Rozdział 1. Zjeść ciastko czy mieć ciastko?
Rozdział 1
Zjeść ciastko czy mieć ciastko?
Miałam trzydzieści lat, pracę zdalną i zarobki tak dobre, że stać mnie
było na wszystko, czego chciałam. Wszystko w granicach rozsądku kobiety
z klasy średniej. Jeździłam kupioną za gotówkę toyotą highlander, na
ramieniu dyndała mi bandoliera od Prady, w której nosiłam nowego
iPhone'a, ręce miałam ozdobione rękawami wytatuowanymi w Juniorinku za
grube tysiące, a mojej twarzy nie opuszczał bezwstydny uśmiech wysadzany
śnieżnobiałym uzębieniem. Czoło było gładkie od delikatnego botoksu, a brzuch płaski - pewnie dlatego, że w knajpach jadłam sałatki i popijałam
je kombuchą. Przed latem szarpnęłam się i wynajęłam przyczepę kempingową
na Kaprze. Był to rok mojej osobistej prosperity, co manifestowało się w każdej mojej komórce.
W takim stanie ciała, i równie dobrym ducha, pojechałam rzeczoną toyotą
na rzeczony kemping i rozpoczęłam trzymiesięczne wakacje, sprawiedliwie
dzieląc czas między pracę a szeroko pojęty relaks.
Po dotarciu udałam się do najbliższej bazy windsurfingowej,
powiedziałam, że mam trzy miesiące, żeby nauczyć się pływać na desce, i chcę kogoś, z kim uda mi się to osiągnąć. Przydzielili mi uroczego
dzieciaka o kosmicznych umiejętnościach. Był mistrzem Europy we
freestyle'u, mistrzem Polski w wavie i Bóg wie, w czym jeszcze. Na pewno
jednak nie był mistrzem instruktażu i fakt, że nauczyłam się
czegokolwiek podczas kilku wspólnych lekcji, świadczy o tym, że cuda
naprawdę się zdarzają.
Nigdy jednak nie dowiedziałabym się, jak słabym jest nauczycielem, gdyby
nie to, że pewnego dnia rozchorował się potwornie (czytaj: miał kaca) i zostało mi przydzielone zastępstwo. Wtedy poznałam Adama...
Adam - drugi instruktor - był żywym wcieleniem Adonisa. Nie wiem, jakim
cudem udało mu się tak długo umykać mojej uwadze, ale teraz - kiedy był
już na radarze - nie było cienia szansy, by go odzobaczyć.
Obcięte krótko ciemnoblond włosy, muśnięte słońcem, lekko falowane i pięknie układające się na kształtnej czaszce, tworzyły ramę dla
brązowych oczu, zgrabnego nosa i przepięknego rzędu zębów osadzonych w szerokiej szczęce, bielących się z każdym uśmiechem, dokładnie jak moje.
Cały ten obrazek na płótnie z oliwkowej skóry wyglądał jak najlepsza
pamiątka z wakacji. Miał ze sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu,
szerokie barki, mocny tors z widocznym sześciopakiem i długie nogi obite
smukłymi mięśniami. Z pełną odpowiedzialnością orzekam, że nigdy
wcześniej, i nigdy później, nie widziałam lepszego zlepka genów. Był
idealny, naprawdę był. Nie dało się go nie chcieć, nie można było
wyzwolić się spod jego uroku.
Działał na moją wyobraźnię jak plac zabaw na dzieci, chciałam z nim
zrobić wszystko. A on? A on o tym doskonale wiedział.
Bawiło mnie to, jak się prezentował. Widać było, jak rozgrywa swoje małe
turnieje, chodząc zawsze wyprostowany i uśmiechnięty, na pseudoluzie.
Myślę, że dużo lasek się na to nabierało, ale nie ja - przez lata
trenowania wioślarstwa widziałam nie takich gagatków. Fakt, że była to
gra, zupełnie mi jednak nie przeszkadzał i jak nigdy wcześniej byłam
gotowa wejść all in.
Gdyby ta historia wydarzyła się kilka lat wstecz, na pewno
zachowywałabym się w jego towarzystwie inaczej. Plotłabym w stresie
jakieś bzdury, by zaraz ich pożałować, i przyjęłabym maskę niezależnej
twardzielki, sądząc, że to go zanęci. Na szczęście zgromadziłam już
trochę kobiecej mądrości, której z każdymi kolejnymi urodzinami mi
przybywało, i wiedziałam, że w przypadku słów mniej znaczy więcej. A co
do samowystarczalności i życiowej pewności siebie - nauczyłam się, że na
większość mężczyzn działają jak trawa cytrynowa na komary, więc
trzymałam je w ukryciu.
Biorąc z mojego kosza obfitości tylko niezbędne minimum, zaczęłam grać
do jego rytmu, nie wychodząc przed szereg. Zamiast jednego, miałam nagle
dwa cele na to lato: nauczyć się windsurfingu i poczuć w sobie mojego
instruktora. Wyobrażałam sobie, jak wdycham zapach z jego ust, gdy będąc
na mnie, silnymi, powolnymi ruchami bioder zbliża nas do orgazmu.
Odpalałam wieczorami w głowie ten film i robiłam sobie dobrze na
dobranoc.
Dni mijały, a mnie na desce szło coraz lepiej. Skrupulatnie
przygotowywałam się przed lekcjami - bynajmniej nie poprzez czytanie
podręczników sportowych! - i w hołdzie próżności stroiłam się jak szczur
na otwarcie kanału, żeby przypadkiem nie umknąć jego uwadze.
Byłam gwiazdą zatoki, oczywiście nie jedyną, ale jedną z niewielu.
Kupiłam sobie piankę z długimi rękawami i dołem bikini, która idealnie
podkreślała moją sylwetkę: szerokie, smukłe barki i apetyczny, lekko
odstający tyłek. Wiązałam włosy wysoko na głowie i plotłam warkocz,
który dodawał mi młodzieżowego, świeżego uroku. Filtr UV z podkładem
sprawdził się idealnie jako kamuflaż wyprysków na twarzy (kilka razy
zdarzyło mi się użyć go też na pośladkach, kiedy wyskoczył mi - nomen
omen - wrzód na dupie). Po tych rytuałach szłam w wydaniu nieco
osłodzonej action woman na brzeg zatoki. Wyprostowana, ale nie
uśmiechnięta, z bojową postawą, niby na luzie, ale o tym, że był "niby",
wiedziałam tylko ja.
*
W słonecznej toni odbijającej się od zielono-błękitnej tafli stał on, z opuszczoną do połowy pianką, eksponując swoje boskie ucieleśnienie.
Powitał mnie uśmiechem, w którym dostrzegłam coś nowego - zachwyt. To
znaczyło, że moje wysiłki zostały docenione i już z całą pewnością
wiedziałam, że nie jestem mu obojętna.
Byliśmy tak piękni, tak warci siebie, że grzechem byłoby zmarnować ten
potencjał.
Jestem pewna, że z boku wyglądaliśmy komicznie, bo w chemicznym
odurzeniu wszyscy tak wyglądają. Czy to nie zabawne, jak różna jest
perspektywa tańca godowego? Dla publiki to kupa śmiechu, a dla
bezpośrednio zaangażowanych - magia. Hormony potrafią nieźle namieszać w głowie. Teraz już to wiedziałam, na szczęście... bo za szczenięcia
byłabym gotowa nazwać tę dopaminową jazdę miłością życia.
Staliśmy w wodzie do kolan, plotąc trzy po trzy. Mokra skóra w promieniach letniego słońca, opalenizna podkreślająca dokładnie to, co
trzeba. Powietrze od chemii zgęstniało na kisiel. Tamtego dnia odbyłam
wyjątkowo owocną sesję: i windsurfingu, i uwodzenia. Był pod moim
urokiem, ale mężczyźni - chyba przez testosteron - mają wbudowaną w mózg
funkcję pościgu i rywalizacji; kiedy coś przychodzi im zbyt łatwo, tracą
zainteresowanie. Nie była to moja pierwsza gra i wiedziałam, że to jest
to miejsce na planszy, gdzie muszę wprowadzić element pogoni i zadbać,
żeby się chłopak trochę napocił.
Musiał się zdziwić, kiedy nie pojawiłam się następnego dnia rano na
lekcji i nie odbierałam telefonu. Po kilku nieudanych próbach
dodzwonienia się postanowił wysłać wiadomość:
Hej! Zabrakło Cię dziś na porannym pływaniu. Daj znać, czy wszystko
jest OK. Pzdr!
Odpowiedziałam po sześciu godzinach:
Hej! Przepraszam, wpadłam w wakacyjny wir i trochę zabalowałam, dopiero
wróciłam do przyczepy ;)
Od razu odpisał:
Kac. Najgorzej. Nie potrzebujesz czegoś? Mogę przynieść Ci ramen... :)
Oferty ramenu nie odrzuca się nigdy - jest najlepszy na kaca, nawet tego
zmyślonego.
Szybko się przygotowałam. Włosy związałam w kucyk, wyciągając przednie,
krótsze pasma, by opadały luźno na twarz. Włożyłam miękką piżamę, która
niedefinitywnie podkreślała mój tyłek, pozostawiając przestrzeń dla
wyobraźni. Rzęsy musnęłam odżywką, brwi delikatnie podkreśliłam żelem, a na usta nałożyłam balsam - nazywałam ten styl sexy & cozy.
Przyczepa była stosunkowo spora w porównaniu z innymi. Na jednym końcu
znajdowało się duże, dwuosobowe łóżko, a na drugim - stolik z kanapą w kształcie litery U. Przestrzeń pomiędzy wypełniał mały aneks kuchenny i szafki ubraniowe. Z przyczepy wychodziło się bezpośrednio do rozłożonego
przed nią poliestrowego przedsionka na aluminiowym stelażu - tworzył
dodatkową część mieszkalną, gdzie stał czteroosobowy plastikowy stół z krzesłami i wieszak do suszenia mokrych pianek, trapezów i innego
sportowego sprzętu. Lubiłam jeść tam śniadanie, bo po odsłonięciu
frontalnej kotary zaglądało do mnie poranne słońce, które przypominało,
że życie jest piękne.
Innego dnia zaproponowałabym, żebyśmy zjedli właśnie w przedsionku, bo
po słonecznym dniu ziemia jeszcze przez wiele godzin po zachodzie
dyszała gorącem. Tamta sobota była jednak pochmurna i choć na dworze
było jeszcze jasno, powietrze zdążyło stać się wilgotne i rześkie.
Zjawił się z dwiema porcjami ciepłej zupy. Zaprosiłam go do środka.
Miałam mnóstwo sojowych świec o zapachu owoców tropikalnych, które
paliły się non stop, wypełniając wnętrze przepięknym, energetyzującym
zapachem. Posprzątałam, bo choć mam niezwykły talent do robienia wokół
siebie śmietnika, znacznie bardziej cieszy mnie porządek. Myślę, że ta
tendencja do bałaganiarstwa i umiłowanie ładu odzwierciedlają moją
osobowość: chciałabym być poukładana, ale zwyczajnie nie leży to w mojej
naturze. Staram się jednak utrzymywać harmonię - zarówno zewnętrzną, jak
i wewnętrzną - licząc, że pewnego dnia ten wysiłek przerodzi się w nawyk.
Na szafce stały równo ułożone książki, na stoliku - miseczka z orzechami
laskowymi, jedna ze świeczek i mały notatnik. Wnętrze rozjaśniało
ciepłe, subtelne światło. Łóżko nakryłam szarym, plecionym kocem i rzuciłam na nie kilka ozdobnych poduszek, obok których leżał laptop i słuchawki, co dodawało całej kompozycji naturalności. Kupiłam nawet
kwiatek, który postawiłam na wiszącej przy oknie półce. Wyszło całkiem
hygge.
Zrobiłam z tej niemieckiej przyczepy stosunkowo polski azyl - w końcu na
nadchodzące trzy miesiące miała być moim domem.
Wszedł i z wyraźnym uśmiechem na ustach powiedział:
- Wow! Ale masz tu miło!
- Dziękuję - odparłam, uśmiechając się słodko, ale bez zębów.
- Siadamy tu? - Adam wskazał kiwnięciem głowy stolik.
- Tak, jasne! Rozgość się.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Miałam przed sobą żywe dzieło sztuki,
które oglądałam z nienachalnym zachwytem.
Wszystko zapowiadało się świetnie do momentu, gdy zaczęliśmy jeść.
Nachylił się nad plastikową miską tak, że może centymetr dzielił jego
nos od zupy, która rozbryzgiwała się na wszystkie strony, gdy
bezceremonialnie wsysał makaron. Siorbał i mlaskał, trzymając oba łokcie
na stole i z Adonisa zmienił się w obrzydliwą świnię. Czekałam tylko, aż
skończy żreć.
Każdy ma swoje słabości i - niekoniecznie znajdujące odbicie w logice -
upodobania. Ja preferuję estetycznie jedzących ludzi. Razi mnie, gdy
ktoś rzuca się na posiłek jak wygłodniałe dzikie zwierzę. Chcę widzieć
wyprostowaną sylwetkę, celebrację każdego kęsa, zamknięte usta i łokcie
przy sobie. Chociaż wiem, że sposób jedzenia nie czyni z człowieka
dobrej lub złej osoby, to nawet nie chce mi się próbować z tym moim
upodobaniem walczyć. Jest ono we mnie zbyt mocno zakorzenione.
Usztywniona i zdegustowana, powoli jadłam swój ramen. Używałam zarówno
łyżki, jak i pałeczek, licząc, że może jaskiniowca zainspiruję -
bezskutecznie. Ta tortura skończyła się z ostatnim łykiem zupy, który
wypił z miski, oblewając sobie lewą część policzka. Na szczęście miałam
jeszcze połowę swojej porcji i - już z rozluźnionymi ramionami - w spokoju skończyłam.
- Zupa była pyszna, dziękuję! Ile jestem ci winna? - zapytałam,
otwierając portfel.
- Pięćdziesiąt złotych - odpowiedział krótko. - Nieźle się tu
urządziłaś, dawno nie byłem w tak przytulnej przyczepie, aż nie chce się
wychodzić.
- Nikt cię nie wygania - uśmiechnęłam się subtelnie. - Cieszę się, że ci
się podoba.
- To powiedz mi teraz, co to za impreza tak zmiotła cię z nóg, że nie
dotarłaś na dzisiejsze zajęcia?
- Koleżanka mieszka dwa kempingi stąd i zaprosiła mnie do siebie. Było
miło i się przeciągnęło, nic specjalnego - odparłam z lekkością godną
profesjonalnego kłamcy.
- Nic specjalnego? Jeśli "nic specjalnego" wystarczy, żebyś odpuściła
lekcję ze mną, to znaczy, że poniosłem wielką porażkę - powiedział
półżartem, rozkładając ręce i wbijając plecy w oparcie.
- No niech ci będzie. - Zaśmiałam się, tym razem pokazując zęby. - Było
naprawdę dobrze, nie chciało mi się stamtąd ruszyć.
- O, a to czemu? Poznałaś kogoś interesującego? - zapytał, kładąc ręce
na stole i przysuwając się do mnie najbliżej jak mógł.
- O! Czy to przesłuchanie? - prowokowałam. - A jakie to by miało
znaczenie?
- Dla mnie dość spore, bo oznaczałoby, że zbyt mocno przykładam się do
naszych lekcji - odpowiedział z zawadiackim uśmiechem.
- Nie trać zaangażowania w nasze lekcje, nie masz powodu - wyszeptałam,
również kładąc przedramiona na stole i wyzywająco spotykając go w połowie dzielącego nas metrowego blatu.
Delikatnie dotknął mojego podbródka i żuchwy. Rozluźniłam mięśnie i pozwoliłam mojej twarzy zanurzyć się w cieple jego dłoni. Przyciągnął
mnie do siebie i zaczął całować.
Na zewnątrz pierwsze krople deszczu uderzały w dach przyczepy,
wygrywając moją ulubioną, letnią melodię. Zaczynał się drugi tydzień
lipca, a wyglądało na to, że zaplanowane na cały okres wakacji zadanie
zostanie wykonane grubo przed czasem. Mogłam to przeciągać, być
niedostępną i budować między nami większe napięcie. Mogłam i nawet przez
chwilę to rozważałam, ale ostatecznie uznałam, że mi się nie chce.
Oddałam mu więc stery, a on pokierował nas prosto do łóżka.
Zdjął z siebie bluzę i od razu spojrzał na mnie, sprawdzając reakcję;
widziałam, że był dumny ze swojego ciężko wypracowanego torsu, ale bez
koszulki widziałam go już nieraz i zdążyłam się przyzwyczaić do tego -
bezdyskusyjnie wspaniałego - widoku. Moja twarz nie krzyczała "wow", a to go wyraźnie nie ucieszyło. Chwycił moje dłonie i położył je na swojej
klatce piersiowej, domagając się atencji. Nie do końca mi się to
spodobało, więc szybkim ruchem przesunęłam dłonie na szyję,
przyciągnęłam go do siebie i wróciłam do całowania.
Nie tracił czasu, powiedziałabym nawet, że nadmiernie się spieszył.
Zdawał się kompletnie nie rozumieć, że potrzebowałam trochę więcej niż
on, żeby być gotową, i macanie jego klatki zdecydowanie nie było
wystarczające.
Zdjął mi bluzkę i zaraz później swoje spodnie. Dotknął moich piersi
przez koronkowy stanik. Gdy poczułam palce na sutkach, fala gorąca
uderzyła moje ciało, czekałam, aż go zdejmie, zacznie mnie ssać i całować, ale nie zrobił tego. W końcu zsunął dół mojej piżamy i zostałam
w samej bieliźnie. Polizał mój brzuch i znikąd, niczym Houdini, wydobył
prezerwatywę, którą założył jednym ruchem ręki.
Nie przestając całować nawet na ułamek sekundy, odchylił moje majtki,
robiąc sobie wejście, i powolnym ruchem wsunął się we mnie. Trochę
szybko się to wszystko wydarzyło, ale skoro już tu byliśmy, to let's do
it, pomyślałam.
Przyciskałam jego miednicę do swojej, żeby też odczuć pełną przyjemność,
ale wciąż nieściągnięte figi nie ułatwiały zadania. Skupiona na
znajdowaniu odpowiedniej pozycji, nawet nie zdążyłam się obejrzeć, kiedy
skończył. Nie napatrzyłam się na jego piękną twarz, szkoda. Szybko
zszedł ze mnie, wciągając bokserki, zsunięte wcześniej tylko do połowy
ud.
- Ale było dobrze - powiedział lekko zdyszany.
- Dobrze? - Uniosłam brwi. - Chciałabym móc powiedzieć to samo -
oznajmiłam, patrząc na niego ze zmarszczonym czołem.
- Spokojnie, mała, może następnym razem ci się uda.
- Mnie się uda? Nie sądzisz, że to też trochę twoje zadanie?
- Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby dziewczyna po seksie ze mną była
niezadowolona, a nie zrobiłem niczego inaczej, niż zwykle... To raczej
jasne, że nie ja jestem tutaj przyczyną.
- Jeżeli to twój zwyczajowy performance, to mogę cię zapewnić, że
twoje dziewczyny zwyczajnie udawały - odrzekłam, śmiejąc się w głos. -
Ubierz się i wyjdź. Nie mamy o czym więcej rozmawiać. Dodam tylko, że
nie zdarzyło mi się, żeby mężczyzna zostawił mnie bez orgazmu.
- Dobra, mała, wyluzuj! Jak chcesz, mogę zrobić ci dobrze.
- Nie jestem dla ciebie żadna "mała" - wycedziłam przez zęby. - Po
takiej próbce nie mam ochoty na nic więcej, możesz wyjść.
- Dobrze, Karolina. Już wychodzę, nie musisz mówić dwa razy.
Wzięłam prysznic w kempingowej łazience, z której pędem wróciłam do
przyczepy. Weszłam pod kołdrę, całe szczęście nieskalaną jego DNA, bo
zadbałam, żeby nie leżał na niczym innym niż szara narzuta.
Ciągle przetwarzałam w głowie, co właśnie się wydarzyło. Byłam tak
zdegustowana, że nawet nie myślałam o własnoręcznym skończeniu tego,
czego jemu nie udało się zrobić.
Co za narcyz! Kiedy człowiek jest knurem przy stole, to takim samym
knurem jest w łóżku. Nauczka na całe życie. Jak dobrze, że zamiast grać
na zwłokę, zaliczyłam go już teraz... Nie zniosłabym myśli, że
zmarnowałam jeszcze więcej czasu dla takiej żenady. Otworzyłam książkę i uciekłam do świata, gdzie ludzie walczyli ze smokami, a potem zasnęłam.
Następnego dnia poszłam wypisać się ze wszystkich pozostałych lekcji z Adamem, które zarezerwowałam sobie do końca lipca. Spytali dlaczego, a ja skłamałam, że mam superokazję u znajomego i robię to w celach
oszczędnościowych. Tyle mnie tam było. Później poszłam prosto na
sąsiedni kemping i zapisałam się do pierwszej lepszej szkółki.
Poprosiłam o młodszego instruktora, bo chciałam tym razem się uchronić
przed chemicznymi burzami, których niespokojne wiatry komplikowały mi
naukę windsurfingu - tego, na czym naprawdę mi zależało.
*
Nowe miejsce było inne, zupełnie niekomercyjne. Właściciele - dwaj
goście w moim wieku - byli wiecznie spaleni blantem i zdawali się nie
kontrolować grafiku ani finansów. Mieli ten biznes chyba tylko po to,
żeby wakacjować pod przykrywką pracy. I chwała im za to. Nie każdy
potrafi iść na luzie przez życie, z niewymuszonym uśmiechem.
Interes dokładnie odzwierciedlał ich osobowości: było miejsce na błędy i czas na wszystko. Nikt nikogo nie ganił za spóźnienia - powiedziałabym
nawet, że czasowa obsuwa stanowiła niepisaną zasadę. Przedstawiali naukę
jako proces piękny sam w sobie, nikt nie obiecał mi, że podczas danej
liczby godzin nauczę się konkretnych umiejętności, byli jak przedszkole
Montessori - każdy osiągnie swoje wszystko we własnym czasie.
"Budynek" szkółki zbudowali z dykty umocowanej na drewnianym stelażu z trzcinowym dachem. Na wprost wejścia znajdowało się biurko wykonane ze
starej deski surfingowej, stały na nim drewniane wieszaki z ręcznie
robioną biżuterią i laptop, w którym rzekomo prowadzili zapisy, a tak
naprawdę scrollowali Facebooka. Na desce leżał też duży zeszyt oklejony
rozmaitymi nalepkami - i to w nim naprawdę zapisywali terminy zajęć i prowadzili listę klientów. Po lewej stronie pomieszczenia robiącego za
biuro postawili bambusowy stolik, a na nim ekspres przelewowy z zawsze
świeżo zaparzoną, gorącą kawą bez nuty kwasowości, lepki słoik miodu,
karton mleka sojowego i obtłuczone gliniane kubki, które każdy sam po
sobie mył - a przynajmniej myć powinien. Zaraz obok kusiła do lenistwa
miękka kanapa. Na niej można było sobie tę kawkę milutko wypić.
Po prawej rozciągał się długi wieszak z przeróżnymi ciuchami - taki mały
showroom lokalnych projektantów - i psie posłanie, całe w kudłach. Psa
za to nie było.
Obok posłania było przejście do całkiem sporej przechowalni szkółkowych
desek, żagli i pianek. Z magazynu bezpośrednio na plażę wychodziło się
przez wielką bramę, którą zamykali dopiero po zmroku.
Biedy nie było, ale w porównaniu z konkurencją ich biznes plasował się
jako raczej średniobudżetowy. Nie najnowszy sprzęt, sami młodzi
instruktorzy - bo starszym i bardziej doświadczonym trzeba by było
zapłacić proporcjonalnie więcej - i brak osoby odpowiedzialnej za
czystość... Chłopcy sprzątali sami i nie dało się tego nie zauważyć.
A ja? Ja byłam tym zachwycona. Nikt nie kazał mi się logować w systemach, miałam imię, a nie numer, i zwyczajnie podobał mi się ten
klimat, trochę jak w komunie. Zapisali mnie do młodego instruktora o imieniu Max - Max przez "x". Zaczynaliśmy jeszcze tego samego
popołudnia.
Nie zostało mi zbyt dużo czasu do lekcji, a piankę i strój miałam ze
sobą, więc postanowiłam skorzystać z kawowej oferty i spokojnie poczekać
na kanapie z kubkiem w dłoni. Po chwili dołączył do mnie pies.
- Marcin! - zawołał do psa jeden z instruktorów. - Wracaj!
Spojrzałam rozbawiona, ale pies jedynie machnął ogonem, nie bardzo
wiedziałam, czy w odpowiedzi, czy na mój widok. Czteroletni miks
owczarka niemieckiego z czymś bliżej nieokreślonym położył mi na
kolanach swój ciężki pysk, a po chwili czułości zdecydował się wskoczyć
na kanapę i ułożyć na niej ze mną - od razu zostaliśmy kumplami.
Przez godzinę, która została mi do lekcji, obserwowałam dynamikę między
chłopakami pracującymi w szkółce. Głośno się śmiali, okazjonalnie
rzucając w eter jakąś "kurwę". Na pierwszy rzut oka sondowałam, że nie
mieli nad sobą żelaznej ręki szefa, która zmiażdżyłaby jakikolwiek akt
niesubordynacji. Byli młodzi, wciąż jeszcze niefrasobliwi, ale przy tym
tryskali sympatią i życzliwością.
Głaskałam psa, otaczała mnie pozytywna energia i nie chciałam w tamtym
momencie być nigdzie indziej. Cieszyłam się każdym detalem. Znacie to
cliché "bądź tu i teraz"? Od wielu lat próbuję się w nim znaleźć, a w tamtej chwili akurat mi się udało.
W końcu pojawił się Max przez "x". O niewinnej twarzy, tak gładkiej, że
golił ją chyba tylko dla zasady. Włosy miał wypłowiałe od słońca, w kolorze szarobrązowym, wybitnie dobrze komponującym się z brązowożółtymi
oczami. Był niewysoki, miał może sto siedemdziesiąt dwa centymetry
wzrostu. Na pewno nie więcej, a możliwe, że mniej. Szerokie plecy,
zarysowana klatka i brzuch osadzone były na wąskich biodrach i nieproporcjonalnie chudych, odrobinę krzywych nogach.
Jestem bezpieczna, nie podoba mi się - pomyślałam z ulgą.
- Cześć, Karolina! Miło cię poznać!
- No cześć! Ciebie również. - Wstałam z kanapy i podałam mu rękę.
- Gotowa, żeby iść na wodę? Mamy dziś przyjemny wiaterek do nauki, wieje
jakaś trójeczka. Chłopaki mówiły, że miałaś już kilka lekcji.
- Gotowa ciałem i duchem, muszę tylko włożyć piankę. - Wskazałam na
leżący obok mnie neoprenowy strój. - Co do lekcji, to wszystko się
zgadza. Zrobiłam w sumie pięć godzin. Potrafię płynąć, ale zwroty nie
wychodzą mi kompletnie.
Obciął mnie wzrokiem od góry do dołu, jak kawałek drewna, po czym
stwierdził:
- Widać, że jesteś wysportowana. Ktokolwiek w pięć godzin nie zdążył
nauczyć cię zwrotów, był słabym nauczycielem. Na szczęście teraz jesteś
w moich rękach i wszystko nadrobimy. Leć się szykować, a ja wybiorę
sprzęt!
Nie spodobało mi się, że wygłosił taką opinię o człowieku, którego
zupełnie nie znał. Skąd pewność, że problem nie leży we mnie? A może
panicznie bałam się wody? Albo byłam kompletnym beztalenciem? Jaką miał
wiedzę i jakie podstawy, żeby wypowiadać się w ten sposób? Nie zrobiło
to na mnie dobrego wrażenia, ale też niespecjalnie się przejęłam, bo co
jak co, ale honor Adama akurat najmniej mnie obchodził.
Poszłam do bambusowej, przestronnej przebieralni, włożyłam piankę i związałam włosy - ciasno i dość niechlujnie. Nie zależało mi, by
wyglądać dobrze, nie było dla kogo.
Ta sama seksowna pianka, ta sama kobieta, a kompletnie inny efekt.
Wystarczy, że zmienia się nasza intencja i percepcja nas samych, którą
chcemy przedstawić światu, a od razu język ciała posłusznie wysyła
zupełnie inną wiadomość. Zamknięte barki i rozluźnione mięśnie
nietrzymające kręgosłupa w pionie, a pozwalające mu zaokrąglić się w łuk. Do tego zacisnęłam usta i moje i tak niewielkie wargi zmieniły się
w cienką kreskę. "Nie rzucam się w oczy" - taki niosłam komunikat. Mamy
więcej niż jedną wersję siebie i każda z nich jest tak samo prawdziwa,
pomyślałam, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Maznęłam jeszcze poliki
kolorowym sztyftem przeciwsłonecznym i wyszłam do instruktora.
- Sprzęt już gotowy! - krzyknął Max. Ruchem ręki pokazał, żebym szła za
nim. - Ty weźmiesz żagiel, a ja deskę. Wiesz, jak się go nosi?
- Chyba wiem - odpowiedziałam nieśmiało, kwestionując wszystko, czego
zostałam dotychczas nauczona przez mojego, przecież beznadziejnego,
pierwszego instruktora.
- No to łap i lecimy na wodę!
Złapałam i poszliśmy, na szczęście było całkiem blisko i umiałam nieść
żagiel jak trzeba.
Weszliśmy do wody, Max przymocował pędnik do deski.
- No to wskakuj - powiedział. - Popłyń dwadzieścia metrów, zrób zwrot i wróć do mnie.
- Przecież powiedziałam, że nie potrafię robić zwrotów.
- Zrób taki, jaki umiesz. Jeśli musisz, wrzuć żagiel do wody i przenieś
go na drugą stronę deski, tu jest bardzo płytko, dwadzieścia metrów stąd
będziesz miała wodę najwyżej do pasa.
Wlazłam na deskę zgodnie z poleceniem i popłynęłam. Zrobiłam koślawy
zwrot przez sztag, ale żagiel jakimś cudem pozostał nad wodą. Wróciłam
do brzegu, choć zwiało mnie jakieś dziesięć metrów w lewo od punktu
startu.
Max podszedł do mnie, ciągnąc za sobą drugi komplet sprzętu - ten był
dla niego.
- Już wszystko wiem - powiedział usatysfakcjonowany. - Teraz płyniemy
razem. Będziemy utrwalać dobre nawyki i oduczać się tych złych.
- Okej - przytaknęłam.
- Powiedz mi tylko, kto ci powiedział, żeby przednią rękę na bomie
trzymać podchwytem?
- Mój poprzedni instruktor...?
- Jest to legendarny chwyt, używa go pionier windsurfingu, Robby Naish.
Zobacz, to jego firmy masz żagiel. - Max wskazał na czerwony, dryfujący
po wodzie pędnik. - Sam Robby jednak mieszka na Maui i pływa na takim
wietrze i falach, o jakich nam się nawet nie śniło. Dlatego sugeruję,
żebyśmy zaczęli od klasycznego chwytu: obie ręce nachwytem. Pod koniec
sezonu, kiedy będziesz już miała takie umiejętności jak Naish, możemy
popróbować z chwytem mieszanym - dodał i mrugnął okiem.
Może odrobinę mniej, ale nadal mnie drażnił. Godzina zleciała jednak
bardzo szybko, a on zaproponował, żebyśmy kontynuowali. Nie miał
zapisanych już żadnych klientów, a mnie podobno nieźle szło. Zgodziłam
się, bo rzeczywiście czułam się na desce coraz pewniej.
Po skończonej lekcji wróciliśmy do bazy odstawić mój sprzęt. Zapytał,
czy nie zrobiłabym z nim jeszcze jednej rundki, by pomóc z drugim
kompletem. Poszłam, całkiem chętnie.
- I jak się czujesz po dzisiejszym pływaniu? Zmęczona?
- Nie jakoś bardzo. Jestem naładowana energią. To był dobry dzień.
- Bardzo dobry! Od razu wiedziałem, że będziesz miała do tego talent!
Zaledwie dwie godziny na wodzie, a już robisz zwrot przez sztag i ostrzysz! Pomyśl, co będzie za miesiąc!
- Dziękuję, że tak mówisz... - odpowiedziałam zadowolona.
- Skoro masz jeszcze sporo energii, może wpadniesz w takim razie
wieczorem na ognisko? Idziemy całą ekipą. Przyjdź, będziemy w lewo od
wejścia numer dziesięć w Chałupach.
- A będzie Marcin? - spytałam całkiem poważnie.
- Gdy tylko wszedłem do biura, od razu zauważyłem, że coś między wami
iskrzy... - zażartował. - Weźmiemy chłopa, skoro tak ci na tym zależy. -
Uśmiechnął się i dźwignął deskę z piachu.
- Dziękuję za zaproszenie. Zobaczę, jak się będę czuła. Jeśli nie zasnę,
to wpadnę.
Wróciłam do mojej przytulnej przyczepy, żeby przebrać się na wieczorne
ognisko. Doświadczona przez lata wakacji spędzanych na Helu, wiedziałam,
że upalne dni nie gwarantują ciepłych nocy i choćbyśmy nie wiem jak
bardzo chcieli zrobić z północy Polski północny brzeg Oahu, to
zwyczajnie nie jest to możliwe. Włożyłam więc najcieplejszy dres, jaki
miałam, zimową czapkę i na to wszystko parkę - sherpę. Mogłam w tamtym
momencie wyglądać zarówno jak stuprocentowy hipster, jak i bezdomny.
Spakowałam do plecaka różowe Carlo Rossi, kilka piw i solone paluszki -
wolałam te z sezamem, ale nigdzie nie mogłam ich kupić. Postanowiłam, że
poczekam chwilę, zanim do nich dołączę, nie chciałam przyjść przed
wszystkimi - to byłoby trochę faux pas. Dałam sobie czas do
dziewiętnastej trzydzieści, ale kilka minut po dziewiętnastej dostałam
SMS-a z nieznanego numeru:
Hej, gdzie jesteś? My już na plaży, czekamy na Ciebie. Gdybyś nie mogła
nas znaleźć, to dzwoń na ten numer i wyjdę po Ciebie.
To był Max. Nie podpisał się, ale miał iPhone'a i wyświetliło mi się
jego ID. Odpowiedziałam od razu:
Hej! Zaraz ruszam, miałam jeszcze kilka rzeczy do ogarnięcia! Dzięki za
info, do zo niebawem!
Ruszyłam od razu, miałam może kwadrans drogi spacerem.
Na ścieżce rowerowej zauważyłam wstawione, roześmiane nastolatki. Modnie
ubrane, egzaltowane, pewne, że przekroczyły granicę dorosłości. Urocze,
młode diablice, pełne nieświadomej niewinności. Szły przede mną,
zmieniając zwyczajną drogę w spacer sentymentalny; jeszcze tak niedawno
byłam jak one. To samo miejsce, te same drzewa, nawet powietrze
smakowało tak samo. Tylko ja inna. I kiedy się to stało? Jak mogło mi aż
tyle umknąć?
Gdy weszłam na plażę, pomarańczowa kula słońca jeszcze świeciła.
Rozejrzałam się i od razu zobaczyłam skaczącego do patyka Marcina, wokół
niego byli ludzie - rozproszeni, ale razem. Jedni grali w boules, inni
siedzieli i rozmawiali. Poza Maxem i psem nie znałam tam nikogo.
Poczułam się niepewnie. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam przed siebie.
Nagle zwrócili wzrok w moją stronę i zaczęli machać, dokładnie wszyscy.
Uśmiechnęłam się szeroko i od razu zrobiło mi się raźniej, nawet
przyspieszyłam kroku. Prosty ruch ręką, a tyle zmienia! Gdy człowiek
czuje się gdzieś chciany, to sam od razu bardziej chce.
- Hej! - powiedziałam lekko zachrypniętym głosem.
- Słuchajcie! To jest Karolina, nasz nowy nabytek! Z Marcinem mają się
ku sobie, więc nawet nie próbujcie, panowie - walnął sucharem Max,
trzymając w ręku patyk.
- Cześć, Karolina! - odezwała się jedna z dziewczyn. - Bardzo miło nam
cię poznać! Przepraszamy za średniej jakości żarty Maxa, to jedyna
dziedzina, w której mu nie idzie - dodała i spojrzała na niego z litością. - Siadaj obok mnie! Jestem Klara. - Poklepała puste miejsce na
swoim ręczniku.
Brunetka o intensywnych, ciemno oprawionych ślepiach. Spod czapki
wyłaniały się długie, delikatne loki. Smagana słońcem skóra stała się
złotobrązowa, a czekoladowe włosy rozjaśniły się na końcach. Pachniała
Dylan Blue od Versace - zapachem Donatelli. Jak jego autorka, była
również nieoczywista i ekstrawagancka.
Miała bardzo szczupłą sylwetkę, co uwydatniało jej ostre rysy twarzy.
Niepełne, ale i niewąskie usta, zgrabny nos i szeroko rozstawione oczy
współgrały harmonijnie. Mogłaby być perską księżniczką, tak była piękna.
Biła od niej pewność siebie, ale nie butność; siedziała wyprostowana i mówiła śmiało, jednocześnie dając mi poczucie, że to ja jestem tam
najważniejsza. Pierwszy raz w życiu spotkałam taką kobietę. Zwykle te
piękne nosiły w sobie jadowity pierwiastek i, pazerne na atencję, gotowe
były na najpodlejsze ruchy.
Ona - przeciwnie - emanowała czymś czystym i pozytywnym.
Marcin przylazł do nas od razu i - ku mojej uciesze - położył mi na
kolanach swój ośliniony pysk. Głaskałam jego długą kufę okrytą
króciutką, miękką jak aksamit sierścią, a on mrużył oczy. Muskałam jego
delikatne uszka i raz po raz nachylałam się, żeby poczuć ich "grzybowy"
zapach.
Popijając wino z plastikowego kubka, właściwie nie przestawałam mówić, i to wcale nie dlatego, że jestem gadatliwa - bo chyba wcale nie mam
takiej natury - po prostu ciągle ktoś zadawał mi jakieś pytania.
Dwóch chłopaków ćwiczyło zapasy, Max uczył się robić salta, a jedna z dziewczyn usiłowała grać na ukulele, kakofonia ta była jednak tak bardzo
nie do zniesienia, że po licznych prośbach w końcu odpuściła.
Dorzucaliśmy drewno do ogniska, utrzymując płomień tak żywym, jak nasze
nastroje. Sześć godzin upłynęło i wcale nie zapowiadało się na koniec,
ale ja musiałam się już zbierać z powrotem.
- Bardzo wam dziękuję za ten wspaniały wieczór! Na mnie już czas, do
zobaczenia jutro w bazie! - powiedziałam głośno, jeszcze siedząc.
- No co ty! Nie idź! Będziemy tu jeszcze góra godzinkę - namawiał jeden
z chłopaków.
- Bardzo bym chciała, ale naprawdę nie mogę - odparłam ze smutną miną. -
Mam mnóstwo pracy, która wymaga świeżości umysłu, muszę iść spać.
- Mus to mus. Jutro też jest dzień i kolejne ognisko, i Karolcia na
pewno wpadnie... - wtrącił pytającym tonem Max.
Roześmiałam się.
- Tak, na pewno wpadnie! - odpowiedziałam entuzjastycznie.
- Poczekaj, znajdę smycz i odprowadzimy cię - powiedział nieco ciszej,
jakby nie chcąc, by ktoś to usłyszał.
Nie zaoponowałam, bo wcale nie miałam ochoty wracać sama w środku nocy.
Amerykanie mawiają: better safe than sorry, a ja się z nimi zgadzam.
Szliśmy plażą, Max po niższej części stromizny brzegu, co sprawiało, że
sięgał mi do ramion. Psa miałam po mojej lewej stronie.
- Naprawdę cię lubi - westchnął Max, patrząc na Marcina.
- To działa w obie strony. Ja naprawdę lubię jego.
- Jak ci się dziś podobało? Chyba znalazłaś ze wszystkimi wspólny język.
Od razu widać, że cię uwielbiają.
- Nie przesadzałabym z tym "uwielbieniem". Myślę, że są zwyczajnie
bardzo sympatycznymi ludźmi i zależało im na tym, żebym nie czuła się
samotna jako jedyna outsiderka w gronie - odpowiedziałam kokieteryjnie,
licząc, że zaprzeczy.
- Są sympatyczni, to się zgadza, ale znam ich nie od dziś i zapewniam
cię, że to nie tylko kurtuazja. Bardzo cię polubili. A Klarę to w ogóle
pierwszy raz od dawna widziałem w takim wydaniu i dobrym humorze! Chyba
dostrzega w tobie materiał na kumpelę, rzadko z kimkolwiek jej tak
klika.
- Naprawdę? Jak komukolwiek może z nią nie klikać?
- Nie mieści się w granicach normalności, zwykle dziewczyny mają ją za
freaka i stronią od jej towarzystwa.
- Lubię twój dobór słów. Ale wracając do Klary, nadal nie rozumiem.
Przecież jest w niej tyle jakiejś łagodnej siły, każdy chce się takiej
osoby trzymać...
- Mówisz tak, bo pewnie sama nie znasz strachu. A ja odnoszę wrażenie,
że ta, jak to pięknie ujęłaś, łagodna siła odstrasza większość ludzi.
Dlaczego? Nie wiem. Ale tak jest.
- Może przypomina im o ich własnych słabościach? Może jest tym, czym w głębi chcieliby być, ale nie mają odwagi się stać...? Takie pijackie
filozofowanie... bredzę.
- Myślę, że może być całkiem w punkt. Ale tak, to trudny temat... -
uciął w pół zdania i spojrzał w lewo. - Patrz, to już twoje wyjście,
chodź.
Zeszliśmy z plaży i weszliśmy do ciemnego lasu. Pies wciąż biegał bez
smyczy i zniknął gdzieś w mroku, a ja zesztywniałam. Ciemny las
przerażał mnie, odkąd pamiętam.
- Przepraszam, ale muszę się ciebie złapać, bo umieram ze strachu -
szepnęłam i nie czekając na przyzwolenie, wsunęłam rękę pod jego ramię i mocno się uchwyciłam.
- Nie ma problemu! Trzymaj, ile chcesz.
Teraz byliśmy już równego wzrostu. Szliśmy krótki kawałek, który przez
ciemność okrutnie się dłużył. W końcu dotarliśmy do torów kolejowych,
gdzie światło latarni przywróciło mi odwagę. Puściłam rękę Maxa i zapięłam Marcinowi smycz. Przeszliśmy przez jezdnię i za chwilę
znaleźliśmy się na wprost wejścia na kemping.
Kręciło się sporo pijanych ludzi, ktoś rzucił butelką w stół bilardowy i roztrzaskała się z hukiem w drobny mak.
- Wow! I takie panują zwyczaje na najdroższym kempingu w Chałupach? -
spytał, zaśmiewając się.
- Bananowe dzieci bywają bydłem - odparłam krótko.
- Odprowadzę cię do przyczepy. - Max wysunął do mnie zgiętą wpół rękę,
żebym znów ją chwyciła.
- Pod warunkiem że dasz mi prowadzić psa... - powiedziałam zawadiackim
tonem.
- Cały twój! - wręczył mi smycz.
Skręciliśmy w lewo i ruszyliśmy przed siebie. Minęliśmy kilka
kempingowych popijaw. Nachlani ludzie leżeli na piachu przed namiotami,
a jeden gość wymiotował do kosza. Obserwowaliśmy to bez komentarza.
Zostało nam może pięćdziesiąt metrów do mojej przyczepy, gdy usłyszałam
za sobą bezceremonialny wrzask:
- Ej, mała!
Od razu poznałam ten głos... To pijany Adam darł się wniebogłosy. Grałam
głupa, że nie wiem, o co chodzi, ale czułam wstyd i narastające
napięcie.
- Naprawdę grubo na tym waszym kempingu... - wyszeptał Max.
- Ej, mała! - Wrzask się powtórzył i zawtórował mu odgłos szybkich,
ciężkich kroków.
Adam stanął tuż za nami i nie mogłam dłużej udawać, że nic się nie
dzieje. Odwróciłam się i powiedziałam chłodno:
- Adam, to do mnie tak wrzeszczysz? Chyba coś ci się pomyliło. Zrób mi
przysługę i zostaw nas w spokoju, widzisz chyba, że mam towarzystwo. -
Skinęłam głową w stronę Maxa. - Jesteś pijany, wracaj do siebie.
- Bardziej chciałem zajrzeć do ciebie, wrócić do tego, na czym
skończyliśmy... - wybełkotał z głupkowatym uśmiechem, udając bardziej
pijanego, niż był w rzeczywistości.
- Teraz jesteś nie tylko żałosny, ale zwyczajnie chamski. Proszę cię po
ludzku, zostaw nas.
- O! Przepraszam, nie zauważyłem, że ktoś obok ciebie stoi - zakpił ze
wzrostu Maxa.
- Rozumiem. Wydaje ci się, że twoje żarty są bardzo zabawne, ale zauważ,
że śmiejesz się jako jedyny - powiedział Max, robiąc krok do przodu. -
Kobieta prosi cię, żebyś ją zostawił, uszanuj to i daj jej spokój.
- O! Pan adwokat się odezwał! Myślisz, że możesz mi podskakiwać? Takich
jak ty to ja biorę na jeden strzał, spierdalaj stąd!
- To ty spierdalaj, bo zaraz zawołam ochronę i cię wypierdolą z tego
kempingu - wtrąciłam.
- Jaką ochronę, o czym ty pierdolisz! - Adam znów spojrzał na Maxa. -
Byłaś na szczycie, a teraz, widzę, równasz w dół!
Odwróciłam głowę w bok i zacisnęłam wargi, oddychając głęboko. Czekałam,
aż fala złości się rozmyje, jak radzą znawcy technik buddyjskich.
Niestety zamiast tego ona tylko narastała, aż w końcu rozbiła się
pięścią na jego twarzy - w zwyczaju mało popularnym na Dalekim
Wschodzie, za to całkiem typowym dla obszaru Polski.
- Ty głupia pizdo! - wrzasnął Adam i zdzielił mnie, trafiając w kość
jarzmową.
Zamigotał mi świat tysiącem barw, jak u Lipnickiej. Tylko cudem dalej
stałam na dwóch nogach. Kiedy się otrząsnęłam, było już pozamiatane.
Adam leżał na ziemi, zapiaszczony i zalany krwią sączącą się z nosa. I to Max go tak urządził, o ironio, a przecież przegrywał wzrostem.
- Nic ci nie jest? - spytał, chwytając mnie za bark i przyglądając się
obitej twarzy.
- Jestem cała, nie ma tematu - zawstydziłam się i nie chciałam, żeby mi
się przyglądał. - Sama się o to prosiłam. Przepraszam, że postawiłam cię
w takiej sytuacji.
- Nie. Zostaliśmy w niej razem postawieni. Ten pajac pozostawił niewiele
przestrzeni na inną reakcję. Za nic nie przepraszaj. Kto to w ogóle
jest?
- Mój poprzedni instruktor - żachnęłam się. - Ten, który nie umiał
nauczyć mnie zwrotu. Ładnie to wtedy określiłeś, w ogóle podoba mi się,
jak mówisz.
Dotknęłam policzka. Piekł potwornie.
- No to widzę, że miałaś wiele powodów, żeby zmienić instruktora!
Nietrudno będzie go pobić... na każdym polu, nie tylko na pięści. -
Spojrzał na mnie z uśmiechem i mrugnął okiem. - Cieszę się, że lubisz,
jak mówię. - Przeciągle spojrzał mi w oczy. - Chociaż nie wiem, co
specjalnego w tych moich słowach znajdujesz.
- Chyba też nie do końca jeszcze wiem.
Doszliśmy do przyczepy.
- Wejdę na chwilę. Muszę zobaczyć twoją twarz w świetle, bo naprawdę
mocno ci przywalił - oznajmił.
- Jasne, wchodź! Mi casa es tu casa.
Zapaliłam światło, Max zmarszczył brwi i zaczął przyglądać się
stłuczonemu policzkowi, był tak blisko, że czułam ciepło jego oddechu.
- Nie wygląda to dobrze. Zobaczymy jutro, jak będziesz się czuła, ale
chyba musisz jechać z tym do szpitala, puchnie jak złe. Masz lód?
- Mam mieszankę chińską.
- Idealnie, dawaj.
Z prowizorycznej zamrażarki wyciągnęłam ściśniętą torebkę zmrożonych
warzyw.
- Proszę.
- Zawiń to w jakiś cienki T-shirt i przyłóż na pół godziny. Później włóż
z powrotem do zamrażarki i powtórz tak kilka razy - mówił, obserwując
pod światło obite miejsce. - Ja nie, ale Marcin zostanie z tobą na noc.
Wystarczy, że wydasz komendę "bierz go" i z każdym sobie poradzi.
- Nie myślisz chyba, że Adam przyjdzie mnie tu nękać?
- Nie pomyślałbym, że zobaczę gościa tłukącego dziewczynę. Better safe
than sorry - użył lubianego przeze mnie powiedzenia.
- Masz rację. Dziękuję.
- Rano tu wpadnę, zobaczyć, co i jak.
- Nie, no co ty! Przecież nie będziesz biegał do mnie między kursantami,
to bez sensu. Nie rób sobie kłopotu, dam sobie radę!
- Jutro mam zajęcia tylko z tobą, więc o nic się nie martw. Gdyby coś
się działo, to dzwoń, zostawiam na noc włączony dźwięk. - Max poklepał
mnie w ramię i odwrócił się w stronę wyjścia.
- Poczekaj, mam jeszcze jedno pytanie...
- No?
- Dlaczego nazwałeś psa Marcin?
Roześmiał się, zostawiając pytanie bez odpowiedzi.
- Do zobaczenia za kilka godzin. I pamiętaj, gdyby cokolwiek się działo,
dzwoń!
Położyłam się z mrożonką Hortexu przyłożoną do twarzy. Zaprosiłam
Marcina do łóżka, a on bez chwili namysłu do niego wskoczył. Nie miało
dla mnie znaczenia, że jego sierść była pełna piachu po wieczornych
szaleństwach na plaży ani że okropnie liniał - bez namysłu zaprosiłam go
pod kołdrę. Chwilę tak ze mną leżał, ale chyba zrobiło mu się za gorąco,
bo w końcu wylazł spod przykrycia i ułożył się w moich nogach, gdzie
został do rana.
Zasnęłam jak kamień. Obudziło mnie stukanie do drzwi. Otworzyłam oczy,
całkiem rozmrożone warzywa zmieniły się w papkę, a plastikowe opakowanie
najwyraźniej podziurawiło się, gdy na siłę wciskałam je do
minizamrażarki, bo cała poduszka była kompletnie mokra i pachniała
grzybami mun. Czułam pulsujący, okropny ból w lewej części twarzy.
Pukanie nie ustawało, więc odchrząknęłam i powiedziałam głośno:
- Już, sekundkę.
Miałam na sobie szary T-shirt w rozmiarze XXL, który sięgał mi do połowy
uda, i gacie rodem z renesansu. Marcin szczekał pod drzwiami i merdał
ogonem, zdradzając, kto się do nich dobija. Odsunęłam go delikatnie i otworzyłam drzwi. Moim oczom ukazał się Max, stał uśmiechnięty,
trzymając w ręku papierową torbę.
- Hej - powiedziałam i cofnęłam się, robiąc mu przejście, po czym
wyszłam z przyczepy i zablokowałam drzwi wejściowe tak, żeby zostały
otwarte. - Muszę tu wpuścić trochę powietrza. Masz ochotę na kawę?
- Mam, i to wielką, dlatego przyniosłem nam po jednej. Mam nadzieję, że
lubisz latte? Widziałem, że dolewałaś sobie mleka sojowego u nas w szkółce, więc właśnie z takim ci ją zamówiłem - opowiadał, wyjmując
kubki z wielkiej torby. - Wziąłem nam też po jagodziance. Jak minęła
noc?
- Boże, czy ty istniejesz naprawdę? Dziękuję ci! - odparłam, usiadłam
naprzeciwko niego i radośnie pochwyciłam latte. - Dokładnie taką piję i uwielbiam jagodzianki. Najlepsze śniadanie, jakie mogłabym sobie wyśnić!
A co do snu, to chyba nikt tu się nie dobijał... Sama nie wiem, odpadłam
od razu. Obudziłeś mnie w tym momencie. Która jest w ogóle godzina?
- Jest ósma, kilka minut po. Cieszę się, że ci smakuje - powiedział,
zawiesił głos i dodał po chwili: - A widziałaś się już w lustrze?
- Nie, jeszcze nie... Jest aż tak źle? Czuję, że nie może być dobrze...
- Nie wygląda to najlepiej... Idź, zobacz.
Poszłam.
- O ja pierdolę - powiedziałam najspokojniej, jak umiałam.
- Zjedz, ogarnij się i jedziemy do szpitala do Wejherowa. Nie ma na co
czekać. Czy Marcin może zostać u ciebie w przyczepie na ten czas?
Niczego nie zniszczy.
- Oczywiście, że może! Ale jesteś pewien, że chcesz ze mną jechać? Nie
szkoda ci czasu? Naprawdę mogę ogarnąć to sama.
- Wiem, że możesz, nie wątpię. Ale gdybym to ja był na twoim miejscu,
chciałbym, żebyś mi towarzyszyła. Jedziemy razem, koniec gadki. Biorę
psa na krótki spacer, a ty się w tym czasie przygotuj, okej? A, i masz
to. - Max wyciągnął do mnie rękę, w której trzymał czapkę z daszkiem. -
Może się przyda.
- Naprawdę pomyślałeś o wszystkim! Przyda się, na pewno.
Wzięłam do ręki baseballówkę, a Max oddalił się z psem. Zaczęłam się
przyglądać czapce. Była w kolorze khaki, ze skórzanym paskiem do
regulacji i małą metalową klamerką z wytłoczonym wzorem wieloryba. Nad
daszkiem wyszyta była mała deska surfingowa. Przysunęłam czapkę do nosa
i powąchałam ją - nie wiem dlaczego, jakoś tak odruchowo. Pachniała
trochę słoną wodą, trochę ludzką głową i trochę przygodą. Widać było, że
swoje przeżyła. Założyłam ją i dopasowałam, zaciskając ciasno pasek. Nie
ważyłam się nawet zmieniać kształtu daszka, choć wypłaszczony wyglądałby
lepiej. Wskoczyłam w największą bluzę, jaką miałam w szafie, naciągnęłam
kaptur i ruszyłam w stronę kempingowych pryszniców. W sobotę rano nie
widać było prawie nikogo - skacowani albo jeszcze pijani dogorywali w swoich zatęchłych namiotach i przyczepach. Słońce świeciło z pełną mocą,
a na niebie nie widać było ani jednej chmury - piękny dzień, zbyt
piękny, żeby spędzać go w szpitalu, ale nie było wyboru.
Przygotowałam sobie kosmetyczkę i ręcznik. Przed wejściem pod prysznic
zerknęłam do lustra - światło w kempingowej łazience uwydatniło całą
brutalną prawdę. Białko oka było całkiem czerwone, twarz stała się
asymetryczna, bo cała jej lewa część spuchła i jakby opadła, a policzek
zabarwił się na sinoniebiesko z domieszką czerwieni. Wyglądałam jak
menel. Postanowiłam umyć włosy, żeby poczuć się lepiej, ale od początku
coś mi mówiło, że to zły pomysł. Przekonałam się o tym od razu, kiedy
strumień wody dotknął mojego obitego lica - potwornie bolało. Unikając
kontaktu wody z twarzą, jakimś cudem w końcu spłukałam szampon z głowy.
Było to na tyle nieprzyjemne, że odpuściłam nakładanie odżywki, co
okazało się kolejnym błędem, za który zapłaciłam szarpaniną ze
skołtunionymi, zupełnie niedającymi się rozczesać kudłami. I choć
ostatecznie wygrałam tę długą i nierówną walkę, to wyglądałam jak ofiara
przemocy, którą - nawiasem mówiąc - przecież byłam.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki