Przypływy nocy. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych. Tom 5 - Steven Erikson

Kup ebooka

53.99 zł
42.69 zł (44,07 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dra­ma­tis per­so­nae

Tiste Edur

Tomad Sen­gar: patriar­cha rodu Sen­ga­rów

Uruth: matriar­chini rodu Sen­ga­rów

Fear Sen­gar: naj­star­szy syn, główny instruk­tor wojow­ni­ków ple­mion

Trull Sen­gar: drugi syn

Bina­das Sen­gar: trzeci syn

Rhu­lad Sen­gar: czwarty i naj­młod­szy syn

Mayen: narze­czona Feara

Han­nan Mosag: król-czar­no­księż­nik Kon­fe­de­ra­cji Sze­ściu Ple­mion

The­ra­das Buhn: naj­star­szy syn rodu Buh­nów

Midik Buhn: drugi syn

Badar: wojow­nik, który jesz­cze nie prze­lał krwi

Rethal: wojow­nik

Canarth: wojow­nik

Cho­ram Irard: wojow­nik, który jesz­cze nie prze­lał krwi

Kholb Harat: wojow­nik, który jesz­cze nie prze­lał krwi

Matra Brith: wojow­nik, który jesz­cze nie prze­lał krwi

Lethe­ryj­scy nie­wol­nicy Tiste Edur

Udi­naas

Piór­kowa Wiedźma

Hulad

Vir­rick

Lethe­ryj­czycy

W pałacu

Ezgara Diska­nar: król Letheru

Janall: kró­lowa Letheru

Quil­las Diska­nar: książę i dzie­dzic tronu

Unnu­tal Hebaz: preda (dowódca) lethe­ryj­skiej armii

Brys Bed­dict: finadd (kapi­tan) i kró­lew­ski obrońca, naj­młod­szy z braci Bed­dic­tów

Moroch Nevath: finadd, oso­bi­sty straż­nik księ­cia Quil­lasa Diska­nara

Kuru Qan: kró­lew­ski ceda (cza­ro­dziej)

Nisall: pierw­sza kon­ku­bina króla

Turu­dal Bri­zad: pierw­szy kon­ku­bent kró­lo­wej

Nifa­das: pierw­szy eunuch

Gerun Ebe­rict: finadd w Gwar­dii Kró­lew­skiej

Tri­ban Gnol: kanc­lerz

Laer­das: mag ze świty księ­cia

Na pół­nocy

Buruk Blady: kupiec z pół­nocy

Seren Pedac: porę­czy­cielka Buruka Bla­dego

Hull Bed­dict: obser­wa­tor na pół­nocy, naj­star­szy z braci Bed­dict

Nekal Bara: cza­ro­dziejka

Ara­ha­than: mag

Ene­dic­tal: mag

Yan Tovis (Pomroka): atri-preda w Rubieży Fen­tów

W mie­ście Lethe­ras

Tehol Bed­dict: oby­wa­tel miesz­ka­jący w sto­licy, drugi z braci Bed­dic­tów

Hejun: pra­cow­nica Tehola

Ris­sarh: pra­cow­nica Tehola

Shand: pra­cow­nica Tehola

Cha­las: straż­nik

Biri: kupiec

Huldo: wła­ści­ciel lokalu

Bugg: sługa Tehola

Ublala Pung: prze­stępca

Har­lest: straż­nik domowy

Ormly: mistrz szczu­ro­łap

Ruc­ket: główny śled­czy, Cech Szczu­ro­ła­pów

Bubyrd: Cech Szczu­ro­ła­pów

Błysk: Cech Szczu­ro­ła­pów

Rubin: Cech Szczu­ro­ła­pów

Onyks: Cech Szczu­ro­ła­pów

Scint: Cech Szczu­ro­ła­pów

Imbryk: dziew­czynka

Shurq Elalle: zło­dziejka

Selush: ubie­ra­jąca zmar­łych

Pad­de­runt: pomoc­nik Selush

Urul: główny kel­ner u Hulda

Inchers: oby­wa­tel

Hul­bat: oby­wa­tel

Tur­ble: oby­wa­tel

Unn: pół­krwi tuby­lec

Delisp: matrona bur­delu "Świą­ty­nia"

Prist: ogrod­nik

Silny Rall: ban­dyta

Zie­lona Świ­nia: osła­wiony mag z daw­nych cza­sów

Inni

Withal: mec­kro­ski płat­nerz

Rind: nacht

Mape: nacht

Pule: nacht

Ukryty Wewnątrz

Sil­chas Ruin: Tiste Andii, jed­no­po­chwy­cony Ele­int

Sca­ban­dari Krwa­wo­oki: Tiste Edur, jed­no­po­chwy­cony Ele­int

Gothos: Jaghut

Rud Elalle: dziecko

Żela­zna Krata: żoł­nierz

Corlo: mag

Pół­gar­niec: żoł­nierz

Ulshun Pral: Imass

Pro­log

Pierw­sze dni Roz­bi­cia Emur­lahn Inwa­zja Edur, Wiek Sca­ban­da­riego Krwa­wo­okiego Czas pra­daw­nych bogów

Z potar­ga­nych wia­trem, gęstych od dymu chmur padał na zie­mię deszcz krwi. Ostat­nie lata­jące for­tece pospa­dały z nieba, spo­wite pło­mie­niami i bucha­jące czar­nym dymem. Ich gwał­towny upa­dek wyrył w ziemi głę­bo­kie bruzdy. Roz­pa­dały się na kawałki z gło­śnym hukiem, sypiąc spla­mio­nymi czer­wie­nią kamie­niami na stosy tru­pów, które pokry­wały zie­mię od hory­zontu po hory­zont.

Wiel­kie mia­sta-roje zmie­niły się w stosy pokry­tych popio­łem ruin, a ogromne, nie­bo­tyczne chmury, które wyro­sły nad każ­dym z nich w chwili ich zagłady - pełne gruzu, roze­rwa­nych na strzępy ciał i krwi - kłę­biły się, gdy odpły­wało z nich cie­pło, prze­sła­nia­jąc powoli niebo.

Legiony zwy­cięz­ców zebrały się pośród uni­ce­stwio­nych armii na cen­tral­nej rów­ni­nie. Jej więk­szą część pokry­wały ide­al­nie do sie­bie dopa­so­wane pła­skie kamie­nie bru­kowe. Upa­dek lata­ją­cych for­tec nie zosta­wił tu zbyt głę­bo­kich wyżło­bień, ale nie­zli­czone trupy poko­na­nych utrud­niały trium­fa­to­rom usta­wie­nie się w szyku. One i zmę­cze­nie. Legiony nale­żały do dwóch róż­nych armii, połą­czo­nych w tej woj­nie soju­szem, i nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że jed­nej z niej powio­dło się znacz­nie lepiej niż dru­giej.

Sca­ban­dari opa­dał poprzez skłę­bione chmury, mru­ga­jąc migot­kami, by oczy­ścić lodo­wato nie­bie­skie smo­cze oczy. Na jego potęż­nych skrzy­dłach koloru żelaza osa­dzała się mgiełka krwi. Smok prze­chy­lił się w locie i opu­ścił głowę, spo­glą­da­jąc na swe zwy­cię­skie dzieci. Szare cho­rą­gwie legio­nów Tiste Edur łopo­tały chy­bo­tli­wie nad gło­wami gro­ma­dzą­cych się wojow­ni­ków. Według oceny Sca­ban­dariego oca­lało co naj­mniej osiem­na­ście tysięcy jego zro­dzo­nych w cie­niu kuzy­nów. Mimo to w namio­tach Pierw­szej Przy­stani zapa­nuje dziś żałoba. O świ­cie na rów­ninę wyma­sze­ro­wało z górą dwie­ście tysięcy Tiste Edur. Nie­mniej jed­nak... to wystar­czy.

Edur starli się ze wschod­nią flanką armii K'Chain Che'Malle, uprze­dza­jąc ich szarżę falami nisz­czy­ciel­skich cza­rów. Szyki nie­przy­ja­ciela usta­wiono z myślą o odpar­ciu fron­tal­nego ataku i reak­cja na groźbę nad­cho­dzącą ze skrzy­dła była fatal­nie spóź­niona. Legiony Edur wbiły się niczym szty­let w serce wro­gich zastę­pów.

Gdy Sca­ban­dari pod­le­ciał bli­żej, ujrzał na dole roz­siane tu i ówdzie czarne jak noc cho­rą­gwie Tiste Andii. Oca­lało z tysiąc wojow­ni­ków, być może mniej. Sojusz­nicy Edur sro­dze ucier­pieli i ich tytuł do zwy­cię­stwa wyda­wał się raczej wąt­pliwy. Starli się z Łow­cami K'ell, eli­tar­nymi armiami trzech matron. Czte­ry­sta tysięcy Tiste Andii prze­ciwko sześć­dzie­się­ciu tysiącom Łow­ców. Dodat­kowe kom­pa­nie Andii i Edur zaata­ko­wały lata­jące for­tece. Wie­dzieli, że idą na śmierć, i ich poświę­ce­nie miało klu­czowe zna­cze­nie dla dzi­siej­szego zwy­cię­stwa, albo­wiem nie pozwo­lili lata­ją­cym for­te­com przyjść z pomocą armiom wal­czą­cym na dole. Ataki na cztery for­tece przy­nio­sły tylko nie­wiel­kie skutki, gdyż krót­ko­ogo­nowi wal­czyli z nie­zrów­naną zacie­kło­ścią, mimo że ich liczba była nie­wielka. Prze­lana krew Tiste dała jed­nak Sca­ban­dariemu i jego sojusz­ni­kowi, który rów­nież był jed­no­po­chwy­co­nym smo­kiem, czas potrzebny, by zbli­żyć się do lata­ją­cych for­tec i ude­rzyć w nie mocą grot Sta­rvald Deme­lain, Kurald Galain i Kurald Emur­lahn.

Smok opadł w rejon, gdzie góra zwłok K'Chain Che'Malle zna­czyła miej­sce śmierci jed­nej z matron. Obrońcy zgi­nęli od mocy Kurald Emur­lahn i dzi­kie cie­nie na­dal uno­siły się nad sto­kami niczym widma. Sca­ban­dari roz­po­starł skrzy­dła, łopo­cząc nimi w par­nym powie­trzu, i wylą­do­wał na ster­cie gadzich ciał.

Po chwili przy­brał postać Tiste Edur. Miał skórę barwy kutego żelaza, dłu­gie, luźno opa­da­jące siwe włosy, wychu­dłą, orlą twarz i bli­sko osa­dzone oczy o twar­dym wyra­zie. Wokół sze­ro­kich ust z opa­da­ją­cymi w dół kąci­kami nie było zro­dzo­nych ze śmie­chu bruzd. Wyso­kie, wolne od zmarsz­czek czoło nazna­czyły skrzy­żo­wane uko­śnie, sino­białe bli­zny, wyraź­nie rysu­jące się na tle ciem­nej skóry. Miał na sobie skó­rzane szelki, na któ­rych wisiał dwu­ręczny miecz, u pasa nosił dwa dłu­gie noże, a przez ramię prze­rzu­cił sobie łusko­watą pele­rynę - skórę matrony, tak świeżą, że błysz­czała jesz­cze od natu­ral­nych ole­jów.

Wysoki Edur zbru­kany kro­pel­kami krwi obser­wo­wał zbie­ra­jące się legiony. Ofi­ce­ro­wie jego armii spoj­rzeli na swego wodza, po czym zaczęli wyda­wać roz­kazy żoł­nie­rzom.

Sca­ban­dari zwró­cił się na pół­nocny zachód, wpa­tru­jąc się z przy­mru­żo­nymi powie­kami w skłę­bione chmury. Po chwili wychy­nął z nich ogromny, biały jak kość smok, chyba jesz­cze więk­szy od Sca­ban­dariego w smo­czej postaci. Jego rów­nież pokry­wały plamy krwi... w znacz­nej czę­ści jego wła­snej, jako że Sil­chas Ruin wspo­ma­gał swych kuzy­nów Andii w walce z Łow­cami K'ell.

Sca­ban­dari z uwagą obser­wo­wał zbli­ża­ją­cego się sojusz­nika. Odsu­nął się do tyłu dopiero w chwili, gdy ogromny smok wylą­do­wał na szczy­cie wzgó­rza i zmie­nił szybko postać. Prze­ra­stał jed­no­po­chwy­co­nego Tiste Edur co naj­mniej o głowę, ale był strasz­li­wie chudy. Pod jego gładką, nie­mal prze­zro­czy­stą skórą uwy­dat­niały się węzły mię­śni. W dłu­gich, gęstych, bia­łych wło­sach wojow­nika lśniły szpony jakie­goś dra­pież­nego ptaka. Jego oczy błysz­czały tak inten­syw­nie, że ich czer­wień miała barwę gorączki. Sil­chas Ruin odniósł wiele ran. Jego ciało nazna­czyły szramy po cio­sach mie­czy. Górna część zbroi spa­dła nie­mal cał­ko­wi­cie, odsła­nia­jąc nie­bie­sko­zie­lone tęt­nice i żyły, roz­ga­łę­zia­jące się pod cienką, bez­włosą skórą piersi. Nogi miał lep­kie od krwi, podob­nie jak ręce. Bliź­nia­cze pochwy, które nosił u pasa, były puste. Oba jego mie­cze zła­mały się, mimo że nasy­cono je cza­rami. Sto­czył bar­dzo zacięty bój.

Sca­ban­dari pozdro­wił go, pochy­la­jąc głowę.

- Sil­cha­sie Ruin, mój bra­cie w duchu. Naj­wier­niej­szy z sojusz­ni­ków. Spójrz na rów­ninę. Zwy­cię­ży­li­śmy.

Blada twarz albi­nosa Tiste Andii wykrzy­wiła się w bez­gło­śnym gry-masie.

- Moje legiony późno przy­były wam z odsie­czą - przy­znał Sca­ban­dari. - Serce mi krwawi na myśl o ponie­sio­nych przez was stra­tach. Nie­mniej jed­nak zdo­by­li­śmy bramę, czyż nie tak? Droga pro­wa­dząca do tego świata należy do nas, a sam świat stoi przed nami otwo­rem... możemy go splą­dro­wać, stwo­rzyć dla naszych ludów godne ich impe­ria.

Gdy Ruin spoj­rzał na cią­gnącą się w dole rów­ninę, jego dłu­go­palce, zbru­kane krwią dło­nie zaci­snęły się nagle. Legiony Edur oto­czyły ostat­nich oca­la­łych Andii nie­rów­nym pier­ście­niem.

- W powie­trzu cuch­nie śmier­cią - wark­nął Sil­chas Ruin. - Led­wie mogę zaczerp­nąć go w płuca, żeby prze­mó­wić.

- Będziemy jesz­cze mieli pod dostat­kiem czasu na przy­go­to­wa­nie nowych pla­nów - stwier­dził Sca­ban­dari.

- Mój lud zma­sa­kro­wano. Oto­czy­li­ście nas krę­giem, ale to spóź­niona opieka.

- Ale za to sym­bo­liczna, bra­cie. Na tym świe­cie są inni Tiste Andii. Sam mi to mówi­łeś. Wystar­czy, że odnaj­dzie­cie tę pierw­szą falę osad­ni­ków, a odzy­ska­cie siłę. Co wię­cej, przy­będą też inni. Moi i twoi kuzyni, ucie­ka­jący przed ponie­sio­nymi klę­skami.

Sil­chas Ruin zasę­pił się jesz­cze bar­dziej.

- Dzi­siej­sze zwy­cię­stwo two­rzy gorzką alter­na­tywę.

- K'Chain Che'Malle już pra­wie wygi­nęli. Wszy­scy o tym wiemy. Widzie­li­śmy wiele innych mar­twych miast. Zostało tylko Morn, które leży na odle­głym kon­ty­nen­cie, a nawet tam krót­ko­ogo­nowi zry­wają łań­cu­chy w krwa­wym bun­cie. Skłó­cony wróg jest wro­giem, który szybko upad­nie, przy­ja­cielu. Kto jesz­cze na tym świe­cie ma moc potrzebną, by się nam prze­ciw­sta­wić? Jaghuci? Są nie­liczni i roz­pro­szeni. Imas­so­wie? Cóż może zdzia­łać kamienna broń prze­ciwko naszemu żelazu? - Umilkł na chwilę. - For­krul Assa­ilo­wie nie wydają się skłonni, by nas osą­dzić. Zresztą wygląda na to, że z każ­dym rokiem jest ich coraz mniej. Nie, przy­ja­cielu, po dzi­siej­szym zwy­cię­stwie cały ten świat leży u naszych stóp. Tu nie będą już was prze­śla­do­wać wojny domowe, od któ­rych cierpi Kurald Galain. A ja i ci, któ­rzy podą­żają za mną, uciek­niemy od roz­dar­cia, które dotknęło Kurald Emur­lahn...

Sil­chas Ruin prych­nął pogar­dli­wie.

- Sam spo­wo­do­wa­łeś to roz­dar­cie, Sca­ban­dari.

Na­dal przy­glą­dał się zebra­nym na dole oddzia­łom Tiste, nie zauwa­żył więc bły­sku gniewu wywo­ła­nego jego rzu­coną od nie­chce­nia uwagą. Błysk ten zgasł jed­nak po ude­rze­niu serca i twarz Sca­ban­da­riego odzy­skała spo­kojny wyraz.

- Zdo­by­li­śmy nowy świat, bra­cie.

- Na szczy­cie wzgó­rza na pół­nocy stoi Jaghut - stwier­dził Sil­chas Ruin. - Świa­dek tej wojny. Nie zbli­ża­łem się do niego, bo wyczu­łem począ­tek rytu­ału. Omtose Phel­lack.

- Boisz się tego Jaghuta, Sil­cha­sie Ruin?

- Boję się tego, czego nie znam, Sca­ban­dari... Krwa­wo­oki. Musimy się jesz­cze wiele nauczyć o tym kró­le­stwie i jego miesz­kań­cach.

- Krwa­wo­oki?

- Nie widzisz sam sie­bie - wyja­śnił Ruin. - Nadaję ci to imię z uwagi na krew, która spla­miła... twą wizję.

- To tro­chę śmieszne usły­szeć coś takiego z two­ich ust, Sil­cha­sie Ruin. - Sca­ban­dari wzru­szył ramio­nami i pod­szedł do pół­noc­nego skraju stosu, stą­pa­jąc ostroż­nie po poru­sza­ją­cych się pod jego sto­pami tru­pach. - Mówisz: Jaghut...

Odwró­cił się, ale Sil­chas Ruin stał zwró­cony do niego ple­cami, spo­glą­da­jąc z góry na garstkę swych oca­la­łych pod­ko­mend­nych.

- Omtose Phel­lack, Grota Lodu - mówił Ruin, nie odwra­ca­jąc się. - Co on pró­buje wycza­ro­wać, Sca­ban­dari Krwa­wo­oki? Zasta­na­wiam się...

Jed­no­po­chwy­cony Edur pod­szedł do Tiste Andii.

Się­gnął do lewego buta i wycią­gnął z cho­lewki wytra­wiony cie­niem szty­let, na któ­rego żela­znej klin­dze tań­czyły czary.

Zro­bił jesz­cze jeden krok i wbił nóż w plecy Ruina.

Cia­łem Tiste Andii tar­gnęły spa­zmy. Z jego gar­dła wyrwał się dono­śny ryk...

W tej samej chwili legiony Edur zwró­ciły się nagle w stronę Andii, ude­rza­jąc na nich ze wszyst­kich stron. Zaczęła się ostat­nia dziś rzeź.

Magia oto­czyła Sil­chasa Ruina wiją­cymi się łań­cu­chami. Albi­nos padł na zie­mię.

Sca­ban­dari Krwa­wo­oki przy­kuc­nął nad nim.

- Nie­stety, z braćmi zawsze tak bywa - wyszep­tał. - Władca musi być jeden. Nie dwóch. Wiesz, że to prawda. Choć ten świat jest wielki, prę­dzej czy póź­niej doszłoby do wojny mię­dzy Edur a Andii. Ode­zwałby się w nas zew krwi. Dla­tego to my obej­miemy pano­wa­nie nad bramą. Tylko Edur przejdą na drugą stronę. Wytę­pimy Andii, któ­rzy już tu są... Jakiego wojow­nika mogliby wysta­wić prze­ciwko mnie? W zasa­dzie są już tru­pami. I tak wła­śnie powinno być. Jeden lud. Jeden władca. - Wypro­sto­wał się, sły­sząc ostat­nie krzyki umie­ra­ją­cych wojow­ni­ków Andii, dobie­ga­jące z rów­niny na dole. - Nie­stety nie mogę cię zabić natych­miast. Jesteś zbyt potężny. Dla­tego zabiorę cię w odpo­wied­nie miej­sce, zosta­wię korze­niom, ziemi i kamie­niom na zry­tym grun­cie...

Przy­brał postać smoka. Zaci­snął ogromną szpo­nia­stą łapę na nie­ru­cho­mym ciele Sil­chasa Ruina i wzle­ciał ku niebu z gło­śnym łopo­tem skrzy­deł.

Wieża znaj­do­wała się nie­spełna trzy­sta mil na połu­dnie od pola bitwy. Tylko niski, poob­tłu­ki­wany mur ota­cza­jący dzie­dzi­niec świad­czył, że tej budowli nie wznie­śli Jaghuci, że poja­wiła się samo­ist­nie obok trzech jaghuc­kich wież, kie­ro­wana pra­wami nie­zro­zu­mia­łymi dla bogów i śmier­tel­ni­ków. Poja­wiła się... by cze­kać na przy­by­cie tych, któ­rych miała uwię­zić na wieki. Istot obda­rzo­nych śmier­cio­no­śną mocą.

Takich jak jed­no­po­chwy­cony Tiste Andii Sil­chas Ruin, trzeci i ostatni z trojga dzieci Matki Ciem­no­ści.

W ten spo­sób z drogi Sca­ban­da­riego Krwa­wo­okiego znik­nął ostatni godny prze­ciw­nik pośród Tiste.

Troje dzieci Matki Ciem­no­ści.

Trzy imiona...

Anda­rist, który dawno temu wyrzekł się swej mocy, by odpo­wie­dzieć na żałobę, któ­rej ni­gdy nie mógł ule­czyć, nie wie­dząc, że to moja dłoń jest jej przy­czyną...

Ano­man­da­ris Irake, który zerwał ze swą matką i swym ludem. A potem znik­nął, nim mia­łem szansę go zała­twić. Znik­nął i zapewne nikt go już ni­gdy nie ujrzy.

I teraz Sil­chas Ruin, któ­rego nie­długo pochło­nie wieczne wię­zie­nie Azath.

Sca­ban­dari Krwa­wo­oki cie­szył się z tego. Ze względu na swój lud i samego sie­bie. Pod­bije ten świat. Jedy­nie pierwsi osad­nicy Andii mogli zagro­zić jego pre­ten­sjom.

Wojow­nik Tiste Andii w tym kró­le­stwie? Nie przy­cho­dzi mi do głowy żaden... nie taki, który mógłby się rów­nać ze mną mocą.

Sca­ban­dari Krwa­wo­oki nie wpadł na to, by zadać sobie pyta­nie, gdzie mógł się podziać ten z trzech synów Matki Ciem­no­ści, który znik­nął.

Ale nawet to nie był jego naj­więk­szy błąd...

***

Na polo­dow­co­wym wzgó­rzu wzno­szą­cym się na pół­nocy samotny Jaghut zaczął tkać czary Omtose Phel­lack. Był świad­kiem znisz­czeń spo­wo­do­wa­nych przez dwóch jed­no­po­chwy­co­nych Ele­in­tów i towa­rzy­szące im armie. Nie współ­czuł zbyt­nio K'Chain Che'Malle. Oni i tak już wymie­rali, z nie­zli­czo­nych powo­dów, z któ­rych żaden nie obcho­dził szcze­gól­nie Jaghuta. Nie nie­po­ko­ili go rów­nież intruzi. Dawno już utra­cił zdol­ność odczu­wa­nia nie­po­koju. A także stra­chu. I, trzeba to przy­znać, zachwytu.

Wyczuł zdradę, gdy do niej doszło, odle­gły kwiat magii i roz­lew ascen­dent­nej krwi. Tam, gdzie były dwa smoki, został tylko jeden.

Typowe.

Po krót­kiej chwili, w cza­sie gdy Gothos odpo­czy­wał w prze­rwie mię­dzy fazami swego rytu­ału, wyczuł, że ktoś zbliża się doń od tyłu. Pra­dawny bóg, zwa­biony tu gwał­tow­nym roz­dar­ciem bariery mię­dzy kró­le­stwami. Nale­żało się tego spo­dzie­wać. Ale... który z nich? K'rul? Dra­co­nus? Sio­stra Zim­nych Nocy? Osserc? Kil­man­da­ros? Sechul Lath? Choć Jaghut uda­wał obo­jęt­ność, cie­ka­wość w końcu zmu­siła go do odwró­ce­nia się w stronę przy­by­sza.

Ach, to nie­spo­dzie­wane... ale inte­re­su­jące.

Mael, Pra­dawny Władca Mórz, był przy­sa­dzi­sty i sze­roki w ramio­nach. Jego skóra miała ciem­no­nie­bie­ską barwę, na gar­dle i nagim brzu­chu prze­cho­dzącą w jasno­złotą. Z sze­rokiej, nie­mal pła­skiej czaszki zwi­sały w strą­kach blond włosy. W bursz­ty­no­wych oczach Maela kipiał gniew.

- Gotho­sie, jaki rytuał przy­go­to­wu­jesz w odpo­wie­dzi na to? - wychry­piał pra­dawny bóg.

Jaghut skrzy­wił się.

- Naro­bili bała­ganu. Mam zamiar tu posprzą­tać.

- Lód. - Pra­dawny bóg prych­nął pogar­dli­wie. - Jaghucka odpo­wiedź na wszystko.

- A jaka byłaby twoja odpo­wiedź, Maelu? Potop czy... potop?

Pra­dawny bóg spo­glą­dał na połu­dnie, zaci­ska­jąc mocno zęby.

- Będę miał sojusz­niczkę. Kil­man­da­ros. Przy­bę­dzie z dru­giej strony roz­dar­cia.

- Został tylko jeden jed­no­po­chwy­cony Tiste - stwier­dził Gothos. - Wygląda na to, że powa­lił swego towa­rzy­sza i wła­śnie w tej chwili grze­bie go na zatło­czo­nym podwórku Wieży Azath.

- To przed­wcze­sny krok. Czy wydaje mu się, że K'Chain Che'Malle są jedy­nymi prze­ciw­ni­kami, jakich napo­tka w tym kró­le­stwie?

- Zapewne tak - odparł Jaghut, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Mael mil­czał przez chwilę.

- Nie niszcz tego wszyst­kiego swym lodem, Gotho­sie - rzekł wresz­cie z wes­tchnie­niem. - Pro­szę cię, byś to... zacho­wał.

- Dla­czego?

- Mam swoje powody.

- Cie­szę się z tego. A co to za powody?

Pra­dawny bóg obrzu­cił go zło­wro­gim spoj­rze­niem.

- Bez­czelny z cie­bie skur­czy­byk.

- Czemu miał­bym się zmie­niać?

- W morzu z czasu opada zasłona, Jaghu­cie. W głę­bi­nach płyną nie­zwy­kle sta­ro­żytne prądy. Na pły­ci­znach sły­chać szepty przy­szło­ści. Pływy krążą mię­dzy nimi, powo­du­jąc nie­ustanną wymianę. Takie jest moje kró­le­stwo. Taka jest moja wie­dza. Zamknij te szczątki w swym cho­ler­nym lodzie, Gotho­sie. Zamroź w tym miej­scu sam czas. Jeśli to uczy­nisz, uznam się za twego dłuż­nika... a to pew­nego dnia może ci się przy­dać.

Gothos zasta­na­wiał się chwilę nad sło­wami pra­daw­nego boga. Wresz­cie ski­nął głową.

- Może i masz rację. Zgoda, Maelu. Idź do Kil­man­da­ros. Zmiażdż tego Ele­inta Tiste i roz­prosz jego lud, ale zrób to szybko.

Mael przy­mru­żył powieki.

- A to dla­czego?

- Dla­tego że czuję, że ktoś się prze­bu­dził. Daleko stąd, ale nie tak daleko, jak byś tego chciał.

- Ano­man­der Rake.

Gothos ski­nął głową.

- To było do prze­wi­dze­nia - stwier­dził Mael ze wzru­sze­niem ramion. - Osserc wkrótce prze­tnie mu drogę.

Jaghut uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc potężne kły.

- Znowu?

Pra­dawny bóg nie mógł nie uśmiech­nąć się w odpo­wie­dzi.

Choć obaj roz­mówcy się uśmie­chali, na polo­dow­co­wym wzgó­rzu było bar­dzo nie­wiele weso­ło­ści.

1159 rok snu Pożogi Rok Bia­łych Żyłek w Heba­nie Trzy lata przed lethe­ryj­skim Siód­mym Zamknię­ciem

Obu­dził się z brzu­chem wypeł­nio­nym solą, nagi i zagrze­bany do połowy w bia­łym pia­sku pośród pozo­sta­wio­nych przez sztorm szcząt­ków. Z góry dobie­gał krzyk mew. Ich cie­nie prze­su­wały się po pomarsz­czo­nej powierzchni plaży. Jego żołąd­kiem tar­gnęły nagłe skur­cze. Powoli prze­to­czył się z jękiem na bok.

I zoba­czył, że na plaży leży wię­cej ciał. I szczątki stat­ków. Pły­ci­zny zale­gały bryły i płyty szybko top­nie­ją­cego lodu. Bie­gały po nich tysiące kra­bów.

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna podźwi­gnął się na ręce i kolana, po czym zwy­mio­to­wał na pia­sek gorz­kimi pły­nami. Głowę wypeł­niały mu fale pul­su­ją­cego bólu, tak doj­mu­ją­cego, że nie­mal go ośle­piał. Minęła dłuż­sza chwila, nim zdo­łał usiąść i ponow­nie przyj­rzeć się ota­cza­ją­cej go sce­ne­rii.

Brzeg tam, gdzie nie powinno być brzegu.

Poprzed­niej nocy z głę­bin przed nimi wynu­rzyły się góry lodowe. Naj­więk­sza poja­wiła się na powierzchni tuż przed ogrom­nym pły­wa­ją­cym mia­stem Mec­kro­sów, które roz­pa­dło się na kawałki niczym skle­cona z paty­ków tra­twa. Mec­kro­skie kro­niki nie odno­to­wały niczego, co można by porów­nać z kata­strofą, któ­rej był świad­kiem - nagłą i nie­mal cał­ko­witą zagładą mia­sta liczą­cego sobie dwa­dzie­ścia tysięcy miesz­kań­ców. Na­dal drę­czyło go nie­do­wie­rza­nie, jakby jego pamięć zare­je­stro­wała obrazy tego, co nie mogło się wyda­rzyć, wizje zro­dzone w pora­żo­nym gorączką mózgu.

Wie­dział jed­nak, że to nie był wytwór wyobraźni. Że widział to na wła­sne oczy.

I, jakimś cudem, oca­lał.

Słońce grzało mocno, ale nie było upału. Niebo nad głową męż­czy­zny było raczej mlecz­no­białe niż błę­kitne. Zauwa­żył też, że mewy nie są wcale mewami, lecz jaki­miś gadami o jasnych skrzy­dłach.

Pod­niósł się chwiej­nie. Ból głowy ustę­po­wał już, ale przez jego ciało prze­bie­gały fale dresz­czy, a pra­gnie­nie było demo­nem, który roz­szar­py­wał mu pazu­rami gar­dło, pró­bu­jąc się wydo­stać na zewnątrz.

Krzyki lata­ją­cych jasz­czu­rek zmie­niły tona­cję. Odwró­cił się w stronę lądu.

Poja­wiły się tam trzy istoty, lezące powoli przez bez­barwną trawę nad linią zasięgu wód przy­pływu. Się­gały mu zale­d­wie do bio­der, były czar­no­skóre i bez­włose, miały ide­al­nie okrą­głe głowy i spi­cza­ste uszy. Bhoka'rale. Pamię­tał je z lat mło­do­ści, gdy mec­kro­ski sta­tek han­dlowy wró­cił z Nemil. Te stwo­rze­nia były jed­nak bar­dziej musku­larne, przy­naj­mniej dwu­krot­nie masyw­niej­sze od oswo­jo­nych zwie­rzą­tek przy­wie­zio­nych przez kup­ców do pły­wa­ją­cego mia­sta. Zmie­rzały pro­sto w jego stronę.

Rozej­rzał się wokół w poszu­ki­wa­niu cze­goś, co mógłby wyko­rzy­stać jako broń, i zna­lazł kawał wyrzu­co­nego na brzeg drewna, który nada­wał się na maczugę. Uniósł go i cze­kał, aż bhoka'rale podejdą bli­żej.

Zatrzy­mały się, spo­glą­da­jąc nań oczami upstrzo­nymi żół­tymi pla­mami.

I nagle środ­kowe stwo­rze­nie ski­nęło dło­nią.

"Chodź". Nie można było wąt­pić w zna­cze­nie tego aż nazbyt ludz­kiego gestu.

Męż­czy­zna ponow­nie omiótł plażę badaw­czym spoj­rze­niem. Żadne z ciał się nie poru­szało. Kraby żero­wały bez prze­szkód. Raz jesz­cze zer­k­nął na nie­zwy­kłe niebo i ruszył ku trzem isto­tom.

Odwró­ciły się i popro­wa­dziły go na poro­śniętą trawą skarpę.

Tutej­sza trawa nie przy­po­mi­nała niczego, co w życiu widział: dłu­gie, puste w środku źdźbła o trój­kąt­nym prze­kroju, do tego ostre jak brzy­twa - o czym się prze­ko­nał, gdy prze­szedł przez ich kępę i zoba­czył, że nogi pokryły mu liczne, krzy­żu­jące się ze sobą ska­le­cze­nia. Za skarpą zaczy­nała się cią­gnąca się w głąb lądu rów­nina, z rzadka usiana kępami tej samej trawy. Zie­mia mię­dzy nimi była słona i jałowa. Gdzie­nie­gdzie dało się też dostrzec kamie­nie. Każdy z nich wyglą­dał ina­czej i wszyst­kie były dziw­nie kan­cia­ste, jakby nie dotknęła ich ero­zja.

W oddali wzno­sił się samotny namiot.

Bhoka'rale pro­wa­dziły go w tamtą stronę.

Gdy się zbli­żyli, zoba­czył smugi dymu bucha­jące ze szczytu namiotu oraz ze szpary wej­ścia.

Jego eskorta się zatrzy­mała. Kolejny gest skie­ro­wał go do środka. Męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami, przy­kuc­nął i wsu­nął się do namiotu.

W pół­mroku było widać opa­tu­loną postać. Jej twarz osła­niał kap­tur. Przed nie­zna­jo­mym stał kok­sowy pie­cyk, z któ­rego biły ude­rza­jące do głowy opary. Przy wej­ściu posta­wiono krysz­ta­łową butelkę, tro­chę suszo­nych owo­ców oraz bochen czar­nego chleba.

- W butelce jest źró­dlana woda - wychry­piał nie­zna­jomy po mec­kro­sku. - Pro­szę, pokrzep się po swych przej­ściach.

Męż­czy­zna wymru­czał słowa podzię­ko­wa­nia i się­gnął szybko po butelkę. Zaspo­ko­iw­szy pra­gnie­nie, wycią­gnął rękę po chleb.

- Dzię­kuję, nie­zna­jomy - rzekł, potrzą­sa­jąc głową. - Od tego dymu wszystko tań­czy mi przed oczyma.

Odpo­wie­dział mu spa­zma­tyczny kaszel, który mógł być śmie­chem, a potem gest przy­po­mi­na­jący wzru­sze­nie ramion.

- Lep­sze to niż uto­nąć. Przy­kro mi, ale ten dym łago­dzi mój ból. Nie zatrzy­mam cię długo. Jesteś płat­nerz Withal.

Męż­czy­zna pode­rwał się nagle. Zmarsz­czył czoło.

- Tak, jestem Withal z Trze­ciego Mia­sta Mec­kro­sów... które już nie ist­nieje.

- To tra­giczny wypa­dek. Jesteś jedy­nym oca­lo­nym z kata­strofy. To ja cię oca­li­łem, choć inter­wen­cja znacz­nie nad­we­rę­żyła moje siły.

- Gdzie jeste­śmy?

- Ni­gdzie, w sercu nico­ści. To frag­ment, skłonny do wędrówki. Daję mu życie w stop­niu, w jakim pozwala na to moja wyobraź­nia. Wycza­ro­wa­łem to miej­sce ze wspo­mnień o domu. Odzy­skuję powoli siły, choć zdru­zgo­tane ciało na­dal przy­pra­wia mnie o strasz­liwe katu­sze. Ale, posłu­chaj, mówię i nie kaszlę. To już jest coś.

Z postrzę­pio­nego rękawa wychy­nęła zma­sa­kro­wana dłoń i syp­nęła garść nasion na węgle pie­cyka. Gdy zaczęły pękać z gło­śnym trza­skiem, dym stał się gęst­szy.

- Kim jesteś? - zapy­tał Withal.

- Upa­dłym bogiem... który potrze­buje twych talen­tów. Przy­go­to­wa­łem się na twe przy­by­cie, Withalu. Dosta­niesz dach nad głową, kuź­nię, wszel­kie surowce, jakich możesz potrze­bo­wać. Ubra­nia, żyw­ność, wodę. I trzech wier­nych słu­żą­cych, któ­rych już pozna­łeś...

- Bhoka'rale? - Withal prych­nął pogar­dli­wie. - A w czym one mogą...

- To nie są bhoka'rale, śmier­tel­niku. Choć być może kie­dyś nimi byli. To są nachty. Nada­łem im imiona Rind, Mape i Pule. Stwo­rzyli ich Jaghuci i potra­fią się nauczyć wszyst­kiego, czego możesz od nich wyma­gać.

Withal spró­bo­wał wstać.

- Dzię­kuję, że mnie ura­to­wa­łeś, Upa­dły, ale muszę cię już opu­ścić. Chcę wró­cić do swego świata...

- Nie zro­zu­mia­łeś mnie, Withalu - wysy­czała postać. - Musisz tu robić to, co ci każę, bo ina­czej będziesz bła­gał o śmierć. Jesteś moją wła­sno­ścią, płat­ne­rzu. Ty jesteś nie­wol­ni­kiem, a ja twoim panem. Mec­krosi trzy­mają nie­wol­ni­ków, tak? Nie­szczę­śni­ków, któ­rych upro­wa­dzi­li­ście z wyspiar­skich wio­sek i innych podob­nych miejsc pod­czas swych napa­dów. To zna­czy, że znasz to poję­cie. Nie roz­pa­czaj jed­nak, bo gdy już zro­bisz to, czego od cie­bie żądam, odzy­skasz wol­ność.

Na kola­nach Withala na­dal spo­czy­wała ciężka drew­niana pałka. Męż­czy­zna roz­wa­żył swe moż­li­wo­ści.

Roz­legł się kaszel, potem śmiech, a póź­niej znowu kaszel, pod­czas któ­rego bóg powstrzy­mał płat­ne­rza unie­sie­niem dłoni.

- Nie radzę ci pró­bo­wać niczego nie­roz­sąd­nego, Withalu - rzekł, gdy kaszel już się uspo­koił. - Wyło­wi­łem cię z mor­skiej toni w tym wła­śnie celu. Czy utra­ci­łeś wszelki honor? Speł­nij to moje życze­nie, bo gorzko poża­łu­jesz, jeśli spro­wo­ku­jesz mój gniew.

- Czego ode mnie żądasz?

- Tak lepiej. Czego od cie­bie żądam, Withalu? Tylko tego, w czym jesteś naj­lep­szy. Zrób mi miecz.

- I to wszystko? - mruk­nął męż­czy­zna.

Postać pochy­liła się.

- No cóż, oręż, o któ­rym myślę, jest bar­dzo szcze­gólny...

Roz­dział pierw­szy

Słu­chaj­cie! Morza szep­czą i śnią o gru­cho­ta­niu prawd mię­dzy kru­szo­nymi kamie­niami

Han­tal­lit z Gór­ni­czej Śluzy

Rok Póź­nego Mrozu Jeden rok przed lethe­ryj­skim Siód­mym Zamknię­ciem Ascen­den­cja Pustej Twier­dzy

Oto więc jest opo­wieść. Pomię­dzy szme­rem pły­wów, gdy giganci uklę­kli i stali się górami. Gdy upa­dli roz­pro­szeni na zie­mię niczym balast zrzu­cony z nieba, ale nie potra­fili się oprzeć nadej­ściu świtu. Pomię­dzy szme­rem pły­wów opo­wiemy o jed­nym z takich gigan­tów, ponie­waż opo­wieść zawiera się w jego opo­wie­ści.

I ponie­waż jest cie­kawa.

Słu­chaj­cie.

Gdy zapa­dła ciem­ność, zamknął oczy. Otwie­rał je tylko za dnia, rozu­mu­jąc w ten spo­sób: noc opiera się wzro­kowi, a jeśli nie­wiele można zoba­czyć, po co wpa­try­wać się w mrok?

Ujrzyj­cie też to: dotarł do skraju lądu i odkrył morze. Zafa­scy­no­wała go ta tajem­ni­cza ciecz. Owego pamięt­nego dnia fascy­na­cja prze­ro­dziła się w obse­sję. Widział fale ude­rza­jące o brzeg na całej jego dłu­go­ści. Ich bez­u­stanny ruch zawsze gro­ził pochło­nię­ciem lądu, lecz jakoś ni­gdy do tego nie docho­dziło. Przy­glą­dał się im przez całe wietrzne popo­łu­dnie, był świad­kiem tego, jak tłuką wście­kle o pochyłą plażę. Nie­kiedy rze­czy­wi­ście uda­wało im się dotrzeć daleko w głąb lądu, ale potem zawsze nastę­po­wał nie­chętny odwrót.

Gdy nade­szła noc, zaci­snął powieki i poło­żył się spać. Posta­no­wił, że jutro znowu popa­trzy na to morze.

Gdy zapa­dła ciem­ność, zamknął oczy.

Nocą nad­szedł przy­pływ, który zalał giganta. Zato­pił go pod­czas snu. Zawarte w wodzie mine­rały wnik­nęły w jego ciało, upo­dab­nia­jąc go do skały, sęka­tej wynio­sło­ści góru­ją­cej nad plażą. A potem, w jedną noc na tysiąc­le­cia, przy­pływ nad­cho­dził ponow­nie, by wypłu­ki­wać jego postać. Kraść jego kształt.

Ale nie do końca. By zoba­czyć go naprawdę, nawet w dzi­siej­szych cza­sach, trzeba patrzeć nocą. Albo zmru­żyć mocno oczy w jasnym bla­sku słońca. Spo­glą­dać z ukosa bądź też sku­pić wzrok na wszyst­kim oprócz samego kamie­nia.

Ze wszyst­kich darów, które Ojciec Cień prze­ka­zał swym dzie­ciom, ten ma naj­więk­szą war­tość. Odwróć wzrok, żeby zoba­czyć. Zaufaj tej radzie, a zapro­wa­dzi cię ona do Cie­nia, gdzie kryją się wszyst­kie prawdy.

Odwróć wzrok, żeby zoba­czyć.

A teraz odwróć wzrok.

***

Myszy roz­pierz­chły się, gdy na śnieg, któ­remu zmierzch przy­dał nie­bie­ska­wej barwy, wpełzł głęb­szy cień. Ucie­kały w sza­lo­nej panice, ale los jed­nej z nich był już prze­są­dzony. Pie­rza­sta, zakoń­czona szpo­nami łapa opa­dła na zwie­rzątko, prze­bi­ja­jąc poro­śnięte futrem ciałko i miaż­dżąc maleń­kie kosteczki.

Na skraju polany sowa sfru­nęła bez­gło­śnie z gałęzi, sunąc nad ubi­tym śnie­giem i roz­sy­pa­nymi na nim nasio­nami. Łuk jej lotu, prze­rwany na chwilę ata­kiem na mysz, wzniósł się ku pobli­skiemu drzewu. Tym razem towa­rzy­szył temu ciężki łopot skrzy­deł. Ptak wylą­do­wał na jed­nej nodze i po chwili roz­po­czął ucztę.

Ten, kto wbiegł truch­tem na polanę kil­ka­na­ście ude­rzeń serca póź­niej, niczego już nie zauwa­żył. Myszy ucie­kły, nie zosta­wia­jąc na twar­dym śniegu żad­nych śla­dów, a sowa zamarła w bez­ru­chu w swej dziu­pli mię­dzy gałę­ziami świerka, śle­dząc sze­roko otwar­tymi oczyma bie­gną­cego przez polanę intruza. Gdy ten już się odda­lił, ptak znowu zaczął jeść.

Zmierzch nale­żał do myśli­wych, a sowa nie zakoń­czyła jesz­cze łowów.

Pędzący po krę­tej, pokry­tej szro­nem ścieżce Trull Sen­gar zato­pił się w myślach i nie patrzył na ota­cza­jący go las, w nie­ty­powy dla sie­bie spo­sób igno­ru­jąc wszyst­kie wska­zówki i szcze­góły, jakie można było w nim ujrzeć. Nie zatrzy­mał się nawet po to, by prze­bła­gać ofiarą Shel­ta­thę Lore, Córkę Zmierzch, naj­bar­dziej umi­ło­waną z Trzech Córek Ojca Cie­nia, choć zamie­rzał wyna­gro­dzić jej to jutro o zacho­dzie słońca. Ponadto wcze­śniej prze­biegł obo­jęt­nie przez ostat­nie plamy świa­tła zale­ga­jące jesz­cze na ścieżce, ryzy­ku­jąc, że przy­cią­gnie uwagę kapry­śnej Sukul Ankhadu, Córki Oszu­stwa, zna­nej także jako Cętka.

Na tere­nach godo­wych Calach roiło się od fok. Przy­były wcze­śnie, co zasko­czyło Trulla, który zbie­rał nefryty nad linią brze­gową. Samo poja­wie­nie się fok tylko by pod­eks­cy­to­wało mło­dego Tiste Edur, ale towa­rzy­szyły im statki, które oto­czyły zatokę pier­ście­niem. Łowy już się roz­po­częły.

Lethe­ryj­czycy, bia­ło­skó­rzy miesz­kańcy połu­dnia.

Potra­fił sobie wyobra­zić gniew, jakim zapłoną miesz­kańcy wio­ski, do któ­rej się zbli­żał, gdy tylko opo­wie im o swym odkry­ciu. On rów­nież był wście­kły. To było bez­czelne wtar­gnię­cie na tery­to­rium Edur. Kra­dzież fok, które były pra­wo­witą wła­sno­ścią jego ludu, sta­no­wiła aro­ganc­kie pogwał­ce­nie daw­nych umów.

Wśród Lethe­ryj­czy­ków nie bra­ko­wało głup­ców, podob­nie jak wśród Edur. Trull nie potra­fił sobie wyobra­zić, by mogło to być coś innego niż nie­usank­cjo­no­wane wtar­gnię­cie. Od Wiel­kiego Spo­tka­nia dzie­liły ich tylko dwa cykle księ­życa. Prze­lew krwi nie słu­żyłby w tej chwili żad­nej ze stron. Bez względu na to, że Edur mieli prawo zaata­ko­wać i znisz­czyć intru­zów, lethe­ryj­skich dele­ga­tów obu­rzy­łoby wymor­do­wa­nie ich współ­o­by­wa­teli, nawet jeśli łamali prawo. Szanse na zawar­cie nowego trak­tatu stały się nagle mini­malne.

Nie­po­ko­iło to Trulla Sen­gara. Edur dopiero co zakoń­czyli jedną długą, zaciętą wojnę i trudno mu było pogo­dzić się z myślą o następ­nej.

Pod­czas pod­boju pozo­sta­łych ple­mion nie przy­niósł wstydu bra­ciom. Na sze­ro­kim pasie miał nabity sze­reg dwu­dzie­stu jeden zabar­wio­nych na czer­wono nitów. Każdy repre­zen­to­wał hono­rowy czyn, a sie­dem, oto­czo­nych białą farbą, zna­czyło, że tym czy­nom towa­rzy­szyło zabi­cie wroga. Spo­śród synów Tomada Sen­gara tylko star­szy brat Trulla mógł się pochwa­lić więk­szą liczbą tro­feów. Było to zro­zu­miałe, jako że Fear Sen­gar nale­żał do naj­więk­szych wojow­ni­ków Hiro­thów.

Rzecz jasna, wojny z pozo­sta­łymi pię­cioma ple­mio­nami Edur były pod­dane ści­słym regu­łom i nawet w wiel­kich, dłu­go­trwa­łych bitwach ginęła tylko garstka wal­czą­cych. Mimo to pod­bój ple­mion kosz­to­wał ich wiele sił. W walce z Lethe­ryj­czy­kami nie było żad­nych zasad hamu­ją­cych wojow­ni­ków Edur. Nie cho­dziło o hono­rowe czyny, a jedy­nie o zabi­ja­nie wro­gów. Nie musieli oni przy tym mieć broni w ręku. Nawet bez­bronni i nie­winni poznają smak mie­cza. Podobna rzeź bru­kała zarówno zabój­ców, jak i ofiary.

Trull jed­nak dosko­nale wie­dział, że choć może potę­pić prze­lew krwi, do któ­rego doj­dzie, uczyni to tylko w myślach, i poma­sze­ruje z mie­czem w ręku u boku swych braci, by wymie­rzyć intru­zom spra­wie­dli­wość Edur. Nie mieli wyboru. Jeśli odwrócą się od tej zbrodni, nadejdą następne, nie­koń­czące się fale następ­nych.

Mia­rowy trucht dopro­wa­dził go w oko­lice gar­barni, z ich ryn­nami i wyło­żo­nymi kamie­niami dołami. To był już skraj lasu. Kilku lethe­ryj­skich nie­wol­ni­ków spoj­rzało w jego stronę i pośpiesz­nie skło­niło głowy na znak sza­cunku. Wresz­cie ujrzał na pola­nie przed sobą wynio­słe cedrowe kłody ota­cza­ją­cej wio­skę pali­sady. Nad osadą uno­siły się dłu­gie smugi drzew­nego dymu. Po obu stro­nach wąskiej, bie­gną­cej nasy­pem ścieżki, która wio­dła ku odle­głej jesz­cze bra­mie, cią­gnęły się żyzne, czarne pola. Zima dopiero zwal­niała zie­mię ze swego uści­sku i minie dobre kilka tygo­dni, nim zacznie się pora sadze­nia. W środku lata na tych polach wyro­śnie trzy­dzie­ści róż­nych typów roślin upraw­nych, dają­cych miesz­kań­com żyw­ność, lekar­stwa, włókna i paszę dla zwie­rząt. Wiele z nich kwi­tło, przy­cią­ga­jąc psz­czoły, któ­rym zawdzię­czali miód i wosk. Żni­wami zaj­mo­wali się nie­wol­nicy, pod nad­zo­rem kobiet z ple­mie­nia. Męż­czyźni wyru­szą w małych grup­kach do lasu, by ści­nać drzewa albo polo­wać. Inni wsiądą na statki zwane knarri, by zbie­rać plony na morzach i pły­ci­znach.

Tak to przy­naj­mniej wyglą­dało, gdy ple­miona żyły w pokoju. W ostat­nich kil­ku­na­stu latach osadę naj­czę­ściej opusz­czały grupy wojow­ni­ków i miesz­kańcy nie­kiedy cier­pieli nie­do­sta­tek. Przed wojną Edur ni­gdy nie gro­ził głód i Trull Sen­gar gorąco pra­gnął, by złe czasy wresz­cie się skoń­czyły. Han­nan Mosag, król-czar­no­księż­nik Hiro­thów, był teraz władcą wszyst­kich ple­mion Edur. Utwo­rzył ze skłó­co­nych naro­dów kon­fe­de­ra­cję, choć Trull zda­wał sobie sprawę, że jest ona kon­fe­de­ra­cją wyłącz­nie z nazwy. Han­nan Mosag wziął jako zakład­ni­ków pier­wo­rod­nych synów pod­bi­tych wodzów, utwo­rzył z nich swą kadrę k'risna­nów i spra­wo­wał dyk­ta­tor­ską wła­dzę. Był to pokój zbu­do­wany na ostrzu mie­cza, nie­mniej jed­nak pokój.

Przez bramę w pali­sa­dzie wyszła łatwa do roz­po­zna­nia postać. Młody Edur ruszył ku roz­wi­dle­niu ścieżki, na któ­rym zatrzy­mał się jego młod­szy brat.

- Witaj, Bina­das - rzekł Trull.

Wojow­nik miał przy­pa­saną do ple­ców włócz­nię, a prze­rzu­cony przez ramię worek z nie­wy­pra­wio­nej skóry wspie­rał się o jego bio­dro. Po dru­giej stro­nie miał jed­no­sieczny miecz, skryty w drew­nia­nej, owi­nię­tej skórą pochwie. Bina­das był o pół głowy wyż­szy od Trulla, a jego ogo­rzałe obli­cze było ciemne jak noszony przez niego strój z koź­lej skóry. Z trzech braci Trulla Sen­gara był naj­bar­dziej zamknięty w sobie i skłonny do wymi­ja­ją­cych odpo­wie­dzi, a w związku z tym trudno było prze­wi­dzieć jego reak­cje, nie mówiąc już o ich zro­zu­mie­niu. Nie­czę­sto poja­wiał się w wio­sce. Wyda­wało się, że woli głu­szę zachod­niej pusz­czy albo gór na połu­dniu. Rzadko towa­rzy­szył innym w ata­kach na wroga, ale gdy to robił, na ogół przy­no­sił tro­fea, nikt więc nie wąt­pił w jego odwagę.

- Zdy­sza­łeś się, Trull - zauwa­żył Bina­das. - I znowu widzę na two­jej twa­rzy nie­po­kój.

- U brze­gów Calach kotwi­czą lethe­ryj­skie statki.

Bina­das zmarsz­czył brwi.

- W takim razie nie zatrzy­muję cię.

- Długo cię nie będzie, bra­cie?

Młody wojow­nik wzru­szył ramio­nami i omi­nął Trulla, skrę­ca­jąc na zachod­nią ścieżkę.

Trull Sen­gar skie­ro­wał się do wio­ski.

Nad tym zwró­co­nym ku głębi lądu skra­jem osady domi­no­wały cztery kuź­nie. Każdą ota­czał głę­boki wykop o pochy­łych brze­gach, prze­cho­dzący w pod­ziemny kanał pro­wa­dzący na zewnątrz, daleko od wio­ski i cią­gną­cych się wokół niej pól. Kuź­nie już od lat pra­co­wały nie­mal bez ustanku, pro­du­ku­jąc broń. Powie­trze prze­sy­cał tu gęsty i ostry odór opa­rów, a na pobli­skich drze­wach osa­dzała się pokryta białą war­stewką sadza. Teraz Trull zauwa­żył, że czynne są tylko dwie kuź­nie, a kil­ku­na­stu nie­wol­ni­ków krząta się w nich bez szcze­gól­nego pośpie­chu.

Za kuź­niami cią­gnęły się podłużne, pod­mu­ro­wane cegłami maga­zyny, sze­reg podzie­lo­nych na seg­menty budyn­ków, w któ­rych prze­cho­wy­wano nad­wyżkę zboża, wędzo­nych ryb i mięsa fok, wie­lo­ry­biego tranu oraz włó­kien roślin­nych. Podobne budowle znaj­do­wały się w lasach wokół każ­dej z wio­sek, ale obec­nie więk­szość z nich była pusta z powodu wojen.

Gdy tylko Trull minął maga­zyny, ze wszyst­kich stron oto­czyły go kamienne domo­stwa tka­czy, garn­ca­rzy, sny­ce­rzy, niż­szych rangą skry­bów, płat­ne­rzy oraz innych uta­len­to­wa­nych oby­wa­teli. Przy­wi­tały go głosy, na które odpo­wia­dał tak oszczęd­nie, jak tylko pozwa­lały na to dobre oby­czaje. Tego typu gesty mówiły jego zna­jo­mym, że nie ma w tej chwili czasu na roz­mowę.

Wojow­nik Edur wbiegł na ulice dziel­nicy miesz­kal­nej. Lethe­ryj­scy nie­wol­nicy zwali wio­ski takie jak ta mia­stami, ale żaden z oby­wa­teli nie widział powodu, by zmie­niać języ­kowe przy­zwy­cza­je­nia - osada była wio­ską w chwili powsta­nia i pozo­sta­nie nią na zawsze, nawet jeśli obec­nie miesz­kało w niej pra­wie dwa­dzie­ścia tysięcy Edur i trzy­krot­nie wię­cej Lethe­ryj­czy­ków.

Nad dziel­nicą miesz­kalną domi­no­wały świą­ty­nie Ojca i Umi­ło­wa­nej Córki. Ich wysoko unie­sione nad zie­mię pomo­sty ota­czały żywe święte czar­no­drzewa. Powierzch­nię kamien­nych dys­ków pokry­wały obrazy i znaki. Wewnątrz kręgu drzew nie­ustan­nie igrała Kurald Emur­lahn, obok pik­to­gra­mów tań­czyły na wpół ufor­mo­wane kształty, cza­ro­dziej­skie ema­na­cje obu­dzone przez ofiary zło­żone z chwilą zapad­nię­cia zmierz­chu.

Trull Sen­gar wbiegł w Aleję Czar­no­księż­nika, świętą drogę pro­wa­dzącą do potęż­nej cyta­deli, która była zarówno świą­ty­nią, jak i pała­cem, sie­dzibą króla-czar­no­księż­nika, Han­nana Mosaga. Wzdłuż alei posa­dzono cedry o czar­nej korze. Tysiąc­let­nie drzewa góro­wały nad całą wio­ską. Były pozba­wione gałęzi, pomi­ja­jąc naj­wyż­sze pię­tra. Każdy słój ich czar­nego jak noc drewna nasy­cono cza­rami, które wycie­kały na zewnątrz, spo­wi­ja­jąc aleję cału­nem pół­mroku.

Na końcu alei wzno­siła się mniej­sza pali­sada, ota­cza­jąca cyta­delę i jej podwó­rzec. Zbu­do­wano ją z drewna takich samych czar­nych drzew, a w każ­dym z pali wyryto magiczne osłony. Główna brama była tune­lem ufor­mo­wa­nym z żywych drzew, wypeł­nio­nym cie­niem kory­ta­rzem, wio­dą­cym do kładki dla pie­szych prze­rzu­co­nej nad kana­łem, w któ­rym cumo­wało dwa­na­ście dłu­gich łodzi wojen­nych zwa­nych k'ortha­nami. Za kładką zaczy­nał się roz­le­gły, wyło­żony pła­skimi kamie­niami plac, przy któ­rym stały koszary i maga­zyny. Dalej można było dostrzec wznie­sione z kamie­nia i drewna dłu­gie domy szla­chec­kich rodzin - połą­czo­nych wię­zami krwi z rodem Han­nana Mosaga - z ich drew­nia­nymi gon­tami oraz bel­kami kale­ni­co­wymi z czar­no­drewna. Mię­dzy owymi rezy­den­cjami bie­gło prze­dłu­że­nie alei, pro­wa­dzące przez kolejną kładkę do wła­ści­wej cyta­deli.

Na dzie­dzińcu ćwi­czyli wojow­nicy. Trull wypa­trzył wysoką, bar­czy­stą postać swego star­szego brata, Feara, który stał w pobliżu w towa­rzy­stwie sze­ściu pomoc­ni­ków, przy­glą­da­jąc się mło­dzień­com. Trull poczuł dla nich nagłe współ­czu­cie. Sam rów­nież cier­piał pod kry­tycz­nym, nie­ubła­ga­nym spoj­rze­niem brata pod­czas lat szko­le­nia.

Przy­wi­tał go czyjś głos. Trull spoj­rzał na drugą stronę dzie­dzińca i zoba­czył swego naj­młod­szego brata, Rhu­lada. Towa­rzy­szył mu Midik Buhn i wyglą­dało na to, że oni rów­nież toczą ćwi­czebną walkę. Po chwili Trull zauwa­żył przy­czynę tej nie­zwy­kłej pil­no­ści - poja­wiła się narze­czona Feara, Mayen. Podą­żały za nią cztery młod­sze kobiety. Zapewne wybie­rały się na targ, jako że towa­rzy­szyło im kil­ka­na­ście nie­wol­nic. Rzecz jasna, poczuły się zmu­szone, by się zatrzy­mać i obej­rzeć ten nagły, z pew­no­ścią impro­wi­zo­wany pokaz wojen­nej bie­gło­ści. Wyma­gały tego skom­pli­ko­wane zasady zalo­tów. Od Mayen ocze­ki­wano, że będzie trak­to­wać wszyst­kich braci Feara z należ­nym sza­cun­kiem.

Choć w sce­nie roz­gry­wa­ją­cej się przed oczyma Trulla nie było nic nie­wła­ści­wego, prze­szył go dreszcz nie­po­koju. Fakt, że Rhu­lad z taką pasją popi­sy­wał się przed kobietą, która miała zostać żoną jego star­szego brata, nie­bez­piecz­nie zbli­żał się do gra­nicy tego, co dopusz­czalne. Trull uwa­żał, że Fear jest sta­now­czo zbyt pobłaż­liwy dla Rhu­lada.

Tak jak my wszy­scy.

Rzecz jasna, mieli powody.

Sądząc po rumieńcu dumy na jego przy­stoj­nej twa­rzy, Rhu­lad zde­cy­do­wa­nie poko­nał przy­ja­ciela z dzie­ciń­stwa w pozo­ro­wa­nej walce.

- Trull! - zawo­łał, macha­jąc mie­czem. - Prze­la­łem już dziś krew i łaknę jej wię­cej. Chodź, zdrap rdzę z tego mie­cza, który masz u boku!

- Innym razem, bra­cie! - odkrzyk­nął Trull. - Muszę bez­zwłocz­nie poroz­ma­wiać z ojcem.

Rhu­lad uśmiech­nął się miło, ale nawet z odle­gło­ści dzie­się­ciu kro­ków Trull zauwa­żył błysk triumfu w jego oczach.

- Niech będzie innym razem.

Rhu­lad mach­nął lek­ce­wa­żąco mie­czem i zwró­cił się w stronę kobiet.

Mayen jed­nak ski­nęła na swe towa­rzyszki i cała grupka ruszyła w dal­szą drogę.

Rhu­lad otwo­rzył usta, chcąc coś powie­dzieć do narze­czo­nej brata, ale ubiegł go Trull.

- Bra­cie, pro­szę cię, byś mi towa­rzy­szył. Wie­ści, które muszę prze­ka­zać ojcu, są nad­zwy­czaj ważne i chcę, byś był przy tym obecny, aby twoje słowa rów­nież wplo­tły się w roz­mowę, która potem nastąpi.

Podobne zapro­sze­nie z reguły otrzy­my­wali jedy­nie wojow­nicy noszący na swych pasach tro­fea zdo­byte pod­czas dłu­gich lat wojny. Trull zauwa­żył w oczach brata nagły błysk dumy.

- To dla mnie zaszczyt, Trull - rzekł Rhu­lad, cho­wa­jąc miecz.

Rhu­lad pod­szedł do brata i obaj ruszyli do dłu­giego domu, w któ­rym miesz­kała ich rodzina. Midik został sam i sku­pił uwagę na zra­nio­nym nad­garstku.

Na ścia­nach budynku wisiały zdo­byczne tar­cze. Nie­które wybla­kły już z upły­wem stu­leci. Pod oka­pem zawie­szono wie­lo­ry­bie kości. Ukra­dzione kon­ku­ren­cyj­nym ple­mio­nom totemy two­rzyły nad drzwiami bez­ładny łuk. Pasy futra, ozdo­bione pacior­kami skóry, muszelki, szpony i zęby - wszystko to wyglą­dało jak wydłu­żone pta­sie gniazdo.

Weszli do środka.

Było tu chłodno, a w powie­trzu uno­sił się lekki, gry­zący zapach drzew­nego dymu. We wnę­kach wzdłuż ścian, mię­dzy gobe­li­nami i roz­ło­żo­nymi na pod­ło­dze futrami, usta­wiono ole­jowe lampy. W pale­ni­sku, ulo­ko­wa­nym tra­dy­cyj­nie pośrodku pomiesz­cze­nia, na­dal leżały szczapy drewna. W daw­nych cza­sach tam wła­śnie wszyst­kie rodziny przy­go­to­wy­wały posiłki, ale obec­nie nie­wol­nicy krzą­tali się w kuch­niach na zaple­czu, by zmniej­szyć ryzyko pożaru. Meble z czar­no­drewna dzie­liły wnę­trze na oddzielne pomiesz­cze­nia, choć nie było tu ścian. Na wbi­tych w poprzecz­nice hakach wisiały roz­ma­ite oręża. Nie­które z nich wywo­dziły się jesz­cze z cza­sów mroku, tuż po znik­nię­ciu Ojca Cie­nia, gdy zapo­mniano sztuki odle­wa­nia żelaza. Pro­sto wyko­nane klingi z brązu były wypa­czone i prze­żarte koro­zją.

Tuż za kamie­niem pale­ni­ska było widać pień żywego czar­no­drzewa. Tuż powy­żej wyso­ko­ści głowy wysu­wała się zeń sko­śnie ku górze górna trze­cia część klingi mie­cza. To był praw­dziwy oręż Emur­lahn. Jego żelazo pod­dano obróbce w jakiś tajem­ni­czy spo­sób, któ­rego kowale nie odkryli jesz­cze na nowo. To był miecz rodu Sen­ga­rów, sym­bol ich szla­chet­nego pocho­dze­nia. Ten sta­ro­żytny oręż przy­wią­zy­wano do drzewa nie­długo po zasa­dze­niu. Po stu­le­ciach zni­kał w jego wnę­trzu. To drzewo wyro­sło jed­nak krzywo, odsła­nia­jąc czarno-srebrną klingę. Zda­rzało się to rzadko, ale nie było czymś nie­sły­cha­nym.

Obaj bra­cia wycią­gnęli ręce, doty­ka­jąc żelaza.

Ich matka, Uruth, tru­dziła się nad rodo­wym gobe­li­nem. Po obu jej stro­nach sie­działy nie­wol­nice. Koń­czyła wła­śnie ostat­nie sceny przed­sta­wia­jące wkład Sen­ga­rów w wojnę zjed­no­cze­nia. Sku­piła uwagę na pracy i nie pod­nio­sła wzroku, gdy obok prze­cho­dzili jej syno­wie.

Tomad Sen­gar sie­dział w towa­rzy­stwie trzech innych szla­chet­nie uro­dzo­nych patriar­chów nad plan­szą do gry wyko­naną z ogrom­nego, pal­cza­stego poroża. Pionki wyrzeź­biono z kości sło­nio­wej i nefrytu.

Trull zatrzy­mał się na gra­nicy kręgu, kła­dąc prawą dłoń na gałce mie­cza, by zasy­gna­li­zo­wać, że wie­ści, które przy­nosi, są pilne i poten­cjal­nie nie­bez­pieczne. Usły­szał, że sto­jący za jego ple­cami Rhu­lad pośpiesz­nie zaczerp­nął tchu.

Choć żaden z gości nie pod­niósł wzroku, wszy­scy wstali jak jeden mąż, a gospo­darz zaczął zdej­mo­wać pionki z plan­szy. Trzej starsi Edur wyszli bez słowa. Po chwili Tomad odsta­wił plan­szę na bok i z powro­tem usiadł na pod­ło­dze.

Trull zajął miej­sce naprze­ciwko niego.

- Witaj, ojcze. Lethe­ryj­ska flota poluje na foki na tere­nach godo­wych Calach. Stada przy­były wcze­śnie i intruzi je masa­krują. Widzia­łem to na wła­sne oczy i nie zatrzy­ma­łem się ani na chwilę w dro­dze powrot­nej.

Tomad ski­nął głową.

- To zna­czy, że bie­głeś przez trzy dni i dwie noce.

- Tak.

- A czy Lethe­ryj­czycy zło­wili już wiele fok?

- Ojcze, o świ­cie dzi­siej­szego dnia Córka Menan­dore ujrzy pęka­jące w szwach ładow­nie i wypeł­nione wia­trem żagle, a kil­wa­ter każ­dego ze stat­ków zmieni się w kar­ma­zy­nową rzekę.

- A nowe statki przy­będą zająć ich miej­sce! - wysy­czał Rhu­lad.

Tomad zmarsz­czył brwi na to nie­sto­sowne zacho­wa­nie. W następ­nych sło­wach jasno wyra­ził swą dez­apro­batę:

- Rhu­lad, zanieś te wie­ści Han­na­nowi Mosa­gowi.

Trull wyczuł, że jego brat wzdry­gnął się gwał­tow­nie. Rhu­lad jed­nak ski­nął głową.

- Wedle roz­kazu, ojcze.

Odwró­cił się i odma­sze­ro­wał.

Tomad zasę­pił się jesz­cze bar­dziej.

- Zapro­si­łeś na tę roz­mowę wojow­nika, który jesz­cze nie prze­lał krwi?

- Tak, ojcze.

- Dla­czego?

Trull nie odpo­wie­dział na to pyta­nie, do czego miał prawo. Nie miał zamiaru dzie­lić się z nikim nie­po­ko­jem, jaki budziło w nim nad­mierne zain­te­re­so­wa­nie oka­zy­wane przez Rhu­lada narze­czo­nej Feara.

Po chwili Tomad wes­tchnął. Wyda­wało się, że wpa­truje się w swe wiel­kie, nazna­czone bli­znami dło­nie spo­czy­wa­jące na udach.

- Sta­li­śmy się zbyt pewni sie­bie - mruk­nął.

- Ojcze, czy jest nad­mierną pew­no­ścią sie­bie uwie­rzyć, że ci, z któ­rymi per­trak­tu­jemy, wie­dzą, co to honor?

- Tak, jeśli wziąć pod uwagę pre­ce­densy.

- Dla­czego w takim razie król-czar­no­księż­nik zgo­dził się na Wiel­kie Spo­tka­nie z Lethe­ryj­czy­kami?

Tomad uniósł wzrok, spo­ty­ka­jąc spoj­rze­nie Trulla. Ze wszyst­kich jego synów tylko Fear miał takie same oczy, zarówno gdy cho­dzi o odcień, jak i nie­ugięty wyraz. Trull mimo woli poczuł, że osłabł lekko pod tym wzgar­dli­wym spoj­rze­niem.

- Wyco­fuję to głu­pie pyta­nie - mruk­nął, odwra­ca­jąc wzrok, by ukryć trwogę.

Pod­da­li­śmy pró­bie naszych wro­gów. Z tego zła­ma­nia trak­tatu, bez względu na to, jakie inten­cje za nim stały, nie­unik­niona odpo­wiedź Edur uczyni obo­sieczny miecz. Miecz, który pochwycą oba nasze ludy.

- Wojow­nicy, któ­rzy jesz­cze nie prze­lali krwi, będą zado­wo­leni.

- Nadej­dzie dzień, gdy tacy wojow­nicy zasiądą w radzie, Trull.

- Czyż nie jest to nagroda, jaką daje pokój, ojcze?

Tomad nie odpo­wie­dział na to pyta­nie.

- Han­nan Mosag zwoła radę. Ty rów­nież będziesz musiał się na nią sta­wić, by zdać rela­cję z tego, co widzia­łeś. Ponadto król-czar­no­księż­nik zażą­dał ode mnie, bym uży­czył mu swych synów, któ­rym zamie­rza zle­cić pewne szcze­gólne zada­nie. Nie sądzę jed­nak, by przy­nie­sione przez cie­bie wie­ści zmie­niły jego decy­zję w tej spra­wie.

Minęła krótka chwila, nim Trull zdo­łał zapa­no­wać nad zdzi­wie­niem.

- Po dro­dze do wio­ski spo­tka­łem Bina­dasa... - zaczął.

- Poin­for­mo­wano go o tym. Wróci przed upły­wem księ­życa.

- A czy Rhu­lad o tym wie?

- Nie, choć będzie wam towa­rzy­szył. Nie prze­lał jesz­cze krwi.

- Skoro tak mówisz, ojcze.

- Idź się prze­spać. Każę cię obu­dzić, gdy zbie­rze się rada.

***

Biała wrona zesko­czyła z pokry­tego war­stewką soli korze­nia i zaczęła grze­bać w gno­jo­wi­sku. W pierw­szej chwili Trull myślał, że to mewa, która sie­dzi jesz­cze na plaży, mimo że już szybko zapa­dał zmrok, lecz nagle ptak zakra­kał, zesko­czył ze sterty gnoju i ruszył w stronę brzegu, trzy­ma­jąc w jasnym dzio­bie muszlę małża.

Sen oka­zał się nie­osią­galny. Rada miała się zebrać o pół­nocy. Nie­spo­kojne nerwy nie pozwa­lały odpo­cząć jego znu­żo­nym koń­czy­nom, Trull wybrał się więc na kamie­ni­stą plażę poło­żoną na pół­noc od wio­ski, przy ujściu rzeki.

A teraz, gdy senne fale spo­wiła już ciem­ność, prze­ko­nał się, że dzieli plażę z białą wroną. Pta­szy­sko zanio­sło swą zdo­bycz nad sam brzeg. Gdy nad­cho­dziła szu­miąca fala, ptak zanu­rzał muszlę w wodzie. Powtó­rzył tę czyn­ność sześć razy.

Wybredne stwo­rze­nie, pomy­ślał Trull, przy­glą­da­jąc się wro­nie, która wsko­czyła na pobli­ski kamień i zaczęła ucztę.

Biel, rzecz jasna, ozna­czała zło. Wszy­scy o tym wie­dzieli. Barwa kości, nie­na­wistny blask brza­sku Menan­dore. Żagle Lethe­ryj­czy­ków rów­nież były białe, co nie sta­no­wiło nie­spo­dzianki. A przej­rzy­ste wody Zatoki Calach pozwolą ujrzeć na jej dnie białe kości tysięcy zabi­tych fok.

Nad­cho­dzący rok miał przy­nieść sze­ściu ple­mio­nom zwrot nad­wy­żek żyw­no­ści, począ­tek uzu­peł­nia­nia wyczer­pa­nych zapa­sów, chro­nią­cych ich przed klę­ską głodu. Te myśli pozwo­liły mu spoj­rzeć na nie­le­galne łowy w nieco inny spo­sób. Ów gest uczy­niono w bez­błęd­nie wybra­nym momen­cie, by osła­bić kon­fe­de­ra­cję, utrud­nić zada­nie Edur pod­czas Wiel­kiego Spo­tka­nia.

Argu­ment nie­uchron­no­ści. Ten sam, który rzu­cili nam w twarz, gdy cho­dziło o osie­dla na Rubieży. Kró­le­stwo Letheru rośnie, potrze­buje nowych tere­nów. Wy mie­li­ście na Rubieży tylko tym­cza­sowe obozy, które pod­czas wojny nie­mal cał­ko­wi­cie opu­sto­szały.

To było nie­unik­nione, że coraz wię­cej nie­za­leż­nych stat­ków będzie się zapusz­czać na żyzne wody pół­noc­nego wybrzeża. Nie spo­sób było śle­dzić je wszyst­kie. Edur powinni po pro­stu przyj­rzeć się innym ple­mio­nom, które ongiś miesz­kały poza gra­ni­cami Letheru, roz­wa­żyć wiel­kie zyski, jakie dało im zło­że­nie hołdu kró­lowi Ezga­rze Diska­na­rowi.

Ale my nie jeste­śmy podobni do innych ple­mion.

Wrona zakra­kała na swym kamien­nym tro­nie, odrzu­ca­jąc muszlę na bok gwał­tow­nym ruchem głowy. Potem roz­po­starła upiorne skrzy­dła i odle­ciała w noc. Z mroku dobiegł jesz­cze jej poże­gnalny zew. Trull wyko­nał gest chro­niący przed złem.

Usły­szał za swymi ple­cami odgłos chrzęsz­czą­cych pod sto­pami kamieni. Odwró­cił się i ujrzał star­szego brata.

- Witaj, Trull - rzekł Fear cichym gło­sem. - Słowa, które przy­nio­słeś, pod­eks­cy­to­wały wojow­ni­ków.

- A król-czar­no­księż­nik?

- Nic nie powie­dział.

Trull powró­cił do obser­wa­cji mrocz­nych fal, ude­rza­ją­cych z szu­mem o brzeg.

- Oni widzą tylko te statki - stwier­dził.

- Han­nan Mosag potrafi odwró­cić wzrok, bra­cie.

- Popro­sił o synów Tomada Sen­gara. Co ci o tym wia­domo?

Fear zatrzy­mał się u jego boku i Trull wyczuł, że brat wzru­szył ramio­nami.

- Kró­lem-czar­no­księż­ni­kiem już od dzie­ciń­stwa kie­rują wizje - odparł po chwili Fear. - Ma we krwi wspo­mnie­nia się­ga­jące cza­sów mroku. Ojciec Cień kła­dzie się przed nim przy każ­dym jego kroku.

Myśl o wizjach nie­po­ko­iła Trulla. Nie dla­tego, że wąt­pił w ich moc - w grun­cie rze­czy było wprost prze­ciw­nie. Czasy mroku przy­nio­sły roz­łam wśród Tiste Edur, wojny z uży­ciem cza­rów, star­cia z nie­zwy­kłymi armiami i znik­nię­cie samego Ojca Cie­nia. I choć ple­miona na­dal posłu­gi­wały się magią Kurald Emur­lahn, utra­ciły samą grotę. Została roz­trza­skana, a jej frag­men­tami wła­dali fał­szywi kró­lo­wie i bogo­wie. Trull podej­rze­wał, że ambi­cje Han­nana Mosaga się­gają znacz­nie dalej niż zwy­kłe zjed­no­cze­nie sze­ściu ple­mion.

- Wyczu­wam w tobie nie­chęć, Trull. Dobrze ją ukry­wasz, ale ja potra­fię się­gnąć wzro­kiem głę­biej niż inni. Jesteś wojow­ni­kiem, który wolałby unik­nąć walki.

- To nie jest zbrod­nia - mruk­nął Trull. - Ze wszyst­kich Sen­ga­rów tylko ty i ojciec nosi­cie wię­cej tro­feów ode mnie - dodał.

- Nie kwe­stio­no­wa­łem two­jej odwagi, bra­cie. Ale odwaga jest naj­mniej waż­nym ele­men­tem tego, co łączy nas w jed­ność. Jeste­śmy Edur. Byli­śmy ongiś wład­cami Oga­rów. Do nas nale­żał tron Kurald Emur­lahn. I nale­żałby na­dal, gdyby nie dwie zdrady, naj­pierw kuzy­nów Sca­ban­da­riego Krwa­wo­okiego, a potem Tiste Andii, któ­rzy przy­byli z nami do tego świata. Jeste­śmy oblę­żo­nym ludem, Trull. Lethe­ryj­czycy to tylko jedni wro­go­wie spo­śród wielu. Król-czar­no­księż­nik rozu­mie tę prawdę.

Trull zer­k­nął na świa­tło gwiazd odbi­ja­jące się w spo­koj­nej tafli zatoki.

- Nie zawa­ham się przed walką z tymi, któ­rzy chcą być naszymi wro­gami, Fear.

- Cie­szę się, bra­cie. To wystar­czy, żeby zamknąć usta Rhu­la­dowi.

Trull zesztyw­niał.

- Oskarża mnie? Ten nie­do­świad­czony... szcze­niak?

- Widzi sła­bość i...

- To, co on widzi, i to, co jest prawdą, to dwie różne sprawy - odparł Trull.

- Więc udo­wod­nij mu to - pora­dził Fear cichym, spo­koj­nym gło­sem.

Trull umilkł. Zawsze otwar­cie gar­dził Rhu­la­dem, jego nie­ustan­nymi wyzwa­niami i popi­sami. Miał do tego prawo, gdyż jego młod­szy brat nie prze­lał jesz­cze krwi. Co jed­nak waż­niej­sze, motywy Trulla ota­czały ochron­nym murem dziew­czynę, którą miał poślu­bić Fear. Rzecz jasna, nie byłoby sto­sowne powie­dzieć coś takiego na głos. Podobne szepty suge­ro­wa­łyby zawiść i złą wolę. W końcu Mayen była narze­czoną Feara, nie Trulla, i to Fear miał obo­wią­zek ją chro­nić.

Pomy­ślał z żalem, że sytu­acja byłaby prost­sza, gdyby potra­fił prze­nik­nąć samą Mayen. Dziew­czyna nie zachę­cała Rhu­lada, ale nie odwra­cała się też do niego ple­cami. Kro­czyła po wąskiej gra­nicy tego, co dopusz­czalne. Była pewna sie­bie, jak byłaby na jej miej­scu każda młoda kobieta - i słusz­nie - którą miał spo­tkać zaszczyt zosta­nia żoną głów­nego instruk­tora Hiro­thów. Powta­rzał sobie, że to nie jego inte­res.

- Nie potra­fię poka­zać Rhu­la­dowi tego, co już powi­nien zoba­czyć - wark­nął. - Nie uczy­nił nic, co zasłu­gi­wa­łoby na dar mojej uwagi.

- Rhu­la­dowi brak sub­tel­no­ści potrzeb­nej, by dostrzec w twej powścią­gli­wo­ści coś innego niż sła­bość...

- To jego wina, nie moja!

- Chcesz, żeby ślepy sta­rzec prze­szedł po kamie­niach przez stru­mień bez niczy­jej pomocy, Trull? Nie, musisz stać się dla niego prze­wod­ni­kiem, aż wresz­cie oczy jego umy­słu doj­rzą to, co widzą wszy­scy inni.

- Jeśli wszy­scy inni to widzą, to jego oskar­że­nia nie znajdą posłu­chu i mam rację, że je igno­ruję - skon­tro­wał Trull.

- Bra­cie, Rhu­lad nie jest jedy­nym, któ­remu brak sub­tel­no­ści.

- Pra­gniesz zatem, Fear, by syno­wie Tomada Sen­gara stali się wro­gami?

- Rhu­lad nie jest wro­giem, ani twoim, ani żad­nego spo­śród Edur. Jest młody i żądny krwi. Ty rów­nież kro­czy­łeś kie­dyś tą ścieżką. Pro­szę cię, byś przy­po­mniał sobie owe czasy. To nie jest odpo­wied­nia chwila, by zada­wać rany, po któ­rych z pew­no­ścią zostaną bli­zny. A dla wojow­nika, który jesz­cze nie prze­lał krwi, wzgarda jest naj­cięż­szą z ran.

Trull skrzy­wił się.

- Dostrze­gam prawdę w twych sło­wach, Fear. Spró­buję poha­mo­wać swą obo­jęt­ność.

Jego brat zigno­ro­wał sar­kazm ukryty w tych sło­wach.

- Rada spo­tyka się w cyta­deli, bra­cie. Czy wej­dziesz u mego boku do kró­lew­skiej kom­naty?

- To dla mnie zaszczyt, Fear - odparł udo­bru­chany Trull.

Odwró­cili się od czar­nych wód i nie zauwa­żyli jasno­skrzy­dłej syl­wetki, która prze­mknęła nad leni­wymi falami nie­opo­dal brzegu.

***

Przed trzy­na­stu laty Udi­naas był mło­dym mary­na­rzem, już trzeci rok odpra­co­wu­ją­cym dług swej rodziny u kupca Inta­rosa z Trate, leżą­cym naj­da­lej na pół­nocy ze wszyst­kich miast Letheru. Był na pokła­dzie wie­lo­ryb­ni­czego statku Impet, który wra­cał wła­śnie z wód Bene­dów. Zakra­dli się tam pod osłoną nocy, zabili trzy samice i holo­wali ich ciała na neu­tralne Rowy poło­żone na zachód od Zatoki Calach, gdy nagle dostrze­gli pięć ści­ga­ją­cych ich k'ortha­nów Hiro­thów.

Do zguby przy­wio­dła ich chci­wość kapi­tana, który nie chciał porzu­cić zdo­by­czy.

Udi­naas świet­nie pamię­tał prze­ra­że­nie na twa­rzach ofi­ce­rów, w tym rów­nież kapi­tana, w chwili gdy zostali przy­wią­zani do jed­nego z wie­lo­ry­bów, by oddać ich reki­nom i dhen­ra­bim. Następ­nie spro­wa­dzono ze statku pro­stych mary­na­rzy. Zabrano z niego rów­nież wszystko, co było zro­bione z żelaza i co przy­cią­gnęło spoj­rze­nie Edur. Na koniec na Impet poszczuto widma cie­nia, które pożarły i roze­rwały na strzępy mar­twe drewno lethe­ryj­skiego statku. Gdy już było po wszyst­kim, pięć wyko­na­nych z czar­no­drewna k'ortha­nów odda­liło się, cią­gnąc za sobą dwa mar­twe wie­lo­ryby. Trze­ciego zosta­wiono zabój­com z głę­bin.

Nawet wów­czas Udi­naas z obo­jęt­no­ścią przy­jął maka­bryczny los, który spo­tkał kapi­tana i ofi­ce­rów. Uro­dził się z dłu­giem, podob­nie jak ojciec i jego ojciec przed nim. Dług i nie­wol­nic­two były syno­ni­mami. Życie nie­wol­nika wśród Hiro­thów nie było przy tym szcze­gól­nie cięż­kie. Nagrodą za posłu­szeń­stwo były ochrona, ubra­nie i dach nad głową, zapew­nia­jący osłonę przed desz­czem i śnie­giem, a do nie­dawna także dosta­tek żyw­no­ści.

Do licz­nych zadań Udi­na­asa w domu Sen­ga­rów nale­żała mię­dzy innymi naprawa sieci rybac­kich z czte­rech knarri - łodzi będą­cych wła­sno­ścią tego szla­chet­nego rodu. Ponie­waż był kie­dyś mary­na­rzem, nie pozwa­lano mu opusz­czać lądu. Wią­za­nie sieci oraz moco­wa­nie bala­stu na plaży na połu­dnie od ujścia rzeki były jedy­nymi czyn­no­ściami, które dawały mu szansę zbli­że­nia się do otwar­tego morza. Co prawda i tak nie pra­gnął uciec od Edur. W wio­sce prze­by­wało mnó­stwo nie­wol­ni­ków i wszy­scy, rzecz jasna, byli Lethe­ryj­czy­kami, nie bra­ko­wało mu więc towa­rzy­stwa ziom­ków, nawet jeśli nie byli zbyt zado­wo­leni ze swego życia. Przy­jem­no­ści lethe­ryj­skiej cywi­li­za­cji nie były wabi­kiem wystar­cza­ją­cym, by skło­nić go do pod­ję­cia próby ucieczki - która zresztą i tak była nie­mal nie­moż­liwa - ponie­waż pamię­tał, że oglą­dał takie przy­jem­no­ści, ale ni­gdy nie miał oka­zji z nich korzy­stać. Poza tym Udi­naas nie­na­wi­dził morza z pasją, która wcale nie osła­bła od cza­sów, gdy był mary­na­rzem.

W doga­sa­ją­cym świe­tle dnia zauwa­żył dwóch naj­star­szych synów Tomada Sen­gara, któ­rzy stali na plaży po dru­giej stro­nie ujścia rzeki. Nie zdzi­wiła go treść ich cichej, led­wie sły­szal­nej roz­mowy. Lethe­ryj­skie statki ude­rzyły znowu. Te wie­ści roze­szły się wśród nie­wol­ni­ków, nim jesz­cze młody Rhu­lad zdą­żył dojść do cyta­deli. Jak nale­żało się spo­dzie­wać, zwo­łano radę. Udi­naas był prze­ko­nany, że nie­długo doj­dzie do rzezi, prze­ra­ża­ją­cego połą­cze­nia zbroj­nej w żelazo wojow­ni­czo­ści i cza­rów, któ­rym cha­rak­te­ry­zo­wało się każde star­cie z Lethe­ryj­czy­kami na połu­dniu. Prawdę mówiąc, życzył swym panom szczę­śli­wych łowów. Foki ukra­dzione przez Lethe­ryj­czy­ków ozna­czały dla Edur groźbę głodu, a gdy nad­cho­dził głód, pierwsi zawsze cier­pieli nie­wol­nicy.

Udi­naas świet­nie rozu­miał swo­ich roda­ków. Dla Lethe­ryj­czy­ków liczyło się wyłącz­nie złoto. Złoto i posia­da­nie go defi­nio­wało w ich oczach cały świat. Wła­dza, sta­tus, poczu­cie wła­snej war­to­ści i sza­cu­nek innych - wszystko to można było nabyć za pie­nią­dze. W grun­cie rze­czy to więzy długu łączyły kró­le­stwo w całość. To na nich opie­rały się sto­sunki mię­dzy oby­wa­te­lami. Ich cień padał na każdy uczy­nek, każdą decy­zję. Te pod­stępne łowy na foki były pierw­szym ruchem w pla­nie, któ­rego Lethe­ryj­czycy uży­wali kto wie jak wiele razy, prze­ciwko każ­demu ple­mie­niu miesz­ka­ją­cemu za gra­ni­cami ich pań­stwa. Byli prze­ko­nani, że Edur niczym się nie róż­nią od ich poprzed­nich ofiar.

Ale oni są inni, wy głupcy.

Tak czy ina­czej, do następ­nego ruchu doj­dzie na Wiel­kim Spo­tka­niu. Udi­naas podej­rze­wał, że król-czar­no­księż­nik i jego doradcy, choć nie bra­ko­wało im sprytu, wpadną w tę pułapkę jak ślepi starcy. Nie­po­ko­iła go myśl o tym, co wyda­rzy się póź­niej.

Jak nie­sione falą pisklęta, miesz­kańcy obu kró­lestw zmie­rzali pro­sto na głę­bo­kie, nie­bez­pieczne wody.

Minęło go truch­tem trzech nie­wol­ni­ków rodziny Buh­nów, nio­są­cych na ramio­nach wiązki wodo­ro­stów.

- Piór­kowa Wiedźma będzie dziś rzu­cać, Udi­naas! - zawo­łał jeden z nich. - Gdy tylko zbie­rze się rada.

Udi­naas zaczął ukła­dać sieć na suszarce.

- Przyjdę, Hulad.

Trzech męż­czyzn opu­ściło plażę i Udi­naas znowu został sam. Spoj­rzał na pół­noc i zoba­czył, że Fear i Trull wcho­dzą na skarpę, kie­ru­jąc się ku tyl­nej bra­mie w pali­sa­dzie.

Upo­rał się z sie­cią, scho­wał narzę­dzia do koszyka i zamknął pokrywę.

Nagle usły­szał za ple­cami łopot skrzy­deł i wypro­sto­wał się zasko­czony tym, że jakiś ptak lata tak długo po zacho­dzie słońca. Nad linią brzegu prze­mknął jasny kształt, który zaraz znik­nął w ciem­no­ści.

Lethe­ryj­czyk zamru­gał, wytę­ża­jąc wzrok. Sta­rał się prze­ko­nać samego sie­bie, że nie widział tego, co mu się zda­wało, że widzi. To nie było to. Wszystko, tylko nie to. Prze­szedł na obszar nagiego pia­sku po lewej stro­nie, przy­kuc­nął i pośpiesz­nie nakre­ślił przy­wo­łu­jący znak małym pal­cem lewej dłoni. Prawą uniósł do twa­rzy, zaci­ska­jąc na krótką chwilę powieki dru­gim i trze­cim pal­cem, by wyszep­tać modli­twę.

- Kłyk­cie zostały rzu­cone. Zbawco czu­waj nade mną dziś w nocy. Zbłą­kany, czu­waj nad nami wszyst­kimi!

Opu­ścił prawą dłoń i spoj­rzał na nary­so­wany przez sie­bie znak.

- Wrono, a kysz!

Szum wia­tru, szept fal. A potem dobie­ga­jące z oddali kra­ka­nie.

Udi­naas wypro­sto­wał się z drże­niem, zła­pał koszyk i pobiegł ku bra­mie.

***

Kró­lew­ska Sala Spo­tkań była wielką, okrą­głą kom­natą. Pnie czar­no­drzew two­rzące jej sufit się­gały wysoko w górę, ku poło­żo­nemu pośrodku szczy­towi prze­sła­nia­nemu przez kłęby dymu. Szla­chet­nie uro­dzeni wojow­nicy, któ­rzy nie prze­lali jesz­cze krwi, stali pod ścia­nami, two­rząc zewnętrzny krąg tych, któ­rzy zebrali się tu na radę. Bli­żej środka, na ławach z opar­ciami, zasia­dały matrony - mężatki i wdowy. Trzeci krąg two­rzyły panny i narze­czone, sie­dzące ze skrzy­żo­wa­nymi nogami na nie­wy­pra­wio­nych skó­rach. Krok przed nimi pod­łoga opa­dała na dłu­gość ramie­nia. W cen­tral­nym zagłę­bie­niu z kle­pi­skiem z ubi­tej ziemi zajęli miej­sca wojow­nicy. W samym środku znaj­do­wało się pod­wyż­sze­nie o śred­nicy pięt­na­stu kro­ków. Stał na nim Han­nan Mosag, król-czar­no­księż­nik. Pię­ciu ksią­żąt, któ­rych wziął jako zakład­ni­ków, sie­działo wokół niego, zwra­ca­jąc twa­rze na zewnątrz.

Trull zszedł w towa­rzy­stwie Feara do zagłę­bie­nia, by zająć miej­sce wśród wojow­ni­ków. Spoj­rzał w górę, na swego króla. Han­nan Mosag był prze­cięt­nego wzro­stu i takiej samej budowy. Na pierw­szy rzut oka nie wyglą­dał zbyt impo­nu­jąco. Twarz miał gładką, odro­binę bled­szą niż więk­szość Edur, a sze­roko roz­sta­wione oczy spra­wiały, że wyda­wał się wiecz­nie czymś zdzi­wiony. Moc Han­nana nie miała cha­rak­teru fizycz­nego. Tkwiła wyłącz­nie w jego gło­sie, który był niski i dźwięczny. Król-czar­no­księż­nik przy­ku­wał uwagę słu­cha­czy, nawet gdy prze­ma­wiał cicho.

Kiedy mil­czał, tak jak teraz, wyda­wało się, że jest kró­lem tylko z przy­padku, jakby zabłą­dził mimo woli na śro­dek tej wiel­kiej kom­naty i roz­glą­dał się teraz wokół sie­bie z lek­kim zdzi­wie­niem na twa­rzy. Ubie­rał się tak samo jak inni wojow­nicy, pomi­ja­jąc brak tro­feów. W końcu jego tro­fea - pier­wo­rodni syno­wie pię­ciu poko­na­nych wodzów - sie­działy wokół niego na pod­wyż­sze­niu.

Dokład­niej­sza obser­wa­cja pozwa­lała dostrzec u króla-czar­no­księż­nika rów­nież inną oznakę wła­dzy. Za jego ple­cami stał cień. Ogromny i groźny. W obu zaku­tych w sta­lowe ręka­wice dło­niach ści­skał mie­cze, dłu­gie i nie­wy­raźne, lecz śmier­cio­no­śne. Na gło­wie miał hełm, a pły­towa zbroja nada­wała jego ramio­nom kan­cia­sty kształt. Widmo cie­nia, które było oso­bi­stym straż­ni­kiem Han­nana Mosaga, ni­gdy nie spało. Trull pomy­ślał, że w posta­wie widma nie ma śladu nie­pew­no­ści.

Tylko nie­wielu czar­no­księż­ni­ków potra­fiło wycza­ro­wać podobne istoty, czer­piąc z siły życio­wej wła­snego cie­nia. W tym mil­czą­cym, zawsze czuj­nym straż­niku pły­nęła potężna, surowa moc Kurald Emur­lahn.

Trull zatrzy­mał spoj­rze­nie na tych zakład­ni­kach, któ­rzy spo­glą­dali w jego stronę. K'risnani. Nie tylko repre­zen­to­wali tu swych ojców, lecz rów­nież byli uczniami Han­nana Mosaga, pozna­ją­cymi sztukę cza­rów. Ode­brano im dawne imiona. Ich mistrz pota­jem­nie nadał im nowe, które następ­nie zwią­zał zaklę­ciami. Pew­nego dnia wrócą do swych ple­mion jako wodzo­wie i ich lojal­ność wobec króla będzie nie­za­chwiana.

Na wprost Trulla sie­dział zakład­nik z ple­mie­nia Meru­dów. Było to naj­licz­niej­sze z sze­ściu ple­mion i ska­pi­tu­lo­wało jako ostat­nie. Meru­do­wie zawsze utrzy­my­wali, że ponie­waż jest ich bli­sko sto tysięcy, z czego pra­wie czter­dzie­ści to wojow­nicy, któ­rzy już prze­lali krew albo wkrótce ją prze­leją, im wła­śnie należy się pierw­szeń­stwo pośród Edur. Mieli naj­wię­cej wojow­ni­ków i okrę­tów, a ich wódz nosił u pasa wię­cej tro­feów niż kto­kol­wiek od wielu poko­leń. Domi­na­cja powinna nale­żeć do Meru­dów.

Tak też zapewne by się stało, gdyby Han­nan Mosag nie zapa­no­wał z nad­zwy­czajną bie­gło­ścią nad tymi frag­men­tami Kurald Emur­lahn, z któ­rych na­dal można było czer­pać moc. Wódz Han­radi Kha­lag znacz­nie lepiej radził sobie z włócz­nią niż z rzu­ca­niem zaklęć.

Nikt oprócz Han­nana Mosaga i Han­ra­diego Kha­laga nie znał szcze­gó­łów osta­tecz­nej kapi­tu­la­cji. Meru­do­wie do końca twardo bro­nili się przed siłami Hiro­thów oraz towa­rzy­szą­cymi im kon­tyn­gen­tami wojow­ni­ków z ple­mion Ara­payów, Sol­lan­tów, Den-Rathów i Bene­dów. Rytu­alne ogra­ni­cze­nia w pro­wa­dze­niu wojny szybko się kru­szyły, ustę­pu­jąc miej­sca prze­ra­ża­ją­cej bru­tal­no­ści zro­dzo­nej z despe­ra­cji. Sta­ro­żytne prawa zna­la­zły się na kra­wę­dzi zała­ma­nia.

Aż wresz­cie, pew­nej nocy, Han­nan Mosag prze­do­stał się, nie­zau­wa­żony przez nikogo, do wio­ski wodza, a potem do jego dłu­giego domu. I z pierw­szym świa­tłem okrut­nego brza­sku Menan­dore Han­radi Kha­lag ska­pi­tu­lo­wał z całym swym ludem.

Trull nie wie­dział, co sądzić o upo­rczy­wie powta­rza­nych opo­wie­ściach, jakoby Han­radi nie rzu­cał już cie­nia. Ni­gdy nie widział wodza Meru­dów.

A jego pier­wo­rodny syn sie­dział teraz przed nim. Ogo­lono mu głowę, na znak prze­cię­cia wię­zów łączą­cych go z rodem, mozaika sze­ro­kich, głę­bo­kich blizn nazna­czyła jego twarz cie­niami, a pozba­wione emo­cji oczy były nie­ustan­nie czujne, jakby oba­wiał się zama­chu na króla-czar­no­księż­nika tutaj, w jego kom­na­cie.

Wszyst­kie ole­jowe lampy wiszące u wyso­kiego sufitu zami­go­tały jed­no­cze­śnie. Zebrani znie­ru­cho­mieli, wbi­ja­jąc wzrok w Han­nana Mosaga.

Choć król-czar­no­księż­nik nie pod­no­sił głosu, jego głę­boki tembr wypeł­nił całą, ogromną, kom­natę. Nikt nie musiał wytę­żać słu­chu, żeby zro­zu­mieć słowa.

- Rhu­lad, syn Tomada Sen­gara, wojow­nik, który jesz­cze nie prze­lał krwi, przy­niósł mi wie­ści od swego brata, Trulla Sen­gara. Ów wojow­nik wybrał się na brzegi Zatoki Calach w poszu­ki­wa­niu nefrytu i stał się tam świad­kiem zło­wro­giego wyda­rze­nia. Biegł do nas bez chwili odpo­czynku przez trzy dni i dwie noce. - Han­nan Mosag zatrzy­mał spoj­rze­nie na Trullu. - Stań u mego boku, Trullu Sen­gar, i prze­każ nam swą opo­wieść.

Wojow­nicy roz­stą­pili się przed Trul­lem, który ruszył utwo­rzoną w ten spo­sób ścieżką i wsko­czył na pod­wyż­sze­nie, sta­ra­jąc się ukryć fakt, że nogi ugi­nają się pod nim ze zmę­cze­nia. Wypro­sto­wał się, prze­szedł mię­dzy dwoma k'risna­nami i sta­nął na prawo od króla-czar­no­księż­nika. Potem spoj­rzał na morze zwró­co­nych ku górze twa­rzy i zro­zu­miał, że więk­szość obec­nych wie już o tym, o czym miał ich zawia­do­mić. Ich twa­rze pomrocz­niały z gniewu i żądzy zemsty. Tylko na nie­któ­rych było widać nie­po­kój albo trwogę.

- Oto słowa, które przy­no­szę radzie. Dłu­go­zębe foki przy­były przed­wcze­śnie na tereny godowe. Za pły­ci­znami widzia­łem nie­prze­li­czone stada reki­nów, a mię­dzy nimi dzie­więt­na­ście lethe­ryj­skich stat­ków...

- Dzie­więt­na­ście! - zakrzyk­nęło chó­rem pół setki osób.

Podobne naru­sze­nie ety­kiety było czymś nie­zwy­kłym, nie­mniej jed­nak zro­zu­mia­łym. Trull odcze­kał chwilę, po czym kon­ty­nu­ował.

- Ich ładow­nie musiały być pra­wie pełne, gdyż zanu­rzały się głę­boko, a woda wokół nich zro­biła się czer­wona od krwi i wnętrz­no­ści. Łodzie łowiec­kie stały u burt wiel­kich stat­ków. Zatrzy­ma­łem się tam tylko na pięć­dzie­siąt ude­rzeń serca, a widzia­łem setki mar­twych fok uno­szo­nych na hakach ku wycią­ga­ją­cym się po nie rękom. Na pły­ci­znach cze­kało dwa­dzie­ścia dal­szych łodzi, a na plaży, wśród fok, cho­dziło sie­dem­dzie­się­ciu ludzi...

- Czy cię zauwa­żyli? - zapy­tał jeden z wojow­ni­ków.

Wyglą­dało na to, że Han­nan Mosag jest gotowy igno­ro­wać zasady - przy­naj­mniej na razie.

- Zauwa­żyli i prze­rwali rzeź... na chwilę. Widzia­łem, że poru­szali ustami, ale nie sły­sza­łem ich słów, bo zagłu­szył je ryk fok, i widzia­łem też, że się śmiali...

Zebrani eks­plo­do­wali gnie­wem. Wojow­nicy zerwali się na nogi.

Han­nan Mosag uniósł rękę.

Natych­miast zapa­no­wała cisza.

- Trull Sen­gar jesz­cze nie skoń­czył swej opo­wie­ści.

Trull odchrząk­nął i ski­nął głową.

- Widzi­cie mnie przed sobą, wojow­nicy, a ci z was, któ­rzy mnie znają, wie­dzą, że moją ulu­bioną bro­nią jest włócz­nia. Czy kie­dy­kol­wiek widzie­li­ście mnie bez mej żela­zno­trzon­ko­wej zabój­czyni wro­gów? Nie­stety zosta­wi­łem ją... w piersi tego, który roze­śmiał się pierw­szy.

Zebrani odpo­wie­dzieli rykiem.

Han­nan Mosag poło­żył dłoń na ramie­niu Trulla. Młody wojow­nik usu­nął się na bok. Król-czar­no­księż­nik przez chwilę przy­glą­dał się twa­rzom zebra­nych, po czym zaczął mówić:

- Trull Sen­gar postą­pił tak, jak na jego miej­scu postą­piłby każdy wojow­nik Edur. Jego czyn pokrze­pił mnie na sercu. Ale teraz stoi przed nami bez broni.

Trull zesztyw­niał pod naci­skiem dłoni swego władcy.

- Dla­tego, gdy roz­wa­żam tę kwe­stię, tak jak przy­stoi kró­lowi, docho­dzę do wnio­sku, że muszę zapo­mnieć o dumie i spoj­rzeć głę­biej, dostrzec, co to ozna­cza - cią­gnął Han­nan Mosag. - Ciśnięta włócz­nia. Zabity Lethe­ryj­czyk. Bez­bronny Edur. W twa­rzach moich umi­ło­wa­nych wojow­ni­ków ujrza­łem tysiąc ciśnię­tych włóczni, tysiąc zabi­tych Lethe­ryj­czyków i tysiąc bez­bron­nych Edur.

Nikt się nie ode­zwał. Nikt nie wygło­sił narzu­ca­ją­cej się ripo­sty: "Mamy dużo włóczni".

- Widzę w was głód zemsty. Lethe­ryj­scy rabu­sie muszą zgi­nąć. Będzie to wstę­pem do Wiel­kiego Spo­tka­nia, gdyż Lethe­ryj­czycy pra­gnęli ich śmierci. Prze­wi­dzieli naszą reak­cję. Tak wła­śnie wyglą­dają toczone przez nich gry. Czy uczy­nimy to, czego od nas chcą? Oczy­wi­ście. Na ich zbrod­nię może być tylko jedna odpo­wiedź. I tak wła­śnie, przez naszą prze­wi­dy­wal­ność, przy­słu­żymy się ich nie­zgłę­bio­nym pla­nom, które z pew­no­ścią poznamy na Wiel­kim Spo­tka­niu.

Wszy­scy zasę­pili się głę­boko, nie kry­jąc zmie­sza­nia. Han­nan Mosag popro­wa­dził ich na nie­zna­jome obszary kom­pli­ka­cji. Przy­wiódł ich do początku nie­zna­nej ścieżki, a teraz, ostroż­nie, krok po kroku, chciał pójść z nimi dalej.

- Rabu­sie zginą, ale żaden z was nie prze­leje ich krwi - pod­jął król-czar­no­księż­nik. - Zro­bimy to, czego się spo­dzie­wają, ale na spo­sób, jakiego sobie nie wyobra­żają. Nadej­dzie jesz­cze czas rzezi Lethe­ryj­czy­ków, tyle że nie dzi­siaj. Obie­cuję wam krew, moi wojow­nicy, ale jesz­cze nie w tej chwili. Rabu­sie nie zasłu­gują na zaszczyt śmierci z waszych rąk. Ich los przy­pie­czę­tuje się wewnątrz Kurald Emur­lahn.

Trull Sen­gar zadrżał mimo woli.

W sali znowu zapa­dła cisza.

- To będzie pełne odsło­nię­cie - cią­gnął basem Han­nan Mosag. - I doko­nają go moi k'risnani. Lethe­ryj­czy­ków nie ura­tuje żadna broń ani zbroja. Ich mago­wie oślepną i stracą orien­ta­cję. Nie będą w sta­nie prze­ciw­sta­wić się temu, co po nich przy­bę­dzie. Rabu­sie zginą, a ich śmierć będzie pełna bólu i prze­ra­że­nia. Naro­bią w por­tki ze stra­chu i będą pła­kali jak dzieci, a los ten wypi­sze się na ich twa­rzach, by mogli go stam­tąd wyczy­tać ci, któ­rzy ich odnajdą.

Serce Trulla waliło jak sza­lone, a w ustach miał sucho jak na pustyni. Pełne odsło­nię­cie. Jaką to dawno zapo­mnianą moc udało się odkryć Han­na­nowi Mosa­gowi? Ostat­niego peł­nego odsło­nię­cia Kurald Emur­lahn doko­nał Sca­ban­dari Krwa­wo­oki, sam Ojciec Cień, nim jesz­cze grota została roz­bita. A tego roz­bi­cia do dziś nie ule­czono. Trull podej­rze­wał, że ni­gdy się to nie sta­nie. Nie­mniej jed­nak nie­które frag­menty były więk­sze i potęż­niej­sze od innych. Czyżby król-czar­no­księż­nik zna­lazł gdzieś nowy?

***

Przed Piór­kową Wiedźmą leżały cera­miczne płytki, wybla­kłe, spę­kane i poob­tłu­ki­wane. Rzu­ce­nie się doko­nało, w tej samej chwili, w któ­rej Udi­naas wszedł do wypeł­nio­nej wiru­ją­cymi w powie­trzu pył­kami sto­doły, by przy­nieść wie­ści o ome­nie - ostrzec młodą nie­wol­nicę przed zapusz­cza­niem wzroku do Twierdz. Było już jed­nak za późno.

Stu Lethe­ryj­czy­ków zgro­ma­dziło się tu, by być świad­kami tego wyda­rze­nia - mniej niż zwy­kle, ale nie było to zaska­ku­jące, jako że z pew­no­ścią wielu wojow­ni­ków Edur roz­ka­zało swym nie­wol­ni­kom zająć się przy­go­to­wa­niami do prze­wi­dy­wa­nej potyczki. Głowy odwró­ciły się, gdy Udi­naas wszedł do kręgu, wbi­ja­jąc wzrok w Piór­kową Wiedźmę.

Jej dusza znaj­do­wała się już daleko na Ścieżce Twierdz. Dziew­czyna opu­ściła głowę, doty­ka­jąc pod­bród­kiem zagłę­bie­nia mię­dzy ster­czą­cymi oboj­czy­kami. Jej gęste blond włosy opa­dały luźno, a przez drobne, dzie­cięce ciało prze­bie­gały ryt­miczne drże­nia. Piór­kowa Wiedźma uro­dziła się w wio­sce przed osiem­na­stu laty. To były nie­zwy­kłe, zimowe naro­dziny - nie­zwy­kłe dla­tego, że prze­żyła - a jej talenty ujaw­niły się, nim skoń­czyła cztery lata, gdy jej sny wró­ciły i prze­mó­wiły gło­sami przod­ków. Stare płytki Twierdz wyko­pano z grobu ostat­niego Lethe­ryj­czyka w wio­sce, który miał talent, i oddano dziecku. Nie było nikogo, kto mógłby nauczyć dziew­czynkę tajem­nic tych pły­tek, oka­zało się jed­nak, że nie potrze­bo­wała nauk śmier­tel­ni­ków. Zapew­niły je jej duchy przod­ków.

Była słu­żącą Mayen i, gdy jej pani wyj­dzie za Feara Sen­gara, zosta­nie wła­sno­ścią rodu Sen­ga­rów. A Udi­naas był w niej zako­chany.

Rzecz jasna, bez­na­dziej­nie. Piór­kowa Wiedźma poślubi któ­re­goś z lepiej uro­dzo­nych lethe­ryj­skich nie­wol­ni­ków, męż­czy­znę, któ­rego ród miał w Lethe­ras tytuły i wła­dzę. Zadłu­żony, taki jak Udi­naas, nie mógł liczyć na podobną par­tię.

Gdy tak stał, gapiąc się na nią, jego przy­ja­ciel Hulad wycią­gnął rękę, zła­pał Udi­na­asa za nad­gar­stek i pocią­gnął deli­kat­nie w dół, aż przy­bysz usiadł ze skrzy­żo­wa­nymi nogami pośród innych świad­ków.

Hulad nachy­lił się mu nad uchem.

- Co ci dolega, Udi­naas?

- Rzu­ciła płytki...

- Zaiste. I teraz cze­kamy, aż wróci z podróży.

- Widzia­łem białą wronę.

Hulad wzdry­gnął się trwoż­nie.

- Na plaży. Bła­ga­łem Zbłą­ka­nego o pomoc, ale bez skutku. Wrona wyśmiała moje słowa.

Ich roz­mowę pod­słu­chano i wśród świad­ków roz­bie­gły się fale szep­tów.

Wszyst­kich jed­nak uci­szył nagły jęk Piór­ko­wej Wiedźmy. Zebrani wbili w nią wzrok. Dziew­czyna unio­sła powoli głowę.

Jej oczy były puste. Białka stały się czy­ste niczym lód sku­wa­jący gór­ski stru­mień, a tęczówki i źre­nice znik­nęły. W przezroczy­stej głębi pły­wały dwie bliź­nia­cze spi­rale bla­dego świa­tła, peł­ga­jące na tle czerni Otchłani.

Piękna jesz­cze przed chwilą twarz dziew­czyny wykrzy­wiła się w gry­ma­sie grozy, grozy Początku, duszy sto­ją­cej w obli­czu nico­ści, w miej­scu samot­no­ści tak dogłęb­nej, że jedyną moż­liwą odpo­wie­dzią na nią wyda­wała się roz­pacz. Było to jed­nak także miej­sce, w któ­rym moc była myślą, a myśl migo­tała w Otchłani, w któ­rej nie było Twór­ców, zro­dzona z ciał, które jesz­cze nie powstały - albo­wiem tylko umysł był w sta­nie się­gnąć w prze­szłość, tylko myśli mogły w niej miesz­kać. Zna­la­zła się w cza­sie przed powsta­niem świa­tów i teraz musiała ruszyć naprzód.

By stać się świad­kiem naro­dzin Twierdz.

Udi­naas, jak wszy­scy Lethe­ryj­czycy, znał sekwen­cje i formy. Naj­pierw trzy Fun­da­menty, znane jako Budow­ni­czo­wie Kró­lestw. Ogień, bez­gło­śny krzyk świa­tła, wirowy taniec gwiazd. Potem Dolmen, posępny i pozba­wiony korzeni, uno­szący się bez celu w pustce. A na ścieżce tych dwóch sił Zbłą­kany, twórca wła­snych, nie­po­zna­wal­nych praw, który wcią­gał Ogień i Dolmen w gwał­towne wojny. Ogromne pogo­rze­li­ska, powta­rza­jące się raz po raz wza­jemne uni­ce­stwie­nie. Nie­kiedy, rzadko, obaj wal­czący zawie­rali jed­nak pokój. Ogień kąpał, ale nie palił, a Dolmen rezy­gno­wał z wędrówki i zapusz­czał korze­nie.

I wtedy Zbłą­kany tkał swój tajem­ni­czy wątek, two­rząc Twier­dze. Lód. Ele­int. Azath. Bestia. A mię­dzy nimi poja­wiały się pozo­stałe Fun­da­menty. Topór, Kłyk­cie, Klinga, Sfora, Wie­lo­kształtny i Biała Wrona.

A potem, gdy kró­le­stwa uzy­skały postać, spi­ralne świa­tło przy­bie­rało na ostro­ści, odsła­nia­jąc ostat­nią Twier­dzę. Tę, która ist­niała, nie­do­strze­galna, od samego początku. Pusta Twier­dza - serce lethe­ryj­skiego kultu - znaj­do­wała się w samym cen­trum ogrom­nej spi­rali kró­lestw. Była domem Tronu, który nie znał Króla, domem Wędrow­nego Ryce­rza oraz Kochanki, która na­dal cze­kała samotna w swym łożu snów. Domem Obser­wa­tora, który był świad­kiem wszyst­kiego, oraz Włó­częgi, który patro­lo­wał gra­nice nie­do­strze­galne nawet dla niego samego. Domem Zbawcy, któ­rego wycią­gnię­tej dłoni nikt ni­gdy nie ści­skał. I wresz­cie Zdrajcy, któ­rego miło­sny uścisk nisz­czył wszystko, czego się tknął.

- Chodź­cie ze mną do Twierdz.

Wszy­scy świad­ko­wie wes­tchnęli jak jeden mąż, nie mogąc się oprzeć temu wygło­szo­nemu ospa­łym, zmy­sło­wym tonem zapro­sze­niu.

- Sto­imy na Dolme­nie. Pęk­nięta skała, podziu­ra­wiona przez roz­trza­ska­nych kuzy­nów. Na jej powierzchni roi się od życia, tak małego, że umyka naszemu wzro­kowi. Życia toczą­cego wieczne wojny. Klinga i Kłyk­cie. Jeste­śmy pośród Bestii. Widzę Kościaną Grzędę, lepką od krwi, pokrytą war­stwami ducho­wych wspo­mnień o nie­zli­czo­nych uzur­pa­to­rach. Widzę Pra­daw­nego. Na­dal nie ma twa­rzy, na­dal jest ślepy. I Sta­ru­chę, która mie­rzy koszt w gry­zmo­łach będą­cych śla­dami lewia­ta­nów. Jasno­wi­dza prze­ma­wia­ją­cego do obo­jęt­nych. Widzę Sza­mana, który szuka prawd pośród umar­łych. I Łowcę, żyją­cego chwilą i nie­dba­ją­cego o kon­se­kwen­cje rzezi. I Tro­pi­ciela, który widzi znaki pozo­sta­wione przez nie­znane i wędruje bez­kre­snymi ścież­kami tra­ge­dii. Twier­dza Bestii, tutaj, w tej doli­nie, która jest zale­d­wie zadra­pa­niem na twar­dej skó­rze Dolmenu. Na Kościa­nej Grzę­dzie nikt nie sie­dzi. Chaos ostrzy każdą broń, a zabi­ja­niu nie ma końca. A z tego wiru wyła­niają się potężne istoty i roz­lew krwi wykra­cza poza wszel­kie gra­nice. Na takie moce trzeba udzie­lić odpo­wie­dzi. Zbłą­kany powraca i rzuca nasiona w zie­mię ciężką od krwi. Tak oto powstaje Twier­dza Azath. Śmier­cio­no­śne schro­nie­nie dla tyra­nów. Och, jakże łatwo jest ich zwa­bić. W ten spo­sób osiąga się rów­no­wagę. Ale to upiorna rów­no­waga, nie­praw­daż? Wojny nie ustają, choć znacz­nie tracą na inten­syw­no­ści i wresz­cie wszyst­kie okrutne ścieżki spo­ty­kają się w jed­nym miej­scu.

Głos dziew­czyny brzmiał jak zerwane z uwięzi czary. Jego ostry, melo­dyjny ton hip­no­ty­zo­wał, poże­rał, otwie­rał sze­ro­kie pano­ramy w umy­słach wszyst­kich, któ­rzy go słu­chali. Piór­kowa Wiedźma odda­liła się od grozy Początku i w jej gło­sie nie było już stra­chu.

- Ale chód czasu sam w sobie jest wię­zie­niem. Jeste­śmy przy­kuci do mar­szu naprzód. Dla­tego Zbłą­kany powraca i powstaje Twier­dza Lodu, wraz z jej słu­gami, któ­rzy podró­żują przez kró­le­stwa, by toczyć walkę z cza­sem. Włó­częga, Łow­czyni, Kształ­tu­jący, Tra­garz, Dziecko i Nasie­nie. A na Tro­nie Lodu sie­dzi Śmierć, zakap­tu­rzony, oszro­niony zło­dziej tro­ski, który kru­szy nie­spo­kojne kaj­dany śmier­tel­nego życia. To dar, ale nie ma w nim cie­pła. A potem, by znowu osią­gnąć rów­no­wagę, rodzą się Ele­in­to­wie i chaos obleka się w ciało. Ciało smo­ków. Włada nimi Kró­lowa, która musi umie­rać raz po raz, zabi­jana przez każde wyda­wane przez sie­bie na świat dziecko. I jej Kon­ku­bent, który nie kocha nikogo oprócz sie­bie. A potem Senior, sługa i straż­nik, ska­zany na wieczne porażki. Rycerz - miecz samego cha­osu - strzeż­cie się jego ścieżki! I Brama, która jest Odde­chem. Wyval, smo­cze nasie­nie, i Pani, Sio­stra, Krwio­pijca i Kształ­tu­jący Ścieżki. Sro­gie smoki. Została jesz­cze jedna Twier­dza...

- Pusta Twier­dza - wyszep­tał Udi­naas, a razem z nim inni słu­cha­cze.

Piór­kowa Wiedźma unio­sła nagle głowę, marsz­cząc czoło.

- Coś krąży nad Pustym Tro­nem. Nie widzę tego, ale to... krąży. Blada dłoń, odcięta i tań­cząca... nie, to jest...

Dziew­czyna zesztyw­niała. Z ran na jej bar­kach try­snęły stru­mie­nie czer­wieni. Unio­sła się w powie­trze.

Świad­ko­wie zerwali się z krzy­kiem i pod­bie­gli do niej, wycią­ga­jąc ręce.

Było już jed­nak za późno. Nie­wi­dzialne szpony zaci­snęły się moc­niej, a nie­wi­dzialne skrzy­dła zało­po­tały w peł­nym pył­ków powie­trzu sto­doły. Ponio­sły Piór­kową Wiedźmę w mrok pod łuko­wa­tym sufi­tem. Dziew­czyna krzyk­nęła.

Udi­naas poczuł, że serce zabiło mu jak mło­tem. Prze­pchnął się przez tłum i dopadł drew­nia­nych scho­dów pro­wa­dzą­cych na stry­szek. Gdy wdra­py­wał się po stro­mych, nie­he­blo­wa­nych stop­niach, w ręce wbi­jały mu się drza­zgi. Powie­trze wypeł­niały krzyki Piór­ko­wej Wiedźmy. Dziew­czyna sza­mo­tała się w uści­sku nie­wi­dzial­nych szpo­nów.

Prze­cież wrony nie mają szpo­nów...

Wpadł na stry­szek, poty­ka­jąc się na nie­rów­nych deskach. Nie spusz­czał spoj­rze­nia z Piór­ko­wej Wiedźmy. Gdy zna­lazł się krok przed kra­wę­dzią, wysko­czył w górę i prze­mknął nad gło­wami zebra­nego na dole tłumu, wycią­ga­jąc przed sie­bie ręce.

Jego celem był wir powie­trza tań­czący nad dziew­czyną. Tam wła­śnie znaj­do­wała się nie­wi­dzialna istota. Gdy już tam dotarł, zde­rzył się gwał­tow­nie z masyw­nym, pokry­tym łuską cia­łem. Owi­nął mocno ręce wokół musku­lar­nego, lep­kiego tuło­wia, czu­jąc, jak okła­dają go bło­nia­ste skrzy­dła. Usły­szał wście­kły syk i nagle na jego lewym barku zaci­snęła się szczęka. Ostre jak igły zęby prze­biły skórę, zagłę­bia­jąc się w mię­śniach.

Udi­naas stęk­nął gło­śno.

Wyval, nasie­nie Ele­in­tów...

Lewą ręką się­gnął po hak od sieci wiszący u jego pasa.

Bestia roz­szar­pała mu bark. Try­snęła z niego krew.

Wyma­cał wytarty drew­niany uchwyt narzę­dzia i wyszarp­nął zza pasa hak. Jego wewnętrzna powierzch­nia była ostra jak brzy­twa, by umoż­li­wić przy­ci­na­nie węzłów. Odwró­cił się, zaci­ska­jąc zęby z bólu wywo­ła­nego przez jasz­czur­cze szczęki roz­dzie­ra­jące na strzępy jego bark, i ude­rzył z całej siły w dół, w miej­sce, gdzie powinna być noga Wyvala. Tra­fił w coś i szarp­nął ostro hakiem, prze­ci­na­jąc ścię­gna.

Stwo­rze­nie wrza­snęło z bólu.

I wypu­ściło Piór­kową Wiedźmę.

Dziew­czyna runęła w kłę­bo­wi­sko wycią­ga­ją­cych się po nią ramion. Szpony ude­rzyły w pierś Udi­na­asa, prze­bi­ja­jąc skórę.

Ciął po raz drugi, zada­jąc głę­boką ranę. Noga zadrżała spa­zma­tycz­nie.

Pasz­cza zamknęła się znowu, tym razem na jego szyi.

Hak wypadł z osła­błej dłoni Udi­na­asa. Usta i nos ran­nego wypeł­niła krew.

Przed jego oczyma tań­czyła ciem­ność. Usły­szał, że Wyval wrza­snął po raz kolejny, tym razem z prze­ra­że­nia i bólu. Dźwięk ema­nu­jący z jego noz­drzy owie­wał plecy męż­czy­zny. Szczęki zwol­niły uchwyt.

Udi­naas spadł na zie­mię.

I nie wie­dział już nic wię­cej.

***

Gdy wszy­scy wycho­dzili kolejno z sali, Han­nan Mosag poło­żył dłoń na ramie­niu Trulla.

- Zostań - wyszep­tał. - Twoi bra­cia niech też zostaną.

Trull śle­dził wzro­kiem odda­la­ją­cych się grup­kami wojow­ni­ków. Byli zanie­po­ko­jeni. Gdy spo­glą­dali po raz ostatni na króla-czar­no­księż­nika i jego k'risna­nów, na wielu zawzię­tych obli­czach poja­wiała się trwoga. Fear pod­szedł do pod­wyż­sze­nia, a Rhu­lad podą­żył za nim. Z twa­rzy naj­star­szego z braci nie spo­sób było niczego odczy­tać, co nie sta­no­wiło nie­spo­dzianki, nato­miast Rhu­lad nie mógł ustać w miej­scu. Cią­gle krę­cił głową na wszyst­kie strony, a jego dłoń tań­czyła na gałce mie­cza, który wisiał mu u pasa.

Po kil­ku­na­stu ude­rze­niach serca zostali sami.

- Spójrz na mnie, Trullu Sen­gar - zaczął Han­nan Mosag. - Chciał­bym, żebyś zro­zu­miał, że nie było moim zamia­rem kry­ty­ko­wa­nie two­jego gestu. Ja rów­nież cisnął­bym włócz­nią w Lethe­ryj­czyka w odpo­wie­dzi na jego drwiny. Wyko­rzy­sta­łem cię szpet­nie i teraz cię za to prze­pra­szam.

- Nie ma za co, panie - odparł Trull. - Cie­szę się, że mój czyn stał się dla cie­bie fun­da­men­tem budowli, która pozwo­liła ci zmie­nić opi­nię rady.

Król-czar­no­księż­nik uniósł głowę.

- Fun­da­men­tem. - Uśmiech­nął się, ale był to wymu­szony uśmiech. - W takim razie nie będziemy już wię­cej o tym mówić, Trullu Sen­gar. - Prze­niósł spoj­rze­nie na Rhu­lada i pod­jął nieco tward­szym tonem: - Rhu­la­dzie Sen­gar, wojow­niku, który jesz­cze nie prze­lał krwi, roz­ma­wiasz teraz ze mną, ponie­waż jesteś synem Tomada... a ja potrze­buję jego wszyst­kich synów, w tym rów­nież cie­bie. Chcę, żebyś mnie słu­chał, a nie wyra­żał swe zda­nie.

Rhu­lad ski­nął głową z nagle pobla­dłą twa­rzą.

Han­nan Mosag prze­szedł mię­dzy dwoma k'risna­nami, któ­rzy cały czas peł­nili straż na pod­wyż­sze­niu, i opu­ścił je, pro­wa­dząc za sobą trzech synów Tomada.

- Jak rozu­miem, Bina­das znowu wyru­szył na wędrówkę. On ni­gdzie nie zapusz­cza korzeni, czyż nie tak? Ach, cóż, to go w niczym nie umniej­sza. Kiedy wasz brat wróci, będzie­cie musieli powtó­rzyć mu to, co wam teraz powiem.

Weszli do pry­wat­nej kom­naty króla-czar­no­księż­nika. Nie było w niej żony ani żad­nych nie­wol­ni­ków. Han­nan Mosag żył pro­sto. Jego jedy­nym towa­rzy­szem był peł­niący przy nim straż cień. W surowo urzą­dzo­nej kom­na­cie znaj­do­wało się nie­wiele sprzę­tów.

- Przed trzema księ­ży­cami, gdy zasną­łem, moja dusza wyru­szyła na wędrówkę i była świad­kiem wizji - zaczął król-czar­no­księż­nik, zwra­ca­jąc się ku nim. - Zna­la­złem się na pokry­tej śnie­giem i lodem rów­ni­nie, daleko za zie­miami Ara­payów, na pół­nocny wschód od Głod­nego Jeziora. Na ziemi zamar­łej w wiecz­nym bez­ru­chu wyro­sło coś nowego. Były to gwał­towne naro­dziny cze­goś suro­wego i trud­nego. Iglicy lodu. A może lodo­wej włóczni. Nie mogłem się do niej zbli­żyć, ale wyra­stała wysoko ponad śnieg, lśniąc ośle­pia­ją­cym bla­skiem w pro­mie­niach słońca. Mimo to w jej sercu cza­iło się coś mrocz­nego. - Han­nan Mosag wpa­trzył się w pustkę. Trull uświa­do­mił sobie z dresz­czem, że król znowu zna­lazł się w tym zim­nym, smęt­nym miej­scu. - To dar. Dla Edur. Dla króla-czar­no­księż­nika.

Han­nan Mosag umilkł.

Nikt się nie odzy­wał.

Nagle król-czar­no­księż­nik wycią­gnął rękę i zła­pał Feara za ramię, prze­szy­wa­jąc star­szego brata Trulla ostrym spoj­rze­niem.

- Czte­rej syno­wie Tomada Sen­gara powę­drują w tamto miej­sce i przy­niosą mi ów dar. Może­cie zabrać ze sobą dwóch innych. Widzia­łem w swej wizji ślady sze­ściu osób wio­dące ku tej lodo­wej iglicy.

- The­ra­das i Midik Buhn - zde­cy­do­wał Fear.

Król-czar­no­księż­nik ski­nął głową.

- Tak, to dobry wybór. Fearze Sen­gar, mia­nuję cię dowódcą tej wyprawy. Jesteś wyra­zi­cie­lem mojej woli i należy ci się posłuch. Ani tobie, ani żad­nemu z wojow­ni­ków nie wolno doty­kać daru. Ciało żad­nego z was nie może się z nim zetknąć. Zro­zu­miano? Wydo­bądź­cie go z iglicy, owiń­cie w skóry, jeśli tylko będzie to moż­liwe, i wróć­cie z nim tutaj.

Fear ski­nął głową.

- Zro­bimy, jak nam roz­ka­za­łeś, panie.

- Zna­ko­mi­cie. - Han­nan Mosag omiótł spoj­rze­niem trzech braci. - Wielu sądzi, że zjed­no­cze­nie ple­mion było moim jedy­nym celem jako wodza Hiro­thów. Być może wy rów­nież tak uwa­ża­cie. Syno­wie Tomada, dowiedz­cie się, że to zale­d­wie począ­tek.

Nagle w kom­na­cie poja­wił się ktoś nowy. Król i bra­cia jed­no­cze­śnie wyczuli jego przy­by­cie. Odwró­cili się w stronę wej­ścia.

Stał w nim k'risnan.

Han­nan Mosag ski­nął głową.

- Nie­wol­nicy mieli dziś noc pełną wra­żeń - mruk­nął. - Chodź­cie wszy­scy.

***

Widma cie­nia zgro­ma­dziły się wokół jego duszy, albo­wiem dusza była wszyst­kim, co z niego zostało, nie­ru­choma i bez­bronna, widząca bez oczu, czu­jąca bez ciała. Nie­wy­raźne, podobne do zwie­rząt posta­cie krą­żyły wokół niego, kła­piąc zębami, niczym psy, które oto­czyły żół­wia.

Te duchy cie­nia były głodne, ale coś je powstrzy­my­wało, jakiś mocno zako­rze­niony zakaz. Sztur­chały go i szar­pały, ale nie robiły nic wię­cej.

Roz­pro­szyły się nie­chęt­nie, wyczu­wa­jąc, że coś, czy raczej ktoś, się zbliża. Udi­naas poczuł u swego boku cie­płą, osła­nia­jącą go obec­ność.

Piór­kowa Wiedźma. Była zdrowa, jej twarz pro­mie­niała. Przyj­rzała mu się z pyta­ją­cym wyra­zem w sza­rych oczach.

- Synu długu - ode­zwała się z wes­tchnie­niem. - Mówią, że to ty mnie uwol­ni­łeś. Mimo że Wyval szar­pał twoje ciało. Nie dba­łeś o to. - Przy­glą­dała mu się jesz­cze przez chwilę. - Twoja miłość wypala mi oczy - stwier­dziła wresz­cie. - Co mam począć z tą prawdą?

Prze­ko­nał się, że jest w sta­nie mówić.

- Nic nie rób, Piór­kowa Wiedźmo. Wiem, że to nie może się stać. Nie wyrzeknę się tego brze­mie­nia.

- Tak. Widzę to.

- Co się stało? Czy umie­ram?

- Byłeś bli­ski śmierci. Uruth, żona Tomada Sen­gara udzie­liła odpo­wie­dzi na twe... cier­pie­nia. Zaczerp­nęła mocy z Kurald Emur­lahn i prze­pę­dziła Wyvala. A teraz tru­dzi się nad uzdro­wie­niem nas obojga. Leżymy obok sie­bie na mokrej od krwi ziemi. Nie­przy­tomni. Zdu­miewa ją nasza nie­chęć do powrotu.

- Nie­chęć?

- Prze­ko­nała się, że trudno jej jest uzdro­wić nasze rany. Opie­ram się jej, za nas oboje.

- A dla­czego?

- Dla­tego że nie­po­koję się o nią. Uruth nic nie czuje. Wydaje się jej, że jej moc jest czy­sta. Ale w rze­czy­wi­sto­ści jest... ska­żona.

- Nie rozu­miem. Mówi­łaś, że to Kurald Emur­lahn...

- Bo tak jest. Ale utra­ciła czy­stość. Nie wiem, jak to się stało, ale zaszła w niej zmiana. Zmie­niła się dla wszyst­kich Edur.

- I co mamy zro­bić?

Wes­tchnęła.

- Na razie wró­cić. Posłu­chać jej roz­kazu. Wyra­zić wdzięcz­ność za jej inter­wen­cję, za uzdro­wie­nie naszych roz­szar­pa­nych ciał. A w odpo­wie­dzi na liczne pyta­nia, które nam zada, możemy rzec nie­wiele. Nie wie­dzie­li­śmy, co się dzieje. Wal­czy­li­śmy z nie­zna­nym demo­nem. Pano­wał chaos. A o tej roz­mo­wie nie powiesz jej nic, Udi­naas. Zro­zu­mia­łeś?

- Zro­zu­mia­łem.

Wycią­gnęła rękę i poczuł, że uści­snęła jego dłoń - nagle ule­czoną - i do jego ciała napływa jej cie­pło.

Usły­szał bicie wła­snego serca, które oży­wiło się w odpo­wie­dzi na ten dotyk. A także dru­gie serce, odle­głe, lecz coraz bliż­sze, które biło tym samym ryt­mem. Nie było to jed­nak serce dziew­czyny i Udi­na­asem zawład­nęła groza.

***

Matka odsu­nęła się od niego. Mars na jej czole zni­kał powoli.

- Wra­cają - stwier­dziła.

Trull popa­trzył na dwoje leżą­cych. Udi­naas był nie­wol­ni­kiem z ich domu, a dziew­czyna jedną ze słu­żą­cych Mayen, zwaną Piór­kową Wiedźmą ze względu na jej talent wróż­bitki. Wokół dziur pozo­sta­wio­nych przez zęby w ich koszu­lach było jesz­cze widać plamy krwi, ale rany zdą­żyły się już zaskle­pić. Na piersi Udi­naasa widać było też inną krew - złotą i wciąż jesz­cze błysz­czącą.

- Powi­nie­nem zabro­nić tego rzu­ca­nia - wark­nął Han­nan Mosag. - Pozwa­la­nie na uży­cie lethe­ryj­skich cza­rów w środku naszej wio­ski to nie­bez­pieczna pobłaż­li­wość.

- Ale to ma pewną war­tość, wielki królu - zauwa­żyła Uruth. Trull widział, że jego matka na­dal jest nie­spo­kojna.

- A mia­no­wi­cie jaką, żono Tomada?

- To ostrze­że­nie, wielki królu, i lepiej, żeby­śmy go wysłu­chali.

Han­nan Mosag wykrzy­wił twarz.

- Ten męż­czy­zna ma na koszuli krew Wyvala. Czy jest zaka­żony?

- Nie­wy­klu­czone - przy­znała Uruth. - Znaczna część tego, co u Lethe­ryj­czy­ków ucho­dzi za duszę, jest ukryta przed moją sztuką, wielki królu.

- Ta skaza prze­śla­duje nas wszyst­kich, Uruth - rzekł król-czar­no­księż­nik, zwra­ca­jąc się do niej praw­dzi­wym imie­niem, co było wiel­kim zaszczy­tem. - Trzeba go przez cały czas obser­wo­wać - cią­gnął, spo­glą­da­jąc na Udi­na­asa. - Jeśli ma w sobie krew Wyvala, prawda prę­dzej czy póź­niej wyj­dzie na jaw. Czyją jest wła­sno­ścią?

Tomad Sen­gar odchrząk­nął.

- Moją, królu-czar­no­księż­niku.

Han­nan Mosag zmarsz­czył brwi. Trull wie­dział, że król-czar­no­księż­nik myśli o swym śnie i o pod­ję­tej przez sie­bie decy­zji wple­ce­nia w wątek swej opo­wie­ści rodziny Sen­ga­rów. Na świe­cie zda­rzało się nie­wiele przy­pad­ków.

- Ta Piór­kowa Wiedźma należy do Mayen, tak? - zapy­tał tward­szym gło­sem. - Powiedz mi, Uruth, czy wyczu­łaś jej moc, kiedy ją uzdra­wia­łaś?

Matka Trulla pokrę­ciła głową.

- Nie była zbyt impo­nu­jąca. Albo...

- Albo co?

Uruth wzru­szyła ramio­nami.

- Albo dziew­czyna dobrze ją ukrywa, mimo że jest ranna. A jeśli tak jest, to jej moc prze­ra­sta moją.

To nie­moż­liwe. Ona jest Lethe­ryjką. Nie­wol­nicą, która jest jesz­cze dzie­wicą.

Chrząk­nię­cie Han­nana Mosaga wyra­żało podobną opi­nię.

- Zaata­ko­wał ją Wyval i naj­wy­raź­niej zapa­no­wa­nie nad tym stwo­rze­niem dalece prze­kra­czało jej moż­li­wo­ści. Nie, dziecko popeł­niło błąd. Jest źle wyszko­lone, nie­świa­dome ogromu wszyst­kiego, czym pró­buje się bawić. Spójrz­cie, dopiero odzy­skuje przy­tom­ność.

Piór­kowa Wiedźma roz­chy­liła powieki. W jej oczach widać było nie­wiele zro­zu­mie­nia, które w dodatku szybko zastą­pił zwie­rzęcy strach.

Han­nan Mosag wes­tchnął.

- Przez pewien czas nie będzie dla nas uży­teczna. Zostaw­cie ją pod opieką Uruth i innych żon. - Spoj­rzał na Tomada Sen­gara. - Kiedy Bina­das wróci...

Tomad ski­nął głową.

Trull zer­k­nął na Feara. Za ple­cami jego brata klę­czeli nie­wol­nicy, któ­rzy byli świad­kami rzu­ca­nia. Zamarli w bez­ru­chu, przy­ci­ska­jąc czoła do ziemi, już od chwili przy­by­cia Uruth. Wyda­wało się, że twarde spoj­rze­nie star­szego brata Trulla spo­częło na czymś, czego nikt poza nim nie widział.

Kiedy Bina­das wróci... syno­wie Tomada wyru­szą w drogę. Na lodowe pust­ko­wia.

Udi­naas jęk­nął.

Król-czar­no­księż­nik zigno­ro­wał to i wyszedł ze sto­doły. Dwaj k'risnani szli u jego boków, a strze­gący go cień posu­wał się krok za nim. U wyj­ścia prze­ra­ża­jące widmo zatrzy­mało się z wła­snej ini­cja­tywy i obej­rzało za sie­bie - choć nie spo­sób było okre­ślić, na kogo skie­ro­wało spoj­rze­nie bez­kształt­nych oczu.

Udi­naas jęk­nął po raz drugi. Trull zauwa­żył, że członki nie­wol­nika drżą.

Widmo znik­nęło.

Roz­dział drugi

Umi­ło­wana tych odci­sków stóp, Kochanka śladu, który Przed chwilą zosta­wił, albo­wiem ścieżka, którą wędruje, bie­gnie mię­dzy nami wszyst­kimi.

Słodki smak utraty karmi wszyst­kie gór­skie stru­mie­nie, Lód spływa do mórz cie­płych jak krew, niza­jąc cienką nić naszych snów.

Bo tam, gdzie ją pro­wa­dzi, zosta­wił swe kości, A ścieżka, którą kro­czy, jest cia­łem bez życia, morze zaś nic nie pamięta.

Bal­lada o sta­ro­żyt­nych Twier­dzach Rybak kel Tath

Spoj­rze­nie za plecy. W mgiełce cią­gną­cej się daleko w dole, gdzieś na zacho­dzie, migo­tał wewnętrzny brzeg Zatoczki Rubie­żo­wej. Blade niebo odbi­ja­jące się w tafli wody masko­wało czerń jej bez­den­nej cze­lu­ści. Ze wszyst­kich pozo­sta­łych stron, pomi­ja­jąc kamie­ni­stą ścieżkę za ple­cami Seren Pedac, wzno­siły się wyszczer­bione tur­nie. Ich ośnie­żone szczyty lśniły zło­tym bla­skiem w pro­mie­niach słońca, któ­rego nie widziała z poło­żo­nego na połu­dnie od prze­łę­czy miej­sca, gdzie przy­sta­nęła.

Wiatr niósł ze sobą odór lodu, utrzy­mu­jące się jesz­cze tchnie­nie zimy, woń mroź­nego roz­kładu. Otu­liła się szczel­niej futrem i odwró­ciła, by zoba­czyć, jak posuwa się naprzód wędru­jąca za nią kara­wana.

Trzy wozy o peł­nych kołach koły­sały się z gło­śnym skrzy­pie­niem. Wokół nich tło­czyły się grupy roze­bra­nych do pasa Nere­ków. Ci, któ­rzy szli przed wozami, cią­gnęli liny, a podą­ża­jący za nimi pod­kła­dali blo­kady pod koła, żeby ocię­żałe wehi­kuły nie sta­czały się po ścieżce.

W tych wozach, poza innym towa­rami, znaj­do­wało się dzie­więć­dzie­siąt wlew­ków żelaza, po trzy­dzie­ści w każ­dym pojeź­dzie. Oczy­wi­ście, nie była to sławna lethe­ryj­ska stal, któ­rej sprze­daż za gra­nicę była zabro­niona, nie­mniej jed­nak był to drugi pod wzglę­dem jako­ści dostępny na rynku pro­dukt: har­to­wana, węglowa stal nie­mal cał­ko­wi­cie wolna od zanie­czysz­czeń. Każdy wle­wek dorów­ny­wał dłu­go­ścią gór­nej koń­czy­nie Seren i był od niej dwu­krot­nie grub­szy.

Powie­trze było tu rzad­kie i pano­wał dotkliwy ziąb, a mimo to Nerecy pra­co­wali pół­na­dzy, a z ich śli­skich od potu ciał buchała para. Jeśli blo­kada zawie­dzie, pierw­szy w sze­regu czło­nek ple­mie­nia rzuci się pod koło.

Buruk Blady pła­cił im za to dwa doki dzien­nie.

Seren Pedac była jego porę­czy­cielką. Przy­znano jej prawo wstępu na tery­to­rium Edur jako jed­nej z sied­miu osób uho­no­ro­wa­nych w ten spo­sób w ostat­nim trak­ta­cie. Żaden kupiec nie mógł wje­chać na zie­mie Edur bez prze­wod­nic­twa porę­czy­ciela. Oferty skła­dane Seren i pozo­sta­łej szó­stce się­gały bar­dzo wyso­kich sum. Buruk zaofe­ro­wał naj­wię­cej i posia­dał ją teraz na wła­sność. Czy raczej posia­dał jej usługi jako prze­wod­niczki i poszu­ki­waczki - róż­nica, na którą zwra­cał z każdą chwilą mniej uwagi.

Był to już jed­nak szó­sty rok kon­traktu. Zostały tylko cztery.

Być może.

Odwró­ciła się i spoj­rzała na prze­łęcz. Wspięli się dopiero nie­spełna sto kro­ków ponad linię drzew. Wzdłuż wybo­istej ścieżki rosły się­ga­jące kolan kil­ku­set­let­nie kar­ło­wate dęby i świerki. Ogromne głazy, przy­wle­czone tu przez lód w minio­nych epo­kach, pokry­wała war­stewka mchów i poro­stów. Tu i ówdzie, w ocie­nio­nych miej­scach, utrzy­my­wały się jesz­cze poła­cie śniegu. Tutaj wiatr nie poru­szał niczym - ani niskimi, sęka­tymi świer­kami, ani nawet krzy­wymi, bez­list­nymi gałę­ziami dębów. W obli­czu takiego bez­ru­chu pozo­sta­wało mu jedy­nie smętne zawo­dze­nie.

Pierw­szy wóz wyto­czył się ze stu­ko­tem na równą drogę za ple­cami Seren. Nerecy pocią­gnęli go szybko naprzód, pokrzy­ku­jąc do sie­bie w swym języku, minęli porę­czy­cielkę i zabez­pie­czyli pojazd, żeby się nie zsu­nął. Następ­nie pobie­gli pomóc swym współ­ple­mień­com, któ­rzy na­dal gra­mo­lili się pod górę.

Zaskrzy­piały drzwi i z pierw­szego wozu wyszedł Buruk Blady. Kupiec roz­sta­wił sze­roko nogi, jakby pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, jak się utrzy­muje rów­no­wagę, tar­gany wia­trem odwró­cił się od lodo­wa­tego podmu­chu, uniósł rękę, by przy­trzy­mać na gło­wie obszytą futrem czapkę, i mru­ga­jąc, popa­trzył na Seren Pedac.

- Każę wytra­wić ten obraz na kościach mojej czaszki, bło­go­sła­wiona porę­czy­cielko! Razem z całą masą innych, rzecz jasna. To futro barwy umbry, maje­sta­tyczna, pier­wotna gra­cja, z jaką tu sto­isz. Ogo­rzały maje­stat twego pro­filu, tak zgrab­nie wytra­wiony przez te dzi­kie góry. Hej, ty, Nereku! Znajdź waszego bry­ga­dzi­stę. Roz­bi­jemy tu obóz. Trzeba przy­go­to­wać posiłki. Wyła­duj­cie te wiązki drewna z trze­ciego wozu. Chcę, żeby­ście roz­pa­lili ogni­sko w tym samym miej­scu co zwy­kle. Bierz­cie się do roboty!

Seren Pedac posta­wiła ple­cak na ziemi i odda­liła się ścieżką od reszty grupy. Wicher szybko uniósł ze sobą słowa Buruka. Po trzy­dzie­stu kro­kach Seren dotarła do pierw­szej ze sta­rych świą­tyń. Ścieżka roz­sze­rzała się tu, po obu jej stro­nach było widać dwie gład­kie płasz­czy­zny odsło­nię­tej skały macie­rzy­stej, a zbo­cza gór ocio­sano tak, by stały się pio­nowe. Na pła­skich miej­scach uło­żono głazy, które two­rzyły zarys stat­ków natu­ral­nej wiel­ko­ści. Unie­sione dziób i rufę zna­czyły usta­wione pio­nowo men­hiry. Kamie­nie dziobu wyrzeź­biono na podo­bień­stwo boga Edur, Ojca Cie­nia, lecz z cza­sem wiatr zatarł szcze­góły. Cokol­wiek znaj­do­wało się nie­gdyś w tych stat­kach, dawno już znik­nęło, choć powierzch­nię skały wewnątrz nich na­dal pokry­wały dziwne plamy.

W pio­no­wych skal­nych ścia­nach rów­nież zacho­wały się ślady daw­nej mocy. Były gład­kie i czarne, a także pół­prze­zro­czy­ste niczym cienka war­stewka przy­dy­mio­nego obsy­dianu. W środku poru­szały się jakieś kształty. To wyglą­dało tak, jakby góry były puste w środku, jakby każda ze ścian była czymś w rodzaju okna uka­zu­ją­cego tajem­ni­czy, wieczny świat w ich wnę­trzu. Świat nie­zwa­ża­jący na nic, co go ota­cza, ukryty za gra­ni­cami z nie­prze­nik­nio­nego kamie­nia, ślepy albo obo­jętny na te nie­zwy­kłe szyby.

Pół­prze­zro­czy­sty obsy­dian nie pozwa­lał Seren sku­pić spoj­rze­nia na poru­sza­ją­cych się po dru­giej stro­nie kształ­tach. Prze­cho­dziła tędy już chyba ze czter­dzie­ści razy i zawsze wyglą­dało to tak samo. Ta tajem­nica sta­no­wiła jed­nak dla niej nie­od­party wabik, który przy­cią­gał ją tu raz po raz.

Omi­nęła ostroż­nie rufę zbu­do­wa­nego z gła­zów statku i pode­szła do wschod­niej szyby. Zdjęła z pra­wej dłoni ręka­wicę na futrze i dotknęła gład­kiej, kamien­nej powierzchni. Była cie­pła, wypi­jała sztyw­ność z pal­ców, łago­dziła ból w sta­wach. To była tajem­nica Seren. Odkryła te uzdro­wi­ciel­skie moce, gdy po raz pierw­szy dotknęła skały.

Życie w tej nie­go­ścin­nej kra­inie pozba­wiło jej ciało jędr­no­ści. Kości stały się kru­che, znie­kształ­cone od bólu. Pod sto­pami cią­gle miała skałę i przy każ­dym kroku jej krę­go­słu­pem tar­gały wstrząsy. Zanim Nerecy uklę­kli przed lethe­ryj­skim kró­lem, ich ple­mię żyło w naj­da­lej wysu­nię­tej na wschód czę­ści gór. Wie­rzyli, że są potom­stwem kobiety i węża, i że ten wąż na­dal mieszka w ich cia­łach, w wygię­tym deli­kat­nie krę­go­słu­pie, a bie­gnący w górę stos krę­gów ukrywa jego głowę w samym środku mózgu. Góry jed­nak nie­na­wi­dziły węża i pra­gnęły ścią­gnąć go na zie­mię, by znowu musiał peł­zać na brzu­chu, wsu­wać się w szcze­liny i owi­jać wokół kamieni. Dla­tego z upły­wem lat wąż był zmu­szony coraz bar­dziej ugi­nać kark, pochy­lać się i wygi­nać.

Nerecy grze­bali swych zmar­łych pod pła­skimi gła­zami.

A przy­naj­mniej robili to, dopóki kró­lew­ski edykt nie zmu­sił ich do przy­ję­cia wiary w Twier­dze.

Teraz zosta­wiają ciała swych bli­skich tam, gdzie ci padną. Nawet wypro­wa­dzają się z chat.

Choć minęło już wiele lat, Seren Pedac na­dal pamię­tała z bole­sną wyra­zi­sto­ścią chwilę, gdy weszła na wznie­sie­nie i po raz pierw­szy ujrzała na wła­sne oczy roz­le­gły pła­sko­wyż, na któ­rym miesz­kali Nerecy. Ich wio­ski utra­ciły wszelką odręb­ność, zlały się ze sobą, two­rząc bez­ładny, przy­gnę­bia­jący chaos. Co trze­cia czy co czwarta chata obró­ciła się w ruinę, stała się pro­wi­zo­rycz­nym gro­bow­cem dla miesz­kań­ców, któ­rzy zmarli z powodu cho­roby, sta­ro­ści bądź też nad­uży­cia alko­holu, bia­łego nek­taru albo dur­hangu. Dzieci wałę­sały się bez opieki, a za nimi włó­czyły się zdzi­czałe szczury skalne, które mno­żyły się teraz swo­bod­nie i z uwagi na liczne prze­no­szone cho­roby prze­stały się nada­wać do jedze­nia.

Lud Nere­ków został znisz­czony. Z tej otchłani już się nie wydo­staną. Ich ojczy­zna stała się jed­nym wiel­kim cmen­ta­rzem, a lethe­ryj­skie mia­sta obie­cy­wały jedy­nie dług i upa­dek. Nie ofe­ro­wano im jed­nak współ­czu­cia. Lethe­ryj­ski spo­sób życia był trudny, ale jedy­nie słuszny i cywi­li­zo­wany. Dowo­dem na to stał się fakt, że ich cywi­li­za­cja kwi­tła, pod­czas gdy wszyst­kie pozo­stałe upa­dały albo pozo­sta­wały słabe i zaco­fane.

Prze­ni­kliwy wicher nie docie­rał już do Seren Pedac. Prze­pły­wało przez nią cie­pło kamie­nia. Zamknęła oczy i oparła czoło o miłą w dotyku powierzch­nię.

Kto poru­sza się w jego wnę­trzu? Czy są to duchy przod­ków Edur, jak utrzy­mują Hiro­tho­wie?

Jeśli tak, to dla­czego nie widzą ich wyraź­niej niż sama Seren? Zama­zane posta­cie, krą­żące w tę i we w tę, zagu­bione jak nerec­kie dzieci w ich umie­ra­ją­cych wio­skach.

Seren miała wła­sną opi­nię na ten temat i trzy­mała się jej, choć nie była przy­jemna.

To są straż­nicy darem­no­ści. Porę­czy­ciele absurdu. Odbi­cia nas samych, na wiecz­ność uwię­zione w tańcu wiecz­nych powtó­rzeń. Po wiecz­ność będą tylko nie­wy­raź­nymi syl­wet­kami, ponie­waż to jest wszystko, co potra­fimy ujrzeć, gdy spo­glą­damy na sie­bie, na swoje życie. Wra­że­nia, wspo­mnie­nia i doświad­cze­nia, cuch­nąca gleba, w któ­rej zako­rze­niają się myśli. Blade kwiaty wyra­sta­jące pod pustym nie­bem.

Gdyby tylko mogła, zato­pi­łaby się w tej skal­nej ścia­nie, by krą­żyć przez wiecz­ność w towa­rzy­stwie owych bez­kształt­nych syl­we­tek i być może od czasu do czasu wyglą­dać na zewnątrz, gdzie nie widzia­łaby kar­ło­wa­tych drzew, mchu, poro­stów ani prze­cho­dzą­cych tędy nie­kiedy wędrow­ców. Nie, widzia­łaby tylko wiatr. Bez­u­stan­nie zawo­dzący wiatr.

***

Usły­szała jego kroki na długo przed tym, nim wszedł w krąg migo­tli­wego świa­tła. Ich odgłos obu­dził rów­nież Nere­ków, któ­rzy przy­sie­dli w pół­okręgu na gra­nicy świa­tła, sku­leni pod wystrzę­pio­nymi futrami. Wszy­scy wstali szybko i ruszyli w stronę, z któ­rej dobie­gał mia­rowy odgłos.

Seren Pedac cały czas wpa­try­wała się w pło­mie­nie. Dzięki temu roz­rzut­nemu mar­no­traw­stwu drewna Buruk Blady mógł się cie­szyć cie­płem, gdy upi­jał się sys­te­ma­tycz­nie mie­sza­niną wina i bia­łego nek­taru. Usil­nie sta­rała się powstrzy­mać opa­da­nie kącika ust, ów nie­po­żą­dany, iro­niczny gry­mas, który wyra­żał gorzką weso­łość na myśl o zbli­ża­ją­cym się spo­tka­niu dwojga zła­ma­nych serc.

Buru­kowi Bla­demu wydano tajne instruk­cje. Ich lista była tak długa, że mogłaby wypeł­nić cały zwój. Auto­rami owych instruk­cji byli inni kupcy, spe­ku­lanci i urzęd­nicy. Seren podej­rze­wała, że znaj­do­wali się wśród nich ludzie z Kró­lew­skiego Domo­stwa. Nie znała tre­ści owych instruk­cji, ale nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że zabi­jają one jej pra­co­dawcę. Buruk zawsze lubił wino, ale nie z dodat­kiem uwo­dzi­ciel­skiego nisz­czy­ciela, jakim był biały nek­tar. Pod­czas tej podróży stał się on nowym pali­wem dla doga­sa­ją­cych pło­mieni duszy kupca, który uto­nie w nim rów­nie nie­za­wod­nie, jak uto­nąłby w głę­bo­kich wodach Zatoczki Rubie­żo­wej.

Jesz­cze cztery lata. Być może.

Nerecy oto­czyli gościa gęstym tłu­mem. Ich głosy zle­wały się ze sobą, two­rząc nie­sa­mo­wi­cie brzmiący szept, zupeł­nie jakby byli czci­cie­lami wzno­szą­cymi modły do jakie­goś szcze­gól­nie depry­mu­ją­cego boga. Choć panu­jący poza krę­giem świa­tła mrok ukry­wał wyda­rze­nia przed jej oczyma, Seren Pedac potra­fiła sobie wyobra­zić, co się tam dzieje. Sta­rał się udzie­lić każ­demu z nich jakiejś - jakiej­kol­wiek - odpo­wie­dzi, któ­rej nie można by uznać za bło­go­sła­wień­stwo, i tylko jego oczy zdra­dzały skrę­po­wa­nie, jakie budził w nim ten zalew uści­sków. Pra­gnął im powie­dzieć, że nie zasłu­guje na podobną cześć. Że jego życie było żało­sną serią nie­po­wo­dzeń - podob­nie jak ich życie. Wszy­scy byli zagu­bieni w tym świe­cie o zim­nym sercu. Pra­gnął im to powie­dzieć, ale Hull Bed­dict nic ni­gdy nikomu nie mówił. A przy­naj­mniej nic rów­nie... otwar­cie bole­snego.

Buruk Blady uniósł głowę, sły­sząc nagłe poru­sze­nie. Zamru­gał sen­nie.

- Kto idzie?

- Hull Bed­dict - odpo­wie­działa Seren Pedac.

Kupiec obli­zał wargi.

- Dawny obser­wa­tor?

- Tak. Cho­ciaż nie radzę ci zwra­cać się do niego, uży­wa­jąc tego tytułu. Już dawno temu zwró­cił Kró­lew­ską Trzcinę.

- Ehe, i w ten spo­sób zdra­dził Lethe­ryj­czy­ków. - Buruk par­sk­nął śmie­chem. - Biedny, hono­rowy dureń. Honor wymaga hańby, czyż to nie zabawne? Widzia­łaś kie­dyś górę lodową na morzu? Taka góra cieli się raz po raz pod nie­ustan­nym naci­skiem zębów sło­nej wody. Tak jest.

Uniósł butelkę i Seren zoba­czyła, jak poru­sza się jego grdyka.

- A hańba budzi w tobie pra­gnie­nie, Buruk?

Opu­ścił butelkę i prze­szył kobietę peł­nym zło­ści spoj­rze­niem. Potem uśmiech­nął się krzywo.

- Zasy­cha mi od niej w gar­dle, porę­czy­cielko. Jestem jak tonący, który roz­pacz­li­wie połyka powie­trze.

- Tyle że to nie powie­trze, tylko woda.

Wzru­szył ramio­nami.

- To jedy­nie chwi­lowa nie­spo­dzianka.

- Potem tonący się przy­zwy­czaja.

- Tak jest, a w ostat­nich chwi­lach gwiazdy uno­szą się na nie­wi­dzial­nych prą­dach.

Hull Bed­dict zro­bił dla Nere­ków, co tylko mógł, po czym wszedł w krąg bla­sku. Pra­wie dorów­ny­wał wzro­stem Edur. Miał na sobie białe futro pół­noc­nego wilka, a jego dłu­gie, sple­cione w war­kocz włosy były nie­mal tak samo jasne. Słońce i silne wia­try nadały jego obli­czu odcień wygar­bo­wa­nej skóry. Oczy miał jasno­szare. Wyda­wało się, że ukryty za nimi czło­wiek zawsze prze­bywa myślą gdzie indziej. Seren Pedac świet­nie jed­nak wie­działa, że owym miej­scem nie jest jego dom.

Nie, jest tak samo zagu­biony jak jego ciało, jak mięso i kości, które przed sobą widzimy.

- Ogrzej się tro­chę, Hullu Bed­dict - zapro­po­no­wała.

Przyj­rzał się jej uważ­nie z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla sie­bie roz­tar­gnie­niem - pozorna sprzecz­ność, moż­liwa wyłącz­nie u niego.

Buruk Blady roze­śmiał się gło­śno.

- Niby po co? Zimno nie dociera do niego przez te futra. Jesteś głodny, Bed­dict? Spra­gniony? Nie sądzę. A co powiesz na kobietę? Mógł­bym ci odstą­pić jedną z moich pół­krwi Nere­nek. Te ślicz­notki cze­kają w moim wozie. - Pocią­gnął gło­śno kolejny łyk i uniósł butelkę. - A może chcesz tego? Och, trudno mu ukryć nie­smak.

- Prze­cho­dzi­łeś przez prze­łęcz? - zapy­tała Seren, spo­glą­da­jąc na byłego obser­wa­tora. - Czy śniegi już stop­niały?

Hull Bed­dict popa­trzył na wozy. Kiedy odpo­wie­dział, jego słowa brzmiały nie­pew­nie, jakby upły­nęło wiele czasu, odkąd ostat­nio się odzy­wał.

- Powin­ni­ście sobie pora­dzić.

- Dokąd się wybie­rasz?

Znowu na nią spoj­rzał.

- Będę wam towa­rzy­szył.

Seren unio­sła brwi.

Buruk Blady poma­chał butelką, nie prze­sta­jąc się śmiać. Zostało już tylko kilka kro­pli trunku, które wpa­dły z gło­śnym sykiem do ogni­ska.

- Och, cie­szymy się z two­jego towa­rzy­stwa! Zaiste! Nerecy będą zachwy­ceni.

Pod­niósł się chwiej­nie, zato­czył nie­bez­piecz­nie bli­sko ognia, mach­nął jesz­cze na poże­gna­nie ręką i powlókł się do swego wozu.

Seren i Hull śle­dzili go wzro­kiem. Kobieta zauwa­żyła, że Nerecy wró­cili na miej­sca, gdzie mieli zamiar uło­żyć się do snu, ale wszy­scy na­dal czu­wają. Gdy wpa­try­wali się w daw­nego obser­wa­tora, który pod­szedł bli­żej ogni­ska i usiadł ostroż­nie na ziemi, w ich oczach odbi­jał się blask pło­mieni. Hull Bed­dict wysu­nął sękate dło­nie przed sie­bie, przy­su­wa­jąc je do cie­pła.

Seren przy­po­mniała sobie, że potra­fią one być deli­kat­niej­sze, niżby się zda­wało. Owo wspo­mnie­nie nie roz­ża­rzyło jed­nak dawno wysty­głych popio­łów. Wrzu­ciła do głod­nego ogni­ska kolejną szczapę, obser­wu­jąc, jak skry sypią się w ciem­ność.

- Ma zamiar zatrzy­mać się u Hiro­thów jako gość aż do czasu Wiel­kiego Spo­tka­nia?

Spoj­rzała na niego, a potem wzru­szyła ramio­nami.

- Tak sądzę. Czy dla­tego posta­no­wi­łeś się do nas przy­łą­czyć?

- To spo­tka­nie nie będzie wyglą­dało jak poprzed­nie roko­wa­nia trak­ta­towe - wyja­śnił. - Edur nie są już podzie­leni. Król-czar­no­księż­nik spra­wuje nie­kwe­stio­no­waną wła­dzę.

- To prawda. Wszystko się zmie­niło.

- I dla­tego Diska­nar wysłał Buruka Bla­dego.

Prych­nęła pogar­dli­wie, wko­pu­jąc z powro­tem w ogni­sko szczapę, która się z niego wyto­czyła.

- To marny wybór. Wąt­pię, by choć przez chwilę był na tyle trzeźwy, żeby coś wyszpie­go­wać.

- Na tereny godowe Calach wyru­szyło dwa­dzie­ścia osiem stat­ków z sied­miu róż­nych domów kupiec­kich - stwier­dził Hull Bed­dict, zgi­na­jąc palce.

- Wiem o tym.

- Dele­gaci Diska­nara będą zapew­niali, że to były nie­usank­cjo­no­wane łowy. Potę­pią tę rzeź. A potem wyko­rzy­stają ją jako argu­ment świad­czący, że stary trak­tat jest nie­do­sko­nały i trzeba go zre­wi­do­wać. Zre­kom­pen­sują kra­dzież fok gestem. Rzucą do stóp Han­nana Mosaga złoto.

Nie odpo­wie­działa na to ani sło­wem. Hull Bed­dict miał rację. Nie­wielu było takich, któ­rzy rów­nie dobrze jak on wie­dzieli, jak pra­cuje umysł króla Ezgary Diska­nara - czy raczej Kró­lew­skiego Domo­stwa, co nie zawsze było tym samym.

- Podej­rze­wam, że kryje się w tym coś wię­cej - rze­kła po chwili.

- To zna­czy co?

- Pew­nie nie sły­sza­łeś, kto będzie prze­wo­dził dele­ga­cji?

Chrząk­nął z nie­sma­kiem.

- Góry nie zwy­kły mówić o takich spra­wach.

Ski­nęła głową.

- Inte­resy króla będzie repre­zen­to­wał Nifa­das.

- To dobrze. Pierw­szy eunuch nie jest głup­cem.

- Nifa­das będzie dzie­lił dowódz­two z księ­ciem Quil­la­sem Diska­na­rem.

Hull Bed­dict zwró­cił się powoli w jej stronę.

- To zna­czy, że wznio­sła się wysoko.

- Tak. A przez wszyst­kie te lata, które minęły, odkąd ostat­nio twoja droga skrzy­żo­wała się z drogą jej syna... No cóż, Quil­las nie zmie­nił się wiele. Kró­lowa trzyma go na krót­kiej smy­czy, a kanc­lerz pod­suwa mu pod nos słod­kie sma­ko­łyki. Krążą pogło­ski, że głów­nym udzia­łow­cem we wszyst­kich sied­miu fir­mach, które zła­mały trak­tat, jest nie kto inny, tylko sama kró­lowa Janall.

- A kanc­lerz nie ośmieli się opu­ścić pałacu - dodał Hull Bed­dict. Dosły­szała szy­der­stwo w jego gło­sie. - Dla­tego wysłał Quil­lasa. To błąd. Książę jest ślepy na sub­tel­no­ści. Zdaje sobie sprawę z wła­snej igno­ran­cji i głu­poty i dla­tego zawsze odnosi się do innych podejrz­li­wie, zwłasz­cza gdy mówią coś, czego nie rozu­mie. Czło­wiek, któ­rego nie­sie fala emo­cji, nie może być dobrym nego­cja­to­rem.

- To nie jest tajem­nicą - zauwa­żyła Seren Pedac i cze­kała na jego odpo­wiedź.

Hull Bed­dict splu­nął w ogień.

- Ale im to jest obo­jętne. Kró­lowa pozwo­liła mu zerwać się ze smy­czy. Pozwo­liła powy­ma­chi­wać rącz­kami, rzu­cić Han­na­nowi Mosa­gowi w twarz parę nie­udol­nie skle­co­nych obelg. Czy to zwy­czajna aro­gan­cja, czy rze­czy­wi­ście chcą spro­wo­ko­wać wojnę?

- Nie mam poję­cia.

- A Buruk Blady? Czyje instruk­cje wyko­nuje?

- Nie jestem pewna. Ale nie wygląda na zado­wo­lo­nego.

Oboje umil­kli.

Przed dwu­na­stu laty król Ezgara Diska­nar przy­znał swemu ulu­bio­nemu pre­dzie gwar­dii, Hul­lowi Bed­dic­towi, tytuł obser­wa­tora. Miał wyru­szyć na pół­nocne gra­nice pań­stwa, a potem dalej. Jego zada­niem było pozna­wa­nie dzi­kich ple­mion, które miesz­kały w górach i w wysoko poło­żo­nych lasach. Choć Hull Bed­dict był uta­len­to­wa­nym wojow­ni­kiem, był też naiwny. To, co przy­jął z rado­ścią jako podróż w poszu­ki­wa­niu wie­dzy, pierw­szy krok ku poko­jo­wemu współ­ist­nie­niu, było w rze­czy­wi­sto­ści wstę­pem do pod­boju. Jego szcze­gó­łowe raporty o ple­mionach takich jak Nerecy, Fara­edzi i Tar­the­nale stu­dio­wali z uwagą słu­gusi kanc­le­rza Tri­bana Gnola. Z dostar­cza­nych przez niego opi­sów wyło­wiono sła­bo­ści, które następ­nie bru­tal­nie wyko­rzy­stano w serii agre­syw­nych kam­pa­nii.

A sam Hull Bed­dict, który połą­czył się wię­zami krwi z owymi wojow­ni­czymi ple­mio­nami, ujrzał na wła­sne oczy skutki swego entu­zja­zmu. Dary, które wcale nie były darami, pro­wa­dziły do powsta­nia dłu­gów, a te następ­nie zamie­niano na zie­mię. To był śmier­cio­no­śny labi­rynt stwo­rzony przez kup­ców, han­dla­rzy, kusi­cieli two­rzą­cych fał­szywe potrzeby, dostar­czy­cieli nisz­czy­ciel­skich tru­cizn. Sprze­ciw koń­czył się uni­ce­stwie­niem. Zagładą dumy, nie­za­leż­no­ści i samo­wy­star­czal­no­ści. Była to wojna tak cyniczna, tak zimna i bez­li­to­sna, że nikt, kto był jej świad­kiem, nie mógł oca­lić honoru. Zwłasz­cza jeśli to on był za nią odpo­wie­dzialny. Odpo­wie­dzialny za wszystko, co się wyda­rzyło.

A Nerecy po dziś dzień ota­czali Hulla Bed­dicta czcią. Podob­nie jak kilku zadłu­żo­nych żebra­ków, któ­rzy byli wszyst­kim, co zostało z Fara­edów. A roz­pro­szone resztki Tar­the­nali - ocię­żałe, zapi­ja­czone olbrzymy wege­tu­jące w gór­ni­czych osa­dach ota­cza­ją­cych mia­sta na połu­dniu - na­dal nosiły trzy kre­ski wyta­tu­owane na lewych łopat­kach, takie same, jakie miał na ple­cach Hull.

I ten wła­śnie czło­wiek sie­dział teraz przed nią, wpa­tru­jąc się w pło­mie­nie doga­sa­ją­cego ogni­ska. Jeden z jego straż­ni­ków wró­cił do sto­licy z Kró­lew­ską Trzciną. Obser­wa­tor nie był już obser­wa­to­rem. Nie zamie­rzał też wra­cać na połu­dnie. Odszedł w góry.

Po raz pierw­szy spo­tkała go przed ośmiu laty, dzień drogi od Gór­nego Fortu. Żył jak zwie­rzę, wyszu­ku­jąc sobie poży­wie­nie w głu­szy.

Pomo­gła mu wró­cić. Przy­naj­mniej czę­ściowo.

Och, ale to był znacz­nie mniej szla­chetny uczy­nek, niż się z początku zda­wało. Być może byłby naprawdę szla­chetny, gdy­bym nie wyko­rzy­stała go tak podle.

Ule­gła wła­snym samo­lub­nym pra­gnie­niom i naprawdę nie było czym się szczy­cić.

Zadała sobie pyta­nie: czy Hull kie­dy­kol­wiek jej wyba­czy? A potem kolejne: czy sama potrafi sobie wyba­czyć?

- Buruk Blady wie wszystko, czego potrze­buję się dowie­dzieć - oznaj­mił Hull Bed­dict.

- Być może.

- I powie mi to.

Z pew­no­ścią nie z wła­snej woli.

- Bez względu na wydane mu instruk­cje pozo­staje w tej grze tylko drob­nym gra­czem, Hull - powie­działa. - Pre­ze­sem firmy han­dlo­wej mają­cej sie­dzibę w dogod­nym miej­scu, jakim jest Trate, który w dodatku zdo­był spore doświad­cze­nie w kon­tak­tach z Hiro­thami i Ara­pay­ami.

A dzięki mnie ma prawo wstępu na zie­mie Edur.

- Han­nan Mosag wyśle swych wojow­ni­ków w pościg za tymi stat­kami - stwier­dził Hull Bed­dict. - Udziały kró­lo­wej w tych przed­się­wzię­ciach przy­niosą jej straty.

- Podej­rze­wam, że nie będzie to dla niej nie­spo­dzianką.

Sie­dzący obok niej męż­czy­zna nie był już naiw­nym mło­dzień­cem, ale zbyt długo żył z dala od zawi­łych spi­sków i śmier­cio­no­śnych pod­stę­pów, które sta­no­wiły dla Lethe­ryj­czy­ków treść życia. Widziała, jak usi­łuje ogar­nąć wie­lo­war­stwową zło­żo­ność pla­nów i zamia­rów.

- Zaczy­nam dostrze­gać ścieżkę, którą zmie­rza - oznaj­mił po pew­nym cza­sie. Roz­pacz w jego gło­sie była tak doj­mu­jąca, że Seren odwró­ciła głowę.

- Naszym prze­kleń­stwem jest fakt, że patrzymy naprzód, cią­gle naprzód - cią­gnął Hull Bed­dict. - Jakby ścieżka przed nami róż­niła się od tej, którą zosta­wi­li­śmy za sobą.

Zaiste. Powin­nam o tym pamię­tać za każ­dym razem, gdy spo­glą­dam wstecz.

Naprawdę muszę już prze­stać.

***

- Za pięć skrzy­deł kupisz bicie czo­łem - mruk­nął leżący w łóżku Tehol Bed­dict. - Zasta­na­wia­łeś się kie­dyś, jakie to dziwne? Oczy­wi­ście każdy bóg powi­nien mieć tron, ale czy nie wynika z tego, że każdy tron zbu­do­wany dla boga powi­nien mieć loka­tora? A jeśli go nie ma, to czy kto­kol­wiek zdrowy na umy­śle doszedłby do wnio­sku, że warto odda­wać cześć pustemu tro­nowi?

Sie­dzący na niskim stołku o trzech nogach u pod­nóża wyrka Bugg zaprze­stał robie­nia na dru­tach. Wypro­sto­wał ręce i przyj­rzał się weł­nia­nej koszuli, którą dzier­gał, mru­żąc kry­tycz­nie jedno oko.

Tehol spoj­rzał na sługę.

- Jestem pewien, że moja lewa ręka ma dłu­gość bar­dzo zbli­żoną do pra­wej, jeśli nawet nie iden­tyczną. Czemu się upie­rasz przy tym pomy­śle? Nie masz do tego talentu, ani wła­ści­wie do niczego, jeśli się nad tym zasta­no­wić. Pew­nie dla­tego tak bar­dzo cię kocham, Bugg.

- Nawet w poło­wie nie tak mocno, jak samego sie­bie - skon­tro­wał sta­ru­szek i wró­cił do robie­nia na dru­tach.

- No cóż, nie widzę powodu, by się o to spie­rać. - Tehol wes­tchnął, poru­sza­jąc pal­cami nóg pod wytar­tym prze­ście­ra­dłem.

Wiatr się nasi­lił, nio­sąc bło­go­sła­wiony chłód. Wyczu­wało się w nim tylko lekki odór Śmier­dzą­cych Błot, które leżały na połu­dnio­wym brzegu. Łóżko i sto­łek były jedy­nymi meblami na dachu domu Tehola. Bugg na­dal spał na dole, mimo że skwar był strasz­liwy, i wcho­dził na górę jedy­nie wtedy, gdy potrze­bo­wał świa­tła do pracy. Tehol powta­rzał sobie, że w ten spo­sób oszczę­dzają na tra­nie do lamp, który zro­bił się strasz­li­wie drogi, odkąd wie­lo­ryby stały się rzad­ko­ścią.

Się­gnął ręką po sześć fig leżą­cych na zaśnie­dzia­łym tale­rzu, który posta­wił przed nim Bugg.

- Ach, znowu figi. To zna­czy, że czeka mnie kolejna upo­ka­rza­jąca wycieczka do publicz­nych wychod­ków.

Prze­żu­wał owoce od nie­chce­nia, obser­wu­jąc robot­ni­ków, któ­rzy niczym małpy wspi­nali się na kopułę Wiecz­nej Sie­dziby. Czy­stym przy­pad­kiem miał stąd wspa­niały, niczym nie­osło­nięty widok na odle­gły pałac wznie­siony w samym sercu Lethe­ras. Było to szcze­gól­nie satys­fak­cjo­nu­jące z uwagi na fakt, że pobli­skie wieże i mosty Trze­ciego Wznie­sie­nia ota­czały owoc fana­be­rii króla Ezgary Diska­nara nie­mal ze wszyst­kich stron.

- Wieczna Sie­dziba, też coś. Wiecz­nie nie­ukoń­czona.

Wznie­sie­nie kopuły oka­zało się dla kró­lew­skich archi­tek­tów tak trud­nym zada­niem, że czte­rech z nich popeł­niło samo­bój­stwo pod­czas budowy, a jeden zgi­nął tra­giczną - a także dość tajem­ni­czą - śmier­cią, kiedy, robiąc pomiary, został uwię­ziony wewnątrz rury ście­ko­wej.

- Minęło już sie­dem­na­ście lat. Chyba dali sobie w końcu spo­kój z tym pią­tym skrzy­dłem. Co na to powiesz, Bugg? Chciał­bym usły­szeć opi­nię znawcy.

Jedy­nym osią­gnię­ciem Bugga w tej dzie­dzi­nie była prze­bu­dowa pale­ni­ska w kuchni na dole. Sługa usta­wił dwa­dzie­ścia dwie wypa­lone cegły w kształt, który był zbli­żony do sze­ścien­nego, a nawet byłby ide­al­nym sze­ścia­nem, gdyby nie fakt, że trzy z nich pocho­dziły z roz­wa­lo­nego mau­zo­leum na pobli­skim cmen­ta­rzu, a cmen­tarni mura­rze, jako pobożne skur­czy­byki, mieli oso­bliwe wyobra­że­nie na temat wła­ści­wych wymia­rów cegieł.

W odpo­wie­dzi na pyta­nie Tehola Bugg pod­niósł wzrok, mru­żąc powieki.

Pięć skrzy­deł pałacu i wzno­sząca się pośrodku kopuła. W każ­dym skrzy­dle były cztery kon­dy­gna­cje, pomi­ja­jąc to nad­brzeżne, w któ­rym zbu­do­wano tylko dwie. Prace wstrzy­mano, gdy oka­zało się, że glina pod fun­da­men­tami zapada się jak bryła masła pod zaci­śniętą pię­ścią. Piąte skrzy­dło osia­dało powoli.

- Żwir - stwier­dził Bugg, wra­ca­jąc do robie­nia na dru­tach.

- Słu­cham?

- Żwir - powtó­rzył stary sługa. - Trzeba wydrą­żyć w gli­nie głę­bo­kie stud­nie, co kilka kro­ków, wypeł­nić je żwi­rem i ubić go kafa­rem. Potem nakryć je ocze­pami i wznieść na nich filary fun­da­men­tów. Nie będzie naci­sku na glinę i w związku z tym nie będzie się zapa­dała.

Tehol gapił się na swego sługę.

- Masz rację. Jak do tego dosze­dłeś, w imię Zbłą­ka­nego? Tylko nie pró­buj mi wmó­wić, że wpa­dłeś na to, pró­bując powstrzy­mać nasze pale­ni­sko od prze­miesz­cza­nia się z miej­sca na miej­sce.

Bugg pokrę­cił głową.

- Nie, ono nie jest aż takie cięż­kie. Ale gdyby było, tak wła­śnie bym postą­pił.

- Wydrą­żyć dziurę? Jak głę­boko musia­łaby się­gać?

- Aż do skały macie­rzy­stej, oczy­wi­ście. W prze­ciw­nym razie nic z tego nie wyj­dzie.

- I wypeł­nić ją żwi­rem.

- Tak jest, mocno ubi­tym.

Tehol wziął z tale­rza następną figę i otarł ją z kurzu - Bugg znowu zgar­niał resztki z tar­go­wi­ska, prze­chy­trza­jąc szczury i psy.

- To byłoby nad­zwy­czaj impo­nu­jące kuchenne pale­ni­sko.

- Masz rację.

- Mógł­byś na nim goto­wać bez­piecz­nie, pewien, że pod­stawa ni­gdy się nie poru­szy, chyba żeby doszło do trzę­sie­nia ziemi...

- Ach nie, to pora­dzi sobie i z trzę­sie­niem ziemi. Żwir, rozu­miesz? On się ugina.

- Nad­zwy­czajne. - Tehol wypluł nasionko. - Jak uwa­żasz? Czy powi­nie­nem dzi­siaj wsta­wać z łóżka, Bugg?

- Nie ma powodu, żeby... - Sługa prze­rwał nagle i uniósł głowę, naj­wy­raź­niej przy­po­mniaw­szy sobie o czymś. - A wiesz co, może i powi­nie­neś.

- Tak? Lepiej nie mar­nuj mojego czasu na głup­stwa.

- Dziś rano odwie­dziły nas trzy kobiety.

- Trzy kobiety. - Tehol zer­k­nął na naj­bliż­szy most na Trze­cim Wznie­sie­niu, przy­glą­da­jąc się poru­sza­ją­cym się tam ludziom i wozom. - Nie znam aż tylu kobiet, Bugg. A nawet gdy­bym znał, to gdyby wszyst­kie poja­wiły się tu jed­no­cze­śnie, byłoby to raczej powo­dem do prze­ra­że­nia, a nie do bąk­nię­cia "a wiesz co"...

- To prawda, ale ty ich nie znasz. Żad­nej z nich. Tak przy­naj­mniej sądzę. Dla mnie to nowe twa­rze.

- Nowe? Ni­gdy ich nie widzia­łeś? Nawet na targu? Albo nad rzeką?

- Ni­gdy. Może są z innego mia­sta albo nawet z wio­ski. Mówią z dziw­nym akcen­tem.

- I pytały o mnie z nazwi­ska?

- No więc nie­zu­peł­nie. Chciały się dowie­dzieć, czy to jest dom czło­wieka, który śpi na dachu.

- Jeśli musiały o to pytać, to chyba rze­czy­wi­ście pocho­dzą z jakiejś zaro­pu­szo­nej wio­ski. O co jesz­cze pytały? O kolor two­ich wło­sów? O to, co masz na sobie, sto­jąc przed nimi? A może chciały się dowie­dzieć, jak same mają na imię? Powiedz mi, czy są sio­strami? Czy miały jed­na­kowe brwi?

- Nie zauwa­ży­łem niczego w tym rodzaju. To przy­stojne kobiety, o ile dobrze sobie przy­po­mi­nam. Młode i mię­si­ste. Ale coś widzę, że nie jesteś zain­te­re­so­wany.

- Słu­żący nie powinni się posu­wać zbyt daleko. Przy­stojne. Młode i mię­si­ste. Jesteś pewien, że to były kobiety?

- Och tak, zupeł­nie pewien. Nawet eunu­cho­wie nie mają piersi tak wiel­kich, pięk­nie ukształ­to­wa­nych, a do tego unie­sio­nych tak wysoko, że dziew­częta mogłyby oprzeć pod­bródki...

Tehol uświa­do­mił sobie nagle, że stoi obok łóżka. Nie wie­dział, w jaki spo­sób się tam zna­lazł, ale odno­sił wra­że­nie, że tak wła­śnie powinno być.

- Skoń­czy­łeś już tę koszulę, Bugg?

Słu­żący ponow­nie uniósł swe dzieło.

- Chyba wystar­czy, jak pod­wi­niesz rękawy.

- Naresz­cie będę mógł się poka­zać publicz­nie. Zawiąż końce, czy co tam wła­ści­wie z nimi robisz, i dawaj mi ją.

- Ale nawet jesz­cze nie zaczą­łem spodni...

- Mniej­sza z nimi - prze­rwał mu Tehol, owi­ja­jąc się wokół pasa zdję­tym z łóżka prze­ście­ra­dłem, raz, drugi i trzeci. Nagle znie­ru­cho­miał, a jego twarz nabrała dziw­nego wyrazu. - Bugg, w imię Zbłą­ka­nego, nie dawaj mi na razie fig, dobra? To gdzie są te sio­stry o gigan­tycz­nym wypo­sa­że­niu?

- W Alei Czer­wo­nej. U Hulda.

- W norze czy na dzie­dzińcu?

- Na dzie­dzińcu.

- Dobre i to. Myślisz, że Huldo zapo­mniał?

- Nie zapo­mniał. Ale ostat­nio spę­dzał dużo czasu na topie­niu.

Tehol uśmiech­nął się i zaczął pocie­rać zęby pal­cem.

- Wygry­wał czy prze­gry­wał?

- Prze­gry­wał.

- Ha!

Prze­su­nął dło­nią po wło­sach i zamarł w nie­dba­łej pozie.

- I jak wyglą­dam?

Bugg wrę­czył mu koszulę.

- Nie potra­fię pojąć, jak udaje ci się zacho­wać te mię­śnie - stwier­dził sługa. - Prze­cież nic nie robisz.

- To wro­dzona cecha wszyst­kich Bed­dic­tów, mój drogi smętny sługo. Powi­nie­neś zoba­czyć, jak wygląda Brys pod tą swoją zbroją. Ale w porów­na­niu z Hul­lem nawet on wydaje się chu­dziel­cem. Jako drugi syn jestem, rzecz jasna, przy­kła­dem ide­al­nej rów­no­wagi. Bystry umysł, fizyczna spraw­ność i cała masa innych talen­tów uzu­peł­nia­ją­cych moją wro­dzoną gra­cję. Jeśli połą­czyć to z nad­zwy­czajną zdol­no­ścią do mar­no­tra­wie­nia tego wszyst­kiego, musisz przy­znać, że masz przed sobą uko­ro­no­wa­nie całego rodu.

- Cóż za piękna, żało­sna prze­mowa - pochwa­lił go Bugg.

- Fak­tycz­nie była piękna, co? Chyba już pójdę. - Pod­cho­dząc do dra­biny, Tehol ski­nął dło­nią na sługę. - Posprzą­taj tu. Możemy dziś wie­czór mieć gości.

- Zajmę się tym, jeśli znajdę czas.

Tehol zatrzy­mał się na nie­rów­nej kra­wę­dzi w miej­scu, gdzie część dachu się zawa­liła.

- Ach, prawda, musisz jesz­cze zro­bić mi spodnie. Wystar­czy ci na to wełny?

- No więc mogę zro­bić jedną nogawkę peł­nej dłu­go­ści albo dwie krót­kie.

- Jak bar­dzo krót­kie?

- Dość krót­kie.

- To niech będzie jedna nogawka.

- Zgoda, panie. A potem muszę zna­leźć coś do jedze­nia. I do picia.

Tehol odwró­cił się, opie­ra­jąc ręce na bio­drach.

- Czy nie sprze­da­li­śmy już pra­wie wszyst­kiego, pomi­ja­jąc jedno łóżko i jeden sto­łek? To ile zostało ci do sprzą­ta­nia?

Bugg przy­mru­żył powieki.

- Nie­wiele - przy­znał. - Co chciał­byś zjeść dziś wie­czo­rem?

- Coś, co wymaga goto­wa­nia.

- Cho­dzi ci o coś, co sma­kuje lepiej po ugo­to­wa­niu, czy o coś, co trzeba ugo­to­wać?

- Wszystko mi jedno.

- A co z drew­nem?

- Nie jadam...

- Do pale­ni­ska.

- Ach, masz rację. Dobra, to znajdź go tro­chę. Przyj­rzyj się temu stoł­kowi, na któ­rym sie­dzisz. On nie musi mieć aż trzech nóg, prawda? Jeśli nie udaje się nic zor­ga­ni­zo­wać, trzeba się uciec do impro­wi­za­cji. Wyru­szam na spo­tka­nie moich trzech prze­zna­czeń, Bugg. Módl się, żeby Zbłą­kany odwró­cił ode mnie wzrok, dobra?

- Oczy­wi­ście.

Tehol zszedł po dra­bi­nie, prze­ko­nu­jąc się z nagłą paniką, że został w niej tylko co trzeci szcze­bel.

W pokoju na par­te­rze nie było nic poza cien­kim mate­ra­cem zwi­nię­tym pod ścianą. Na kamie­niu pale­ni­ska, naprze­ciwko okna, stał poob­tłu­ki­wany gar­nek, a na pod­ło­dze nie­opo­dal dwie drew­niane miski z łyż­kami. Tehol pomy­ślał, że wygląda to cał­kiem ele­gancko w swej suro­wo­ści.

Odsu­nął wystrzę­pioną zasłonę, która zastę­po­wała tu drzwi. Przy­po­mniał sobie, że ma powie­dzieć Bug­gowi, żeby wycią­gnął rygiel z popio­łów pale­ni­ska. Jeśli go dobrze wyczy­ścić, może maj­ster Cusp da za niego dok albo dwa. Potem wyszedł na zewnątrz.

I zna­lazł się w przej­ściu mię­dzy budyn­kami, tak wąskim, że musiał wycho­dzić na ulicę bokiem, przy każ­dym kroku odtrą­ca­jąc stopą odpadki.

Mię­si­ste kobiety... chciał­bym zoba­czyć, jak się prze­ci­skają do moich drzwi.

Wyglą­dało na to, że zapro­sze­nie na kola­cję będzie miało klu­czowe zna­cze­nie. Obo­wiązki gospo­da­rza pozwolą mu zająć miej­sce, z któ­rego będzie miał naj­lep­szy widok, a zado­wo­le­nie na jego twa­rzy zosta­nie uznane za wyraz rado­ści z wizyty.

Na ulicy nie było nikogo poza trójką Nere­ków - matką i dwoj­giem dzieci mie­sza­nej krwi, któ­rzy zna­leźli sobie nowy dom we wnęce muru po prze­ciw­nej stro­nie. Wyda­wało się, że nie robią nic poza spa­niem. Minął zama­szy­stym kro­kiem trzy sku­lone syl­wetki, kopiąc szczura, który zanadto się zbli­żył, a potem prze­szedł mię­dzy wyso­kimi sto­sami drew­nia­nych skrzyń, które nie­mal cał­ko­wi­cie zaty­kały wylot ulicy. Maga­zyn Biriego zawsze był prze­peł­niony, a jego wła­ści­ciel uwa­żał koń­cowy odci­nek ulicy Cul, po tej stro­nie Kanału Quil­lasa, za swój pry­watny teren.

Cha­las, dozorca maga­zynu, leżał na ławce po dru­giej stro­nie, gdzie Cul otwie­rała się na plac Burla. O jego udo opie­rała się owi­nięta skórą pałka. Skie­ro­wał na Tehola spoj­rze­nie zaczer­wie­nio­nych oczu.

- Nie­zła spód­niczka - zauwa­żył.

- Ulży­łeś mi, Cha­las.

- Zawsze z chę­cią idę ci na rękę, Tehol.

Tehol Bed­dict zatrzy­mał się i spoj­rzał na zatło­czony plac.

- Mia­sto kwit­nie.

- To się ni­gdy nie zmie­nia... pomi­ja­jąc ostatni raz.

- Och, to było tylko drobne odchy­le­nie kie­runku prądu.

- Biri patrzy na to ina­czej. Na­dal chce zaso­lić twoją głowę i wto­czyć ją w beczce do morza.

- Biri zawsze gonił w piętkę.

Cha­las chrząk­nął.

- Minęły tygo­dnie, odkąd ostat­nio scho­dzi­łeś na dół. Jakaś szcze­gólna oka­zja?

- Mam randkę z trzema kobie­tami.

- Poży­czyć ci pałkę?

Tehol przyj­rzał się poob­tłu­ki­wa­nej broni.

- Nie chciał­bym zosta­wić cię bez oręża.

- To moja gęba odstra­sza wszyst­kich. Oprócz tych Nere­ków. Udało im się mnie podejść.

- Spra­wiają ci kło­poty?

- Nie. Dzięki nim spa­dło pogło­wie szczu­rów. Ale znasz Biriego.

- Lepiej, niż on zna samego sie­bie. Przy­po­mnij mu o tym, Cha­las, jeśli przyj­dzie mu do głowy utrud­niać im życie.

- Tak wła­śnie zro­bię.

Tehol ruszył w dal­szą drogę, prze­ci­ska­jąc się przez zatło­czony plac. Z trzech stron gra­ni­czyły z nim Dolne Tar­go­wi­ska. Ni­gdy w życiu nie widział, by ofe­ro­wano na sprze­daż bar­dziej bez­u­ży­teczne, nic nie­warte towary. A ludzie kupo­wali je jak sza­leni, dzień po dniu.

Nasza cywi­li­za­cja karmi się głu­potą. Wystar­czy tylko odro­bina sprytu, by pod­łą­czyć się do tej żyły idio­ty­zmu i sączyć do woli jej bogac­two.

Pocie­sza­jąca, choć zara­zem nieco przy­gnę­bia­jąca myśl. Jak więk­szość twar­dych prawd.

Dotarł do dru­giego końca placu i ruszył dalej Aleją Czer­woną. Po trzy­dzie­stu kro­kach zna­lazł się przed łukiem wej­ścia do Hulda. Minął mroczny kory­tarz i wyszedł na sło­neczny dzie­dzi­niec. Znaj­do­wało się tam sześć sto­li­ków, wszyst­kie zajęte. To był azyl dla żyją­cych w bło­go­sła­wio­nej nie­świa­do­mo­ści albo tych, któ­rym bra­ko­wało pie­nię­dzy, by zapu­ścić się do nory, wewnętrz­nego sank­tu­arium, gdzie dniem i nocą trwały roz­ma­ite odra­ża­jące czyn­no­ści, nie­kiedy osią­ga­jące gra­nice arty­stycz­nego absurdu. Kolejny przy­kład tego, za co ludzie są gotowi pła­cić, jeśli tylko mają oka­zję, pomy­ślał Tehol.

Trzy kobiety sie­dzące za sto­li­kiem w kącie rzu­cały się w oczy nie tylko z oczy­wi­stego powodu - były jedy­nymi tu przed­sta­wi­ciel­kami swo­jej płci - lecz rów­nież ze względu na sze­reg mniej oczy­wi­stych szcze­gó­łów.

Przy­stojne to... traf­nie dobrane słowo.

Jeśli były sio­strami, to tylko w sercu i z uwagi na upodo­ba­nie do jakichś form woj­sko­wego wigoru, o któ­rym świad­czyła ich musku­la­tura oraz frag­menty zbroi i scho­wane w pochwach oręże leżące obok stołu.

Kobieta sie­dząca po lewej miała rude włosy. Ich ogni­ste, wybla­kłe od słońca sploty opa­dały w deli­kat­nych lokach na sze­ro­kie bary. Piła z oble­pio­nej gliną butelki, gar­dząc kub­kiem, który do niej dołą­czono, albo może nie wie­dząc, do czego on służy. Jej twarz paso­wa­łaby do posągu boha­terki sto­ją­cego w kolum­na­dzie - silna, gładka i nie­ska­zi­telna - a nie­bie­skie oczy spo­glą­dały na świat z pogodną obo­jęt­no­ścią kamie­nia, cha­rak­te­ry­styczną dla wszyst­kich tego typu rzeźb. Obok niej, oparta łok­ciami o mały blat, zajęła miej­sce kobieta z domieszką krwi Fara­edów, o czym świad­czyły lekko unie­sione kąciki ciem­nych oczu i mio­dowy odcień skóry. Włosy, ciem­no­brą­zowe albo czarne, zwią­zała sobie z tyłu, by nie opa­dały na twarz o kształ­cie serca. Trze­cia z nie­zna­jo­mych roz­parła się nie­dbale na krze­śle. Lewą nogę odsu­nęła nieco w bok, a prawą nie­ustan­nie kiwała w górę i w dół. Tehol zauwa­żył, że są to ładne nogi, odziane w cia­sne, skó­rzane noga­wice, wygar­bo­wane nie­mal do bia­ło­ści. Jej gładko wygo­loną głowę pokry­wała jasna, lśniąca skóra. Sze­roko roz­sta­wione jasno­szare oczy obser­wo­wały leni­wie pozo­sta­łych gości, aż wresz­cie zatrzy­mały się na Teholu, który sta­nął w wej­ściu na dzie­dzi­niec.

Uśmiech­nął się do niej.

Odsło­niła zęby w szy­der­czym gry­ma­sie.

Z cie­nia nie­opo­dal wychy­nął Urul, główny kel­ner Hulda, który przy­wo­łał Tehola ski­nie­niem, ten zaś pod­szedł tak bli­sko, jak się odwa­żył.

- Nie­źle wyglą­dasz, Urul. Jest Huldo?

Kel­ner sły­nął z tego, że uni­kał kąpieli jak ognia. Goście sta­rali się skła­dać zamó­wie­nia z mak­sy­malną szyb­ko­ścią i rzadko wzy­wali Urula, by popro­sić o wię­cej wina przed skoń­cze­niem posiłku. Męż­czy­zna spo­glą­dał na Tehola. Czoło zale­wał mu tłu­sty pot, a w dło­niach mię­to­sił ner­wowo sze­roką szarfę, która zastę­po­wała mu pas.

- Huldo? Nie ma go, dzięki Zbłą­ka­nemu. Poszedł na Dolny Bul­war obej­rzeć topie­nie. Tehol, te kobiety! Sie­dzą tu cały ranek. Boję się ich. Jak tylko podejdę bli­żej, łypią na mnie spode łba.

- Zostaw je mnie, Urul - uspo­koił go Tehol i zary­zy­ko­wał pokle­pa­nie kel­nera po wil­got­nym barku.

- Tobie?

- A czemu by nie?

Popra­wił na sobie spód­nicę, spraw­dził rękawy i ruszył ku trzem kobie­tom, klu­cząc mię­dzy sto­li­kami. Zatrzy­mał się przed nimi i rozej­rzał w poszu­ki­wa­niu krze­sła. Wypa­trzył je, przy­cią­gnął do sto­lika i usiadł z wes­tchnie­niem.

- Czego od nas chcesz? - zapy­tała łysa kobieta.

- To ja mia­łem zadać to pyta­nie. Mój sługa poin­for­mo­wał mnie, że odwie­dzi­ły­ście dziś rano moją rezy­den­cję. Jestem Tehol Bed­dict... czło­wiek, który śpi na dachu.

Spoj­rze­nie trzech par oczu wle­piło się w niego.

Dzielny wódz potęż­nych armii sku­liłby się pod ich spoj­rze­niami... Ale ja? Tylko odro­binę.

- Ty?

Tehol łyp­nął ze zło­ścią na łysą kobietę.

- Czemu wszy­scy cią­gle mnie o to pytają? Tak, ja. A teraz, sądząc po twoim akcen­cie, zary­zy­kuję stwier­dze­nie, że pocho­dzisz z wysp. Nie znam nikogo na wyspach, a co za tym idzie, nie znam cie­bie. Ale nie mówię, że bym nie chciał. Poznać cię. Przy­naj­mniej tak mi się zdaje.

Ruda odsta­wiła butelkę z gło­śnym stu­kiem.

- Pomy­li­ły­śmy się.

- Przy­kro mi to usły­szeć.

- Nie - zaprze­czyła łysa. - To tylko poza. Powin­ny­śmy były prze­wi­dzieć pewną dozę... drwiny.

- On nie ma spodni.

- I ma krzywe ręce - dodała ciem­no­oka.

- Nie­prawda - obru­szył się Tehol. - Tylko rękawy są tro­chę nie­równe.

- Nie lubię go - skwi­to­wała, zało­żyw­szy ręce.

- Nie musisz go lubić - zauwa­żyła łysa. - Zbłą­kany wie, że nie będziemy z nim spały, czyż nie tak?

- Jestem zdru­zgo­tany.

- Był­byś - zapew­niła ruda, uśmie­cha­jąc się nie­przy­jem­nie.

- Spać z nim? Na dachu? Chyba osza­la­łaś, Shand.

- Jak może nie być ważne, czy go lubię?

Łysa kobieta o imie­niu Shand potarła z wes­tchnie­niem powieki.

- Wysłu­chaj mnie, Hejun. Tu cho­dzi o inte­resy. W inte­re­sach nie ma miej­sca na sen­ty­menty. Już ci to mówi­łam.

Hejun potrzą­snęła głową, nie pro­stu­jąc rąk.

- Nie można zaufać komuś, kogo się nie lubi.

- Oczy­wi­ście, że można! - zaprze­czyła Shand, mru­ga­jąc.

- To jego repu­ta­cja mnie nie­po­koi - wtrą­ciła trze­cia kobieta o dotąd nie­zna­nym imie­niu.

- Ris­sarh... - odpo­wie­działa jej Shand, ponow­nie wzdy­cha­jąc. - To wła­śnie jego repu­ta­cja nas tu przy­cią­gnęła.

Tehol kla­snął w dło­nie. Tylko raz, ale wystar­cza­jąco gło­śno, żeby przy­cią­gnąć ich uwagę.

- Zna­ko­mi­cie. Ris­sarh jest ruda. Hejun ma w żyłach krew Fara­edów. A Shand nie ma wło­sów. No cóż... - Oparł dło­nie o blat. - To mi wystar­czy. Do widze­nia...

- Sia­daj!

Wark­nię­cie zabrzmiało tak groź­nie, że Tehol natych­miast wyko­nał pole­ce­nie. Pod weł­nianą koszulą spły­nęła mu strużka potu.

- Tak lepiej - stwier­dziła Shand łagod­niej­szym tonem, pochy­la­jąc się. - Teholu Bed­dict. Wiemy o tobie wszystko.

- Hmm?

- Wiemy nawet, dla­czego stało się to, co się stało.

- Doprawdy?

- I chcemy, żebyś to zro­bił jesz­cze raz.

- Na pewno?

- Tak. Ale tym razem nie zabrak­nie ci odwagi, żeby dopro­wa­dzić rzecz do końca.

- Nie?

- Dla­tego że to my - ja, Hejun i Ris­sarh - będziemy twoją odwagą. Tym razem. A teraz chodźmy stąd, zanim wróci ten kel­ner. Naby­ły­śmy budy­nek. Możemy w nim poroz­ma­wiać. Tam nie śmier­dzi.

- Sły­szę to z ulgą - przy­znał Tehol.

Wszyst­kie trzy kobiety wstały. A on nie.

- Mówi­łam ci - powie­działa Hejun do Shand. - To się nie uda. Nic w nim nie zostało. Spójrz na niego.

- Uda się - zapew­niła Shand.

- Nie­stety, Hejun ma rację - wtrą­cił Tehol. - Nie uda się.

- Wiemy, gdzie się podziały pie­nią­dze - oznaj­miła Shand.

- To żadna tajem­nica. Stra­ci­łem je. Od for­tuny do łach­ma­nów.

Kobieta pokrę­ciła głową.

- Nie­prawda. Jak już mówi­łam, wiemy wszystko. A jeśli komuś o tym powiemy...

- Cią­gle powta­rzasz, że coś wie­cie - zauwa­żył Tehol, wzmac­nia­jąc swe słowa wzru­sze­niem ramion.

- Jak sam zauwa­ży­łeś, jeste­śmy z wysp - odparła z uśmie­chem.

- Ale nie z tych.

- Oczy­wi­ście, że nie. Kto chciałby tam popły­nąć? Na to wła­śnie liczy­łeś.

Tehol wstał.

- Jak powia­dają, za pięć skrzy­deł kupisz bicie czo­łem. No dobra, naby­ły­ście budy­nek.

- Zro­bisz to - upie­rała się Shand. - Bo jeśli wszystko się wyda, Hull cię zabije.

- Hull? - Tehol się uśmiech­nął. - Mój brat o niczym nie wie.

Z rado­ścią ujrzał, że udało mu się wytrą­cić trzy kobiety z rów­no­wagi.

Pro­szę, prze­ko­naj­cie się, jak to sma­kuje.

***

- Hull może nam spra­wić trud­no­ści.

Brys Bed­dict nie był w sta­nie zatrzy­mać wzroku na sto­ją­cym przed nim czło­wieku. Małe, spo­kojne oczka wpa­tru­jące się weń spo­mię­dzy fałd różo­wego ciała wyda­wały się z jakie­goś powodu nie­zu­peł­nie ludz­kie. Były tak nie­ru­chome, że finadd Gwar­dii Kró­lew­skiej odno­sił wra­że­nie, iż patrzy w oczy węża.

Sze­ro­ko­szy­jec zwi­nięty pośrodku rzecz­nego traktu na kilka dni przed nadej­ściem desz­czów. Z góry rzeki, długi na trzy­krotny wzrost męż­czy­zny, z łbem wspie­ra­ją­cym się na gru­bym jak męskie ramię ciel­sku. Niech się strzeże bydło cią­gnące wozy tym trak­tem. Niech się strzeże głupi poga­niacz, który podej­dzie za bli­sko.

- Finad­dzie?

Brys naka­zał sobie spoj­rzeć na opa­słego roz­mówcę.

- Pierw­szy eunu­chu, nie wiem, jak na to odpo­wie­dzieć. Nie widzia­łem mojego brata od lat ani z nim nie roz­ma­wia­łem. Nie będę też towa­rzy­szyć dele­ga­cji.

Pierw­szy eunuch Nifa­das odwró­cił się i pod­szedł bez­sze­lest­nie do drew­nia­nego krze­sła o wyso­kim opar­ciu, sto­ją­cego za masyw­nym biur­kiem, które domi­no­wało w jego gabi­ne­cie. Usiadł na nim płyn­nym ruchem.

- Nie dener­wuj się, finad­dzie Bed­dict. Mam ogromny sza­cu­nek dla twego brata Hulla. Podzi­wiam rady­ka­lizm jego prze­ko­nań i w pełni rozu­miem motywy... decy­zji, którą pod­jął przed laty.

- W takim razie wybacz mi, ale zawę­dro­wa­łeś na tej ścieżce dalej ode mnie, pierw­szy eunu­chu. W ogóle nie rozu­miem mojego brata. Obu moich braci. Nie­stety tak było zawsze.

Nifa­das zamru­gał sen­nie, a potem ski­nął głową.

- Rodziny to nie­zwy­kła sprawa, czyż nie? Rzecz jasna, moje oso­bi­ste doświad­cze­nia nie obej­mują wielu sub­tel­no­ści doty­czą­cych tego tematu. Ale, jeśli łaska, moja ułom­ność pozwa­lała mi też w prze­szło­ści zacho­wać pewien obiek­ty­wizm. Mogłem dzięki niemu jasno spo­glą­dać na mecha­ni­zmy takich peł­nych nie­bez­pie­czeństw związ­ków. - Uniósł wzrok i ponow­nie prze­szył Brysa spoj­rze­niem. - Pozwo­lisz, bym wygło­sił na ten temat parę uwag?

- Wybacz, pierw­szy eunu­chu...

Nifa­das uci­szył go ski­nie­niem pulch­nej dłoni.

- Mniej­sza z tym. To była bez­czel­ność z mojej strony. Nie wytłu­ma­czy­łem też, o co mi cho­dzi. Jak ci wia­domo, przy­go­to­wa­nia osią­gnęły już zaawan­so­wany etap. Zbliża się Wiel­kie Spo­tka­nie. Poin­for­mo­wano mnie, że Hull Bed­dict dołą­czył do Buruka Bla­dego oraz Seren Pedac i zmie­rza razem z nimi na zie­mie Hiro­thów. Co wię­cej, jak rozu­miem, Buru­kowi wydano mnó­stwo instruk­cji. Mogę też dodać, że żadna z nich nie pocho­dzi ode mnie. Innymi słowy, wydaje się praw­do­po­dobne, że te instruk­cje nie tylko nie odzwier­cie­dlają kró­lew­skich inte­re­sów, lecz nawet mogą być sprzeczne z życze­niami naszego suwe­rena. - Zamru­gał po raz kolejny, powoli i mia­rowo. - Zga­dzam się, że to ryzy­kowne. I w dodatku nie­po­żą­dane. Nie­po­koję się tym, że Hull może... błęd­nie zin­ter­pre­to­wać...

- To zna­czy uznać, że Buruk działa w imie­niu króla Diska­nara.

- Tak jest.

- W takim przy­padku sta­rałby się prze­szko­dzić kup­cowi.

Nifa­das wes­tchnął na znak zgody.

- A to wcale nie musia­łoby być takie złe - kon­ty­nu­ował Brys.

- To prawda, samo w sobie nie musia­łoby.

- Chyba że jako ofi­cjalny przed­sta­wi­ciel króla i nomi­nalna głowa dele­ga­cji masz zamiar unie­moż­li­wić mu wyko­na­nie zada­nia na swój wła­sny spo­sób. Pokrzy­żo­wać plany tych, któ­rych inte­resy Buruk ma repre­zen­to­wać w roko­wa­niach z Edur.

Małe usta pierw­szego eunu­cha roz­cią­gnęły się lekko w namia­stce uśmie­chu.

Nifa­das nie zdra­dził nic wię­cej, ale to wystar­czyło Bry­sowi. Jego spoj­rze­nie powę­dro­wało ku oknu za ple­cami pierw­szego eunu­cha. Za szy­bami z peł­nego pęche­rzy­ków, fali­stego szkła prze­su­wały się sen­nie chmury.

- To nie jest silna strona Hulla - stwier­dził.

- Zga­dzam się z tobą. Powiedz mi, finad­dzie, co ci wia­domo o tej porę­czy­cielce, Seren Pedac?

- Znam ją tylko z ota­cza­ją­cej ją sławy. Sły­sza­łem, że ma tu, w sto­licy, rezy­den­cję. Ale nie wiem, czy ją odwie­dza.

- Rzadko. Ostat­nio sześć lat temu.

- Jej repu­ta­cja jest nie­ska­zi­telna - stwier­dził Brys.

- W rze­czy samej. Trudno się jed­nak nie zasta­na­wiać... w końcu nie jest ślepa. Ani, jak rozu­miem, głu­pia.

- Przy­pusz­czam, pierw­szy eunu­chu, że to samo doty­czy więk­szo­ści porę­czy­cieli.

- To prawda. No cóż, dzię­kuję, że zechcia­łeś mi poświę­cić swój czas, finad­dzie. Powiedz mi... - dodał, pod­no­sząc się powoli z krze­sła, by zasy­gna­li­zo­wać, że audien­cja skoń­czona. - Czy dobrze się czu­jesz w roli kró­lew­skiego obrońcy?

- Och, cał­kiem nie­źle, pierw­szy eunu­chu.

- Chcesz powie­dzieć, że ktoś tak młody i sprawny jak ty dźwiga to brze­mię z łatwo­ścią?

- Nie z łatwo­ścią. Tego nie ośmie­lił­bym się rzec.

- Nie jest lek­kie, ale można sobie z nim pora­dzić.

- To traf­nie dobrane słowa.

- Jesteś uczci­wym czło­wie­kiem, Brys. Jako jeden z dorad­ców króla cie­szę się, że doko­na­łem takiego wyboru.

Ale uwa­ża­łeś, że trzeba mi o tym przy­po­mnieć. Dla­czego?

- Na­dal czuję się zaszczy­cony zaufa­niem króla i, rzecz jasna, rów­nież twoim, pierw­szy eunu­chu.

- Nie będę cię już dłu­żej zatrzy­my­wał, finad­dzie.

Brys ski­nął głową, odwró­cił się i wyszedł z gabi­netu.

Część jego jaźni tęsk­niła za daw­nymi cza­sami, gdy był tylko ofi­ce­rem Gwar­dii Pała­co­wej. Nie miał wów­czas zbyt wiel­kich wpły­wów poli­tycz­nych, a gdy razem z innymi gwar­dzi­stami stał na war­cie pod ścianą pod­czas ofi­cjal­nych audien­cji i spo­tkań, król zawsze był daleko. Ale z dru­giej strony, pomy­ślał odda­la­jąc się kory­ta­rzem, pierw­szy eunuch wezwał go z powodu krwi pły­ną­cej w jego żyłach, a nie jego nowego tytułu kró­lew­skiego obrońcy.

Hull Bed­dict. Cień naj­star­szego brata prze­śla­do­wał go niczym nie­spo­kojny duch, bez względu na to, dokąd się udał. Brys przy­po­mniał sobie, jak widział go we wspa­nia­łym stroju obser­wa­tora, z Kró­lew­ską Trzciną u boku. Ten ostatni, poże­gnalny obraz zro­bił głę­bo­kie wra­że­nie na mło­dym, wraż­li­wym chłopcu, jakim wów­czas był. Ów moment na­dal mu towa­rzy­szył, niczym zamro­żona w cza­sie wizja, na którą naty­kał się w swo­ich snach albo w chwi­lach zadumy, takich jak ta. Nama­lo­wany na płót­nie obraz: bra­cia, męż­czy­zna i dziecko, obaj popę­kani i pożół­kli pod war­stwą kurzu. Mógł jak ktoś obcy przy­glą­dać się minie chłopca wytrzesz­cza­ją­cego oczy z podziwu, a potem podą­żyć wzro­kiem za jego peł­nym zachwytu spoj­rze­niem i dołą­czyć do niego swe wła­sne, nie­ufne i pełne podejrz­li­wo­ści wobec dumy umun­du­ro­wa­nego żoł­nie­rza.

Nie­win­ność była klingą chwały, potra­fiła jed­nak być ślepa po obu stro­nach.

Powie­dział Nifa­da­sowi, że nie rozu­mie Hulla, ale w rze­czy­wi­sto­ści rozu­miał go aż za dobrze.

Rozu­miał też Tehola, choć być może odro­binę gorzej. Rado­ści pły­nące z nie­zmie­rzo­nych bogactw oka­zały się zimne. Tylko głodne pra­gnie­nie bogac­twa żarzyło się gorą­cym ogniem. Ta prawda doty­czyła całego świata Lethe­ryj­czy­ków, była skazą ukrytą w samym sercu klingi zło­tego mie­cza. Tehol rzu­cił się na ten miecz i wyda­wało się, że bez żalu wykrwa­wia się na śmierć, powoli i z pogodną pew­no­ścią sie­bie. Bez względu na to, co chciał prze­ka­zać swoją śmier­cią, była to strata czasu, kiedy bowiem nadej­dzie ów dzień, nikt nawet na niego nie spoj­rzy. Nikt się nie ośmieli.

Podej­rze­wam, że wła­śnie dla­tego się uśmie­cha.

Jego bra­cia już przed laty osią­gnęli szczyt swej kariery - jak się oka­zało, za wcze­śnie - i roz­po­częli teraz powolny marsz w dół, ku upad­kowi i śmierci.

A co się sta­nie ze mną? Nadano mi tytuł kró­lew­skiego obrońcy. Uznano za naj­lep­szego szer­mie­rza w kró­le­stwie. Jestem prze­ko­nany, że osią­gną­łem szczyt.

Nie musiał kon­ty­nu­ować tej myśli.

Dotarł do skrzy­żo­wa­nia w kształ­cie litery T i skrę­cił w prawo. Dzie­sięć kro­ków przed nim świa­tło zza uchy­lo­nych drzwi padało na kory­tarz. Kiedy je mijał, ktoś zawo­łał ze środka:

- Finad­dzie! Chodź tu szybko!

Brys uśmiech­nął się w duchu i zawró­cił. Po trzech kro­kach zna­lazł się w pach­ną­cym przy­pra­wami pomiesz­cze­niu o niskim sufi­cie. Nie­zli­czone źró­dła świa­tła spra­wiały, że kolory toczyły tu wojnę na meblach i sto­łach, tło­czyły się na przy­bo­rach, zwo­jach i zlew­kach.

- Cedo?

- Tu jestem. Chodź zoba­czyć, co zro­bi­łem.

Brys prze­ci­snął się obok regału, który odcho­dził pro­sto­pa­dle od jed­nej ze ścian, i zna­lazł za nim kró­lew­skiego cza­ro­dzieja. Ceda sie­dział na stołku. U jego boku stał pochyły stół o pozio­mej dol­nej półce, zawa­lo­nej dys­kami z gła­dzo­nego szkła.

- Odkąd zosta­łeś kró­lew­skim obrońcą, twój chód się zmie­nił, finad­dzie - stwier­dził Kuru Qan.

- Nie zda­wa­łem sobie z tego sprawy, cedo.

Kuru Qan odwró­cił się na stołku, uno­sząc przed twa­rzą dziwny przed­miot - dwie bliź­nia­cze szklane soczewki, połą­czone dru­tem w jedną całość. Kró­lew­ski cza­ro­dziej miał sze­roką twarz o wydat­nych rysach, a powięk­sza­jące dzia­ła­nie socze­wek pogłę­biało jesz­cze ten efekt. Kuru Qan przy­su­nął sobie przed­miot do twa­rzy, przy­wią­zu­jąc go wstąż­kami w ten spo­sób, by soczewki zna­la­zły się bez­po­śred­nio przed jego oczami, które wyda­wały się wsku­tek tego ogromne. Uniósł wzrok i mru­ga­jąc, spoj­rzał na Brysa.

- Wyglą­dasz tak, jak sobie cie­bie wyobra­ża­łem. Zna­ko­mi­cie. Nie­wy­raź­ność traci na zna­cze­niu. Jasność się wzmac­nia, wycho­dząc na pierw­sze miej­sce mię­dzy istot­nymi spra­wami. To, co obec­nie sły­szę, jest mniej ważne od tego, co widzę. Per­spek­tywa się zmie­nia, a świat razem z nią. To istotne, finad­dzie. Bar­dzo istotne.

- Te soczewki przy­wró­ciły ci wzrok? To cudow­nie, cedo!

- Klu­czem było zna­le­zie­nie roz­wią­za­nia, które sta­no­wi­łoby anty­tezę cza­rów. W końcu stra­ci­łem wzrok dla­tego, że patrzy­łem na Pustą Twier­dzę. Nie mogłem tego napra­wić przy uży­ciu tych samych metod. Ten szcze­gół nie jest jesz­cze istotny. Módl się, by ni­gdy się taki nie stał.

Ceda Kuru Qan ni­gdy nie mówił tylko na jeden temat. Tak przy­naj­mniej wyja­śniał to kie­dyś Bry­sowi. Choć wielu to iry­to­wało, finadd zawsze czuł się ocza­ro­wany.

- Czy to mnie pierw­szemu zade­mon­stro­wa­łeś swe odkry­cie, cedo?

- Ty dostrze­żesz jego zna­cze­nie łatwiej niż więk­szość innych. Jesteś szer­mie­rzem, wie­dziesz taniec z miej­scem, dystan­sem i cza­sem, ze wszyst­kimi mate­rial­nymi praw­dami. Muszę wpro­wa­dzić pewne poprawki. - Zdjął urzą­dze­nie z nosa i pochy­lił się nad nim. W jego zręcz­nych dło­niach śmi­gały maleń­kie narzę­dzia. - Byłeś w urzę­do­wej kom­na­cie pierw­szego eunu­cha. To nie była dla cie­bie bar­dzo przy­jemna roz­mowa. Nie­istotne w tym momen­cie.

- Wezwano mnie do sali tro­no­wej, cedo.

- To prawda. Nie do końca pilne. Preda chce, żebyś się zja­wił... wkrótce. Pierw­szy eunuch pytał o two­jego naj­star­szego brata?

Brys wes­tchnął.

- Tak też sądzi­łem. - Kuru Qan uniósł wzrok z sze­ro­kim uśmie­chem. - Twój pot jest ska­żony nie­po­ko­jem. Nifa­dasa drę­czy w tej chwili poważna obse­sja. - Ponow­nie uniósł soczewki i spoj­rzał przez nie w oczy finadda. Było to nie­po­ko­jące, ponie­waż nic takiego ni­gdy się dotąd nie wyda­rzyło. - Kto potrze­buje szpie­gów, jeśli jego nos potrafi wykryć wszel­kie prawdy?

- Mam nadzieję, że twój nowy wyna­la­zek nie pozbawi cię tego talentu, cedo.

- Ach, widzisz! Zaiste jesteś szer­mie­rzem. Rozu­miesz, jakie zna­cze­nie ma każdy ze zmy­słów! Cóż za wymierna roz­kosz! Chodź, pokażę ci to. - Zsu­nął się z tabo­retu i pod­szedł do stołu, by napeł­nić pół­prze­zro­czy­stą zlewkę przej­rzy­stym pły­nem. Przy­kuc­nął, by spraw­dzić jego poziom, a potem ski­nął głową. - Wymierna, tak jak podej­rze­wa­łem. - Zdjął zlewkę ze sto­jaka i wylał jej zawar­tość, obli­zu­jąc wargi. - Ale to myśl o obu bra­ciach cię prze­śla­duje.

- Nie jestem odporny na nie­pew­ność.

- Mam taką nadzieję! To ważne wyzna­nie. Kiedy preda już z tobą skoń­czy, a to nie potrwa długo, wróć do mnie. Na nas dwóch czeka pewne zada­nie.

- Pro­szę bar­dzo, cedo.

- Czas doko­nać pew­nych popra­wek. - Znowu zdjął soczewki. - W obu naszych przy­pad­kach - dodał.

Brys zasta­no­wił się nad jego sło­wami, a potem ski­nął głową.

- Do zoba­cze­nia, cedo.

Wyszedł z kom­naty cza­ro­dzieja.

Nifa­das i Kuru Qan stoją po tej samej stro­nie króla Diska­nara. Gdy­byż tylko nie było dru­giej strony.

Nazwa sali tro­no­wej wpro­wa­dzała w błąd, gdyż król wła­śnie prze­no­sił ośro­dek swej wła­dzy do Wiecz­nej Sie­dziby, jako że dziury w wyso­kim dachu wresz­cie zała­tano. Zostało tu jesz­cze kilka rekwi­zy­tów, w tym rów­nież sta­ro­żytny dywan, po któ­rym szło się ku pod­wyż­sze­niu, oraz sty­li­zo­wana brama wznie­siona nad miej­scem, gdzie ongiś stał tron.

Kiedy Brys wszedł do środka, zastał tam tylko predę Unnu­tal Hebaz, która była kie­dyś jego dowódcą. Jak zwy­kle domi­no­wała nad oto­cze­niem. Była wyż­sza niż więk­szość kobiet, nie­mal dorów­ny­wała wzro­stem Bry­sowi. Miała jasną cerę i blond włosy o poły­sku pole­ro­wa­nej mie­dzi, ale za to ciem­no­orze­chowe oczy. Gdy pod­szedł bli­żej, zwró­ciła się w jego stronę. Wkro­czyła już w czter­dzie­sty rok życia, ale zacho­wała nad­zwy­czajną urodę. Bruzdy na twa­rzy tylko ją uwy­dat­niały.

- Finad­dzie Bed­dict, spóź­ni­łeś się.

- Zatrzy­mały mnie impro­wi­zo­wane audien­cje u pierw­szego eunu­cha i cedy...

- Zostało nam tylko parę chwil - prze­rwała mu. - Zaj­mij miej­sce pod ścianą, jak straż­nik. Mogą cię poznać albo pomy­śleć, że jesteś po pro­stu jed­nym z moim pod­ko­mend­nych, zwłasz­cza że odkąd usu­nięto pochod­nie, jest tu dość ciemno. Tak czy ina­czej, masz stać na bacz­ność i nic nie mówić.

Brys zmarsz­czył brwi, pod­szedł do sta­rej wnęki dla straż­nika, odwró­cił się twa­rzą do środka kom­naty, a potem wsu­nął w cie­nie, aż wresz­cie jego plecy dotknęły twar­dego kamie­nia. Preda przy­glą­dała mu się przez chwilę, a potem ski­nęła głową i odwró­ciła się ku drzwiom ulo­ko­wa­nym w odle­głym kącie za pod­wyż­sze­niem.

Och, to spo­tka­nie należy do dru­giej strony...

Drzwi otwo­rzyły się nagle pod naci­skiem zaku­tej w stal dłoni ksią­żę­cego straż­nika. Do kom­naty ostroż­nie wszedł męż­czy­zna w zbroi z heł­mem. Miecz trzy­mał w pochwie, ale Brys wie­dział, że Moroch Nevath potrafi go wydo­być w jedno ude­rze­nie serca. Wie­dział rów­nież, że Moroch jest kan­dy­da­tem księ­cia na kró­lew­skiego obrońcę.

Zasłu­żył na ten zaszczyt. Ma nie tylko umie­jęt­no­ści, lecz rów­nież pre­zen­cję...

Choć z jakie­goś nie­okre­ślo­nego powodu jego śmiałe zacho­wa­nie iry­to­wało Brysa, musiał przy­znać, że tego rów­nież mu zazdro­ści.

Ksią­żęcy straż­nik rozej­rzał się po kom­na­cie, zatrzy­mu­jąc wzrok na cie­ni­stych niszach, w tym rów­nież na tej, w któ­rej stał Brys. Trwało to jed­nak zale­d­wie chwilę. Wyda­wało się, że tylko zare­je­stro­wał obec­ność jed­nego ze straż­ników predy. Potem spoj­rzał na Unnu­tal Hebaz, pozdro­wił ją krót­kim ski­nie­niem głowy i odsu­nął się na bok.

Do środka wszedł książę Quil­las Diska­nar. Towa­rzy­szył mu kanc­lerz Tri­ban Gnol. Za nimi podą­żały dwie dal­sze osoby, na któ­rych widok Brys pode­rwał się rap­tow­nie. Kró­lowa Janall i jej pierw­szy kon­ku­bent, Turu­dal Bri­zad.

Na Zbłą­ka­nego, cała ta nędzna zgraja.

Quil­las obna­żył zęby na widok Unnu­tal Hebaz, jak pies szar­piący się na końcu łań­cu­cha.

- Przy­dzie­li­łaś finadda Geruna Ebe­ricta do świty Nifa­dasa. Chcę go dostać z powro­tem, predo. Wybierz kogoś innego.

- Kom­pe­ten­cja Geruna Ebe­ricta nie budzi naj­mniej­szych zarzu­tów, książę Quil­la­sie - odparła spo­koj­nie Unnu­tal. - Poin­for­mo­wano mnie, że pierw­szy eunuch jest zado­wo­lony z mojego wyboru.

- Twój książę jest innego zda­nia, predo - skon­tro­wał kanc­lerz Tri­ban Gnol rów­nie roz­sąd­nym tonem. - Win­naś trak­to­wać jego opi­nię z należ­nym sza­cun­kiem.

- Opi­nie księ­cia są jego pry­watną sprawą. W tej kwe­stii wyko­nuję roz­kazy jego ojca, króla. Jeśli zaś mowa o tym, co sza­nuję, a czego nie, to zde­cy­do­wa­nie suge­ruję ci, byś wyco­fał swoje wyzwa­nie kanc­le­rzu.

Moroch Nevath ruszył z wark­nię­ciem naprzód.

Preda wycią­gnęła bły­ska­wicz­nie rękę - nie w stronę ksią­żę­cego straż­nika, lecz ku niszy, w któ­rej stał Brys. Kró­lew­ski obrońca zatrzy­mał się w pół­mroku. W ręku ści­skał miecz. Wycią­gnął go rów­nie szybko jak bez­gło­śnie.

Moroch zer­k­nął na Brysa. Zdu­mie­nie na jego twa­rzy ustą­piło miej­sca roz­po­zna­niu. Jego miecz wysu­nął się z pochwy tylko do połowy.

Kró­lowa zachi­cho­tała oschle.

- Ach, to... wyja­śnia decy­zję predy, która zażą­dała tylko jed­nego straż­nika. Podejdź bli­żej, obrońco, jeśli łaska.

- To nie będzie konieczne - sprze­ci­wiła się Unnu­tal.

Brys ski­nął głową i cof­nął się powoli, cho­wa­jąc miecz.

Kró­lowa Janall unio­sła brwi na obce­sową reak­cję predy.

- Droga Unnu­tal Hebaz, wzno­sisz się wysoko ponad swoją pozy­cję.

- To nie ja jestem bez­czelna, kró­lowo. Gwar­dia Kró­lew­ska odpo­wiada tylko przed kró­lem i przed nikim wię­cej.

- Cóż, wybacz mi, jeśli wpra­wiają mnie w zachwyt próby pod­wa­że­nia tego prze­sta­rza­łego roz­wią­za­nia. - Janall zatrze­po­tała chudą dło­nią. - Siła w każ­dej chwili może się prze­ro­dzić w sła­bość. - Pode­szła do syna. - Wysłu­chaj rady matki, Quil­las. Było sza­leń­stwem ata­ko­wać pie­de­stał predy, gdyż nie obró­cił się on jesz­cze w pia­sek. Cier­pli­wo­ści, kocha­nie.

Kanc­lerz wes­tchnął.

- Radzie kró­lo­wej...

- Należny jest sza­cu­nek - powtó­rzył drwią­cym tonem Quil­las. - Jak sobie życzysz. Jak wszy­scy sobie życzy­cie. Moroch!

Książę opu­ścił kom­natę dum­nym kro­kiem, a jego straż­nik podą­żył za nim.

- Bła­gamy o wyba­cze­nie, predo Unnu­tal Hebaz - rze­kła kró­lowa z czu­łym uśmie­chem. - Nie chcie­li­śmy tego spo­tka­nia, ale mój syn nale­gał. Od chwili, gdy wyru­szy­li­śmy w drogę, pró­bo­wa­li­śmy z kanc­le­rzem go powstrzy­mać.

- Ale bez rezul­tatu - dodał Tri­ban Gnol, wzdy­cha­jąc po raz kolejny.

Twarz predy nie zmie­niła wyrazu.

- Skoń­czy­li­śmy już?

Kró­lowa Janall poki­wała pal­cem w bez­gło­śnym ostrze­że­niu, po czym ski­nęła na pierw­szego kon­ku­benta, wsu­nęła rękę pod jego ramię i wyszła z nim z kom­naty.

Tri­ban Gnol zatrzy­mał się jesz­cze na moment.

- Gra­tu­luję, predo - rzekł. - Wybór finadda Geruna Ebe­ricta to bar­dzo trafna decy­zja.

Unnu­tal Hebaz nie odpo­wie­działa.

Po pię­ciu ude­rze­niach serca została w sali sama z Bry­sem.

Odwró­ciła się w jego stronę.

- Twoja szyb­kość, obrońco, zawsze zapiera mi dech w pier­siach. Nie sły­sza­łam cię, tylko... prze­wi­dzia­łam, co zro­bisz. Gdy­bym tego nie uczy­niła, Moroch byłby już tru­pem.

- Być może, predo. Choćby tylko dla­tego, że zlek­ce­wa­żył moją obec­ność.

- A Quil­las mógłby mieć pre­ten­sję wyłącz­nie do sie­bie.

Brys mil­czał.

- Nie­po­trzeb­nie cię powstrzy­ma­łam.

Śle­dził ją wzro­kiem, gdy wycho­dziła z kom­naty.

Geru­nie Ebe­rict, ty biedny sukin­synu.

Brys przy­po­mniał sobie, że czeka na niego ceda, odwró­cił się i wyszedł z kom­naty.

Nie zosta­wił za sobą krwi.

Wie­dział, że Kuru Qan w każ­dym jego kroku usły­szy ulgę.

***

Gdy Brys wró­cił, ceda cze­kał na niego pod drzwiami, zajęty czymś, co wyglą­dało na ćwi­cze­nie tanecz­nych kro­ków.

- Kilka nie­bez­piecz­nych momen­tów? - zapy­tał Kuru Qan, nie pod­no­sząc wzroku. - Nie­istotne. Na razie. Chodź.

Zeszli po kamien­nych scho­dach i ruszyli peł­nymi kurzu kory­ta­rzami. Po pięć­dzie­się­ciu kro­kach Brys odgadł, dokąd zmie­rzają. Ogar­nął go lęk. Sły­szał o tym miej­scu, ale jesz­cze ni­gdy tam nie był. Wyglą­dało na to, że kró­lew­skiemu obrońcy wolno było cho­dzić tam, gdzie nie wpusz­czano pro­stego finadda. Tym razem jed­nak ten przy­wi­lej wyda­wał się podej­rzany.

Dotarli do pary masyw­nych, obi­tych mie­dzianą bla­chą drzwi. Pokry­wała je war­stwa zie­lo­nego mchu, nie widziało się na nich żad­nych zna­ków i nie było też żad­nego zamy­ka­ją­cego mecha­ni­zmu. Ceda oparł się o nie i otwo­rzyły się z nie­przy­jem­nym zgrzy­tem.

Za nimi były wąskie, pro­wa­dzące w górę schody, wycho­dzące na kładkę zawie­szoną na wyso­ko­ści kolan nad pod­łogą na zwi­sa­ją­cych z sufitu łań­cu­chach. Pomiesz­cze­nie było okrą­głe, a w jego posadzkę wpra­wiono świe­cące płytki, które two­rzyły spi­ralę. Kładka koń­czyła się na pomo­ście ulo­ko­wa­nym pośrodku kom­naty.

- Ogar­nęła cię trwoga, finad­dzie? To zro­zu­miałe.

Kuru Qan ski­nął na Brysa i wpro­wa­dził go na kładkę.

Ta zako­ły­sała się nie­po­ko­jąco.

- W ten spo­sób obja­wia się dąże­nie do rów­no­wagi - wyja­śnił ceda, wycią­ga­jąc ręce na boki. - Kroki muszą zna­leźć odpo­wiedni rytm. To istotne, a do tego trudne, bo jest nas teraz dwóch. Nie, nie patrz na płytki. Nie jeste­śmy jesz­cze gotowi. Naj­pierw wejdźmy na podest. Dobra, jeste­śmy na miej­scu. Stań obok mnie, finad­dzie, i popatrz razem ze mną na pierw­szą płytkę w spi­rali. Co widzisz?

Brys przyj­rzał się świe­cą­cej płytce. Była wielka i nie do końca kwa­dra­towa. Miała dwie pię­dzi dłu­go­ści i nieco mniej sze­ro­ko­ści.

Twier­dze. Ceda­nia. Wró­żebna kom­nata Kuru Qana.

W Lethe­ras pełno było rzu­ca­ją­cych płytki, inter­pre­ta­to­rów Twierdz. Rzecz jasna, ich rekwi­zyty były nie­wiel­kie, przy­po­mi­nały spłasz­czone kości do gry. Tylko kró­lew­ski cza­ro­dziej miał takie płytki jak te, z cią­gle zmie­nia­ją­cymi się powierzch­niami.

- Widzę kur­han na dzie­dzińcu.

- Ach, więc wzrok cię nie myli. To dobrze. Nie­zrów­no­wa­żony umysł zdra­dziłby się w takim momen­cie. Jego wizję zatru­łyby strach i zła wola. Kur­han, trze­cia od końca z pły­tek Twier­dzy Azath. Powiedz mi, co w niej wyczu­wasz?

Brys zmarsz­czył brwi.

- Nie­po­kój.

- Tak jest. To brzmi groź­nie, zgoda?

- Zgoda.

- Ale Kur­han jest silny, czyż nie tak? Nie odda swej pozy­cji. Roz­waż to jed­nak przez chwilę. Pod zie­mią kryje się coś nie­spo­koj­nego. Od mie­siąca pod­czas każ­dej mojej wizyty spi­rala zaczyna się od tej płytki.

- Albo na niej koń­czy.

Kuru Qan uniósł głowę.

- Być może. Umysł szer­mie­rza znaj­duje nie­ocze­ki­wane roz­wią­za­nie. Istotne? Kto wie, prze­ko­namy się. Zaczyna albo koń­czy. Tak jest. Skoro więc Kur­ha­nowi nie grozi utrata pozy­cji, to dla­czego ta płytka wciąż się poja­wia? Nie­wy­klu­czone, że widzimy tylko to, co jest, a ta upo­rczy­wość jest zapo­wie­dzią tego, co będzie. Nie­po­ko­jące.

- Cedo, czy odwie­dzi­łeś ostat­nio Azath?

- Tak. Zarówno wieża, jak i dzie­dzi­niec wyglą­dają jak zawsze. Fizyczna repre­zen­ta­cja Twier­dzy pozo­staje nie­na­ru­szona i zamknięta w sobie. A teraz spójrz przed sie­bie, finad­dzie. Następna płytka?

- Brama utwo­rzona z otwar­tej pasz­czy smoka.

- Piąta w Twier­dzy Smoka. Brama. Co ją wiąże z Kur­ha­nem Azath? Czy go poprze­dza, czy raczej podąża za nim? Pierw­szy raz w życiu widzę w sze­regu płytkę z Twier­dzy Smoka. Jeste­śmy, albo będziemy, świad­kami wie­ko­pom­nego wyda­rze­nia.

Brys zer­k­nął na cedę.

- Zbli­żamy się do Siód­mego Zamknię­cia. To z pew­no­ścią będzie wie­ko­pomne wyda­rze­nie. Pierw­sze Impe­rium naro­dzi się na nowo. Król Diska­nar zosta­nie prze­obra­żony. Osią­gnie ascen­den­cję i przy­bie­rze sta­ro­żytny tytuł Pierw­szego Cesa­rza.

Kuru Qan oplótł się ramio­nami.

- Tak, to popu­larna inter­pre­ta­cja. Ale praw­dziwe pro­roc­two, finad­dzie, jest nieco bar­dziej... nie­ja­sne.

Reak­cja cedy zanie­po­ko­iła Brysa. Nie miał poję­cia, że popu­larna inter­pre­ta­cja nie jest cał­ko­wi­cie pra­wi­dłowa.

- Nie­ja­sne? Pod jakim wzglę­dem?

- "Król, który będzie wła­dał z chwilą Siód­mego Zamknię­cia, zosta­nie prze­obra­żony i sta­nie się Pierw­szym Cesa­rzem naro­dzo­nym na nowo". Tak jest. Nasu­wają się jed­nak pewne pyta­nia. W jaki spo­sób będzie prze­obra­żony? Czy naro­dzi się na nowo w ciele? Pierw­szy Cesarz zgi­nął razem z Pierw­szym Impe­rium, na odle­głym kon­ty­nen­cie, osie­ro­ca­jąc tutej­sze kolo­nie. Żyli­śmy w izo­la­cji bar­dzo długo, finad­dzie. Nie uwie­rzył­byś, jak długo.

- Pra­wie sie­dem tysięcy lat.

Ceda uśmiech­nął się.

- Język zmie­nia się z cza­sem. Słowa przy­bie­rają nowe zna­cze­nie. Z każdą kolejną trans­kryp­cją poja­wiają się błędy. Nawet naj­wier­niej­sze straż­niczki dosko­na­ło­ści, liczby, mogą w nagłej chwili nie­ostroż­no­ści ulec głę­bo­kiej zmia­nie. Czy mam ci wyja­wić, co na ten temat sądzę? Co byś powie­dział na mój pogląd, że na początku Siód­mego Zamknię­cia zgu­biono zero albo i dwa?

Sie­dem­dzie­siąt tysięcy lat? Sie­dem­set tysięcy?

- Opisz dla mnie cztery następne płytki.

Lekko wytrą­cony z rów­no­wagi Brys ponow­nie spoj­rzał na pod­łogę.

- Tę poznaję. Zdrajca z Pustej Twier­dzy. I następną też. Biała Wrona z Fun­da­men­tów. Trze­ciej nie znam. Odpry­ski lodu. Jeden z nich wyra­sta z ziemi i jasno lśni odbi­tym świa­tłem.

Kuru Qan ski­nął z wes­tchnie­niem głową.

- Nasie­nie, ostat­nia z pły­tek Twier­dzy Lodu. Kolejne bez­pre­ce­den­sowe obja­wie­nie. A czwarta?

Brys potrzą­snął głową.

- Jest czy­sta.

- Tak jest. To koniec wróżby. Coś ją blo­kuje, być może wyda­rze­nia, które dopiero nastą­pią, decy­zje, jakich jesz­cze nie pod­jęto. Albo to jest począ­tek stru­mie­nia, obecna chwila. Stru­mie­nia pro­wa­dzą­cego do końca, któ­rym jest ostat­nia płytka. Kur­han. To nie­po­wta­rzalna tajem­nica. Nie wiem, co o tym myśleć.

- Czy nikt inny tego nie widział, cedo? Roz­ma­wia­łeś z kimś o tym impa­sie?

- Poin­for­mo­wa­łem pierw­szego eunu­cha, Bry­sie Bed­dict. Chcia­łem się upew­nić, że nie dotrze na Wiel­kie Spo­tka­nie ślepy na omeny, jakie mogą się tam obja­wić. A teraz poka­za­łem to tobie. Jest nas więc trzech, finad­dzie.

- Dla­czego mnie?

- Dla­tego że jesteś kró­lew­skim obrońcą. Twoim zada­niem jest chro­nie­nie życia króla.

- Ale on cią­gle mnie odsyła - poskar­żył się z wes­tchnie­niem Brys.

- Przy­po­mnę mu o tym raz jesz­cze - zapew­nił Kuru Qan. - Musi się wyrzec swego upodo­ba­nia do samot­no­ści albo nauczyć się nie widzieć nikogo, kiedy patrzy na cie­bie. A teraz powiedz mi, co syn kró­lo­wej uczy­nił za jej pod­usz­cze­niem w sta­rej sali tro­no­wej.

- Za jej pod­usz­cze­niem? Twier­dziła, że było wprost prze­ciw­nie.

- Nie­istotne. Powiedz mi, co widziały twoje oczy i co sły­szały twoje uszy. Powiedz mi, Bry­sie Bed­dict, co szep­tało twoje serce.

Brys wbił wzrok w czy­stą płytkę.

- Hull może nam przy­spo­rzyć trud­no­ści - mruk­nął pozba­wio­nym wyrazu gło­sem.

- To wła­śnie szep­cze ci serce?

- Tak.

- Na Wiel­kim Spo­tka­niu?

Ski­nął głową.

- A w jaki spo­sób?

- Oba­wiam się, cedo, że może zabić księ­cia Quil­lasa Diska­nara.

***

Na par­te­rze budynku znaj­do­wał się ongiś warsz­tat cie­śli, a na pię­trze skromny zestaw poko­ików miesz­kal­nych o niskich powa­łach, do któ­rych docie­rało się po spusz­cza­nej z góry dra­bince. Jego front wycho­dził na Kanał Quil­lasa, naprze­ciwko nabrzeża, na któ­rym zapewne wyła­do­wy­wano towary dla cie­śli.

Tehol Bed­dict rozej­rzał się po prze­stron­nym warsz­ta­cie, zauwa­ża­jąc dziury w twar­dym drew­nie pod­łogi w miej­scach, gdzie nie­gdyś były przy­twier­dzone mecha­niczne urzą­dze­nia, oraz wbite w ściany haki na narzę­dzia, które na­dal jesz­cze można było ziden­ty­fi­ko­wać po wybla­kłych zary­sach na ścia­nach. Pomiesz­cze­nie wciąż wypeł­niał zapach tro­cin i bejcy. Całą dłu­gość ściany po lewej zaj­mo­wał stół robo­czy, a fron­towa ściana skła­dała się z wyj­mo­wa­nych desek.

- Kupi­ły­ście to na pniu? - zapy­tał, spo­glą­da­jąc na trzy kobiety, które przy­sta­nęły u pod­stawy scho­dów.

- Wła­ści­ciel powięk­szył swój inte­res - wyja­śniła Shand. - Jego rodzina rów­nież się powięk­szyła.

- Budy­nek przy kanale... musiał sporo kosz­to­wać...

- Dwa tysiące trze­cich. Naby­ły­śmy też więk­szość mebli sto­ją­cych na górze. Zamó­wi­ły­śmy biurko, które dostar­czono wczo­raj wie­czo­rem. - Shand zato­czyła krąg dło­nią, wska­zu­jąc na całe pomiesz­cze­nie. - Par­ter należy do cie­bie. Suge­ruję, byś wsta­wił ścianę albo dwie, zosta­wia­jąc kory­tarz pro­wa­dzący od drzwi do scho­dów. Ta gli­niana rura to kuchenny ściek. Usu­nę­ły­śmy frag­ment pro­wa­dzący do kuchni na górze, bo ocze­ku­jemy, że twój sługa będzie przy­go­to­wy­wał posiłki dla nas czworga. Wycho­dek jest na zaple­czu, opróż­nia się do kanału. Jest też chłod­nia z wodosz­czelną lodówką, tak wielką, że mogłaby w niej zamiesz­kać cała nerecka rodzina.

- To był bogaty cie­śla, który miał mnó­stwo wol­nego czasu - zauwa­żył Tehol.

- Ma talent - wyja­śniła Shand, wzru­sza­jąc ramio­nami. - A teraz chodź za mną. Gabi­net jest na górze. Musimy omó­wić sprawy.

- Chyba nie musimy - odparł. - Odno­szę wra­że­nie, że już o wszyst­kim zde­cy­do­wa­ły­ście. Wyobra­żam sobie, z jakim zachwy­tem Bugg o tym usły­szy. Mam nadzieję, że lubi­cie figi.

- Możesz dostać dach - zapro­po­no­wała Ris­sarh ze słod­kim uśmie­chem.

Tehol skrzy­żo­wał ramiona, koły­sząc się na pię­tach.

- Sprawdźmy, czy dobrze was zro­zu­mia­łem. Gro­zi­cie ujaw­nie­niem moich strasz­li­wych tajem­nic, a potem ofe­ru­je­cie mi coś w rodzaju pozy­cji wspól­nika w jakimś przed­się­wzię­ciu, któ­rego nawet nie raczy­ły­ście opi­sać. Już widzę, jak nasza współ­praca zapusz­cza głę­boko korze­nie w tak żyznej gle­bie.

Shand skrzy­wiła się wście­kle.

- Naj­pierw pobijmy go do nie­przy­tom­no­ści - zapro­po­no­wała Hejun.

- To pro­ste - wyja­śniła Shand, igno­ru­jąc tę suge­stię. - Mamy trzy­dzie­ści tysięcy trze­cich i chcemy, żebyś z nich zro­bił dzie­sięć.

- Dzie­sięć tysięcy trze­cich?

- Dzie­sięć szczy­tów.

Tehol wytrzesz­czył oczy.

- Dzie­sięć szczy­tów. Dzie­sięć milio­nów trze­cich. Rozu­miem. A po co wła­ści­wie wam taka kupa forsy?

- Chcemy, żebyś kupił za nią resztę wysp.

Tehol prze­biegł dło­nią po wło­sach i zaczął spa­ce­ro­wać po pomiesz­cze­niu.

- Jeste­ście sza­lone. Zaczą­łem od stu doków i omal się nie wykoń­czy­łem, zanim zaro­bi­łem jeden szczyt...

- Tylko dla­tego że byłeś fry­wolny, Teholu Bed­dict. Osią­gną­łeś ten cel w ciągu roku, ale poświę­ca­łeś na pracę tylko dzień czy dwa w mie­siącu.

- Ale te dni były mor­der­czo trudne.

- Nie kłam. Nie zro­bi­łeś ani jed­nego fał­szy­wego kroku. Ani jed­nego. Otwie­ra­łeś i zwi­ja­łeś inte­resy, a inni wle­kli się twoim śla­dem. I ubó­stwiali cię za to.

- Dopóki nie wbi­łeś im wszyst­kim noża w plecy - dodała Ris­sarh, uśmie­cha­jąc się sze­rzej.

- Spód­nica ci opada - zauwa­żyła Hejun.

Tehol popra­wił ją.

- Trudno to nazwać wbi­ciem noża. Posłu­gu­je­cie się prze­ra­ża­ją­cymi obra­zami. Zaro­bi­łem szczyt. Nie byłem pierw­szym, któ­remu się to udało. Po pro­stu osią­gną­łem cel naj­szyb­ciej.

- Mając na począ­tek sto doków. Jeżeli ma się sto pozio­mów, można powie­dzieć, że to trudne. Ale doków? W dzie­ciń­stwie zara­bia­łam tyle w trzy mie­siące przy zbio­rze oli­wek i wino­gron. Nikt nie zaczy­nał od doków. Nikt oprócz cie­bie.

- A teraz dajemy ci trzy­dzie­ści tysięcy trze­cich - dodała Ris­sarh. - Zsu­muj to, Bed­dict. Dzie­sięć Szczy­tów? Czemu by nie?

- Jeśli to takie łatwe, to czemu nie zro­bi­cie tego same?

- Nie jeste­śmy aż takie bystre - wyja­śniła Shand. - Ale za to nie­ła­two odwró­cić naszą uwagę. Zwę­szy­ły­śmy twój trop i dotar­ły­śmy po nim aż tutaj.

- Nie zosta­wi­łem tropu.

- Nie taki, który byłby dostrze­galny dla więk­szo­ści, to prawda, ale, jak już mówi­łam, nie­ła­two odwró­cić naszą uwagę.

Tehol cały czas cho­dził w kółko.

- Według Kupiec­kich Reje­strów roczny pro­dukt brutto Lethe­ras wynosi od dwu­na­stu do pięt­na­stu szczy­tów, do czego należy dodać być może z pięć ukry­tych...

- Czy wśród tych pię­ciu był też twój?

- Mój odpi­sano jako straty, pamię­tasz?

- Po dłu­gim sika­niu krwią. Na dnie kanału leży dzie­sięć tysięcy doków z przy­wią­za­nymi do nich klą­twami, a na każ­dej jest wypi­sane twoje nazwi­sko.

- Naprawdę, Shand? - zapy­tała zasko­czona Hejun. - Może powin­ny­śmy kupić prawa do wyba­gro­wa­nia...

- Za późno - prze­rwał jej Tehol. - Ma je Biri.

- Biri to tylko przy­krywka - stwier­dziła Shand. - To ty jesteś wła­ści­cie­lem tych praw, Tehol. Biri może o tym nie wie­dzieć, ale pra­cuje dla cie­bie.

- No cóż, z tego faktu jesz­cze nie zro­bi­łem użytku.

- A dla­czego?

Wzru­szył ramio­nami. Nagle zatrzy­mał się i spoj­rzał na Shand.

- Nie­moż­liwe, żebyś o tym wie­działa.

- Masz rację. Zga­dłam.

Wyba­łu­szył oczy.

- Z takim instynk­tem sama mogła­byś zaro­bić dzie­sięć szczy­tów, Shand.

- Udało ci się oszu­kać wszyst­kich dzięki temu, że nie zro­bi­łeś ani jed­nego fał­szy­wego kroku, Teholu Bed­dict. Nikt już nie wie­rzy, że ukry­łeś swój szczyt. Zbyt długo żyjesz jak por­towy szczur. Nie, naprawdę go stra­ci­łeś. Nikt nie wie gdzie. Gdzieś. Dla­tego wła­śnie odpi­sali go jako straty, czyż nie tak?

- Pie­nią­dze to abs­trak­cja - wyja­śnił Tehol, kiwa­jąc głową. - Chyba że ma się w ręku dia­menty. Wtedy to już nie są pozory. Jeśli chce­cie poznać sztuczkę kry­jącą się za całą tą grą, to macie ją przed oczyma, dziew­czyny. Nawet jeśli pie­nią­dze są tylko abs­trak­cją, to mają moc. Tyle że to nie jest praw­dziwa moc, a jedy­nie obiet­nica mocy. Ale ta obiet­nica wystar­cza, dopóki wszy­scy udają, że to rze­czy­wi­stość. Jeśli ktoś prze­sta­nie uda­wać, cały inte­res szlag tra­fia.

- Chyba że ma się w ręku dia­menty - przy­po­mniała Shand.

- Tak. Wtedy to jest praw­dziwa moc.

- Zaczą­łeś podej­rze­wać, że tak wła­śnie mają się sprawy, prawda? Dla­tego posta­no­wi­łeś spraw­dzić tę hipo­tezę. I rze­czy­wi­ście mało zabra­kło, żeby wszystko tra­fił szlag.

- Wyobraź sobie moją trwogę - odparł z uśmie­chem Tehol.

- Wcale nie byłeś zatrwo­żony - sprze­ci­wiła się. - Po pro­stu uświa­do­mi­łeś sobie, jak śmier­tel­nie nie­bez­pieczna może być abs­trak­cja w nie­wła­ści­wych rękach.

- Wszyst­kie ręce są nie­wła­ściwe, Shand. W tym rów­nież moje.

- Dla­tego to zosta­wi­łeś.

- I nie mam zamiaru wra­cać. Rób­cie, co chce­cie. Powiedz­cie o wszyst­kim Hul­lowi. Zniszcz­cie wszystko. To, co raz odpi­sano jako straty, można zapi­sać ponow­nie. Reje­stry świet­nie sobie radzą z takimi sytu­acjami. W grun­cie rze­czy spo­wo­du­je­cie w ten spo­sób wzrost koniunk­tury. Wszy­scy ode­tchną z ulgą, widząc, że to jed­nak była tylko gra.

- Nie to jest naszym celem - odparła Shand. - Na­dal nic nie rozu­miesz. Kiedy kupimy resztę wysp, Tehol, zro­bimy to w ten sam spo­sób, co ty. Dzie­sięć szczy­tów... znik­nie.

- To dopro­wa­dzi do kra­chu całej gospo­darki!

Wszyst­kie trzy kobiety jed­no­cze­śnie ski­nęły gło­wami.

- Jeste­ście fana­tycz­kami!

- Nawet gorzej - odparła Ris­sarh. - Chcemy zemsty.

- Jeste­ście mie­sza­nej krwi, prawda? - Nie musiał cze­kać na ich odpo­wiedź. To było oczy­wi­ste. Nie każdy mie­sza­niec musiał wyglą­dać na mie­szańca. - Hejun pocho­dzi z Fara­edów, a wy dwie... Tar­the­nalki?

- Tak jest. Lethe­ras nas znisz­czyło. A teraz my znisz­czymy Lethe­ras.

- A ty nam poka­żesz, jak to zro­bić - dodała Ris­sarh, znowu się uśmie­cha­jąc.

- Dla­tego że nie­na­wi­dzisz wła­snego ludu - wyja­śniła Shand. - Całej tej chci­wej zim­no­krwi­stej bandy. Chcemy dostać te wyspy, Teholu Bed­dict. Wiemy o reszt­kach ple­mion prze­wie­zio­nych przez cie­bie na te, które kupi­łeś. Wiemy, że się tam ukry­wają, pró­bu­jąc odbu­do­wać wszystko, co utra­ciły. Ale to za mało. Wystar­czy prze­spa­ce­ro­wać się uli­cami tego mia­sta, by prze­ko­nać się o tym na wła­sne oczy. Zro­bi­łeś to dla Hulla. Nie mia­łam poję­cia, że on o niczym nie wie. Zasko­czy­łeś mnie. Wiesz co, uwa­żam, że powi­nie­neś mu o tym powie­dzieć.

- A dla­czego?

- Bo on potrze­buje uzdro­wie­nia.

- Nie mogę.

Shand pode­szła bli­żej i poło­żyła dłoń na ramie­niu Tehola. Kolana ugięły się pod nim od tego zetknię­cia, tego nie­ocze­ki­wa­nego współ­czu­cia.

- Masz rację, nie możesz. Dla­tego że oboje wiemy, że to za mało.

- Powiedz mu to po naszemu - zażą­dała Hejun. - Teholu Bed­dict, tym razem zrób to, jak trzeba.

Odsu­nął się i popa­trzył na nie uważ­nie. Trzy cho­lerne kobiety.

- Klą­twa cią­żąca nad Zbłą­ka­nym polega na tym, że on zawsze wędruje ścież­kami, po któ­rych już cho­dził. Ale ta wasza cecha, fakt, że nie­ła­two jest odwró­cić waszą uwagę... oba­wiam się, że to wła­śnie przez nią jeste­ście ślepe.

- Co chcesz przez to powie­dzieć?

- To, że Lether upad­nie, Shand, i to nie z mojej winy. Znajdź Hulla i zapy­taj go o to. Jestem pewien, że jest gdzieś tam, na pół­nocy. I wie­cie co? To jest dosyć zabawne. Wal­czył tak ciężko o wasze ple­miona, o wszyst­kie ludy pożarte przez Lether. Dla­tego że teraz, gdy już wie, będzie wal­czył znowu. Ale tym razem nie za ple­mię. Nie za Tiste Edur. Tym razem będzie wal­czył za Lether. Bo wie, moje dro­gie, że w tych cho­ler­nych skur­czy­by­kach wresz­cie zna­leź­li­śmy god­nych sie­bie prze­ciw­ni­ków. Tym razem to Edur pożrą nas.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki