Karpacki jeleń
W Bieszczady jeździłem już w ogólniaku. Nie potrafię wyjaśnić fascynacji
tymi górami. Z jednej strony niepowtarzalna przyroda i przestrzeń, z drugiej niezwykli ludzie. Trafiłem tam trochę przypadkiem. W małej
miejscowości Smerek tuż obok Wetliny mieszkała Ela. Jej mąż wypalał
węgiel drzewny, a ja miałem idealną bazę wypadową na górskie wycieczki.
W tamtych czasach Bieszczady nie były popularnym kierunkiem weekendowych
wyjazdów: drogi kiepskie, a we wrześniu żadnych turystów. Jeśli miało
się szczęście i nie padał deszcz, człowiek przenosił się do
przyrodniczego raju. Wszystko skąpane w złotych kolorach wszechobecnych
buków, które jesienią przepięknie się wybarwiały. Chodząc mniej
popularnymi szlakami, można było przez cały dzień nikogo nie spotkać. Na
połoninach trafiali się pojedynczy ludzie, głównie studenci, którzy
jeszcze mieli wakacje. W dodatku trudny teren sprzyjał dzikim
zwierzętom. Właśnie tam mogłem nauczyć się tropienia wilków,
rozpoznawania głosów orzechówek i puszczyków uralskich.
Mieszkałem, a właściwie spałem, w stodole na sianie. Trzeba było wejść
po drabinie, bo na dole rezydowała kobyła. Koń w tamtych warunkach był
jedynym niezawodnym środkiem transportu i przyjacielem jednocześnie.
Teraz zachwycamy się samochodami, które próbują poruszać się
autonomicznie. Kobyła bez specjalnego oprogramowania potrafiła to sama z siebie. Nie trzeba było nią kierować czy sterować. Znała każdy odcinek
drogi, wiedziała, gdzie pójść, by dotrzeć do celu. Wracała bezpiecznie
do domu, wioząc śpiącego woźnicę.
Czas w Bieszczadach płynął w innym, znacznie wolniejszym tempie. Dzień
wypełniała praca, odpoczynek i długie wieczorne rozmowy przy stole pod
świerkiem. Gdy szedłem spać, nocą coś chodziło po belkach. Czasem
drapało, a niekiedy docierały do moich uszu ciche piski, a właściwie
dźwięki przypominające chrząknięcia. Oczywiście kobyła poniżej też nie
była cicho. Jak to koń, potrzebowała znacznie mniej snu niż ludzie. Gdy
chciałem sprawdzić, co tak hałasuje i włączałem latarkę, głosy cichły,
jakby zwierzę zapadało się pod ziemię. W końcu zrozumiałem. Cokolwiek to
było, musiało mieć doskonały wzrok. Gdy się budziłem i szukałem latarki,
ono widziało mój ruch i uciekało, zanim się ogarniałem. Następnej nocy
pożyczyłem latarkę na płaską baterię, która miała pętelkę ze sznurka do
przełożenia ręki. Nie wiem, czy był to bieszczadzki patent, by jej nie
gubić, gdy noga ślizgała się na glinie, ale to proste rozwiązanie
pozwalało mi ją mieć zawsze w zasięgu.
W nocy obudził mnie szelest i ciche tupanie. Starałem się leżeć bez
ruchu, nawet oczu gwałtownie nie otwierałem, ponieważ zwierzęta
doskonale zdają sobie sprawę z tego, że kto ma otwarte oczy, ten nie
śpi. Wiem to, ponieważ nie potrafię odmówić psu spania ze mną w łóżku.
Mogę się przekręcać na bok czy wykonywać inne ruchy, a pies nie będzie
reagował. Ale gdy tylko otworzę oko, natychmiast zostaję powitany i wylizany. Otwarcie oka jest jednoznacznym sygnałem, działa jak komenda
"liż go!".
Podobnie myślą dzikie zwierzęta. Małe lisy są ciekawskie i bojaźliwe
jednocześnie. Siedząc w pobliżu nory, nie można wykonać żadnego ruchu.
Zaintrygowane potrafią podejść bardzo blisko. Trzeba pamiętać, by mieć
zmrużone oczy, bo szeroko otwarte płoszą szczenięta równie skutecznie
jak ruch ręką.
Wiedząc to, nie podnosiłem gwałtownie powiek, gdy obudził mnie nocny
hałas. Powolutku odszukałem latarkę, która leżała kilka centymetrów od
moich palców zagrzebana w sianie. Bardzo ostrożnie obróciłem ją, by
przełącznik znalazł się pod kciukiem, a odbłyśnik świecił prosto w górę.
Wciąż nie otwierałem szeroko oczu, by nie spłoszyć nocnego intruza. W końcu nacisnąłem na plastikowy guzik i na poddaszu zrobiło się jasno.
Nawet dla moich oczu to światło było za bardzo intensywne. Zobaczyłem na
belce tuż nad głową wpatrującego się we mnie szczura. Odruchowo
odsunąłem się, wydając z siebie dziwny głos, który mogę zapisać jako:
"bbbbeeee!". Zwierzę obróciło się szybko i uciekło, biegnąc po belce.
Miało jednak "nieszczurzy" ogon. Nie był on pozbawiony włosów, lecz
wręcz przeciwnie - przypominał puchaty ogon wiewiórki, tyle że szary.
Opowiedziałem Karolowi historię, która przydarzyła mi się w nocy. On od
razu w moim opisie rozpoznał popielicę. Słyszałem o tych gryzoniach, ale
nigdy przedtem popielicy nie widziałem. Dowiedziałem się, że są to
łagodne i bardzo przyjazne zwierzęta. Przypominają wiewiórki, lecz
prowadzą typowo nocny tryb życia. Łatwo je przekupić orzechami
laskowymi.
Na kolejną noc przygotowałem się już lepiej. Poszedłem do lasu i zerwałem garść orzechów laskowych. W Bieszczadach nie jest to żaden
wyczyn. Wszędzie rosną leszczyny, a żyzna gleba i rzęsiste deszcze
zapewniają obfite owocowanie. Każdy z orzechów starannie rozłupałem.
Część zjadłem sam, a część schowałem do plecaka. Przed nocą położyłem
dwa obrane orzechy na poprzecznej belce podtrzymującej konstrukcję
dachu. Zapach musiał być bardzo intensywny i kuszący.
Jeszcze zanim zapadła głęboka noc, w rogu sklepienia pojawiła się pierwsza popielica
Jeszcze zanim zapadła głęboka noc, w rogu sklepienia pojawiła się
pierwsza popielica. Podbiegła prosto do pokarmu, wzięła go w łapki
zupełnie jak wiewiórka i zaczęła jeść. Po chwili pojawiła się druga i trzecia. Dwie ostatnie były zapewne tegorocznymi młodymi, ponieważ nie
dorównywały wielkością pierwszej popielicy. Młodym został już tylko
jeden orzech. Zaczęły kłócić się o zdobycz, wydając odgłosy, które
słyszałem dotąd w ciemności. Jedna z nich chwyciła smakołyk i uciekła w róg dachu, druga niezwłocznie podążyła za nią.
Zrobiło mi się żal tej, dla której zabrakło orzeszka. Wyprostowałem się
i sięgnąłem do kieszeni plecaka. Popielice zniknęły, gdy tyko się
poruszyłem. Wyjąłem kilka obranych orzechów i położyłem je na belce.
Zaświeciłem też latarkę, by nieco lepiej przyjrzeć się nocnym gościom.
Gdy kładłem pokarm, dostrzegłem wpatrujące się we mnie ciemne oczy. Jak
tylko cofnąłem dłoń, popielica zaczęła biec w moją stronę. Nie zdążyłem
nawet usiąść, więc stałem nieruchomo jak słup soli. Zwierzę podbiegło do
orzechów, a za nim kolejne trzy mniejsze. Były dokładnie na wysokości
mojego wzroku, zaledwie pół metra od moich szeroko otwartych oczu.
Już następnego dnia mogłem je pogłaskać, a właściwie sprawdzić, jak
miękkie i puszyste jest ich futerko. One też wyraźnie przyzwyczaiły się
do mojej obecności. Nie uciekały, nawet bawiły się, ignorując moją
obecność. Były kompletnie pozbawione agresji. Nawet podczas zabawy nie
udawały walki, tylko goniły się i wygłupiały. Nauczyłem się ich głosów,
choć nie potrafiłem ich naśladować. Do końca mojego pobytu przychodziły
co noc.
W tym czasie zdarzały się już przymrozki. Gdy tylko znikały chmury,
momentalnie pojawiał się szron. Koło stodółki nie było gęstego lasu,
myślę, że popielice wybrały sobie właśnie to miejsce na przezimowanie.
Zapadają one w długi sen zimowy i potrzebują bezpiecznego schronienia na
ten czas.
Z mojej stodoły rozpościerał się piękny widok. Domy zazwyczaj budowano w dolinach. Ten był wzniesiony znacznie wyżej niż wszystkie. Utrudniało to
życie rodziny, lecz niedogodności rekompensowała panorama gór. Wspaniały
widok każdego dnia.
Niedaleko gospodarstwa płynęła rzeka Wetlina. Wąska kładka przerzucona
przez jej nurt opierała się na dwóch potężnych świerkowych pniach. By
przedostać się samochodem na drugą stronę, należało wjechać do wody. W tym miejscu dno koryta było stosunkowo płaskie, ale dość szerokie. Po
każdej ulewie niestety w wodzie pojawiały się wielkie kamienie w miejscach, gdzie ich do tej pory nie było. Kobyła doskonale wiedziała,
którędy można przeciągnąć wóz. Gdy woda była zbyt wartka, odmawiała
przeprawy, wybierając lepszy wariant. Robiła to wiele razy i doskonale
znała swoje ograniczenia.
Po drugiej stronie rzeki, w jej zakolu, stały retorty. Wyglądały jak
stalowe jurty z kilkoma kominami. Drzwi przypominały wejście do
bankowego skarbca. Retorty służyły do wypalania węgla drzewnego.
Zastąpiły mielerze - ostatni z nich miałem jeszcze okazję zobaczyć. Sam
sposób pozyskiwania węgla drzewnego nie zmienił się od czasu
wynalezienia żelaza. Polegał na kontrolowanym spalaniu drewna, żeby
odparowało wszystko, prócz czystego węgla. Mielerze były rowami
wykopanymi w ziemi, w których ściśle układano drewno. Całość przykrywano
sklepieniem zrobionym z gliny i ziemi, a następnie podpalano. U góry
pozostawione były specjalne otwory, którymi uwalniały się dym i para
wodna. Kiedy smuga zmieniała kolor z białego na jasny i przejrzysty,
zatykano starannie wszystkie otwory. Po tygodniu, gdy żar wygasł, można
było wydobyć węgiel. Na takiej samej zasadzie działały stalowe retorty.
Umożliwiały szybszą, bardziej wydajną i bezpieczniejszą pracę.
Do rzeki wpadał potok. Wypływał on prawie z samego wierzchołka góry
Smerek. Zapakowałem plecak i postanowiłem wejść na szczyt nietypową
drogą w górę strumienia. Wziąłem aparat Zenit, pierścienie pośrednie do
zdjęć makro i wyruszyłem na poszukiwanie salamandry plamistej, którą
Karol widział tam kilka dni wcześniej. Nazwa tego największego
ogoniastego płaza wywodzi się z języka perskiego i oznacza zwierzę
żyjące w ogniu. Mit ten jest silnie zakorzeniony, ponieważ nawet na
fladze Torunia od pięciuset lat widnieje salamandra w płomieniach.
Wcześniej tylko raz widziałem salamandrę. Co roku jeździłem na wakacje w góry do rodzinnej miejscowości mojego ojca. Pomiędzy pastwiskiem a lasem
płynął mały potok. Tam właśnie pod liśćmi łopianu znalazłem zagadkowe
zwierzę. Nie wiedziałem wtedy, że salamandry bronią się, wydzielając z gruczołów trujący jad. To najpiękniej pachnąca trucizna świata, czego
doświadczyłem osobiście, kiedy chciałem złapać to prześliczne zwierzę -
moja ręka miała słodkawy waniliowy zapach. Dowiedziałem się, jak pachnie
jad, którym płaz broni się przed pożarciem. Nie wiem, czy to dobra
strategia, bo mi wanilia kojarzy się z rzeczami, które chętnie zjadam:
lodami waniliowymi lub budyniem. Byłem bardzo łakomym dzieckiem lubiącym
eksperymenty, dlatego dotknąłem językiem ręki, by sprawdzić, czy tak
samo dobrze smakuje jak pachnie. Niestety, ogromnie się rozczarowałem.
Niczego bardziej gorzkiego mój język do tamtej pory nie poznał. Długie
moczenie go w wodzie i wycieranie piaskiem na niewiele się zdało.
Poznałem to, czego przede mną nauczyło się wiele lisów i borsuków. Nie
dotyka się salamandry!
Nie jest łatwo spotkać salamandrę, ponieważ zwierzę to prowadzi nocny
tryb życia. Za dnia chowa się w różnych kryjówkach. Może to być
spróchniały pień drzewa albo liść łopianu. Czasem wciska się do
specjalnie przygotowanej norki. Jednak najchętniej przebywa w pobliżu
rzeczek płynących przez bukowy las. Dlatego właśnie chciałem iść
brzegiem w górę strumienia z samego rana. Po deszczu, kiedy jest
pochmurno, istniała największa szansa, by spotkać salamandrę za dnia.
Już po godzinie wspinaczki żałowałem tej decyzji. Brzeg potoku nie był
łatwą drogą, stawał się prawdziwym torem przeszkód. Czasem przypominał
wąską rynnę, którą wartko płynęła woda. W poprzek tarasowały go powalone
drzewa i gałęzie. Nie sposób było iść. Ale uważałem, że właśnie tylko
tam mogę liczyć na spotkanie czarno-żółtego płaza. Zaglądałem pod
liście, kamienie, badałem też inne potencjalne kryjówki. Wszystko na
nic. Sprawę utrudniały pierwsze opadłe liście. Może było już za zimno
dla zmiennocieplnego zwierzęcia? Niestety, mimo starań nie znalazłem
salamandry.
Zrobiłem kilka ciekawych zdjęć makro owadom, które korzystały z bujnej
roślinności. W końcu doszedłem do miejsca, gdzie las wyraźnie stawał się
bardziej przejrzysty. Potok płynął teraz bezpośrednio po skałach. W poprzek stoku zauważyłem wydeptane przez zwierzęta ścieżki. Przekraczały
one strumień i biegły gdzieś dalej w las. Bałem się nimi podążać, by nie
zabłądzić w nieznanym terenie. Szedłem konsekwentnie w górę.
W pewnej chwili zobaczyłem tarasujące drogę drzewo. Leżało w poprzek
strumienia, a tuż pod nim była wydeptana ścieżka. Wymarzone miejsce na
zasadzkę dla rysia. Mógł przecież przysiąść na pniu i z góry rzucić się
na przechodzącego jelenia. Usiad-łem, by chwilę odpocząć. Wyjąłem
kanapkę z bryndzą i zjadłem ją z apetytem.
Szybko schowałem się za drzewo, jedyną osłonę,
jaką miałem w pobliżu. Ścieżką biegła łania z cielęciem
Choć nadszedł już czas rykowiska, nie słyszałem ryków jeleni za dnia.
Nocą też odzywały się tylko pojedyncze osobniki. Teraz wsłuchiwałem się
w las i nie słyszałem niczego prócz szumu wiatru w koronach drzew nad
moją głową. Co pewien czas skrzeczały orzechówki. Nic się nie działo.
Wstałem, by wyruszyć dalej, gdy kątem oka dostrzegłem jakiś ruch daleko
z lewej strony. Szybko schowałem się za drzewo, jedyną osłonę, jaką
miałem w pobliżu. Ścieżką biegła łania z cielęciem. Nie spieszyła się,
czyli nic jej nie spłoszyło. Po chwili zatrzymała się i zaczęła szukać
czegoś na ziemi pod drzewem. Pewnie rósł tam buk, z którego spadały
bukowe orzeszki. Ten rok nie należał do roku nasiennego i drzewa miały
bardzo niewiele nasion, lecz niektóre osobniki były obsypane
przypominającymi małe jeże pojemnikami na nasiona. Podłużne, pokryte
brązową skórką orzeszki musiały być bardzo smaczne. Łania co chwilę
podnosiła głowę i spoglądała w stronę, z której przyszła. Cielę ufało
matce i nie przerywało jedzenia nawet na chwilę.
Po kilku minutach nadbiegły następne łanie z cielętami, choć był wśród
nich jeden szpicer. To byczek, któremu wyrosło pierwsze w życiu poroże.
Nigdy w życiu nie widziałem tak okazałego pierwszego poroża. Było
przynajmniej dwa razy wyższe niż uszy, pałąkowato wygięte z lekkimi
zgrubieniami na końcach. Samice też wydawały się jakby większe,
masywniejsze od tych, które widywałem koło mojego domu. Grupka
zatrzymała się pod bukiem, lecz po chwili najważniejsza łania, licówka,
ruszyła w moją stronę.
Stada jeleni zwane chmarami prowadzi zawsze łania z cielęciem. Nie wiem,
jaką metodą jest wybierana przez pozostałe jelenie, ale cieszy się
największym szacunkiem w grupie. Wszystkie inne, włącznie z bykiem,
zdają się na jej doświadczenie i wrażliwość. Posiadanie cielęcia jest
kluczowym warunkiem jej pozycji. Jeśli w danym roku licówka nie będzie
miała dziecka, to traci stanowisko przewodnika stada na rzecz innej, być
może mniej doświadczonej, ale z cielęciem. Ma to głębokie uzasadnienie i świadczy o wielkiej miłości i trosce, jaką łanie darzą swoje potomstwo.
Tylko niepokój o dziecko jest w stanie wyostrzyć zmysły matki, by
skutecznie uniknąć niebezpieczeństw. Matka nie ryzykuje, przedkłada
dobro dziecka nad wszelkie smakołyki świata. Chroni je, jak może, a najlepszą ochroną jest ostrożność i unikanie niebezpieczeństw.
Prowadzone przez licówkę jelenie wolno biegły wprost w moim kierunku.
Domyśliłem się, że za chwilę znajdą się na ścieżce pomiędzy mną a zwalonym drzewem. Wtedy będę miał okazję zrobić świetne zdjęcie z bardzo
bliska. Miałem tylko standardowy obiektyw o ogniskowej 50 milimetrów,
ale z trzech metrów mogłem uzyskać wspaniały rezultat. Przyssałem się do
drzewa, jak to tylko było możliwe i zacząłem powoli podnosić aparat do
oka. Sprawdziłem kciukiem, czy jest naciągnięta migawka i przestawiłem
przysłonę na wartość 4, a migawkę na 1/125. Wiedziałem, że mam tylko
jedną szansę, bo migawka strzelała strasznie głośno i po pierwszym
zdjęciu jelenie z pewnością ruszą do przodu z kopyta.
Naraz dostrzegłem jelenia byka. Zamykał całą stawkę, biegnąc truchtem za
łaniami. Wiele słyszałem o bykach karpackich, ale różnica pomiędzy
słyszeć a zobaczyć jest ogromna. Nigdy wcześniej nie widziałem tak
rozłożystego i wspaniałego poroża. Było idealnie symetryczne i właściwie
brak mi słów, by opisać wrażenie, jakie na mnie zrobił ten wieniec. Od
tej chwili miałem już tylko jeden cel i jedną szansę, by zrobić mu
zdjęcie. Było dobre światło, wiatr wiał z góry w dół, zwierzęta nie
mogły wyczuć mojego zapachu. Taka szansa zdarza się niezwykle rzadko.
Potężny byk dostrzegł ruch i zatrzymał się idealnie przede mną. Jakby
tego było mało, na chwilę obrócił głowę w moją stronę
Łanie przebiegły przede mną, a po chwili nadbiegł on. Przyłożyłem aparat
do oka i... niczego nie zobaczyłem. Na matówce zamiast jelenia był tylko
rozmazany obraz. Poruszyłem się dość gwałtownie, by spojrzeć, czy nie
zaparował mi obiektyw, lecz szkła okazały się czyste. Potężny byk
dostrzegł ruch i zatrzymał się idealnie przede mną. Jakby tego było
mało, na chwilę obrócił głowę w moją stronę. Nigdy nie zapomnę tego
obrazu. Jeszcze raz przyłożyłem oko do wizjera, próbując nastawić
ostrość. Nadal nic nie widziałem. Jeleń zdał sobie sprawę z istniejącego
niebezpieczeństwa. Spotkał człowieka, istotę najbardziej przerażającą ze
wszystkich ziemskich stworzeń. Z miejsca wybił się w górę. Skok wykonał
z taką lekkością i łatwością, jakby on i jego poroże nic nie ważyły. W tej sekundzie nie obowiązywały go prawa fizyki, poleciał wysoko w górę,
przeskakując strumyk i niknąc za wzniesieniem.
Stałem jeszcze przez chwilę w bezruchu. Ręce i nogi dygotały mi jak
galareta. Nie wiedziałem, co się stało, dlaczego zmarnowałem taką
wyśmienitą okazję. Chciało mi się płakać. Spojrzałem na aparat i zrozumiałem swój błąd. Fotografując owady, przykręciłem pomiędzy
obiektyw i aparat pierścień pośredni o grubości 25 milimetrów. Był to
tani sposób zrobienia z normalnego obiektywu urządzenia do
makrofotografii. Można było dzięki temu robić zdjęcia z bardzo bliskiej
odległości, ale traciło się możliwość fotografowania wszystkiego, co
znajdowało się dalej niż pół metra od obiektywu. Po zrobieniu kilku
zdjęć, zapomniałem wykręcić pierścień, dlatego nic nie widziałem na
matówce i zmarnowałem taką okazję! W jednej chwili mój fotograficzny
świat legł w gruzach. Już nie szedłem na szczyt Smereka, tylko
zawróciłem jak zbity pies.
Karol poradził mi, by następnego dnia pójść szlakiem w stronę słowackiej
granicy, bo tam podobno pięknie ryczą jelenie. Moim celem była Riaba
Skała, a jeśli usłyszę intensywne rykowisko, to mogę skręcić w kierunku
Moczarnego. Powstał tylko jeden problem. Najlepiej być już o świcie
wysoko w górach. Musiałbym przejść wiele kilometrów w trudnym terenie.
Nie miałem też żadnej wiedzy, gdzie, a właściwie na jakiej wysokości,
można spotkać jelenie o tej porze roku. Jedyną wskazówką były buki. Na
własne oczy widziałem, jak bardzo ich nasiona smakują jeleniom.
Niestety, buki rosły dosłownie wszędzie.
Jednak się nie poddałem i z wielkim entuzjazmem wstałem o drugiej w nocy, jeszcze zanim zadzwonił budzik. Miałem latarkę i zapas dodatkowych
baterii. W tamtym czasie nie było energooszczędnych żarówek LED, tylko
takie pobierające masę prądu z bardzo kiepskich baterii. Latarka
świeciła nie dłużej niż godzinę. Nie wiedziałem zupełnie, kiedy wrócę,
może trzeba będzie zostać do wieczora i wracać w ciemności. Dlatego
oszczędzałem światło, jak tyko mogłem.
Gdy wyszedłem ze stodółki, wokół panowała nieprzenikniona ciemność. W pobliżu nie było przecież latarni ulicznych, wielkich miast i żadne
światło nie zakłócało idealnej czerni. Chmury szczelnie zasłaniały
niebo, zaczęła siąpić mżawka. Nie są to najlepsze warunki dla rykowiska,
ale pogoda, zwłaszcza w górach, może się szybko zmienić. Idąc drogą,
włączałem latarkę na sekundę, po czym szedłem dziesięć kroków i znów
błyskałem światłem. Na asfaltowej szerokiej drodze ta strategia się
sprawdzała. Gorzej, gdy wszedłem na mokry, gliniasty i bardzo śliski
szlak. Musiałem oświetlać drogę bez przerwy. Byłem nieco zaniepokojony,
bo słyszałem szczekanie psów w wioskach, a w górach nie odezwał się
żaden jeleń. Niezrażony szedłem dalej w górę.
Po niespełna godzinie latarka zgasła. Musiałem wymienić baterie. Okazało
się to dość trudne w zupełnej ciemności. W końcu się udało. Nowe baterie
kupione w przydrożnym sklepie musiały być lekko używane, bo wystarczyły
zaledwie na piętnaście minut. Kupiłem je wprost z kartonu, ale podobno
była to częsta praktyka sprzedawania turystom "przetestowanych
egzemplarzy". Utknąłem w mroku i nie pozostało mi nic innego, tylko
czekać, aż się przejaśni.
W ciszy usłyszałem pierwsze ryki w dolinie po lewej stronie. W górach
bardzo trudno jest określić odległość od ryczącego jelenia. Słyszałem
też nietypowe pohukiwanie jakiejś sowy. Nigdy przedtem nie słyszałem
tego głosu. Musiał to być nowy gatunek. Starałem się zapamiętać ten
dźwięk. Kolega miał kasety z Francji z nagranymi głosami ptaków. Mogłem
spróbować rozpoznać gatunek, gdy wrócę do domu. Wkrótce zaczęło świtać,
a może moje oczy przyzwyczaiły się na tyle, abym mógł iść dalej.
Deszcz przestał padać, za to zaczęło silnie wiać. Drzewa kołysały się,
świstało w gałęziach. Zrobiło się bardzo głośno. Można znacznie zbliżyć
się do zwierzęcia, jeśli się podchodzi pod wiatr. To najważniejsza
zasada każdego podpatrywacza przyrody: idąc pod wiatr, z jednej strony
mamy większe szanse, że zwierzęta nas nie wyczują; z drugiej strony
hałas, który powodujemy, jest znacząco osłabiany i dodatkowo zagłuszany
przez szelest liści. Wiało niestety z południa, dokładnie z terenu
Słowacji. By iść pod wiatr, musiałbym przejść przez granicę. A na
obejście doliny szerokim łukiem nie miałem ani siły, ani czasu.
Nie wiem, czy to przez panującą jeszcze ciemność, czy źle stanąłem, a glina była wyjątkowo śliska, w pewnej chwili zobaczyłem czubki swoich
butów na wysokości nosa. Upadłem tak nieszczęśliwie, że przez dłuższą
chwilę nie mogłem się podnieść. Leżałem na ścieżce przez jakiś czas,
patrząc na ruszające się nade mną liście. Były to czarne kontury na tle
nieco jaśniejszego nieba.
Sprawdziłem, czy mam całe nogi. Gdy nie odkryłem żadnego złamania,
ostrożnie wstałem. Okazało się, że nie mogę się oprzeć na lewej nodze.
Skręciła mi się jakoś nieszczęśliwie w biodrze. Ten staw to mój słaby
punkt, prawdziwa pięta Achillesa. W dzieciństwie miałem operowane to
biodro kilka razy. Nigdy nie było w pełni sprawne. Teraz coś sobie
naderwałem i nie miałem pewności, czy dam radę iść.
Musiałem przerwać wycieczkę i próbować zejść tą samą drogą, którą
przyszedłem. Zanim wyruszyłem, sprawdziłem dokładnie sprzęt w plecaku.
Był tam mój cały dobytek fotograficzny. Na szczęście nic się nie
zniszczyło i wszystko wyglądało na sprawne. Znalazłem jakiś kij i,
podpierając się, powoli schodziłem śliskim szlakiem. Patrzyłem uważnie
pod nogi i ostrożnie stawiałem każdy krok. Musiałem często odpoczywać,
stojąc tylko na prawej nodze.
Przejaśniło się i widziałem dokładnie, gdzie idę. Cofnąłem się jakieś
pół kilometra i zobaczyłem dziwne tropy na ścieżce. Zrobiło mi się
gorąco, ponieważ niektóre z nich odcisnęły się na moich wcześniejszych
śladach. Oznaczało to, że zwierzę szło tuż za mną. Nie miałem
stuprocentowej pewności, ale dzisiaj już wiem, że były to tropy dwóch
wilków. Nie widziałem ich, szły za mną, gdy było jeszcze zupełnie
ciemno. Zresztą, kto ogląda się za siebie, idąc pod wiatr? Wilki musiały
zdawać sobie sprawę z mojej obecności. Poczułem się nieswojo.
Siedzący naprzeciwko mnie puszczyk
otworzył szeroko oczy ze zdumienia
Wtedy nie wiedziałem zbyt wiele o tych zwierzętach. Mieszkałem w lesie,
w którym ostatnie wilki zastrzelono w latach sześćdziesiątych. Kojarzyły
mi się z niebezpiecznymi drapieżnikami polującymi na osłabione i chore
ofiary. Dokładnie w takim stanie się znalazłem, poczułem się dziwnie.
Dziś wiem, że wilki nie atakują ludzi ani zdrowych, ani kulawych.
Większość historii o wilkach to wyssane z palca bajki bardzo krzywdzące
te zwierzęta. Jednak wtedy, od tego momentu, schodząc, często oglądałem
się za siebie.
Szedłem bardzo ostrożnie, glina w Bieszczadach jest wszechobecna. Trudno
tu o piasek, za to w miękkiej glinie tropy odciskają się doskonale.
Kuśtykając, uczyłem się tropów, jakbym czytał książkę. W końcu
zobaczyłem, w którym miejscu obydwa wilki weszły na szlak. Nie była to
żadna ścieżka zwierząt, ale pojawiły się w miejscu, gdzie strumień
przecinał szlak. Nie wiedziałem, czy szły specjalnie za mną, czy jedynie
wykorzystywały wygodną drogę. Żałowałem tylko, że nie udało mi się ich
zobaczyć.
W pewnym momencie, gdy się obróciłem, kątem oka dostrzeg-łem ruch. Coś
szarego mignęło pomiędzy gałęziami. Znieruchomiałem i zobaczyłem
wielkiego ptaka siedzącego na bukowej gałęzi. Nie zauważyłem go, gdy
przechodziłem blisko, bo całą swą uwagę skupiłem na wilczych tropach.
Nigdy wcześniej nie widziałem takiej sowy. W pamięci zrobiłem szybką
eliminację, przypominając sobie wszystkie gatunki sów żyjących w Polsce.
Najbardziej pasował mi puszczyk uralski. Zaledwie kilka metrów od
pierwszego siedział drugi zasłonięty przez pień drzewa. Wyraźnie
patrzyły w moją stronę, choć oczy miały zmrużone i wyglądały na
niezaciekawione moją obecnością.
Powoli zdjąłem plecak. Odkręciłem obiektyw standardowy od mojego Zenita
i ostrożnie zamontowałem najlepszy teleobiektyw, którym dysponowałem.
Był to Sonnar o ogniskowej 180 milimetrów i świetle 2.8. Musiałem to
robić bardzo ostrożnie, bo gwint M 42, który łączył obydwie części,
wydawał osobliwe dźwięki podczas dokręcania. Nie udało mi się i usłyszałem dziwne skrzypnięcie. Choć było bardzo ciche, siedzący
naprzeciwko mnie puszczyk otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Wyglądał
jeszcze piękniej.
Chciałem naciągnąć migawkę, ale dźwignia się nie poruszyła. Zasadą było
niezostawianie aparatu z naciągniętą migawką, bo według podręcznika
fotografa mogło to skutkować osłabieniem głównej sprężyny. Spróbowałem
raz jeszcze przesunąć dźwignię. W końcu przyłożyłem aparat do oka i nastawiłem ostrość. Naciśnięcie spustu migawki nic nie dało, kompletnie
nic. Najwyraźniej podczas upadku coś się zablokowało i aparat zwyczajnie
nie działał. Miałem zrobionych tylko kilka zdjęć na filmie o trzydziestu
sześciu klatkach. Próbowałem wszelkich metod, w tym tej najbardziej
wyszukanej polegającej na uderzeniach pięścią w metalowy korpus. I nic.
Mogłem jeszcze zwinąć film i założyć nowy, licząc, że to coś pomoże. Nic
nie działało, nie byłem nawet w stanie zwinąć błony fotograficznej
ponownie na rolkę. Sowy siedziały na gałęzi z coraz szerzej otwartymi
oczami i przyglądały się, jak się miotam.
Wreszcie dałem za wygraną. Pechowy wyjazd, pomyślałem. Już nawet tak
bardzo nie żałowałem utraconego zdjęcia jelenia, bo puszczyki uralskie
to było COŚ! Miałbym dowód, że je spotkałem i większą pewność
prawidłowego rozpoznania gatunku. Nic mi innego nie pozostało, jak
dłużej poobserwować te sowy. Wpatrywałem się w nie, ile tylko chciałem,
starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Sowy w końcu zamknęły
oczy i postanowiły się przespać, a ja powoli i ostrożnie kontynuowałem
zejście. W końcu, po wielu godzinach, szczęśliwie dotarłem do Smereka.
Ból nogi mi trochę odpuścił, był już do zniesienia. Po powrocie do domu
sprawdziłem w atlasie ptaków, że faktycznie miałem szczęście spotkać
parę puszczyków uralskich.
Nadszedł czas mojego wyjazdu. Zbliżał się październik i miałem pierwszy
zjazd na uczelni. Do pozostania nie zachęcały także prognozy pogody,
które mówiły o nadciągających obfitych opadach deszczu ze śniegiem. Nie
miałem sprawnego aparatu i niepokoiło mnie, czy uda się go naprawić. Nie
pozostało mi nic innego, jak spakować się i wrócić do domu.
Był ogromny i jako dorosły kot przypominał żbika
W domu Eli okociła się kotka. Trzy kocięta były już całkiem wyrośnięte.
Samo zajście w ciążę kotki było dość zagadkowe. W pobliżu nie było
żadnych innych domów, a tym bardziej kotów. Wszystkie koteczki były
śliczne, zdrowe i pełne energii. Jeden z maluchów od początku zwrócił
moją uwagę. Był wyraźnie większy i miał nieproporcjonalnie krótki ogon
oraz gęste, pręgowane futro. Oprócz tego widać było w nim jakąś dumę i dzikość w oczach. Gdy się pakowałem, Ela namawiała mnie, bym zabrał go
ze sobą. Nie chciałem się zgodzić, ponieważ przyjechałem autobusami i pociągami, a podróż z kotem byłaby ciężkim doświadczeniem zarówno dla
mnie, jak i dla kota. Jednak nim się obejrzałem, dostałem związany
sznurkiem kartonik.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki