Przypływy i odpływy - Klaudia Komorowski

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (37,68 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Zjeść ciastko czy mieć ciastko?

Roz­dział 1

Zjeść ciastko czy mieć ciastko?

Mia­łam trzy­dzie­ści lat, pracę zdalną i zarobki tak dobre, że stać mnie było na wszystko, czego chcia­łam. Wszystko w gra­ni­cach roz­sądku kobiety z klasy śred­niej. Jeź­dzi­łam kupioną za gotówkę toyotą high­lan­der, na ramie­niu dyn­dała mi ban­do­liera od Prady, w któ­rej nosi­łam nowego iPhone'a, ręce mia­łam ozdo­bione ręka­wami wyta­tu­owa­nymi w Junio­rinku za grube tysiące, a mojej twa­rzy nie opusz­czał bez­wstydny uśmiech wysa­dzany śnież­no­bia­łym uzę­bie­niem. Czoło było gład­kie od deli­kat­nego botoksu, a brzuch pła­ski - pew­nie dla­tego, że w knaj­pach jadłam sałatki i popi­ja­łam je kom­bu­chą. Przed latem szarp­nę­łam się i wyna­ję­łam przy­czepę kem­pin­gową na Kaprze. Był to rok mojej oso­bi­stej pro­spe­rity, co mani­fe­sto­wało się w każ­dej mojej komórce.

W takim sta­nie ciała, i rów­nie dobrym ducha, poje­cha­łam rze­czoną toyotą na rze­czony kem­ping i roz­po­czę­łam trzy­mie­sięczne waka­cje, spra­wie­dli­wie dzie­ląc czas mię­dzy pracę a sze­roko pojęty relaks.

Po dotar­ciu uda­łam się do naj­bliż­szej bazy wind­sur­fin­go­wej, powie­dzia­łam, że mam trzy mie­siące, żeby nauczyć się pły­wać na desce, i chcę kogoś, z kim uda mi się to osią­gnąć. Przy­dzie­lili mi uro­czego dzie­ciaka o kosmicz­nych umie­jęt­no­ściach. Był mistrzem Europy we fre­estyle'u, mistrzem Pol­ski w wavie i Bóg wie, w czym jesz­cze. Na pewno jed­nak nie był mistrzem instruk­tażu i fakt, że nauczy­łam się cze­go­kol­wiek pod­czas kilku wspól­nych lek­cji, świad­czy o tym, że cuda naprawdę się zda­rzają.

Ni­gdy jed­nak nie dowie­dzia­ła­bym się, jak sła­bym jest nauczy­cie­lem, gdyby nie to, że pew­nego dnia roz­cho­ro­wał się potwor­nie (czy­taj: miał kaca) i zostało mi przy­dzie­lone zastęp­stwo. Wtedy pozna­łam Adama...

Adam - drugi instruk­tor - był żywym wcie­le­niem Ado­nisa. Nie wiem, jakim cudem udało mu się tak długo umy­kać mojej uwa­dze, ale teraz - kiedy był już na rada­rze - nie było cie­nia szansy, by go odzo­ba­czyć.

Obcięte krótko ciem­no­blond włosy, muśnięte słoń­cem, lekko falo­wane i pięk­nie ukła­da­jące się na kształt­nej czaszce, two­rzyły ramę dla brą­zo­wych oczu, zgrab­nego nosa i prze­pięk­nego rzędu zębów osa­dzo­nych w sze­ro­kiej szczęce, bie­lą­cych się z każ­dym uśmie­chem, dokład­nie jak moje. Cały ten obra­zek na płót­nie z oliw­ko­wej skóry wyglą­dał jak naj­lep­sza pamiątka z waka­cji. Miał ze sto dzie­więć­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, sze­ro­kie barki, mocny tors z widocz­nym sze­ścio­pa­kiem i dłu­gie nogi obite smu­kłymi mię­śniami. Z pełną odpo­wie­dzial­no­ścią orze­kam, że ni­gdy wcze­śniej, i ni­gdy póź­niej, nie widzia­łam lep­szego zlepka genów. Był ide­alny, naprawdę był. Nie dało się go nie chcieć, nie można było wyzwo­lić się spod jego uroku.

Dzia­łał na moją wyobraź­nię jak plac zabaw na dzieci, chcia­łam z nim zro­bić wszystko. A on? A on o tym dosko­nale wie­dział.

Bawiło mnie to, jak się pre­zen­to­wał. Widać było, jak roz­grywa swoje małe tur­nieje, cho­dząc zawsze wypro­sto­wany i uśmiech­nięty, na pseu­do­lu­zie. Myślę, że dużo lasek się na to nabie­rało, ale nie ja - przez lata tre­no­wa­nia wio­ślar­stwa widzia­łam nie takich gagat­ków. Fakt, że była to gra, zupeł­nie mi jed­nak nie prze­szka­dzał i jak ni­gdy wcze­śniej byłam gotowa wejść all in.

Gdyby ta histo­ria wyda­rzyła się kilka lat wstecz, na pewno zacho­wy­wa­ła­bym się w jego towa­rzy­stwie ina­czej. Plo­tła­bym w stre­sie jakieś bzdury, by zaraz ich poża­ło­wać, i przy­ję­ła­bym maskę nie­za­leż­nej twar­dzielki, sądząc, że to go zanęci. Na szczę­ście zgro­ma­dzi­łam już tro­chę kobie­cej mądro­ści, któ­rej z każ­dymi kolej­nymi uro­dzi­nami mi przy­by­wało, i wie­dzia­łam, że w przy­padku słów mniej zna­czy wię­cej. A co do samo­wy­star­czal­no­ści i życio­wej pew­no­ści sie­bie - nauczy­łam się, że na więk­szość męż­czyzn dzia­łają jak trawa cytry­nowa na komary, więc trzy­ma­łam je w ukry­ciu.

Bio­rąc z mojego kosza obfi­to­ści tylko nie­zbędne mini­mum, zaczę­łam grać do jego rytmu, nie wycho­dząc przed sze­reg. Zamiast jed­nego, mia­łam nagle dwa cele na to lato: nauczyć się wind­sur­fingu i poczuć w sobie mojego instruk­tora. Wyobra­ża­łam sobie, jak wdy­cham zapach z jego ust, gdy będąc na mnie, sil­nymi, powol­nymi ruchami bio­der zbliża nas do orga­zmu. Odpa­la­łam wie­czo­rami w gło­wie ten film i robi­łam sobie dobrze na dobra­noc.

Dni mijały, a mnie na desce szło coraz lepiej. Skru­pu­lat­nie przy­go­to­wy­wa­łam się przed lek­cjami - by­naj­mniej nie poprzez czy­ta­nie pod­ręcz­ni­ków spor­to­wych! - i w hoł­dzie próż­no­ści stro­iłam się jak szczur na otwar­cie kanału, żeby przy­pad­kiem nie umknąć jego uwa­dze.

Byłam gwiazdą zatoki, oczy­wi­ście nie jedyną, ale jedną z nie­wielu. Kupi­łam sobie piankę z dłu­gimi ręka­wami i dołem bikini, która ide­al­nie pod­kre­ślała moją syl­wetkę: sze­ro­kie, smu­kłe barki i ape­tyczny, lekko odsta­jący tyłek. Wią­za­łam włosy wysoko na gło­wie i plo­tłam war­kocz, który doda­wał mi mło­dzie­żo­wego, świe­żego uroku. Filtr UV z pod­kła­dem spraw­dził się ide­al­nie jako kamu­flaż wypry­sków na twa­rzy (kilka razy zda­rzyło mi się użyć go też na poślad­kach, kiedy wysko­czył mi - nomen omen - wrzód na dupie). Po tych rytu­ałach szłam w wyda­niu nieco osło­dzo­nej action woman na brzeg zatoki. Wypro­sto­wana, ale nie uśmiech­nięta, z bojową postawą, niby na luzie, ale o tym, że był "niby", wie­dzia­łam tylko ja.

*

W sło­necz­nej toni odbi­ja­ją­cej się od zie­lono-błę­kit­nej tafli stał on, z opusz­czoną do połowy pianką, eks­po­nu­jąc swoje boskie ucie­le­śnie­nie. Powi­tał mnie uśmie­chem, w któ­rym dostrze­głam coś nowego - zachwyt. To zna­czyło, że moje wysiłki zostały doce­nione i już z całą pew­no­ścią wie­dzia­łam, że nie jestem mu obo­jętna.

Byli­śmy tak piękni, tak warci sie­bie, że grze­chem byłoby zmar­no­wać ten poten­cjał.

Jestem pewna, że z boku wyglą­da­li­śmy komicz­nie, bo w che­micz­nym odu­rze­niu wszy­scy tak wyglą­dają. Czy to nie zabawne, jak różna jest per­spek­tywa tańca godo­wego? Dla publiki to kupa śmie­chu, a dla bez­po­śred­nio zaan­ga­żo­wa­nych - magia. Hor­mony potra­fią nie­źle namie­szać w gło­wie. Teraz już to wie­dzia­łam, na szczę­ście... bo za szcze­nię­cia była­bym gotowa nazwać tę dopa­mi­nową jazdę miło­ścią życia.

Sta­li­śmy w wodzie do kolan, plo­tąc trzy po trzy. Mokra skóra w pro­mie­niach let­niego słońca, opa­le­ni­zna pod­kre­śla­jąca dokład­nie to, co trzeba. Powie­trze od che­mii zgęst­niało na kisiel. Tam­tego dnia odby­łam wyjąt­kowo owocną sesję: i wind­sur­fingu, i uwo­dze­nia. Był pod moim uro­kiem, ale męż­czyźni - chyba przez testo­ste­ron - mają wbu­do­waną w mózg funk­cję pościgu i rywa­li­za­cji; kiedy coś przy­cho­dzi im zbyt łatwo, tracą zain­te­re­so­wa­nie. Nie była to moja pierw­sza gra i wie­dzia­łam, że to jest to miej­sce na plan­szy, gdzie muszę wpro­wa­dzić ele­ment pogoni i zadbać, żeby się chło­pak tro­chę napo­cił.

Musiał się zdzi­wić, kiedy nie poja­wi­łam się następ­nego dnia rano na lek­cji i nie odbie­ra­łam tele­fonu. Po kilku nie­uda­nych pró­bach dodzwo­nie­nia się posta­no­wił wysłać wia­do­mość:

Hej! Zabra­kło Cię dziś na poran­nym pły­wa­niu. Daj znać, czy wszystko jest OK. Pzdr!

Odpo­wie­dzia­łam po sze­ściu godzi­nach:

Hej! Prze­pra­szam, wpa­dłam w waka­cyjny wir i tro­chę zaba­lo­wa­łam, dopiero wró­ci­łam do przy­czepy ;)

Od razu odpi­sał:

Kac. Naj­go­rzej. Nie potrze­bu­jesz cze­goś? Mogę przy­nieść Ci ramen... :)

Oferty ramenu nie odrzuca się ni­gdy - jest naj­lep­szy na kaca, nawet tego zmy­ślo­nego.

Szybko się przy­go­to­wa­łam. Włosy zwią­za­łam w kucyk, wycią­ga­jąc przed­nie, krót­sze pasma, by opa­dały luźno na twarz. Wło­ży­łam miękką piżamę, która nie­de­fi­ni­tyw­nie pod­kre­ślała mój tyłek, pozo­sta­wia­jąc prze­strzeń dla wyobraźni. Rzęsy musnę­łam odżywką, brwi deli­kat­nie pod­kre­śli­łam żelem, a na usta nało­ży­łam bal­sam - nazy­wa­łam ten styl sexy & cozy.

Przy­czepa była sto­sun­kowo spora w porów­na­niu z innymi. Na jed­nym końcu znaj­do­wało się duże, dwu­oso­bowe łóżko, a na dru­gim - sto­lik z kanapą w kształ­cie litery U. Prze­strzeń pomię­dzy wypeł­niał mały aneks kuchenny i szafki ubra­niowe. Z przy­czepy wycho­dziło się bez­po­śred­nio do roz­ło­żo­nego przed nią polie­stro­wego przed­sionka na alu­mi­nio­wym ste­lażu - two­rzył dodat­kową część miesz­kalną, gdzie stał czte­ro­oso­bowy pla­sti­kowy stół z krze­słami i wie­szak do susze­nia mokrych pia­nek, tra­pe­zów i innego spor­to­wego sprzętu. Lubi­łam jeść tam śnia­da­nie, bo po odsło­nię­ciu fron­tal­nej kotary zaglą­dało do mnie poranne słońce, które przy­po­mi­nało, że życie jest piękne.

Innego dnia zapro­po­no­wa­ła­bym, żeby­śmy zje­dli wła­śnie w przed­sionku, bo po sło­necz­nym dniu zie­mia jesz­cze przez wiele godzin po zacho­dzie dyszała gorą­cem. Tamta sobota była jed­nak pochmurna i choć na dwo­rze było jesz­cze jasno, powie­trze zdą­żyło stać się wil­gotne i rześ­kie.

Zja­wił się z dwiema por­cjami cie­płej zupy. Zapro­si­łam go do środka. Mia­łam mnó­stwo sojo­wych świec o zapa­chu owo­ców tro­pi­kal­nych, które paliły się non stop, wypeł­nia­jąc wnę­trze prze­pięk­nym, ener­ge­ty­zu­ją­cym zapa­chem. Posprzą­ta­łam, bo choć mam nie­zwy­kły talent do robie­nia wokół sie­bie śmiet­nika, znacz­nie bar­dziej cie­szy mnie porzą­dek. Myślę, że ta ten­den­cja do bała­ga­niar­stwa i umi­ło­wa­nie ładu odzwier­cie­dlają moją oso­bo­wość: chcia­ła­bym być poukła­dana, ale zwy­czaj­nie nie leży to w mojej natu­rze. Sta­ram się jed­nak utrzy­my­wać har­mo­nię - zarówno zewnętrzną, jak i wewnętrzną - licząc, że pew­nego dnia ten wysi­łek prze­ro­dzi się w nawyk.

Na szafce stały równo uło­żone książki, na sto­liku - miseczka z orze­chami lasko­wymi, jedna ze świe­czek i mały notat­nik. Wnę­trze roz­ja­śniało cie­płe, sub­telne świa­tło. Łóżko nakry­łam sza­rym, ple­cio­nym kocem i rzu­ci­łam na nie kilka ozdob­nych podu­szek, obok któ­rych leżał lap­top i słu­chawki, co doda­wało całej kom­po­zy­cji natu­ral­no­ści. Kupi­łam nawet kwia­tek, który posta­wi­łam na wiszą­cej przy oknie półce. Wyszło cał­kiem hygge.

Zro­bi­łam z tej nie­miec­kiej przy­czepy sto­sun­kowo pol­ski azyl - w końcu na nad­cho­dzące trzy mie­siące miała być moim domem.

Wszedł i z wyraź­nym uśmie­chem na ustach powie­dział:

- Wow! Ale masz tu miło!

- Dzię­kuję - odpar­łam, uśmie­cha­jąc się słodko, ale bez zębów.

- Sia­damy tu? - Adam wska­zał kiw­nię­ciem głowy sto­lik.

- Tak, jasne! Roz­gość się.

Usie­dli­śmy naprze­ciwko sie­bie. Mia­łam przed sobą żywe dzieło sztuki, które oglą­da­łam z nie­na­chal­nym zachwy­tem.

Wszystko zapo­wia­dało się świet­nie do momentu, gdy zaczę­li­śmy jeść. Nachy­lił się nad pla­sti­kową miską tak, że może cen­ty­metr dzie­lił jego nos od zupy, która roz­bry­zgi­wała się na wszyst­kie strony, gdy bez­ce­re­mo­nial­nie wsy­sał maka­ron. Sior­bał i mla­skał, trzy­ma­jąc oba łok­cie na stole i z Ado­nisa zmie­nił się w obrzy­dliwą świ­nię. Cze­ka­łam tylko, aż skoń­czy żreć.

Każdy ma swoje sła­bo­ści i - nie­ko­niecz­nie znaj­du­jące odbi­cie w logice - upodo­ba­nia. Ja pre­fe­ruję este­tycz­nie jedzą­cych ludzi. Razi mnie, gdy ktoś rzuca się na posi­łek jak wygłod­niałe dzi­kie zwie­rzę. Chcę widzieć wypro­sto­waną syl­wetkę, cele­bra­cję każ­dego kęsa, zamknięte usta i łok­cie przy sobie. Cho­ciaż wiem, że spo­sób jedze­nia nie czyni z czło­wieka dobrej lub złej osoby, to nawet nie chce mi się pró­bo­wać z tym moim upodo­ba­niem wal­czyć. Jest ono we mnie zbyt mocno zako­rze­nione.

Usztyw­niona i zde­gu­sto­wana, powoli jadłam swój ramen. Uży­wa­łam zarówno łyżki, jak i pałe­czek, licząc, że może jaski­niowca zain­spi­ruję - bez­sku­tecz­nie. Ta tor­tura skoń­czyła się z ostat­nim łykiem zupy, który wypił z miski, oble­wa­jąc sobie lewą część policzka. Na szczę­ście mia­łam jesz­cze połowę swo­jej por­cji i - już z roz­luź­nio­nymi ramio­nami - w spo­koju skoń­czyłam.

- Zupa była pyszna, dzię­kuję! Ile jestem ci winna? - zapy­ta­łam, otwie­ra­jąc port­fel.

- Pięć­dzie­siąt zło­tych - odpo­wie­dział krótko. - Nie­źle się tu urzą­dzi­łaś, dawno nie byłem w tak przy­tul­nej przy­cze­pie, aż nie chce się wycho­dzić.

- Nikt cię nie wyga­nia - uśmiech­nę­łam się sub­tel­nie. - Cie­szę się, że ci się podoba.

- To powiedz mi teraz, co to za impreza tak zmio­tła cię z nóg, że nie dotar­łaś na dzi­siej­sze zaję­cia?

- Kole­żanka mieszka dwa kem­pingi stąd i zapro­siła mnie do sie­bie. Było miło i się prze­cią­gnęło, nic spe­cjal­nego - odpar­łam z lek­ko­ścią godną pro­fe­sjo­nal­nego kłamcy.

- Nic spe­cjal­nego? Jeśli "nic spe­cjal­nego" wystar­czy, żebyś odpu­ściła lek­cję ze mną, to zna­czy, że ponio­słem wielką porażkę - powie­dział pół­żar­tem, roz­kła­da­jąc ręce i wbi­ja­jąc plecy w opar­cie.

- No niech ci będzie. - Zaśmia­łam się, tym razem poka­zu­jąc zęby. - Było naprawdę dobrze, nie chciało mi się stam­tąd ruszyć.

- O, a to czemu? Pozna­łaś kogoś inte­re­su­ją­cego? - zapy­tał, kła­dąc ręce na stole i przy­su­wa­jąc się do mnie naj­bli­żej jak mógł.

- O! Czy to prze­słu­cha­nie? - pro­wo­ko­wa­łam. - A jakie to by miało zna­cze­nie?

- Dla mnie dość spore, bo ozna­cza­łoby, że zbyt mocno przy­kła­dam się do naszych lek­cji - odpo­wie­dział z zawa­diac­kim uśmie­chem.

- Nie trać zaan­ga­żo­wa­nia w nasze lek­cje, nie masz powodu - wyszep­ta­łam, rów­nież kła­dąc przed­ra­miona na stole i wyzy­wa­jąco spo­ty­ka­jąc go w poło­wie dzie­lą­cego nas metro­wego blatu.

Deli­kat­nie dotknął mojego pod­bródka i żuchwy. Roz­luź­ni­łam mię­śnie i pozwo­li­łam mojej twa­rzy zanu­rzyć się w cie­ple jego dłoni. Przy­cią­gnął mnie do sie­bie i zaczął cało­wać.

Na zewnątrz pierw­sze kro­ple desz­czu ude­rzały w dach przy­czepy, wygry­wa­jąc moją ulu­bioną, let­nią melo­dię. Zaczy­nał się drugi tydzień lipca, a wyglą­dało na to, że zapla­no­wane na cały okres waka­cji zada­nie zosta­nie wyko­nane grubo przed cza­sem. Mogłam to prze­cią­gać, być nie­do­stępną i budo­wać mię­dzy nami więk­sze napię­cie. Mogłam i nawet przez chwilę to roz­wa­ża­łam, ale osta­tecz­nie uzna­łam, że mi się nie chce. Odda­łam mu więc stery, a on pokie­ro­wał nas pro­sto do łóżka.

Zdjął z sie­bie bluzę i od razu spoj­rzał na mnie, spraw­dza­jąc reak­cję; widzia­łam, że był dumny ze swo­jego ciężko wypra­co­wa­nego torsu, ale bez koszulki widzia­łam go już nie­raz i zdą­ży­łam się przy­zwy­czaić do tego - bez­dy­sku­syj­nie wspa­nia­łego - widoku. Moja twarz nie krzy­czała "wow", a to go wyraź­nie nie ucie­szyło. Chwy­cił moje dło­nie i poło­żył je na swo­jej klatce pier­sio­wej, doma­ga­jąc się aten­cji. Nie do końca mi się to spodo­bało, więc szyb­kim ruchem prze­su­nę­łam dło­nie na szyję, przy­cią­gnę­łam go do sie­bie i wró­ci­łam do cało­wa­nia.

Nie tra­cił czasu, powie­dzia­ła­bym nawet, że nad­mier­nie się spie­szył. Zda­wał się kom­plet­nie nie rozu­mieć, że potrze­bo­wa­łam tro­chę wię­cej niż on, żeby być gotową, i maca­nie jego klatki zde­cy­do­wa­nie nie było wystar­cza­jące.

Zdjął mi bluzkę i zaraz póź­niej swoje spodnie. Dotknął moich piersi przez koron­kowy sta­nik. Gdy poczu­łam palce na sut­kach, fala gorąca ude­rzyła moje ciało, cze­ka­łam, aż go zdej­mie, zacznie mnie ssać i cało­wać, ale nie zro­bił tego. W końcu zsu­nął dół mojej piżamy i zosta­łam w samej bie­liź­nie. Poli­zał mój brzuch i zni­kąd, niczym Houdini, wydo­był pre­zer­wa­tywę, którą zało­żył jed­nym ruchem ręki.

Nie prze­sta­jąc cało­wać nawet na uła­mek sekundy, odchy­lił moje majtki, robiąc sobie wej­ście, i powol­nym ruchem wsu­nął się we mnie. Tro­chę szybko się to wszystko wyda­rzyło, ale skoro już tu byli­śmy, to let's do it, pomy­śla­łam.

Przy­ci­ska­łam jego mied­nicę do swo­jej, żeby też odczuć pełną przy­jem­ność, ale wciąż nie­ścią­gnięte figi nie uła­twiały zada­nia. Sku­piona na znaj­do­wa­niu odpo­wied­niej pozy­cji, nawet nie zdą­ży­łam się obej­rzeć, kiedy skoń­czył. Nie napa­trzy­łam się na jego piękną twarz, szkoda. Szybko zszedł ze mnie, wcią­ga­jąc bok­serki, zsu­nięte wcze­śniej tylko do połowy ud.

- Ale było dobrze - powie­dział lekko zdy­szany.

- Dobrze? - Unio­słam brwi. - Chcia­ła­bym móc powie­dzieć to samo - oznaj­mi­łam, patrząc na niego ze zmarsz­czo­nym czo­łem.

- Spo­koj­nie, mała, może następ­nym razem ci się uda.

- Mnie się uda? Nie sądzisz, że to też tro­chę twoje zada­nie?

- Ni­gdy mi się nie zda­rzyło, żeby dziew­czyna po sek­sie ze mną była nie­za­do­wo­lona, a nie zro­bi­łem niczego ina­czej, niż zwy­kle... To raczej jasne, że nie ja jestem tutaj przy­czyną.

- Jeżeli to twój zwy­cza­jowy per­for­mance, to mogę cię zapew­nić, że twoje dziew­czyny zwy­czaj­nie uda­wały - odrze­kłam, śmie­jąc się w głos. - Ubierz się i wyjdź. Nie mamy o czym wię­cej roz­ma­wiać. Dodam tylko, że nie zda­rzyło mi się, żeby męż­czy­zna zosta­wił mnie bez orga­zmu.

- Dobra, mała, wylu­zuj! Jak chcesz, mogę zro­bić ci dobrze.

- Nie jestem dla cie­bie żadna "mała" - wyce­dzi­łam przez zęby. - Po takiej próbce nie mam ochoty na nic wię­cej, możesz wyjść.

- Dobrze, Karo­lina. Już wycho­dzę, nie musisz mówić dwa razy.

Wzię­łam prysz­nic w kem­pin­go­wej łazience, z któ­rej pędem wró­ci­łam do przy­czepy. Weszłam pod koł­drę, całe szczę­ście nie­ska­laną jego DNA, bo zadba­łam, żeby nie leżał na niczym innym niż szara narzuta.

Cią­gle prze­twa­rza­łam w gło­wie, co wła­śnie się wyda­rzyło. Byłam tak zde­gu­sto­wana, że nawet nie myśla­łam o wła­sno­ręcz­nym skoń­cze­niu tego, czego jemu nie udało się zro­bić.

Co za nar­cyz! Kiedy czło­wiek jest knu­rem przy stole, to takim samym knu­rem jest w łóżku. Nauczka na całe życie. Jak dobrze, że zamiast grać na zwłokę, zali­czy­łam go już teraz... Nie znio­sła­bym myśli, że zmar­no­wa­łam jesz­cze wię­cej czasu dla takiej żenady. Otwo­rzy­łam książkę i ucie­kłam do świata, gdzie ludzie wal­czyli ze smo­kami, a potem zasnę­łam.

Następ­nego dnia poszłam wypi­sać się ze wszyst­kich pozo­sta­łych lek­cji z Ada­mem, które zare­zer­wo­wa­łam sobie do końca lipca. Spy­tali dla­czego, a ja skła­ma­łam, że mam super­o­ka­zję u zna­jo­mego i robię to w celach oszczęd­no­ścio­wych. Tyle mnie tam było. Póź­niej poszłam pro­sto na sąsiedni kem­ping i zapi­sa­łam się do pierw­szej lep­szej szkółki. Popro­si­łam o młod­szego instruk­tora, bo chcia­łam tym razem się uchro­nić przed che­micz­nymi burzami, któ­rych nie­spo­kojne wia­try kom­pli­ko­wały mi naukę wind­sur­fingu - tego, na czym naprawdę mi zale­żało.

*

Nowe miej­sce było inne, zupeł­nie nie­ko­mer­cyjne. Wła­ści­ciele - dwaj goście w moim wieku - byli wiecz­nie spa­leni blan­tem i zda­wali się nie kon­tro­lo­wać gra­fiku ani finan­sów. Mieli ten biz­nes chyba tylko po to, żeby waka­cjo­wać pod przy­krywką pracy. I chwała im za to. Nie każdy potrafi iść na luzie przez życie, z nie­wy­mu­szo­nym uśmie­chem.

Inte­res dokład­nie odzwier­cie­dlał ich oso­bo­wo­ści: było miej­sce na błędy i czas na wszystko. Nikt nikogo nie ganił za spóź­nie­nia - powie­dzia­ła­bym nawet, że cza­sowa obsuwa sta­no­wiła nie­pi­saną zasadę. Przed­sta­wiali naukę jako pro­ces piękny sam w sobie, nikt nie obie­cał mi, że pod­czas danej liczby godzin nauczę się kon­kret­nych umie­jęt­no­ści, byli jak przed­szkole Mon­tes­sori - każdy osią­gnie swoje wszystko we wła­snym cza­sie.

"Budy­nek" szkółki zbu­do­wali z dykty umo­co­wa­nej na drew­nia­nym ste­lażu z trzci­no­wym dachem. Na wprost wej­ścia znaj­do­wało się biurko wyko­nane ze sta­rej deski sur­fin­go­wej, stały na nim drew­niane wie­szaki z ręcz­nie robioną biżu­te­rią i lap­top, w któ­rym rze­komo pro­wa­dzili zapisy, a tak naprawdę scrol­lo­wali Face­bo­oka. Na desce leżał też duży zeszyt okle­jony roz­ma­itymi nalep­kami - i to w nim naprawdę zapi­sy­wali ter­miny zajęć i pro­wa­dzili listę klien­tów. Po lewej stro­nie pomiesz­cze­nia robią­cego za biuro posta­wili bam­bu­sowy sto­lik, a na nim eks­pres prze­le­wowy z zawsze świeżo zapa­rzoną, gorącą kawą bez nuty kwa­so­wo­ści, lepki słoik miodu, kar­ton mleka sojo­wego i obtłu­czone gli­niane kubki, które każdy sam po sobie mył - a przy­naj­mniej myć powi­nien. Zaraz obok kusiła do leni­stwa miękka kanapa. Na niej można było sobie tę kawkę milutko wypić.

Po pra­wej roz­cią­gał się długi wie­szak z prze­róż­nymi ciu­chami - taki mały show­room lokal­nych pro­jek­tan­tów - i psie posła­nie, całe w kudłach. Psa za to nie było.

Obok posła­nia było przej­ście do cał­kiem spo­rej prze­cho­walni szkół­ko­wych desek, żagli i pia­nek. Z maga­zynu bez­po­śred­nio na plażę wycho­dziło się przez wielką bramę, którą zamy­kali dopiero po zmroku.

Biedy nie było, ale w porów­na­niu z kon­ku­ren­cją ich biz­nes pla­so­wał się jako raczej śred­nio­bu­dże­towy. Nie naj­now­szy sprzęt, sami mło­dzi instruk­to­rzy - bo star­szym i bar­dziej doświad­czo­nym trzeba by było zapła­cić pro­por­cjo­nal­nie wię­cej - i brak osoby odpo­wie­dzial­nej za czy­stość... Chłopcy sprzą­tali sami i nie dało się tego nie zauwa­żyć.

A ja? Ja byłam tym zachwy­cona. Nikt nie kazał mi się logo­wać w sys­te­mach, mia­łam imię, a nie numer, i zwy­czaj­nie podo­bał mi się ten kli­mat, tro­chę jak w komu­nie. Zapi­sali mnie do mło­dego instruk­tora o imie­niu Max - Max przez "x". Zaczy­na­li­śmy jesz­cze tego samego popo­łu­dnia.

Nie zostało mi zbyt dużo czasu do lek­cji, a piankę i strój mia­łam ze sobą, więc posta­no­wi­łam sko­rzy­stać z kawo­wej oferty i spo­koj­nie pocze­kać na kana­pie z kub­kiem w dłoni. Po chwili dołą­czył do mnie pies.

- Mar­cin! - zawo­łał do psa jeden z instruk­to­rów. - Wra­caj!

Spoj­rza­łam roz­ba­wiona, ale pies jedy­nie mach­nął ogo­nem, nie bar­dzo wie­dzia­łam, czy w odpo­wie­dzi, czy na mój widok. Czte­ro­letni miks owczarka nie­miec­kiego z czymś bli­żej nie­okre­ślo­nym poło­żył mi na kola­nach swój ciężki pysk, a po chwili czu­ło­ści zde­cy­do­wał się wsko­czyć na kanapę i uło­żyć na niej ze mną - od razu zosta­li­śmy kum­plami.

Przez godzinę, która została mi do lek­cji, obser­wo­wa­łam dyna­mikę mię­dzy chło­pa­kami pra­cu­ją­cymi w szkółce. Gło­śno się śmiali, oka­zjo­nal­nie rzu­ca­jąc w eter jakąś "kurwę". Na pierw­szy rzut oka son­do­wa­łam, że nie mieli nad sobą żela­znej ręki szefa, która zmiaż­dży­łaby jaki­kol­wiek akt nie­sub­or­dy­na­cji. Byli mło­dzi, wciąż jesz­cze nie­fra­so­bliwi, ale przy tym try­skali sym­pa­tią i życz­li­wo­ścią.

Gła­ska­łam psa, ota­czała mnie pozy­tywna ener­gia i nie chcia­łam w tam­tym momen­cie być ni­gdzie indziej. Cie­szy­łam się każ­dym deta­lem. Zna­cie to cliché "bądź tu i teraz"? Od wielu lat pró­buję się w nim zna­leźć, a w tam­tej chwili aku­rat mi się udało.

W końcu poja­wił się Max przez "x". O nie­win­nej twa­rzy, tak gład­kiej, że golił ją chyba tylko dla zasady. Włosy miał wypło­wiałe od słońca, w kolo­rze sza­ro­brą­zo­wym, wybit­nie dobrze kom­po­nu­ją­cym się z brą­zo­wo­żół­tymi oczami. Był nie­wy­soki, miał może sto sie­dem­dzie­siąt dwa cen­ty­me­try wzro­stu. Na pewno nie wię­cej, a moż­liwe, że mniej. Sze­ro­kie plecy, zary­so­wana klatka i brzuch osa­dzone były na wąskich bio­drach i nie­pro­por­cjo­nal­nie chu­dych, odro­binę krzy­wych nogach.

Jestem bez­pieczna, nie podoba mi się - pomy­śla­łam z ulgą.

- Cześć, Karo­lina! Miło cię poznać!

- No cześć! Cie­bie rów­nież. - Wsta­łam z kanapy i poda­łam mu rękę.

- Gotowa, żeby iść na wodę? Mamy dziś przy­jemny wia­te­rek do nauki, wieje jakaś tró­jeczka. Chło­paki mówiły, że mia­łaś już kilka lek­cji.

- Gotowa cia­łem i duchem, muszę tylko wło­żyć piankę. - Wska­za­łam na leżący obok mnie neo­pre­nowy strój. - Co do lek­cji, to wszystko się zga­dza. Zro­bi­łam w sumie pięć godzin. Potra­fię pły­nąć, ale zwroty nie wycho­dzą mi kom­plet­nie.

Obciął mnie wzro­kiem od góry do dołu, jak kawa­łek drewna, po czym stwier­dził:

- Widać, że jesteś wyspor­to­wana. Kto­kol­wiek w pięć godzin nie zdą­żył nauczyć cię zwro­tów, był sła­bym nauczy­cie­lem. Na szczę­ście teraz jesteś w moich rękach i wszystko nad­ro­bimy. Leć się szy­ko­wać, a ja wybiorę sprzęt!

Nie spodo­bało mi się, że wygło­sił taką opi­nię o czło­wieku, któ­rego zupeł­nie nie znał. Skąd pew­ność, że pro­blem nie leży we mnie? A może panicz­nie bałam się wody? Albo byłam kom­plet­nym bez­ta­len­ciem? Jaką miał wie­dzę i jakie pod­stawy, żeby wypo­wia­dać się w ten spo­sób? Nie zro­biło to na mnie dobrego wra­że­nia, ale też nie­spe­cjal­nie się prze­ję­łam, bo co jak co, ale honor Adama aku­rat naj­mniej mnie obcho­dził.

Poszłam do bam­bu­so­wej, prze­stron­nej prze­bie­ralni, wło­ży­łam piankę i zwią­za­łam włosy - cia­sno i dość nie­chluj­nie. Nie zale­żało mi, by wyglą­dać dobrze, nie było dla kogo.

Ta sama sek­sowna pianka, ta sama kobieta, a kom­plet­nie inny efekt. Wystar­czy, że zmie­nia się nasza inten­cja i per­cep­cja nas samych, którą chcemy przed­sta­wić światu, a od razu język ciała posłusz­nie wysyła zupeł­nie inną wia­do­mość. Zamknięte barki i roz­luź­nione mię­śnie nie­trzy­ma­jące krę­go­słupa w pio­nie, a pozwa­la­jące mu zaokrą­glić się w łuk. Do tego zaci­snę­łam usta i moje i tak nie­wiel­kie wargi zmie­niły się w cienką kre­skę. "Nie rzu­cam się w oczy" - taki nio­słam komu­ni­kat. Mamy wię­cej niż jedną wer­sję sie­bie i każda z nich jest tak samo praw­dziwa, pomy­śla­łam, patrząc na swoje odbi­cie w lustrze. Maznę­łam jesz­cze poliki kolo­ro­wym szty­ftem prze­ciw­sło­necz­nym i wyszłam do instruk­tora.

- Sprzęt już gotowy! - krzyk­nął Max. Ruchem ręki poka­zał, żebym szła za nim. - Ty weź­miesz żagiel, a ja deskę. Wiesz, jak się go nosi?

- Chyba wiem - odpo­wie­dzia­łam nie­śmiało, kwe­stio­nu­jąc wszystko, czego zosta­łam dotych­czas nauczona przez mojego, prze­cież bez­na­dziej­nego, pierw­szego instruk­tora.

- No to łap i lecimy na wodę!

Zła­pa­łam i poszli­śmy, na szczę­ście było cał­kiem bli­sko i umia­łam nieść żagiel jak trzeba.

Weszli­śmy do wody, Max przy­mo­co­wał pęd­nik do deski.

- No to wska­kuj - powie­dział. - Popłyń dwa­dzie­ścia metrów, zrób zwrot i wróć do mnie.

- Prze­cież powie­dzia­łam, że nie potra­fię robić zwro­tów.

- Zrób taki, jaki umiesz. Jeśli musisz, wrzuć żagiel do wody i prze­nieś go na drugą stronę deski, tu jest bar­dzo płytko, dwa­dzie­ścia metrów stąd będziesz miała wodę naj­wy­żej do pasa.

Wla­złam na deskę zgod­nie z pole­ce­niem i popły­nę­łam. Zro­bi­łam koślawy zwrot przez sztag, ale żagiel jakimś cudem pozo­stał nad wodą. Wró­ci­łam do brzegu, choć zwiało mnie jakieś dzie­sięć metrów w lewo od punktu startu.

Max pod­szedł do mnie, cią­gnąc za sobą drugi kom­plet sprzętu - ten był dla niego.

- Już wszystko wiem - powie­dział usa­tys­fak­cjo­no­wany. - Teraz pły­niemy razem. Będziemy utrwa­lać dobre nawyki i oduczać się tych złych.

- Okej - przy­tak­nę­łam.

- Powiedz mi tylko, kto ci powie­dział, żeby przed­nią rękę na bomie trzy­mać pod­chwy­tem?

- Mój poprzedni instruk­tor...?

- Jest to legen­darny chwyt, używa go pio­nier wind­sur­fingu, Robby Naish. Zobacz, to jego firmy masz żagiel. - Max wska­zał na czer­wony, dry­fu­jący po wodzie pęd­nik. - Sam Robby jed­nak mieszka na Maui i pływa na takim wie­trze i falach, o jakich nam się nawet nie śniło. Dla­tego suge­ruję, żeby­śmy zaczęli od kla­sycz­nego chwytu: obie ręce nachwy­tem. Pod koniec sezonu, kiedy będziesz już miała takie umie­jęt­no­ści jak Naish, możemy popró­bo­wać z chwy­tem mie­sza­nym - dodał i mru­gnął okiem.

Może odro­binę mniej, ale na­dal mnie draż­nił. Godzina zle­ciała jed­nak bar­dzo szybko, a on zapro­po­no­wał, żeby­śmy kon­ty­nu­owali. Nie miał zapi­sa­nych już żad­nych klien­tów, a mnie podobno nie­źle szło. Zgo­dzi­łam się, bo rze­czy­wi­ście czu­łam się na desce coraz pew­niej.

Po skoń­czo­nej lek­cji wró­ci­li­śmy do bazy odsta­wić mój sprzęt. Zapy­tał, czy nie zro­bi­ła­bym z nim jesz­cze jed­nej rundki, by pomóc z dru­gim kom­ple­tem. Poszłam, cał­kiem chęt­nie.

- I jak się czu­jesz po dzi­siej­szym pły­wa­niu? Zmę­czona?

- Nie jakoś bar­dzo. Jestem nała­do­wana ener­gią. To był dobry dzień.

- Bar­dzo dobry! Od razu wie­dzia­łem, że będziesz miała do tego talent! Zale­d­wie dwie godziny na wodzie, a już robisz zwrot przez sztag i ostrzysz! Pomyśl, co będzie za mie­siąc!

- Dzię­kuję, że tak mówisz... - odpo­wie­dzia­łam zado­wo­lona.

- Skoro masz jesz­cze sporo ener­gii, może wpad­niesz w takim razie wie­czo­rem na ogni­sko? Idziemy całą ekipą. Przyjdź, będziemy w lewo od wej­ścia numer dzie­sięć w Cha­łu­pach.

- A będzie Mar­cin? - spy­ta­łam cał­kiem poważ­nie.

- Gdy tylko wsze­dłem do biura, od razu zauwa­ży­łem, że coś mię­dzy wami iskrzy... - zażar­to­wał. - Weź­miemy chłopa, skoro tak ci na tym zależy. - Uśmiech­nął się i dźwi­gnął deskę z pia­chu.

- Dzię­kuję za zapro­sze­nie. Zoba­czę, jak się będę czuła. Jeśli nie zasnę, to wpadnę.

Wró­ci­łam do mojej przy­tul­nej przy­czepy, żeby prze­brać się na wie­czorne ogni­sko. Doświad­czona przez lata waka­cji spę­dza­nych na Helu, wie­dzia­łam, że upalne dni nie gwa­ran­tują cie­płych nocy i choć­by­śmy nie wiem jak bar­dzo chcieli zro­bić z pół­nocy Pol­ski pół­nocny brzeg Oahu, to zwy­czaj­nie nie jest to moż­liwe. Wło­ży­łam więc naj­cie­plej­szy dres, jaki mia­łam, zimową czapkę i na to wszystko parkę - sherpę. Mogłam w tam­tym momen­cie wyglą­dać zarówno jak stu­pro­cen­towy hip­ster, jak i bez­domny.

Spa­ko­wa­łam do ple­caka różowe Carlo Rossi, kilka piw i solone paluszki - wola­łam te z seza­mem, ale ni­gdzie nie mogłam ich kupić. Posta­no­wi­łam, że pocze­kam chwilę, zanim do nich dołą­czę, nie chcia­łam przyjść przed wszyst­kimi - to byłoby tro­chę faux pas. Dałam sobie czas do dzie­więt­na­stej trzy­dzie­ści, ale kilka minut po dzie­więt­na­stej dosta­łam SMS-a z nie­zna­nego numeru:

Hej, gdzie jesteś? My już na plaży, cze­kamy na Cie­bie. Gdy­byś nie mogła nas zna­leźć, to dzwoń na ten numer i wyjdę po Cie­bie.

To był Max. Nie pod­pi­sał się, ale miał iPhone'a i wyświe­tliło mi się jego ID. Odpo­wie­dzia­łam od razu:

Hej! Zaraz ruszam, mia­łam jesz­cze kilka rze­czy do ogar­nię­cia! Dzięki za info, do zo nie­ba­wem!

Ruszy­łam od razu, mia­łam może kwa­drans drogi spa­ce­rem.

Na ścieżce rowe­ro­wej zauwa­ży­łam wsta­wione, roze­śmiane nasto­latki. Mod­nie ubrane, egzal­to­wane, pewne, że prze­kro­czyły gra­nicę doro­sło­ści. Uro­cze, młode dia­blice, pełne nie­świa­do­mej nie­win­no­ści. Szły przede mną, zmie­nia­jąc zwy­czajną drogę w spa­cer sen­ty­men­talny; jesz­cze tak nie­dawno byłam jak one. To samo miej­sce, te same drzewa, nawet powie­trze sma­ko­wało tak samo. Tylko ja inna. I kiedy się to stało? Jak mogło mi aż tyle umknąć?

Gdy weszłam na plażę, poma­rań­czowa kula słońca jesz­cze świe­ciła. Rozej­rza­łam się i od razu zoba­czy­łam ska­czą­cego do patyka Mar­cina, wokół niego byli ludzie - roz­pro­szeni, ale razem. Jedni grali w boules, inni sie­dzieli i roz­ma­wiali. Poza Maxem i psem nie zna­łam tam nikogo. Poczu­łam się nie­pew­nie. Wzię­łam głę­boki oddech i ruszy­łam przed sie­bie. Nagle zwró­cili wzrok w moją stronę i zaczęli machać, dokład­nie wszy­scy. Uśmiech­nę­łam się sze­roko i od razu zro­biło mi się raź­niej, nawet przy­spie­szy­łam kroku. Pro­sty ruch ręką, a tyle zmie­nia! Gdy czło­wiek czuje się gdzieś chciany, to sam od razu bar­dziej chce.

- Hej! - powie­dzia­łam lekko zachryp­nię­tym gło­sem.

- Słu­chaj­cie! To jest Karo­lina, nasz nowy naby­tek! Z Mar­ci­nem mają się ku sobie, więc nawet nie pró­buj­cie, pano­wie - wal­nął sucha­rem Max, trzy­ma­jąc w ręku patyk.

- Cześć, Karo­lina! - ode­zwała się jedna z dziew­czyn. - Bar­dzo miło nam cię poznać! Prze­pra­szamy za śred­niej jako­ści żarty Maxa, to jedyna dzie­dzina, w któ­rej mu nie idzie - dodała i spoj­rzała na niego z lito­ścią. - Sia­daj obok mnie! Jestem Klara. - Pokle­pała puste miej­sce na swoim ręcz­niku.

Bru­netka o inten­syw­nych, ciemno opra­wio­nych śle­piach. Spod czapki wyła­niały się dłu­gie, deli­katne loki. Sma­gana słoń­cem skóra stała się zło­to­brą­zowa, a cze­ko­la­dowe włosy roz­ja­śniły się na koń­cach. Pach­niała Dylan Blue od Ver­sace - zapa­chem Dona­telli. Jak jego autorka, była rów­nież nie­oczy­wi­sta i eks­tra­wa­gancka.

Miała bar­dzo szczu­płą syl­wetkę, co uwy­dat­niało jej ostre rysy twa­rzy. Nie­pełne, ale i nie­wą­skie usta, zgrabny nos i sze­roko roz­sta­wione oczy współ­grały har­mo­nij­nie. Mogłaby być per­ską księż­niczką, tak była piękna.

Biła od niej pew­ność sie­bie, ale nie but­ność; sie­działa wypro­sto­wana i mówiła śmiało, jed­no­cze­śnie dając mi poczu­cie, że to ja jestem tam naj­waż­niej­sza. Pierw­szy raz w życiu spo­tka­łam taką kobietę. Zwy­kle te piękne nosiły w sobie jado­wity pier­wia­stek i, pazerne na aten­cję, gotowe były na naj­po­dlej­sze ruchy.

Ona - prze­ciw­nie - ema­no­wała czymś czy­stym i pozy­tyw­nym.

Mar­cin przy­lazł do nas od razu i - ku mojej ucie­sze - poło­żył mi na kola­nach swój ośli­niony pysk. Gła­ska­łam jego długą kufę okrytą kró­ciutką, miękką jak aksa­mit sier­ścią, a on mru­żył oczy. Muska­łam jego deli­katne uszka i raz po raz nachy­la­łam się, żeby poczuć ich "grzy­bowy" zapach.

Popi­ja­jąc wino z pla­sti­ko­wego kubka, wła­ści­wie nie prze­sta­wa­łam mówić, i to wcale nie dla­tego, że jestem gada­tliwa - bo chyba wcale nie mam takiej natury - po pro­stu cią­gle ktoś zada­wał mi jakieś pyta­nia.

Dwóch chło­pa­ków ćwi­czyło zapasy, Max uczył się robić salta, a jedna z dziew­czyn usi­ło­wała grać na uku­lele, kako­fo­nia ta była jed­nak tak bar­dzo nie do znie­sie­nia, że po licz­nych proś­bach w końcu odpu­ściła.

Dorzu­ca­li­śmy drewno do ogni­ska, utrzy­mu­jąc pło­mień tak żywym, jak nasze nastroje. Sześć godzin upły­nęło i wcale nie zapo­wia­dało się na koniec, ale ja musia­łam się już zbie­rać z powro­tem.

- Bar­dzo wam dzię­kuję za ten wspa­niały wie­czór! Na mnie już czas, do zoba­cze­nia jutro w bazie! - powie­dzia­łam gło­śno, jesz­cze sie­dząc.

- No co ty! Nie idź! Będziemy tu jesz­cze góra godzinkę - nama­wiał jeden z chło­pa­ków.

- Bar­dzo bym chciała, ale naprawdę nie mogę - odpar­łam ze smutną miną. - Mam mnó­stwo pracy, która wymaga świe­żo­ści umy­słu, muszę iść spać.

- Mus to mus. Jutro też jest dzień i kolejne ogni­sko, i Karol­cia na pewno wpad­nie... - wtrą­cił pyta­ją­cym tonem Max.

Roze­śmia­łam się.

- Tak, na pewno wpad­nie! - odpo­wie­dzia­łam entu­zja­stycz­nie.

- Pocze­kaj, znajdę smycz i odpro­wa­dzimy cię - powie­dział nieco ciszej, jakby nie chcąc, by ktoś to usły­szał.

Nie zaopo­no­wa­łam, bo wcale nie mia­łam ochoty wra­cać sama w środku nocy. Ame­ry­ka­nie mawiają: bet­ter safe than sorry, a ja się z nimi zga­dzam.

Szli­śmy plażą, Max po niż­szej czę­ści stro­mi­zny brzegu, co spra­wiało, że się­gał mi do ramion. Psa mia­łam po mojej lewej stro­nie.

- Naprawdę cię lubi - wes­tchnął Max, patrząc na Mar­cina.

- To działa w obie strony. Ja naprawdę lubię jego.

- Jak ci się dziś podo­bało? Chyba zna­la­złaś ze wszyst­kimi wspólny język. Od razu widać, że cię uwiel­biają.

- Nie prze­sa­dza­ła­bym z tym "uwiel­bie­niem". Myślę, że są zwy­czaj­nie bar­dzo sym­pa­tycz­nymi ludźmi i zale­żało im na tym, żebym nie czuła się samotna jako jedyna out­si­derka w gro­nie - odpo­wie­dzia­łam kokie­te­ryj­nie, licząc, że zaprze­czy.

- Są sym­pa­tyczni, to się zga­dza, ale znam ich nie od dziś i zapew­niam cię, że to nie tylko kur­tu­azja. Bar­dzo cię polu­bili. A Klarę to w ogóle pierw­szy raz od dawna widzia­łem w takim wyda­niu i dobrym humo­rze! Chyba dostrzega w tobie mate­riał na kum­pelę, rzadko z kim­kol­wiek jej tak klika.

- Naprawdę? Jak komu­kol­wiek może z nią nie kli­kać?

- Nie mie­ści się w gra­ni­cach nor­mal­no­ści, zwy­kle dziew­czyny mają ją za fre­aka i stro­nią od jej towa­rzy­stwa.

- Lubię twój dobór słów. Ale wra­ca­jąc do Klary, na­dal nie rozu­miem. Prze­cież jest w niej tyle jakiejś łagod­nej siły, każdy chce się takiej osoby trzy­mać...

- Mówisz tak, bo pew­nie sama nie znasz stra­chu. A ja odno­szę wra­że­nie, że ta, jak to pięk­nie uję­łaś, łagodna siła odstra­sza więk­szość ludzi. Dla­czego? Nie wiem. Ale tak jest.

- Może przy­po­mina im o ich wła­snych sła­bo­ściach? Może jest tym, czym w głębi chcie­liby być, ale nie mają odwagi się stać...? Takie pijac­kie filo­zo­fo­wa­nie... bre­dzę.

- Myślę, że może być cał­kiem w punkt. Ale tak, to trudny temat... - uciął w pół zda­nia i spoj­rzał w lewo. - Patrz, to już twoje wyj­ście, chodź.

Zeszli­śmy z plaży i weszli­śmy do ciem­nego lasu. Pies wciąż bie­gał bez smy­czy i znik­nął gdzieś w mroku, a ja zesztyw­nia­łam. Ciemny las prze­ra­żał mnie, odkąd pamię­tam.

- Prze­pra­szam, ale muszę się cie­bie zła­pać, bo umie­ram ze stra­chu - szep­nę­łam i nie cze­ka­jąc na przy­zwo­le­nie, wsu­nę­łam rękę pod jego ramię i mocno się uchwy­ci­łam.

- Nie ma pro­blemu! Trzy­maj, ile chcesz.

Teraz byli­śmy już rów­nego wzro­stu. Szli­śmy krótki kawa­łek, który przez ciem­ność okrut­nie się dłu­żył. W końcu dotar­li­śmy do torów kole­jo­wych, gdzie świa­tło latarni przy­wró­ciło mi odwagę. Puści­łam rękę Maxa i zapię­łam Mar­ci­nowi smycz. Prze­szli­śmy przez jezd­nię i za chwilę zna­leź­li­śmy się na wprost wej­ścia na kem­ping.

Krę­ciło się sporo pija­nych ludzi, ktoś rzu­cił butelką w stół bilar­dowy i roz­trza­skała się z hukiem w drobny mak.

- Wow! I takie panują zwy­czaje na naj­droż­szym kem­pingu w Cha­łu­pach? - spy­tał, zaśmie­wa­jąc się.

- Bana­nowe dzieci bywają bydłem - odpar­łam krótko.

- Odpro­wa­dzę cię do przy­czepy. - Max wysu­nął do mnie zgiętą wpół rękę, żebym znów ją chwy­ciła.

- Pod warun­kiem że dasz mi pro­wa­dzić psa... - powie­dzia­łam zawa­diac­kim tonem.

- Cały twój! - wrę­czył mi smycz.

Skrę­ci­li­śmy w lewo i ruszy­li­śmy przed sie­bie. Minę­li­śmy kilka kem­pin­go­wych popi­jaw. Nachlani ludzie leżeli na pia­chu przed namio­tami, a jeden gość wymio­to­wał do kosza. Obser­wo­wa­li­śmy to bez komen­ta­rza. Zostało nam może pięć­dzie­siąt metrów do mojej przy­czepy, gdy usły­sza­łam za sobą bez­ce­re­mo­nialny wrzask:

- Ej, mała!

Od razu pozna­łam ten głos... To pijany Adam darł się wnie­bo­głosy. Gra­łam głupa, że nie wiem, o co cho­dzi, ale czu­łam wstyd i nara­sta­jące napię­cie.

- Naprawdę grubo na tym waszym kem­pingu... - wyszep­tał Max.

- Ej, mała! - Wrzask się powtó­rzył i zawtó­ro­wał mu odgłos szyb­kich, cięż­kich kro­ków.

Adam sta­nął tuż za nami i nie mogłam dłu­żej uda­wać, że nic się nie dzieje. Odwró­ci­łam się i powie­dzia­łam chłodno:

- Adam, to do mnie tak wrzesz­czysz? Chyba coś ci się pomy­liło. Zrób mi przy­sługę i zostaw nas w spo­koju, widzisz chyba, że mam towa­rzy­stwo. - Ski­nę­łam głową w stronę Maxa. - Jesteś pijany, wra­caj do sie­bie.

- Bar­dziej chcia­łem zaj­rzeć do cie­bie, wró­cić do tego, na czym skoń­czy­li­śmy... - wybeł­ko­tał z głup­ko­wa­tym uśmie­chem, uda­jąc bar­dziej pija­nego, niż był w rze­czy­wi­sto­ści.

- Teraz jesteś nie tylko żało­sny, ale zwy­czaj­nie cham­ski. Pro­szę cię po ludzku, zostaw nas.

- O! Prze­pra­szam, nie zauwa­ży­łem, że ktoś obok cie­bie stoi - zakpił ze wzro­stu Maxa.

- Rozu­miem. Wydaje ci się, że twoje żarty są bar­dzo zabawne, ale zauważ, że śmie­jesz się jako jedyny - powie­dział Max, robiąc krok do przodu. - Kobieta prosi cię, żebyś ją zosta­wił, usza­nuj to i daj jej spo­kój.

- O! Pan adwo­kat się ode­zwał! Myślisz, że możesz mi pod­ska­ki­wać? Takich jak ty to ja biorę na jeden strzał, spier­da­laj stąd!

- To ty spier­da­laj, bo zaraz zawo­łam ochronę i cię wypier­dolą z tego kem­pingu - wtrą­ci­łam.

- Jaką ochronę, o czym ty pier­do­lisz! - Adam znów spoj­rzał na Maxa. - Byłaś na szczy­cie, a teraz, widzę, rów­nasz w dół!

Odwró­ci­łam głowę w bok i zaci­snę­łam wargi, oddy­cha­jąc głę­boko. Cze­ka­łam, aż fala zło­ści się roz­myje, jak radzą znawcy tech­nik bud­dyj­skich. Nie­stety zamiast tego ona tylko nara­stała, aż w końcu roz­biła się pię­ścią na jego twa­rzy - w zwy­czaju mało popu­lar­nym na Dale­kim Wscho­dzie, za to cał­kiem typo­wym dla obszaru Pol­ski.

- Ty głu­pia pizdo! - wrza­snął Adam i zdzie­lił mnie, tra­fia­jąc w kość jarz­mową.

Zami­go­tał mi świat tysią­cem barw, jak u Lip­nic­kiej. Tylko cudem dalej sta­łam na dwóch nogach. Kiedy się otrzą­snę­łam, było już poza­mia­tane. Adam leżał na ziemi, zapiasz­czony i zalany krwią sączącą się z nosa. I to Max go tak urzą­dził, o iro­nio, a prze­cież prze­gry­wał wzro­stem.

- Nic ci nie jest? - spy­tał, chwy­ta­jąc mnie za bark i przy­glą­da­jąc się obi­tej twa­rzy.

- Jestem cała, nie ma tematu - zawsty­dzi­łam się i nie chcia­łam, żeby mi się przy­glą­dał. - Sama się o to pro­si­łam. Prze­pra­szam, że posta­wi­łam cię w takiej sytu­acji.

- Nie. Zosta­li­śmy w niej razem posta­wieni. Ten pajac pozo­sta­wił nie­wiele prze­strzeni na inną reak­cję. Za nic nie prze­pra­szaj. Kto to w ogóle jest?

- Mój poprzedni instruk­tor - żach­nę­łam się. - Ten, który nie umiał nauczyć mnie zwrotu. Ład­nie to wtedy okre­śli­łeś, w ogóle podoba mi się, jak mówisz.

Dotknę­łam policzka. Piekł potwor­nie.

- No to widzę, że mia­łaś wiele powo­dów, żeby zmie­nić instruk­tora! Nie­trudno będzie go pobić... na każ­dym polu, nie tylko na pię­ści. - Spoj­rzał na mnie z uśmie­chem i mru­gnął okiem. - Cie­szę się, że lubisz, jak mówię. - Prze­cią­gle spoj­rzał mi w oczy. - Cho­ciaż nie wiem, co spe­cjal­nego w tych moich sło­wach znaj­du­jesz.

- Chyba też nie do końca jesz­cze wiem.

Doszli­śmy do przy­czepy.

- Wejdę na chwilę. Muszę zoba­czyć twoją twarz w świe­tle, bo naprawdę mocno ci przy­wa­lił - oznaj­mił.

- Jasne, wchodź! Mi casa es tu casa.

Zapa­li­łam świa­tło, Max zmarsz­czył brwi i zaczął przy­glą­dać się stłu­czo­nemu policz­kowi, był tak bli­sko, że czu­łam cie­pło jego odde­chu.

- Nie wygląda to dobrze. Zoba­czymy jutro, jak będziesz się czuła, ale chyba musisz jechać z tym do szpi­tala, puch­nie jak złe. Masz lód?

- Mam mie­szankę chiń­ską.

- Ide­al­nie, dawaj.

Z pro­wi­zo­rycz­nej zamra­żarki wycią­gnę­łam ści­śniętą torebkę zmro­żo­nych warzyw.

- Pro­szę.

- Zawiń to w jakiś cienki T-shirt i przy­łóż na pół godziny. Póź­niej włóż z powro­tem do zamra­żarki i powtórz tak kilka razy - mówił, obser­wu­jąc pod świa­tło obite miej­sce. - Ja nie, ale Mar­cin zosta­nie z tobą na noc. Wystar­czy, że wydasz komendę "bierz go" i z każ­dym sobie pora­dzi.

- Nie myślisz chyba, że Adam przyj­dzie mnie tu nękać?

- Nie pomy­ślał­bym, że zoba­czę gościa tłu­ką­cego dziew­czynę. Bet­ter safe than sorry - użył lubia­nego przeze mnie powie­dze­nia.

- Masz rację. Dzię­kuję.

- Rano tu wpadnę, zoba­czyć, co i jak.

- Nie, no co ty! Prze­cież nie będziesz bie­gał do mnie mię­dzy kur­san­tami, to bez sensu. Nie rób sobie kło­potu, dam sobie radę!

- Jutro mam zaję­cia tylko z tobą, więc o nic się nie martw. Gdyby coś się działo, to dzwoń, zosta­wiam na noc włą­czony dźwięk. - Max pokle­pał mnie w ramię i odwró­cił się w stronę wyj­ścia.

- Pocze­kaj, mam jesz­cze jedno pyta­nie...

- No?

- Dla­czego nazwa­łeś psa Mar­cin?

Roze­śmiał się, zosta­wia­jąc pyta­nie bez odpo­wie­dzi.

- Do zoba­cze­nia za kilka godzin. I pamię­taj, gdyby cokol­wiek się działo, dzwoń!

Poło­ży­łam się z mro­żonką Hor­texu przy­ło­żoną do twa­rzy. Zapro­si­łam Mar­cina do łóżka, a on bez chwili namy­słu do niego wsko­czył. Nie miało dla mnie zna­cze­nia, że jego sierść była pełna pia­chu po wie­czor­nych sza­leń­stwach na plaży ani że okrop­nie liniał - bez namy­słu zapro­si­łam go pod koł­drę. Chwilę tak ze mną leżał, ale chyba zro­biło mu się za gorąco, bo w końcu wylazł spod przy­kry­cia i uło­żył się w moich nogach, gdzie został do rana.

Zasnę­łam jak kamień. Obu­dziło mnie stu­ka­nie do drzwi. Otwo­rzy­łam oczy, cał­kiem roz­mro­żone warzywa zmie­niły się w papkę, a pla­sti­kowe opa­ko­wa­nie naj­wy­raź­niej podziu­ra­wiło się, gdy na siłę wci­ska­łam je do mini­zam­ra­żarki, bo cała poduszka była kom­plet­nie mokra i pach­niała grzy­bami mun. Czu­łam pul­su­jący, okropny ból w lewej czę­ści twa­rzy. Puka­nie nie usta­wało, więc odchrząk­nę­łam i powie­dzia­łam gło­śno:

- Już, sekundkę.

Mia­łam na sobie szary T-shirt w roz­mia­rze XXL, który się­gał mi do połowy uda, i gacie rodem z rene­sansu. Mar­cin szcze­kał pod drzwiami i mer­dał ogo­nem, zdra­dza­jąc, kto się do nich dobija. Odsu­nę­łam go deli­kat­nie i otwo­rzy­łam drzwi. Moim oczom uka­zał się Max, stał uśmiech­nięty, trzy­ma­jąc w ręku papie­rową torbę.

- Hej - powie­dzia­łam i cof­nę­łam się, robiąc mu przej­ście, po czym wyszłam z przy­czepy i zablo­ko­wa­łam drzwi wej­ściowe tak, żeby zostały otwarte. - Muszę tu wpu­ścić tro­chę powie­trza. Masz ochotę na kawę?

- Mam, i to wielką, dla­tego przy­nio­słem nam po jed­nej. Mam nadzieję, że lubisz latte? Widzia­łem, że dole­wa­łaś sobie mleka sojo­wego u nas w szkółce, więc wła­śnie z takim ci ją zamó­wi­łem - opo­wia­dał, wyj­mu­jąc kubki z wiel­kiej torby. - Wzią­łem nam też po jago­dziance. Jak minęła noc?

- Boże, czy ty ist­nie­jesz naprawdę? Dzię­kuję ci! - odpar­łam, usia­dłam naprze­ciwko niego i rado­śnie pochwy­ci­łam latte. - Dokład­nie taką piję i uwiel­biam jago­dzianki. Naj­lep­sze śnia­da­nie, jakie mogła­bym sobie wyśnić! A co do snu, to chyba nikt tu się nie dobi­jał... Sama nie wiem, odpa­dłam od razu. Obu­dzi­łeś mnie w tym momen­cie. Która jest w ogóle godzina?

- Jest ósma, kilka minut po. Cie­szę się, że ci sma­kuje - powie­dział, zawie­sił głos i dodał po chwili: - A widzia­łaś się już w lustrze?

- Nie, jesz­cze nie... Jest aż tak źle? Czuję, że nie może być dobrze...

- Nie wygląda to naj­le­piej... Idź, zobacz.

Poszłam.

- O ja pier­dolę - powie­dzia­łam naj­spo­koj­niej, jak umia­łam.

- Zjedz, ogar­nij się i jedziemy do szpi­tala do Wej­he­rowa. Nie ma na co cze­kać. Czy Mar­cin może zostać u cie­bie w przy­cze­pie na ten czas? Niczego nie znisz­czy.

- Oczy­wi­ście, że może! Ale jesteś pewien, że chcesz ze mną jechać? Nie szkoda ci czasu? Naprawdę mogę ogar­nąć to sama.

- Wiem, że możesz, nie wąt­pię. Ale gdy­bym to ja był na twoim miej­scu, chciał­bym, żebyś mi towa­rzy­szyła. Jedziemy razem, koniec gadki. Biorę psa na krótki spa­cer, a ty się w tym cza­sie przy­go­tuj, okej? A, i masz to. - Max wycią­gnął do mnie rękę, w któ­rej trzy­mał czapkę z dasz­kiem. - Może się przyda.

- Naprawdę pomy­śla­łeś o wszyst­kim! Przyda się, na pewno.

Wzię­łam do ręki base­bal­lówkę, a Max odda­lił się z psem. Zaczę­łam się przy­glą­dać czapce. Była w kolo­rze khaki, ze skó­rza­nym paskiem do regu­la­cji i małą meta­lową kla­merką z wytło­czo­nym wzo­rem wie­lo­ryba. Nad dasz­kiem wyszyta była mała deska sur­fin­gowa. Przy­su­nę­łam czapkę do nosa i pową­cha­łam ją - nie wiem dla­czego, jakoś tak odru­chowo. Pach­niała tro­chę słoną wodą, tro­chę ludzką głową i tro­chę przy­godą. Widać było, że swoje prze­żyła. Zało­ży­łam ją i dopa­so­wa­łam, zaci­ska­jąc cia­sno pasek. Nie waży­łam się nawet zmie­niać kształtu daszka, choć wypłasz­czony wyglą­dałby lepiej. Wsko­czy­łam w naj­więk­szą bluzę, jaką mia­łam w sza­fie, nacią­gnę­łam kap­tur i ruszy­łam w stronę kem­pin­go­wych prysz­ni­ców. W sobotę rano nie widać było pra­wie nikogo - ska­co­wani albo jesz­cze pijani dogo­ry­wali w swo­ich zatę­chłych namio­tach i przy­cze­pach. Słońce świe­ciło z pełną mocą, a na nie­bie nie widać było ani jed­nej chmury - piękny dzień, zbyt piękny, żeby spę­dzać go w szpi­talu, ale nie było wyboru.

Przy­go­to­wa­łam sobie kosme­tyczkę i ręcz­nik. Przed wej­ściem pod prysz­nic zer­k­nę­łam do lustra - świa­tło w kem­pin­go­wej łazience uwy­dat­niło całą bru­talną prawdę. Białko oka było cał­kiem czer­wone, twarz stała się asy­me­tryczna, bo cała jej lewa część spu­chła i jakby opa­dła, a poli­czek zabar­wił się na sino­nie­bie­sko z domieszką czer­wieni. Wyglą­da­łam jak menel. Posta­no­wi­łam umyć włosy, żeby poczuć się lepiej, ale od początku coś mi mówiło, że to zły pomysł. Prze­ko­na­łam się o tym od razu, kiedy stru­mień wody dotknął mojego obi­tego lica - potwor­nie bolało. Uni­ka­jąc kon­taktu wody z twa­rzą, jakimś cudem w końcu spłu­ka­łam szam­pon z głowy. Było to na tyle nie­przy­jemne, że odpu­ści­łam nakła­da­nie odżywki, co oka­zało się kolej­nym błę­dem, za który zapła­ci­łam szar­pa­niną ze skoł­tu­nio­nymi, zupeł­nie nie­da­ją­cymi się roz­cze­sać kudłami. I choć osta­tecz­nie wygra­łam tę długą i nie­równą walkę, to wyglą­da­łam jak ofiara prze­mocy, którą - nawia­sem mówiąc - prze­cież byłam.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki