śmy jesz­cze o wy­jeź­dzie, aż na­gle Sa­lva­tore stwier­dził, że na ze­wnątrz jest dla niego sta­now­czo za go­rąco, więc szyb­kim kro­kiem wró­cił do domu.

- Dzia­dek się za­ko­chał, to pewne.

- Tak. Szczę­ściarz - wes­tchnę­łam z roz­ma­rze­niem.

Wy­cią­gnę­łam się na le­żaku i wy­sta­wi­łam twarz do słońca, które cie­płymi pro­mie­niami mu­skało moją skórę i nada­wało jej zło­ci­sty ko­lor.

Po obie­dzie Ro­sa­lia, go­spo­sia dziadka, wy­bie­rała się na za­kupy do mia­sta, więc po­sta­no­wi­ły­śmy wy­ko­rzy­stać oka­zję na małą wy­cieczkę po wy­spie.

- Ja idę czy ty?

- Ra­zem - od­par­łam z uśmie­chem, po­chy­li­łam się i od­sta­wi­łam pu­stą fi­li­żankę na sto­lik. - Gdy je­ste­śmy ra­zem, trud­niej mu od­mó­wić.

- No pew­nie!

W ga­bi­ne­cie dziadka za­wsze czu­łam się jak mała dziew­czynka. Pa­nu­jąca tam mroczna at­mos­fera, ciemne, drew­niane me­ble i cięż­kie ko­tary w oknach spra­wiały, że było tu strasz­nie, a do tego w po­miesz­cze­niu nie­zmien­nie uno­sił się za­pach cy­gar.

Sa­lva­tore prze­glą­dał ja­kieś do­ku­menty. Na­wet nie za­szczy­cił nas spoj­rze­niem, gdy prze­kro­czy­ły­śmy próg ga­bi­netu. Gdy­bym go nie znała, to byłby w sta­nie mnie prze­ra­zić.

- Dziadku? Ro­sa­lia je­dzie na za­kupy. Chcia­ły­śmy przy oka­zji sko­czyć na lody. Oczy­wi­ście An­driej, An­ton i Flo­rin po­jadą z nami - wy­rzu­ci­łam na jed­nym wy­de­chu.

Wie­dzia­łam, że dzia­dek nas ko­cha i się o nas trosz­czy, ale zde­cy­do­wa­nie zbyt rzadko zga­dzał się na wy­prawy poza re­zy­den­cję.

- Do­brze. Ale trzech to za mało. Już dzwo­nię do chło­pa­ków, żeby się zbie­rali. Bądź­cie go­towe za dwa­dzie­ścia mi­nut - po­in­for­mo­wał ła­god­nym to­nem i wró­cił do prze­glą­da­nia do­ku­men­tów, jed­no­cze­śnie się­ga­jąc po te­le­fon.

- Nie było tak źle - stwier­dziła Li­liana, jak tylko za­mknę­ły­śmy za sobą drzwi.

- Niby nie, ale dzia­dek jest cza­sami po­twor­nie prze­ra­ża­jący.

Ru­szy­ły­śmy na pię­tro, gdzie znaj­do­wały się na­sze po­koje, żeby przy­go­to­wać się do wyj­ścia. W in­nych oko­licz­no­ściach pew­nie mu­sia­ły­by­śmy na­ma­wiać dziadka znacz­nie dłu­żej, ale był świeżo po roz­mo­wie z He­leną, a ta jak zwy­kle wpra­wiła go w świetny na­strój.

Za kie­row­nicą po­tęż­nego SUV-a nie­zmien­nie za­sia­dał An­driej, a obok jego brat An­ton - moja bry­gada AA. Zaj­mo­wali się ochra­nia­niem mnie, od­kąd za­czę­łam cho­dzić do szkoły. W dru­gim wo­zie był Flo­rin - pry­watny ochro­niarz Li­liany, a w trze­cim lu­dzie wy­słani przez dziadka.

W cza­sie drogi ob­ser­wo­wa­łam wi­dok za oknem; kra­jo­braz z każ­dym ko­lej­nym ki­lo­me­trem zmie­niał się na bar­dziej za­bu­do­wany, w miarę jak do­jeż­dża­li­śmy do cen­trum Tao­r­miny.

Ro­sa­lia obie­cała, że do­łą­czy do nas po za­ku­pach i mimo że na­le­ga­ły­śmy, by jej po­móc, to sta­now­czo od­mó­wiła i za­su­ge­ro­wała, że­by­śmy ko­rzy­stały z wol­no­ści poza re­zy­den­cją.

Prze­kro­czy­ły­śmy z Li­lianą próg ka­wiarni, a do mo­ich noz­drzy do­tarł słodki za­pach mig­da­łów po­łą­czony z wa­ni­lią. Przy­wi­ta­ły­śmy się z dziew­czyną za ladą, którą wi­dzia­łam po raz pierw­szy - co nie było dziwne, po­nie­waż pod­czas se­zonu wa­ka­cyj­nego ob­sługa zmie­niała się bar­dzo czę­sto.

Ka­wiar­nia była wy­peł­niona po brzegi. Do mo­ich uszu do­cie­rały strzępki roz­mów i nie spo­sób było nie za­uwa­żyć ukrad­ko­wych spoj­rzeń. Zro­bi­ły­śmy małe za­mie­sza­nie, gdy pod­je­cha­ły­śmy przed ka­wiar­nię w ko­lum­nie po­tęż­nych wo­zów, a po­tem wy­szły­śmy w ob­sta­wie trzech ochro­nia­rzy, któ­rzy wy­glą­dali ta­jem­ni­czo i jed­no­cze­śnie bu­dzili re­spekt. Nie tylko ze względu na ubiór, ale też ma­sywne syl­wetki, o które bliź­niacy oraz Flo­rin dbali, spę­dza­jąc każdą wolną chwilę na si­łowni.

Kilka mi­nut póź­niej po­pi­ja­łam już orzeź­wia­jącą gra­nitę i roz­glą­da­łam się po lo­kalu. Za­in­te­re­so­wa­nie na­szą piątką znacz­nie zma­lało - go­ście wró­cili do roz­mów, nie zwra­cali już na nas więk­szej uwagi. W cza­sie luź­nej roz­mowy z Li­lianą wyj­rza­łam na ulicę. Mia­łam nie­od­parte wra­że­nie, że ktoś mnie ob­ser­wuje.

Na chod­niku stał wy­soki, po­stawny męż­czy­zna. Opie­rał się o czarny, spo­rej wiel­ko­ści sa­mo­chód i pa­trzył wprost na mnie. Przy­naj­mniej tak mi się wy­da­wało, bo ciemne szkła oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych za­pew­niały mu moż­li­wość śle­dze­nia oto­cze­nia bez skrę­po­wa­nia. Dło­nie wci­snął do kie­szeni ma­te­ria­ło­wych spodni, a nogi skrzy­żo­wał w kost­kach. Uło­że­nie jego ciała mo­gło da­wać złudne wra­że­nie, że jest roz­luź­niony, ale syl­wetka wy­da­wała się na­pięta, jakby cały czas za­cho­wy­wał czuj­ność i szy­ko­wał się do walki.

Z ja­kichś nie­zna­nych mi po­wo­dów nie po­tra­fi­łam ode­rwać od niego wzroku. Nie­spo­dzie­wa­nie pod­niósł jedną dłoń, wy­raź­nie na­pi­na­jąc mię­śnie ra­mie­nia i barku, po czym po­wol­nym ru­chem zsu­nął oku­lary z nosa i prze­szył mnie spoj­rze­niem ciem­nych, nie­prze­nik­nio­nych oczu, od któ­rego wło­ski na karku sta­nęły mi dęba. Jego czarne jak naj­ciem­niej­sza noc tę­czówki prze­wier­cały mnie na wy­lot. Od­nio­słam wra­że­nie, że zdol­ność czy­ta­nia w my­ślach opa­no­wał do per­fek­cji i wła­śnie po­znaje moje naj­skryt­sze pra­gnie­nia.

- Va­len­tina! Halo! Mó­wię do cie­bie! - Ku­zynka do­tknęła mo­jej dłoni, czym wy­rwała mnie z odrę­twie­nia.

- Co? Prze­pra­szam. - Od­chrząk­nę­łam i wzię­łam kilka szyb­kich ły­ków lo­do­wa­tego na­poju, jakby pra­gnie­nie miało mnie do­słow­nie do­pro­wa­dzić do ry­chłej śmierci. - O co py­ta­łaś?

- Co się dzieje? - Li­liana po­dejrz­li­wie zmru­żyła oczy.

Po­czu­łam na so­bie wzrok bliź­nia­ków.

- Nic. Za­my­śli­łam się. - Na­gię­łam de­li­kat­nie prawdę, ob­ser­wu­jąc w uda­wa­nym sku­pie­niu, jak po ścian­kach wy­so­kiej szklanki spły­wają kro­ple wody.

Gdy to­wa­rzy­sze sku­pili uwagę na czymś in­nym, wyj­rza­łam na ulicę, ale po przy­stoj­nym męż­czyź­nie, który rów­nie do­brze mógł być wy­two­rem mo­jej wy­obraźni, nie było już śladu.

Roz­dział 2

Lorenzo

Lot z Pa­ryża mi­nął spo­koj­nie. Z lot­ni­ska nie­da­leko Ka­ta­nii ode­brał mnie Sa­we­rio, szef ochrony oraz mój do­radca. Na­pa­ko­wany mię­śniak z kitką na czubku głowy siał po­strach, ale przede wszyst­kim był mo­imi oczami i uszami. Po­nad­prze­cięt­nie in­te­li­gentny, choć na pierw­szy rzut oka mógł wy­glą­dać na tę­pego osiłka. Nie ro­zu­mia­łem tylko, jak to moż­liwe, że swoim po­czu­ciem hu­moru nie­zmien­nie im­po­no­wał ko­bie­tom, skoro mnie jego ga­da­nie i żarty cza­sami po­twor­nie wkur­wiały.

Sa­we­rio w cza­sie drogi zdał mi szcze­gó­łową re­la­cję z za­mie­sza­nia w jed­nym z mo­ich klu­bów o słusz­nie su­ge­ru­ją­cej prze­pych na­zwie Royal. Klub był w miarę nowy na wy­spie, ale bar­dzo pre­sti­żowy. Dwóch ochro­nia­rzy pil­no­wało wej­ścia i wpusz­czało do środka tylko za­moż­niej­szych męż­czyzn oraz wy­brane z tłumu ślicz­notki. Nie przy­cho­dził tu plebs ani dre­sia­rze. To miej­sce było eks­klu­zywne i trzy­mało po­ziom. Dba­łem, żeby stale za­chwy­cało i przy­cią­gało śmie­tankę to­wa­rzy­ską oraz bo­gat­szych tu­ry­stów. Me­ne­dżer klubu i mój za­ufany czło­wiek dzwo­nił wczo­raj, że zła­pali ja­kie­goś skur­wiela na go­rą­cym uczynku, a do­kład­niej na pod­kła­da­niu pod­słu­chu w moim klu­bie. In­truz za­in­sta­lo­wał kilka plu­skiew na naj­wyż­szym pię­trze w pry­wat­nych lo­żach, w któ­rych czę­sto spo­ty­ka­łem się z go­śćmi, żeby omó­wić in­te­resy, zwłasz­cza te nie­le­galne.

Naj­bar­dziej wkur­wiało mnie jed­nak to, że do­stał się do mo­jego biura. Co po­winno być nie­moż­liwe z uwagi na to, że wej­ście było za­bez­pie­czone ko­dem, a do­dat­kowo ca­ło­do­bowo nad­zo­ro­wane przez ochronę, żeby przy­pad­kiem nikt nie­po­wo­łany się tam nie krę­cił.

Nie prze­cho­wy­wa­łem tam żad­nych do­ku­men­tów czy waż­nych pli­ków w lap­to­pie, ale po pro­stu nie­na­wi­dzi­łem sy­tu­acji, gdy ktoś chciał mnie zro­bić w chuja czy na­ru­szyć moją pry­wat­ność.

Szpieg zo­stał już ugosz­czony w luk­su­so­wej piw­nicy, w któ­rej za­zwy­czaj koń­czyli zdrajcy lub choćby po­dej­rzani o zdradę.

- Ża­den z two­ich spo­so­bów nie za­dzia­łał na tego de­li­kwenta? Do tej pory mia­łeś stu­pro­cen­tową sku­tecz­ność w wy­cią­ga­niu in­for­ma­cji - zwró­ci­łem się do Sa­we­ria.

- Lo­renzo, nie wiem, co mam ci po­wie­dzieć. Je­dyne wy­ja­śnie­nie jest ta­kie, że ten su­kin­syn nic nie wie - za­su­ge­ro­wał.

- My­ślisz, że ja­kiś przy­pad­kowy gość sam pchałby się w pasz­czę lwa po­przez zo­sta­wia­nie ka­me­rek z je­ba­nym pod­słu­chem? Nie ­są­dzę. Ktoś go wy­na­jął i trzeba się do­wie­dzieć, kto za tym stoi - oznaj­mi­łem sta­now­czym to­nem.

- Masz ra­cję. Wszy­scy wie­dzą, że ten klub na­leży do cie­bie, i tylko ktoś zdrowo pier­dol­nięty by z nami za­dzie­rał.

- Tylko za­sta­na­wia mnie, jak do­stał się do biura... Kto był w tym cza­sie na zmia­nie?

- Ten młody. Cze­kaj, jak on miał na imię? - za­czął mam­ro­tać pod no­sem. Po dłuż­szej chwili so­bie przy­po­mniał. - Toto.

- To imię czy...?

- Chuj go wie. Mó­wią tak na niego. Jest sio­strzeń­cem Ric­carda i ten rę­czył za niego wła­sną głową. Słu­chaj, nie będę go bro­nił, ale nie zdą­żył po­znać wszyst­kich, a ten fa­cet twier­dził, że jest księ­go­wym i musi scho­wać w sej­fie ja­kieś pa­piery. Gdy in­truz pod­szedł bli­żej, po­ra­ził Tota pa­ra­li­za­to­rem. Młody na­wet nie zdą­żył za­re­ago­wać i już le­żał jak je­bana kłoda.

- Trzeba po­my­śleć, co z nim zro­bić. Ric­cardo też po­wi­nien do­stać na­uczkę. W końcu to on za niego po­rę­czył. Jak są­dzisz, skąd wie­dział, jaki jest kod przy wej­ściu? - Są­dzi­łem, że tego su­kin­syna wpu­ścił je­den z mo­ich pra­cow­ni­ków.

- No i tu mam pewne po­dej­rze­nia... Wy­daje mi się, że Ce­ci­lia zdra­dziła mu kom­bi­na­cję.

Ze zdzi­wie­nia zmarsz­czy­łem brwi. Ni­gdy bym nie przy­pusz­czał, że dziew­czyna, która pra­cuje u mnie od kilku lat, wy­wi­nie taki nu­mer.

- Kurwa! Nie wie­rzę! Da­li­śmy jej pracę, gdy zo­stała sama z córką, a ta dziwka tak się nam od­płaca?! - wark­ną­łem roz­wście­czony.

- To są tylko moje do­my­sły. Kiedy pro­wa­dzi­łem tego gnoja do piw­nicy, wi­dzia­łem prze­ra­że­nie na jej twa­rzy. Nie raz była świad­kiem róż­nych scen w tym klu­bie, więc ewi­dent­nie morda tego pa­lanta tak na nią za­dzia­łała.

- Ja pier­dolę! Spraw­dzimy to i twoje prze­czu­cie. Za­trzy­maj się po dro­dze w ka­wiarni u Ale­jan­dra. Mam ochotę na po­dwójne espresso po po­dróży.

- Ja­sne, sze­fie - przy­tak­nął.

Prze­mie­rza­li­śmy ulice Tao­r­miny wy­peł­nione wa­ka­cyj­nymi tu­ry­stami.

Sa­we­rio znik­nął we wnę­trzu od­wie­dza­nej tłum­nie ka­wiarni, a ja wy­sia­dłem z sa­mo­chodu, by ro­zej­rzeć się po oko­licy i po­wdy­chać mor­ski za­pach na­brzeża wy­mie­szany ze sło­dy­czą wy­do­by­wa­jącą się z wnę­trza lo­kalu, który ni­gdy mi się nie znu­dzi. Na­gle mój wzrok za­trzy­mał się na ślicz­nej blon­dynce. Uśmie­chała się do dziew­czyny sie­dzą­cej na­prze­ciwko, która opo­wia­dała coś, wy­ma­chu­jąc ży­wio­łowo rę­kami. To­wa­rzy­szyło im trzech po­staw­nych męż­czyzn; dwóch z nich miało ja­śniej­szą kar­na­cję, więc wy­glą­dali ra­czej na tu­ry­stów niż lo­kal­nych miesz­kań­ców.

Opar­łem się o sa­mo­chód i po­now­nie sku­pi­łem na ślicz­nej dziew­czy­nie, która w tej sa­mej se­kun­dzie wyj­rzała przez ogromne okno ka­wiarni, jakby wy­czuła mój pa­lący wzrok.

Jest olśnie­wa­jąca - to pierw­sza myśl, jaka przy­szła mi do głowy, gdy nie­zna­joma od­wró­ciła się twa­rzą do mnie.

Duże, nie­wia­ry­god­nie zie­lone oczy. Ide­al­nie za­ry­so­wane, pełne, ró­żowe usta stwo­rzone do piesz­czot i skra­da­nia ca­łu­sów. Raz za ra­zem prze­jeż­dżała ję­zy­kiem po dol­nej war­dze, ro­biąc mi nie­zwy­kle silną ochotę na po­zna­nie jej smaku. Ja­sne, dłu­gie włosy sple­cione w war­kocz opa­dały na jej spore piersi, które wy­raź­nie od­zna­czały się pod bluzką. Była nie­ziem­ska i zu­peł­nie nie­po­dobna do lo­kal­nych pięk­no­ści. Na­tu­ralna blon­dynka...

Z wra­że­nia zdją­łem oku­lary, żeby spraw­dzić, czy do­brze wi­dzę.

Czy to są ja­kieś omamy od sy­cy­lij­skiego słońca? Czy ona rze­czy­wi­ście jest tak zja­wi­skowa?

Po­ra­ża­jąca in­ten­syw­ność, z jaką mi się przy­glą­dała, bru­tal­nie za­parła mi dech w pier­siach, po­wo­du­jąc chwi­lowy ucisk. Za­mar­łem w bez­ru­chu i chło­ną­łem ten olśnie­wa­jący wi­dok. Ze stanu za­uro­cze­nia wy­rwał mnie Sa­we­rio, który wró­cił z kawą. Wzią­łem głęb­szy wdech, wy­bu­dza­jąc się z transu, i po­now­nie utkwi­łem wzrok w ślicz­notce, ale te­raz była już po­chło­nięta roz­mową ze zna­jo­mymi przy sto­liku.

Kurwa! Nie mam czasu na te głu­poty!

Przy­wo­ła­łem się do po­rządku, bo ta­kie ko­biety ozna­czały pro­blemy. Kosz­marne pro­blemy.

Prze­kro­czy­li­śmy próg klubu i od razu skie­ro­wa­li­śmy się do piw­nicy. Moim oczom uka­zał się kla­syczny wi­dok, czyli za­krwa­wiony męż­czy­zna przy­wią­zany do krze­sła. Twarz miał już tak spuch­niętą od przyj­mo­wa­nych cio­sów, że jego wła­sna matka mia­łaby pro­blem z usta­le­niem jego toż­sa­mo­ści.

- Po­budka! - wrza­sną­łem mu do ucha po tym, jak bez­sze­lest­nie się do niego zbli­ży­łem.

Męż­czy­zna się wzdry­gnął, wy­raź­nie prze­stra­szony tym na­głym dźwię­kiem. Sta­ną­łem na­prze­ciwko niego i pod­wi­ną­łem do łokci rę­kawy czar­nej ko­szuli.

- Co cię do mnie spro­wa­dza? Kto ci zle­cił ro­botę? A naj­waż­niej­sze: kto ci zdra­dził kody do­stępu do mo­jego biura? - syk­ną­łem zim­nym, bez­na­mięt­nym gło­sem, wy­wo­łu­ją­cym u więk­szo­ści lu­dzi tylko jedną emo­cję: prze­ra­że­nie.

- Już mó­wi­łem - sap­nął, na­wet nie pod­no­sząc głowy, która opa­dała mu bez­wład­nie na pierś. - Nie dzia­ła­łem na zle­ce­nie. Je­stem dzien­ni­ka­rzem. Są­dzi­łem, że uda mi się na­grać kilka cie­ka­wych roz­mów. Wi­dziano tu szefa lo­kal­nej po­li­cji i kilku po­li­ty­ków...

- Kurwa! Nie wci­skaj mi ba­jeczki! Przy­wiąż­cie go za nad­garstki do su­fitu. Może po kilku mi­nu­tach za­bawy bę­dzie bar­dziej roz­mowny.

Nie chcia­łem po­chla­pać krwią ko­szuli, więc je­den z mo­ich naj­lep­szych lu­dzi od brud­nej ro­boty, Fi­lippo, który bez uży­cia broni po­tra­fił za­dać ból i śmierć, za­jął się ty­pem. Był bez­względny w cza­sie prze­słu­chań, a do tego po­sia­dał nad­ludz­kie umie­jęt­no­ści po­słu­gi­wa­nia się no­żem. Osta­tecz­nie nic to jed­nak nie dało, fa­cet ob­sta­wał przy swo­jej wer­sji, a ja by­łem co­raz bar­dziej zmę­czony jego ja­zgo­tem i ję­kami prze­peł­nio­nymi bó­lem.

- Przy­pro­wadź­cie tu Ce­ci­lię. Może bę­dzie bar­dziej roz­mowna.

Moje słowa wy­wo­łały u tor­tu­ro­wa­nego po­żą­daną re­ak­cję. Po­krę­cił głową i za­czął ci­cho szlo­chać. Dzięki temu upew­ni­łem się, że oboje mieli coś wspól­nego z tą chu­jową ak­cją.

Sa­we­rio przy­pro­wa­dził prze­ra­żoną ko­bietę, a ona, tak jak się spo­dzie­wa­łem, na wi­dok zma­sa­kro­wa­nego męż­czy­zny za­częła gło­śno pła­kać, upa­da­jąc przy tym na ko­lana.

- Co tu się, u li­cha, dzieje?! - ryk­ną­łem, zdzi­wiony re­ak­cją kel­nerki.

- Prze­pra­szam, pa­nie De­luzzo. To wszystko moja wina - wy­znała, nie prze­sta­jąc szlo­chać.

- Sa­we­rio, po­móż jej wstać i po­sadź ją na krze­śle. Mu­simy so­bie wy­ja­śnić kilka spraw.

Bez zbęd­nych słów wy­ko­nał moje po­le­ce­nie.

- Słu­cham, Ce­ci­lio.

Z opo­rem pod­nio­sła głowę i spoj­rzała na mnie opuch­nię­tymi od pła­czu oczami.

- Pa­nie De­luzzo, to moja wina. Mat­teo zro­bił to dla mnie... Ja nie mo­głam... Moja So­fia... - Le­dwo dało się ją zro­zu­mieć, bo ­słowa gi­nęły mię­dzy ko­lej­nymi spa­zmami.

- Ce­ci­lio, po ko­lei. Kim jest ten męż­czy­zna? - Wska­za­łem dło­nią szpiega, na­dal pod­wie­szo­nego pod su­fi­tem.

- To jest Mat­teo, mój chło­pak. Gro­zili mi, że je­śli nie pod­łożę plu­skiew w pana klu­bie, to skrzyw­dzą So­fię. Ba­łam się. Mat­teo chciał mi tylko po­móc. Prze­pra­szam, nie wie­dzia­łam, co ro­bić! Do­sta­łam zdję­cia So­fii z placu za­baw! Ba­łam się o nią!

- Kto się z tobą kon­tak­to­wał? Jak? Dzwo­nił? Spo­tka­łaś się z nim? - Pró­bo­wa­łem być spo­kojny, li­cząc, że wy­cią­gnę z niej co­kol­wiek, co na­pro­wa­dzi nas na zle­ce­nio­dawcę.

- Nie, pa­nie De­luzzo. To zna­czy tak... - wy­du­kała płacz­li­wie. - Roz­ma­wia­łam z nim kilka dni temu, ale nie wiem, kto to jest ani jak wy­gląda.

- Weź jej te­le­fon. Sprawdź po­łą­cze­nia i za­łóż pod­słuch - zwró­ci­łem się do Sa­we­ria. - Wy­ślij do niej na­szego za­ufa­nego le­ka­rza, żeby opa­trzył Mat­teo. Nie po­trze­bu­jemy pro­ble­mów w szpi­talu ani nie­wy­god­nych py­tań. - Prze­nio­słem wzrok na Ce­ci­lię. - A ty wra­casz do domu z ko­cha­siem. Masz ty­dzień wol­nego. Gdyby ktoś znowu się z tobą kon­tak­to­wał, masz mnie na­tych­miast po­in­for­mo­wać, ro­zu­miesz? - wy­ce­dzi­łem ostro.

Wzdry­gnęła się i ener­gicz­nie ski­nęła głową.

Gdy wy­szła, Sa­we­rio po­słał za nią jed­nego z na­szych lu­dzi, żeby jej pil­no­wał i ob­ser­wo­wał jej miesz­ka­nie. Mia­łem spory dy­le­mat, co zro­bić z tą dwójką, ale naj­pierw po­trze­bo­wa­łem in­for­ma­cji. Ktoś po­twor­nie głupi na wła­sne ży­cze­nie wy­dał na sie­bie wy­rok śmierci.

W dro­dze do domu pod­ją­łem osta­teczną de­cy­zję i ru­szy­łem w kie­runku miesz­ka­nia Ma­da­leny. By­łem lekko wy­posz­czony i wkur­wiony, a ta czar­no­włosa pięk­ność za­wsze po­tra­fiła mnie roz­luź­nić i za­spo­koić. Łą­czył nas nie­skom­pli­ko­wany układ. Ja mia­łem nie­ogra­ni­czony do­stęp do jej chęt­nego ciała, a ona do­stała piękne miesz­ka­nie w no­wym apar­ta­men­towcu i cza­sami ja­kąś bły­skotkę lub coś in­nego, na co aku­rat miała ochotę.

Za­pu­ka­łem do jej drzwi, lekko znie­cier­pli­wiony. By­łem pewny, że przy­go­to­wała się na moją wi­zytę. W końcu za­nim wy­sze­dłem z klubu, wy­sła­łem jej wia­do­mość, że przy­jadę. Otwo­rzyła ubrana je­dy­nie w czer­wony kom­plet ko­ron­ko­wej bie­li­zny, na który na­rzu­ciła prze­zro­czy­sty szla­frok się­ga­jący mi­ni­mal­nie za pupę.

- Wi­tam, pa­nie De­luzzo. - Ma­da­lena wcią­gnęła mnie do miesz­ka­nia, szar­piąc za ma­te­riał mo­jej ko­szuli.

Nie ba­wiła się w nie­winne za­bawy. Była ostra i lu­biła do­mi­no­wać w łóżku, choć ze mną to aku­rat nie wcho­dziło w grę.

W mo­men­cie gdy usły­sza­łem trzask za­my­ka­ją­cych się drzwi, przy­ssa­łem się do jej szyi, po­zby­wa­jąc się w tym cza­sie jej ską­pych ciusz­ków.

- Pieprz mnie, Lo­renzo. Stę­sk­ni­łam się za tobą. - Usły­sza­łem po­ję­ki­wa­nie na­pa­lo­nej ko­chanki.

Ma­da­lena się­gnęła do gu­zi­ków mo­jej ko­szuli i kil­koma spraw­nymi ru­chami ją roz­pięła. Jej ostre pa­znok­cie wy­zna­czały ścieżkę z klatki pier­sio­wej aż do fiuta. Po­cie­rała go agre­syw­nie przez spodnie, a ja w tym mo­men­cie pra­gną­łem zo­ba­czyć, jak klę­czy u mo­ich stóp, więc po chwi­lo­wej za­ba­wie z jej na­pom­po­wa­nymi cyc­kami po­ło­ży­łem dło­nie na jej ra­mio­nach, a na­stęp­nie jed­nym ru­chem spro­wa­dzi­łem ją do par­teru.

- Naj­pierw przy­wi­taj się ze mną od­po­wied­nio, a póź­niej po­rząd­nie cię wy­pie­przę - wy­szep­ta­łem su­rowo.

Nie mu­sia­łem długo cze­kać na jej re­ak­cję. Spraw­nym ru­chem po­zbyła się mo­ich spodni. Ob­li­zała usta, uśmiech­nęła się lu­bież­nie i nie cze­ka­jąc na in­struk­cje, już za pierw­szym ra­zem za­wo­dowo go po­łknęła, li­żąc i draż­niąc ję­zy­kiem.

Na­wi­ną­łem jej włosy na pięść i za­czą­łem wy­zna­czać tempo, za­nu­rza­jąc się w jej gar­dle do sa­mego końca. Ni­gdy nie ba­wi­łem się z nią w długą grę wstępną czy czułe ma­canki. Nie zno­si­łem mar­no­tra­wie­nia czasu. Przy­sze­dłem tu w jed­nym, ja­sno okre­ślo­nym celu.

Zła­pa­łem ją za ra­miona, pod­nio­słem i płyn­nym ru­chem ob­ró­ci­łem ty­łem do sie­bie, po czym wło­ży­łem palce w jej wil­gotne, spra­gnione wnę­trze. Jej ciało było ide­alne. Może na­wet zbyt ide­alne, ale w zu­peł­no­ści za­spo­ka­jało mnie fi­zycz­nie i do­star­czało mi przy­jem­no­ści.

Pra­gnie­nie wi­ro­wało pod moją skórą, gdy Ma­da­lena stała przede mną naga i chętna.

- Wy­pnij się.

Za­ło­ży­łem gumkę, a ko­bieta oparła się o brzeg skó­rza­nej ka­napy i po­słusz­nie wy­pięła po­śladki w moją stronę, cze­ka­jąc na ko­lejne po­su­nię­cie, a w za­sa­dzie na po­su­wa­nie jej.

Wsze­dłem w nią do sa­mego końca, a jej krzyk wy­peł­nił miesz­ka­nie. Trzy­ma­łem jej bio­dra w sil­nym uści­sku, ryt­micz­nie ude­rza­jąc w po­śladki. Ję­czała pode mną jak ra­sowa ak­torka porno, ale ostat­nio bar­dziej mnie to iry­to­wało, niż pod­nie­cało. Ma­da­lena była pro­fe­sjo­na­listką i zaj­mo­wała się moim fiu­tem z naj­więk­szą sta­ran­no­ścią, ale już pod­czas ostat­niej wi­zyty za­uwa­ży­łem, że ru­tyna mi nie służy.

Krzyk, który wy­do­był się z jej peł­nych ust, spra­wił, że zwięk­szy­łem tempo i po kilku moc­niej­szych ru­chach za­sty­głem, przy­my­ka­jąc oczy i czu­jąc, jak scho­dzi ze mnie całe ci­śnie­nie.

Bez zbęd­nego ga­da­nia znik­ną­łem za drzwiami, żeby od­świe­żyć się przed wyj­ściem. Nie lu­bi­łem czuć na so­bie za­pa­chu ko­biety. Nic mnie z nią nie łą­czyło oprócz seksu i tro­chę iry­to­wał mnie fakt, że za­czą­łem od­czu­wać co­raz mniej­szą eks­cy­ta­cję na myśl o spo­tka­niu.

Może mi się znu­dziła?

Seks z nią był ostry i roz­luź­nia­jący, ale wszystko to sta­wało się co­raz bar­dziej me­cha­niczne. Sta­ra­łem się jej nie ca­ło­wać, cho­ciaż cza­sami uda­wało jej się skraść mi po­ca­łu­nek. Jed­nak na myśl, że mo­gła mieć przed chwilą czy­je­goś chuja w ustach, zbie­rało mi się na wy­mioty.

Może czas zna­leźć inną dupę? - po­my­śla­łem.

Ma­da­lena była nie­wąt­pli­wie piękną ko­bietą. Jej dłu­gie, kru­czo­czarne włosy spły­wały fa­lami na smu­kłe ra­miona i krą­głe piersi, które po­więk­szyła w ostat­nim cza­sie o kilka roz­mia­rów. Smu­kła ta­lia, dłu­gie nogi - niby wszystko ide­al­nie.

Jed­nak...

Po prysz­nicu za­pro­po­no­wała mi szkla­neczkę whi­sky. Opo­wia­dała o ja­kiejś no­wej ko­lek­cji to­re­bek zna­nego pa­ry­skiego pro­jek­tanta, ale ja po kilku mi­nu­tach jej bez­sen­sow­nej pa­pla­niny wy­łą­czy­łem się z roz­mowy. Zu­peł­nie nie ro­zu­mia­łem, dla­czego moje my­śli po­wę­dro­wały do zie­lo­no­okiej blon­dynki. Cho­lera, by­łem roz­luź­niony i za­spo­ko­jony, a na myśl o nie­zna­jo­mej czu­łem silny przy­pływ pod­nie­ce­nia.

Z za­my­śle­nia wy­rwała mnie Ma­da­lena, do­ty­ka­jąc mo­jej dłoni.

- Wi­dzę, że masz ochotę na ko­lejną rundę - za­su­ge­ro­wała, zer­ka­jąc na spore wy­brzu­sze­nie w spodniach.

Roz­draż­niony wnio­skami, do ja­kich do­sze­dłem pod prysz­ni­cem, zre­zy­gno­wa­łem z ko­lej­nego pie­prze­nia, które - mimo że po­zba­wione dresz­czyku pod­eks­cy­to­wa­nia - prze­cież osta­tecz­nie pro­wa­dziło do sa­tys­fak­cji.

Roz­dział 3

Valentina

Ty­dzień póź­niej prze­jeż­dża­li­śmy przez nie­zwy­kle uro­kliwą fran­cu­ską miej­sco­wość o na­zwie Bar­bi­zon.

Z za­par­tym tchem chło­nę­łam jej wiej­ski urok, do mo­mentu aż wje­cha­li­śmy na po­se­sję przez ogromną bramę wy­kutą z że­laza. Droga cią­gnęła się przez kil­ka­set me­trów, a gdy w końcu do­tar­li­śmy na pod­jazd w kształ­cie pół­kola z mar­mu­rową fon­tanną po­środku, wy­sia­dłam z sa­mo­chodu to­tal­nie za­uro­czona. Moim oczom uka­zała się im­po­nu­jąca willa z bia­łego pia­skowca oto­czona z dwóch stron wy­so­kimi krze­wami róż.

W na­szą stronę już zmie­rzała He­lena ubrana w dżinsy oraz ko­szulę w kratę. W dro­dze zdjęła rę­ka­wice ogrod­ni­cze, a kiedy po­de­szła bli­żej, wpa­dły­śmy so­bie w ra­miona. Naj­bar­dziej za­do­wo­lony był oczy­wi­ście Sa­lva­tore. Jego po­liczki bły­ska­wicz­nie na­brały ko­lo­rów. Ko­bieta wtu­liła się w jego sze­ro­kie ra­miona, a on za­to­pił twarz w jej wło­sach.

He­lena dzwo­niła wczo­raj i była tak pod­eks­cy­to­wana na­szym przy­jaz­dem, że za­czę­łam się za­sta­na­wiać, kto był bar­dziej spra­gniony ko­lej­nego spo­tka­nia: dzia­dek czy ona? Ewi­dent­nie czuli do sie­bie miętę. Oboje byli po sześć­dzie­siątce, ale prze­cież można się za­ko­chać w każ­dym wieku. Zresztą od­kąd w ży­ciu dziadka po­ja­wiła się He­lena, stał się bar­dziej tro­skliwy i czę­ściej się uśmie­chał. Piękna pani Mont­mar wpro­wa­dziła tro­chę słońca do mrocz­nego ży­cia Sa­lva­to­rego.

Go­spo­dyni po­czę­sto­wała mnie i Li­lianę schło­dzoną her­batą mię­tową. Dała nam ona chwi­lowe wy­tchnie­nie, po­nie­waż na ze­wnątrz było ja­kieś trzy­dzie­ści stopni. Po­tem He­lena ra­zem z dziad­kiem ru­szyła w stronę domku dla go­ści zlo­ka­li­zo­wa­nego w ogro­dzie - mieli tam miesz­kać ochro­nia­rze to­wa­rzy­szący nam pod­czas po­dróży.

Na­pi­sa­łam do ro­dzi­ców, że do­tar­li­śmy bez­piecz­nie do Bar­bi­zon, żeby się nie mar­twili, choć pew­nie An­ton już do­niósł ojcu, że wszystko w po­rządku.

- No więc co u was sły­chać, moje sło­neczka?

Pod­sko­czy­łam, gdy w sa­lo­nie po­now­nie po­ja­wiła się go­spo­dyni.

- He­leno, nie skra­daj się tak. Można do­stać za­wału! - rzu­ci­łam roz­ba­wiona, od­sta­wia­jąc pu­stą szklankę na sto­lik.

- Daj spo­kój! Wnuczki Sa­lva­to­rego mia­łyby się prze­stra­szyć sła­bej sta­ruszki? - za­py­tała ze zdzi­wie­niem wy­ma­lo­wa­nym na twa­rzy. - Wasz dzia­dek to sy­cy­lij­ski gang­ster, a ta­tu­sio­wie rzą­dzą na swo­ich te­re­nach, sie­jąc za­męt i po­strach wśród lo­kal­nej spo­łecz­no­ści - do­dała prze­śmiew­czym to­nem.

- He­leno, je­steś stuk­nięta! Je­śli kto­kol­wiek by się do­wie­dział, że ro­bisz so­bie żarty z sze­fów gru­ziń­skiej i ru­muń­skiej ma­fii, to twoje dni by­łyby po­li­czone! - Za­czę­łam wy­gra­żać pal­cem, żeby do­dać po­wagi swoim sło­wom.

- Oj tam. Kto im po­wie? - Do­sia­dła się do nas i zręcz­nie zmie­niła te­mat. - Je­stem taka szczę­śliwa, że przy­je­cha­ły­ście. Strasz­nie za wami tę­sk­ni­łam, moje śliczne sło­neczka.

- Jak przy­go­to­wa­nia do ślubu? Wszystko już usta­lone? - za­in­te­re­so­wała się Li­liana.

- Tak. To bę­dzie cu­downa uro­czy­stość. Ju­tro po­dwójny wie­czór pa­nień­ski Ca­the­rine i Ju­lii, więc się spo­tka­cie. Im­preza od­bę­dzie się tu­taj. Od wczo­raj prze­szu­kuję każdy kąt piw­nicy, żeby od­na­leźć wszyst­kie ukryte bu­telki pi­gwówki oraz cy­try­nówki, które prze­cho­wy­wa­łam na spe­cjalną oka­zję.

Li­liana była wy­raź­nie za­in­te­re­so­wana tym pla­nem, ale mu­siała wy­ra­zić swoją wąt­pli­wość:

- Nie wiem, czy dzia­dek nam po­zwoli...

- Ko­cha­nie, prze­stań się za­mar­twiać. Sa­lva­tore wy­cho­dzi na wie­czór ka­wa­ler­ski, więc wróci do­piero póź­nym wie­czo­rem i o ni­czym się nie do­wie. Ale bę­dzie im­preza! Już nie mogę się do­cze­kać! - He­lena kla­snęła w dło­nie z eks­cy­ta­cji.

- Jaka im­preza?

Wszyst­kie trzy od­wró­ci­ły­śmy głowy w stronę wej­ścia do sa­lonu. W progu stał dzia­dek i przy­glą­dał nam się po­dejrz­li­wie.

- Wła­śnie opo­wia­da­łam twoim wnucz­kom, że już w pią­tek we­sele i wszystko jest do­pięte na ostatni gu­zik. Moja wnu­sia wy­cho­dzi za mąż! Na­wet so­bie nie wy­obra­żasz, jaka je­stem szczę­śliwa! - Mru­gnęła do nas kon­spi­ra­cyj­nie i po­de­szła do dziadka.

- Trak­tuję Ca­the­rine jak trze­cią wnuczkę, więc do­sko­nale cię ro­zu­miem. Już nie­długo Va­len­tina rów­nież sta­nie się szczę­śliwą mę­żatką, więc bę­dziemy się ba­wić na ko­lej­nym we­selu - przy­po­mniał, a mnie aż ze­mdliło.

Musi o tym wspo­mi­nać, do cho­lery?!

- Sa­lva­tore, mó­wi­łeś, że ten męż­czy­zna nie pla­nuje się że­nić w naj­bliż­szym cza­sie, więc może to i le­piej. Va­len­ti­nie przyda się jesz­cze tro­chę wol­no­ści, za­nim utknie w mał­żeń­stwie z ob­cym czło­wie­kiem. - Nie­za­stą­piona He­lena sta­nęła w mo­jej obro­nie.

By­łam jej wdzięczna, że o mnie wal­czy, ale ra­czej nic nie było w sta­nie zmie­nić de­cy­zji dziadka.

- He­leno, li­czę, że moje ar­gu­menty do niego prze­mó­wią. Lo­renzo bę­dzie na wie­czo­rze ka­wa­ler­skim Bruna ra­zem z bra­tem, więc tam po­now­nie po­ru­szę z nim ten te­mat, a Va­len­tina...

- Lo­renzo De­luzzo?! - wy­krzyk­nęła He­lena, na­gle za­in­try­go­wana.

Wszy­scy w po­miesz­cze­niu aż drgnęli, na­wet nie­ustra­szony dzia­dek, który przy swo­jej uko­cha­nej zmie­niał się w po­tul­nego mi­sia.

- Ja pier­ni­czę - wy­du­si­łam. - Na­prawdę do­pro­wa­dzisz mnie kie­dyś do za­wału.

- Prze­pra­szam, ale je­stem w spo­rym szoku! Nie mó­wi­łeś, że przy­szłym mę­żem Va­len­tiny ma zo­stać Lo­renzo De­luzzo! Na li­tość bo­ską! - Zer­k­nęła na mnie z nie­skry­waną eks­cy­ta­cją. - To wszystko zmie­nia!

O co cho­dzi, do dia­ska?!

- Nie py­ta­łaś. Zresztą nie przy­pusz­cza­łem, że mo­żesz go znać. - Dzia­dek przy­glą­dał się za­cie­ka­wiony roz­go­rącz­ko­wa­nej He­le­nie.

- No cóż, jest udzia­łow­cem w La Coc­ci­nelle, więc spo­tka­łam go kilka razy. - Mru­gnęła do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo.

Po­dej­rza­nie szybko stłu­miła emo­cje. Jesz­cze kilka mi­nut temu bro­niła mnie przed szyb­kim za­mąż­pój­ściem, a te­raz co?

- Do­bra. O co cho­dzi, He­leno? Bo już się tro­szeczkę po­gu­bi­łam. - Li­liana mnie wy­rę­czyła, bo to samo py­ta­nie mia­łam już na końcu ję­zyka.

- Nic, nic. - Mach­nęła nie­dbale ręką i wy­bie­gła z sa­lonu, tłu­ma­cząc się przy­go­to­wa­niem ko­la­cji.

Sa­lva­tore oczy­wi­ście po­dą­żył za nią.

- Co tu się dzieje? - Spoj­rza­łam na Li­lianę lekko zdez­o­rien­to­wana.

- Nie mam zie­lo­nego po­ję­cia. Ale coś jest na rze­czy! Tylko nie po­tra­fię roz­gryźć, czy to do­brze, że Lo­renzo ma zo­stać twoim mę­żem, czy nie. - Zmarsz­czyła brwi w za­my­śle­niu.

- Mu­szę przy­ci­snąć He­lenę! Ewi­dent­nie coś ukrywa. Po­roz­ma­wiam z nią wie­czo­rem.

- Chodź, po­szu­kamy na­szych po­koi - za­su­ge­ro­wała Lili, więc ru­szy­łam w ślad za nią.

Po roz­pa­ko­wa­niu wa­lizki wzię­łam prysz­nic, żeby od­świe­żyć się przed ko­la­cją. Gdy ze­szłam na par­ter, na ta­ra­sie zna­la­złam Li­lianę.

- Je­stem głodna jak wilk. Kiedy bę­dzie ko­la­cja? - za­py­ta­łam, za­trzy­mu­jąc się na­prze­ciwko Lili.

- He­lena mó­wiła, że około siód­mej, więc... - zer­k­nęła na ze­ga­rek - ...jesz­cze pół go­dziny.

- Okej. Idę za­py­tać moją bry­gadę, o któ­rej ju­tro bie­gamy.

Jak tylko po­de­szłam do drzwi bu­dynku, w któ­rym miesz­kali ochro­nia­rze, te na­gle otwo­rzyły się z im­pe­tem, a przed mo­imi oczami zna­la­zła się mę­ska, mocno wy­rzeź­biona klatka pier­siowa. Męż­czy­zna miał na so­bie tylko ni­sko za­wie­szone na bio­drach spodenki, dzięki czemu mo­głam po­dzi­wiać wy­raź­nie za­ry­so­wane mię­śnie brzu­cha. Sta­łam jak za­cza­ro­wana i kom­plet­nie za­po­mnia­łam o po­wo­dzie swo­jej wi­zyty.

- Pa­nienko Va­len­tino? - Głos męż­czy­zny wy­bu­dził mnie z otę­pie­nia.

Prze­nio­słam wzrok wy­żej i spoj­rza­łam mu w oczy, w któ­rych ­mi­go­tały ło­bu­zer­skie iskierki. Dłuż­sze, czarne jak smoła włosy się­gały mu do sze­ro­kich, mu­sku­lar­nych ra­mion.

Ja­sna cho­lera, kto to jest?

By­łam prze­ko­nana, że nie wi­dzia­łam go wcze­śniej. Na pewno zwró­ci­ła­bym uwagę na jego sek­sowną bu­dowę ciała, za­dziorny uśmiech i piękne oczy. Za­pa­mię­ta­ła­bym jego mę­ską, kwa­dra­tową szczękę.

- Va­len­tino? - Znów usły­sza­łam swoje imię, co wy­trą­ciło mnie z chwi­lo­wego za­ćmie­nia.

- Tak. Prze­pra­szam, za­my­śli­łam się - wy­du­ka­łam i od­chrząk­nę­łam nie­śmiało.

- W czym mogę po­móc?

- Chcia­łam po­ga­dać z An­to­nem albo An­drie­jem. Obo­jęt­nie.

- Ja­sne - przy­tak­nął i ob­ró­cił się na pię­cie.

- Dzięki. - Cof­nę­łam się kilka kro­ków.

Ja pier­ni­czę, ale cia­cho!

Kilka se­kund póź­niej An­ton po­ja­wił się w drzwiach.

- Co się dzieje, księż­niczko?

- An­ton, o któ­rej ju­tro bie­gamy? - Spoj­rza­łam na mo­jego ulu­bio­nego bro­da­cza.

Zmarsz­czył brwi w spe­cy­ficzny dla sie­bie spo­sób. Ro­bił tak za­wsze, gdy się nad czymś za­sta­na­wiał.

- Może być siódma? Bę­dzie wtedy znacz­nie chłod­niej.

- Ja­sne.

- Okej, to w ta­kim ra­zie, gdy­by­śmy się już mieli nie wi­dzieć, bę­dziemy cze­kać na ta­ra­sie.

Po­sła­łam mu bu­ziaka w po­wie­trzu, po czym wró­ci­łam do Li­liany.

- Cho­lera! Moje serce! - Z gło­śnym wes­tchnie­niem opa­dłam na po­duszki na­prze­ciwko ku­zynki.

- Co się stało? Wy­glą­dasz tro­chę dziw­nie, a te ru­mieńce mogą wska­zy­wać tylko na jedno.

- Na co?

- Że prze­sa­dzi­łaś ze słoń­cem! - Przyj­rzała mi się wni­kli­wie. - Ale cze­kaj, to chyba jed­nak nie to. Mów mi tu jak na spo­wie­dzi, co jest grane! - roz­ka­zała po­waż­nym to­nem.

- Spo­tka­łam cał­kiem przy­stoj­nego fa­ceta, na któ­rego wi­dok kom­plet­nie mnie za­tkało. A wiesz, że za­zwy­czaj mam dużo do po­wie­dze­nia. - Wska­za­łam na sie­bie pal­cem, żeby do­dać po­wagi swoim sło­wom. - Mieszka ra­zem z resztą ochro­nia­rzy, a ja kom­plet­nie go nie ko­ja­rzę. Jak to moż­liwe?

- Pra­cow­nicy dziadka za­wsze no­szą czarne gar­ni­tury, oku­lary prze­ciw­sło­neczne i mają ide­al­nie za­cze­sane włosy. Jak dla mnie to wszy­scy wy­glą­dają tak samo, więc nic dziw­nego, że wcze­śniej nie zwró­ci­łaś na niego uwagi.

- Pew­nie masz ra­cję - wes­tchnę­łam.

- Dzieci! Ko­la­cja! - Na­szą roz­mowę prze­rwał do­no­śny głos He­leny.

- Już idziemy - od­po­wie­dzia­ły­śmy jed­no­cze­śnie, zgrab­nie pod­no­sząc się z ka­napy.

Wie­czo­rem po­sta­no­wi­łam po­roz­ma­wiać z He­leną na osob­no­ści. Zna­la­złam ją na ta­ra­sie w to­wa­rzy­stwie dziadka, który czule ją przy­tu­lał.

- Dziadku, umó­wi­łam się z moją bry­gadą AA na po­ranny jog­ging - po­in­for­mo­wa­łam za­do­wo­lona.

- Wy­ślę do­dat­ko­wych lu­dzi, żeby mieli was na oku.

- Okej. He­leno, czy... - za­czę­łam, szu­ka­jąc w gło­wie pre­tek­stu, by od­cią­gnąć ko­bietę od dziadka.

- Ko­cha­nie, za­raz wrócę - zwró­ciła się do Sa­lva­to­rego.

- Do­brze, będę cze­kał. Do­bra­noc, Va­len­tino. - Dzia­dek po­słał nam sze­roki uśmiech.

- He­leno, chcia­łam z tobą po­roz­ma­wiać o tym, co mó­wi­łaś o Lo­renzu, albo do­kład­niej o tym, czego nie po­wie­dzia­łaś - ode­zwa­łam się, gdy we­szły­śmy do mo­jego po­koju.

- Va­len­tino. - He­lena zna­cząco po­kle­pała ma­te­rac łóżka, na któ­rym usia­dła, więc po­de­szłam do niej. - Mia­łaś już przy­jem­ność po­znać Lo­renza?

- Nie. Nie in­te­re­suje mnie ten czło­wiek. Znasz moją sy­tu­ację i do­sko­nale wiesz, że nie mam wyj­ścia, więc po­zna­wa­nie go wcze­śniej, niż to ko­nieczne, nie jest moim ży­cio­wym ce­lem - wy­ja­śni­łam roz­go­ry­czona, prze­wra­ca­jąc te­atral­nie oczami.

- Ro­zu­miem twój bunt, ale pa­mię­taj, że nie taki dia­beł straszny, jak go ma­lują. Choć Lo­renzo z pew­no­ścią za­słu­guje na miano dia­bła, to jest przy tym sza­tań­sko przy­stojny i po­twor­nie go­rący - opo­wia­dała roz­ma­rzona.

- To i tak nic nie zmie­nia. To da­lej jest mał­żeń­stwo z przy­musu, mimo że z przy­stoj­nym go­ściem. Wiesz, ja­kie to trudne, kiedy inni de­cy­dują o two­jej przy­szło­ści? Po­win­nam się pod­po­rząd­ko­wać, ale ja tak nie po­tra­fię.

- Może nie bę­dzie tak źle? Po­zna­łam go, jest na­prawdę faj­nym fa­ce­tem. Pa­mię­taj, że za­wsze mo­żesz do mnie przyjść, po­ra­dzić się czy po pro­stu wy­ga­dać. Pew­nych rze­czy nie zmie­nimy, ale za­wsze mo­żemy o nich po­roz­ma­wiać - szep­nęła, głasz­cząc mnie po ra­mie­niu.

- Dzięki. Cie­szę się, że tu je­ste­śmy.

- Lo­renzo bę­dzie na ślu­bie Ca­the­rine, więc może się w końcu po­zna­cie? I może za­iskrzy? Masz silny cha­rak­ter, za­tem pa­so­wa­ła­byś do niego ide­al­nie. Trzy­mam kciuki, ko­cha­nie, żeby wszystko się uło­żyło.

Roz­dział 4

Lorenzo

Od sa­mego rana by­łem w chu­jo­wym hu­mo­rze. Dzi­siaj mia­łem w pla­nach lot do Pa­ryża, po­nie­waż zo­sta­łem za­pro­szony na wie­czór ka­wa­ler­ski Bruna i Wil­liama. Co prawda zna­li­śmy się od dawna, ale na­sze re­la­cje wsko­czyły na inny po­ziom, gdy przez krótki mo­ment mi się wy­da­wało, że Ca­the­rine mo­głaby stać się dla mnie kimś waż­nym.

Nie­stety pod­ją­łem kilka złych de­cy­zji i nie­świa­do­mie wy­świad­czy­łem Win­ter­sowi ogromną przy­sługę, kiedy pchną­łem ją w jego ra­miona. Na szczę­ście moja fa­scy­na­cja mi­nęła tak szybko, jak się po­ja­wiła, więc nie po­zo­stało mi nic in­nego, jak zre­zy­gno­wać i trzy­mać kciuki, żeby im się udało.

Po śnia­da­niu za­dzwo­ni­łem do Sa­we­ria. Oka­zało się, że da­lej nie mie­li­śmy żad­nych po­szlak. Ktoś po­słu­żył się moją pra­cow­nicą i za­ło­żył pod­słuch w moim klu­bie, a ja błą­dzi­łem jak śle­piec.

Kiedy po­pi­ja­łem w ci­szy kawę, sie­dząc w skó­rza­nym fo­telu, do ga­bi­netu wpa­dła moja mama En­rica.

- Dzień do­bry, synku. - Po­de­szła do mnie żwa­wym kro­kiem, a stu­kot jej szpi­lek o mar­mu­rową po­sadzkę roz­brzmie­wał w ca­łym po­miesz­cze­niu.

- Dzień do­bry, mamo. Jak się czu­jesz?

- Do­brze. Ale nie o swoim zdro­wiu przy­je­cha­łam roz­ma­wiać. Dzwo­nił do mnie Sa­lva­tore... Wiesz, w ja­kiej spra­wie?

Kiedy wsta­łem, po­ło­żyła dło­nie na mo­ich ra­mio­nach, ta­jem­ni­czo mi się przy­glą­da­jąc.

- Tak. Do­my­ślam się. - Cmok­ną­łem mamę w po­li­czek.

Usia­dła na fo­telu na­prze­ciwko mnie, zmru­żyła oczy i za­częła bęb­nić pal­cami w pod­ło­kiet­nik.

- Synku. Naj­wyż­szy czas, że­byś się ustat­ko­wał. I nie mó­wię tego tylko dla­tego, że jako głowa ro­dziny De­luzzo po­wi­nie­neś mieć żonę, żeby zy­skać więk­szy sza­cu­nek u part­ne­rów biz­ne­so­wych, ale też dla­tego, że by­łoby ci o niebo ła­twiej, gdyby u twego boku po­ja­wiła się silna ko­bieta.

Przy­glą­da­łem jej się uważ­nie. Jak na swój wiek trzy­mała się świet­nie. Mi­nęło już kilka lat od śmierci ojca, ale da­lej za nim tę­sk­niła, zresztą nic dziw­nego - ro­dzice byli w so­bie sza­leń­czo za­ko­chani, mimo że ich mał­żeń­stwo było aran­żo­wane.

- Mamo, nie po­trze­buję żony. Nie te­raz. - Sta­ra­łem się prze­rwać jej mo­no­log, bo za każ­dym ra­zem, gdy mnie od­wie­dzała, sły­sza­łem to samo.

Jej ar­gu­menty ab­so­lut­nie do mnie nie prze­ma­wiały. Poza tym nie mia­łem już dzie­się­ciu lat, żeby wy­ko­ny­wać jej po­le­ce­nia.

- Twój oj­ciec też był taki za­wzięty, a mie­siąc po ślu­bie osza­lał na moim punk­cie. Gdyby da­lej był z nami, na pewno by się ze mną zgo­dził.

- Mamo, nie wi­dzę sensu w po­ślu­bie­niu wnuczki Russa. Na­sze ro­dziny żyją w zgo­dzie i zgod­nie z umową mamy za­gwa­ran­to­wany po­kój na ko­lejne kil­ka­na­ście lat. Moja po­zy­cja jest na tyle silna, że nie po­trze­buję żony, żeby ją umoc­nić. - Splo­tłem palce dłoni, opie­ra­jąc przed­ra­miona na biurku.

- Daj spo­kój. Nie cho­dzi o in­te­resy! - sap­nęła obu­rzona. - Wi­dzia­łeś Va­len­tinę? - za­py­tała znie­nacka, lekko po­iry­to­wana moim nie­prze­jed­na­nym to­nem.

- Nie, zresztą gdzie ją mia­łem zo­ba­czyć? Wi­ze­runki jego wnu­czek są nie­do­stępne w sieci, więc mogę je po­znać tylko wtedy, gdy od­wie­dzę sta­rego Russa.

- No wła­śnie. A ja wi­dzia­łam.

Za­nie­po­koił mnie jej ta­jem­ni­czy uśmiech.

- Va­len­tina jest prze­piękna, uro­cza, de­li­katna, a za­ra­zem ma w oczach ten ogień, który na pewno by cię za­in­te­re­so­wał. Coś mi się wy­daje, że by­łaby w sta­nie po­skro­mić tę ukrytą w to­bie be­stię, a jej za­dzior­ność wpro­wa­dzi­łaby do two­jego ży­cia tro­chę wię­cej ra­do­ści. W końcu nie sku­piał­byś się tylko na pracy. I może wresz­cie do­cze­ka­ła­bym się wnu­ków.

- Mamo! W ogóle mnie to nie in­te­re­suje. Nie za­leży mi na...

- Je­stem pewna, że zmie­nił­byś zda­nie, gdy­byś ją po­znał. Z tego, co wiem, to Le­onardo był na ko­la­cji u Sa­lva­to­rego. Wspo­mi­nał coś o Va­len­ti­nie?

Mama mi przy­po­mniała, że Le­onardo rze­czy­wi­ście wspo­mi­nał o ko­la­cji i za­chwy­cał się wnucz­kami Russa. Wcze­śniej nie przy­wią­zy­wa­łem wagi do jego słów, bo w mo­jej gło­wie tkwiła Ca­the­rine.

- Coś tam mó­wił. - Po­czu­łem się wy­raź­nie zmę­czony tą roz­mową. - Mamo, mam jesz­cze tro­chę pracy, a za... - zer­k­ną­łem na ze­ga­rek - ...cztery go­dziny lecę do Pa­ryża. Mo­żemy prze­ło­żyć tę roz­mowę? Obie­cuję, że za­sta­no­wię się nad tym, co po­wie­dzia­łaś.

- Do­brze, synku. Za­po­mnia­łam wspo­mnieć, że Va­len­tina bę­dzie na ślu­bie w pią­tek. Russo pod­czas na­szej wczo­raj­szej roz­mowy wspo­mniał, że wy­la­tują do Pa­ryża wcze­śniej i zo­stają tam przez ty­dzień. Może tam ją spo­tkasz? Kto wie?

- Dzięki za in­for­ma­cje.

Po­że­gna­łem się z mamą i po­sta­no­wi­łem wró­cić do pracy.

Nie da­dzą czło­wie­kowi żyć! Jak nie Sa­lva­tore, to matka za­wraca mi głowę! Ja pier­dolę! Je­stem do­ro­słym męż­czy­zną, mam pod sobą rze­szę od­da­nych pra­cow­ni­ków, któ­rzy wy­ko­nują moje po­le­ce­nia bez mru­gnię­cia okiem, a mama mi mówi, jak po­wi­nie­nem po­stą­pić i co ­ro­bić? Sza­leń­stwo!

Gdy mój oj­ciec zgi­nął tra­gicz­nie pod­czas lotu do Pa­ryża, prze­ją­łem jego obo­wiązki i sta­ną­łem na czele klanu De­luzzo. Wszy­scy bar­dzo prze­ży­li­śmy jego śmierć. W od­rzu­towcu ojca pod­ło­żono ­ma­te­riały wy­bu­chowe, które zdal­nie zde­to­no­wano. Winni zo­stali zna­le­zieni i po­nie­śli do­tkliwą karę, ale to i tak nie zwró­ciło mi ojca oraz kilku jego naj­lep­szych lu­dzi, a je­dy­nie de­li­kat­nie uśmie­rzyło ból w sercu.

Od ma­łego by­łem przy­go­to­wy­wany do roli głowy ro­dziny De­luzzo, więc bez­pro­ble­mowo prze­ją­łem obo­wiązki, zresztą u mo­jego boku, nie­zmien­nie od kilku lat, stali brat, Sa­we­rio i kilku in­nych naj­bar­dziej za­ufa­nych lu­dzi.

Moi part­ne­rzy biz­ne­sowi i kon­ku­renci kur­czyli się pod moim spoj­rze­niem. By­łem po­stra­chem, czło­wie­kiem bez­względ­nym. Za­bi­ja­łem bez za­sta­no­wie­nia, a nie po­tra­fi­łem za­pa­no­wać nad wła­sną matką.

Świat się koń­czył.

Wzią­łem spory łyk już zim­nej kawy i wró­ci­łem do prze­glą­da­nia do­ku­men­tów. Za po­nad dwa ty­go­dnie miał przy­pły­nąć do nas kon­te­ner z Peru wy­peł­niony kil­koma to­nami ko­ka­iny oraz kil­ku­na­stoma skrzy­niami broni, którą obie­ca­łem Al­bań­czy­kom. Ob­sta­wi­li­śmy port. Nie po­winno być żad­nych pro­ble­mów, ale po ostat­niej nie­spo­dziance w klu­bie mia­łem silne prze­czu­cie, że ktoś pró­buje mi za­szko­dzić albo prze­jąć moje in­te­resy.

Całe ży­cie stą­pa­łem twardo po ziemi, prze­wi­dy­wa­łem sce­na­riu­sze każ­dej sy­tu­acji, a przede wszyst­kim ufa­łem tylko tym, któ­rzy na to na­prawdę za­słu­gi­wali. Tego na­uczył mnie oj­ciec: za­ufa­nie, ale tylko w gra­ni­cach roz­sądku, bo ni­gdy nie wia­domo, kto okaże się zdrajcą i osta­tecz­nie zada śmier­telny cios.

W cza­sie lotu do Pa­ryża prze­glą­da­łem do­ku­menty do­ty­czące le­gal­nego biz­nesu, który pro­wa­dzi­łem w tym mie­ście.

Gdy w końcu do­tar­łem na ostat­nie pię­tro apar­ta­men­towca, w ogóle nie zdzi­wiła mnie obec­ność mo­jego brata. Roz­wa­lił się na mo­jej ka­na­pie z pi­wem w ręku i oglą­dał mecz ko­szy­kówki.

- Cześć!

- Cześć. Nie jest ci tu za wy­god­nie? Z tego, co wiem, to masz swoje miesz­ka­nie, w do­datku cał­kiem nie­da­leko stąd. - Zsu­ną­łem ma­ry­narkę z ra­mion i od­wie­si­łem ją na opar­cie krze­sła.

- Tak. Ale rzadko by­wam u sie­bie, więc lo­dówka jest pu­sta. Zresztą cze­ka­łem, aż się po­ja­wisz. - Upił spory łyk piwa. - Wie­czo­rem je­ste­śmy umó­wieni w Qu­een, więc po­je­dziemy ra­zem.

- Po­wiedz po pro­stu, że się stę­sk­ni­łeś. - Ru­szy­łem do kuchni, żeby na­pić się wody. - Ja­dłeś coś?

- Nie, ale po­my­śla­łem, że sko­czymy do tej re­stau­ra­cji na rogu, gdzie przy­rzą­dzają krwi­ste steki. Mam ochotę na po­rządny ka­wa­łek mięsa, tym bar­dziej że prze­wi­duję wy­pić kilka moc­niej­szych drin­ków.

- Masz ra­cję. We­zmę szybki prysz­nic i mo­żemy iść.

Z bu­telką wody uda­łem się na pię­tro, żeby przy­go­to­wać się do wyj­ścia. Po po­wro­cie do sa­lonu za­trzy­ma­łem się przed Le­onar­dem, który z za­in­te­re­so­wa­niem śle­dził mecz ko­szy­kówki.

- Jak po­szło z Gru­zi­nami? Wszystko prze­bie­gło po na­szej my­śli?

- Tak. Wszystko jest w naj­lep­szym po­rządku, bra­cie. Alek­siej zgo­dził się na na­sze wa­runki. Jak tylko kon­te­ner przy­pły­nie do Pa­lermo, wy­sy­łamy im to­war zgod­nie z umową. Wspo­mi­nał coś o tym, że nie­długo bę­dziemy ro­dziną. To zna­czy on twoim te­ściem...

- Ja pier­dolę! Z każ­dej strony mnie na­ci­skają!

Czuję się, kurwa, przy­party do ściany, z zimną lufą przy skroni.

- Lo­renzo, po­wiem ci jedno: Va­len­tina jest nie tylko sza­le­nie atrak­cyjna. Są­dzę też, że po­lu­bisz jej cha­rak­te­rek. Fakt, jest bar­dzo bez­po­śred­nia, ale przy­naj­mniej nie bę­dziesz się nu­dził - oświad­czył roz­luź­niony. - Dla­czego się tak wzbra­niasz? Lu­bisz ko­biety, które mają do za­ofe­ro­wa­nia coś wię­cej niż tylko ładną buźkę. A ta na twoje szczę­ście jest nie tylko by­stra, ale też ślicz­niutka. Nie wy­brzy­dzaj, bo mo­głeś do­stać ja­kąś szka­radę!

- Kurwa! Nie o to cho­dzi - jęk­ną­łem zde­spe­ro­wany. Nikt mnie nie ro­zu­miał, na­wet mój ro­dzony brat.

- A o co? To mał­żeń­stwo za­pewni nam świetne sto­sunki z Gru­zi­nami. Poza tym Sa­lva­tore chęt­niej prze­dłuży umowę mię­dzy na­szymi ro­dzi­nami - wy­ja­śnił, ale wcale mnie tym nie uspo­koił.

Jego po­ucza­jąca gadka tylko bar­dziej mnie roz­sier­dziła.

- Wiem. Zdaję so­bie z tego sprawę. Mama dzi­siaj u mnie była i prze­pro­wa­dzi­li­śmy po­dobną roz­mowę. - Ten te­mat był ostat­nio wał­ko­wany w kółko. Tylko roz­mówcy się zmie­niali. - Wnuczki Russa będą na ślu­bie Ca­the­rine. Wie­dzia­łeś o tym? - Skrzy­żo­wa­łem ra­miona na klatce, przy­glą­da­jąc mu się wni­kli­wie.

- Żar­tu­jesz? Kurwa! Nie­moż­liwe! - Za­czął ner­wowo prze­cze­sy­wać włosy, a wy­jąt­kowo sze­roki uśmiech nie scho­dził mu z twa­rzy.

- Stary, co się tak emo­cjo­nu­jesz?

By­łem wy­raź­nie za­in­te­re­so­wany jego re­ak­cją. Coś wspo­mi­nał o dru­giej wnuczce Russa, ale nie przy­pusz­cza­łem, że to było na po­waż­nie, więc nie przy­wią­zy­wa­łem wagi do jego pa­pla­niny.

- Bę­dzie Lili! Nie są­dzi­łem, że tak szybko ją zo­ba­czę!

- Le­onardo, ra­dzę ci po bra­ter­sku: uspo­kój się. Li­liana jest w po­dob­nej sy­tu­acji co Va­len­tina, więc praw­do­po­dob­nie jest już ko­muś obie­cana. Jest młod­sza od Va­len­tiny?

- Tak. Skoń­czyła dzie­więt­na­ście lat. Nie mu­sisz mi przy­po­mi­nać o pier­do­lo­nych za­sa­dach pa­nu­ją­cych w na­szym świe­cie! Do­sko­nale zdaję so­bie sprawę, że jej dzia­dek już pew­nie zna­lazł dla niej męża, zresztą Sa­lva­tore coś o tym wspo­mi­nał, gdy by­łem u niego na ko­la­cji.

- Więc wiesz, że nie mo­żesz się do niej zbli­żać?

Le­onardo był wy­raź­nie na­bu­zo­wany, a ja kom­plet­nie nie ro­zu­mia­łem jego za­cho­wa­nia.

- Trak­tu­jesz mnie jak idiotę! - W kilku ły­kach do­pił piwo. - Wiem, ja­kie za­sady pa­nują, ale nie po­tra­fię wy­rzu­cić jej z głowy! Nie mam na to wpływu...

Pa­trzy­łem na niego, jak­bym zo­ba­czył du­cha.

- Po­pier­do­liło cię! Za­po­mnij o niej! - za­su­ge­ro­wa­łem twardo, żeby do­trzeć do tego idioty. - Spo­tka­łeś ją tylko raz! Co ci od­biło? Co ty­dzień masz inną i na­gle wpada ci w oko wnuczka Russa, która jest nie­osią­galna? Nie wie­rzę!

- Wiesz co? Nie było te­matu. Idziemy wresz­cie na tego je­ba­nego steka? - po­nuro po­no­wił za­pro­sze­nie.

- Chodźmy - rzu­ci­łem nie­za­do­wo­lony, bo nie do­koń­czy­li­śmy roz­mowy.

Zże­rała mnie cie­ka­wość już nie tylko od­no­śnie do tego, jak wy­gląda Va­len­tina, ale też co do tego, jak pre­zen­tuje się druga wnuczka Sa­lva­to­rego.

Kurwa! Mu­siała mu wpaść w oko aku­rat wnuczka Russa, która jest poza jego za­się­giem?

Za długo był spo­kój. Mo­głem prze­wi­dzieć, że coś się spier­doli. Ale ni­gdy bym nie przy­pusz­czał, że to Le­onardo wy­woła za­mie­sza­nie. Nie po­trze­bo­wa­li­śmy w naj­bliż­szym cza­sie wojny z Ru­mu­nami i chuj wie z kim jesz­cze. Li­czy­łem, że to tylko chwi­lowe i za ty­dzień bę­dzie po spra­wie.

Po dru­giej w nocy w loży zo­stało tylko kilka osób.

Bruno i Wil­liam byli już lekko zmę­czeni, ale Ja­son oraz kilku jego ko­le­gów ko­man­do­sów trzy­mali się wy­jąt­kowo do­brze, mimo że sporo już wy­pili.

- Po­ga­damy? - za­ga­dał Bruno, wska­zu­jąc ru­chem głowy na bar, który znaj­do­wał się pię­tro ni­żej.

- Ja­sne.

Gdy sta­nę­li­śmy przy kon­tu­arze, po­sta­no­wi­łem roz­po­cząć roz­mowę, żeby raz na za­wsze wy­ja­śnić sy­tu­ację mię­dzy nami. Lu­bi­łem Ca­the­rine, po­do­bała mi się, ale chyba mu­siałby się zda­rzyć cud, żeby ko­bieta roz­bu­dziła we mnie ja­kie­kol­wiek głęb­sze emo­cje niż chwi­lowa fa­scy­na­cja.

- Bruno, Ca­the­rine jest dla mnie ważna, ale nie martw się, nie w ta­kim sen­sie jak dla cie­bie. Lu­bię ją. Jest cu­downą ko­bietą, a ty ogrom­nym szczę­ścia­rzem, że masz ją u swo­jego boku, a do tego spo­dzie­wa­cie się dziecka - za­pew­ni­łem gładko. - Mam udziały w jej fir­mie, dla­tego cza­sami bę­dziemy się spo­ty­kać. Ale mo­żesz być ab­so­lut­nie pewny, że nie będę pró­bo­wał jej uwo­dzić. Przy­ją­łem do wia­do­mo­ści, że jest twoja i nosi twoje dziecko.

- To chcia­łem usły­szeć, Lo­renzo. Je­stem w niej ku­rew­sko mocno za­ko­chany i jest dla mnie naj­waż­niej­sza na świe­cie. Zresztą wszystko zro­zu­miesz, jak tylko się za­ko­chasz.

- Nie są­dzę. To nie dla mnie. - Po­krę­ci­łem głową, krzy­wiąc się na samą myśl o swoim ślu­bie.

- Jesz­cze kilka mie­sięcy temu my­śla­łem po­dob­nie. A te­raz? Je­stem naj­szczę­śliw­szym fa­ce­tem pod słoń­cem. Wy­star­czy, że znaj­dziesz ide­alną ko­bietę, a prze­pad­niesz. Jesz­cze wszystko przed tobą, stary. - Opróż­nił szklankę, od­sta­wił ją na blat i po­kle­pał mnie po przy­ja­ciel­sku po ra­mie­niu. - Idę do to­a­lety.

Mia­łem pełną świa­do­mość tego, że moja przy­szła żona sta­nie się ce­lem dla wszyst­kich mo­ich wro­gów. Bę­dzie moją sła­bo­ścią. Naj­roz­sąd­niej by­łoby więc oże­nić się z ma­fijną księż­niczką. Ko­bie­cie spoza na­szego kręgu znacz­nie trud­niej by­łoby za­ak­cep­to­wać moją drugą twarz. By­łem sza­no­wa­nym biz­nes­me­nem, ale peł­ni­łem też funk­cję bez­względ­nego króla ma­fii - i to było moim praw­dzi­wym dzie­dzic­twem i prze­zna­cze­niem.

Roz­dział 5

Valentina

Obu­dził mnie po­tworny ból głowy. Na sto­liku przy łóżku zna­la­złam bu­telkę wody oraz ta­bletki prze­ciw­bó­lowe, więc po­łknę­łam jedną, po­pi­ja­jąc ją kil­koma więk­szymi ły­kami, które sku­tecz­nie, choć chwi­lowo uga­siły pra­gnie­nie i przy­nio­sły uko­je­nie wy­su­szo­nemu gar­dłu.

Wie­czór pa­nień­ski Ca­the­rine i jej przy­ja­ciółki Ju­lii po­sta­no­wi­łam opu­ścić grubo po pół­nocy. Im­preza pra­wie do­bie­gała końca, bo oprócz mnie zo­stały je­dy­nie Ju­lia i He­lena, obie pod wpły­wem cy­try­nówki, więc ich roz­mowy po­dą­żały w nie­kom­for­to­wym dla mnie kie­runku. Ju­lia była bar­dzo bez­po­śred­nia, je­śli cho­dziło o te­maty zwią­zane z sek­sem, a He­lena ab­so­lut­nie nie od­sta­wała od niej pod tym wzglę­dem.

W kuchni nie za­sta­łam ni­kogo. Przy­go­to­wa­łam so­bie śnia­da­nie, po czym ze szklanką soku po­ma­rań­czo­wego i z kil­koma cro­is­san­tami na ta­le­rzu wy­szłam na ta­ras, żeby ode­tchnąć świe­żym po­wie­trzem.

- Cześć. Jak się czu­jesz? - rzu­ci­łam, gdy za­uwa­ży­łam bladą Li­lianę, któ­rej wy­gląd jed­no­znacz­nie wska­zy­wał na po­twor­nego kaca.

- Nie krzycz tak! Głowa mi pęka! - Za­sło­niła twarz rę­koma, krzy­wiąc się z bólu.

- Bra­łaś ja­kieś ta­bletki?

- Wzię­łam z sa­mego rana, ale nie­wiele po­mo­gły. To był mój pierw­szy i ostatni wie­czór pa­nień­ski. Na ko­lejny nie dam się już na­mó­wić. Chyba prze­sa­dzi­łam wczo­raj z pi­gwówką albo wy­pi­łam sta­now­czo za dużo wina. Albo jedno i dru­gie - przy­znała słabo, opa­da­jąc głową na po­duszkę.

- Może się zdrzem­nij albo, nie wiem... przy­nieść ci wodę?

- Nie. Mam za­pas. - Pod­nio­sła bu­telkę.

- Ja pier­dolę! Ale kac! - Ju­lia z gło­śnym ję­kiem po­ja­wiła się na ta­ra­sie.

Za­raz za nią próg prze­kro­czyła uśmiech­nięta Ca­the­rine, która ze względu na ciążę i abs­ty­nen­cję wy­ni­ka­jącą z tego faktu jako jedna z nie­licz­nych im­pre­zo­wi­czek nie le­czyła dzi­siaj kaca.

- Uspo­kój się! De­mo­ra­li­zu­jesz wnuczki Sa­lva­to­rego! - zga­niła przy­ja­ciółkę, sia­da­jąc obok mnie. - Jak się czu­jesz, Li­liano?

- Pi­gwówka mnie za­ła­twiła! Rzy­ga­łam jak kot przez pół nocy. - Lili skrzy­wiła się na samo wspo­mnie­nie i wzięła spory łyk wody.

- Nic mi nie mów - sap­nęła Ju­lia, przy­tu­la­jąc ją do sie­bie. - To był ge­nialny po­mysł, żeby zro­bić im­prezę dwa dni przed ślu­bem. Ju­tro będę już jak nowo na­ro­dzona.

Zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie roz­mowa o wie­czo­rze pa­nień­skim prze­isto­czyła się w dys­ku­sję do­ty­czącą mo­jego ży­cia oso­bi­stego i nie tylko, a na ta­pe­cie zna­leźli się bra­cia De­luzzo.

- Czyli pod­su­mo­wu­jąc... - za­częła Ju­lia - Sa­lva­tore chciałby po­łą­czyć ro­dziny Russo i De­luzzo po­przez twoje mał­żeń­stwo z Lo­ren­zem. Pro­blem w tym, że na­wet jesz­cze ze sobą nie roz­ma­wia­li­ście i oboje je­ste­ście prze­ciwni ta­kiemu roz­wią­za­niu. Do­brze zro­zu­mia­łam?

- Tak. Z tego, co się orien­tuję, Lo­renzo nie ma za­miaru się że­nić. A je­śli cho­dzi o mnie, to... Cho­lera! - Scho­wa­łam twarz w dło­niach. - Nie wi­dzia­łam go na oczy! Nie znam go! Czy to dziwne, że od za­wsze wie­dzia­łam, że utknę w za­aran­żo­wa­nym mał­żeń­stwie, a te­raz nie po­tra­fię się z tym po­go­dzić?

Po mo­ich sło­wach sie­dząca obok Ca­the­rine ob­jęła mnie tro­skli­wie.

- Wcale. To nor­malne. Trudno jest się po­go­dzić z czymś, co zo­stało usta­lone za two­imi ple­cami, a ma zna­czący wpływ na całe twoje ży­cie - po­cie­szała mnie, gła­dząc po ra­mie­niu.

- Do­bra, po­szu­kajmy po­zy­ty­wów w tej ca­łej sy­tu­acji. Mogę cię za­pew­nić, że Lo­renzo jest obłęd­nie go­rą­cym męż­czy­zną, a do tego nie­ziem­sko przy­stoj­nym, nie­sły­cha­nie mę­skim, szar­manc­kim i in­te­li­gent­nym. - Ju­lia za­częła wy­li­czać na pal­cach. - Na­prawdę tra­fiła ci się bar­dzo do­bra par­tia! Tym bar­dziej że za­wsze mo­głoby być go­rzej. Jego przy­naj­mniej znamy, mo­żemy coś o nim po­wie­dzieć. To samo Sa­lva­tore. Nie są­dzę, że od­dałby swoją wnuczkę w ręce męż­czy­zny, któ­remu by nie ufał. Może jed­nak nie bę­dzie tak źle? - za­su­ge­ro­wała nie­śmiało.

- Do­kład­nie - wtrą­ciła się Ca­the­rine. - Lo­renzo może i wy­daje się zim­nym, sta­now­czym, a cza­sami zbyt pew­nym sie­bie męż­czy­zną, ale to tylko pierw­sze wra­że­nie, uwierz mi - wy­szep­tała cie­płym gło­sem. - Do­piero przy bliż­szym po­zna­niu zy­skuje i po­ka­zuje praw­dziwe ob­li­cze. Po­zna­ły­śmy go z Ju­lią le­piej, gdy od­wie­dza­ły­śmy Sy­cy­lię w in­te­re­sach, więc mogę cię za­pew­nić, że jest na­prawdę faj­nym fa­ce­tem. Kiedy mu na kimś za­leży, jest bar­dzo opie­kuń­czy, więc głowa do góry. My­ślę, że pa­su­jesz do niego ide­al­nie. On po­trze­buje ta­kiej cha­rak­ter­nej ko­biety.

Jej słowa spra­wiły, że po­czu­łam się odro­binę le­piej.

- Może masz ra­cję - przy­zna­łam nie­chęt­nie. - Jak na ra­zie to jesz­cze nic nie wia­domo. - Się­gnę­łam po szklankę z le­mo­niadą i upi­łam kilka ły­ków.

- Okej. To te­raz po­roz­ma­wiajmy o Le­onar­dzie. - Ju­lia zmie­niła te­mat, na co Li­liana w od­po­wie­dzi tylko prze­wró­ciła oczami.

- O Boże! Spo­tka­łam go raz w ży­ciu! Je­den je­dyny raz! O czym chcesz roz­ma­wiać? Bo tak jakby nie mam ci za wiele do opo­wie­dze­nia. - W se­kundę jej twarz zmie­niła się z roz­luź­nio­nej na wku­rzoną. Jej po­liczki po­kryły się ru­mień­cem, więc ewi­dent­nie coś było na rze­czy. - Zresztą dzia­dek coś ostat­nio wspo­mi­nał, że nie­długo się do­wiem, kto zo­sta­nie moim mę­żem, więc le­piej, że­bym nie lo­ko­wała ni­g­dzie uczuć, je­śli chcę za­cho­wać serce w ca­ło­ści.

- Ja pier­dolę! Prze­chla­pane! - stwier­dziła po­iry­to­wana Ju­lia. - Do­bra. Koń­czymy ten te­mat, bo nam at­mos­fera sia­dła. Ju­tro na­sze śluby i we­sele, więc mo­żemy... Ale za­raz! Prze­cież bra­cia De­luzzo po­twier­dzili, że będą na ju­trzej­szej uro­czy­sto­ści!

- Tak! - wrza­snęła Ca­the­rine tuż przy moim uchu. - Po­zna­cie się, po­roz­ma­wia­cie. Może aku­rat coś za­iskrzy? - Jej pod­eks­cy­to­wa­nie przy­po­mi­nało za­cho­wa­nie jej babci He­leny.

- Nie wie­dzia­łam, że ich za­pro­si­ły­ście! - Li­lia­nie z ra­do­ści ­za­bły­snęły oczy.

- Nooo... Wi­dzę, że Le­onardo jed­nak zro­bił na to­bie wra­że­nie... - wtrą­ciła wy­raź­nie roz­ba­wiona Ju­lia.

- Daj spo­kój! Po­wie­dzia­łam już, że nie mam wy­boru. Nie będę so­bie kom­pli­ko­wała ży­cia.

- Do­bra, jak chcesz. Ale prze­cież mo­żesz z nim po­roz­ma­wiać. Nikt ci nie za­broni!

Na­szą roz­mowę prze­rwała He­lena, która przy­nio­sła le­mo­niadę oraz kawę dla nas - ska­co­wa­nych dziew­czyn.

Roz­dział 6

Lorenzo

Po uro­czy­sto­ści w ko­ściele ru­szy­li­śmy do po­sia­dło­ści babci Ca­the­rine. Le­onardo był wy­raź­nie pod­eks­cy­to­wany. Do­my­śli­łem się, że było to spo­wo­do­wane obec­no­ścią Li­liany.

Na­stępny, który zwa­rio­wał na punk­cie ko­biety, a wi­dział ją raz w ży­ciu! Za chuja nie ogar­niam, co mu od­biło. Sa­lva­tore nie byłby za­do­wo­lony, gdyby się do­wie­dział, że jego druga wnuczka zna­la­zła się na ce­low­niku młod­szego De­luzza.

- Le­onardo, uspo­kój się - upo­mnia­łem go z wy­raźną iry­ta­cją.

- O co ci cho­dzi? Je­stem spo­kojny!

- Taaa. Jak pier­do­lona Etna na mi­nutę przed wy­bu­chem!

- Nie martw się. Chcę z nią tylko po­roz­ma­wiać, nic wię­cej. A ty masz szansę po­znać Va­len­tinę, więc nie schrzań tego. Nie wy­strasz jej, bo i tak ma o to­bie nie­zbyt do­bre zda­nie.

- Nie obie­cuję. Zresztą nie mam ochoty za­ba­wiać ja­kiejś ma­ło­laty.

- Je­stem pewny, że zmie­nisz zda­nie, jak tylko ją zo­ba­czysz, bra­ciszku!

Za­czy­nał mnie po­woli wku­rzać tym pier­do­le­niem, więc po­zo­sta­wi­łem to bez ko­men­ta­rza.

Reszta drogi mi­nęła nam w ci­szy. Nie po­ru­sza­łem wię­cej te­matu wnu­czek Russa, bo w tej chwili był on draż­liwy dla nas obu.

Wbrew so­bie i zdro­wemu roz­sąd­kowi by­łem co­raz bar­dziej za­in­try­go­wany Va­len­tiną. Do­sko­nale zna­łem brata - nie za­chwy­całby się zwy­kłą la­ską.

Gdy do­tar­li­śmy do ogrodu, gdzie miało się od­być przy­ję­cie we­selne, by­łem pod ogrom­nym wra­że­niem. Wszystko wy­glą­dało na­prawdę gu­stow­nie.

Do­strze­głem sporą gro­madę pra­cow­ni­ków Russa - ob­sta­wiali te­ren i pil­no­wali, żeby nic nie za­kłó­ciło prze­biegu uro­czy­sto­ści. Zwró­ci­łem uwagę zwłasz­cza na dwóch wy­so­kich, na­pa­ko­wa­nych męż­czyzn. By­łem pewny, że już ich gdzieś wi­dzia­łem... Tylko gdzie?

Moje roz­my­śla­nia prze­rwał brat, który na­gle wcią­gnął po­wie­trze z gło­śnym świ­stem. Zer­k­ną­łem na niego, od­ry­wa­jąc się od ta­le­rza wy­peł­nio­nego kre­mem z bo­ro­wi­ków. Ga­pił się na ko­goś z za­par­tym tchem, więc za­cie­ka­wiony po­dą­ży­łem za jego spoj­rze­niem.

Dłu­gie, lekko po­fa­lo­wane ja­sne pa­sma opa­dały na na­gie ra­miona nie­zna­jo­mej. Czer­wona su­kienka przy­le­gała do jej ciała jak druga skóra, otu­la­jąc sek­sowne krą­gło­ści i zwę­ża­jąc się zna­cząco w ta­lii. Tym, co przy­cią­gnęło moją uwagę, był nie­by­wale ape­tyczny krą­gły biust. Naj­bar­dziej jed­nak za­in­try­go­wały mnie jej ta­tu­aże. Ten na pra­wej ręce cią­gnął się od pal­ców, aż do bar­ków, gdzie zni­kał przy­kryty blond lo­kami. Przed­sta­wiał pną­cze, moż­liwe, że róży, bo gdzie­nie­gdzie do­strze­głem czer­wone punk­ciki na ciem­no­zie­lo­nym tle. Stała od­wró­cona do mnie bo­kiem, więc na ra­zie nie wi­dzia­łem jej twa­rzy, za to nie mo­głem ode­rwać wzroku od jej dłu­gich, zgrab­nych nóg w czer­wo­nych szpil­kach. Ten wi­dok bły­ska­wicz­nie obu­dził moją wy­obraź­nię.

Kurwa!

W pew­nym mo­men­cie się od­wró­ciła, jakby wy­czuła na so­bie mój prze­szy­wa­jący wzrok, ale nie­stety nie spoj­rzała na mnie, tylko po­ma­chała ja­kie­muś go­gu­siowi.

Za­chły­sną­łem się po­wie­trzem, za­po­mi­na­jąc, jak się na­zy­wam i gdzie je­stem, nie­zdolny do sfor­mu­ło­wa­nia my­śli.

To jest dziew­czyna z ka­wiarni.

Co prawda wy­glą­dała tro­chę ina­czej, ale by­łem prze­ko­nany, że to ona. Od tam­tego spo­tka­nia nie mo­głem prze­stać my­śleć o jej za­dzi­wia­jąco zie­lo­nych oczach i zmy­sło­wych ustach. Ich wy­jąt­kowo sek­sowny kształt był dzi­siaj pod­kre­ślony szminką w po­dob­nym ko­lo­rze co su­kienka.

Wpa­try­wa­łem się w tę ko­bietę jak za­cza­ro­wany i znowu po­czu­łem ten sam ucisk w klatce, który to­wa­rzy­szył mi przy pierw­szym spo­tka­niu.

Ja pier­dolę! Co to ma być?

Jej ko­le­żanka po­cią­gnęła ją za rękę, wska­zu­jąc na sto­lik i wolne krze­sła.

- Za­mu­ro­wało cię, co?

- Wi­dzia­łeś tę blon­dynę? - wy­ją­ka­łem zdez­o­rien­to­wany.

- Prawdę mó­wiąc, całą swoją uwagę sku­pi­łem na Li­lia­nie, ale trudno nie za­uwa­żyć Va­len­tiny, bo wy­gląda pie­kiel­nie do­brze.

- Ale go­rąca la­ska! Ja pier­dolę! - mruk­ną­łem do sie­bie, się­ga­jąc po szklankę z wodą z na­dzieją, że kilka ły­ków na­wilży wy­schnięte z pod­eks­cy­to­wa­nia gar­dło.

- Lo­renzo, je­steś taki prze­wi­dy­walny. By­łem pewny na mi­lion pro­cent, że moja przy­szła bra­towa do­słow­nie zmie­cie cię z plan­szy przy pierw­szym spo­tka­niu. - Ro­ze­śmiał się ci­cho, a do mnie do­piero po kilku se­kun­dach do­tarł sens jego słów.

Chyba mam ja­kiś udar, skoro my­śle­nie i ko­ja­rze­nie fak­tów jest poza moim za­się­giem.

- Ta sek­sowna sztuka to Va­len­tina? - Zer­k­ną­łem na brata oszo­ło­miony.

- Nooo. Masz cho­lerne szczę­ście! Nie była co prawda zbyt przy­jaź­nie do cie­bie na­sta­wiona, albo ra­czej do po­my­słu aran­żo­wa­nego mał­żeń­stwa, ale z twoim nie­za­prze­czal­nym uro­kiem oso­bi­stym na pewno ją do sie­bie prze­ko­nasz - sark­nął, roz­ba­wiony moją re­ak­cją.

- Nie są­dzi­łem, że okaże się taką pe­tardą! Cały czas my­śla­łem, że Sa­lva­tore chce mnie wsa­dzić na minę! A tu pro­szę, taka ślicz­notka - sap­ną­łem onie­miały, wpa­tru­jąc się w dłu­gie blond fale, które po­ru­szały się przy każ­dym jej ru­chu.

Va­len­tina nie była szka­radną panną, a wręcz prze­ciw­nie, wy­glą­dała za­chwy­ca­jąco.

- Te­raz to ja będę tym bar­dziej opa­no­wa­nym bra­tem. - Le­onardo ode­tchnął głę­boko, przy­bie­ra­jąc su­rowy wy­raz twa­rzy. - Uspo­kój się. Wi­dzę, że emo­cje roz­pier­da­lają cię od środka i jesz­cze chwila, a wy­star­tu­jesz do niej jak z procy. Daj jej spo­koj­nie zjeść obiad, póź­niej może po­proś ją do tańca albo z nią po­roz­ma­wiaj.

Wzią­łem głęb­szy wdech i po­now­nie sku­pi­łem się na je­dze­niu. Po de­se­rze ze­spół za­grał ja­kąś wolną me­lo­dię, więc część par za­częła się ko­ły­sać w jej rytm na spe­cjal­nym po­de­ście uło­żo­nym na środku ogrodu.

Ob­ser­wo­wa­łem Va­len­tinę, ale przy oka­zji rzu­ci­łem okiem na Li­lianę, żeby spraw­dzić, czym mój brat się tak za­chwy­cał. Aku­rat wstała od stołu i mo­głem się jej przyj­rzeć. Była na­prawdę śliczna. Miała słodką bu­zię i duże usta, a włosy w ko­lo­rze śliwki wy­róż­niały ją z tłumu. Nic dziw­nego, że wpa­dła w oko mo­jemu bratu. Cał­ko­wi­cie róż­niła się od la­sek, które na co dzień pie­przył.

Z za­my­śle­nia wy­rwał mnie Le­onardo, który stwier­dził, że idzie szu­kać to­a­lety. Mógł mi my­dlić oczy, ale i tak go przej­rza­łem. Do­kład­nie wie­dzia­łem, do­kąd po­szedł.

Szlag! Żeby tylko nie wy­ni­kła z tego ja­kaś afera.

Kiedy Va­len­tina rów­nież wstała od stołu, po­dą­ży­łem za nią, ma­jąc na­dzieję, że uda nam się po­roz­ma­wiać. Wsze­dłem na ta­ras, a z głębi domu do­tarły do mnie od­głosy kłótni.

- Ale co ci szko­dzi, kotku? - za­py­tał mę­ski głos.

- Je­steś stuk­nięty albo głupi, skoro mnie za­cze­piasz! Ży­cie ci nie­miłe? Grzecz­nie ci ra­dzę: zejdź mi z drogi, bo nie będę po­wta­rzać! - syk­nęła wku­rzona dziew­czyna.

Ru­szy­łem w kie­runku kłó­cą­cej się pary. Może i mor­do­wa­łem z zimną krwią, ale ni­gdy nie pod­nio­słem ręki na ko­bietę. Matka wpo­iła mi sza­cu­nek do płci pięk­nej; brzy­dzi­łem się prze­mocą wo­bec ko­biet, a tym bar­dziej zmu­sza­niem ich do seksu.

- Lu­bię ta­kie ostre lalki! Obie­cuję, że bę­dzie ci przy­jem­nie! - na­ma­wiał ją upar­cie ten du­reń.

- Wszy­scy Fran­cuzi to tacy de­bile? Ro­zu­miem, że nie od­pu­ścisz? No cóż, nie po­zo­sta­wi­łeś mi wy­boru.

Usły­sza­łem gło­śny, pe­łen za­sko­cze­nia jęk męż­czy­zny i coś na kształt pła­czu. Ja­kieś kwi­le­nie.

Co on jej zro­bił?

Przy­śpie­szy­łem kroku, a gdy wy­sze­dłem zza rogu, zo­ba­czy­łem nie­co­dzienny wi­dok: fa­cet klę­czał, trzy­ma­jąc się za nos, a przez palce prze­cie­kała mu krew. Va­len­tina na­to­miast stała nad nim i wła­śnie wyj­mo­wała te­le­fon z to­rebki.

Kurwa!

Nie spo­dzie­wa­łem się cze­goś ta­kiego.

- Chyba już nie po­trze­bu­jesz po­mocy? - zwró­ci­łem się do Va­len­tiny, zdra­dza­jąc swoją obec­ność.

- Mnie py­tasz? - sap­nęła po­iry­to­wana. - Obej­dzie się. Do­sko­nale so­bie po­ra­dzi­łam.

- Tak, wła­śnie wi­dzę. - Wska­za­łem na nie­zna­jo­mego.

Va­len­tina z bli­ska wy­glą­dała jesz­cze ko­rzyst­niej, a za­ru­mie­nione po­liczki tylko do­da­wały jej uroku.

- Trzy­krot­nie sta­ra­łam się go prze­ko­nać, że nie je­stem za­in­te­re­so­wana jego hojną ofertą, ale nie­stety nie zro­zu­miał. - Mru­gnęła do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo, a po upły­wie kilku se­kund ru­szyła w moim kie­runku, żeby wró­cić na przy­ję­cie.

Mu­sia­łem wy­ko­rzy­stać oka­zję, że by­li­śmy sami, oczy­wi­ście nie li­cząc klę­czą­cego i ję­czą­cego dur­nia. Za­stą­pi­łem jej drogę, a se­kundę póź­niej wy­cią­gną­łem rękę do nie­obli­czal­nej ko­biety, któ­rej bru­tal­ność i sa­mo­dziel­ność były godne po­dziwu i rów­nie mocno pod­nie­ca­jące.

- Lo­renzo De­luzzo. - Wpa­try­wa­łem się w naj­bar­dziej nie­sa­mo­wite zie­lone oczy, ja­kie do tej pory wi­dzia­łem.

- Va­len­tina Kar­tov. - Chwy­ciła sta­now­czo moją wy­cią­gniętą dłoń.

Mię­dzy nami prze­sko­czył dziwny ła­du­nek elek­tryczny.

- Księż­niczko? Wszystko w po­rządku? - Usły­sza­łem twardy, lekko za­nie­po­ko­jony głos za ple­cami.

Od­wró­ci­łem się i sta­ną­łem twa­rzą w twarz z po­staw­nym bro­da­czem, któ­rego wi­dzia­łem z Va­len­tiną w ka­wiarni. To pew­nie jej ochro­niarz.

- Tak, An­ton. Mia­łam ma­lutki pro­blem, ale już so­bie po­ra­dzi­łam. Do zo­ba­cze­nia - rzu­ciła spo­koj­nie, za­nim mnie wy­mi­nęła, zo­sta­wia­jąc po so­bie znie­wa­la­jąco in­try­gu­jący za­pach.

Z chwi­lo­wego za­wie­sze­nia wy­rwał mnie kwi­lący z bólu fa­cet, któ­rego za­krwa­wione ko­szula i spodnie po­zwo­liły mi przy­pusz­czać, że Va­len­tina naj­praw­do­po­dob­niej zła­mała mu nos.

Za­dzwo­ni­łem do Sa­we­ria, żeby przy­słał dwóch lu­dzi. Na­przy­krza­jący się Va­len­ti­nie gość we­selny zo­stał nie­po­strze­że­nie wy­pro­wa­dzony z re­zy­den­cji i za­wie­ziony do szpi­tala. Nie zna­łem go, ale mar­twi­łem się, że mógłby wy­wo­łać ja­kieś nie­po­trzebne za­mie­sza­nie na we­selu.

Gdy wró­ci­łem do sto­lika, Le­onardo po­chy­lał się nad te­le­fo­nem i coś spraw­dzał.

- Do­tarły do mnie plotki, że twoja przy­szła żona roz­kwa­siła ko­muś nos. To prawda?

- Tak. Ten su­kin­syn był na­chalny i nie ro­zu­miał od­mowy. Przy­sze­dłem za późno, bo ina­czej nie byłby te­raz w ta­kim do­brym sta­nie.

- Jak Va­len­tina? Roz­ma­wia­łeś z nią?

- Przed­sta­wi­łem się je­dy­nie. Zja­wił się jej ochro­niarz i znik­nęła.

- No nic. Na­pijmy się, bra­cie. - Nie cze­kał na od­po­wiedź, tylko się­gnął po bu­telkę.