Dramatis personae
Tiste Edur
Tomad Sengar: patriarcha rodu Sengarów
Uruth: matriarchini rodu Sengarów
Fear Sengar: najstarszy syn, główny instruktor wojowników plemion
Trull Sengar: drugi syn
Binadas Sengar: trzeci syn
Rhulad Sengar: czwarty i najmłodszy syn
Mayen: narzeczona Feara
Hannan Mosag: król-czarnoksiężnik Konfederacji Sześciu Plemion
Theradas Buhn: najstarszy syn rodu Buhnów
Midik Buhn: drugi syn
Badar: wojownik, który jeszcze nie przelał krwi
Rethal: wojownik
Canarth: wojownik
Choram Irard: wojownik, który jeszcze nie przelał krwi
Kholb Harat: wojownik, który jeszcze nie przelał krwi
Matra Brith: wojownik, który jeszcze nie przelał krwi
Letheryjscy niewolnicy Tiste Edur
Udinaas
Piórkowa Wiedźma
Hulad
Virrick
Letheryjczycy
W pałacu
Ezgara Diskanar: król Letheru
Janall: królowa Letheru
Quillas Diskanar: książę i dziedzic tronu
Unnutal Hebaz: preda (dowódca) letheryjskiej armii
Brys Beddict: finadd (kapitan) i królewski obrońca, najmłodszy z braci Beddictów
Moroch Nevath: finadd, osobisty strażnik księcia Quillasa Diskanara
Kuru Qan: królewski ceda (czarodziej)
Nisall: pierwsza konkubina króla
Turudal Brizad: pierwszy konkubent królowej
Nifadas: pierwszy eunuch
Gerun Eberict: finadd w Gwardii Królewskiej
Triban Gnol: kanclerz
Laerdas: mag ze świty księcia
Na północy
Buruk Blady: kupiec z północy
Seren Pedac: poręczycielka Buruka Bladego
Hull Beddict: obserwator na północy, najstarszy z braci Beddict
Nekal Bara: czarodziejka
Arahathan: mag
Enedictal: mag
Yan Tovis (Pomroka): atri-preda w Rubieży Fentów
W mieście Letheras
Tehol Beddict: obywatel mieszkający w stolicy, drugi z braci
Beddictów
Hejun: pracownica Tehola
Rissarh: pracownica Tehola
Shand: pracownica Tehola
Chalas: strażnik
Biri: kupiec
Huldo: właściciel lokalu
Bugg: sługa Tehola
Ublala Pung: przestępca
Harlest: strażnik domowy
Ormly: mistrz szczurołap
Rucket: główny śledczy, Cech Szczurołapów
Bubyrd: Cech Szczurołapów
Błysk: Cech Szczurołapów
Rubin: Cech Szczurołapów
Onyks: Cech Szczurołapów
Scint: Cech Szczurołapów
Imbryk: dziewczynka
Shurq Elalle: złodziejka
Selush: ubierająca zmarłych
Padderunt: pomocnik Selush
Urul: główny kelner u Hulda
Inchers: obywatel
Hulbat: obywatel
Turble: obywatel
Unn: półkrwi tubylec
Delisp: matrona burdelu "Świątynia"
Prist: ogrodnik
Silny Rall: bandyta
Zielona Świnia: osławiony mag z dawnych czasów
Inni
Withal: meckroski płatnerz
Rind: nacht
Mape: nacht
Pule: nacht
Ukryty Wewnątrz
Silchas Ruin: Tiste Andii, jednopochwycony Eleint
Scabandari Krwawooki: Tiste Edur, jednopochwycony Eleint
Gothos: Jaghut
Rud Elalle: dziecko
Żelazna Krata: żołnierz
Corlo: mag
Półgarniec: żołnierz
Ulshun Pral: Imass
Prolog
Pierwsze dni Rozbicia Emurlahn
Inwazja Edur, Wiek Scabandariego Krwawookiego
Czas pradawnych bogów
Z potarganych wiatrem, gęstych od dymu chmur padał na ziemię deszcz
krwi. Ostatnie latające fortece pospadały z nieba, spowite płomieniami i buchające czarnym dymem. Ich gwałtowny upadek wyrył w ziemi głębokie
bruzdy. Rozpadały się na kawałki z głośnym hukiem, sypiąc splamionymi
czerwienią kamieniami na stosy trupów, które pokrywały ziemię od
horyzontu po horyzont.
Wielkie miasta-roje zmieniły się w stosy pokrytych popiołem ruin, a ogromne, niebotyczne chmury, które wyrosły nad każdym z nich w chwili
ich zagłady - pełne gruzu, rozerwanych na strzępy ciał i krwi - kłębiły
się, gdy odpływało z nich ciepło, przesłaniając powoli niebo.
Legiony zwycięzców zebrały się pośród unicestwionych armii na centralnej
równinie. Jej większą część pokrywały idealnie do siebie dopasowane
płaskie kamienie brukowe. Upadek latających fortec nie zostawił tu zbyt
głębokich wyżłobień, ale niezliczone trupy pokonanych utrudniały
triumfatorom ustawienie się w szyku. One i zmęczenie. Legiony należały
do dwóch różnych armii, połączonych w tej wojnie sojuszem, i nie ulegało
wątpliwości, że jednej z niej powiodło się znacznie lepiej niż drugiej.
Scabandari opadał poprzez skłębione chmury, mrugając migotkami, by
oczyścić lodowato niebieskie smocze oczy. Na jego potężnych skrzydłach
koloru żelaza osadzała się mgiełka krwi. Smok przechylił się w locie i opuścił głowę, spoglądając na swe zwycięskie dzieci. Szare chorągwie
legionów Tiste Edur łopotały chybotliwie nad głowami gromadzących się
wojowników. Według oceny Scabandariego ocalało co najmniej osiemnaście
tysięcy jego zrodzonych w cieniu kuzynów. Mimo to w namiotach Pierwszej
Przystani zapanuje dziś żałoba. O świcie na równinę wymaszerowało z górą
dwieście tysięcy Tiste Edur. Niemniej jednak... to wystarczy.
Edur starli się ze wschodnią flanką armii K'Chain Che'Malle, uprzedzając
ich szarżę falami niszczycielskich czarów. Szyki nieprzyjaciela
ustawiono z myślą o odparciu frontalnego ataku i reakcja na groźbę
nadchodzącą ze skrzydła była fatalnie spóźniona. Legiony Edur wbiły się
niczym sztylet w serce wrogich zastępów.
Gdy Scabandari podleciał bliżej, ujrzał na dole rozsiane tu i ówdzie
czarne jak noc chorągwie Tiste Andii. Ocalało z tysiąc wojowników, być
może mniej. Sojusznicy Edur srodze ucierpieli i ich tytuł do zwycięstwa
wydawał się raczej wątpliwy. Starli się z Łowcami K'ell, elitarnymi
armiami trzech matron. Czterysta tysięcy Tiste Andii przeciwko
sześćdziesięciu tysiącom Łowców. Dodatkowe kompanie Andii i Edur
zaatakowały latające fortece. Wiedzieli, że idą na śmierć, i ich
poświęcenie miało kluczowe znaczenie dla dzisiejszego zwycięstwa,
albowiem nie pozwolili latającym fortecom przyjść z pomocą armiom
walczącym na dole. Ataki na cztery fortece przyniosły tylko niewielkie
skutki, gdyż krótkoogonowi walczyli z niezrównaną zaciekłością, mimo że
ich liczba była niewielka. Przelana krew Tiste dała jednak Scabandariemu
i jego sojusznikowi, który również był jednopochwyconym smokiem, czas
potrzebny, by zbliżyć się do latających fortec i uderzyć w nie mocą grot
Starvald Demelain, Kurald Galain i Kurald Emurlahn.
Smok opadł w rejon, gdzie góra zwłok K'Chain Che'Malle znaczyła miejsce
śmierci jednej z matron. Obrońcy zginęli od mocy Kurald Emurlahn i dzikie cienie nadal unosiły się nad stokami niczym widma. Scabandari
rozpostarł skrzydła, łopocząc nimi w parnym powietrzu, i wylądował na
stercie gadzich ciał.
Po chwili przybrał postać Tiste Edur. Miał skórę barwy kutego żelaza,
długie, luźno opadające siwe włosy, wychudłą, orlą twarz i blisko
osadzone oczy o twardym wyrazie. Wokół szerokich ust z opadającymi w dół
kącikami nie było zrodzonych ze śmiechu bruzd. Wysokie, wolne od
zmarszczek czoło naznaczyły skrzyżowane ukośnie, sinobiałe blizny,
wyraźnie rysujące się na tle ciemnej skóry. Miał na sobie skórzane
szelki, na których wisiał dwuręczny miecz, u pasa nosił dwa długie noże,
a przez ramię przerzucił sobie łuskowatą pelerynę - skórę matrony, tak
świeżą, że błyszczała jeszcze od naturalnych olejów.
Wysoki Edur zbrukany kropelkami krwi obserwował zbierające się legiony.
Oficerowie jego armii spojrzeli na swego wodza, po czym zaczęli wydawać
rozkazy żołnierzom.
Scabandari zwrócił się na północny zachód, wpatrując się z przymrużonymi
powiekami w skłębione chmury. Po chwili wychynął z nich ogromny, biały
jak kość smok, chyba jeszcze większy od Scabandariego w smoczej postaci.
Jego również pokrywały plamy krwi... w znacznej części jego własnej,
jako że Silchas Ruin wspomagał swych kuzynów Andii w walce z Łowcami
K'ell.
Scabandari z uwagą obserwował zbliżającego się sojusznika. Odsunął się
do tyłu dopiero w chwili, gdy ogromny smok wylądował na szczycie wzgórza
i zmienił szybko postać. Przerastał jednopochwyconego Tiste Edur co
najmniej o głowę, ale był straszliwie chudy. Pod jego gładką, niemal
przezroczystą skórą uwydatniały się węzły mięśni. W długich, gęstych,
białych włosach wojownika lśniły szpony jakiegoś drapieżnego ptaka. Jego
oczy błyszczały tak intensywnie, że ich czerwień miała barwę gorączki.
Silchas Ruin odniósł wiele ran. Jego ciało naznaczyły szramy po ciosach
mieczy. Górna część zbroi spadła niemal całkowicie, odsłaniając
niebieskozielone tętnice i żyły, rozgałęziające się pod cienką, bezwłosą
skórą piersi. Nogi miał lepkie od krwi, podobnie jak ręce. Bliźniacze
pochwy, które nosił u pasa, były puste. Oba jego miecze złamały się,
mimo że nasycono je czarami. Stoczył bardzo zacięty bój.
Scabandari pozdrowił go, pochylając głowę.
- Silchasie Ruin, mój bracie w duchu. Najwierniejszy z sojuszników.
Spójrz na równinę. Zwyciężyliśmy.
Blada twarz albinosa Tiste Andii wykrzywiła się w bezgłośnym gry-masie.
- Moje legiony późno przybyły wam z odsieczą - przyznał Scabandari. -
Serce mi krwawi na myśl o poniesionych przez was stratach. Niemniej
jednak zdobyliśmy bramę, czyż nie tak? Droga prowadząca do tego świata
należy do nas, a sam świat stoi przed nami otworem... możemy go
splądrować, stworzyć dla naszych ludów godne ich imperia.
Gdy Ruin spojrzał na ciągnącą się w dole równinę, jego długopalce,
zbrukane krwią dłonie zacisnęły się nagle. Legiony Edur otoczyły
ostatnich ocalałych Andii nierównym pierścieniem.
- W powietrzu cuchnie śmiercią - warknął Silchas Ruin. - Ledwie mogę
zaczerpnąć go w płuca, żeby przemówić.
- Będziemy jeszcze mieli pod dostatkiem czasu na przygotowanie nowych
planów - stwierdził Scabandari.
- Mój lud zmasakrowano. Otoczyliście nas kręgiem, ale to spóźniona
opieka.
- Ale za to symboliczna, bracie. Na tym świecie są inni Tiste Andii. Sam
mi to mówiłeś. Wystarczy, że odnajdziecie tę pierwszą falę osadników, a odzyskacie siłę. Co więcej, przybędą też inni. Moi i twoi kuzyni,
uciekający przed poniesionymi klęskami.
Silchas Ruin zasępił się jeszcze bardziej.
- Dzisiejsze zwycięstwo tworzy gorzką alternatywę.
- K'Chain Che'Malle już prawie wyginęli. Wszyscy o tym wiemy.
Widzieliśmy wiele innych martwych miast. Zostało tylko Morn, które leży
na odległym kontynencie, a nawet tam krótkoogonowi zrywają łańcuchy w krwawym buncie. Skłócony wróg jest wrogiem, który szybko upadnie,
przyjacielu. Kto jeszcze na tym świecie ma moc potrzebną, by się nam
przeciwstawić? Jaghuci? Są nieliczni i rozproszeni. Imassowie? Cóż może
zdziałać kamienna broń przeciwko naszemu żelazu? - Umilkł na chwilę. -
Forkrul Assailowie nie wydają się skłonni, by nas osądzić. Zresztą
wygląda na to, że z każdym rokiem jest ich coraz mniej. Nie,
przyjacielu, po dzisiejszym zwycięstwie cały ten świat leży u naszych
stóp. Tu nie będą już was prześladować wojny domowe, od których cierpi
Kurald Galain. A ja i ci, którzy podążają za mną, uciekniemy od
rozdarcia, które dotknęło Kurald Emurlahn...
Silchas Ruin prychnął pogardliwie.
- Sam spowodowałeś to rozdarcie, Scabandari.
Nadal przyglądał się zebranym na dole oddziałom Tiste, nie zauważył więc
błysku gniewu wywołanego jego rzuconą od niechcenia uwagą. Błysk ten
zgasł jednak po uderzeniu serca i twarz Scabandariego odzyskała spokojny
wyraz.
- Zdobyliśmy nowy świat, bracie.
- Na szczycie wzgórza na północy stoi Jaghut - stwierdził Silchas Ruin.
- Świadek tej wojny. Nie zbliżałem się do niego, bo wyczułem początek
rytuału. Omtose Phellack.
- Boisz się tego Jaghuta, Silchasie Ruin?
- Boję się tego, czego nie znam, Scabandari... Krwawooki. Musimy się
jeszcze wiele nauczyć o tym królestwie i jego mieszkańcach.
- Krwawooki?
- Nie widzisz sam siebie - wyjaśnił Ruin. - Nadaję ci to imię z uwagi na
krew, która splamiła... twą wizję.
- To trochę śmieszne usłyszeć coś takiego z twoich ust, Silchasie Ruin.
- Scabandari wzruszył ramionami i podszedł do północnego skraju stosu,
stąpając ostrożnie po poruszających się pod jego stopami trupach. -
Mówisz: Jaghut...
Odwrócił się, ale Silchas Ruin stał zwrócony do niego plecami,
spoglądając z góry na garstkę swych ocalałych podkomendnych.
- Omtose Phellack, Grota Lodu - mówił Ruin, nie odwracając się. - Co on
próbuje wyczarować, Scabandari Krwawooki? Zastanawiam się...
Jednopochwycony Edur podszedł do Tiste Andii.
Sięgnął do lewego buta i wyciągnął z cholewki wytrawiony cieniem
sztylet, na którego żelaznej klindze tańczyły czary.
Zrobił jeszcze jeden krok i wbił nóż w plecy Ruina.
Ciałem Tiste Andii targnęły spazmy. Z jego gardła wyrwał się donośny
ryk...
W tej samej chwili legiony Edur zwróciły się nagle w stronę Andii,
uderzając na nich ze wszystkich stron. Zaczęła się ostatnia dziś rzeź.
Magia otoczyła Silchasa Ruina wijącymi się łańcuchami. Albinos padł na
ziemię.
Scabandari Krwawooki przykucnął nad nim.
- Niestety, z braćmi zawsze tak bywa - wyszeptał. - Władca musi być
jeden. Nie dwóch. Wiesz, że to prawda. Choć ten świat jest wielki,
prędzej czy później doszłoby do wojny między Edur a Andii. Odezwałby się
w nas zew krwi. Dlatego to my obejmiemy panowanie nad bramą. Tylko Edur
przejdą na drugą stronę. Wytępimy Andii, którzy już tu są... Jakiego
wojownika mogliby wystawić przeciwko mnie? W zasadzie są już trupami. I tak właśnie powinno być. Jeden lud. Jeden władca. - Wyprostował się,
słysząc ostatnie krzyki umierających wojowników Andii, dobiegające z równiny na dole. - Niestety nie mogę cię zabić natychmiast. Jesteś zbyt
potężny. Dlatego zabiorę cię w odpowiednie miejsce, zostawię korzeniom,
ziemi i kamieniom na zrytym gruncie...
Przybrał postać smoka. Zacisnął ogromną szponiastą łapę na nieruchomym
ciele Silchasa Ruina i wzleciał ku niebu z głośnym łopotem skrzydeł.
Wieża znajdowała się niespełna trzysta mil na południe od pola bitwy.
Tylko niski, poobtłukiwany mur otaczający dziedziniec świadczył, że tej
budowli nie wznieśli Jaghuci, że pojawiła się samoistnie obok trzech
jaghuckich wież, kierowana prawami niezrozumiałymi dla bogów i śmiertelników. Pojawiła się... by czekać na przybycie tych, których
miała uwięzić na wieki. Istot obdarzonych śmiercionośną mocą.
Takich jak jednopochwycony Tiste Andii Silchas Ruin, trzeci i ostatni z trojga dzieci Matki Ciemności.
W ten sposób z drogi Scabandariego Krwawookiego zniknął ostatni godny
przeciwnik pośród Tiste.
Troje dzieci Matki Ciemności.
Trzy imiona...
Andarist, który dawno temu wyrzekł się swej mocy, by odpowiedzieć na
żałobę, której nigdy nie mógł uleczyć, nie wiedząc, że to moja dłoń jest
jej przyczyną...
Anomandaris Irake, który zerwał ze swą matką i swym ludem. A potem
zniknął, nim miałem szansę go załatwić. Zniknął i zapewne nikt go już
nigdy nie ujrzy.
I teraz Silchas Ruin, którego niedługo pochłonie wieczne więzienie
Azath.
Scabandari Krwawooki cieszył się z tego. Ze względu na swój lud i samego
siebie. Podbije ten świat. Jedynie pierwsi osadnicy Andii mogli zagrozić
jego pretensjom.
Wojownik Tiste Andii w tym królestwie? Nie przychodzi mi do głowy
żaden... nie taki, który mógłby się równać ze mną mocą.
Scabandari Krwawooki nie wpadł na to, by zadać sobie pytanie, gdzie mógł
się podziać ten z trzech synów Matki Ciemności, który zniknął.
Ale nawet to nie był jego największy błąd...
***
Na polodowcowym wzgórzu wznoszącym się na północy samotny Jaghut zaczął
tkać czary Omtose Phellack. Był świadkiem zniszczeń spowodowanych przez
dwóch jednopochwyconych Eleintów i towarzyszące im armie. Nie współczuł
zbytnio K'Chain Che'Malle. Oni i tak już wymierali, z niezliczonych
powodów, z których żaden nie obchodził szczególnie Jaghuta. Nie
niepokoili go również intruzi. Dawno już utracił zdolność odczuwania
niepokoju. A także strachu. I, trzeba to przyznać, zachwytu.
Wyczuł zdradę, gdy do niej doszło, odległy kwiat magii i rozlew
ascendentnej krwi. Tam, gdzie były dwa smoki, został tylko jeden.
Typowe.
Po krótkiej chwili, w czasie gdy Gothos odpoczywał w przerwie między
fazami swego rytuału, wyczuł, że ktoś zbliża się doń od tyłu. Pradawny
bóg, zwabiony tu gwałtownym rozdarciem bariery między królestwami.
Należało się tego spodziewać. Ale... który z nich? K'rul? Draconus?
Siostra Zimnych Nocy? Osserc? Kilmandaros? Sechul Lath? Choć Jaghut
udawał obojętność, ciekawość w końcu zmusiła go do odwrócenia się w stronę przybysza.
Ach, to niespodziewane... ale interesujące.
Mael, Pradawny Władca Mórz, był przysadzisty i szeroki w ramionach. Jego
skóra miała ciemnoniebieską barwę, na gardle i nagim brzuchu
przechodzącą w jasnozłotą. Z szerokiej, niemal płaskiej czaszki zwisały
w strąkach blond włosy. W bursztynowych oczach Maela kipiał gniew.
- Gothosie, jaki rytuał przygotowujesz w odpowiedzi na to? - wychrypiał
pradawny bóg.
Jaghut skrzywił się.
- Narobili bałaganu. Mam zamiar tu posprzątać.
- Lód. - Pradawny bóg prychnął pogardliwie. - Jaghucka odpowiedź na
wszystko.
- A jaka byłaby twoja odpowiedź, Maelu? Potop czy... potop?
Pradawny bóg spoglądał na południe, zaciskając mocno zęby.
- Będę miał sojuszniczkę. Kilmandaros. Przybędzie z drugiej strony
rozdarcia.
- Został tylko jeden jednopochwycony Tiste - stwierdził Gothos. -
Wygląda na to, że powalił swego towarzysza i właśnie w tej chwili
grzebie go na zatłoczonym podwórku Wieży Azath.
- To przedwczesny krok. Czy wydaje mu się, że K'Chain Che'Malle są
jedynymi przeciwnikami, jakich napotka w tym królestwie?
- Zapewne tak - odparł Jaghut, wzruszając ramionami.
Mael milczał przez chwilę.
- Nie niszcz tego wszystkiego swym lodem, Gothosie - rzekł wreszcie z westchnieniem. - Proszę cię, byś to... zachował.
- Dlaczego?
- Mam swoje powody.
- Cieszę się z tego. A co to za powody?
Pradawny bóg obrzucił go złowrogim spojrzeniem.
- Bezczelny z ciebie skurczybyk.
- Czemu miałbym się zmieniać?
- W morzu z czasu opada zasłona, Jaghucie. W głębinach płyną niezwykle
starożytne prądy. Na płyciznach słychać szepty przyszłości. Pływy krążą
między nimi, powodując nieustanną wymianę. Takie jest moje królestwo.
Taka jest moja wiedza. Zamknij te szczątki w swym cholernym lodzie,
Gothosie. Zamroź w tym miejscu sam czas. Jeśli to uczynisz, uznam się za
twego dłużnika... a to pewnego dnia może ci się przydać.
Gothos zastanawiał się chwilę nad słowami pradawnego boga. Wreszcie
skinął głową.
- Może i masz rację. Zgoda, Maelu. Idź do Kilmandaros. Zmiażdż tego
Eleinta Tiste i rozprosz jego lud, ale zrób to szybko.
Mael przymrużył powieki.
- A to dlaczego?
- Dlatego że czuję, że ktoś się przebudził. Daleko stąd, ale nie tak
daleko, jak byś tego chciał.
- Anomander Rake.
Gothos skinął głową.
- To było do przewidzenia - stwierdził Mael ze wzruszeniem ramion. -
Osserc wkrótce przetnie mu drogę.
Jaghut uśmiechnął się, odsłaniając potężne kły.
- Znowu?
Pradawny bóg nie mógł nie uśmiechnąć się w odpowiedzi.
Choć obaj rozmówcy się uśmiechali, na polodowcowym wzgórzu było bardzo
niewiele wesołości.
1159 rok snu Pożogi
Rok Białych Żyłek w Hebanie
Trzy lata przed letheryjskim Siódmym Zamknięciem
Obudził się z brzuchem wypełnionym solą, nagi i zagrzebany do połowy w białym piasku pośród pozostawionych przez sztorm szczątków. Z góry
dobiegał krzyk mew. Ich cienie przesuwały się po pomarszczonej
powierzchni plaży. Jego żołądkiem targnęły nagłe skurcze. Powoli
przetoczył się z jękiem na bok.
I zobaczył, że na plaży leży więcej ciał. I szczątki statków. Płycizny
zalegały bryły i płyty szybko topniejącego lodu. Biegały po nich tysiące
krabów.
Potężnie zbudowany mężczyzna podźwignął się na ręce i kolana, po czym
zwymiotował na piasek gorzkimi płynami. Głowę wypełniały mu fale
pulsującego bólu, tak dojmującego, że niemal go oślepiał. Minęła dłuższa
chwila, nim zdołał usiąść i ponownie przyjrzeć się otaczającej go
scenerii.
Brzeg tam, gdzie nie powinno być brzegu.
Poprzedniej nocy z głębin przed nimi wynurzyły się góry lodowe.
Największa pojawiła się na powierzchni tuż przed ogromnym pływającym
miastem Meckrosów, które rozpadło się na kawałki niczym sklecona z patyków tratwa. Meckroskie kroniki nie odnotowały niczego, co można by
porównać z katastrofą, której był świadkiem - nagłą i niemal całkowitą
zagładą miasta liczącego sobie dwadzieścia tysięcy mieszkańców. Nadal
dręczyło go niedowierzanie, jakby jego pamięć zarejestrowała obrazy
tego, co nie mogło się wydarzyć, wizje zrodzone w porażonym gorączką
mózgu.
Wiedział jednak, że to nie był wytwór wyobraźni. Że widział to na własne
oczy.
I, jakimś cudem, ocalał.
Słońce grzało mocno, ale nie było upału. Niebo nad głową mężczyzny było
raczej mlecznobiałe niż błękitne. Zauważył też, że mewy nie są wcale
mewami, lecz jakimiś gadami o jasnych skrzydłach.
Podniósł się chwiejnie. Ból głowy ustępował już, ale przez jego ciało
przebiegały fale dreszczy, a pragnienie było demonem, który rozszarpywał
mu pazurami gardło, próbując się wydostać na zewnątrz.
Krzyki latających jaszczurek zmieniły tonację. Odwrócił się w stronę
lądu.
Pojawiły się tam trzy istoty, lezące powoli przez bezbarwną trawę nad
linią zasięgu wód przypływu. Sięgały mu zaledwie do bioder, były
czarnoskóre i bezwłose, miały idealnie okrągłe głowy i spiczaste uszy.
Bhoka'rale. Pamiętał je z lat młodości, gdy meckroski statek handlowy
wrócił z Nemil. Te stworzenia były jednak bardziej muskularne,
przynajmniej dwukrotnie masywniejsze od oswojonych zwierzątek
przywiezionych przez kupców do pływającego miasta. Zmierzały prosto w jego stronę.
Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu czegoś, co mógłby wykorzystać jako
broń, i znalazł kawał wyrzuconego na brzeg drewna, który nadawał się na
maczugę. Uniósł go i czekał, aż bhoka'rale podejdą bliżej.
Zatrzymały się, spoglądając nań oczami upstrzonymi żółtymi plamami.
I nagle środkowe stworzenie skinęło dłonią.
"Chodź". Nie można było wątpić w znaczenie tego aż nazbyt ludzkiego
gestu.
Mężczyzna ponownie omiótł plażę badawczym spojrzeniem. Żadne z ciał się
nie poruszało. Kraby żerowały bez przeszkód. Raz jeszcze zerknął na
niezwykłe niebo i ruszył ku trzem istotom.
Odwróciły się i poprowadziły go na porośniętą trawą skarpę.
Tutejsza trawa nie przypominała niczego, co w życiu widział: długie,
puste w środku źdźbła o trójkątnym przekroju, do tego ostre jak brzytwa
- o czym się przekonał, gdy przeszedł przez ich kępę i zobaczył, że nogi
pokryły mu liczne, krzyżujące się ze sobą skaleczenia. Za skarpą
zaczynała się ciągnąca się w głąb lądu równina, z rzadka usiana kępami
tej samej trawy. Ziemia między nimi była słona i jałowa. Gdzieniegdzie
dało się też dostrzec kamienie. Każdy z nich wyglądał inaczej i wszystkie były dziwnie kanciaste, jakby nie dotknęła ich erozja.
W oddali wznosił się samotny namiot.
Bhoka'rale prowadziły go w tamtą stronę.
Gdy się zbliżyli, zobaczył smugi dymu buchające ze szczytu namiotu oraz
ze szpary wejścia.
Jego eskorta się zatrzymała. Kolejny gest skierował go do środka.
Mężczyzna wzruszył ramionami, przykucnął i wsunął się do namiotu.
W półmroku było widać opatuloną postać. Jej twarz osłaniał kaptur. Przed
nieznajomym stał koksowy piecyk, z którego biły uderzające do głowy
opary. Przy wejściu postawiono kryształową butelkę, trochę suszonych
owoców oraz bochen czarnego chleba.
- W butelce jest źródlana woda - wychrypiał nieznajomy po meckrosku. -
Proszę, pokrzep się po swych przejściach.
Mężczyzna wymruczał słowa podziękowania i sięgnął szybko po butelkę.
Zaspokoiwszy pragnienie, wyciągnął rękę po chleb.
- Dziękuję, nieznajomy - rzekł, potrząsając głową. - Od tego dymu
wszystko tańczy mi przed oczyma.
Odpowiedział mu spazmatyczny kaszel, który mógł być śmiechem, a potem
gest przypominający wzruszenie ramion.
- Lepsze to niż utonąć. Przykro mi, ale ten dym łagodzi mój ból. Nie
zatrzymam cię długo. Jesteś płatnerz Withal.
Mężczyzna poderwał się nagle. Zmarszczył czoło.
- Tak, jestem Withal z Trzeciego Miasta Meckrosów... które już nie
istnieje.
- To tragiczny wypadek. Jesteś jedynym ocalonym z katastrofy. To ja cię
ocaliłem, choć interwencja znacznie nadwerężyła moje siły.
- Gdzie jesteśmy?
- Nigdzie, w sercu nicości. To fragment, skłonny do wędrówki. Daję mu
życie w stopniu, w jakim pozwala na to moja wyobraźnia. Wyczarowałem to
miejsce ze wspomnień o domu. Odzyskuję powoli siły, choć zdruzgotane
ciało nadal przyprawia mnie o straszliwe katusze. Ale, posłuchaj, mówię
i nie kaszlę. To już jest coś.
Z postrzępionego rękawa wychynęła zmasakrowana dłoń i sypnęła garść
nasion na węgle piecyka. Gdy zaczęły pękać z głośnym trzaskiem, dym stał
się gęstszy.
- Kim jesteś? - zapytał Withal.
- Upadłym bogiem... który potrzebuje twych talentów. Przygotowałem się
na twe przybycie, Withalu. Dostaniesz dach nad głową, kuźnię, wszelkie
surowce, jakich możesz potrzebować. Ubrania, żywność, wodę. I trzech
wiernych służących, których już poznałeś...
- Bhoka'rale? - Withal prychnął pogardliwie. - A w czym one mogą...
- To nie są bhoka'rale, śmiertelniku. Choć być może kiedyś nimi byli. To
są nachty. Nadałem im imiona Rind, Mape i Pule. Stworzyli ich Jaghuci i potrafią się nauczyć wszystkiego, czego możesz od nich wymagać.
Withal spróbował wstać.
- Dziękuję, że mnie uratowałeś, Upadły, ale muszę cię już opuścić. Chcę
wrócić do swego świata...
- Nie zrozumiałeś mnie, Withalu - wysyczała postać. - Musisz tu robić
to, co ci każę, bo inaczej będziesz błagał o śmierć. Jesteś moją
własnością, płatnerzu. Ty jesteś niewolnikiem, a ja twoim panem.
Meckrosi trzymają niewolników, tak? Nieszczęśników, których
uprowadziliście z wyspiarskich wiosek i innych podobnych miejsc podczas
swych napadów. To znaczy, że znasz to pojęcie. Nie rozpaczaj jednak, bo
gdy już zrobisz to, czego od ciebie żądam, odzyskasz wolność.
Na kolanach Withala nadal spoczywała ciężka drewniana pałka. Mężczyzna
rozważył swe możliwości.
Rozległ się kaszel, potem śmiech, a później znowu kaszel, podczas
którego bóg powstrzymał płatnerza uniesieniem dłoni.
- Nie radzę ci próbować niczego nierozsądnego, Withalu - rzekł, gdy
kaszel już się uspokoił. - Wyłowiłem cię z morskiej toni w tym właśnie
celu. Czy utraciłeś wszelki honor? Spełnij to moje życzenie, bo gorzko
pożałujesz, jeśli sprowokujesz mój gniew.
- Czego ode mnie żądasz?
- Tak lepiej. Czego od ciebie żądam, Withalu? Tylko tego, w czym jesteś
najlepszy. Zrób mi miecz.
- I to wszystko? - mruknął mężczyzna.
Postać pochyliła się.
- No cóż, oręż, o którym myślę, jest bardzo szczególny...
Rozdział pierwszy
Słuchajcie! Morza szepczą
i śnią o gruchotaniu prawd
między kruszonymi kamieniami
Hantallit z Górniczej Śluzy
Rok Późnego Mrozu
Jeden rok przed letheryjskim Siódmym Zamknięciem
Ascendencja Pustej Twierdzy
Oto więc jest opowieść. Pomiędzy szmerem pływów, gdy giganci uklękli i stali się górami. Gdy upadli rozproszeni na ziemię niczym balast
zrzucony z nieba, ale nie potrafili się oprzeć nadejściu świtu. Pomiędzy
szmerem pływów opowiemy o jednym z takich gigantów, ponieważ opowieść
zawiera się w jego opowieści.
I ponieważ jest ciekawa.
Słuchajcie.
Gdy zapadła ciemność, zamknął oczy. Otwierał je tylko za dnia, rozumując
w ten sposób: noc opiera się wzrokowi, a jeśli niewiele można zobaczyć,
po co wpatrywać się w mrok?
Ujrzyjcie też to: dotarł do skraju lądu i odkrył morze. Zafascynowała go
ta tajemnicza ciecz. Owego pamiętnego dnia fascynacja przerodziła się w obsesję. Widział fale uderzające o brzeg na całej jego długości. Ich
bezustanny ruch zawsze groził pochłonięciem lądu, lecz jakoś nigdy do
tego nie dochodziło. Przyglądał się im przez całe wietrzne popołudnie,
był świadkiem tego, jak tłuką wściekle o pochyłą plażę. Niekiedy
rzeczywiście udawało im się dotrzeć daleko w głąb lądu, ale potem zawsze
następował niechętny odwrót.
Gdy nadeszła noc, zacisnął powieki i położył się spać. Postanowił, że
jutro znowu popatrzy na to morze.
Gdy zapadła ciemność, zamknął oczy.
Nocą nadszedł przypływ, który zalał giganta. Zatopił go podczas snu.
Zawarte w wodzie minerały wniknęły w jego ciało, upodabniając go do
skały, sękatej wyniosłości górującej nad plażą. A potem, w jedną noc na
tysiąclecia, przypływ nadchodził ponownie, by wypłukiwać jego postać.
Kraść jego kształt.
Ale nie do końca. By zobaczyć go naprawdę, nawet w dzisiejszych czasach,
trzeba patrzeć nocą. Albo zmrużyć mocno oczy w jasnym blasku słońca.
Spoglądać z ukosa bądź też skupić wzrok na wszystkim oprócz samego
kamienia.
Ze wszystkich darów, które Ojciec Cień przekazał swym dzieciom, ten ma
największą wartość. Odwróć wzrok, żeby zobaczyć. Zaufaj tej radzie, a zaprowadzi cię ona do Cienia, gdzie kryją się wszystkie prawdy.
Odwróć wzrok, żeby zobaczyć.
A teraz odwróć wzrok.
***
Myszy rozpierzchły się, gdy na śnieg, któremu zmierzch przydał
niebieskawej barwy, wpełzł głębszy cień. Uciekały w szalonej panice, ale
los jednej z nich był już przesądzony. Pierzasta, zakończona szponami
łapa opadła na zwierzątko, przebijając porośnięte futrem ciałko i miażdżąc maleńkie kosteczki.
Na skraju polany sowa sfrunęła bezgłośnie z gałęzi, sunąc nad ubitym
śniegiem i rozsypanymi na nim nasionami. Łuk jej lotu, przerwany na
chwilę atakiem na mysz, wzniósł się ku pobliskiemu drzewu. Tym razem
towarzyszył temu ciężki łopot skrzydeł. Ptak wylądował na jednej nodze i po chwili rozpoczął ucztę.
Ten, kto wbiegł truchtem na polanę kilkanaście uderzeń serca później,
niczego już nie zauważył. Myszy uciekły, nie zostawiając na twardym
śniegu żadnych śladów, a sowa zamarła w bezruchu w swej dziupli między
gałęziami świerka, śledząc szeroko otwartymi oczyma biegnącego przez
polanę intruza. Gdy ten już się oddalił, ptak znowu zaczął jeść.
Zmierzch należał do myśliwych, a sowa nie zakończyła jeszcze łowów.
Pędzący po krętej, pokrytej szronem ścieżce Trull Sengar zatopił się w myślach i nie patrzył na otaczający go las, w nietypowy dla siebie
sposób ignorując wszystkie wskazówki i szczegóły, jakie można było w nim
ujrzeć. Nie zatrzymał się nawet po to, by przebłagać ofiarą Sheltathę
Lore, Córkę Zmierzch, najbardziej umiłowaną z Trzech Córek Ojca Cienia,
choć zamierzał wynagrodzić jej to jutro o zachodzie słońca. Ponadto
wcześniej przebiegł obojętnie przez ostatnie plamy światła zalegające
jeszcze na ścieżce, ryzykując, że przyciągnie uwagę kapryśnej Sukul
Ankhadu, Córki Oszustwa, znanej także jako Cętka.
Na terenach godowych Calach roiło się od fok. Przybyły wcześnie, co
zaskoczyło Trulla, który zbierał nefryty nad linią brzegową. Samo
pojawienie się fok tylko by podekscytowało młodego Tiste Edur, ale
towarzyszyły im statki, które otoczyły zatokę pierścieniem. Łowy już się
rozpoczęły.
Letheryjczycy, białoskórzy mieszkańcy południa.
Potrafił sobie wyobrazić gniew, jakim zapłoną mieszkańcy wioski, do
której się zbliżał, gdy tylko opowie im o swym odkryciu. On również był
wściekły. To było bezczelne wtargnięcie na terytorium Edur. Kradzież
fok, które były prawowitą własnością jego ludu, stanowiła aroganckie
pogwałcenie dawnych umów.
Wśród Letheryjczyków nie brakowało głupców, podobnie jak wśród Edur.
Trull nie potrafił sobie wyobrazić, by mogło to być coś innego niż
nieusankcjonowane wtargnięcie. Od Wielkiego Spotkania dzieliły ich tylko
dwa cykle księżyca. Przelew krwi nie służyłby w tej chwili żadnej ze
stron. Bez względu na to, że Edur mieli prawo zaatakować i zniszczyć
intruzów, letheryjskich delegatów oburzyłoby wymordowanie ich
współobywateli, nawet jeśli łamali prawo. Szanse na zawarcie nowego
traktatu stały się nagle minimalne.
Niepokoiło to Trulla Sengara. Edur dopiero co zakończyli jedną długą,
zaciętą wojnę i trudno mu było pogodzić się z myślą o następnej.
Podczas podboju pozostałych plemion nie przyniósł wstydu braciom. Na
szerokim pasie miał nabity szereg dwudziestu jeden zabarwionych na
czerwono nitów. Każdy reprezentował honorowy czyn, a siedem, otoczonych
białą farbą, znaczyło, że tym czynom towarzyszyło zabicie wroga. Spośród
synów Tomada Sengara tylko starszy brat Trulla mógł się pochwalić
większą liczbą trofeów. Było to zrozumiałe, jako że Fear Sengar należał
do największych wojowników Hirothów.
Rzecz jasna, wojny z pozostałymi pięcioma plemionami Edur były poddane
ścisłym regułom i nawet w wielkich, długotrwałych bitwach ginęła tylko
garstka walczących. Mimo to podbój plemion kosztował ich wiele sił. W walce z Letheryjczykami nie było żadnych zasad hamujących wojowników
Edur. Nie chodziło o honorowe czyny, a jedynie o zabijanie wrogów. Nie
musieli oni przy tym mieć broni w ręku. Nawet bezbronni i niewinni
poznają smak miecza. Podobna rzeź brukała zarówno zabójców, jak i ofiary.
Trull jednak doskonale wiedział, że choć może potępić przelew krwi, do
którego dojdzie, uczyni to tylko w myślach, i pomaszeruje z mieczem w ręku u boku swych braci, by wymierzyć intruzom sprawiedliwość Edur. Nie
mieli wyboru. Jeśli odwrócą się od tej zbrodni, nadejdą następne,
niekończące się fale następnych.
Miarowy trucht doprowadził go w okolice garbarni, z ich rynnami i wyłożonymi kamieniami dołami. To był już skraj lasu. Kilku letheryjskich
niewolników spojrzało w jego stronę i pośpiesznie skłoniło głowy na znak
szacunku. Wreszcie ujrzał na polanie przed sobą wyniosłe cedrowe kłody
otaczającej wioskę palisady. Nad osadą unosiły się długie smugi
drzewnego dymu. Po obu stronach wąskiej, biegnącej nasypem ścieżki,
która wiodła ku odległej jeszcze bramie, ciągnęły się żyzne, czarne
pola. Zima dopiero zwalniała ziemię ze swego uścisku i minie dobre kilka
tygodni, nim zacznie się pora sadzenia. W środku lata na tych polach
wyrośnie trzydzieści różnych typów roślin uprawnych, dających
mieszkańcom żywność, lekarstwa, włókna i paszę dla zwierząt. Wiele z nich kwitło, przyciągając pszczoły, którym zawdzięczali miód i wosk.
Żniwami zajmowali się niewolnicy, pod nadzorem kobiet z plemienia.
Mężczyźni wyruszą w małych grupkach do lasu, by ścinać drzewa albo
polować. Inni wsiądą na statki zwane knarri, by zbierać plony na morzach
i płyciznach.
Tak to przynajmniej wyglądało, gdy plemiona żyły w pokoju. W ostatnich
kilkunastu latach osadę najczęściej opuszczały grupy wojowników i mieszkańcy niekiedy cierpieli niedostatek. Przed wojną Edur nigdy nie
groził głód i Trull Sengar gorąco pragnął, by złe czasy wreszcie się
skończyły. Hannan Mosag, król-czarnoksiężnik Hirothów, był teraz władcą
wszystkich plemion Edur. Utworzył ze skłóconych narodów konfederację,
choć Trull zdawał sobie sprawę, że jest ona konfederacją wyłącznie z nazwy. Hannan Mosag wziął jako zakładników pierworodnych synów podbitych
wodzów, utworzył z nich swą kadrę k'risnanów i sprawował dyktatorską
władzę. Był to pokój zbudowany na ostrzu miecza, niemniej jednak pokój.
Przez bramę w palisadzie wyszła łatwa do rozpoznania postać. Młody Edur
ruszył ku rozwidleniu ścieżki, na którym zatrzymał się jego młodszy
brat.
- Witaj, Binadas - rzekł Trull.
Wojownik miał przypasaną do pleców włócznię, a przerzucony przez ramię
worek z niewyprawionej skóry wspierał się o jego biodro. Po drugiej
stronie miał jednosieczny miecz, skryty w drewnianej, owiniętej skórą
pochwie. Binadas był o pół głowy wyższy od Trulla, a jego ogorzałe
oblicze było ciemne jak noszony przez niego strój z koźlej skóry. Z trzech braci Trulla Sengara był najbardziej zamknięty w sobie i skłonny
do wymijających odpowiedzi, a w związku z tym trudno było przewidzieć
jego reakcje, nie mówiąc już o ich zrozumieniu. Nieczęsto pojawiał się w wiosce. Wydawało się, że woli głuszę zachodniej puszczy albo gór na
południu. Rzadko towarzyszył innym w atakach na wroga, ale gdy to robił,
na ogół przynosił trofea, nikt więc nie wątpił w jego odwagę.
- Zdyszałeś się, Trull - zauważył Binadas. - I znowu widzę na twojej
twarzy niepokój.
- U brzegów Calach kotwiczą letheryjskie statki.
Binadas zmarszczył brwi.
- W takim razie nie zatrzymuję cię.
- Długo cię nie będzie, bracie?
Młody wojownik wzruszył ramionami i ominął Trulla, skręcając na
zachodnią ścieżkę.
Trull Sengar skierował się do wioski.
Nad tym zwróconym ku głębi lądu skrajem osady dominowały cztery kuźnie.
Każdą otaczał głęboki wykop o pochyłych brzegach, przechodzący w podziemny kanał prowadzący na zewnątrz, daleko od wioski i ciągnących
się wokół niej pól. Kuźnie już od lat pracowały niemal bez ustanku,
produkując broń. Powietrze przesycał tu gęsty i ostry odór oparów, a na
pobliskich drzewach osadzała się pokryta białą warstewką sadza. Teraz
Trull zauważył, że czynne są tylko dwie kuźnie, a kilkunastu niewolników
krząta się w nich bez szczególnego pośpiechu.
Za kuźniami ciągnęły się podłużne, podmurowane cegłami magazyny, szereg
podzielonych na segmenty budynków, w których przechowywano nadwyżkę
zboża, wędzonych ryb i mięsa fok, wielorybiego tranu oraz włókien
roślinnych. Podobne budowle znajdowały się w lasach wokół każdej z wiosek, ale obecnie większość z nich była pusta z powodu wojen.
Gdy tylko Trull minął magazyny, ze wszystkich stron otoczyły go kamienne
domostwa tkaczy, garncarzy, snycerzy, niższych rangą skrybów, płatnerzy
oraz innych utalentowanych obywateli. Przywitały go głosy, na które
odpowiadał tak oszczędnie, jak tylko pozwalały na to dobre obyczaje.
Tego typu gesty mówiły jego znajomym, że nie ma w tej chwili czasu na
rozmowę.
Wojownik Edur wbiegł na ulice dzielnicy mieszkalnej. Letheryjscy
niewolnicy zwali wioski takie jak ta miastami, ale żaden z obywateli nie
widział powodu, by zmieniać językowe przyzwyczajenia - osada była wioską
w chwili powstania i pozostanie nią na zawsze, nawet jeśli obecnie
mieszkało w niej prawie dwadzieścia tysięcy Edur i trzykrotnie więcej
Letheryjczyków.
Nad dzielnicą mieszkalną dominowały świątynie Ojca i Umiłowanej Córki.
Ich wysoko uniesione nad ziemię pomosty otaczały żywe święte
czarnodrzewa. Powierzchnię kamiennych dysków pokrywały obrazy i znaki.
Wewnątrz kręgu drzew nieustannie igrała Kurald Emurlahn, obok
piktogramów tańczyły na wpół uformowane kształty, czarodziejskie
emanacje obudzone przez ofiary złożone z chwilą zapadnięcia zmierzchu.
Trull Sengar wbiegł w Aleję Czarnoksiężnika, świętą drogę prowadzącą do
potężnej cytadeli, która była zarówno świątynią, jak i pałacem, siedzibą
króla-czarnoksiężnika, Hannana Mosaga. Wzdłuż alei posadzono cedry o czarnej korze. Tysiącletnie drzewa górowały nad całą wioską. Były
pozbawione gałęzi, pomijając najwyższe piętra. Każdy słój ich czarnego
jak noc drewna nasycono czarami, które wyciekały na zewnątrz, spowijając
aleję całunem półmroku.
Na końcu alei wznosiła się mniejsza palisada, otaczająca cytadelę i jej
podwórzec. Zbudowano ją z drewna takich samych czarnych drzew, a w każdym z pali wyryto magiczne osłony. Główna brama była tunelem
uformowanym z żywych drzew, wypełnionym cieniem korytarzem, wiodącym do
kładki dla pieszych przerzuconej nad kanałem, w którym cumowało
dwanaście długich łodzi wojennych zwanych k'orthanami. Za kładką
zaczynał się rozległy, wyłożony płaskimi kamieniami plac, przy którym
stały koszary i magazyny. Dalej można było dostrzec wzniesione z kamienia i drewna długie domy szlacheckich rodzin - połączonych więzami
krwi z rodem Hannana Mosaga - z ich drewnianymi gontami oraz belkami
kalenicowymi z czarnodrewna. Między owymi rezydencjami biegło
przedłużenie alei, prowadzące przez kolejną kładkę do właściwej
cytadeli.
Na dziedzińcu ćwiczyli wojownicy. Trull wypatrzył wysoką, barczystą
postać swego starszego brata, Feara, który stał w pobliżu w towarzystwie
sześciu pomocników, przyglądając się młodzieńcom. Trull poczuł dla nich
nagłe współczucie. Sam również cierpiał pod krytycznym, nieubłaganym
spojrzeniem brata podczas lat szkolenia.
Przywitał go czyjś głos. Trull spojrzał na drugą stronę dziedzińca i zobaczył swego najmłodszego brata, Rhulada. Towarzyszył mu Midik Buhn i wyglądało na to, że oni również toczą ćwiczebną walkę. Po chwili Trull
zauważył przyczynę tej niezwykłej pilności - pojawiła się narzeczona
Feara, Mayen. Podążały za nią cztery młodsze kobiety. Zapewne wybierały
się na targ, jako że towarzyszyło im kilkanaście niewolnic. Rzecz jasna,
poczuły się zmuszone, by się zatrzymać i obejrzeć ten nagły, z pewnością
improwizowany pokaz wojennej biegłości. Wymagały tego skomplikowane
zasady zalotów. Od Mayen oczekiwano, że będzie traktować wszystkich
braci Feara z należnym szacunkiem.
Choć w scenie rozgrywającej się przed oczyma Trulla nie było nic
niewłaściwego, przeszył go dreszcz niepokoju. Fakt, że Rhulad z taką
pasją popisywał się przed kobietą, która miała zostać żoną jego
starszego brata, niebezpiecznie zbliżał się do granicy tego, co
dopuszczalne. Trull uważał, że Fear jest stanowczo zbyt pobłażliwy dla
Rhulada.
Tak jak my wszyscy.
Rzecz jasna, mieli powody.
Sądząc po rumieńcu dumy na jego przystojnej twarzy, Rhulad zdecydowanie
pokonał przyjaciela z dzieciństwa w pozorowanej walce.
- Trull! - zawołał, machając mieczem. - Przelałem już dziś krew i łaknę
jej więcej. Chodź, zdrap rdzę z tego miecza, który masz u boku!
- Innym razem, bracie! - odkrzyknął Trull. - Muszę bezzwłocznie
porozmawiać z ojcem.
Rhulad uśmiechnął się miło, ale nawet z odległości dziesięciu kroków
Trull zauważył błysk triumfu w jego oczach.
- Niech będzie innym razem.
Rhulad machnął lekceważąco mieczem i zwrócił się w stronę kobiet.
Mayen jednak skinęła na swe towarzyszki i cała grupka ruszyła w dalszą
drogę.
Rhulad otworzył usta, chcąc coś powiedzieć do narzeczonej brata, ale
ubiegł go Trull.
- Bracie, proszę cię, byś mi towarzyszył. Wieści, które muszę przekazać
ojcu, są nadzwyczaj ważne i chcę, byś był przy tym obecny, aby twoje
słowa również wplotły się w rozmowę, która potem nastąpi.
Podobne zaproszenie z reguły otrzymywali jedynie wojownicy noszący na
swych pasach trofea zdobyte podczas długich lat wojny. Trull zauważył w oczach brata nagły błysk dumy.
- To dla mnie zaszczyt, Trull - rzekł Rhulad, chowając miecz.
Rhulad podszedł do brata i obaj ruszyli do długiego domu, w którym
mieszkała ich rodzina. Midik został sam i skupił uwagę na zranionym
nadgarstku.
Na ścianach budynku wisiały zdobyczne tarcze. Niektóre wyblakły już z upływem stuleci. Pod okapem zawieszono wielorybie kości. Ukradzione
konkurencyjnym plemionom totemy tworzyły nad drzwiami bezładny łuk. Pasy
futra, ozdobione paciorkami skóry, muszelki, szpony i zęby - wszystko to
wyglądało jak wydłużone ptasie gniazdo.
Weszli do środka.
Było tu chłodno, a w powietrzu unosił się lekki, gryzący zapach
drzewnego dymu. We wnękach wzdłuż ścian, między gobelinami i rozłożonymi
na podłodze futrami, ustawiono olejowe lampy. W palenisku, ulokowanym
tradycyjnie pośrodku pomieszczenia, nadal leżały szczapy drewna. W dawnych czasach tam właśnie wszystkie rodziny przygotowywały posiłki,
ale obecnie niewolnicy krzątali się w kuchniach na zapleczu, by
zmniejszyć ryzyko pożaru. Meble z czarnodrewna dzieliły wnętrze na
oddzielne pomieszczenia, choć nie było tu ścian. Na wbitych w poprzecznice hakach wisiały rozmaite oręża. Niektóre z nich wywodziły
się jeszcze z czasów mroku, tuż po zniknięciu Ojca Cienia, gdy
zapomniano sztuki odlewania żelaza. Prosto wykonane klingi z brązu były
wypaczone i przeżarte korozją.
Tuż za kamieniem paleniska było widać pień żywego czarnodrzewa. Tuż
powyżej wysokości głowy wysuwała się zeń skośnie ku górze górna trzecia
część klingi miecza. To był prawdziwy oręż Emurlahn. Jego żelazo poddano
obróbce w jakiś tajemniczy sposób, którego kowale nie odkryli jeszcze na
nowo. To był miecz rodu Sengarów, symbol ich szlachetnego pochodzenia.
Ten starożytny oręż przywiązywano do drzewa niedługo po zasadzeniu. Po
stuleciach znikał w jego wnętrzu. To drzewo wyrosło jednak krzywo,
odsłaniając czarno-srebrną klingę. Zdarzało się to rzadko, ale nie było
czymś niesłychanym.
Obaj bracia wyciągnęli ręce, dotykając żelaza.
Ich matka, Uruth, trudziła się nad rodowym gobelinem. Po obu jej
stronach siedziały niewolnice. Kończyła właśnie ostatnie sceny
przedstawiające wkład Sengarów w wojnę zjednoczenia. Skupiła uwagę na
pracy i nie podniosła wzroku, gdy obok przechodzili jej synowie.
Tomad Sengar siedział w towarzystwie trzech innych szlachetnie
urodzonych patriarchów nad planszą do gry wykonaną z ogromnego,
palczastego poroża. Pionki wyrzeźbiono z kości słoniowej i nefrytu.
Trull zatrzymał się na granicy kręgu, kładąc prawą dłoń na gałce miecza,
by zasygnalizować, że wieści, które przynosi, są pilne i potencjalnie
niebezpieczne. Usłyszał, że stojący za jego plecami Rhulad pośpiesznie
zaczerpnął tchu.
Choć żaden z gości nie podniósł wzroku, wszyscy wstali jak jeden mąż, a gospodarz zaczął zdejmować pionki z planszy. Trzej starsi Edur wyszli
bez słowa. Po chwili Tomad odstawił planszę na bok i z powrotem usiadł
na podłodze.
Trull zajął miejsce naprzeciwko niego.
- Witaj, ojcze. Letheryjska flota poluje na foki na terenach godowych
Calach. Stada przybyły wcześnie i intruzi je masakrują. Widziałem to na
własne oczy i nie zatrzymałem się ani na chwilę w drodze powrotnej.
Tomad skinął głową.
- To znaczy, że biegłeś przez trzy dni i dwie noce.
- Tak.
- A czy Letheryjczycy złowili już wiele fok?
- Ojcze, o świcie dzisiejszego dnia Córka Menandore ujrzy pękające w szwach ładownie i wypełnione wiatrem żagle, a kilwater każdego ze
statków zmieni się w karmazynową rzekę.
- A nowe statki przybędą zająć ich miejsce! - wysyczał Rhulad.
Tomad zmarszczył brwi na to niestosowne zachowanie. W następnych słowach
jasno wyraził swą dezaprobatę:
- Rhulad, zanieś te wieści Hannanowi Mosagowi.
Trull wyczuł, że jego brat wzdrygnął się gwałtownie. Rhulad jednak
skinął głową.
- Wedle rozkazu, ojcze.
Odwrócił się i odmaszerował.
Tomad zasępił się jeszcze bardziej.
- Zaprosiłeś na tę rozmowę wojownika, który jeszcze nie przelał krwi?
- Tak, ojcze.
- Dlaczego?
Trull nie odpowiedział na to pytanie, do czego miał prawo. Nie miał
zamiaru dzielić się z nikim niepokojem, jaki budziło w nim nadmierne
zainteresowanie okazywane przez Rhulada narzeczonej Feara.
Po chwili Tomad westchnął. Wydawało się, że wpatruje się w swe wielkie,
naznaczone bliznami dłonie spoczywające na udach.
- Staliśmy się zbyt pewni siebie - mruknął.
- Ojcze, czy jest nadmierną pewnością siebie uwierzyć, że ci, z którymi
pertraktujemy, wiedzą, co to honor?
- Tak, jeśli wziąć pod uwagę precedensy.
- Dlaczego w takim razie król-czarnoksiężnik zgodził się na Wielkie
Spotkanie z Letheryjczykami?
Tomad uniósł wzrok, spotykając spojrzenie Trulla. Ze wszystkich jego
synów tylko Fear miał takie same oczy, zarówno gdy chodzi o odcień, jak
i nieugięty wyraz. Trull mimo woli poczuł, że osłabł lekko pod tym
wzgardliwym spojrzeniem.
- Wycofuję to głupie pytanie - mruknął, odwracając wzrok, by ukryć
trwogę.
Poddaliśmy próbie naszych wrogów. Z tego złamania traktatu, bez względu
na to, jakie intencje za nim stały, nieunikniona odpowiedź Edur uczyni
obosieczny miecz. Miecz, który pochwycą oba nasze ludy.
- Wojownicy, którzy jeszcze nie przelali krwi, będą zadowoleni.
- Nadejdzie dzień, gdy tacy wojownicy zasiądą w radzie, Trull.
- Czyż nie jest to nagroda, jaką daje pokój, ojcze?
Tomad nie odpowiedział na to pytanie.
- Hannan Mosag zwoła radę. Ty również będziesz musiał się na nią stawić,
by zdać relację z tego, co widziałeś. Ponadto król-czarnoksiężnik
zażądał ode mnie, bym użyczył mu swych synów, którym zamierza zlecić
pewne szczególne zadanie. Nie sądzę jednak, by przyniesione przez ciebie
wieści zmieniły jego decyzję w tej sprawie.
Minęła krótka chwila, nim Trull zdołał zapanować nad zdziwieniem.
- Po drodze do wioski spotkałem Binadasa... - zaczął.
- Poinformowano go o tym. Wróci przed upływem księżyca.
- A czy Rhulad o tym wie?
- Nie, choć będzie wam towarzyszył. Nie przelał jeszcze krwi.
- Skoro tak mówisz, ojcze.
- Idź się przespać. Każę cię obudzić, gdy zbierze się rada.
***
Biała wrona zeskoczyła z pokrytego warstewką soli korzenia i zaczęła
grzebać w gnojowisku. W pierwszej chwili Trull myślał, że to mewa, która
siedzi jeszcze na plaży, mimo że już szybko zapadał zmrok, lecz nagle
ptak zakrakał, zeskoczył ze sterty gnoju i ruszył w stronę brzegu,
trzymając w jasnym dziobie muszlę małża.
Sen okazał się nieosiągalny. Rada miała się zebrać o północy.
Niespokojne nerwy nie pozwalały odpocząć jego znużonym kończynom, Trull
wybrał się więc na kamienistą plażę położoną na północ od wioski, przy
ujściu rzeki.
A teraz, gdy senne fale spowiła już ciemność, przekonał się, że dzieli
plażę z białą wroną. Ptaszysko zaniosło swą zdobycz nad sam brzeg. Gdy
nadchodziła szumiąca fala, ptak zanurzał muszlę w wodzie. Powtórzył tę
czynność sześć razy.
Wybredne stworzenie, pomyślał Trull, przyglądając się wronie, która
wskoczyła na pobliski kamień i zaczęła ucztę.
Biel, rzecz jasna, oznaczała zło. Wszyscy o tym wiedzieli. Barwa kości,
nienawistny blask brzasku Menandore. Żagle Letheryjczyków również były
białe, co nie stanowiło niespodzianki. A przejrzyste wody Zatoki Calach
pozwolą ujrzeć na jej dnie białe kości tysięcy zabitych fok.
Nadchodzący rok miał przynieść sześciu plemionom zwrot nadwyżek
żywności, początek uzupełniania wyczerpanych zapasów, chroniących ich
przed klęską głodu. Te myśli pozwoliły mu spojrzeć na nielegalne łowy w nieco inny sposób. Ów gest uczyniono w bezbłędnie wybranym momencie, by
osłabić konfederację, utrudnić zadanie Edur podczas Wielkiego Spotkania.
Argument nieuchronności. Ten sam, który rzucili nam w twarz, gdy
chodziło o osiedla na Rubieży. Królestwo Letheru rośnie, potrzebuje
nowych terenów. Wy mieliście na Rubieży tylko tymczasowe obozy, które
podczas wojny niemal całkowicie opustoszały.
To było nieuniknione, że coraz więcej niezależnych statków będzie się
zapuszczać na żyzne wody północnego wybrzeża. Nie sposób było śledzić je
wszystkie. Edur powinni po prostu przyjrzeć się innym plemionom, które
ongiś mieszkały poza granicami Letheru, rozważyć wielkie zyski, jakie
dało im złożenie hołdu królowi Ezgarze Diskanarowi.
Ale my nie jesteśmy podobni do innych plemion.
Wrona zakrakała na swym kamiennym tronie, odrzucając muszlę na bok
gwałtownym ruchem głowy. Potem rozpostarła upiorne skrzydła i odleciała
w noc. Z mroku dobiegł jeszcze jej pożegnalny zew. Trull wykonał gest
chroniący przed złem.
Usłyszał za swymi plecami odgłos chrzęszczących pod stopami kamieni.
Odwrócił się i ujrzał starszego brata.
- Witaj, Trull - rzekł Fear cichym głosem. - Słowa, które przyniosłeś,
podekscytowały wojowników.
- A król-czarnoksiężnik?
- Nic nie powiedział.
Trull powrócił do obserwacji mrocznych fal, uderzających z szumem o brzeg.
- Oni widzą tylko te statki - stwierdził.
- Hannan Mosag potrafi odwrócić wzrok, bracie.
- Poprosił o synów Tomada Sengara. Co ci o tym wiadomo?
Fear zatrzymał się u jego boku i Trull wyczuł, że brat wzruszył
ramionami.
- Królem-czarnoksiężnikiem już od dzieciństwa kierują wizje - odparł po
chwili Fear. - Ma we krwi wspomnienia sięgające czasów mroku. Ojciec
Cień kładzie się przed nim przy każdym jego kroku.
Myśl o wizjach niepokoiła Trulla. Nie dlatego, że wątpił w ich moc - w gruncie rzeczy było wprost przeciwnie. Czasy mroku przyniosły rozłam
wśród Tiste Edur, wojny z użyciem czarów, starcia z niezwykłymi armiami
i zniknięcie samego Ojca Cienia. I choć plemiona nadal posługiwały się
magią Kurald Emurlahn, utraciły samą grotę. Została roztrzaskana, a jej
fragmentami władali fałszywi królowie i bogowie. Trull podejrzewał, że
ambicje Hannana Mosaga sięgają znacznie dalej niż zwykłe zjednoczenie
sześciu plemion.
- Wyczuwam w tobie niechęć, Trull. Dobrze ją ukrywasz, ale ja potrafię
sięgnąć wzrokiem głębiej niż inni. Jesteś wojownikiem, który wolałby
uniknąć walki.
- To nie jest zbrodnia - mruknął Trull. - Ze wszystkich Sengarów tylko
ty i ojciec nosicie więcej trofeów ode mnie - dodał.
- Nie kwestionowałem twojej odwagi, bracie. Ale odwaga jest najmniej
ważnym elementem tego, co łączy nas w jedność. Jesteśmy Edur. Byliśmy
ongiś władcami Ogarów. Do nas należał tron Kurald Emurlahn. I należałby
nadal, gdyby nie dwie zdrady, najpierw kuzynów Scabandariego
Krwawookiego, a potem Tiste Andii, którzy przybyli z nami do tego
świata. Jesteśmy oblężonym ludem, Trull. Letheryjczycy to tylko jedni
wrogowie spośród wielu. Król-czarnoksiężnik rozumie tę prawdę.
Trull zerknął na światło gwiazd odbijające się w spokojnej tafli zatoki.
- Nie zawaham się przed walką z tymi, którzy chcą być naszymi wrogami,
Fear.
- Cieszę się, bracie. To wystarczy, żeby zamknąć usta Rhuladowi.
Trull zesztywniał.
- Oskarża mnie? Ten niedoświadczony... szczeniak?
- Widzi słabość i...
- To, co on widzi, i to, co jest prawdą, to dwie różne sprawy - odparł
Trull.
- Więc udowodnij mu to - poradził Fear cichym, spokojnym głosem.
Trull umilkł. Zawsze otwarcie gardził Rhuladem, jego nieustannymi
wyzwaniami i popisami. Miał do tego prawo, gdyż jego młodszy brat nie
przelał jeszcze krwi. Co jednak ważniejsze, motywy Trulla otaczały
ochronnym murem dziewczynę, którą miał poślubić Fear. Rzecz jasna, nie
byłoby stosowne powiedzieć coś takiego na głos. Podobne szepty
sugerowałyby zawiść i złą wolę. W końcu Mayen była narzeczoną Feara, nie
Trulla, i to Fear miał obowiązek ją chronić.
Pomyślał z żalem, że sytuacja byłaby prostsza, gdyby potrafił przeniknąć
samą Mayen. Dziewczyna nie zachęcała Rhulada, ale nie odwracała się też
do niego plecami. Kroczyła po wąskiej granicy tego, co dopuszczalne.
Była pewna siebie, jak byłaby na jej miejscu każda młoda kobieta - i słusznie - którą miał spotkać zaszczyt zostania żoną głównego
instruktora Hirothów. Powtarzał sobie, że to nie jego interes.
- Nie potrafię pokazać Rhuladowi tego, co już powinien zobaczyć -
warknął. - Nie uczynił nic, co zasługiwałoby na dar mojej uwagi.
- Rhuladowi brak subtelności potrzebnej, by dostrzec w twej
powściągliwości coś innego niż słabość...
- To jego wina, nie moja!
- Chcesz, żeby ślepy starzec przeszedł po kamieniach przez strumień bez
niczyjej pomocy, Trull? Nie, musisz stać się dla niego przewodnikiem, aż
wreszcie oczy jego umysłu dojrzą to, co widzą wszyscy inni.
- Jeśli wszyscy inni to widzą, to jego oskarżenia nie znajdą posłuchu i mam rację, że je ignoruję - skontrował Trull.
- Bracie, Rhulad nie jest jedynym, któremu brak subtelności.
- Pragniesz zatem, Fear, by synowie Tomada Sengara stali się wrogami?
- Rhulad nie jest wrogiem, ani twoim, ani żadnego spośród Edur. Jest
młody i żądny krwi. Ty również kroczyłeś kiedyś tą ścieżką. Proszę cię,
byś przypomniał sobie owe czasy. To nie jest odpowiednia chwila, by
zadawać rany, po których z pewnością zostaną blizny. A dla wojownika,
który jeszcze nie przelał krwi, wzgarda jest najcięższą z ran.
Trull skrzywił się.
- Dostrzegam prawdę w twych słowach, Fear. Spróbuję pohamować swą
obojętność.
Jego brat zignorował sarkazm ukryty w tych słowach.
- Rada spotyka się w cytadeli, bracie. Czy wejdziesz u mego boku do
królewskiej komnaty?
- To dla mnie zaszczyt, Fear - odparł udobruchany Trull.
Odwrócili się od czarnych wód i nie zauważyli jasnoskrzydłej sylwetki,
która przemknęła nad leniwymi falami nieopodal brzegu.
***
Przed trzynastu laty Udinaas był młodym marynarzem, już trzeci rok
odpracowującym dług swej rodziny u kupca Intarosa z Trate, leżącym
najdalej na północy ze wszystkich miast Letheru. Był na pokładzie
wielorybniczego statku Impet, który wracał właśnie z wód Benedów.
Zakradli się tam pod osłoną nocy, zabili trzy samice i holowali ich
ciała na neutralne Rowy położone na zachód od Zatoki Calach, gdy nagle
dostrzegli pięć ścigających ich k'orthanów Hirothów.
Do zguby przywiodła ich chciwość kapitana, który nie chciał porzucić
zdobyczy.
Udinaas świetnie pamiętał przerażenie na twarzach oficerów, w tym
również kapitana, w chwili gdy zostali przywiązani do jednego z wielorybów, by oddać ich rekinom i dhenrabim. Następnie sprowadzono ze
statku prostych marynarzy. Zabrano z niego również wszystko, co było
zrobione z żelaza i co przyciągnęło spojrzenie Edur. Na koniec na
Impet poszczuto widma cienia, które pożarły i rozerwały na strzępy
martwe drewno letheryjskiego statku. Gdy już było po wszystkim, pięć
wykonanych z czarnodrewna k'orthanów oddaliło się, ciągnąc za sobą dwa
martwe wieloryby. Trzeciego zostawiono zabójcom z głębin.
Nawet wówczas Udinaas z obojętnością przyjął makabryczny los, który
spotkał kapitana i oficerów. Urodził się z długiem, podobnie jak ojciec
i jego ojciec przed nim. Dług i niewolnictwo były synonimami. Życie
niewolnika wśród Hirothów nie było przy tym szczególnie ciężkie. Nagrodą
za posłuszeństwo były ochrona, ubranie i dach nad głową, zapewniający
osłonę przed deszczem i śniegiem, a do niedawna także dostatek żywności.
Do licznych zadań Udinaasa w domu Sengarów należała między innymi
naprawa sieci rybackich z czterech knarri - łodzi będących własnością
tego szlachetnego rodu. Ponieważ był kiedyś marynarzem, nie pozwalano mu
opuszczać lądu. Wiązanie sieci oraz mocowanie balastu na plaży na
południe od ujścia rzeki były jedynymi czynnościami, które dawały mu
szansę zbliżenia się do otwartego morza. Co prawda i tak nie pragnął
uciec od Edur. W wiosce przebywało mnóstwo niewolników i wszyscy, rzecz
jasna, byli Letheryjczykami, nie brakowało mu więc towarzystwa ziomków,
nawet jeśli nie byli zbyt zadowoleni ze swego życia. Przyjemności
letheryjskiej cywilizacji nie były wabikiem wystarczającym, by skłonić
go do podjęcia próby ucieczki - która zresztą i tak była niemal
niemożliwa - ponieważ pamiętał, że oglądał takie przyjemności, ale nigdy
nie miał okazji z nich korzystać. Poza tym Udinaas nienawidził morza z pasją, która wcale nie osłabła od czasów, gdy był marynarzem.
W dogasającym świetle dnia zauważył dwóch najstarszych synów Tomada
Sengara, którzy stali na plaży po drugiej stronie ujścia rzeki. Nie
zdziwiła go treść ich cichej, ledwie słyszalnej rozmowy. Letheryjskie
statki uderzyły znowu. Te wieści rozeszły się wśród niewolników, nim
jeszcze młody Rhulad zdążył dojść do cytadeli. Jak należało się
spodziewać, zwołano radę. Udinaas był przekonany, że niedługo dojdzie do
rzezi, przerażającego połączenia zbrojnej w żelazo wojowniczości i czarów, którym charakteryzowało się każde starcie z Letheryjczykami na
południu. Prawdę mówiąc, życzył swym panom szczęśliwych łowów. Foki
ukradzione przez Letheryjczyków oznaczały dla Edur groźbę głodu, a gdy
nadchodził głód, pierwsi zawsze cierpieli niewolnicy.
Udinaas świetnie rozumiał swoich rodaków. Dla Letheryjczyków liczyło się
wyłącznie złoto. Złoto i posiadanie go definiowało w ich oczach cały
świat. Władza, status, poczucie własnej wartości i szacunek innych -
wszystko to można było nabyć za pieniądze. W gruncie rzeczy to więzy
długu łączyły królestwo w całość. To na nich opierały się stosunki
między obywatelami. Ich cień padał na każdy uczynek, każdą decyzję. Te
podstępne łowy na foki były pierwszym ruchem w planie, którego
Letheryjczycy używali kto wie jak wiele razy, przeciwko każdemu
plemieniu mieszkającemu za granicami ich państwa. Byli przekonani, że
Edur niczym się nie różnią od ich poprzednich ofiar.
Ale oni są inni, wy głupcy.
Tak czy inaczej, do następnego ruchu dojdzie na Wielkim Spotkaniu.
Udinaas podejrzewał, że król-czarnoksiężnik i jego doradcy, choć nie
brakowało im sprytu, wpadną w tę pułapkę jak ślepi starcy. Niepokoiła go
myśl o tym, co wydarzy się później.
Jak niesione falą pisklęta, mieszkańcy obu królestw zmierzali prosto na
głębokie, niebezpieczne wody.
Minęło go truchtem trzech niewolników rodziny Buhnów, niosących na
ramionach wiązki wodorostów.
- Piórkowa Wiedźma będzie dziś rzucać, Udinaas! - zawołał jeden z nich.
- Gdy tylko zbierze się rada.
Udinaas zaczął układać sieć na suszarce.
- Przyjdę, Hulad.
Trzech mężczyzn opuściło plażę i Udinaas znowu został sam. Spojrzał na
północ i zobaczył, że Fear i Trull wchodzą na skarpę, kierując się ku
tylnej bramie w palisadzie.
Uporał się z siecią, schował narzędzia do koszyka i zamknął pokrywę.
Nagle usłyszał za plecami łopot skrzydeł i wyprostował się zaskoczony
tym, że jakiś ptak lata tak długo po zachodzie słońca. Nad linią brzegu
przemknął jasny kształt, który zaraz zniknął w ciemności.
Letheryjczyk zamrugał, wytężając wzrok. Starał się przekonać samego
siebie, że nie widział tego, co mu się zdawało, że widzi. To nie było
to. Wszystko, tylko nie to. Przeszedł na obszar nagiego piasku po lewej
stronie, przykucnął i pośpiesznie nakreślił przywołujący znak małym
palcem lewej dłoni. Prawą uniósł do twarzy, zaciskając na krótką chwilę
powieki drugim i trzecim palcem, by wyszeptać modlitwę.
- Kłykcie zostały rzucone. Zbawco czuwaj nade mną dziś w nocy. Zbłąkany,
czuwaj nad nami wszystkimi!
Opuścił prawą dłoń i spojrzał na narysowany przez siebie znak.
- Wrono, a kysz!
Szum wiatru, szept fal. A potem dobiegające z oddali krakanie.
Udinaas wyprostował się z drżeniem, złapał koszyk i pobiegł ku bramie.
***
Królewska Sala Spotkań była wielką, okrągłą komnatą. Pnie czarnodrzew
tworzące jej sufit sięgały wysoko w górę, ku położonemu pośrodku
szczytowi przesłanianemu przez kłęby dymu. Szlachetnie urodzeni
wojownicy, którzy nie przelali jeszcze krwi, stali pod ścianami, tworząc
zewnętrzny krąg tych, którzy zebrali się tu na radę. Bliżej środka, na
ławach z oparciami, zasiadały matrony - mężatki i wdowy. Trzeci krąg
tworzyły panny i narzeczone, siedzące ze skrzyżowanymi nogami na
niewyprawionych skórach. Krok przed nimi podłoga opadała na długość
ramienia. W centralnym zagłębieniu z klepiskiem z ubitej ziemi zajęli
miejsca wojownicy. W samym środku znajdowało się podwyższenie o średnicy
piętnastu kroków. Stał na nim Hannan Mosag, król-czarnoksiężnik. Pięciu
książąt, których wziął jako zakładników, siedziało wokół niego,
zwracając twarze na zewnątrz.
Trull zszedł w towarzystwie Feara do zagłębienia, by zająć miejsce wśród
wojowników. Spojrzał w górę, na swego króla. Hannan Mosag był
przeciętnego wzrostu i takiej samej budowy. Na pierwszy rzut oka nie
wyglądał zbyt imponująco. Twarz miał gładką, odrobinę bledszą niż
większość Edur, a szeroko rozstawione oczy sprawiały, że wydawał się
wiecznie czymś zdziwiony. Moc Hannana nie miała charakteru fizycznego.
Tkwiła wyłącznie w jego głosie, który był niski i dźwięczny.
Król-czarnoksiężnik przykuwał uwagę słuchaczy, nawet gdy przemawiał
cicho.
Kiedy milczał, tak jak teraz, wydawało się, że jest królem tylko z przypadku, jakby zabłądził mimo woli na środek tej wielkiej komnaty i rozglądał się teraz wokół siebie z lekkim zdziwieniem na twarzy. Ubierał
się tak samo jak inni wojownicy, pomijając brak trofeów. W końcu jego
trofea - pierworodni synowie pięciu pokonanych wodzów - siedziały wokół
niego na podwyższeniu.
Dokładniejsza obserwacja pozwalała dostrzec u króla-czarnoksiężnika
również inną oznakę władzy. Za jego plecami stał cień. Ogromny i groźny.
W obu zakutych w stalowe rękawice dłoniach ściskał miecze, długie i niewyraźne, lecz śmiercionośne. Na głowie miał hełm, a płytowa zbroja
nadawała jego ramionom kanciasty kształt. Widmo cienia, które było
osobistym strażnikiem Hannana Mosaga, nigdy nie spało. Trull pomyślał,
że w postawie widma nie ma śladu niepewności.
Tylko niewielu czarnoksiężników potrafiło wyczarować podobne istoty,
czerpiąc z siły życiowej własnego cienia. W tym milczącym, zawsze
czujnym strażniku płynęła potężna, surowa moc Kurald Emurlahn.
Trull zatrzymał spojrzenie na tych zakładnikach, którzy spoglądali w jego stronę. K'risnani. Nie tylko reprezentowali tu swych ojców, lecz
również byli uczniami Hannana Mosaga, poznającymi sztukę czarów.
Odebrano im dawne imiona. Ich mistrz potajemnie nadał im nowe, które
następnie związał zaklęciami. Pewnego dnia wrócą do swych plemion jako
wodzowie i ich lojalność wobec króla będzie niezachwiana.
Na wprost Trulla siedział zakładnik z plemienia Merudów. Było to
najliczniejsze z sześciu plemion i skapitulowało jako ostatnie.
Merudowie zawsze utrzymywali, że ponieważ jest ich blisko sto tysięcy, z czego prawie czterdzieści to wojownicy, którzy już przelali krew albo
wkrótce ją przeleją, im właśnie należy się pierwszeństwo pośród Edur.
Mieli najwięcej wojowników i okrętów, a ich wódz nosił u pasa więcej
trofeów niż ktokolwiek od wielu pokoleń. Dominacja powinna należeć do
Merudów.
Tak też zapewne by się stało, gdyby Hannan Mosag nie zapanował z nadzwyczajną biegłością nad tymi fragmentami Kurald Emurlahn, z których
nadal można było czerpać moc. Wódz Hanradi Khalag znacznie lepiej radził
sobie z włócznią niż z rzucaniem zaklęć.
Nikt oprócz Hannana Mosaga i Hanradiego Khalaga nie znał szczegółów
ostatecznej kapitulacji. Merudowie do końca twardo bronili się przed
siłami Hirothów oraz towarzyszącymi im kontyngentami wojowników z plemion Arapayów, Sollantów, Den-Rathów i Benedów. Rytualne ograniczenia
w prowadzeniu wojny szybko się kruszyły, ustępując miejsca przerażającej
brutalności zrodzonej z desperacji. Starożytne prawa znalazły się na
krawędzi załamania.
Aż wreszcie, pewnej nocy, Hannan Mosag przedostał się, niezauważony
przez nikogo, do wioski wodza, a potem do jego długiego domu. I z pierwszym światłem okrutnego brzasku Menandore Hanradi Khalag
skapitulował z całym swym ludem.
Trull nie wiedział, co sądzić o uporczywie powtarzanych opowieściach,
jakoby Hanradi nie rzucał już cienia. Nigdy nie widział wodza Merudów.
A jego pierworodny syn siedział teraz przed nim. Ogolono mu głowę, na
znak przecięcia więzów łączących go z rodem, mozaika szerokich,
głębokich blizn naznaczyła jego twarz cieniami, a pozbawione emocji oczy
były nieustannie czujne, jakby obawiał się zamachu na
króla-czarnoksiężnika tutaj, w jego komnacie.
Wszystkie olejowe lampy wiszące u wysokiego sufitu zamigotały
jednocześnie. Zebrani znieruchomieli, wbijając wzrok w Hannana Mosaga.
Choć król-czarnoksiężnik nie podnosił głosu, jego głęboki tembr wypełnił
całą, ogromną, komnatę. Nikt nie musiał wytężać słuchu, żeby zrozumieć
słowa.
- Rhulad, syn Tomada Sengara, wojownik, który jeszcze nie przelał krwi,
przyniósł mi wieści od swego brata, Trulla Sengara. Ów wojownik wybrał
się na brzegi Zatoki Calach w poszukiwaniu nefrytu i stał się tam
świadkiem złowrogiego wydarzenia. Biegł do nas bez chwili odpoczynku
przez trzy dni i dwie noce. - Hannan Mosag zatrzymał spojrzenie na
Trullu. - Stań u mego boku, Trullu Sengar, i przekaż nam swą opowieść.
Wojownicy rozstąpili się przed Trullem, który ruszył utworzoną w ten
sposób ścieżką i wskoczył na podwyższenie, starając się ukryć fakt, że
nogi uginają się pod nim ze zmęczenia. Wyprostował się, przeszedł między
dwoma k'risnanami i stanął na prawo od króla-czarnoksiężnika. Potem
spojrzał na morze zwróconych ku górze twarzy i zrozumiał, że większość
obecnych wie już o tym, o czym miał ich zawiadomić. Ich twarze
pomroczniały z gniewu i żądzy zemsty. Tylko na niektórych było widać
niepokój albo trwogę.
- Oto słowa, które przynoszę radzie. Długozębe foki przybyły
przedwcześnie na tereny godowe. Za płyciznami widziałem nieprzeliczone
stada rekinów, a między nimi dziewiętnaście letheryjskich statków...
- Dziewiętnaście! - zakrzyknęło chórem pół setki osób.
Podobne naruszenie etykiety było czymś niezwykłym, niemniej jednak
zrozumiałym. Trull odczekał chwilę, po czym kontynuował.
- Ich ładownie musiały być prawie pełne, gdyż zanurzały się głęboko, a woda wokół nich zrobiła się czerwona od krwi i wnętrzności. Łodzie
łowieckie stały u burt wielkich statków. Zatrzymałem się tam tylko na
pięćdziesiąt uderzeń serca, a widziałem setki martwych fok unoszonych na
hakach ku wyciągającym się po nie rękom. Na płyciznach czekało
dwadzieścia dalszych łodzi, a na plaży, wśród fok, chodziło
siedemdziesięciu ludzi...
- Czy cię zauważyli? - zapytał jeden z wojowników.
Wyglądało na to, że Hannan Mosag jest gotowy ignorować zasady -
przynajmniej na razie.
- Zauważyli i przerwali rzeź... na chwilę. Widziałem, że poruszali
ustami, ale nie słyszałem ich słów, bo zagłuszył je ryk fok, i widziałem
też, że się śmiali...
Zebrani eksplodowali gniewem. Wojownicy zerwali się na nogi.
Hannan Mosag uniósł rękę.
Natychmiast zapanowała cisza.
- Trull Sengar jeszcze nie skończył swej opowieści.
Trull odchrząknął i skinął głową.
- Widzicie mnie przed sobą, wojownicy, a ci z was, którzy mnie znają,
wiedzą, że moją ulubioną bronią jest włócznia. Czy kiedykolwiek
widzieliście mnie bez mej żelaznotrzonkowej zabójczyni wrogów? Niestety
zostawiłem ją... w piersi tego, który roześmiał się pierwszy.
Zebrani odpowiedzieli rykiem.
Hannan Mosag położył dłoń na ramieniu Trulla. Młody wojownik usunął się
na bok. Król-czarnoksiężnik przez chwilę przyglądał się twarzom
zebranych, po czym zaczął mówić:
- Trull Sengar postąpił tak, jak na jego miejscu postąpiłby każdy
wojownik Edur. Jego czyn pokrzepił mnie na sercu. Ale teraz stoi przed
nami bez broni.
Trull zesztywniał pod naciskiem dłoni swego władcy.
- Dlatego, gdy rozważam tę kwestię, tak jak przystoi królowi, dochodzę
do wniosku, że muszę zapomnieć o dumie i spojrzeć głębiej, dostrzec, co
to oznacza - ciągnął Hannan Mosag. - Ciśnięta włócznia. Zabity
Letheryjczyk. Bezbronny Edur. W twarzach moich umiłowanych wojowników
ujrzałem tysiąc ciśniętych włóczni, tysiąc zabitych Letheryjczyków i tysiąc bezbronnych Edur.
Nikt się nie odezwał. Nikt nie wygłosił narzucającej się riposty: "Mamy
dużo włóczni".
- Widzę w was głód zemsty. Letheryjscy rabusie muszą zginąć. Będzie to
wstępem do Wielkiego Spotkania, gdyż Letheryjczycy pragnęli ich śmierci.
Przewidzieli naszą reakcję. Tak właśnie wyglądają toczone przez nich
gry. Czy uczynimy to, czego od nas chcą? Oczywiście. Na ich zbrodnię
może być tylko jedna odpowiedź. I tak właśnie, przez naszą
przewidywalność, przysłużymy się ich niezgłębionym planom, które z pewnością poznamy na Wielkim Spotkaniu.
Wszyscy zasępili się głęboko, nie kryjąc zmieszania. Hannan Mosag
poprowadził ich na nieznajome obszary komplikacji. Przywiódł ich do
początku nieznanej ścieżki, a teraz, ostrożnie, krok po kroku, chciał
pójść z nimi dalej.
- Rabusie zginą, ale żaden z was nie przeleje ich krwi - podjął
król-czarnoksiężnik. - Zrobimy to, czego się spodziewają, ale na
sposób, jakiego sobie nie wyobrażają. Nadejdzie jeszcze czas rzezi
Letheryjczyków, tyle że nie dzisiaj. Obiecuję wam krew, moi wojownicy,
ale jeszcze nie w tej chwili. Rabusie nie zasługują na zaszczyt śmierci
z waszych rąk. Ich los przypieczętuje się wewnątrz Kurald Emurlahn.
Trull Sengar zadrżał mimo woli.
W sali znowu zapadła cisza.
- To będzie pełne odsłonięcie - ciągnął basem Hannan Mosag. - I dokonają
go moi k'risnani. Letheryjczyków nie uratuje żadna broń ani zbroja. Ich
magowie oślepną i stracą orientację. Nie będą w stanie przeciwstawić się
temu, co po nich przybędzie. Rabusie zginą, a ich śmierć będzie pełna
bólu i przerażenia. Narobią w portki ze strachu i będą płakali jak
dzieci, a los ten wypisze się na ich twarzach, by mogli go stamtąd
wyczytać ci, którzy ich odnajdą.
Serce Trulla waliło jak szalone, a w ustach miał sucho jak na pustyni.
Pełne odsłonięcie. Jaką to dawno zapomnianą moc udało się odkryć
Hannanowi Mosagowi? Ostatniego pełnego odsłonięcia Kurald Emurlahn
dokonał Scabandari Krwawooki, sam Ojciec Cień, nim jeszcze grota została
rozbita. A tego rozbicia do dziś nie uleczono. Trull podejrzewał, że
nigdy się to nie stanie. Niemniej jednak niektóre fragmenty były większe
i potężniejsze od innych. Czyżby król-czarnoksiężnik znalazł gdzieś
nowy?
***
Przed Piórkową Wiedźmą leżały ceramiczne płytki, wyblakłe, spękane i poobtłukiwane. Rzucenie się dokonało, w tej samej chwili, w której
Udinaas wszedł do wypełnionej wirującymi w powietrzu pyłkami stodoły, by
przynieść wieści o omenie - ostrzec młodą niewolnicę przed zapuszczaniem
wzroku do Twierdz. Było już jednak za późno.
Stu Letheryjczyków zgromadziło się tu, by być świadkami tego wydarzenia
- mniej niż zwykle, ale nie było to zaskakujące, jako że z pewnością
wielu wojowników Edur rozkazało swym niewolnikom zająć się
przygotowaniami do przewidywanej potyczki. Głowy odwróciły się, gdy
Udinaas wszedł do kręgu, wbijając wzrok w Piórkową Wiedźmę.
Jej dusza znajdowała się już daleko na Ścieżce Twierdz. Dziewczyna
opuściła głowę, dotykając podbródkiem zagłębienia między sterczącymi
obojczykami. Jej gęste blond włosy opadały luźno, a przez drobne,
dziecięce ciało przebiegały rytmiczne drżenia. Piórkowa Wiedźma urodziła
się w wiosce przed osiemnastu laty. To były niezwykłe, zimowe narodziny
- niezwykłe dlatego, że przeżyła - a jej talenty ujawniły się, nim
skończyła cztery lata, gdy jej sny wróciły i przemówiły głosami
przodków. Stare płytki Twierdz wykopano z grobu ostatniego Letheryjczyka
w wiosce, który miał talent, i oddano dziecku. Nie było nikogo, kto
mógłby nauczyć dziewczynkę tajemnic tych płytek, okazało się jednak, że
nie potrzebowała nauk śmiertelników. Zapewniły je jej duchy przodków.
Była służącą Mayen i, gdy jej pani wyjdzie za Feara Sengara, zostanie
własnością rodu Sengarów. A Udinaas był w niej zakochany.
Rzecz jasna, beznadziejnie. Piórkowa Wiedźma poślubi któregoś z lepiej
urodzonych letheryjskich niewolników, mężczyznę, którego ród miał w Letheras tytuły i władzę. Zadłużony, taki jak Udinaas, nie mógł liczyć
na podobną partię.
Gdy tak stał, gapiąc się na nią, jego przyjaciel Hulad wyciągnął rękę,
złapał Udinaasa za nadgarstek i pociągnął delikatnie w dół, aż przybysz
usiadł ze skrzyżowanymi nogami pośród innych świadków.
Hulad nachylił się mu nad uchem.
- Co ci dolega, Udinaas?
- Rzuciła płytki...
- Zaiste. I teraz czekamy, aż wróci z podróży.
- Widziałem białą wronę.
Hulad wzdrygnął się trwożnie.
- Na plaży. Błagałem Zbłąkanego o pomoc, ale bez skutku. Wrona wyśmiała
moje słowa.
Ich rozmowę podsłuchano i wśród świadków rozbiegły się fale szeptów.
Wszystkich jednak uciszył nagły jęk Piórkowej Wiedźmy. Zebrani wbili w nią wzrok. Dziewczyna uniosła powoli głowę.
Jej oczy były puste. Białka stały się czyste niczym lód skuwający górski
strumień, a tęczówki i źrenice zniknęły. W przezroczystej głębi pływały
dwie bliźniacze spirale bladego światła, pełgające na tle czerni
Otchłani.
Piękna jeszcze przed chwilą twarz dziewczyny wykrzywiła się w grymasie
grozy, grozy Początku, duszy stojącej w obliczu nicości, w miejscu
samotności tak dogłębnej, że jedyną możliwą odpowiedzią na nią wydawała
się rozpacz. Było to jednak także miejsce, w którym moc była myślą, a myśl migotała w Otchłani, w której nie było Twórców, zrodzona z ciał,
które jeszcze nie powstały - albowiem tylko umysł był w stanie sięgnąć w przeszłość, tylko myśli mogły w niej mieszkać. Znalazła się w czasie
przed powstaniem światów i teraz musiała ruszyć naprzód.
By stać się świadkiem narodzin Twierdz.
Udinaas, jak wszyscy Letheryjczycy, znał sekwencje i formy. Najpierw
trzy Fundamenty, znane jako Budowniczowie Królestw. Ogień, bezgłośny
krzyk światła, wirowy taniec gwiazd. Potem Dolmen, posępny i pozbawiony
korzeni, unoszący się bez celu w pustce. A na ścieżce tych dwóch sił
Zbłąkany, twórca własnych, niepoznawalnych praw, który wciągał Ogień i Dolmen w gwałtowne wojny. Ogromne pogorzeliska, powtarzające się raz po
raz wzajemne unicestwienie. Niekiedy, rzadko, obaj walczący zawierali
jednak pokój. Ogień kąpał, ale nie palił, a Dolmen rezygnował z wędrówki
i zapuszczał korzenie.
I wtedy Zbłąkany tkał swój tajemniczy wątek, tworząc Twierdze. Lód.
Eleint. Azath. Bestia. A między nimi pojawiały się pozostałe Fundamenty.
Topór, Kłykcie, Klinga, Sfora, Wielokształtny i Biała Wrona.
A potem, gdy królestwa uzyskały postać, spiralne światło przybierało na
ostrości, odsłaniając ostatnią Twierdzę. Tę, która istniała,
niedostrzegalna, od samego początku. Pusta Twierdza - serce
letheryjskiego kultu - znajdowała się w samym centrum ogromnej spirali
królestw. Była domem Tronu, który nie znał Króla, domem Wędrownego
Rycerza oraz Kochanki, która nadal czekała samotna w swym łożu snów.
Domem Obserwatora, który był świadkiem wszystkiego, oraz Włóczęgi, który
patrolował granice niedostrzegalne nawet dla niego samego. Domem Zbawcy,
którego wyciągniętej dłoni nikt nigdy nie ściskał. I wreszcie Zdrajcy,
którego miłosny uścisk niszczył wszystko, czego się tknął.
- Chodźcie ze mną do Twierdz.
Wszyscy świadkowie westchnęli jak jeden mąż, nie mogąc się oprzeć temu
wygłoszonemu ospałym, zmysłowym tonem zaproszeniu.
- Stoimy na Dolmenie. Pęknięta skała, podziurawiona przez
roztrzaskanych kuzynów. Na jej powierzchni roi się od życia, tak małego,
że umyka naszemu wzrokowi. Życia toczącego wieczne wojny. Klinga i Kłykcie. Jesteśmy pośród Bestii. Widzę Kościaną Grzędę, lepką od krwi,
pokrytą warstwami duchowych wspomnień o niezliczonych uzurpatorach.
Widzę Pradawnego. Nadal nie ma twarzy, nadal jest ślepy. I Staruchę,
która mierzy koszt w gryzmołach będących śladami lewiatanów. Jasnowidza
przemawiającego do obojętnych. Widzę Szamana, który szuka prawd pośród
umarłych. I Łowcę, żyjącego chwilą i niedbającego o konsekwencje rzezi.
I Tropiciela, który widzi znaki pozostawione przez nieznane i wędruje
bezkresnymi ścieżkami tragedii. Twierdza Bestii, tutaj, w tej dolinie,
która jest zaledwie zadrapaniem na twardej skórze Dolmenu. Na Kościanej
Grzędzie nikt nie siedzi. Chaos ostrzy każdą broń, a zabijaniu nie ma
końca. A z tego wiru wyłaniają się potężne istoty i rozlew krwi wykracza
poza wszelkie granice. Na takie moce trzeba udzielić odpowiedzi.
Zbłąkany powraca i rzuca nasiona w ziemię ciężką od krwi. Tak oto
powstaje Twierdza Azath. Śmiercionośne schronienie dla tyranów. Och,
jakże łatwo jest ich zwabić. W ten sposób osiąga się równowagę. Ale to
upiorna równowaga, nieprawdaż? Wojny nie ustają, choć znacznie tracą na
intensywności i wreszcie wszystkie okrutne ścieżki spotykają się w jednym miejscu.
Głos dziewczyny brzmiał jak zerwane z uwięzi czary. Jego ostry,
melodyjny ton hipnotyzował, pożerał, otwierał szerokie panoramy w umysłach wszystkich, którzy go słuchali. Piórkowa Wiedźma oddaliła się
od grozy Początku i w jej głosie nie było już strachu.
- Ale chód czasu sam w sobie jest więzieniem. Jesteśmy przykuci do
marszu naprzód. Dlatego Zbłąkany powraca i powstaje Twierdza Lodu, wraz
z jej sługami, którzy podróżują przez królestwa, by toczyć walkę z czasem. Włóczęga, Łowczyni, Kształtujący, Tragarz, Dziecko i Nasienie. A na Tronie Lodu siedzi Śmierć, zakapturzony, oszroniony złodziej troski,
który kruszy niespokojne kajdany śmiertelnego życia. To dar, ale nie ma
w nim ciepła. A potem, by znowu osiągnąć równowagę, rodzą się Eleintowie
i chaos obleka się w ciało. Ciało smoków. Włada nimi Królowa, która musi
umierać raz po raz, zabijana przez każde wydawane przez siebie na świat
dziecko. I jej Konkubent, który nie kocha nikogo oprócz siebie. A potem
Senior, sługa i strażnik, skazany na wieczne porażki. Rycerz - miecz
samego chaosu - strzeżcie się jego ścieżki! I Brama, która jest
Oddechem. Wyval, smocze nasienie, i Pani, Siostra, Krwiopijca i Kształtujący Ścieżki. Srogie smoki. Została jeszcze jedna Twierdza...
- Pusta Twierdza - wyszeptał Udinaas, a razem z nim inni słuchacze.
Piórkowa Wiedźma uniosła nagle głowę, marszcząc czoło.
- Coś krąży nad Pustym Tronem. Nie widzę tego, ale to... krąży. Blada
dłoń, odcięta i tańcząca... nie, to jest...
Dziewczyna zesztywniała. Z ran na jej barkach trysnęły strumienie
czerwieni. Uniosła się w powietrze.
Świadkowie zerwali się z krzykiem i podbiegli do niej, wyciągając ręce.
Było już jednak za późno. Niewidzialne szpony zacisnęły się mocniej, a niewidzialne skrzydła załopotały w pełnym pyłków powietrzu stodoły.
Poniosły Piórkową Wiedźmę w mrok pod łukowatym sufitem. Dziewczyna
krzyknęła.
Udinaas poczuł, że serce zabiło mu jak młotem. Przepchnął się przez tłum
i dopadł drewnianych schodów prowadzących na stryszek. Gdy wdrapywał się
po stromych, nieheblowanych stopniach, w ręce wbijały mu się drzazgi.
Powietrze wypełniały krzyki Piórkowej Wiedźmy. Dziewczyna szamotała się
w uścisku niewidzialnych szponów.
Przecież wrony nie mają szponów...
Wpadł na stryszek, potykając się na nierównych deskach. Nie spuszczał
spojrzenia z Piórkowej Wiedźmy. Gdy znalazł się krok przed krawędzią,
wyskoczył w górę i przemknął nad głowami zebranego na dole tłumu,
wyciągając przed siebie ręce.
Jego celem był wir powietrza tańczący nad dziewczyną. Tam właśnie
znajdowała się niewidzialna istota. Gdy już tam dotarł, zderzył się
gwałtownie z masywnym, pokrytym łuską ciałem. Owinął mocno ręce wokół
muskularnego, lepkiego tułowia, czując, jak okładają go błoniaste
skrzydła. Usłyszał wściekły syk i nagle na jego lewym barku zacisnęła
się szczęka. Ostre jak igły zęby przebiły skórę, zagłębiając się w mięśniach.
Udinaas stęknął głośno.
Wyval, nasienie Eleintów...
Lewą ręką sięgnął po hak od sieci wiszący u jego pasa.
Bestia rozszarpała mu bark. Trysnęła z niego krew.
Wymacał wytarty drewniany uchwyt narzędzia i wyszarpnął zza pasa hak.
Jego wewnętrzna powierzchnia była ostra jak brzytwa, by umożliwić
przycinanie węzłów. Odwrócił się, zaciskając zęby z bólu wywołanego
przez jaszczurcze szczęki rozdzierające na strzępy jego bark, i uderzył
z całej siły w dół, w miejsce, gdzie powinna być noga Wyvala. Trafił w coś i szarpnął ostro hakiem, przecinając ścięgna.
Stworzenie wrzasnęło z bólu.
I wypuściło Piórkową Wiedźmę.
Dziewczyna runęła w kłębowisko wyciągających się po nią ramion. Szpony
uderzyły w pierś Udinaasa, przebijając skórę.
Ciął po raz drugi, zadając głęboką ranę. Noga zadrżała spazmatycznie.
Paszcza zamknęła się znowu, tym razem na jego szyi.
Hak wypadł z osłabłej dłoni Udinaasa. Usta i nos rannego wypełniła krew.
Przed jego oczyma tańczyła ciemność. Usłyszał, że Wyval wrzasnął po raz
kolejny, tym razem z przerażenia i bólu. Dźwięk emanujący z jego nozdrzy
owiewał plecy mężczyzny. Szczęki zwolniły uchwyt.
Udinaas spadł na ziemię.
I nie wiedział już nic więcej.
***
Gdy wszyscy wychodzili kolejno z sali, Hannan Mosag położył dłoń na
ramieniu Trulla.
- Zostań - wyszeptał. - Twoi bracia niech też zostaną.
Trull śledził wzrokiem oddalających się grupkami wojowników. Byli
zaniepokojeni. Gdy spoglądali po raz ostatni na króla-czarnoksiężnika i jego k'risnanów, na wielu zawziętych obliczach pojawiała się trwoga.
Fear podszedł do podwyższenia, a Rhulad podążył za nim. Z twarzy
najstarszego z braci nie sposób było niczego odczytać, co nie stanowiło
niespodzianki, natomiast Rhulad nie mógł ustać w miejscu. Ciągle kręcił
głową na wszystkie strony, a jego dłoń tańczyła na gałce miecza, który
wisiał mu u pasa.
Po kilkunastu uderzeniach serca zostali sami.
- Spójrz na mnie, Trullu Sengar - zaczął Hannan Mosag. - Chciałbym,
żebyś zrozumiał, że nie było moim zamiarem krytykowanie twojego gestu.
Ja również cisnąłbym włócznią w Letheryjczyka w odpowiedzi na jego
drwiny. Wykorzystałem cię szpetnie i teraz cię za to przepraszam.
- Nie ma za co, panie - odparł Trull. - Cieszę się, że mój czyn stał się
dla ciebie fundamentem budowli, która pozwoliła ci zmienić opinię rady.
Król-czarnoksiężnik uniósł głowę.
- Fundamentem. - Uśmiechnął się, ale był to wymuszony uśmiech. - W takim
razie nie będziemy już więcej o tym mówić, Trullu Sengar. - Przeniósł
spojrzenie na Rhulada i podjął nieco twardszym tonem: - Rhuladzie
Sengar, wojowniku, który jeszcze nie przelał krwi, rozmawiasz teraz ze
mną, ponieważ jesteś synem Tomada... a ja potrzebuję jego wszystkich
synów, w tym również ciebie. Chcę, żebyś mnie słuchał, a nie wyrażał swe
zdanie.
Rhulad skinął głową z nagle pobladłą twarzą.
Hannan Mosag przeszedł między dwoma k'risnanami, którzy cały czas
pełnili straż na podwyższeniu, i opuścił je, prowadząc za sobą trzech
synów Tomada.
- Jak rozumiem, Binadas znowu wyruszył na wędrówkę. On nigdzie nie
zapuszcza korzeni, czyż nie tak? Ach, cóż, to go w niczym nie umniejsza.
Kiedy wasz brat wróci, będziecie musieli powtórzyć mu to, co wam teraz
powiem.
Weszli do prywatnej komnaty króla-czarnoksiężnika. Nie było w niej żony
ani żadnych niewolników. Hannan Mosag żył prosto. Jego jedynym
towarzyszem był pełniący przy nim straż cień. W surowo urządzonej
komnacie znajdowało się niewiele sprzętów.
- Przed trzema księżycami, gdy zasnąłem, moja dusza wyruszyła na
wędrówkę i była świadkiem wizji - zaczął król-czarnoksiężnik, zwracając
się ku nim. - Znalazłem się na pokrytej śniegiem i lodem równinie,
daleko za ziemiami Arapayów, na północny wschód od Głodnego Jeziora. Na
ziemi zamarłej w wiecznym bezruchu wyrosło coś nowego. Były to gwałtowne
narodziny czegoś surowego i trudnego. Iglicy lodu. A może lodowej
włóczni. Nie mogłem się do niej zbliżyć, ale wyrastała wysoko ponad
śnieg, lśniąc oślepiającym blaskiem w promieniach słońca. Mimo to w jej
sercu czaiło się coś mrocznego. - Hannan Mosag wpatrzył się w pustkę.
Trull uświadomił sobie z dreszczem, że król znowu znalazł się w tym
zimnym, smętnym miejscu. - To dar. Dla Edur. Dla króla-czarnoksiężnika.
Hannan Mosag umilkł.
Nikt się nie odzywał.
Nagle król-czarnoksiężnik wyciągnął rękę i złapał Feara za ramię,
przeszywając starszego brata Trulla ostrym spojrzeniem.
- Czterej synowie Tomada Sengara powędrują w tamto miejsce i przyniosą
mi ów dar. Możecie zabrać ze sobą dwóch innych. Widziałem w swej wizji
ślady sześciu osób wiodące ku tej lodowej iglicy.
- Theradas i Midik Buhn - zdecydował Fear.
Król-czarnoksiężnik skinął głową.
- Tak, to dobry wybór. Fearze Sengar, mianuję cię dowódcą tej wyprawy.
Jesteś wyrazicielem mojej woli i należy ci się posłuch. Ani tobie, ani
żadnemu z wojowników nie wolno dotykać daru. Ciało żadnego z was nie
może się z nim zetknąć. Zrozumiano? Wydobądźcie go z iglicy, owińcie w skóry, jeśli tylko będzie to możliwe, i wróćcie z nim tutaj.
Fear skinął głową.
- Zrobimy, jak nam rozkazałeś, panie.
- Znakomicie. - Hannan Mosag omiótł spojrzeniem trzech braci. - Wielu
sądzi, że zjednoczenie plemion było moim jedynym celem jako wodza
Hirothów. Być może wy również tak uważacie. Synowie Tomada, dowiedzcie
się, że to zaledwie początek.
Nagle w komnacie pojawił się ktoś nowy. Król i bracia jednocześnie
wyczuli jego przybycie. Odwrócili się w stronę wejścia.
Stał w nim k'risnan.
Hannan Mosag skinął głową.
- Niewolnicy mieli dziś noc pełną wrażeń - mruknął. - Chodźcie wszyscy.
***
Widma cienia zgromadziły się wokół jego duszy, albowiem dusza była
wszystkim, co z niego zostało, nieruchoma i bezbronna, widząca bez oczu,
czująca bez ciała. Niewyraźne, podobne do zwierząt postacie krążyły
wokół niego, kłapiąc zębami, niczym psy, które otoczyły żółwia.
Te duchy cienia były głodne, ale coś je powstrzymywało, jakiś mocno
zakorzeniony zakaz. Szturchały go i szarpały, ale nie robiły nic więcej.
Rozproszyły się niechętnie, wyczuwając, że coś, czy raczej ktoś, się
zbliża. Udinaas poczuł u swego boku ciepłą, osłaniającą go obecność.
Piórkowa Wiedźma. Była zdrowa, jej twarz promieniała. Przyjrzała mu się
z pytającym wyrazem w szarych oczach.
- Synu długu - odezwała się z westchnieniem. - Mówią, że to ty mnie
uwolniłeś. Mimo że Wyval szarpał twoje ciało. Nie dbałeś o to. -
Przyglądała mu się jeszcze przez chwilę. - Twoja miłość wypala mi oczy -
stwierdziła wreszcie. - Co mam począć z tą prawdą?
Przekonał się, że jest w stanie mówić.
- Nic nie rób, Piórkowa Wiedźmo. Wiem, że to nie może się stać. Nie
wyrzeknę się tego brzemienia.
- Tak. Widzę to.
- Co się stało? Czy umieram?
- Byłeś bliski śmierci. Uruth, żona Tomada Sengara udzieliła odpowiedzi
na twe... cierpienia. Zaczerpnęła mocy z Kurald Emurlahn i przepędziła
Wyvala. A teraz trudzi się nad uzdrowieniem nas obojga. Leżymy obok
siebie na mokrej od krwi ziemi. Nieprzytomni. Zdumiewa ją nasza niechęć
do powrotu.
- Niechęć?
- Przekonała się, że trudno jej jest uzdrowić nasze rany. Opieram się
jej, za nas oboje.
- A dlaczego?
- Dlatego że niepokoję się o nią. Uruth nic nie czuje. Wydaje się jej,
że jej moc jest czysta. Ale w rzeczywistości jest... skażona.
- Nie rozumiem. Mówiłaś, że to Kurald Emurlahn...
- Bo tak jest. Ale utraciła czystość. Nie wiem, jak to się stało, ale
zaszła w niej zmiana. Zmieniła się dla wszystkich Edur.
- I co mamy zrobić?
Westchnęła.
- Na razie wrócić. Posłuchać jej rozkazu. Wyrazić wdzięczność za jej
interwencję, za uzdrowienie naszych rozszarpanych ciał. A w odpowiedzi
na liczne pytania, które nam zada, możemy rzec niewiele. Nie
wiedzieliśmy, co się dzieje. Walczyliśmy z nieznanym demonem. Panował
chaos. A o tej rozmowie nie powiesz jej nic, Udinaas. Zrozumiałeś?
- Zrozumiałem.
Wyciągnęła rękę i poczuł, że uścisnęła jego dłoń - nagle uleczoną - i do
jego ciała napływa jej ciepło.
Usłyszał bicie własnego serca, które ożywiło się w odpowiedzi na ten
dotyk. A także drugie serce, odległe, lecz coraz bliższe, które biło tym
samym rytmem. Nie było to jednak serce dziewczyny i Udinaasem zawładnęła
groza.
***
Matka odsunęła się od niego. Mars na jej czole znikał powoli.
- Wracają - stwierdziła.
Trull popatrzył na dwoje leżących. Udinaas był niewolnikiem z ich domu,
a dziewczyna jedną ze służących Mayen, zwaną Piórkową Wiedźmą ze względu
na jej talent wróżbitki. Wokół dziur pozostawionych przez zęby w ich
koszulach było jeszcze widać plamy krwi, ale rany zdążyły się już
zasklepić. Na piersi Udinaasa widać było też inną krew - złotą i wciąż
jeszcze błyszczącą.
- Powinienem zabronić tego rzucania - warknął Hannan Mosag. - Pozwalanie
na użycie letheryjskich czarów w środku naszej wioski to niebezpieczna
pobłażliwość.
- Ale to ma pewną wartość, wielki królu - zauważyła Uruth. Trull
widział, że jego matka nadal jest niespokojna.
- A mianowicie jaką, żono Tomada?
- To ostrzeżenie, wielki królu, i lepiej, żebyśmy go wysłuchali.
Hannan Mosag wykrzywił twarz.
- Ten mężczyzna ma na koszuli krew Wyvala. Czy jest zakażony?
- Niewykluczone - przyznała Uruth. - Znaczna część tego, co u Letheryjczyków uchodzi za duszę, jest ukryta przed moją sztuką, wielki
królu.
- Ta skaza prześladuje nas wszystkich, Uruth - rzekł
król-czarnoksiężnik, zwracając się do niej prawdziwym imieniem, co było
wielkim zaszczytem. - Trzeba go przez cały czas obserwować - ciągnął,
spoglądając na Udinaasa. - Jeśli ma w sobie krew Wyvala, prawda prędzej
czy później wyjdzie na jaw. Czyją jest własnością?
Tomad Sengar odchrząknął.
- Moją, królu-czarnoksiężniku.
Hannan Mosag zmarszczył brwi. Trull wiedział, że król-czarnoksiężnik
myśli o swym śnie i o podjętej przez siebie decyzji wplecenia w wątek
swej opowieści rodziny Sengarów. Na świecie zdarzało się niewiele
przypadków.
- Ta Piórkowa Wiedźma należy do Mayen, tak? - zapytał twardszym głosem.
- Powiedz mi, Uruth, czy wyczułaś jej moc, kiedy ją uzdrawiałaś?
Matka Trulla pokręciła głową.
- Nie była zbyt imponująca. Albo...
- Albo co?
Uruth wzruszyła ramionami.
- Albo dziewczyna dobrze ją ukrywa, mimo że jest ranna. A jeśli tak
jest, to jej moc przerasta moją.
To niemożliwe. Ona jest Letheryjką. Niewolnicą, która jest jeszcze
dziewicą.
Chrząknięcie Hannana Mosaga wyrażało podobną opinię.
- Zaatakował ją Wyval i najwyraźniej zapanowanie nad tym stworzeniem
dalece przekraczało jej możliwości. Nie, dziecko popełniło błąd. Jest
źle wyszkolone, nieświadome ogromu wszystkiego, czym próbuje się bawić.
Spójrzcie, dopiero odzyskuje przytomność.
Piórkowa Wiedźma rozchyliła powieki. W jej oczach widać było niewiele
zrozumienia, które w dodatku szybko zastąpił zwierzęcy strach.
Hannan Mosag westchnął.
- Przez pewien czas nie będzie dla nas użyteczna. Zostawcie ją pod
opieką Uruth i innych żon. - Spojrzał na Tomada Sengara. - Kiedy Binadas
wróci...
Tomad skinął głową.
Trull zerknął na Feara. Za plecami jego brata klęczeli niewolnicy,
którzy byli świadkami rzucania. Zamarli w bezruchu, przyciskając czoła
do ziemi, już od chwili przybycia Uruth. Wydawało się, że twarde
spojrzenie starszego brata Trulla spoczęło na czymś, czego nikt poza nim
nie widział.
Kiedy Binadas wróci... synowie Tomada wyruszą w drogę. Na lodowe
pustkowia.
Udinaas jęknął.
Król-czarnoksiężnik zignorował to i wyszedł ze stodoły. Dwaj k'risnani
szli u jego boków, a strzegący go cień posuwał się krok za nim. U wyjścia przerażające widmo zatrzymało się z własnej inicjatywy i obejrzało za siebie - choć nie sposób było określić, na kogo skierowało
spojrzenie bezkształtnych oczu.
Udinaas jęknął po raz drugi. Trull zauważył, że członki niewolnika drżą.
Widmo zniknęło.
Rozdział drugi
Umiłowana tych odcisków stóp,
Kochanka śladu, który
Przed chwilą zostawił,
albowiem ścieżka, którą wędruje,
biegnie między nami wszystkimi.
Słodki smak utraty
karmi wszystkie górskie strumienie,
Lód spływa do mórz
ciepłych jak krew,
nizając cienką nić naszych snów.
Bo tam, gdzie ją prowadzi,
zostawił swe kości,
A ścieżka, którą kroczy,
jest ciałem bez życia,
morze zaś nic nie pamięta.
Ballada o starożytnych Twierdzach
Rybak kel Tath
Spojrzenie za plecy. W mgiełce ciągnącej się daleko w dole, gdzieś na
zachodzie, migotał wewnętrzny brzeg Zatoczki Rubieżowej. Blade niebo
odbijające się w tafli wody maskowało czerń jej bezdennej czeluści. Ze
wszystkich pozostałych stron, pomijając kamienistą ścieżkę za plecami
Seren Pedac, wznosiły się wyszczerbione turnie. Ich ośnieżone szczyty
lśniły złotym blaskiem w promieniach słońca, którego nie widziała z położonego na południe od przełęczy miejsca, gdzie przystanęła.
Wiatr niósł ze sobą odór lodu, utrzymujące się jeszcze tchnienie zimy,
woń mroźnego rozkładu. Otuliła się szczelniej futrem i odwróciła, by
zobaczyć, jak posuwa się naprzód wędrująca za nią karawana.
Trzy wozy o pełnych kołach kołysały się z głośnym skrzypieniem. Wokół
nich tłoczyły się grupy rozebranych do pasa Nereków. Ci, którzy szli
przed wozami, ciągnęli liny, a podążający za nimi podkładali blokady pod
koła, żeby ociężałe wehikuły nie staczały się po ścieżce.
W tych wozach, poza innym towarami, znajdowało się dziewięćdziesiąt
wlewków żelaza, po trzydzieści w każdym pojeździe. Oczywiście, nie była
to sławna letheryjska stal, której sprzedaż za granicę była zabroniona,
niemniej jednak był to drugi pod względem jakości dostępny na rynku
produkt: hartowana, węglowa stal niemal całkowicie wolna od
zanieczyszczeń. Każdy wlewek dorównywał długością górnej kończynie Seren
i był od niej dwukrotnie grubszy.
Powietrze było tu rzadkie i panował dotkliwy ziąb, a mimo to Nerecy
pracowali półnadzy, a z ich śliskich od potu ciał buchała para. Jeśli
blokada zawiedzie, pierwszy w szeregu członek plemienia rzuci się pod
koło.
Buruk Blady płacił im za to dwa doki dziennie.
Seren Pedac była jego poręczycielką. Przyznano jej prawo wstępu na
terytorium Edur jako jednej z siedmiu osób uhonorowanych w ten sposób w ostatnim traktacie. Żaden kupiec nie mógł wjechać na ziemie Edur bez
przewodnictwa poręczyciela. Oferty składane Seren i pozostałej szóstce
sięgały bardzo wysokich sum. Buruk zaoferował najwięcej i posiadał ją
teraz na własność. Czy raczej posiadał jej usługi jako przewodniczki i poszukiwaczki - różnica, na którą zwracał z każdą chwilą mniej uwagi.
Był to już jednak szósty rok kontraktu. Zostały tylko cztery.
Być może.
Odwróciła się i spojrzała na przełęcz. Wspięli się dopiero niespełna sto
kroków ponad linię drzew. Wzdłuż wyboistej ścieżki rosły sięgające kolan
kilkusetletnie karłowate dęby i świerki. Ogromne głazy, przywleczone tu
przez lód w minionych epokach, pokrywała warstewka mchów i porostów. Tu
i ówdzie, w ocienionych miejscach, utrzymywały się jeszcze połacie
śniegu. Tutaj wiatr nie poruszał niczym - ani niskimi, sękatymi
świerkami, ani nawet krzywymi, bezlistnymi gałęziami dębów. W obliczu
takiego bezruchu pozostawało mu jedynie smętne zawodzenie.
Pierwszy wóz wytoczył się ze stukotem na równą drogę za plecami Seren.
Nerecy pociągnęli go szybko naprzód, pokrzykując do siebie w swym
języku, minęli poręczycielkę i zabezpieczyli pojazd, żeby się nie
zsunął. Następnie pobiegli pomóc swym współplemieńcom, którzy nadal
gramolili się pod górę.
Zaskrzypiały drzwi i z pierwszego wozu wyszedł Buruk Blady. Kupiec
rozstawił szeroko nogi, jakby próbował sobie przypomnieć, jak się
utrzymuje równowagę, targany wiatrem odwrócił się od lodowatego
podmuchu, uniósł rękę, by przytrzymać na głowie obszytą futrem czapkę, i mrugając, popatrzył na Seren Pedac.
- Każę wytrawić ten obraz na kościach mojej czaszki, błogosławiona
poręczycielko! Razem z całą masą innych, rzecz jasna. To futro barwy
umbry, majestatyczna, pierwotna gracja, z jaką tu stoisz. Ogorzały
majestat twego profilu, tak zgrabnie wytrawiony przez te dzikie góry.
Hej, ty, Nereku! Znajdź waszego brygadzistę. Rozbijemy tu obóz. Trzeba
przygotować posiłki. Wyładujcie te wiązki drewna z trzeciego wozu. Chcę,
żebyście rozpalili ognisko w tym samym miejscu co zwykle. Bierzcie się
do roboty!
Seren Pedac postawiła plecak na ziemi i oddaliła się ścieżką od reszty
grupy. Wicher szybko uniósł ze sobą słowa Buruka. Po trzydziestu krokach
Seren dotarła do pierwszej ze starych świątyń. Ścieżka rozszerzała się
tu, po obu jej stronach było widać dwie gładkie płaszczyzny odsłoniętej
skały macierzystej, a zbocza gór ociosano tak, by stały się pionowe. Na
płaskich miejscach ułożono głazy, które tworzyły zarys statków
naturalnej wielkości. Uniesione dziób i rufę znaczyły ustawione pionowo
menhiry. Kamienie dziobu wyrzeźbiono na podobieństwo boga Edur, Ojca
Cienia, lecz z czasem wiatr zatarł szczegóły. Cokolwiek znajdowało się
niegdyś w tych statkach, dawno już zniknęło, choć powierzchnię skały
wewnątrz nich nadal pokrywały dziwne plamy.
W pionowych skalnych ścianach również zachowały się ślady dawnej mocy.
Były gładkie i czarne, a także półprzezroczyste niczym cienka warstewka
przydymionego obsydianu. W środku poruszały się jakieś kształty. To
wyglądało tak, jakby góry były puste w środku, jakby każda ze ścian była
czymś w rodzaju okna ukazującego tajemniczy, wieczny świat w ich
wnętrzu. Świat niezważający na nic, co go otacza, ukryty za granicami z nieprzeniknionego kamienia, ślepy albo obojętny na te niezwykłe szyby.
Półprzezroczysty obsydian nie pozwalał Seren skupić spojrzenia na
poruszających się po drugiej stronie kształtach. Przechodziła tędy już
chyba ze czterdzieści razy i zawsze wyglądało to tak samo. Ta tajemnica
stanowiła jednak dla niej nieodparty wabik, który przyciągał ją tu raz
po raz.
Ominęła ostrożnie rufę zbudowanego z głazów statku i podeszła do
wschodniej szyby. Zdjęła z prawej dłoni rękawicę na futrze i dotknęła
gładkiej, kamiennej powierzchni. Była ciepła, wypijała sztywność z palców, łagodziła ból w stawach. To była tajemnica Seren. Odkryła te
uzdrowicielskie moce, gdy po raz pierwszy dotknęła skały.
Życie w tej niegościnnej krainie pozbawiło jej ciało jędrności. Kości
stały się kruche, zniekształcone od bólu. Pod stopami ciągle miała skałę
i przy każdym kroku jej kręgosłupem targały wstrząsy. Zanim Nerecy
uklękli przed letheryjskim królem, ich plemię żyło w najdalej wysuniętej
na wschód części gór. Wierzyli, że są potomstwem kobiety i węża, i że
ten wąż nadal mieszka w ich ciałach, w wygiętym delikatnie kręgosłupie,
a biegnący w górę stos kręgów ukrywa jego głowę w samym środku mózgu.
Góry jednak nienawidziły węża i pragnęły ściągnąć go na ziemię, by znowu
musiał pełzać na brzuchu, wsuwać się w szczeliny i owijać wokół kamieni.
Dlatego z upływem lat wąż był zmuszony coraz bardziej uginać kark,
pochylać się i wyginać.
Nerecy grzebali swych zmarłych pod płaskimi głazami.
A przynajmniej robili to, dopóki królewski edykt nie zmusił ich do
przyjęcia wiary w Twierdze.
Teraz zostawiają ciała swych bliskich tam, gdzie ci padną. Nawet
wyprowadzają się z chat.
Choć minęło już wiele lat, Seren Pedac nadal pamiętała z bolesną
wyrazistością chwilę, gdy weszła na wzniesienie i po raz pierwszy
ujrzała na własne oczy rozległy płaskowyż, na którym mieszkali Nerecy.
Ich wioski utraciły wszelką odrębność, zlały się ze sobą, tworząc
bezładny, przygnębiający chaos. Co trzecia czy co czwarta chata obróciła
się w ruinę, stała się prowizorycznym grobowcem dla mieszkańców, którzy
zmarli z powodu choroby, starości bądź też nadużycia alkoholu, białego
nektaru albo durhangu. Dzieci wałęsały się bez opieki, a za nimi
włóczyły się zdziczałe szczury skalne, które mnożyły się teraz swobodnie
i z uwagi na liczne przenoszone choroby przestały się nadawać do
jedzenia.
Lud Nereków został zniszczony. Z tej otchłani już się nie wydostaną. Ich
ojczyzna stała się jednym wielkim cmentarzem, a letheryjskie miasta
obiecywały jedynie dług i upadek. Nie oferowano im jednak współczucia.
Letheryjski sposób życia był trudny, ale jedynie słuszny i cywilizowany.
Dowodem na to stał się fakt, że ich cywilizacja kwitła, podczas gdy
wszystkie pozostałe upadały albo pozostawały słabe i zacofane.
Przenikliwy wicher nie docierał już do Seren Pedac. Przepływało przez
nią ciepło kamienia. Zamknęła oczy i oparła czoło o miłą w dotyku
powierzchnię.
Kto porusza się w jego wnętrzu? Czy są to duchy przodków Edur, jak
utrzymują Hirothowie?
Jeśli tak, to dlaczego nie widzą ich wyraźniej niż sama Seren? Zamazane
postacie, krążące w tę i we w tę, zagubione jak nereckie dzieci w ich
umierających wioskach.
Seren miała własną opinię na ten temat i trzymała się jej, choć nie była
przyjemna.
To są strażnicy daremności. Poręczyciele absurdu. Odbicia nas samych, na
wieczność uwięzione w tańcu wiecznych powtórzeń. Po wieczność będą tylko
niewyraźnymi sylwetkami, ponieważ to jest wszystko, co potrafimy ujrzeć,
gdy spoglądamy na siebie, na swoje życie. Wrażenia, wspomnienia i doświadczenia, cuchnąca gleba, w której zakorzeniają się myśli. Blade
kwiaty wyrastające pod pustym niebem.
Gdyby tylko mogła, zatopiłaby się w tej skalnej ścianie, by krążyć przez
wieczność w towarzystwie owych bezkształtnych sylwetek i być może od
czasu do czasu wyglądać na zewnątrz, gdzie nie widziałaby karłowatych
drzew, mchu, porostów ani przechodzących tędy niekiedy wędrowców. Nie,
widziałaby tylko wiatr. Bezustannie zawodzący wiatr.
***
Usłyszała jego kroki na długo przed tym, nim wszedł w krąg migotliwego
światła. Ich odgłos obudził również Nereków, którzy przysiedli w półokręgu na granicy światła, skuleni pod wystrzępionymi futrami.
Wszyscy wstali szybko i ruszyli w stronę, z której dobiegał miarowy
odgłos.
Seren Pedac cały czas wpatrywała się w płomienie. Dzięki temu
rozrzutnemu marnotrawstwu drewna Buruk Blady mógł się cieszyć ciepłem,
gdy upijał się systematycznie mieszaniną wina i białego nektaru. Usilnie
starała się powstrzymać opadanie kącika ust, ów niepożądany, ironiczny
grymas, który wyrażał gorzką wesołość na myśl o zbliżającym się
spotkaniu dwojga złamanych serc.
Burukowi Blademu wydano tajne instrukcje. Ich lista była tak długa, że
mogłaby wypełnić cały zwój. Autorami owych instrukcji byli inni kupcy,
spekulanci i urzędnicy. Seren podejrzewała, że znajdowali się wśród nich
ludzie z Królewskiego Domostwa. Nie znała treści owych instrukcji, ale
nie ulegało wątpliwości, że zabijają one jej pracodawcę. Buruk zawsze
lubił wino, ale nie z dodatkiem uwodzicielskiego niszczyciela, jakim był
biały nektar. Podczas tej podróży stał się on nowym paliwem dla
dogasających płomieni duszy kupca, który utonie w nim równie
niezawodnie, jak utonąłby w głębokich wodach Zatoczki Rubieżowej.
Jeszcze cztery lata. Być może.
Nerecy otoczyli gościa gęstym tłumem. Ich głosy zlewały się ze sobą,
tworząc niesamowicie brzmiący szept, zupełnie jakby byli czcicielami
wznoszącymi modły do jakiegoś szczególnie deprymującego boga. Choć
panujący poza kręgiem światła mrok ukrywał wydarzenia przed jej oczyma,
Seren Pedac potrafiła sobie wyobrazić, co się tam dzieje. Starał się
udzielić każdemu z nich jakiejś - jakiejkolwiek - odpowiedzi, której nie
można by uznać za błogosławieństwo, i tylko jego oczy zdradzały
skrępowanie, jakie budził w nim ten zalew uścisków. Pragnął im
powiedzieć, że nie zasługuje na podobną cześć. Że jego życie było
żałosną serią niepowodzeń - podobnie jak ich życie. Wszyscy byli
zagubieni w tym świecie o zimnym sercu. Pragnął im to powiedzieć, ale
Hull Beddict nic nigdy nikomu nie mówił. A przynajmniej nic równie...
otwarcie bolesnego.
Buruk Blady uniósł głowę, słysząc nagłe poruszenie. Zamrugał sennie.
- Kto idzie?
- Hull Beddict - odpowiedziała Seren Pedac.
Kupiec oblizał wargi.
- Dawny obserwator?
- Tak. Chociaż nie radzę ci zwracać się do niego, używając tego tytułu.
Już dawno temu zwrócił Królewską Trzcinę.
- Ehe, i w ten sposób zdradził Letheryjczyków. - Buruk parsknął
śmiechem. - Biedny, honorowy dureń. Honor wymaga hańby, czyż to nie
zabawne? Widziałaś kiedyś górę lodową na morzu? Taka góra cieli się raz
po raz pod nieustannym naciskiem zębów słonej wody. Tak jest.
Uniósł butelkę i Seren zobaczyła, jak porusza się jego grdyka.
- A hańba budzi w tobie pragnienie, Buruk?
Opuścił butelkę i przeszył kobietę pełnym złości spojrzeniem. Potem
uśmiechnął się krzywo.
- Zasycha mi od niej w gardle, poręczycielko. Jestem jak tonący, który
rozpaczliwie połyka powietrze.
- Tyle że to nie powietrze, tylko woda.
Wzruszył ramionami.
- To jedynie chwilowa niespodzianka.
- Potem tonący się przyzwyczaja.
- Tak jest, a w ostatnich chwilach gwiazdy unoszą się na niewidzialnych
prądach.
Hull Beddict zrobił dla Nereków, co tylko mógł, po czym wszedł w krąg
blasku. Prawie dorównywał wzrostem Edur. Miał na sobie białe futro
północnego wilka, a jego długie, splecione w warkocz włosy były niemal
tak samo jasne. Słońce i silne wiatry nadały jego obliczu odcień
wygarbowanej skóry. Oczy miał jasnoszare. Wydawało się, że ukryty za
nimi człowiek zawsze przebywa myślą gdzie indziej. Seren Pedac świetnie
jednak wiedziała, że owym miejscem nie jest jego dom.
Nie, jest tak samo zagubiony jak jego ciało, jak mięso i kości, które
przed sobą widzimy.
- Ogrzej się trochę, Hullu Beddict - zaproponowała.
Przyjrzał się jej uważnie z charakterystycznym dla siebie roztargnieniem
- pozorna sprzeczność, możliwa wyłącznie u niego.
Buruk Blady roześmiał się głośno.
- Niby po co? Zimno nie dociera do niego przez te futra. Jesteś głodny,
Beddict? Spragniony? Nie sądzę. A co powiesz na kobietę? Mógłbym ci
odstąpić jedną z moich półkrwi Nerenek. Te ślicznotki czekają w moim
wozie. - Pociągnął głośno kolejny łyk i uniósł butelkę. - A może chcesz
tego? Och, trudno mu ukryć niesmak.
- Przechodziłeś przez przełęcz? - zapytała Seren, spoglądając na byłego
obserwatora. - Czy śniegi już stopniały?
Hull Beddict popatrzył na wozy. Kiedy odpowiedział, jego słowa brzmiały
niepewnie, jakby upłynęło wiele czasu, odkąd ostatnio się odzywał.
- Powinniście sobie poradzić.
- Dokąd się wybierasz?
Znowu na nią spojrzał.
- Będę wam towarzyszył.
Seren uniosła brwi.
Buruk Blady pomachał butelką, nie przestając się śmiać. Zostało już
tylko kilka kropli trunku, które wpadły z głośnym sykiem do ogniska.
- Och, cieszymy się z twojego towarzystwa! Zaiste! Nerecy będą
zachwyceni.
Podniósł się chwiejnie, zatoczył niebezpiecznie blisko ognia, machnął
jeszcze na pożegnanie ręką i powlókł się do swego wozu.
Seren i Hull śledzili go wzrokiem. Kobieta zauważyła, że Nerecy wrócili
na miejsca, gdzie mieli zamiar ułożyć się do snu, ale wszyscy nadal
czuwają. Gdy wpatrywali się w dawnego obserwatora, który podszedł bliżej
ogniska i usiadł ostrożnie na ziemi, w ich oczach odbijał się blask
płomieni. Hull Beddict wysunął sękate dłonie przed siebie, przysuwając
je do ciepła.
Seren przypomniała sobie, że potrafią one być delikatniejsze, niżby się
zdawało. Owo wspomnienie nie rozżarzyło jednak dawno wystygłych
popiołów. Wrzuciła do głodnego ogniska kolejną szczapę, obserwując, jak
skry sypią się w ciemność.
- Ma zamiar zatrzymać się u Hirothów jako gość aż do czasu Wielkiego
Spotkania?
Spojrzała na niego, a potem wzruszyła ramionami.
- Tak sądzę. Czy dlatego postanowiłeś się do nas przyłączyć?
- To spotkanie nie będzie wyglądało jak poprzednie rokowania traktatowe
- wyjaśnił. - Edur nie są już podzieleni. Król-czarnoksiężnik sprawuje
niekwestionowaną władzę.
- To prawda. Wszystko się zmieniło.
- I dlatego Diskanar wysłał Buruka Bladego.
Prychnęła pogardliwie, wkopując z powrotem w ognisko szczapę, która się
z niego wytoczyła.
- To marny wybór. Wątpię, by choć przez chwilę był na tyle trzeźwy, żeby
coś wyszpiegować.
- Na tereny godowe Calach wyruszyło dwadzieścia osiem statków z siedmiu
różnych domów kupieckich - stwierdził Hull Beddict, zginając palce.
- Wiem o tym.
- Delegaci Diskanara będą zapewniali, że to były nieusankcjonowane łowy.
Potępią tę rzeź. A potem wykorzystają ją jako argument świadczący, że
stary traktat jest niedoskonały i trzeba go zrewidować. Zrekompensują
kradzież fok gestem. Rzucą do stóp Hannana Mosaga złoto.
Nie odpowiedziała na to ani słowem. Hull Beddict miał rację. Niewielu
było takich, którzy równie dobrze jak on wiedzieli, jak pracuje umysł
króla Ezgary Diskanara - czy raczej Królewskiego Domostwa, co nie zawsze
było tym samym.
- Podejrzewam, że kryje się w tym coś więcej - rzekła po chwili.
- To znaczy co?
- Pewnie nie słyszałeś, kto będzie przewodził delegacji?
Chrząknął z niesmakiem.
- Góry nie zwykły mówić o takich sprawach.
Skinęła głową.
- Interesy króla będzie reprezentował Nifadas.
- To dobrze. Pierwszy eunuch nie jest głupcem.
- Nifadas będzie dzielił dowództwo z księciem Quillasem Diskanarem.
Hull Beddict zwrócił się powoli w jej stronę.
- To znaczy, że wzniosła się wysoko.
- Tak. A przez wszystkie te lata, które minęły, odkąd ostatnio twoja
droga skrzyżowała się z drogą jej syna... No cóż, Quillas nie zmienił
się wiele. Królowa trzyma go na krótkiej smyczy, a kanclerz podsuwa mu
pod nos słodkie smakołyki. Krążą pogłoski, że głównym udziałowcem we
wszystkich siedmiu firmach, które złamały traktat, jest nie kto inny,
tylko sama królowa Janall.
- A kanclerz nie ośmieli się opuścić pałacu - dodał Hull Beddict.
Dosłyszała szyderstwo w jego głosie. - Dlatego wysłał Quillasa. To błąd.
Książę jest ślepy na subtelności. Zdaje sobie sprawę z własnej
ignorancji i głupoty i dlatego zawsze odnosi się do innych podejrzliwie,
zwłaszcza gdy mówią coś, czego nie rozumie. Człowiek, którego niesie
fala emocji, nie może być dobrym negocjatorem.
- To nie jest tajemnicą - zauważyła Seren Pedac i czekała na jego
odpowiedź.
Hull Beddict splunął w ogień.
- Ale im to jest obojętne. Królowa pozwoliła mu zerwać się ze smyczy.
Pozwoliła powymachiwać rączkami, rzucić Hannanowi Mosagowi w twarz parę
nieudolnie skleconych obelg. Czy to zwyczajna arogancja, czy
rzeczywiście chcą sprowokować wojnę?
- Nie mam pojęcia.
- A Buruk Blady? Czyje instrukcje wykonuje?
- Nie jestem pewna. Ale nie wygląda na zadowolonego.
Oboje umilkli.
Przed dwunastu laty król Ezgara Diskanar przyznał swemu ulubionemu
predzie gwardii, Hullowi Beddictowi, tytuł obserwatora. Miał wyruszyć na
północne granice państwa, a potem dalej. Jego zadaniem było poznawanie
dzikich plemion, które mieszkały w górach i w wysoko położonych lasach.
Choć Hull Beddict był utalentowanym wojownikiem, był też naiwny. To, co
przyjął z radością jako podróż w poszukiwaniu wiedzy, pierwszy krok ku
pokojowemu współistnieniu, było w rzeczywistości wstępem do podboju.
Jego szczegółowe raporty o plemionach takich jak Nerecy, Faraedzi i Tarthenale studiowali z uwagą sługusi kanclerza Tribana Gnola. Z dostarczanych przez niego opisów wyłowiono słabości, które następnie
brutalnie wykorzystano w serii agresywnych kampanii.
A sam Hull Beddict, który połączył się więzami krwi z owymi wojowniczymi
plemionami, ujrzał na własne oczy skutki swego entuzjazmu. Dary, które
wcale nie były darami, prowadziły do powstania długów, a te następnie
zamieniano na ziemię. To był śmiercionośny labirynt stworzony przez
kupców, handlarzy, kusicieli tworzących fałszywe potrzeby,
dostarczycieli niszczycielskich trucizn. Sprzeciw kończył się
unicestwieniem. Zagładą dumy, niezależności i samowystarczalności. Była
to wojna tak cyniczna, tak zimna i bezlitosna, że nikt, kto był jej
świadkiem, nie mógł ocalić honoru. Zwłaszcza jeśli to on był za nią
odpowiedzialny. Odpowiedzialny za wszystko, co się wydarzyło.
A Nerecy po dziś dzień otaczali Hulla Beddicta czcią. Podobnie jak kilku
zadłużonych żebraków, którzy byli wszystkim, co zostało z Faraedów. A rozproszone resztki Tarthenali - ociężałe, zapijaczone olbrzymy
wegetujące w górniczych osadach otaczających miasta na południu - nadal
nosiły trzy kreski wytatuowane na lewych łopatkach, takie same, jakie
miał na plecach Hull.
I ten właśnie człowiek siedział teraz przed nią, wpatrując się w płomienie dogasającego ogniska. Jeden z jego strażników wrócił do
stolicy z Królewską Trzciną. Obserwator nie był już obserwatorem. Nie
zamierzał też wracać na południe. Odszedł w góry.
Po raz pierwszy spotkała go przed ośmiu laty, dzień drogi od Górnego
Fortu. Żył jak zwierzę, wyszukując sobie pożywienie w głuszy.
Pomogła mu wrócić. Przynajmniej częściowo.
Och, ale to był znacznie mniej szlachetny uczynek, niż się z początku
zdawało. Być może byłby naprawdę szlachetny, gdybym nie wykorzystała go
tak podle.
Uległa własnym samolubnym pragnieniom i naprawdę nie było czym się
szczycić.
Zadała sobie pytanie: czy Hull kiedykolwiek jej wybaczy? A potem
kolejne: czy sama potrafi sobie wybaczyć?
- Buruk Blady wie wszystko, czego potrzebuję się dowiedzieć - oznajmił
Hull Beddict.
- Być może.
- I powie mi to.
Z pewnością nie z własnej woli.
- Bez względu na wydane mu instrukcje pozostaje w tej grze tylko drobnym
graczem, Hull - powiedziała. - Prezesem firmy handlowej mającej siedzibę
w dogodnym miejscu, jakim jest Trate, który w dodatku zdobył spore
doświadczenie w kontaktach z Hirothami i Arapayami.
A dzięki mnie ma prawo wstępu na ziemie Edur.
- Hannan Mosag wyśle swych wojowników w pościg za tymi statkami -
stwierdził Hull Beddict. - Udziały królowej w tych przedsięwzięciach
przyniosą jej straty.
- Podejrzewam, że nie będzie to dla niej niespodzianką.
Siedzący obok niej mężczyzna nie był już naiwnym młodzieńcem, ale zbyt
długo żył z dala od zawiłych spisków i śmiercionośnych podstępów, które
stanowiły dla Letheryjczyków treść życia. Widziała, jak usiłuje ogarnąć
wielowarstwową złożoność planów i zamiarów.
- Zaczynam dostrzegać ścieżkę, którą zmierza - oznajmił po pewnym
czasie. Rozpacz w jego głosie była tak dojmująca, że Seren odwróciła
głowę.
- Naszym przekleństwem jest fakt, że patrzymy naprzód, ciągle naprzód -
ciągnął Hull Beddict. - Jakby ścieżka przed nami różniła się od tej,
którą zostawiliśmy za sobą.
Zaiste. Powinnam o tym pamiętać za każdym razem, gdy spoglądam wstecz.
Naprawdę muszę już przestać.
***
- Za pięć skrzydeł kupisz bicie czołem - mruknął leżący w łóżku Tehol
Beddict. - Zastanawiałeś się kiedyś, jakie to dziwne? Oczywiście każdy
bóg powinien mieć tron, ale czy nie wynika z tego, że każdy tron
zbudowany dla boga powinien mieć lokatora? A jeśli go nie ma, to czy
ktokolwiek zdrowy na umyśle doszedłby do wniosku, że warto oddawać cześć
pustemu tronowi?
Siedzący na niskim stołku o trzech nogach u podnóża wyrka Bugg
zaprzestał robienia na drutach. Wyprostował ręce i przyjrzał się
wełnianej koszuli, którą dziergał, mrużąc krytycznie jedno oko.
Tehol spojrzał na sługę.
- Jestem pewien, że moja lewa ręka ma długość bardzo zbliżoną do prawej,
jeśli nawet nie identyczną. Czemu się upierasz przy tym pomyśle? Nie
masz do tego talentu, ani właściwie do niczego, jeśli się nad tym
zastanowić. Pewnie dlatego tak bardzo cię kocham, Bugg.
- Nawet w połowie nie tak mocno, jak samego siebie - skontrował
staruszek i wrócił do robienia na drutach.
- No cóż, nie widzę powodu, by się o to spierać. - Tehol westchnął,
poruszając palcami nóg pod wytartym prześcieradłem.
Wiatr się nasilił, niosąc błogosławiony chłód. Wyczuwało się w nim tylko
lekki odór Śmierdzących Błot, które leżały na południowym brzegu. Łóżko
i stołek były jedynymi meblami na dachu domu Tehola. Bugg nadal spał na
dole, mimo że skwar był straszliwy, i wchodził na górę jedynie wtedy,
gdy potrzebował światła do pracy. Tehol powtarzał sobie, że w ten sposób
oszczędzają na tranie do lamp, który zrobił się straszliwie drogi, odkąd
wieloryby stały się rzadkością.
Sięgnął ręką po sześć fig leżących na zaśniedziałym talerzu, który
postawił przed nim Bugg.
- Ach, znowu figi. To znaczy, że czeka mnie kolejna upokarzająca
wycieczka do publicznych wychodków.
Przeżuwał owoce od niechcenia, obserwując robotników, którzy niczym
małpy wspinali się na kopułę Wiecznej Siedziby. Czystym przypadkiem miał
stąd wspaniały, niczym nieosłonięty widok na odległy pałac wzniesiony w samym sercu Letheras. Było to szczególnie satysfakcjonujące z uwagi na
fakt, że pobliskie wieże i mosty Trzeciego Wzniesienia otaczały owoc
fanaberii króla Ezgary Diskanara niemal ze wszystkich stron.
- Wieczna Siedziba, też coś. Wiecznie nieukończona.
Wzniesienie kopuły okazało się dla królewskich architektów tak trudnym
zadaniem, że czterech z nich popełniło samobójstwo podczas budowy, a jeden zginął tragiczną - a także dość tajemniczą - śmiercią, kiedy,
robiąc pomiary, został uwięziony wewnątrz rury ściekowej.
- Minęło już siedemnaście lat. Chyba dali sobie w końcu spokój z tym
piątym skrzydłem. Co na to powiesz, Bugg? Chciałbym usłyszeć opinię
znawcy.
Jedynym osiągnięciem Bugga w tej dziedzinie była przebudowa paleniska w kuchni na dole. Sługa ustawił dwadzieścia dwie wypalone cegły w kształt,
który był zbliżony do sześciennego, a nawet byłby idealnym sześcianem,
gdyby nie fakt, że trzy z nich pochodziły z rozwalonego mauzoleum na
pobliskim cmentarzu, a cmentarni murarze, jako pobożne skurczybyki,
mieli osobliwe wyobrażenie na temat właściwych wymiarów cegieł.
W odpowiedzi na pytanie Tehola Bugg podniósł wzrok, mrużąc powieki.
Pięć skrzydeł pałacu i wznosząca się pośrodku kopuła. W każdym skrzydle
były cztery kondygnacje, pomijając to nadbrzeżne, w którym zbudowano
tylko dwie. Prace wstrzymano, gdy okazało się, że glina pod fundamentami
zapada się jak bryła masła pod zaciśniętą pięścią. Piąte skrzydło
osiadało powoli.
- Żwir - stwierdził Bugg, wracając do robienia na drutach.
- Słucham?
- Żwir - powtórzył stary sługa. - Trzeba wydrążyć w glinie głębokie
studnie, co kilka kroków, wypełnić je żwirem i ubić go kafarem. Potem
nakryć je oczepami i wznieść na nich filary fundamentów. Nie będzie
nacisku na glinę i w związku z tym nie będzie się zapadała.
Tehol gapił się na swego sługę.
- Masz rację. Jak do tego doszedłeś, w imię Zbłąkanego? Tylko nie próbuj
mi wmówić, że wpadłeś na to, próbując powstrzymać nasze palenisko od
przemieszczania się z miejsca na miejsce.
Bugg pokręcił głową.
- Nie, ono nie jest aż takie ciężkie. Ale gdyby było, tak właśnie bym
postąpił.
- Wydrążyć dziurę? Jak głęboko musiałaby sięgać?
- Aż do skały macierzystej, oczywiście. W przeciwnym razie nic z tego
nie wyjdzie.
- I wypełnić ją żwirem.
- Tak jest, mocno ubitym.
Tehol wziął z talerza następną figę i otarł ją z kurzu - Bugg znowu
zgarniał resztki z targowiska, przechytrzając szczury i psy.
- To byłoby nadzwyczaj imponujące kuchenne palenisko.
- Masz rację.
- Mógłbyś na nim gotować bezpiecznie, pewien, że podstawa nigdy się nie
poruszy, chyba żeby doszło do trzęsienia ziemi...
- Ach nie, to poradzi sobie i z trzęsieniem ziemi. Żwir, rozumiesz? On
się ugina.
- Nadzwyczajne. - Tehol wypluł nasionko. - Jak uważasz? Czy powinienem
dzisiaj wstawać z łóżka, Bugg?
- Nie ma powodu, żeby... - Sługa przerwał nagle i uniósł głowę,
najwyraźniej przypomniawszy sobie o czymś. - A wiesz co, może i powinieneś.
- Tak? Lepiej nie marnuj mojego czasu na głupstwa.
- Dziś rano odwiedziły nas trzy kobiety.
- Trzy kobiety. - Tehol zerknął na najbliższy most na Trzecim
Wzniesieniu, przyglądając się poruszającym się tam ludziom i wozom. -
Nie znam aż tylu kobiet, Bugg. A nawet gdybym znał, to gdyby wszystkie
pojawiły się tu jednocześnie, byłoby to raczej powodem do przerażenia, a nie do bąknięcia "a wiesz co"...
- To prawda, ale ty ich nie znasz. Żadnej z nich. Tak przynajmniej
sądzę. Dla mnie to nowe twarze.
- Nowe? Nigdy ich nie widziałeś? Nawet na targu? Albo nad rzeką?
- Nigdy. Może są z innego miasta albo nawet z wioski. Mówią z dziwnym
akcentem.
- I pytały o mnie z nazwiska?
- No więc niezupełnie. Chciały się dowiedzieć, czy to jest dom
człowieka, który śpi na dachu.
- Jeśli musiały o to pytać, to chyba rzeczywiście pochodzą z jakiejś
zaropuszonej wioski. O co jeszcze pytały? O kolor twoich włosów? O to,
co masz na sobie, stojąc przed nimi? A może chciały się dowiedzieć, jak
same mają na imię? Powiedz mi, czy są siostrami? Czy miały jednakowe
brwi?
- Nie zauważyłem niczego w tym rodzaju. To przystojne kobiety, o ile
dobrze sobie przypominam. Młode i mięsiste. Ale coś widzę, że nie jesteś
zainteresowany.
- Służący nie powinni się posuwać zbyt daleko. Przystojne. Młode i mięsiste. Jesteś pewien, że to były kobiety?
- Och tak, zupełnie pewien. Nawet eunuchowie nie mają piersi tak
wielkich, pięknie ukształtowanych, a do tego uniesionych tak wysoko, że
dziewczęta mogłyby oprzeć podbródki...
Tehol uświadomił sobie nagle, że stoi obok łóżka. Nie wiedział, w jaki
sposób się tam znalazł, ale odnosił wrażenie, że tak właśnie powinno
być.
- Skończyłeś już tę koszulę, Bugg?
Służący ponownie uniósł swe dzieło.
- Chyba wystarczy, jak podwiniesz rękawy.
- Nareszcie będę mógł się pokazać publicznie. Zawiąż końce, czy co tam
właściwie z nimi robisz, i dawaj mi ją.
- Ale nawet jeszcze nie zacząłem spodni...
- Mniejsza z nimi - przerwał mu Tehol, owijając się wokół pasa zdjętym z łóżka prześcieradłem, raz, drugi i trzeci. Nagle znieruchomiał, a jego
twarz nabrała dziwnego wyrazu. - Bugg, w imię Zbłąkanego, nie dawaj mi
na razie fig, dobra? To gdzie są te siostry o gigantycznym wyposażeniu?
- W Alei Czerwonej. U Hulda.
- W norze czy na dziedzińcu?
- Na dziedzińcu.
- Dobre i to. Myślisz, że Huldo zapomniał?
- Nie zapomniał. Ale ostatnio spędzał dużo czasu na topieniu.
Tehol uśmiechnął się i zaczął pocierać zęby palcem.
- Wygrywał czy przegrywał?
- Przegrywał.
- Ha!
Przesunął dłonią po włosach i zamarł w niedbałej pozie.
- I jak wyglądam?
Bugg wręczył mu koszulę.
- Nie potrafię pojąć, jak udaje ci się zachować te mięśnie - stwierdził
sługa. - Przecież nic nie robisz.
- To wrodzona cecha wszystkich Beddictów, mój drogi smętny sługo.
Powinieneś zobaczyć, jak wygląda Brys pod tą swoją zbroją. Ale w porównaniu z Hullem nawet on wydaje się chudzielcem. Jako drugi syn
jestem, rzecz jasna, przykładem idealnej równowagi. Bystry umysł,
fizyczna sprawność i cała masa innych talentów uzupełniających moją
wrodzoną grację. Jeśli połączyć to z nadzwyczajną zdolnością do
marnotrawienia tego wszystkiego, musisz przyznać, że masz przed sobą
ukoronowanie całego rodu.
- Cóż za piękna, żałosna przemowa - pochwalił go Bugg.
- Faktycznie była piękna, co? Chyba już pójdę. - Podchodząc do drabiny,
Tehol skinął dłonią na sługę. - Posprzątaj tu. Możemy dziś wieczór mieć
gości.
- Zajmę się tym, jeśli znajdę czas.
Tehol zatrzymał się na nierównej krawędzi w miejscu, gdzie część dachu
się zawaliła.
- Ach, prawda, musisz jeszcze zrobić mi spodnie. Wystarczy ci na to
wełny?
- No więc mogę zrobić jedną nogawkę pełnej długości albo dwie krótkie.
- Jak bardzo krótkie?
- Dość krótkie.
- To niech będzie jedna nogawka.
- Zgoda, panie. A potem muszę znaleźć coś do jedzenia. I do picia.
Tehol odwrócił się, opierając ręce na biodrach.
- Czy nie sprzedaliśmy już prawie wszystkiego, pomijając jedno łóżko i jeden stołek? To ile zostało ci do sprzątania?
Bugg przymrużył powieki.
- Niewiele - przyznał. - Co chciałbyś zjeść dziś wieczorem?
- Coś, co wymaga gotowania.
- Chodzi ci o coś, co smakuje lepiej po ugotowaniu, czy o coś, co trzeba
ugotować?
- Wszystko mi jedno.
- A co z drewnem?
- Nie jadam...
- Do paleniska.
- Ach, masz rację. Dobra, to znajdź go trochę. Przyjrzyj się temu
stołkowi, na którym siedzisz. On nie musi mieć aż trzech nóg, prawda?
Jeśli nie udaje się nic zorganizować, trzeba się uciec do improwizacji.
Wyruszam na spotkanie moich trzech przeznaczeń, Bugg. Módl się, żeby
Zbłąkany odwrócił ode mnie wzrok, dobra?
- Oczywiście.
Tehol zszedł po drabinie, przekonując się z nagłą paniką, że został w niej tylko co trzeci szczebel.
W pokoju na parterze nie było nic poza cienkim materacem zwiniętym pod
ścianą. Na kamieniu paleniska, naprzeciwko okna, stał poobtłukiwany
garnek, a na podłodze nieopodal dwie drewniane miski z łyżkami. Tehol
pomyślał, że wygląda to całkiem elegancko w swej surowości.
Odsunął wystrzępioną zasłonę, która zastępowała tu drzwi. Przypomniał
sobie, że ma powiedzieć Buggowi, żeby wyciągnął rygiel z popiołów
paleniska. Jeśli go dobrze wyczyścić, może majster Cusp da za niego dok
albo dwa. Potem wyszedł na zewnątrz.
I znalazł się w przejściu między budynkami, tak wąskim, że musiał
wychodzić na ulicę bokiem, przy każdym kroku odtrącając stopą odpadki.
Mięsiste kobiety... chciałbym zobaczyć, jak się przeciskają do moich
drzwi.
Wyglądało na to, że zaproszenie na kolację będzie miało kluczowe
znaczenie. Obowiązki gospodarza pozwolą mu zająć miejsce, z którego
będzie miał najlepszy widok, a zadowolenie na jego twarzy zostanie
uznane za wyraz radości z wizyty.
Na ulicy nie było nikogo poza trójką Nereków - matką i dwojgiem dzieci
mieszanej krwi, którzy znaleźli sobie nowy dom we wnęce muru po
przeciwnej stronie. Wydawało się, że nie robią nic poza spaniem. Minął
zamaszystym krokiem trzy skulone sylwetki, kopiąc szczura, który zanadto
się zbliżył, a potem przeszedł między wysokimi stosami drewnianych
skrzyń, które niemal całkowicie zatykały wylot ulicy. Magazyn Biriego
zawsze był przepełniony, a jego właściciel uważał końcowy odcinek ulicy
Cul, po tej stronie Kanału Quillasa, za swój prywatny teren.
Chalas, dozorca magazynu, leżał na ławce po drugiej stronie, gdzie Cul
otwierała się na plac Burla. O jego udo opierała się owinięta skórą
pałka. Skierował na Tehola spojrzenie zaczerwienionych oczu.
- Niezła spódniczka - zauważył.
- Ulżyłeś mi, Chalas.
- Zawsze z chęcią idę ci na rękę, Tehol.
Tehol Beddict zatrzymał się i spojrzał na zatłoczony plac.
- Miasto kwitnie.
- To się nigdy nie zmienia... pomijając ostatni raz.
- Och, to było tylko drobne odchylenie kierunku prądu.
- Biri patrzy na to inaczej. Nadal chce zasolić twoją głowę i wtoczyć ją
w beczce do morza.
- Biri zawsze gonił w piętkę.
Chalas chrząknął.
- Minęły tygodnie, odkąd ostatnio schodziłeś na dół. Jakaś szczególna
okazja?
- Mam randkę z trzema kobietami.
- Pożyczyć ci pałkę?
Tehol przyjrzał się poobtłukiwanej broni.
- Nie chciałbym zostawić cię bez oręża.
- To moja gęba odstrasza wszystkich. Oprócz tych Nereków. Udało im się
mnie podejść.
- Sprawiają ci kłopoty?
- Nie. Dzięki nim spadło pogłowie szczurów. Ale znasz Biriego.
- Lepiej, niż on zna samego siebie. Przypomnij mu o tym, Chalas, jeśli
przyjdzie mu do głowy utrudniać im życie.
- Tak właśnie zrobię.
Tehol ruszył w dalszą drogę, przeciskając się przez zatłoczony plac. Z trzech stron graniczyły z nim Dolne Targowiska. Nigdy w życiu nie
widział, by oferowano na sprzedaż bardziej bezużyteczne, nic niewarte
towary. A ludzie kupowali je jak szaleni, dzień po dniu.
Nasza cywilizacja karmi się głupotą. Wystarczy tylko odrobina sprytu, by
podłączyć się do tej żyły idiotyzmu i sączyć do woli jej bogactwo.
Pocieszająca, choć zarazem nieco przygnębiająca myśl. Jak większość
twardych prawd.
Dotarł do drugiego końca placu i ruszył dalej Aleją Czerwoną. Po
trzydziestu krokach znalazł się przed łukiem wejścia do Hulda. Minął
mroczny korytarz i wyszedł na słoneczny dziedziniec. Znajdowało się tam
sześć stolików, wszystkie zajęte. To był azyl dla żyjących w błogosławionej nieświadomości albo tych, którym brakowało pieniędzy, by
zapuścić się do nory, wewnętrznego sanktuarium, gdzie dniem i nocą
trwały rozmaite odrażające czynności, niekiedy osiągające granice
artystycznego absurdu. Kolejny przykład tego, za co ludzie są gotowi
płacić, jeśli tylko mają okazję, pomyślał Tehol.
Trzy kobiety siedzące za stolikiem w kącie rzucały się w oczy nie tylko
z oczywistego powodu - były jedynymi tu przedstawicielkami swojej płci -
lecz również ze względu na szereg mniej oczywistych szczegółów.
Przystojne to... trafnie dobrane słowo.
Jeśli były siostrami, to tylko w sercu i z uwagi na upodobanie do
jakichś form wojskowego wigoru, o którym świadczyła ich muskulatura oraz
fragmenty zbroi i schowane w pochwach oręże leżące obok stołu.
Kobieta siedząca po lewej miała rude włosy. Ich ogniste, wyblakłe od
słońca sploty opadały w delikatnych lokach na szerokie bary. Piła z oblepionej gliną butelki, gardząc kubkiem, który do niej dołączono, albo
może nie wiedząc, do czego on służy. Jej twarz pasowałaby do posągu
bohaterki stojącego w kolumnadzie - silna, gładka i nieskazitelna - a niebieskie oczy spoglądały na świat z pogodną obojętnością kamienia,
charakterystyczną dla wszystkich tego typu rzeźb. Obok niej, oparta
łokciami o mały blat, zajęła miejsce kobieta z domieszką krwi Faraedów,
o czym świadczyły lekko uniesione kąciki ciemnych oczu i miodowy odcień
skóry. Włosy, ciemnobrązowe albo czarne, związała sobie z tyłu, by nie
opadały na twarz o kształcie serca. Trzecia z nieznajomych rozparła się
niedbale na krześle. Lewą nogę odsunęła nieco w bok, a prawą nieustannie
kiwała w górę i w dół. Tehol zauważył, że są to ładne nogi, odziane w ciasne, skórzane nogawice, wygarbowane niemal do białości. Jej gładko
wygoloną głowę pokrywała jasna, lśniąca skóra. Szeroko rozstawione
jasnoszare oczy obserwowały leniwie pozostałych gości, aż wreszcie
zatrzymały się na Teholu, który stanął w wejściu na dziedziniec.
Uśmiechnął się do niej.
Odsłoniła zęby w szyderczym grymasie.
Z cienia nieopodal wychynął Urul, główny kelner Hulda, który przywołał
Tehola skinieniem, ten zaś podszedł tak blisko, jak się odważył.
- Nieźle wyglądasz, Urul. Jest Huldo?
Kelner słynął z tego, że unikał kąpieli jak ognia. Goście starali się
składać zamówienia z maksymalną szybkością i rzadko wzywali Urula, by
poprosić o więcej wina przed skończeniem posiłku. Mężczyzna spoglądał na
Tehola. Czoło zalewał mu tłusty pot, a w dłoniach miętosił nerwowo
szeroką szarfę, która zastępowała mu pas.
- Huldo? Nie ma go, dzięki Zbłąkanemu. Poszedł na Dolny Bulwar obejrzeć
topienie. Tehol, te kobiety! Siedzą tu cały ranek. Boję się ich. Jak
tylko podejdę bliżej, łypią na mnie spode łba.
- Zostaw je mnie, Urul - uspokoił go Tehol i zaryzykował poklepanie
kelnera po wilgotnym barku.
- Tobie?
- A czemu by nie?
Poprawił na sobie spódnicę, sprawdził rękawy i ruszył ku trzem kobietom,
klucząc między stolikami. Zatrzymał się przed nimi i rozejrzał w poszukiwaniu krzesła. Wypatrzył je, przyciągnął do stolika i usiadł z westchnieniem.
- Czego od nas chcesz? - zapytała łysa kobieta.
- To ja miałem zadać to pytanie. Mój sługa poinformował mnie, że
odwiedziłyście dziś rano moją rezydencję. Jestem Tehol Beddict...
człowiek, który śpi na dachu.
Spojrzenie trzech par oczu wlepiło się w niego.
Dzielny wódz potężnych armii skuliłby się pod ich spojrzeniami... Ale
ja? Tylko odrobinę.
- Ty?
Tehol łypnął ze złością na łysą kobietę.
- Czemu wszyscy ciągle mnie o to pytają? Tak, ja. A teraz, sądząc po
twoim akcencie, zaryzykuję stwierdzenie, że pochodzisz z wysp. Nie znam
nikogo na wyspach, a co za tym idzie, nie znam ciebie. Ale nie mówię, że
bym nie chciał. Poznać cię. Przynajmniej tak mi się zdaje.
Ruda odstawiła butelkę z głośnym stukiem.
- Pomyliłyśmy się.
- Przykro mi to usłyszeć.
- Nie - zaprzeczyła łysa. - To tylko poza. Powinnyśmy były przewidzieć
pewną dozę... drwiny.
- On nie ma spodni.
- I ma krzywe ręce - dodała ciemnooka.
- Nieprawda - obruszył się Tehol. - Tylko rękawy są trochę nierówne.
- Nie lubię go - skwitowała, założywszy ręce.
- Nie musisz go lubić - zauważyła łysa. - Zbłąkany wie, że nie będziemy
z nim spały, czyż nie tak?
- Jestem zdruzgotany.
- Byłbyś - zapewniła ruda, uśmiechając się nieprzyjemnie.
- Spać z nim? Na dachu? Chyba oszalałaś, Shand.
- Jak może nie być ważne, czy go lubię?
Łysa kobieta o imieniu Shand potarła z westchnieniem powieki.
- Wysłuchaj mnie, Hejun. Tu chodzi o interesy. W interesach nie ma
miejsca na sentymenty. Już ci to mówiłam.
Hejun potrząsnęła głową, nie prostując rąk.
- Nie można zaufać komuś, kogo się nie lubi.
- Oczywiście, że można! - zaprzeczyła Shand, mrugając.
- To jego reputacja mnie niepokoi - wtrąciła trzecia kobieta o dotąd
nieznanym imieniu.
- Rissarh... - odpowiedziała jej Shand, ponownie wzdychając. - To
właśnie jego reputacja nas tu przyciągnęła.
Tehol klasnął w dłonie. Tylko raz, ale wystarczająco głośno, żeby
przyciągnąć ich uwagę.
- Znakomicie. Rissarh jest ruda. Hejun ma w żyłach krew Faraedów. A Shand nie ma włosów. No cóż... - Oparł dłonie o blat. - To mi wystarczy.
Do widzenia...
- Siadaj!
Warknięcie zabrzmiało tak groźnie, że Tehol natychmiast wykonał
polecenie. Pod wełnianą koszulą spłynęła mu strużka potu.
- Tak lepiej - stwierdziła Shand łagodniejszym tonem, pochylając się. -
Teholu Beddict. Wiemy o tobie wszystko.
- Hmm?
- Wiemy nawet, dlaczego stało się to, co się stało.
- Doprawdy?
- I chcemy, żebyś to zrobił jeszcze raz.
- Na pewno?
- Tak. Ale tym razem nie zabraknie ci odwagi, żeby doprowadzić rzecz do
końca.
- Nie?
- Dlatego że to my - ja, Hejun i Rissarh - będziemy twoją odwagą. Tym
razem. A teraz chodźmy stąd, zanim wróci ten kelner. Nabyłyśmy budynek.
Możemy w nim porozmawiać. Tam nie śmierdzi.
- Słyszę to z ulgą - przyznał Tehol.
Wszystkie trzy kobiety wstały. A on nie.
- Mówiłam ci - powiedziała Hejun do Shand. - To się nie uda. Nic w nim
nie zostało. Spójrz na niego.
- Uda się - zapewniła Shand.
- Niestety, Hejun ma rację - wtrącił Tehol. - Nie uda się.
- Wiemy, gdzie się podziały pieniądze - oznajmiła Shand.
- To żadna tajemnica. Straciłem je. Od fortuny do łachmanów.
Kobieta pokręciła głową.
- Nieprawda. Jak już mówiłam, wiemy wszystko. A jeśli komuś o tym
powiemy...
- Ciągle powtarzasz, że coś wiecie - zauważył Tehol, wzmacniając swe
słowa wzruszeniem ramion.
- Jak sam zauważyłeś, jesteśmy z wysp - odparła z uśmiechem.
- Ale nie z tych.
- Oczywiście, że nie. Kto chciałby tam popłynąć? Na to właśnie liczyłeś.
Tehol wstał.
- Jak powiadają, za pięć skrzydeł kupisz bicie czołem. No dobra,
nabyłyście budynek.
- Zrobisz to - upierała się Shand. - Bo jeśli wszystko się wyda, Hull
cię zabije.
- Hull? - Tehol się uśmiechnął. - Mój brat o niczym nie wie.
Z radością ujrzał, że udało mu się wytrącić trzy kobiety z równowagi.
Proszę, przekonajcie się, jak to smakuje.
***
- Hull może nam sprawić trudności.
Brys Beddict nie był w stanie zatrzymać wzroku na stojącym przed nim
człowieku. Małe, spokojne oczka wpatrujące się weń spomiędzy fałd
różowego ciała wydawały się z jakiegoś powodu niezupełnie ludzkie. Były
tak nieruchome, że finadd Gwardii Królewskiej odnosił wrażenie, iż
patrzy w oczy węża.
Szerokoszyjec zwinięty pośrodku rzecznego traktu na kilka dni przed
nadejściem deszczów. Z góry rzeki, długi na trzykrotny wzrost mężczyzny,
z łbem wspierającym się na grubym jak męskie ramię cielsku. Niech się
strzeże bydło ciągnące wozy tym traktem. Niech się strzeże głupi
poganiacz, który podejdzie za blisko.
- Finaddzie?
Brys nakazał sobie spojrzeć na opasłego rozmówcę.
- Pierwszy eunuchu, nie wiem, jak na to odpowiedzieć. Nie widziałem
mojego brata od lat ani z nim nie rozmawiałem. Nie będę też towarzyszyć
delegacji.
Pierwszy eunuch Nifadas odwrócił się i podszedł bezszelestnie do
drewnianego krzesła o wysokim oparciu, stojącego za masywnym biurkiem,
które dominowało w jego gabinecie. Usiadł na nim płynnym ruchem.
- Nie denerwuj się, finaddzie Beddict. Mam ogromny szacunek dla twego
brata Hulla. Podziwiam radykalizm jego przekonań i w pełni rozumiem
motywy... decyzji, którą podjął przed laty.
- W takim razie wybacz mi, ale zawędrowałeś na tej ścieżce dalej ode
mnie, pierwszy eunuchu. W ogóle nie rozumiem mojego brata. Obu moich
braci. Niestety tak było zawsze.
Nifadas zamrugał sennie, a potem skinął głową.
- Rodziny to niezwykła sprawa, czyż nie? Rzecz jasna, moje osobiste
doświadczenia nie obejmują wielu subtelności dotyczących tego tematu.
Ale, jeśli łaska, moja ułomność pozwalała mi też w przeszłości zachować
pewien obiektywizm. Mogłem dzięki niemu jasno spoglądać na mechanizmy
takich pełnych niebezpieczeństw związków. - Uniósł wzrok i ponownie
przeszył Brysa spojrzeniem. - Pozwolisz, bym wygłosił na ten temat parę
uwag?
- Wybacz, pierwszy eunuchu...
Nifadas uciszył go skinieniem pulchnej dłoni.
- Mniejsza z tym. To była bezczelność z mojej strony. Nie wytłumaczyłem
też, o co mi chodzi. Jak ci wiadomo, przygotowania osiągnęły już
zaawansowany etap. Zbliża się Wielkie Spotkanie. Poinformowano mnie, że
Hull Beddict dołączył do Buruka Bladego oraz Seren Pedac i zmierza razem
z nimi na ziemie Hirothów. Co więcej, jak rozumiem, Burukowi wydano
mnóstwo instrukcji. Mogę też dodać, że żadna z nich nie pochodzi ode
mnie. Innymi słowy, wydaje się prawdopodobne, że te instrukcje nie tylko
nie odzwierciedlają królewskich interesów, lecz nawet mogą być sprzeczne
z życzeniami naszego suwerena. - Zamrugał po raz kolejny, powoli i miarowo. - Zgadzam się, że to ryzykowne. I w dodatku niepożądane.
Niepokoję się tym, że Hull może... błędnie zinterpretować...
- To znaczy uznać, że Buruk działa w imieniu króla Diskanara.
- Tak jest.
- W takim przypadku starałby się przeszkodzić kupcowi.
Nifadas westchnął na znak zgody.
- A to wcale nie musiałoby być takie złe - kontynuował Brys.
- To prawda, samo w sobie nie musiałoby.
- Chyba że jako oficjalny przedstawiciel króla i nominalna głowa
delegacji masz zamiar uniemożliwić mu wykonanie zadania na swój własny
sposób. Pokrzyżować plany tych, których interesy Buruk ma reprezentować
w rokowaniach z Edur.
Małe usta pierwszego eunucha rozciągnęły się lekko w namiastce uśmiechu.
Nifadas nie zdradził nic więcej, ale to wystarczyło Brysowi. Jego
spojrzenie powędrowało ku oknu za plecami pierwszego eunucha. Za szybami
z pełnego pęcherzyków, falistego szkła przesuwały się sennie chmury.
- To nie jest silna strona Hulla - stwierdził.
- Zgadzam się z tobą. Powiedz mi, finaddzie, co ci wiadomo o tej
poręczycielce, Seren Pedac?
- Znam ją tylko z otaczającej ją sławy. Słyszałem, że ma tu, w stolicy,
rezydencję. Ale nie wiem, czy ją odwiedza.
- Rzadko. Ostatnio sześć lat temu.
- Jej reputacja jest nieskazitelna - stwierdził Brys.
- W rzeczy samej. Trudno się jednak nie zastanawiać... w końcu nie jest
ślepa. Ani, jak rozumiem, głupia.
- Przypuszczam, pierwszy eunuchu, że to samo dotyczy większości
poręczycieli.
- To prawda. No cóż, dziękuję, że zechciałeś mi poświęcić swój czas,
finaddzie. Powiedz mi... - dodał, podnosząc się powoli z krzesła, by
zasygnalizować, że audiencja skończona. - Czy dobrze się czujesz w roli
królewskiego obrońcy?
- Och, całkiem nieźle, pierwszy eunuchu.
- Chcesz powiedzieć, że ktoś tak młody i sprawny jak ty dźwiga to
brzemię z łatwością?
- Nie z łatwością. Tego nie ośmieliłbym się rzec.
- Nie jest lekkie, ale można sobie z nim poradzić.
- To trafnie dobrane słowa.
- Jesteś uczciwym człowiekiem, Brys. Jako jeden z doradców króla cieszę
się, że dokonałem takiego wyboru.
Ale uważałeś, że trzeba mi o tym przypomnieć. Dlaczego?
- Nadal czuję się zaszczycony zaufaniem króla i, rzecz jasna, również
twoim, pierwszy eunuchu.
- Nie będę cię już dłużej zatrzymywał, finaddzie.
Brys skinął głową, odwrócił się i wyszedł z gabinetu.
Część jego jaźni tęskniła za dawnymi czasami, gdy był tylko oficerem
Gwardii Pałacowej. Nie miał wówczas zbyt wielkich wpływów politycznych,
a gdy razem z innymi gwardzistami stał na warcie pod ścianą podczas
oficjalnych audiencji i spotkań, król zawsze był daleko. Ale z drugiej
strony, pomyślał oddalając się korytarzem, pierwszy eunuch wezwał go z powodu krwi płynącej w jego żyłach, a nie jego nowego tytułu
królewskiego obrońcy.
Hull Beddict. Cień najstarszego brata prześladował go niczym niespokojny
duch, bez względu na to, dokąd się udał. Brys przypomniał sobie, jak
widział go we wspaniałym stroju obserwatora, z Królewską Trzciną u boku.
Ten ostatni, pożegnalny obraz zrobił głębokie wrażenie na młodym,
wrażliwym chłopcu, jakim wówczas był. Ów moment nadal mu towarzyszył,
niczym zamrożona w czasie wizja, na którą natykał się w swoich snach
albo w chwilach zadumy, takich jak ta. Namalowany na płótnie obraz:
bracia, mężczyzna i dziecko, obaj popękani i pożółkli pod warstwą kurzu.
Mógł jak ktoś obcy przyglądać się minie chłopca wytrzeszczającego oczy z podziwu, a potem podążyć wzrokiem za jego pełnym zachwytu spojrzeniem i dołączyć do niego swe własne, nieufne i pełne podejrzliwości wobec dumy
umundurowanego żołnierza.
Niewinność była klingą chwały, potrafiła jednak być ślepa po obu
stronach.
Powiedział Nifadasowi, że nie rozumie Hulla, ale w rzeczywistości
rozumiał go aż za dobrze.
Rozumiał też Tehola, choć być może odrobinę gorzej. Radości płynące z niezmierzonych bogactw okazały się zimne. Tylko głodne pragnienie
bogactwa żarzyło się gorącym ogniem. Ta prawda dotyczyła całego świata
Letheryjczyków, była skazą ukrytą w samym sercu klingi złotego miecza.
Tehol rzucił się na ten miecz i wydawało się, że bez żalu wykrwawia się
na śmierć, powoli i z pogodną pewnością siebie. Bez względu na to, co
chciał przekazać swoją śmiercią, była to strata czasu, kiedy bowiem
nadejdzie ów dzień, nikt nawet na niego nie spojrzy. Nikt się nie
ośmieli.
Podejrzewam, że właśnie dlatego się uśmiecha.
Jego bracia już przed laty osiągnęli szczyt swej kariery - jak się
okazało, za wcześnie - i rozpoczęli teraz powolny marsz w dół, ku
upadkowi i śmierci.
A co się stanie ze mną? Nadano mi tytuł królewskiego obrońcy. Uznano za
najlepszego szermierza w królestwie. Jestem przekonany, że osiągnąłem
szczyt.
Nie musiał kontynuować tej myśli.
Dotarł do skrzyżowania w kształcie litery T i skręcił w prawo. Dziesięć
kroków przed nim światło zza uchylonych drzwi padało na korytarz. Kiedy
je mijał, ktoś zawołał ze środka:
- Finaddzie! Chodź tu szybko!
Brys uśmiechnął się w duchu i zawrócił. Po trzech krokach znalazł się w pachnącym przyprawami pomieszczeniu o niskim suficie. Niezliczone źródła
światła sprawiały, że kolory toczyły tu wojnę na meblach i stołach,
tłoczyły się na przyborach, zwojach i zlewkach.
- Cedo?
- Tu jestem. Chodź zobaczyć, co zrobiłem.
Brys przecisnął się obok regału, który odchodził prostopadle od jednej
ze ścian, i znalazł za nim królewskiego czarodzieja. Ceda siedział na
stołku. U jego boku stał pochyły stół o poziomej dolnej półce, zawalonej
dyskami z gładzonego szkła.
- Odkąd zostałeś królewskim obrońcą, twój chód się zmienił, finaddzie -
stwierdził Kuru Qan.
- Nie zdawałem sobie z tego sprawy, cedo.
Kuru Qan odwrócił się na stołku, unosząc przed twarzą dziwny przedmiot -
dwie bliźniacze szklane soczewki, połączone drutem w jedną całość.
Królewski czarodziej miał szeroką twarz o wydatnych rysach, a powiększające działanie soczewek pogłębiało jeszcze ten efekt. Kuru Qan
przysunął sobie przedmiot do twarzy, przywiązując go wstążkami w ten
sposób, by soczewki znalazły się bezpośrednio przed jego oczami, które
wydawały się wskutek tego ogromne. Uniósł wzrok i mrugając, spojrzał na
Brysa.
- Wyglądasz tak, jak sobie ciebie wyobrażałem. Znakomicie. Niewyraźność
traci na znaczeniu. Jasność się wzmacnia, wychodząc na pierwsze miejsce
między istotnymi sprawami. To, co obecnie słyszę, jest mniej ważne od
tego, co widzę. Perspektywa się zmienia, a świat razem z nią. To
istotne, finaddzie. Bardzo istotne.
- Te soczewki przywróciły ci wzrok? To cudownie, cedo!
- Kluczem było znalezienie rozwiązania, które stanowiłoby antytezę
czarów. W końcu straciłem wzrok dlatego, że patrzyłem na Pustą Twierdzę.
Nie mogłem tego naprawić przy użyciu tych samych metod. Ten szczegół nie
jest jeszcze istotny. Módl się, by nigdy się taki nie stał.
Ceda Kuru Qan nigdy nie mówił tylko na jeden temat. Tak przynajmniej
wyjaśniał to kiedyś Brysowi. Choć wielu to irytowało, finadd zawsze czuł
się oczarowany.
- Czy to mnie pierwszemu zademonstrowałeś swe odkrycie, cedo?
- Ty dostrzeżesz jego znaczenie łatwiej niż większość innych. Jesteś
szermierzem, wiedziesz taniec z miejscem, dystansem i czasem, ze
wszystkimi materialnymi prawdami. Muszę wprowadzić pewne poprawki. -
Zdjął urządzenie z nosa i pochylił się nad nim. W jego zręcznych
dłoniach śmigały maleńkie narzędzia. - Byłeś w urzędowej komnacie
pierwszego eunucha. To nie była dla ciebie bardzo przyjemna rozmowa.
Nieistotne w tym momencie.
- Wezwano mnie do sali tronowej, cedo.
- To prawda. Nie do końca pilne. Preda chce, żebyś się zjawił...
wkrótce. Pierwszy eunuch pytał o twojego najstarszego brata?
Brys westchnął.
- Tak też sądziłem. - Kuru Qan uniósł wzrok z szerokim uśmiechem. - Twój
pot jest skażony niepokojem. Nifadasa dręczy w tej chwili poważna
obsesja. - Ponownie uniósł soczewki i spojrzał przez nie w oczy finadda.
Było to niepokojące, ponieważ nic takiego nigdy się dotąd nie wydarzyło.
- Kto potrzebuje szpiegów, jeśli jego nos potrafi wykryć wszelkie
prawdy?
- Mam nadzieję, że twój nowy wynalazek nie pozbawi cię tego talentu,
cedo.
- Ach, widzisz! Zaiste jesteś szermierzem. Rozumiesz, jakie znaczenie ma
każdy ze zmysłów! Cóż za wymierna rozkosz! Chodź, pokażę ci to. - Zsunął
się z taboretu i podszedł do stołu, by napełnić półprzezroczystą zlewkę
przejrzystym płynem. Przykucnął, by sprawdzić jego poziom, a potem
skinął głową. - Wymierna, tak jak podejrzewałem. - Zdjął zlewkę ze
stojaka i wylał jej zawartość, oblizując wargi. - Ale to myśl o obu
braciach cię prześladuje.
- Nie jestem odporny na niepewność.
- Mam taką nadzieję! To ważne wyznanie. Kiedy preda już z tobą skończy,
a to nie potrwa długo, wróć do mnie. Na nas dwóch czeka pewne zadanie.
- Proszę bardzo, cedo.
- Czas dokonać pewnych poprawek. - Znowu zdjął soczewki. - W obu naszych
przypadkach - dodał.
Brys zastanowił się nad jego słowami, a potem skinął głową.
- Do zobaczenia, cedo.
Wyszedł z komnaty czarodzieja.
Nifadas i Kuru Qan stoją po tej samej stronie króla Diskanara. Gdybyż
tylko nie było drugiej strony.
Nazwa sali tronowej wprowadzała w błąd, gdyż król właśnie przenosił
ośrodek swej władzy do Wiecznej Siedziby, jako że dziury w wysokim dachu
wreszcie załatano. Zostało tu jeszcze kilka rekwizytów, w tym również
starożytny dywan, po którym szło się ku podwyższeniu, oraz stylizowana
brama wzniesiona nad miejscem, gdzie ongiś stał tron.
Kiedy Brys wszedł do środka, zastał tam tylko predę Unnutal Hebaz, która
była kiedyś jego dowódcą. Jak zwykle dominowała nad otoczeniem. Była
wyższa niż większość kobiet, niemal dorównywała wzrostem Brysowi. Miała
jasną cerę i blond włosy o połysku polerowanej miedzi, ale za to
ciemnoorzechowe oczy. Gdy podszedł bliżej, zwróciła się w jego stronę.
Wkroczyła już w czterdziesty rok życia, ale zachowała nadzwyczajną
urodę. Bruzdy na twarzy tylko ją uwydatniały.
- Finaddzie Beddict, spóźniłeś się.
- Zatrzymały mnie improwizowane audiencje u pierwszego eunucha i cedy...
- Zostało nam tylko parę chwil - przerwała mu. - Zajmij miejsce pod
ścianą, jak strażnik. Mogą cię poznać albo pomyśleć, że jesteś po prostu
jednym z moim podkomendnych, zwłaszcza że odkąd usunięto pochodnie, jest
tu dość ciemno. Tak czy inaczej, masz stać na baczność i nic nie mówić.
Brys zmarszczył brwi, podszedł do starej wnęki dla strażnika, odwrócił
się twarzą do środka komnaty, a potem wsunął w cienie, aż wreszcie jego
plecy dotknęły twardego kamienia. Preda przyglądała mu się przez chwilę,
a potem skinęła głową i odwróciła się ku drzwiom ulokowanym w odległym
kącie za podwyższeniem.
Och, to spotkanie należy do drugiej strony...
Drzwi otworzyły się nagle pod naciskiem zakutej w stal dłoni książęcego
strażnika. Do komnaty ostrożnie wszedł mężczyzna w zbroi z hełmem. Miecz
trzymał w pochwie, ale Brys wiedział, że Moroch Nevath potrafi go
wydobyć w jedno uderzenie serca. Wiedział również, że Moroch jest
kandydatem księcia na królewskiego obrońcę.
Zasłużył na ten zaszczyt. Ma nie tylko umiejętności, lecz również
prezencję...
Choć z jakiegoś nieokreślonego powodu jego śmiałe zachowanie irytowało
Brysa, musiał przyznać, że tego również mu zazdrości.
Książęcy strażnik rozejrzał się po komnacie, zatrzymując wzrok na
cienistych niszach, w tym również na tej, w której stał Brys. Trwało to
jednak zaledwie chwilę. Wydawało się, że tylko zarejestrował obecność
jednego ze strażników predy. Potem spojrzał na Unnutal Hebaz, pozdrowił
ją krótkim skinieniem głowy i odsunął się na bok.
Do środka wszedł książę Quillas Diskanar. Towarzyszył mu kanclerz Triban
Gnol. Za nimi podążały dwie dalsze osoby, na których widok Brys poderwał
się raptownie. Królowa Janall i jej pierwszy konkubent, Turudal Brizad.
Na Zbłąkanego, cała ta nędzna zgraja.
Quillas obnażył zęby na widok Unnutal Hebaz, jak pies szarpiący się na
końcu łańcucha.
- Przydzieliłaś finadda Geruna Ebericta do świty Nifadasa. Chcę go
dostać z powrotem, predo. Wybierz kogoś innego.
- Kompetencja Geruna Ebericta nie budzi najmniejszych zarzutów, książę
Quillasie - odparła spokojnie Unnutal. - Poinformowano mnie, że pierwszy
eunuch jest zadowolony z mojego wyboru.
- Twój książę jest innego zdania, predo - skontrował kanclerz Triban
Gnol równie rozsądnym tonem. - Winnaś traktować jego opinię z należnym
szacunkiem.
- Opinie księcia są jego prywatną sprawą. W tej kwestii wykonuję rozkazy
jego ojca, króla. Jeśli zaś mowa o tym, co szanuję, a czego nie, to
zdecydowanie sugeruję ci, byś wycofał swoje wyzwanie kanclerzu.
Moroch Nevath ruszył z warknięciem naprzód.
Preda wyciągnęła błyskawicznie rękę - nie w stronę książęcego strażnika,
lecz ku niszy, w której stał Brys. Królewski obrońca zatrzymał się w półmroku. W ręku ściskał miecz. Wyciągnął go równie szybko jak
bezgłośnie.
Moroch zerknął na Brysa. Zdumienie na jego twarzy ustąpiło miejsca
rozpoznaniu. Jego miecz wysunął się z pochwy tylko do połowy.
Królowa zachichotała oschle.
- Ach, to... wyjaśnia decyzję predy, która zażądała tylko jednego
strażnika. Podejdź bliżej, obrońco, jeśli łaska.
- To nie będzie konieczne - sprzeciwiła się Unnutal.
Brys skinął głową i cofnął się powoli, chowając miecz.
Królowa Janall uniosła brwi na obcesową reakcję predy.
- Droga Unnutal Hebaz, wznosisz się wysoko ponad swoją pozycję.
- To nie ja jestem bezczelna, królowo. Gwardia Królewska odpowiada tylko
przed królem i przed nikim więcej.
- Cóż, wybacz mi, jeśli wprawiają mnie w zachwyt próby podważenia tego
przestarzałego rozwiązania. - Janall zatrzepotała chudą dłonią. - Siła w każdej chwili może się przerodzić w słabość. - Podeszła do syna. -
Wysłuchaj rady matki, Quillas. Było szaleństwem atakować piedestał
predy, gdyż nie obrócił się on jeszcze w piasek. Cierpliwości, kochanie.
Kanclerz westchnął.
- Radzie królowej...
- Należny jest szacunek - powtórzył drwiącym tonem Quillas. - Jak sobie
życzysz. Jak wszyscy sobie życzycie. Moroch!
Książę opuścił komnatę dumnym krokiem, a jego strażnik podążył za nim.
- Błagamy o wybaczenie, predo Unnutal Hebaz - rzekła królowa z czułym
uśmiechem. - Nie chcieliśmy tego spotkania, ale mój syn nalegał. Od
chwili, gdy wyruszyliśmy w drogę, próbowaliśmy z kanclerzem go
powstrzymać.
- Ale bez rezultatu - dodał Triban Gnol, wzdychając po raz kolejny.
Twarz predy nie zmieniła wyrazu.
- Skończyliśmy już?
Królowa Janall pokiwała palcem w bezgłośnym ostrzeżeniu, po czym skinęła
na pierwszego konkubenta, wsunęła rękę pod jego ramię i wyszła z nim z komnaty.
Triban Gnol zatrzymał się jeszcze na moment.
- Gratuluję, predo - rzekł. - Wybór finadda Geruna Ebericta to bardzo
trafna decyzja.
Unnutal Hebaz nie odpowiedziała.
Po pięciu uderzeniach serca została w sali sama z Brysem.
Odwróciła się w jego stronę.
- Twoja szybkość, obrońco, zawsze zapiera mi dech w piersiach. Nie
słyszałam cię, tylko... przewidziałam, co zrobisz. Gdybym tego nie
uczyniła, Moroch byłby już trupem.
- Być może, predo. Choćby tylko dlatego, że zlekceważył moją obecność.
- A Quillas mógłby mieć pretensję wyłącznie do siebie.
Brys milczał.
- Niepotrzebnie cię powstrzymałam.
Śledził ją wzrokiem, gdy wychodziła z komnaty.
Gerunie Eberict, ty biedny sukinsynu.
Brys przypomniał sobie, że czeka na niego ceda, odwrócił się i wyszedł z komnaty.
Nie zostawił za sobą krwi.
Wiedział, że Kuru Qan w każdym jego kroku usłyszy ulgę.
***
Gdy Brys wrócił, ceda czekał na niego pod drzwiami, zajęty czymś, co
wyglądało na ćwiczenie tanecznych kroków.
- Kilka niebezpiecznych momentów? - zapytał Kuru Qan, nie podnosząc
wzroku. - Nieistotne. Na razie. Chodź.
Zeszli po kamiennych schodach i ruszyli pełnymi kurzu korytarzami. Po
pięćdziesięciu krokach Brys odgadł, dokąd zmierzają. Ogarnął go lęk.
Słyszał o tym miejscu, ale jeszcze nigdy tam nie był. Wyglądało na to,
że królewskiemu obrońcy wolno było chodzić tam, gdzie nie wpuszczano
prostego finadda. Tym razem jednak ten przywilej wydawał się podejrzany.
Dotarli do pary masywnych, obitych miedzianą blachą drzwi. Pokrywała je
warstwa zielonego mchu, nie widziało się na nich żadnych znaków i nie
było też żadnego zamykającego mechanizmu. Ceda oparł się o nie i otworzyły się z nieprzyjemnym zgrzytem.
Za nimi były wąskie, prowadzące w górę schody, wychodzące na kładkę
zawieszoną na wysokości kolan nad podłogą na zwisających z sufitu
łańcuchach. Pomieszczenie było okrągłe, a w jego posadzkę wprawiono
świecące płytki, które tworzyły spiralę. Kładka kończyła się na pomoście
ulokowanym pośrodku komnaty.
- Ogarnęła cię trwoga, finaddzie? To zrozumiałe.
Kuru Qan skinął na Brysa i wprowadził go na kładkę.
Ta zakołysała się niepokojąco.
- W ten sposób objawia się dążenie do równowagi - wyjaśnił ceda,
wyciągając ręce na boki. - Kroki muszą znaleźć odpowiedni rytm. To
istotne, a do tego trudne, bo jest nas teraz dwóch. Nie, nie patrz na
płytki. Nie jesteśmy jeszcze gotowi. Najpierw wejdźmy na podest. Dobra,
jesteśmy na miejscu. Stań obok mnie, finaddzie, i popatrz razem ze mną
na pierwszą płytkę w spirali. Co widzisz?
Brys przyjrzał się świecącej płytce. Była wielka i nie do końca
kwadratowa. Miała dwie piędzi długości i nieco mniej szerokości.
Twierdze. Cedania. Wróżebna komnata Kuru Qana.
W Letheras pełno było rzucających płytki, interpretatorów Twierdz. Rzecz
jasna, ich rekwizyty były niewielkie, przypominały spłaszczone kości do
gry. Tylko królewski czarodziej miał takie płytki jak te, z ciągle
zmieniającymi się powierzchniami.
- Widzę kurhan na dziedzińcu.
- Ach, więc wzrok cię nie myli. To dobrze. Niezrównoważony umysł
zdradziłby się w takim momencie. Jego wizję zatrułyby strach i zła wola.
Kurhan, trzecia od końca z płytek Twierdzy Azath. Powiedz mi, co w niej
wyczuwasz?
Brys zmarszczył brwi.
- Niepokój.
- Tak jest. To brzmi groźnie, zgoda?
- Zgoda.
- Ale Kurhan jest silny, czyż nie tak? Nie odda swej pozycji. Rozważ to
jednak przez chwilę. Pod ziemią kryje się coś niespokojnego. Od miesiąca
podczas każdej mojej wizyty spirala zaczyna się od tej płytki.
- Albo na niej kończy.
Kuru Qan uniósł głowę.
- Być może. Umysł szermierza znajduje nieoczekiwane rozwiązanie.
Istotne? Kto wie, przekonamy się. Zaczyna albo kończy. Tak jest. Skoro
więc Kurhanowi nie grozi utrata pozycji, to dlaczego ta płytka wciąż się
pojawia? Niewykluczone, że widzimy tylko to, co jest, a ta uporczywość
jest zapowiedzią tego, co będzie. Niepokojące.
- Cedo, czy odwiedziłeś ostatnio Azath?
- Tak. Zarówno wieża, jak i dziedziniec wyglądają jak zawsze. Fizyczna
reprezentacja Twierdzy pozostaje nienaruszona i zamknięta w sobie. A teraz spójrz przed siebie, finaddzie. Następna płytka?
- Brama utworzona z otwartej paszczy smoka.
- Piąta w Twierdzy Smoka. Brama. Co ją wiąże z Kurhanem Azath? Czy go
poprzedza, czy raczej podąża za nim? Pierwszy raz w życiu widzę w szeregu płytkę z Twierdzy Smoka. Jesteśmy, albo będziemy, świadkami
wiekopomnego wydarzenia.
Brys zerknął na cedę.
- Zbliżamy się do Siódmego Zamknięcia. To z pewnością będzie wiekopomne
wydarzenie. Pierwsze Imperium narodzi się na nowo. Król Diskanar
zostanie przeobrażony. Osiągnie ascendencję i przybierze starożytny
tytuł Pierwszego Cesarza.
Kuru Qan oplótł się ramionami.
- Tak, to popularna interpretacja. Ale prawdziwe proroctwo, finaddzie,
jest nieco bardziej... niejasne.
Reakcja cedy zaniepokoiła Brysa. Nie miał pojęcia, że popularna
interpretacja nie jest całkowicie prawidłowa.
- Niejasne? Pod jakim względem?
- "Król, który będzie władał z chwilą Siódmego Zamknięcia, zostanie
przeobrażony i stanie się Pierwszym Cesarzem narodzonym na nowo". Tak
jest. Nasuwają się jednak pewne pytania. W jaki sposób będzie
przeobrażony? Czy narodzi się na nowo w ciele? Pierwszy Cesarz zginął
razem z Pierwszym Imperium, na odległym kontynencie, osierocając
tutejsze kolonie. Żyliśmy w izolacji bardzo długo, finaddzie. Nie
uwierzyłbyś, jak długo.
- Prawie siedem tysięcy lat.
Ceda uśmiechnął się.
- Język zmienia się z czasem. Słowa przybierają nowe znaczenie. Z każdą
kolejną transkrypcją pojawiają się błędy. Nawet najwierniejsze
strażniczki doskonałości, liczby, mogą w nagłej chwili nieostrożności
ulec głębokiej zmianie. Czy mam ci wyjawić, co na ten temat sądzę? Co
byś powiedział na mój pogląd, że na początku Siódmego Zamknięcia
zgubiono zero albo i dwa?
Siedemdziesiąt tysięcy lat? Siedemset tysięcy?
- Opisz dla mnie cztery następne płytki.
Lekko wytrącony z równowagi Brys ponownie spojrzał na podłogę.
- Tę poznaję. Zdrajca z Pustej Twierdzy. I następną też. Biała Wrona z Fundamentów. Trzeciej nie znam. Odpryski lodu. Jeden z nich wyrasta z ziemi i jasno lśni odbitym światłem.
Kuru Qan skinął z westchnieniem głową.
- Nasienie, ostatnia z płytek Twierdzy Lodu. Kolejne bezprecedensowe
objawienie. A czwarta?
Brys potrząsnął głową.
- Jest czysta.
- Tak jest. To koniec wróżby. Coś ją blokuje, być może wydarzenia, które
dopiero nastąpią, decyzje, jakich jeszcze nie podjęto. Albo to jest
początek strumienia, obecna chwila. Strumienia prowadzącego do końca,
którym jest ostatnia płytka. Kurhan. To niepowtarzalna tajemnica. Nie
wiem, co o tym myśleć.
- Czy nikt inny tego nie widział, cedo? Rozmawiałeś z kimś o tym
impasie?
- Poinformowałem pierwszego eunucha, Brysie Beddict. Chciałem się
upewnić, że nie dotrze na Wielkie Spotkanie ślepy na omeny, jakie mogą
się tam objawić. A teraz pokazałem to tobie. Jest nas więc trzech,
finaddzie.
- Dlaczego mnie?
- Dlatego że jesteś królewskim obrońcą. Twoim zadaniem jest chronienie
życia króla.
- Ale on ciągle mnie odsyła - poskarżył się z westchnieniem Brys.
- Przypomnę mu o tym raz jeszcze - zapewnił Kuru Qan. - Musi się wyrzec
swego upodobania do samotności albo nauczyć się nie widzieć nikogo,
kiedy patrzy na ciebie. A teraz powiedz mi, co syn królowej uczynił za
jej poduszczeniem w starej sali tronowej.
- Za jej poduszczeniem? Twierdziła, że było wprost przeciwnie.
- Nieistotne. Powiedz mi, co widziały twoje oczy i co słyszały twoje
uszy. Powiedz mi, Brysie Beddict, co szeptało twoje serce.
Brys wbił wzrok w czystą płytkę.
- Hull może nam przysporzyć trudności - mruknął pozbawionym wyrazu
głosem.
- To właśnie szepcze ci serce?
- Tak.
- Na Wielkim Spotkaniu?
Skinął głową.
- A w jaki sposób?
- Obawiam się, cedo, że może zabić księcia Quillasa Diskanara.
***
Na parterze budynku znajdował się ongiś warsztat cieśli, a na piętrze
skromny zestaw pokoików mieszkalnych o niskich powałach, do których
docierało się po spuszczanej z góry drabince. Jego front wychodził na
Kanał Quillasa, naprzeciwko nabrzeża, na którym zapewne wyładowywano
towary dla cieśli.
Tehol Beddict rozejrzał się po przestronnym warsztacie, zauważając
dziury w twardym drewnie podłogi w miejscach, gdzie niegdyś były
przytwierdzone mechaniczne urządzenia, oraz wbite w ściany haki na
narzędzia, które nadal jeszcze można było zidentyfikować po wyblakłych
zarysach na ścianach. Pomieszczenie wciąż wypełniał zapach trocin i bejcy. Całą długość ściany po lewej zajmował stół roboczy, a frontowa
ściana składała się z wyjmowanych desek.
- Kupiłyście to na pniu? - zapytał, spoglądając na trzy kobiety, które
przystanęły u podstawy schodów.
- Właściciel powiększył swój interes - wyjaśniła Shand. - Jego rodzina
również się powiększyła.
- Budynek przy kanale... musiał sporo kosztować...
- Dwa tysiące trzecich. Nabyłyśmy też większość mebli stojących na
górze. Zamówiłyśmy biurko, które dostarczono wczoraj wieczorem. - Shand
zatoczyła krąg dłonią, wskazując na całe pomieszczenie. - Parter należy
do ciebie. Sugeruję, byś wstawił ścianę albo dwie, zostawiając korytarz
prowadzący od drzwi do schodów. Ta gliniana rura to kuchenny ściek.
Usunęłyśmy fragment prowadzący do kuchni na górze, bo oczekujemy, że
twój sługa będzie przygotowywał posiłki dla nas czworga. Wychodek jest
na zapleczu, opróżnia się do kanału. Jest też chłodnia z wodoszczelną
lodówką, tak wielką, że mogłaby w niej zamieszkać cała nerecka rodzina.
- To był bogaty cieśla, który miał mnóstwo wolnego czasu - zauważył
Tehol.
- Ma talent - wyjaśniła Shand, wzruszając ramionami. - A teraz chodź za
mną. Gabinet jest na górze. Musimy omówić sprawy.
- Chyba nie musimy - odparł. - Odnoszę wrażenie, że już o wszystkim
zdecydowałyście. Wyobrażam sobie, z jakim zachwytem Bugg o tym usłyszy.
Mam nadzieję, że lubicie figi.
- Możesz dostać dach - zaproponowała Rissarh ze słodkim uśmiechem.
Tehol skrzyżował ramiona, kołysząc się na piętach.
- Sprawdźmy, czy dobrze was zrozumiałem. Grozicie ujawnieniem moich
straszliwych tajemnic, a potem oferujecie mi coś w rodzaju pozycji
wspólnika w jakimś przedsięwzięciu, którego nawet nie raczyłyście
opisać. Już widzę, jak nasza współpraca zapuszcza głęboko korzenie w tak
żyznej glebie.
Shand skrzywiła się wściekle.
- Najpierw pobijmy go do nieprzytomności - zaproponowała Hejun.
- To proste - wyjaśniła Shand, ignorując tę sugestię. - Mamy trzydzieści
tysięcy trzecich i chcemy, żebyś z nich zrobił dziesięć.
- Dziesięć tysięcy trzecich?
- Dziesięć szczytów.
Tehol wytrzeszczył oczy.
- Dziesięć szczytów. Dziesięć milionów trzecich. Rozumiem. A po co
właściwie wam taka kupa forsy?
- Chcemy, żebyś kupił za nią resztę wysp.
Tehol przebiegł dłonią po włosach i zaczął spacerować po pomieszczeniu.
- Jesteście szalone. Zacząłem od stu doków i omal się nie wykończyłem,
zanim zarobiłem jeden szczyt...
- Tylko dlatego że byłeś frywolny, Teholu Beddict. Osiągnąłeś ten cel w ciągu roku, ale poświęcałeś na pracę tylko dzień czy dwa w miesiącu.
- Ale te dni były morderczo trudne.
- Nie kłam. Nie zrobiłeś ani jednego fałszywego kroku. Ani jednego.
Otwierałeś i zwijałeś interesy, a inni wlekli się twoim śladem. I ubóstwiali cię za to.
- Dopóki nie wbiłeś im wszystkim noża w plecy - dodała Rissarh,
uśmiechając się szerzej.
- Spódnica ci opada - zauważyła Hejun.
Tehol poprawił ją.
- Trudno to nazwać wbiciem noża. Posługujecie się przerażającymi
obrazami. Zarobiłem szczyt. Nie byłem pierwszym, któremu się to udało.
Po prostu osiągnąłem cel najszybciej.
- Mając na początek sto doków. Jeżeli ma się sto poziomów, można
powiedzieć, że to trudne. Ale doków? W dzieciństwie zarabiałam tyle w trzy miesiące przy zbiorze oliwek i winogron. Nikt nie zaczynał od
doków. Nikt oprócz ciebie.
- A teraz dajemy ci trzydzieści tysięcy trzecich - dodała Rissarh. -
Zsumuj to, Beddict. Dziesięć Szczytów? Czemu by nie?
- Jeśli to takie łatwe, to czemu nie zrobicie tego same?
- Nie jesteśmy aż takie bystre - wyjaśniła Shand. - Ale za to niełatwo
odwrócić naszą uwagę. Zwęszyłyśmy twój trop i dotarłyśmy po nim aż
tutaj.
- Nie zostawiłem tropu.
- Nie taki, który byłby dostrzegalny dla większości, to prawda, ale, jak
już mówiłam, niełatwo odwrócić naszą uwagę.
Tehol cały czas chodził w kółko.
- Według Kupieckich Rejestrów roczny produkt brutto Letheras wynosi od
dwunastu do piętnastu szczytów, do czego należy dodać być może z pięć
ukrytych...
- Czy wśród tych pięciu był też twój?
- Mój odpisano jako straty, pamiętasz?
- Po długim sikaniu krwią. Na dnie kanału leży dziesięć tysięcy doków z przywiązanymi do nich klątwami, a na każdej jest wypisane twoje
nazwisko.
- Naprawdę, Shand? - zapytała zaskoczona Hejun. - Może powinnyśmy kupić
prawa do wybagrowania...
- Za późno - przerwał jej Tehol. - Ma je Biri.
- Biri to tylko przykrywka - stwierdziła Shand. - To ty jesteś
właścicielem tych praw, Tehol. Biri może o tym nie wiedzieć, ale pracuje
dla ciebie.
- No cóż, z tego faktu jeszcze nie zrobiłem użytku.
- A dlaczego?
Wzruszył ramionami. Nagle zatrzymał się i spojrzał na Shand.
- Niemożliwe, żebyś o tym wiedziała.
- Masz rację. Zgadłam.
Wybałuszył oczy.
- Z takim instynktem sama mogłabyś zarobić dziesięć szczytów, Shand.
- Udało ci się oszukać wszystkich dzięki temu, że nie zrobiłeś ani
jednego fałszywego kroku, Teholu Beddict. Nikt już nie wierzy, że
ukryłeś swój szczyt. Zbyt długo żyjesz jak portowy szczur. Nie, naprawdę
go straciłeś. Nikt nie wie gdzie. Gdzieś. Dlatego właśnie odpisali go
jako straty, czyż nie tak?
- Pieniądze to abstrakcja - wyjaśnił Tehol, kiwając głową. - Chyba że ma
się w ręku diamenty. Wtedy to już nie są pozory. Jeśli chcecie poznać
sztuczkę kryjącą się za całą tą grą, to macie ją przed oczyma,
dziewczyny. Nawet jeśli pieniądze są tylko abstrakcją, to mają moc. Tyle
że to nie jest prawdziwa moc, a jedynie obietnica mocy. Ale ta obietnica
wystarcza, dopóki wszyscy udają, że to rzeczywistość. Jeśli ktoś
przestanie udawać, cały interes szlag trafia.
- Chyba że ma się w ręku diamenty - przypomniała Shand.
- Tak. Wtedy to jest prawdziwa moc.
- Zacząłeś podejrzewać, że tak właśnie mają się sprawy, prawda? Dlatego
postanowiłeś sprawdzić tę hipotezę. I rzeczywiście mało zabrakło, żeby
wszystko trafił szlag.
- Wyobraź sobie moją trwogę - odparł z uśmiechem Tehol.
- Wcale nie byłeś zatrwożony - sprzeciwiła się. - Po prostu uświadomiłeś
sobie, jak śmiertelnie niebezpieczna może być abstrakcja w niewłaściwych
rękach.
- Wszystkie ręce są niewłaściwe, Shand. W tym również moje.
- Dlatego to zostawiłeś.
- I nie mam zamiaru wracać. Róbcie, co chcecie. Powiedzcie o wszystkim
Hullowi. Zniszczcie wszystko. To, co raz odpisano jako straty, można
zapisać ponownie. Rejestry świetnie sobie radzą z takimi sytuacjami. W gruncie rzeczy spowodujecie w ten sposób wzrost koniunktury. Wszyscy
odetchną z ulgą, widząc, że to jednak była tylko gra.
- Nie to jest naszym celem - odparła Shand. - Nadal nic nie rozumiesz.
Kiedy kupimy resztę wysp, Tehol, zrobimy to w ten sam sposób, co ty.
Dziesięć szczytów... zniknie.
- To doprowadzi do krachu całej gospodarki!
Wszystkie trzy kobiety jednocześnie skinęły głowami.
- Jesteście fanatyczkami!
- Nawet gorzej - odparła Rissarh. - Chcemy zemsty.
- Jesteście mieszanej krwi, prawda? - Nie musiał czekać na ich
odpowiedź. To było oczywiste. Nie każdy mieszaniec musiał wyglądać na
mieszańca. - Hejun pochodzi z Faraedów, a wy dwie... Tarthenalki?
- Tak jest. Letheras nas zniszczyło. A teraz my zniszczymy Letheras.
- A ty nam pokażesz, jak to zrobić - dodała Rissarh, znowu się
uśmiechając.
- Dlatego że nienawidzisz własnego ludu - wyjaśniła Shand. - Całej tej
chciwej zimnokrwistej bandy. Chcemy dostać te wyspy, Teholu Beddict.
Wiemy o resztkach plemion przewiezionych przez ciebie na te, które
kupiłeś. Wiemy, że się tam ukrywają, próbując odbudować wszystko, co
utraciły. Ale to za mało. Wystarczy przespacerować się ulicami tego
miasta, by przekonać się o tym na własne oczy. Zrobiłeś to dla Hulla.
Nie miałam pojęcia, że on o niczym nie wie. Zaskoczyłeś mnie. Wiesz co,
uważam, że powinieneś mu o tym powiedzieć.
- A dlaczego?
- Bo on potrzebuje uzdrowienia.
- Nie mogę.
Shand podeszła bliżej i położyła dłoń na ramieniu Tehola. Kolana ugięły
się pod nim od tego zetknięcia, tego nieoczekiwanego współczucia.
- Masz rację, nie możesz. Dlatego że oboje wiemy, że to za mało.
- Powiedz mu to po naszemu - zażądała Hejun. - Teholu Beddict, tym razem
zrób to, jak trzeba.
Odsunął się i popatrzył na nie uważnie. Trzy cholerne kobiety.
- Klątwa ciążąca nad Zbłąkanym polega na tym, że on zawsze wędruje
ścieżkami, po których już chodził. Ale ta wasza cecha, fakt, że niełatwo
jest odwrócić waszą uwagę... obawiam się, że to właśnie przez nią
jesteście ślepe.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- To, że Lether upadnie, Shand, i to nie z mojej winy. Znajdź Hulla i zapytaj go o to. Jestem pewien, że jest gdzieś tam, na północy. I wiecie
co? To jest dosyć zabawne. Walczył tak ciężko o wasze plemiona, o wszystkie ludy pożarte przez Lether. Dlatego że teraz, gdy już wie,
będzie walczył znowu. Ale tym razem nie za plemię. Nie za Tiste Edur.
Tym razem będzie walczył za Lether. Bo wie, moje drogie, że w tych
cholernych skurczybykach wreszcie znaleźliśmy godnych siebie
przeciwników. Tym razem to Edur pożrą nas.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki