Swingująco z prowincji do stolicy
Czy dowcip wyniósł pan z rodzinnego domu?
Nasiąkałem powiedzonkami i świetnymi komentarzami taty. Franciszek Łazuka, mój ojciec, ten to miał skróty. Jak coś skontrował, to połowa towarzystwa musiała wyjść, reszta się wstydziła. Tata był szczery do bólu. Jego dowcip nie wynikał ani z edukacji, ani z kąśliwego charakteru, bo to był bardzo dobry człowiek, wszyscy tak do dziś go wspominają. Tata dowcip miał z natury, bo w ogóle z naturą był mocno zakolegowany. Nigdy nie ruszył się z naszej wsi, z Dąbrowicy położonej siedem kilometrów od Lublina. Tata za pracą za bardzo nie przepadał. On był inżynier rolnik i wolał decydować, dysponować, pomagać. Efekty przychodziły dość łatwo, bo w naszych stronach ziemia jest lessowa, świetnej klasy.
Artystycznych wzlotów u nas w rodzinie nie było. Pamiętam jedynie, że jak z tatą chodziliśmy gdzieś razem, to śpiewał mi legionowe piosenki. Ułani, wszystkie te strofy Piłsudskiego.
Mama, Wanda Łazuka, związana była ze służbą zdrowia, a umarła nagle, nie była w stanie sama sobie pomóc mimo wiedzy medycznej. Nie zmyślała historii tak jak tata, ale lubiła się śmiać. Była jak anioł. Niesłychanie pomocna, niekrępująca jednocześnie. Dobra, wybaczająca, wielkoduszna. Na pogrzebie nie dałem rady, jak jedna sąsiadka powiedziała, że mama zawsze przy sobie miała koszyk dobroci.
Rodzice rozwiedli się, kiedy miałem trzy lata. Tata miał jeszcze jedynaczkę, moją siostrę Elżbietę, najukochańszą osobę pod słońcem. A dla mamy pozostałem jedynakiem.
U mnie w rodzinie byli albo inżynierowie, albo adwokaci. I ja byłem szykowany na prawnika albo inżyniera. A jak się towarzystwo dowiedziało, że idę do szkoły teatralnej, to byli tacy, co się na nas w rodzinie poobrażali, przestali gadać. Bo im się aktorstwo kojarzyło z komediantami, trupą molierowską, która jeździ od miasta do miasta, zawszona i przymiera głodem.
Ale ja postawiłem na swoim. Nie było dyskusji. Od małego taki byłem. Jak nie zwracano na mnie uwagi, to podobno waliłem pięścią w stół i pytałem: "Kto tu łondzi?". "Łondzi", czyli rządzi, jakby ktoś się nie domyślił. I zaraz sam sobie i wszystkim wokół odpowiadałem: "Bobo łondzi!". "Łondzi, łondzi...". Taki byłem! Przydomek "Bobo" sam sobie wymyśliłem i tak zostało na całe dzieciństwo. "Łondzi" miałem w oczach. Do tego proszę sobie mnie wyobrazić jako pacholę w furażerce i poważnej marynarskiej marynarce.
Proszę rozwiać wątpliwości: Bohdan czy Bogdan?
Bohdan, Bohdan Cezary. To, że na drugie mam Cezary, uświadomiłem sobie długo po urodzeniu. Bogdan mi nie przeszkadza. Nie widzę różnicy. Mówią też do mnie Bodzio, Boguś albo "proszę pana", jak ty. Różnica między Bohdan a Bogdan tylko raz do mnie przemówiła. Dostałem wezwanie do izby skarbowej, gdzie dowiedziałem się, że w zeznaniu podatkowym występuję jako Bogdan, podczas gdy z innych - znanych urzędnikom skarbowym dokumentów - wynika, że jestem Bohdan. Po złożeniu wyjaśnień panie ze skarbówki przepraszały, ale faktycznie istnieje taki przepis, a poza tym chciały mnie poznać osobiście.
Często pan jeździ w strony rodzinne?
Czasem nie ma mnie tam rok, a czasem jestem dwa razy w miesiącu. Lubię pojechać do mamy 23 czerwca, na jej imieniny. Albo kilka dni później, byle wczesnym latem. Jest pochowana w Zakrzówku. Po tacie dostałem kawałek ojcowizny i myślę, żeby tam być może nawet osiąść albo dojeżdżać częściej. Niedaleko Krzyś Cugowski mieszka. Bo co to za problem teraz? Można i dwa razy dziennie jechać z Lublina do Warszawy. Kiedyś to była całodzienna ekskursja z Dąbrowicy do Lublina, te siedem kilometrów. Ciocie dawały na drogę butelkę lemoniady. A teraz myk.
W tym momencie mogę powiedzieć coś, co zabrzmi może kokieteryjnie, może niewiarygodnie, ale po wielu latach, niedawno, doszedłem do wniosku, że najważniejsza jest rodzina. Podświadomie pewnie tak zawsze uważałem, ale nie robiłem wiele, żeby to udowodnić, owszem, dawałem jakieś występy dla rodziny. Dopiero teraz jednak mówię o wartości rodziny i wiele chcę dla niej robić. I myślę nie tylko o najbliższej rodzinie, ale też o dalszej.
Cała moja rodzina to trzy nazwiska: Turscy, Czernasie i Łazuka. Teraz jest nas w Lublinie i w okolicach niewielu. Był stryj Józef, brat taty, znany adwokat... Pewnie dlatego wszystkie rozwody mi się udały. Jest moja przyrodnia siostra Elżbieta, jej mąż, są ich synowie, którzy na razie nie garną się do żeniaczki. I jeszcze jest ciocia Irenka. Tutaj, w Warszawie i okolicach, mieszkają moja była, ostatnia, czwarta żona Renata, są dzieci, córka Olga i syn Adam, synowa, czternastoletni wnuk. Do rodziny podchodzi się poważnie, dopiero gdy człowiek dojrzeje. Na każdego to może przyjść o innej porze życia. Ktoś ma świadomość wagi rodziny w wieku dwudziestu czterech lat, a ktoś inny, jak ja, w wieku siedemdziesięciu.
Urodził się pan w Dąbrowicy?
Nie, w Lublinie, ale w Dąbrowicy mieszkałem. Mama urodziła mnie, mając niespełna dwadzieścia lat, tata był od niej jedenaście lat starszy. Do szkoły poszedłem do Lublina. W naszej wsi szkoły nie było. To mała wioska.
Zaraz po wojnie z bratem ciotecznym Tomkiem Kowalskim biegaliśmy po wsi i szukaliśmy nabojów. Wysypywaliśmy proch i robiliśmy wybuchy. Chodziliśmy też kraść jabłka do znanego w okolicy sadownika, pana Antoniego Małka. Normalne zachowania chłopaków. Dziewczyny nie były nam jeszcze w głowie. Tomek został geografem i bardzo imponowała mi jego wiedza. Może dzięki niemu z wielką przyjemnością oglądam atlasy. W tej kategorii zdarzają się dzieła sztuki. Tomek niedawno zmarł.
Inaczej niż wielu ludzi, znanych i nieznanych, przyznaję się, że dzieciństwo spędziłem na wsi, nie wyrzuciłem z pamięci, że byłem mały, potem, że młody. Ze szkołą musiałem poczekać, aż wojna się skończy. Z mamą przeniosłem się do Lublina. Chodziłem do podstawówki numer 24 im. Partyzantów Lubelszczyzny przy ulicy prymasa Stefana Wyszyńskiego. Z domu do budy miałem blisko, ale czasami za daleko, żeby się tam wybrać. Fakt, wagarowałem. Ciągnęło mnie na stadion. Pierwszą sympatią w powszechniaku była Tereska Ćwiklińska, duża blondynka, prymuska, z czasem lekarz medycyny.
Do mojego kochanego Lublina odnoszę się z wielką sympatią, bo to najważniejsze miasto w moim życiu. To był mój pierwszy, najważniejszy azyl, tam spędziłem młodość, tam przyszły pierwsze miłości, pierwsze krnąbrne zachowania, wagary. Właśnie w Lublinie podświadomie, ale już określiła się moja droga zawodowa.
Chyba w siódmej klasie szkoły podstawowej zerwałem z Tereską i poszedłem do Zespołu Pieśni i Tańca Ziemi Lubelskiej. Na szczęście zespół istnieje do dziś. Założyła go i przez lata prowadziła Wanda Kaniorowa, dlatego członkowie zespołu mówią na siebie Kaniorowcy. Założycielka już nie żyje. Marzę o tym, żeby zorganizować spotkanie starej ekipy Kaniorowców. Pamiętam, mieliśmy kilka sekcji w zespole: muzyków, taneczna, chóralna, teatr młodego widza, do której należałem. Jako pacholę wystąpiłem też w lubelskim Teatrze im. Juliusza Osterwy w Dwóch teatrach Jerzego Szaniawskiego.
Niewiele lat minęło i doświadczenia zdobyte u Kaniorowej wykorzystałem dalej, w Gdańsku, gdzie znalazłem się w klasie maturalnej, choć wcześniej uczęszczałem do kilku szkół średnich w Lublinie. Z zespołu Kaniorowej przeniosłem do Gdańska Nowe szaty króla Andersena, gdzie grałem ministra finansów.
Wiele, wiele lat później spotkałem prawdziwego ministra finansów i przed wielką telewizyjną widownią przeszedłem z nim na ty. Mowa o Grzegorzu Kołodko. Byliśmy wraz ze Zbyszkiem Bońkiem zaproszeni do jednego wydania Bezludnej wyspy Niny Terentiew. W trakcie nagrania, już na wizji, Kołodko poprosił, żebyśmy przeszli na ty i przeprosił, że mi to proponuje, bo jest ode mnie młodszy. Przyjąłem propozycję. Regiony ekonomiczne od tamtej pory już nie są mi obce. Zapamiętałem pana ministra, to znaczy Grzesia, jako bardzo miłego człowieka. Dowiedziałem się, że jest ambitny, biega maratony, dostaje nagrody za granicą. A swoi jakoś Grzesia nie doceniają.
Dlaczego przeskoczył pan przez niemal całą Polskę, z Lublina do Gdańska?
Wylądowałem w Gdańsku, bo do nieprzeciętnych talentów artystycznych dodałem praktyczne zainteresowania sportem. Ciągnęło mnie do gdańskiej drużyny, Spójnia Gdańsk się nazywała, bardzo była dobra. Przy moim wzroście 178 centymetrów w tamtych czasach już mogłem myśleć o wielce modnym wówczas sporcie, o koszykówce. Teraz to trzeba mieć ze 190 centymetrów, a kiedyś starczyło 178, to był wysoki wzrost.
W klasie trzymałem się zwłaszcza z dwoma kolegami, razem mieszkaliśmy też w bursie. Jeden nazywał się Andrzej Konefał, szczypiornista, a drugi Kaziu Młyński, bardzo dobry bokser, wicemistrz Polski. Spotykaliśmy się w świetlicy i o wszystkim rozmawialiśmy, tylko nie o tym, co najważniejsze, to znaczy o zbliżającej się maturze. W liceum nauczyciele nie cisnęli mnie bardzo, bo zdawali sobie sprawę, że wyląduję albo w szkole muzycznej, albo w teatralnej. Matura z matematyki poszła mi słabo.
I trafił pan do szkoły muzycznej.
Ale wcześniej myślałem o tańcu, najlepiej w jakimś zespole. Startowałem w eliminacjach do grupy baletowej Państwowego Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk", ale bez powodzenia. O tej porażce opowiedziałem po latach choreografce Elwirze Kamińskiej, współzałożycielce - wraz ze Stanisławem Hadyną - zespołu "Śląsk". Pani Elwira nie uwierzyła. "To niemożliwe! Musiało mnie nie być w komisji!". A była. Potem próbowałem do Zespołu Pieśni i Tańca CRZZ ze Skolimowa, gdzie się dostałem. Kierowali nim Jadwiga Mierzejewska i Józef Wiłkomirski. Niestety, dwa tygodnie po moim angażu zespół rozwiązano, oficjalnie z powodu braku funduszy. Nie pozostawało mi nic innego, jak szukać nowej drogi, choć pozostawałem w strukturach zespołu "Lublin".
Do szkoły muzycznej w Warszawie ściągnął mnie Marian Chyżyński z Lublina, świetny trębacz. Imponował mi też inny lublinianin, Tadeusz Münch, który grał muzykę swingową. Jego kwartetu słuchałem w kawiarni Lublinianka. Poszedłem do szkoły muzycznej im. Kurpińskiego przy ulicy Wiejskiej w Warszawie i grałem na oboju. Ale tak naprawdę to chciałem grać na saksofonie. Z saksofonem mogłem się podobać kobietom, z obojem zaś niespecjalnie. Saksofon ma tylko dwie oktawy, jak obój. Ma inne zadęcie, ale to samo krycie. W końcu lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku saksofon, jazz, Frank Sinatra, kolorowe skarpetki, guma do żucia, coca-cola to były rekwizyty, które wyróżniały w socjalizmie.
Ale już na pierwszym roku studiów i obój, i saksofon wybili mi z głowy koledzy ze szkoły teatralnej. Razem mieszkaliśmy w Dziekance, w domu studenta przy Krakowskim Przedmieściu: aktorzy, muzycy, plastycy. Marian Kociniak i Andrzej Gawroński, którzy mnie polubili, mówią do mnie: "Co ty będziesz w tę rurkę dmuchał? Zgrywus jesteś. Chodź do nas". Kociniak i Gawroński wiedzieli, kto będzie w komisji egzaminacyjnej do PWST, i mnie przygotowali, ale po latach dowiedziałem się, że i tak bym zdał.
Tak czy siak, miałem na egzaminach dużo szczęścia, bo w komisji zasiedli ludzie z tak ważnym dla całej mojej egzystencji rodzajem poczucia humoru, który określę jako bliski lekkiej tonacji scherzo: profesor Kazimierz Rudzki, Hanka Bielicka - wielbicielka satyr Radocia Biernackiego, Jan Świderski, no i potem moja ukochana profesorka, która mnie hołubiła, Stanisława Perzanowska. Przewodniczącą komisji była Maria Wiercińska, dziekan, lubiła Turgieniewa, ale ta pani akurat miała średnie poczucie humoru, nieważne. Cóż to byli za ludzie! Same tuzy. Rudzki uczył intelektu, Perzanowska fachu. W szkole byłem szczególnie blisko z Ludwikiem Sempolińskim, nauczycielem stylu i dobrych manier. Nawet asystenci to była wysoka klasa: Zofia Mrozowska, Marian Dmochowski, Mietek Czechowicz, który po każdym moim powrocie z Lublina pytał, czy ulica Kołłątaja nazywa się już M. Czechowicza, na której mieszkał w latach młodości.
Czym pan przekonał do siebie komisję?
Tysiąc razy opowiadałem, opowiem tysiąc pierwszy, bo może ktoś jeszcze nie wie. Miałem odegrać zadanie pod tytułem "Pożar w domu". Kandydaci dzwonili po straż pożarną, lali wodę, szukali gaśnicy. Mieli takie oczywiste skojarzenia. A ja wyskoczyłem przez otwarte okno. Na szczęście egzamin odbywał się na parterze. Potem, dla spotęgowania wrażenia, obszedłem budynek szkoły i wróciłem po chwili do sali. Było po pożarze. Zostałem przyjęty.
Za co ukochał pan profesor Perzanowską?
Za wiedzę, mądrość, doświadczenie, poczucie humoru, za ciepły stosunek do mnie. Wychował ją Kazimierz Kamiński, a ona wychowała Juliusza Osterwę i Stefana Jaracza. Kiedyś dała mi zdjęcie Kamińskiego z dedykacją: "Mojego kochanego profesora, mojemu kochanemu uczniowi"... Mówiła do mnie: "Bohdan, skromniej, skromniej, ale zawsze od siebie. Wszystko inne przeminie...". Kieruję się jeszcze innymi jej dewizami: "Bohdan, nigdy nie dementuj! Niech umrą nieuświadomieni" oraz "Nie ma małych ról, są tylko mali aktorzy". W walce z tremą najbardziej pomagało powiedzenie pani profesor: "Płyń, barko moja!". Pytana o ocenę występu pewnego aktora odpowiedziała: "Wszystko było dobrze, ale on był taki krakowski" i już było wiadomo, o co chodzi.
W czasie studiów wylansował pan przebój.
Bal na Gnojnej ze słowami Stanisława Grzesiuka. Wiem, że wielu koleżankom bardzo podobała się moja interpretacja historii ulicy Gnojnej, na której "z szaconkiem bawimy się". Wcieliłem się w warszawiaka, chociaż ze mnie lubelak. Pod tym tytułem powstał spektakl dyplomowy, przerobiony następnie na spektakl objazdowy. A może to nie szlagier, ale ja tak podobałem się koleżankom? Nieprawdopodobnie chudy Łazuka. Początkowo, z braku pieniędzy, żywiłem się słabo. Kieszonkowe szło na dziewczyny i wino w Fukierze. Zalecała się do mnie taka drobniutka dziewczyna. Podchodziła pod akademik, pod Dziekankę przy Krakowskim Przedmieściu. Czekała z bukiecikiem fiołków. A była to Krysia Sienkiewicz, wtedy już gwiazda kabaretu Wojtka Solarza Tingiel-Tangiel. Potem spotkaliśmy się w Studenckim Teatrze Satyryków, słynnym STS-ie, gdzie Krysia była nazywana "różowym zjawiskiem", co wymyślił chyba Krzysztof Teodor Toeplitz. Po latach spotkaliśmy się z Krysią w Teatrze Syrena. Graliśmy razem w Wielkim Dodku, Warto byś wpadł, Całkowitym zaćmieniu.
Chudy, młody Łazuka ulokował jednak prawdziwe uczucie w Zosi Marcinkowskiej. W czasach studenckich zdarzało się, że jadłem w knajpie, zwykle w Bazyliszku, jakąś zupę i uciekałem z lokalu, nie płacąc. To był wówczas dość typowy numer studentów szkoły aktorskiej. Ratowały mnie paczki od mamy. Wysyłała kiełbasę. Nie zawsze ją spożywałem. W imię wyższych wartości oddawałem ją Maksymiukowi, dziś słynnemu dyrygentowi. Jurek Maksymiuk mieszkał ze mną w Dziekance i zdaje się, że paczek z domu nie dostawał. Bardzo chciałem, żeby grał coś na moje życzenie, najchętniej ragtime'y. Dawał się przekupić maminą kiełbasą.
Jak wielu wrażliwców, w czasie studiów przeżywałem momenty załamań. Chciałem wracać do Lublina. I wtedy zawsze pojawiał się obok mnie dobry duch, Marian Chyżyński, muzyk, ten sam, który sprowadził mnie do Warszawy. Może czując odpowiedzialność za moje młode życie w stolicy, ściągał mnie nocą do akademika z Dworca Wschodniego, skąd odchodziły pociągi do Lublina, i tłumaczył, jak to w życiu bywa, że trzeba iść do przodu.