Władimir Kunin
...Będziecie Państwo musieli uwierzyć mi na słowo, ale kiedyś podczas praktyk trafiłem do Biblioteki, która istnieje w niebie... W tej Bibliotece...na przeźroczystych stelażach stoją wielkie dzieła, jeszcze nieznane światu, a skąpy Bibliotekarz, długo wpatrując się w ludzki świat, odszukuje tam swoich ulubieńców i niespiesznie dyktuje im "Don Kichota", występuje z aktorami "Globe", Petrarce zazdrości Laury
Anatolij Krym, "Ukraińska kabała", przekład Jan Cichocki
IWANOW I RABINOWICZ, CZYLI "AJ GO TU HAJFA"
Część II
Jak Bob Bond wyciągnął pomocną dłoń
I oto już nie dojrzysz brzegu ani z przodu, ani z tylu, ani po bokach. Tylko woda, woda, woda...
Drobne fale z białymi grzywkami pędzą jedna za drugą w równych odległościach, w jednakowych odstępach czasowych...
Potem tracą swą moc, białe grzywki pękają jak banieczki w czarnej wodzie i morze rodzi nowe uporczywe fale, które po kilku sekundach także zginą, by ustąpić miejsca nowo narodzonym.
"Oprycznik" kołysał się na wodzie. Silnik milczał. Wyraźnie dolatywał plusk przedwcześnie ginących fal rozbijających się o burty z cennego czerwonego drewna.
Tytanicznym wysiłkiem nasi żeglarze postawili fok, który już łopotał na słabym wietrze. Teraz Aron i Wasyl wyglądali tak, jakby spędzili cały dzień w warsztacie reperacji opon samochodowych.
Właśnie stawiali grot. To znaczy, podnosił go Aron. Wasyl trzymał w ręku "Podręcznik żeglarza" Boba Bonda podarowany im przez Marksena Iwanowicza jeszcze w Leningradzie i czytał na głos:
- "Marynarz czyni jeden obrót fału wokół bębna i podnosi..." Aronie! Owińże ten fał, znaczy tę zakichaną linkę, jeszcze raz!
Aron posłusznie owinął końcówkę linki wokół bębna wciągarki.
- "...i podnosi większą część żagla ręcznie..." - czytał Wasyl. - Teraz podnoś, Aronie!
Aron z trudem zaczął podnosić żagiel.
- "...do momentu, aż poczuje, że jest mu za ciężko...". Jest ci za ciężko, Aronie?
- A co sobie myślisz, sucze wymię! - wydusił z siebie czerwony z wysiłku partner.
- Dobrze! Tak być powinno. Czytamy dalej: "...owinąć jeszcze kilka razy...". Poczekaj. Pomogę ci.
Wasyl owinął linkę kilka razy wokół bębna i znów zajrzał do książki. "...i korzysta z pomocy innego członka załogi..." To właśnie ja. "...Następnie...".
- Wasiek! Sukin ty synie! Czytaj szybciej! Ręce mi odpadają od trzymania tego draństwa!
- Ciężko na ćwiczeniach w polu, łatwo potem w boju! - sentencjonalnie rzekł Wasyl. - Zaczynamy obracać korbą!
Obrócił kilka razy i wielki żagiel posłusznie ruszył do góry, uwalniając Arona od ogromnego ciężaru.
Obracać korbą było coraz trudniej. Wasyl wrzasnął w rozpaczy:
- Aronie! Zabierz ode mnie książkę! Nie dam rady jedną ręką kręcić! Rusz się!
- No to rzuć ją w cholerę.
- Wypadnie za burtę. Szybciej! Bierz książkę, czytaj, co dalej mamy robić!
Aron chwycił podręcznik żeglarski Boba Bonda. Wasyl obracał korbę już dwoma rękami.
Aron odczytał na głos:
- "Marynarz obsługujący wciągarkę musi uważać na topenantę, by nie napinała się za bardzo..." Wasiek! Pilnuj tej... tej... to... penanty? Aby nie napinać za bardzo...
- Czego, żeby nie napinać?
- Topenanty. Przecież wyraźnie mówię.
- A co to takiego?
- Diabeł wie!
- Dobra, olewamy to! Jak pęknie, wtedy się dowiemy.
Jak po raz pierwszy w życiu wykonać zwrot jachtem
Po raz pierwszy po czterdziestoletniej przerwie "Oprycznik" niespiesznie płynął pod własnymi żaglami.
Już nie łopotał bezradnie na wietrze fok, sprężyście wypełnił się świeżym wiatrem grot i wszystko, co miało być naciągnięte i naprężone naciągało się i naprężało. Stojący przy kole sterowym Aron nachalnie podśpiewywał pod nosem kolejną piosenkę rodem z odeskich przedmieść:
"marynarz jestem młody na urlopie
od urodzenia lat dwadzieścia pięć
I rozkocham ja na zabój w sobie
każdą w mieście tym odmienną płeć"
Wasyl rzeczowo rozsiadł się przy stole w kajucie, przyglądając się pierwszemu arkuszowi mapy basenu Czarnomorskiego. Wydawało mu się, że wszystko dzieje się i toczy, jak powinno, dopóki nie krzyknął:
- Aronie! Podaj mi kurs!
- Normalny! - odrzekł tamten, spojrzawszy na kompas.
Wasyl westchnął, wyszedł z kajuty i rzekł do partnera z delikatnym wyrzutem:
- Kiedy cię pytam o kurs, lebiego, masz spojrzeć na tarczę kompasu i podać mi, jakim kursem płyniemy... to znaczy, dokąd...
- Patrzyłem - zapytany wzruszył ramionami. - Prawidłowo płyniemy, według strzałki.
- Z byka spadłeś? - Wasyl aż zmrużył oczy z oburzenia. - Mamy trzymać się kursu sto dziewięćdziesiąt dwa stopnie. A ty co? "Według strzałki..." Strzałka przecież zawsze wskazuje północ geograficzną. Zero wskazuje! Ty zadku wsiowy!
Wasyl aż cisnął mapą z oburzenia.
- Zupełnie jak w tej piosence: "Matros Żeleźniak płynął do Odessy, a trafił do Chersonu...". Po co było sobie głowę zawracać tymi zaproszeniami, jachtem, zezwoleniami, paszportami, jeśli po niespełna dwóch godzinach zawitamy z powrotem na gościnną ziemię sowiecką... "Cześć, Lechu" - powiemy. "Witaj, Naumie!" Tego, tumanie, chcesz?
Zdeprymowany Aron, przytrzymując koło sterowe, podniósł mapę z pokładu, przyjrzał się kursowi wytyczonemu jeszcze przez Marksena Iwanowicza i skruszony pokiwał głową:
- A ja, stary dureń, myślałem, że według strzałki... Nic to, Wasiek! Nie pękaj! Zaraz to skorygujemy i wszystko naprawimy!
Gwałtownie zakręcił kołem. Jacht przewalił się z jednej burty na drugą, panicznie załopotały oburzone żagle i potężny bom niosący na sobie sto metrów kwadratowych dakronu raptownie przeleciał z lewej burty na prawą, zmiatając Wasyla z dachu nadbudówki do otwartego morza.
- Arooon! - rozległ się okropny wrzask. Wasyl zawisł nad wodą, kurczowo trzymając się bomu.
- Trzymaj się, Wasiek! Trzymaj!
Aron porzucił koło sterowe, chwycił za jakąś najbliższą linę przy bomie i począł ręcznie przyciągać żagiel do jachtu.
- Trzymaj się, Wasiek! Trzymaj!
Pozbawiony sternika jacht kołysał się coraz silniej. Mokry szot ślizgał się w Arona dłoniach, parząc mu skórę, lecz Aron z uporem, zaciskając zęby, ciągnął tę grubą nylonową linę, pokonując silny opór wiatru napinającego ogromny żagiel.
Kiedy w końcu nogi Wasyla zawisły nad pokładem, Aron krzyknął:
- Puszczaj tę belkę! Puść, mać twoją taką i owaką!
Wasyl rozwarł oniemiałe od skurczu palce i bezwładnie zwalił się wprost pod nogi Arona. Ten padł na niego z obficie krwawiącymi dłońmi.
Wieczorem się ochłodziło.
"Oprycznik" podążał kursem sto dziewięćdziesiąt dwa stopnie, zgodnie ze wskazaniami kompasu, od którego Aron prawie nie odrywał teraz oczu.
Paradował w pomarańczowej kamizelce ratunkowej z napisem na plecach "Odeski Okręg Wojskowy". Na kole sterowym trzymał dłonie, całe zabandażowane.
Z kambuza wylazł Wasyl w identycznej kamizelce, niosąc w ręku wielki kubek Marksena Iwanowicza z gorącą herbatą.
Wręczył kubek Aronowi, zastępując go przy kole sterowym. Aron ujął napój w obie dłonie.
- Boli? - zainteresował się Wasyl.
- Nie. Normalnie, znaczy. Da się wytrzymać, tylko że bandaże przyschły. Potem zaboli, przy zdejmowaniu...
- Najpierw je namoczymy, Aronie! Drobiazg to - uspokoił go kolega.
- Szkoda mi Marksena Iwanowicza - westchnął Aron. - Ale by się teraz cieszył.
Wasyl, który na dźwięk tego imienia zamrugał oczami, też westchnął i zamilkł. Uspokoił oddech i rzekł zachrypniętym głosem:
- Gdyby Marksen Iwanowicz dopłynął z nami do Izraela, przysięgam ci, że namówiłbym go do pozostania tam z nami. Podzielilibyśmy te dziesięć melonów na trzy części. Na pewno byś się zgodził, prawda?
- Ja - z miłą chęcią, ale Marksen... On by się za nic nie zgodził. To prawdziwy rosyjski inteligent. Człowiek z żelaza. Tacy z ojczyzny nie uciekają.
- Ale co ty mi tu opowiadasz? - uniósł się Wasyl. - Od roku 1917 wszyscy ci pisarze, malarze, muzycy wyjeżdżali!
- Nie upraszczaj, kochany! Prawdziwych wyrzucano silą. Pozostałych tak osaczano ze wszystkich stron, że mieli tylko dwa wyjścia - albo szyję w pętlę, albo zagranica. I wszyscy potem usiłowali powrócić.
Nagle dwa razy głośno trzasnął poluzowany grot, mocno załopotał fok.
Aron wstał, spojrzał zaniepokojony na żagle, na kompas, na horyzont.
- Wasiek! Pilnujże kursu! Z twoim sterowaniem jacht miota się na morzu jak pijana kurwa po parkiecie!
***
Pierwszą połowę nocy przy kole sterowym czuwał Aron. Daremnie usiłując wypatrzeć coś w atramentowych ciemnościach nocy, śledził wskazówkę słabo podświetlonego kompasu i co rusz łapał się na tym, że przysypia. Za każdym razem budził się spłoszony po sekundowej drzemce, przekonywał, że nie zdążył odchylić się od kursu i znów gapił się w czarnomorski mrok.
Wasyl tymczasem spał w kajucie. Sen nie przynosił jednak wytchnienia ani odpoczynku. Przypominał ciężką, wyczerpującą pracę. Wasyl chrapał na zmianę z dziwnymi drgawkami, po których otwierał niewidzące oczy, przewracał się na drugi bok, sapał i wzdychał, po czym wydawał gardłem takie polifoniczne tony, o które trudno było podejrzewać jego szczupłe ciało.
Jak przydarza się wschód i zaćmienie słońca
Przed świtem Wasyl już tkwił przy kole sterowym. Niewyspany, z czerwoną opuchniętą twarzą, pokonując straszliwe ziewanie, starał się przeniknąć wzrokiem rzadką przedporanną mgiełkę, wsłuchiwał się w miarowe skrzypienie takielunku i plusk wody za burtą i dostawał dreszczy od wilgoci i chłodu.
Z szyi zwisał mu - jak muzykowi orkiestry wojskowej - samodzielny skręcony z drutu pałąk, na którym zamiast nut spoczywał "Podręcznik żeglarza" Boba Bonda. Od czasu do czasu Wasyl odrywał jedną rękę od koła sterowego, ślinił paluch, przewracał kartkę, wczytywał się w tekst i dokonywał jakichś manipulacji z linkami i żaglami - zgodnie ze wskazówkami wszechwiedzącego Boba.
Teraz w kajucie spał Aron. Oddychał spokojnie i miarowo. Jedno grube i potężne ramię zarzucił za głowę, drugie z niedbale wykonanym tatuażem "Nie zapomnę mamy kochanej" zwisało z wąskiej koi na podłogę. Aron spał jak we własnym domu, jakby spoczywał nie nad słoną kilometrową głębią, lecz na własnym wysłużonym tapczanie z wystającymi sprężynami, na pierwszym piętrze w chruszczowskim jeszcze blokowisku.
Mgła opadała, kładąc się na spokojną gładką wodę. Z lewej strony niebo różowiało, różowiało coraz bardziej i naraz...
...na horyzoncie pojawiło się cieniutkie lśniące pasemko. Ze wschodu wychynął pierwszy słoneczny promień, przemknął po wodzie i uderzył w lewą burtę "Oprycznika", wyzłocił top masztu, zalewając żagle pomarańczowym światłem.
Porażony niewyobrażalnym pięknem zjawiska Wasyl, nie będąc w stanie samotnie ogarnąć tego nieziemskiego spektaklu, krzyknął:
- Aron! Obudź się! Popatrz, co za cud!
Z kajuty wylazł zaspany Aron. Spojrzał i zaniemówił.
- Umrzeć można... - wydusił w końcu ochrypłym ze snu głosem.
- Co "umrzeć"? - nie zrozumiał Wasyl.
- Mówię, że moglibyśmy się z tobą, cholera, zestarzeć i umrzeć, i nigdy czegoś takiego nie zobaczyć...
Słońce uroczyście wylazło zza horyzontu. Wzruszony Aron powiedział:
- Dzięki ci, Wasiek!
Wasiek uczynił krok w jego kierunku, zamierzał objąć, ale przeszkadzał "pulpit" na szyi.
- Potrzymaj stery - poprosił.
Jedną ręką przytrzymując koło sterowe, Wasyl zerwał z piersi drucianą konstrukcję z podręcznikiem Boba i rzucił się w objęcia Arona.
- Tobie też dzięki za wszystko, Aronie!
Stali tak objęci w promieniach wschodzącego słońca, którego lśniący dysk już do polowy wysunął się z wody.
Nagle między jachtem a wschodzącym słońcem ukazała się od spodu jakaś ogromna czarna masa. Przesłoniła sobą prawie cały dysk słoneczny, rzucając złowieszczy cień na "Oprycznika".
- Matko moja! A co to za potwór? - zdziwił się Aron.
- Łódź podwodna - szeptem odezwał się Wasyl. - Dokładnie takie widziałem w telewizorze.
W tej samej chwili z okrętu podwodnego doleciało długie angielskie zdanie wzmocnione potężnymi głośnikami.
- Co powiedział? - spytał Wasyl.
- Skąd mam wiedzieć? - oburzył się Aron.
- Przecież uczyłeś się angielskiego.
- A to był angielski?
- No nie hebrajski. Na morzu obowiązuje angielski.
Z okrętu doleciało to samo zdanie, tym razem jednak z odcieniem groźby.
Wobec tego Aron wrzasnął na cale gardło:
- Aj gou tu Hajfa! Aj gou tu Hajfa, mać twoją rodzoną w duszę...
Na stanowisku dowodzenia okrętu podwodnego cywil rzekł do umundurowanego kapitana drugiej rangi:
- Mówiłem wam, że to oni!
- Nie podoba mi się to wszystko - odpowiedział dowódca łodzi z wyraźnym niesmakiem. - Okręt wojenny może zatrzymać i przeszukać każdy inny statek podejrzany o handel ludźmi, narkotykami lub uprawianie piractwa. Jeśli im tego nie udowodnię, narażam się na grube nieprzyjemności. Tym bardziej że już od dawna znajdujemy się na wodach neutralnych.
- Narażacie się na o wiele grubsze nieprzyjemności, jeśli nie wykonacie mojego polecenia! - warknął cywil na dowódcę okrętu podwodnego.
- Dobrze, dobrze! - przerwał mu zniesmaczony kapitan.
...i wtedy Aron z Wasylem usłyszeli z głośników znajomą mowę rosyjską w zwyczajowym trybie rozkazującym:
- Proponuję opuścić żagle, postawić jacht w dryf i przygotować dokumenty i statek do kontroli!
Jak ważne jest zrozumienie, że to są "nasi ludzie"
Słońce stało już w zenicie, a "Oprycznik" nadal kołysał się na lekkiej fali.
Przed kajutą jachtu z zamkniętymi szczelnie drzwiami stali dwaj marynarze z pistoletami maszynowymi. Na rufie widać było sylwetkę trzeciego zbrojnego.
W łodzi podwodnej zdenerwowany kapitan drugiej rangi nerwowo spoglądał na zegarek, przemawiając jednocześnie do swych oficerów - kapitana trzeciej rangi i kapitana-lejtnanta.
- Dlaczego właśnie nas wytypowano do takiej podłości? Do tego na neutralnych wodach!?
W dusznej kajucie "Oprycznika", z zamkniętymi bulajami i drzwiami, po gospodarsku rozsiadł się przy stole rzeczony cywil. Przeglądał dokumenty jachtu oraz jego właścicieli.
Po drugiej stronie stołu zmęczeni trzygodzinnym śledztwem stali Wasyl Rabinowicz i Aron Iwanow. Oddychać nie było czym. Chciało im się pić. Co chwila oblizywali spierzchnięte wargi.
- Tracimy czas! - z ubolewaniem odezwał się cywil. - Potrzebuję od was, Wasylu Piotrowiczu i Aronie Mojsiewiczu, doprawdy nieznacznego drobiazgu. Przyznajcie się, ile i w jakiej walucie zapłaciliście podpułkownikowi Niczyporczukowi, pułkownikowi Kazancewowi oraz byłemu majorowi Blufsztajnowi za transport powietrzny jachtu z Leningradu do Odessy.
W oczekiwaniu odpowiedzi cywil wyciągnął w stronę Arona i Wasi miniaturowy magnetofonik.
- Niczego nikomu nie płaciliśmy - z mocą rzekł Aron, patrząc nienawistnie na cywila.
- Takich odpowiedzi mam już na kasecie cały komplet - stwierdził cywil. - W takim razie spytam inaczej. Co takiego im obiecaliście, że zmusiliście Niczyporczuka do załadowania jachtu do wojskowego samolotu transportowego, a Kazancewa do uruchomienia ciężkiego helikoptera i dostarczenia was wraz z jachtem do bazy sportowej Odeskiego Okręgu Wojskowego? W imię czego poszli na takie ryzyko?
- Ze zwykłego poczucia przyjaźni - wzruszył ramionami Aron.
- A może was o coś poprosili? O przekazanie czegoś komuś za granicą? A może ustnie mieliście coś komu przekazać? Co, Wasylu Piotrowiczu? Aronie Mojsiewiczu?
- Nie! - twardo rzekł Aron.
- Nawet potrafię założyć, że jesteście niewinnymi ofiarami w tej sprawie. Chciałbym jednak zrozumieć motywy działania Niczyporczuka, Kazancewa i Blufsztajna. Tym bardziej że Blufsztajn ma krewnych w Ameryce...
- Obywatelu naczelniku, a nie wierzycie w zwykłe, przyjazne stosunki międzyludzkie? - zmęczonym głosem spytał Wasyl.
- Nie! - szeroko uśmiechnął się cywil. - Nie wierzę, Wasylu Piotrowiczu. Mój obowiązek służbowy i mój zawód nie pozwalają mi na takie zbytki. Dodam jednak, że nic, co ludzkie, nie jest mi obce. Widzę przecież, że dokucza wam pragnienie! Mnie też chce się pić! Mamy ze sobą tyle wspólnego!
Chwycił ze stołu czajnik, zabełtał nim, upewniając się, że nie jest pusty, i dodał:
- Napiję się wody teraz, a wy dopiero po tym, jak odpowiecie na wszystkie moje pytania.
Obrócił się i zdjął z półki na przepierzeniu wielki, stary kubek Marksena Iwanowicza.
- Postaw kubek na miejsce! - naraz zasyczał Aron.
Cywil zamarł na chwilę, lecz postanowił nie wzmagać napięcia.
- Co to znaczy, Aronie Mojsiewiczu? Ja do was kulturalnie, po imieniu i imieniu ojca, a wy mi "tykacie"... Nieinteligentnie.
Obejrzał kubek ze wszystkich stron, nie znalazł w nim niczego podejrzanego, odstawił jednak na półkę. Nalał wody do szklanki, zaczął pić, ostentacyjnie cmokając z zadowoleniem, i spojrzał na Arona i Wasyla:
- A może wy, Aronie Mojsiewiczu i Wasylu Piotrowiczu, otrzymaliście jakieś zadanie do wykonania od Blufsztajna, Kazancewa i Niczyporczuka?
- Zadanie?! - zdziwił się Wasyl. Ach, zadanie! - rzekł zmienionym głosem i tonem i w tejże chwili Aron zrozumiał, że jego przyjaciel coś zamyśla.
- Pytam niedwuznacznie, czy otrzymaliście jakiekolwiek zadanie od... - cywil nie zdążył dokończyć wypowiedzi.
Wasyl westchnął z ulgą i nie czekając na pozwolenie, swobodnie i na pełnym luzie usiadł na przeciwległym tapczanie. Rzucił do Arona:
- Siadaj, Aronie! Nie ma potrzeby stać.
Prawie przemocą usadził kolegę obok siebie i niezauważalnie dla cywila nastąpił Aronowi na nogę. Dopiero potem posłał cywilowi promienny uśmiech.
- A wy, kolego, dajcie sobie już spokój z tym magnetofonem! Wyłączcie go. O tak właśnie! Poza tym zabierzcie marynarzy spod drzwi. Strzeżonego Pan Bóg strzeże!
Twarz cywila wyrażała całą gamę sprzecznych uczuć - od zmieszania i niedowierzania do obawy. Widać było, że przestaje panować nad sytuacją.
- Zabierzcie, zabierzcie! - powtórzył Wasyl. - Jesteśmy przecież wśród swoich.
I rozlał wodę do szklanek - sobie i Aronowi.
Cywil wychylił się za drzwi kajuty i rozkazał:
- Wy dwaj! Migiem na dziób! I uważać tam!
Powrócił do stołu i z nieukrywanym niepokojem spojrzał na Wasyla i Arona. Wasyl nadepnął Aronowi na stopę i roześmiał się cichutko:
- Poznaję bratni resort! Ile to lat bębnimy o zaprowadzeniu porządku, o współdziałaniu i dzieleniu się informacją, a przecież do dziś prawa ręka nie wie, co czyni lewa. Ach, jakże brakuje nam towarzysza Andropowa! Nie w porę odszedł od nas Jurij Władimirowicz. Nie w porę!
- Niby że co? - nastawił uszu cywil.
- Przepraszam, jak macie na imię... i imię ojca? - spytał Wasyl tonem światowego bywalca.
- Feliks Siergiejewicz - wyjąkał zmieszany cywil.
- No to co, Aronie Mojsiewiczu - zwrócił się Wasyl do osłupiałego kolegi - dalej będziemy się bawili z Feliksem Siergiejewiczem w chowanego? - spytał półgłosem i jeszcze mocniej przycisnął stopę przyjaciela pod stołem.
- Nie ryzykowałbym tego - zgodził się naraz Aron.
Feliks Siergiejewicz już nie wyglądał dobrze. Dyszał ciężko. Rozluźnił krawat i rozpiął marynarkę.
- Muszę powiedzieć, że sam fakt, iż podaliście w wątpliwość charakter naszego niby-przypadkowego spotkania z załogą Niczyporczuka w leningradzkiej restauracji dobrze świadczy o waszym profesjonalizmie - protekcjonalnie rzucił Wasyl. - Zawsze miło mieć do czynienia z prawdziwym zawodowcem. Macie rację, Feliksie Siergiejewiczu - nikt na piękne oczy nie wpakuje jakiegoś jachtu z nędznymi emigrantami do ogromnego samolotu wojskowego. Intuicja was nie zawiodła! A już tym bardziej transportowanie tego jachtu przez ciężki helikopter bojowy! Nie wspominając już o wyposażeniu tej łajby na koszt waszego okręgu wojskowego...
Wasyl wstał i wyłożył przed zmieszanym Feliksem Siergiejewiczem kamizelki ratunkowe z napisem "Odeski Okręg Wojskowy" i numerem inwentarzowym klubu jachtowego na każdej z nich.
- Wiecie, organa miejscowe w pośpiechu nie dopilnowały, ale wszystkie te cyfry i napisy zamalujemy jeszcze przed przejściem Bosforu - solennie zapewniał Wasyl. - A zawodowe przeczucie was nie zawiodło, Feliksie Siergiejewiczu! Więcej powiem, Feliksie... przepraszam, zapomniałem... jak po ojcu?
- Siergiejewicz - szybko podpowiedział zapytany.
- Właśnie mówię, szanowny Feliksie Siergiejewiczu, zadanie otrzymaliśmy arcypoważne - dopłynąć do Izraela, sprzedać ten jacht, nabyć przestronny dom, otworzyć solidną firmę handlową i jak najszybciej wtopić się w miejscową populację i zdobyć jej zaufanie. A dalej... Rozumiecie, Feliksie Siergiejewiczu?
- Absolutnie, Wasylu Piotrowiczu, ale...
- Zdajecie chyba sobie sprawę, że wszystkiego ujawniać mi nie wolno...
- Rozumiem, ale mimo wszystko... Trzeba było jakoś...
- Nic w tym dziwnego! - brutalnie przerwał mu Aron. - Tak widocznie miało być...
Wygodnie rozwalił się na tapczaniku, zarzucił nogę na nogę i groźnie spojrzał na totalnie zagubionego już Feliksa Siergiejewicza.
- I kolejna sprawa! Niech wam do głowy nie przyjdzie niepokoić Niczyporczuka, Kazancewa i Blufsztajna! To są nasi ludzie!
- Tak jest, Aronie Mojsiewiczu!
- I teraz, Feliksie Siergiejewiczu - jeśli chociaż jedna żywa dusza, łącznie z waszym bezpośrednim przełożonym, dowie się o treści tej naszej wysoce poufnej rozmowy... - zaczął Wasyl.
- ...nie zazdroszczę ci, chłopie! - dorzucił poważnie Aron.
- Ależ! Ależ! Jakże można! Mowy nie ma! - zapewniał struchlały Feliks Siergiejewicz. - Doskonale zdaję sobie sprawę.
- I jeszcze jedno - bezapelacyjnym tonem wyrzekł Aron. - Co wy tam się guzdracie z tym Blufsztajnem? Nasz człowiek celowo porzuca armię w atmosferze skandalu, oficjalnie składa podanie o zezwolenie na emigrację, a wy jego sprawę sabotujecie! Udaremniacie nam w ten sposób legalny przerzut specjalnego agenta za granicę. Czyście rozumy zupełnie potracili? Przecież on ma ciotkę w Ameryce! Kiedy druga taka okazja się nadarzy?!
***
"Oprycznik" sunął kursem sto dziewięćdziesiąt dwa stopnie. Świeży wiatr wydymał żagle i jacht mknął po morskiej gładzi, pozostawiając za rufą kolejne czarnomorskie mile.
Nadchodził wieczór i słońce oświetlało teraz prawą burtę lodzi, barwiąc żagle na jaskrawopomarańczowo.
Zmordowany Wasyl siedział przy kole sterowym, z trudem utrzymując zadany kierunek. W kambuzie grzechotał garnkami Aron, otwierając puszki konserw, gotując wodę w czajniku na piecyku gazowym. Szykował kolację.
- Jakżeś, kurna, na to wpadł? - spytał z kambuza i zarechotał jak wariat.
- Jak tylko spytał, jakie mamy zadanie, to mi się lampka w głowie zaświeciła - krzyknął Wasyl.
- Ty to jesteś magik!
- I tyś nie gorszy - i przedrzeźnia Arona: "I niech wam nie przyjdzie do głowy niepokoić Niczyporczuka, Kazancewa i Blufsztajna! To są nasi ludzie !". Ze śmiechu pęknę!
- A co mi pozostawało? Ty jemu wodę z mózgownicy robisz, a ja co? Palcem robiony?
- Aronie, dawno już wyjaśniliśmy, czym ciebie robiono! Lepiej poćwicz angielski, bo mi się bardzo nie podoba twoja wymowa!
W nocy na posterunku sterowniczym stał Aron. Wpatrywał się w ciemność, korygował kurs według kompasu.
Drzwi do kajuty pozostawały otwarte. Przy stole Wasyl przy świetle marnej żarówki wpisywał coś do ogromnej księgi buchalteryjnej. Obok leżały mapy, kalkulator, linijka...
- Wasyl! Dość tego wyładowywania akumulatorów! W razie potrzeby silnik nie zapali. A właściwie, co ty tam bazgrzesz?
- Prowadzę dziennik pokładowy, jak Marksen nakazywał... - Wasyl spojrzał na zdjęcie Marksena Iwanowicza na półce. - W Izraelu podczas długich zimowych wieczorów będziemy sobie czytali na głos i wspominali...
- W Izraelu nie ma zimy - poważnie odezwał się Aron. - Kładź się spać. Za dwie godziny obejmujesz wachtę.
- Ciekaw jestem, gdzie się teraz znajdujemy? - Wasyl rozwinął mapę.
- A cholera wie! - lekkomyślnie palnął Aron.
- Marksen mówił, że jacht pokonuje w ciągu doby średnio sto morskich mil. Od Odessy do Bosforu mamy trzysta dwadzieścia sześć, a zasuwamy już drugą dobę, to znaczy...
- Ale przecież ten palant Feliks Siergiejewicz, prawie pól dnia nas przetrzymał...
- Biorąc to pod uwagę... - Wasyl coś zamamrotał pod nosem - jesteśmy gdzieś na wysokości Rumunii... Ze sto kilosów od Constanzy.
- Coś podobnego! - zdziwił się Aron. - To znaczy, że jesteśmy już za granicą!
- Jak najbardziej!
Aron zakręcił głową, wpatrując się w atramentowy mrok.
- Nic, kurna, nie widać! Wasyl, a może by tak skręcić do Rumunii, zamiast do Izraela? Rankiem dobijemy...
Wasyl ułożył się wygodnie na tapczaniku, naciągnął na siebie koc.
- Niech nas Bóg broni od zawijania do jakiegokolwiek byłego kraju socjalistycznego, członka Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej. Jak tylko się dowiedzą, skąd jesteśmy, jaja nam obetną. W najlepszym przypadku, w najgorszym natomiast...
- Ale co ja z tobą im zawiniliśmy? - nie wytrzymał Aron.
- Drogi kolego! Prawie pół wieku przeżyliśmy w Kraju Rad i chcemy tego czy nie, ale w jakimś tam stopniu jesteśmy odpowiedzialni i za wiadome wydarzenia na Węgrzech, w Czechosłowacji, w Afganistanie, i w ogóle za wszystko... - sennym już głosem powiedział Wasyl i zgasił światło w kajucie.
Jak szczerze i otwarcie pogawędzić na stumetrowej głębokości
Łódź podwodna szła wytyczonym kursem w pełnym zanurzeniu.
Żaden promień słońca nie penetrował mrocznych czarnomorskich głębin i sylwetka okrętu wojennego całkowicie rozpływała się w ich mrokach.
We wszystkich pomieszczeniach - jak katorżnicy odbywający karę - pracowali zmęczeni marynarze. Zgasłe oczy, zlane potem wynędzniałe twarze, szeroko rozwarte usta. Każdy na swym stanowisku - przy ekranie, pulpicie czy innym urządzeniu... Ciche, urywane rozkazy, krótkie odpowiedzi.
W małej, ciasnej kajucie dowódcy okrętu podwodnego wstawiony kapitan drugiej rangi mówił do niezbyt wstawionego cywila:
- U nas, Feliksie Edmundowiczu...
- Siergiejewiczu - skorygował go cywil.
- Przepraszam. U nas, Feliksie Siergiejewiczu, na okręcie panuje absolutna prohibicja... totalny zakaz alkoholu! Lecz nie dla was, Feliksie Edmundowiczu!
- Siergiejewiczu - ponownie skorygował cywil.
- Siegiejewiczu... Edmundowiczu. Co za różnica... Wszyscy jesteście Feliksowie Edmundowicze, jak ten wasz Dzierżyński. Wypijmy więc, Edmundowiczu, za spokój duszy tych... tych lebiegów na jachcie, których przesłuchiwałeś...
Feliks Siergiejewicz uniósł kieliszek, uśmiechnął się.
- Dlaczego od razu "za spokój duszy"? To są poważni. doświadczeni ludzie...
Kapitan też się roześmiał, też uniósł kieliszek.
- Doświadczeni? Ha... Ha... Widziałem, jak żagle zwijali, jak stawali w dryf... Boki zrywać!
- A może tak właśnie to miało wyglądać? - zagadkowo wyrzekł cywil.
- Nie wciskaj mi ciemnoty. To już nieboszczyki! Wypijmy!
- Chętnie, ale za ich sukces! - wieloznacznie rzekł Feliks Siergiejewicz, spojrzał gdzieś w dal wilgotnymi naraz oczami i powoli wychylił kieliszek do dna.
Dowódca okrętu już miał iść za jego przykładem, lecz zobaczył uroczysty wyraz twarzy cywila i naraz... wszystko zrozumiał. Odstawił kieliszek na blat stołu i rzekł oszołomiony:
- O rany! To są... wasi ludzie!
Feliks Siergiejewicz dumnie się uśmiechnął i wymownie przemilczał.
Dowódca okrętu się wściekł. Wrzasnął:
- To my co chwila ryzykujemy życiem! A wy... Za nasze pieniądze! Gdybym wiedział! Jeszcze przed wynurzeniem walnąłbym w nich torpedą tak, że nawet dymu by po nich nie zostało! Mącicie wodę wszędzie, po całym świecie, czynicie różne świństwa, a my potem odpowiadamy za wszystko?!
Feliks Siergiejewicz dyskretnie wyjął z kieszeni dyktafon, włączył i niepostrzeżenie wsunął pod zmiętą serwetkę na stole.
- Nie chciałbym kontynuować rozmowy w tym tonie! - powiedział powoli.
- Milczeć! - wrzasnął kapitan, chwycił jedną z pustych butelek i z rozmachem trzasnął o stół, trafiając właśnie w zmiętą serwetkę z dyktafonem. Odłamki szkła trysnęły na wszystkie strony.
- Milczeć! Ja tu jestem car i Bóg, i dowódca naczelny! Ja w pojedynkę potrafię swoim starym wysłużonym okrętem, nawet bez wynurzenia, rozpocząć trzecią wojnę światową! Dźwigam taki ładunek jądrowy, że Czarnobyl w porównaniu rajem się wyda! Słyszysz, ty Edmundowiczu pieprzony?
Feliks Siergiejewicz wystraszył się nie na żarty.
- Ne zamierzałem powiedzieć niczego obraźliwego... Wysoko cenię wasze codziennie okazywane męstwo w waszej niełatwej służbie i z głębokim szacunkiem i uwagą wysłuchuję wszystkiego, co mówicie... - ukradkiem zajrzał pod serwetkę i zobaczył resztki dyktafonu. - Niech mnie Bóg broni, bym cokolwiek...
- No właśnie! - kapitan już się opanował i jednym haustem wypił duży kielich wódki. - Właśnie. Niech cię Bóg chroni! Inaczej wydam rozkaz, by wpisano w dzienniku pokładowym, że zginąłeś w trakcie wykonywania obowiązków służbowych. I po tobie, Feliksie Edmundowiczu! Dotarło, tajniaku nieszczęsny?!
Jak przeprowadzić lekcje humanizmu na otwartym morzu
"Oprycznik" leniwie kołysał się na wodzie. Na słabym wietrze leniwie trzepotał opuszczony do połowy fok. Wielki żagiel, grot, poniewierał się na pokładzie, z masztu zwisały końcówki jakichś lin i drutów i cały jacht wyglądał na dość sfatygowany.
Żeglarze wyglądali wcale nie lepiej. Zarośnięci tygodniową szpakowatą szczeciną, zapadnięte i zaczerwienione z braku snu oczy, pomarańczowe kamizelki na gołych ciałach, pocięte linami i drutami dłonie.
Wasyl na dachu kajuty zszywał grot wielką cygańską igłą, zerkając co jakiś czas do otwartego podręcznika żeglarstwa Boba Bonda przygniecionego na właściwej stronie ogromnym kluczem francuskim.
Po kilku ściegach patrzył do książki i czytał na glos:
- ...a potem z odwrotnej strony wtykamy igłę w punkt C...Dobra! Co dalej? "Wyciągamy igłę z punktu C i powtarzamy ścieg kilka razy... w miarę potrzeby..."
Wasyl tępo spojrzał na żagiel, ponownie zajrzał do tekstu i się oburzył:
- A skąd mam wiedzieć, ile potrzeba? "W miarę potrzeby..." Też mi coś! To ma być podręcznik?!
- Wasiek! - wrzasnął Aron zgięty nad silnikiem. - Czego na Boba szczekasz? Napisał podręcznik dla żeglarzy, a nie poradnik dla idiotów!
Cały usmarowany olejem maszynowym z brudnymi po łokcie rękami Aron naprawiał system wtrysku paliwa silnikowego: przedmuchiwał dysze i przecierał czystymi szmatkami inne drobne części, które ponownie wyglądały na niemożliwie brudne.
- Bardzo dowcipne - obraził się Wasyl. - No to chwytaj igłę i szyj sam!
- A ty będziesz silnik dopieszczał? A jaki to baran do baku paliwowego wlał wodę pitną zamiast paliwa dieslowskiego? Przez kogo teraz zasuwam, jak jaki osioł? Przez kogo?
- A kto dwa różne kanistry obok siebie postawił? Święty turecki?
- Trzeba było patrzeć, gamoniu! Przez ciebie teraz nie mamy ani wody, ani paliwa!
- Kto niby jest ten gamoń? A kto w nocy wielki żagiel podarł? Cesarz japoński?
- Sam się podarł!
- Boś go w porę nie zrefował!
- Ty zasrańcu! - nie wytrzymał Aron. - W jaki sposób, stercząc samotnie w nocy przy kole sterowym, mam refować żagiel? Chrapałeś w tym czasie na koi...
Wasyl tragicznie chwycił się za głowę.
- Matko Boża! W jaki sposób kosmonauci na orbicie po pół roku ze sobą wytrzymują?!
- Zwyczajnie! - skomentował Aron. - Jeśli jeden z nich mówi drugiemu, by wlał do baku paliwo dieslowskie, ten wlewa paliwo, a nie wodę pitną.
- Ty draniu! Mam tego dość - rozwścieczony Wasyl chwycił klucz francuski...
Nie wiadomo, czym zakończyłaby się ta nerwowa wymiana zdań, gdyby nie narastający naraz huk potężnych silników. Zaskoczeni Aron i Wasyl ujrzeli nagle lecący w ich kierunku na szalonej szybkości statek, podobny z daleka do nowoczesnego kutra torpedowego.
Kuter okazał się dwa razy większy od "Oprycznika". Podleciał prawie burta w burtę, okrążył jacht, nie zmniejszając obrotów swoich potężnych silników, i wzniecił taką falę, że Wasyl z Aronem cudem tylko nie wypadli za burtę.
Silniki kutra naraz ryknęły ogłuszająco, za jego rufą zagotowała się pienista kipiel i ...stanął jak wryty.
- To jest rewers! - zachwycił się Aron.
Ciężkie wielokalibrowe karabiny maszynowe momentalnie wzięły "Oprycznika" na cel i z burty kutra rozległ się krótki rozkaz po angielsku.
- O mać wasza, tędy i owędy! - nie wytrzymał Aron. - Czego chcecie tym razem? I wrzasnął na cały głos: " Aj gou tu Hajfa!".
W odpowiedzi padła krótka seria z karabinu maszynowego, która rozpruła wodę przy samej burcie jachtu.
Inny głos z kutra wykrzyczał to samo po niemiecku.
- Aj gou tu Hajfa - odpowiedział Aron.
Ponownie seria z karabinu.
Kolejny głos wydal rozkaz po rumuńsku.
- Aj gou... - zaczął Aron i ponownie pociski jak grad posypały wodę.
Zrozpaczony Aron wykrzyczał wszystko, czego się zdążył nauczyć w Leningradzie:
- Ken aj juz jor terminal end baj drink loter? Jes, ser, pliz, ju ken juz auer terminal end baj drink loter! Aj em sori! Aj em weri sori! Hau macz kost siks auers stendink tu handrid literz ov drink loter? Aj gou tu Hajfa! Ol rajt! Baj, baj!
Na kutrze powstało jakieś zamieszanie. Następnie piąty głos wykrzyczał coś po polsku.
- Aj gou tu Hajfa - tępo twierdził Aron.
- Taaak - rzekł Wasyl, patrząc jak zahipnotyzowany w otwór lufy karabinu maszynowego. Jak to było w tej bajce: "zabieraj sobie Czerwony Kapturku swój koszyczek i wiej, kochana, do swej babci...". Mówiłem ci, baranie, ucz się angielskiego... I co teraz? - zamknął oczy w oczekiwaniu serii z karabinu.
Tym razem karabin milczał. Szósty głos rozkazał coś po bułgarsku.
Wasyl i Aron wymownie wzruszyli ramionami i bezradnie rozłożyli ręce.
I wtedy z kutra zabrzmiało w języku rosyjskim takie swojskie:
- Padnij! Ręce na kark! W wypadku nieposłuszeństwa otwieram ogień bez uprzedzenia!
- Od razu mógłby po ludzku! - burknął Aron, padając na pokład. - Kładź się, Wasiek, bo cię zastrzelą jak psa! I za nic!
Jak tylko Wasyl grzmotnął na pokład obok Arona, z głośników rozległ się trzykrotny sygnał muzyczny - pierwsze trzy takty popularnej niegdyś melodii "Stalin i Mao słuchają nas...", a na maszcie nad radarem statku załopotała na wietrze wielka czarna flaga!
- Aronie! Czytałeś kiedykolwiek "Wyspę skarbów?" - szepnął Wasyl.
- Oczywiście!
- No to zaraz zobaczysz piratów...
Na początku wszystko się odbywało jak w dobrym przygodowym filmie o piratach.
"Oprycznika" przymocowano do burty kutra dokładnie tak samo jak poprzednio do sowieckiej łodzi podwodnej.
Arona i Wasyla postawiono na nogi i przywiązano do masztu kawałkami ich własnych lin i linek. Usta zaklejono szeroką taśmą izolacyjną.
Wokół nich w czarnych kombinezonach z krótkimi rękawami i czarnych sportowych czapeczkach z daszkiem ozdobionych jaskrawym żółtym hieroglifem, z bronią krótką i nożami u pasa pokładali się ze śmiechu trzej faceci, którzy w rozwoju fizycznym mogliby rywalizować ze słynnym Arnoldem Schwarzeneggerem.
Naraz chichot ustal. "Mięśniaki" stanęli na baczność, z psim oddaniem wpatrując się w przejście do kajuty kutra...
Pojawił się w nim drobnej postury Chińczyk o zdziwionym wyrazie twarzy w lekkomyślnym jaskrawożółtym kombinezonie z długimi rękawami i żółtej czapeczce z daszkiem, lecz z czarnym hieroglifem. Bez żadnej broni.
W jednej ręce trzymał dokumenty Arona i Wasyla, w drugiej - dwieście sześćdziesiąt dolarów sprzedanych im przez oficjalny sowiecki bank.
Obejrzał swoich więźniów od dołu do góry i spytał w doskonałym języku rosyjskim:
- To wszystko, czym dysponujecie?
Aron i Wasyl pokiwali głowami twierdząco.
Chińczyk spoważniał i nakazał swym chłopakom, by uwolnili jeńców. Jeden z nich rzucił się rozcinać ich więzy, dwaj pozostali zerwali lepką taśmę z ich twarzy.
Dziki dwugłosy wrzask bólu! Na miejscu pięciodniowego zarostu na twarzach Arona i Wasyla świeciła gładka depilowana skóra, a cała szczecina pozostała na wewnętrznej stronie taśmy. Dało to chłopakom w kombinezonach powód do kolejnego rechotu.
Wiekowy Chińczyk z wyrzutem pokiwał głową, po czym wyciągnął w stronę dwóch ofiar szczupłą rączkę z marnymi dolarami zatrzymanych żeglarzy.
- Powtórzę teraz pytanie i radzę przed udzieleniem odpowiedzi dobrze się zastanowić. Mamy na pokładzie aparaturę, która bezbłędnie wykrywa złoto, platynę, brylanty niezależnie od miejsca, gdzie je chowacie - czy to w postaci gwoździ w drewnie, czy dolutowane do obwodów scalonych nadajnika radiowego, ukryte w meblach jachtu czy w jego takielunku... Jeśli cokolwiek znajdziemy, piłą elektryczną wypiłowujemy wskazany odcinek wyposażenia lodzi, a samą łódź spopielamy wyrzutniami napalmowymi wraz z jej załogą. Informuję, że wszystkie poprzednie łodzie spalały się całkowicie w ciągu sześciu-ośmiu minut.
Ale, kurna, technologia! - nie wytrzymał Aron.
Chińczyk miło się uśmiechnął, połechtany.
- Oczywiście, wszystko zależy od konstrukcji statku i jego wyporności. Powtarzam więc pytanie - czy to wszystko, czym dysponujecie? - i wyraźnie poirytowany potrząsnął nielicznymi papierkami dolarowymi.
- Tak! - odpowiedział Wasyl, marszcząc się i rozcierając bezwłosy kwadrat skory na obliczu.
- U nas więcej nie wymieniają! - ponuro potwierdził Aron.
- Na jeden dzień? - sprecyzował Chińczyk.
- Na resztę życia - wyjaśnił Wasyl.
- A za co kupicie żywność, opłacicie naprawy jachtu, wynajmiecie pilota portowego, podładujecie akumulatory, kupicie wodę pitną?
- A kogo to u nas obchodzi? - burknął Aron.
Piratom posmutniały twarze. Oburzony Chińczyk głośno wciągnął nosem powietrze, przymknął oczy.
Z wody po przerzuconej linie z uchwytem na pokład wgramolił się czwarty "pirat" w lekkim kombinezonie nurka z akwalungiem na plecach i jakimś przyrządem w ręku.
Chińczyk otworzył oczy, spojrzał pytająco na nurka, który odmownie pokiwał głową. Piraci wymienili spojrzenia.
W tej samej sekundzie z kajuty, zaciskając dłonią usta, wypadł piąty pirat. Prawie potrącając wiekowego Chińczyka, pomknął na rufę. Wychylił się za burtę i począł gwałtownie wymiotować.
W drzwiach kajuty pojawił się szósty z piratów, z takim samym urządzeniem w ręku jak nurek. Podobnie jak tamten odmownie pokiwał głową.
- To już zrozumiałem, Staszku - rzekł Chińczyk. - Co z Klausem? - wskazał wymiotującego. Zapytany zaczął mu wyjaśniać po chińsku, lecz starzec uśmiechnął się i przerwał:
- Mów po rosyjsku! Trochę praktyki ci nie zaszkodzi. Więc co z Klausem?
- Postanowił spróbować w ich kambuzie, co Rosjanie jedzą na morzu - z lekkim obcym akcentem wytłumaczył Staszek.
- Jaki nierozsądny! - starzec uniósł oczy ku niebu.
Piraci spoglądali na Arona i Wasyla z przestrachem i litością.
- Co on takiego tam zżarł? - cichutko spytał Aron swego kolegę.
- Nic takiego... Zwykła kasza perłowa i skumbria w tomacie...Świeżutka. Dopiero rano otworzyłem puszkę - wyszeptał Wasyl.
- Mogłeś chociaż cebulki dokroić... Obcokrajowcy, jakby nie było...
- Skąd miałem wiedzieć... Naszych dwieście osiemdziesiąt milionów mieszkańców żre to i się cieszy, a ten wydelikacony... rzyga... taka jego mać! Nieprzystosowany!
Wiekowy Chińczyk westchnął, ogarnął spojrzeniem horyzont. Milczał dłuższą chwilę.
- Dobra! Potraktujmy ten incydent jako dodatkowe ćwiczenia załogi na morzu. Ponieważ obiekt naszych ćwiczeń nie jest w stanie samodzielnie się poruszać z powodu awarii silnika i niesprawnego takielunku, przećwiczymy na nim rzadki w naszym fachu moment - udzielenie wszechstronnej pomocy humanitarnej w warunkach niesymulowanych. W trakcie tego procesu używamy wyłącznie języka obiektu!
Już po upływie dziesięciu minut jeden z piratów z prawdziwą wirtuozerią zszywał żagiel.
Drugi szybko i zręcznie zamieniał pozrywane linki i druty.
Trzeci - fachowo pomagał Aronowi przy silniku.
Czwarty, pochylony w kajucie nad mapą, wytyczał szczegółowy kurs do Bosforu.
Piąty sumiennie zmywał stertę brudnych naczyń w kambuzie.
Szósty przeładowywał z kutra na "Oprycznika" skrzynie i kartony z żywnością oraz butle wody mineralnej.
Stary Chińczyk z Wasylem siedzieli przy czarnej, niezwykle mocnej, chińskiej herbacie popijanej z płaskich filiżanek z laki i delektowali się miniaturowymi chińskimi ciasteczkami z czarnej tacki.
Staruszek oglądał wycinek z zagranicznego żurnalu, który zainspirował naszych żeglarzy do kupna jachtu.
- Podana tu cena, to, oczywiście, mocna przesada, jak to u żurnalistów, ale gdyby ten wasz jacht przebudować i odrestaurować...
- Cale dwadzieścia tysięcy zapłaciliśmy za restaurację - zapalczywie wtrącił Wasyl.
- Dwadzieścia tysięcy czego? - uprzejmie spytał Chińczyk.
- Rubli.
- Restauracja, o jakiej myślę, powinna kosztować nie dwadzieścia, lecz dwieście tysięcy. I nie rubli, lecz dolarów. Wtedy otrzymalibyście za waszą łódź około ośmiu milionów dolarów. Jesteście więc potencjalnie zamożnymi ludźmi. Jeśli nie będziecie sprzedawali w pospiechu. Pomysł wasz uważam za znakomity. Jacht, a propos, jest pierwszej klasy. Zawierzcie memu doświadczeniu - w ciągu trzydziestu lat mej nienagannej służby na wszystkich akwenach świata zatopiłem takich łódek ponad półtorej setki i potrafię właściwie ocenić wasz nabytek.
Wasyl lekko się zakrztusił po takim wyznaniu rozmówcy, lecz szybko się opanował.
- Dziękuję za dobre słowo. Nie wiedziałem, że wasza... eeee... działalność obejmuje też akwen czarnomorski.
- To jest stosunkowo niedawna inicjatywa. Rzekłbym, że stanowi owoc n a s z e j pieriestrojki - uśmiechnął się Chińczyk. Kiedy u nas na Tajwanie postanowiono utworzyć pilotową grupę piratów w basenie Morza Czarnego, mnie powierzono rolę jej kapitana-instruktora. Obecnie można to nazwać w gwarze sportowej "grający trener". Powiem szczerze, nie chciało mi się porzucać ojczystych stron... Liczna rodzina i wiek już nie ten... Lecz zawsze mnie pociągały nowatorskie pomysły. Mam naturę wiecznego poszukiwacza, odkrywcy. Nie byłem w stanie się oprzeć. I nie żałuję decyzji ani przez moment. Stworzyłem wspaniały zespół ludzki, absolutnie międzynarodowy, złożony z przedstawicieli dawnych państw socjalistycznych. Bardzo zahartowani ludzie - Węgier, Polak, Czech, Rumun, wschodni Niemiec a nawet Bułgar...
- Rosjan nie macie?
- Początkowo mieliśmy jednego, a nawet północnego Koreańczyka. Okazali się jednak na tyle ortodoksyjni, że musieliśmy ich...Sami rozumiecie - staruszek wskazał palcem gdzieś na dół.
- A skąd wszyscy znają rosyjski?
- Po pierwsze, przecież to wy zmuszaliście ich wszystkich do nauki języka rosyjskiego, nawet w szkołach. Po drugie, masowo zapraszaliście do ZSRR na naukę obcokrajowców. Prawie wszyscy członkowie mojej załogi to absolwenci sowieckich wyższych uczelni.
- Ciekawe... A wy sami? Przepraszam, jak godność? - Wasyl skłonił się uprzejmie.
- Szi-Gosiun - przedstawił się Chińczyk.
- Bardzo mi miło. A wasz rosyjski jest perfekcyjny.
- Też jestem absolwentem sowieckiej wyższej uczelni, tyle że o wiele wcześniejszego rocznika. W latach 50. kiedy dwa wielkie narody z upojeniem śpiewały "Rosjanin i Chińczyk to bracia na wieki...", kończyłem wydział filozoficzny Uniwersytetu Moskiewskiego. Osiągałem doskonałe wyniki w nauce.
- To widać - szczerze wyznał Wasyl.
Z kajuty wyszedł pirat z mapą w ręku. Wyrzekł coś z szacunkiem po chińsku, po czym przerwał w pół słowa:
- Cholera jasna! Wszystko mi się we łbie pokiełbasiło...
- Nie denerwuj się, Irżi, kontynuuj po rosyjsku - zachęcił go staruszek.
Czech podszedł z mapą do Wasyla.
- Zobacz, Wasylu, zniosło was aż tutaj - wskazał palcem. - Teraz musicie płynąć innym kursem - sto czternaście stopni. I musisz pamiętać o tak zwanym odchyleniu magnetycznym, które wynosi tu trzy i cztery dziesiąte stopnia. Latarnia morska Rumeli pozostanie wam po prawej burcie. Pilnuj też locji, nie odchylaj się od kursu. Unikaj tego oto regionu - tu odbywają się ćwiczenia wojskowe i strzelania ostrą amunicją. Wykończą was albo wasi, albo Turcy. Dalej płyniecie ustaloną trasą. Sam ją wyprowadziłeś?
- Nie! - przyznał się Wasyl. - To nasz przyjaciel, świętej pamięci...
- Szkoda - przyznał Irżi. - Widać, że fachman. Prawdziwy as.
- Dziękuję ci bardzo, Irżi!
- Nie ma za co! - rzekł Czech i poskarżył się Chińczykowi. - Przyrządy nawigacyjne mają chyba jeszcze z czasów Magellana.
- Widziałem - skwitował staruszek. - Odważni ludzie.
Z kambuza wysunął się inny pirat, błysnął wybielonymi zębiskami.
- Na kambuzie - wszystko OK! - mrugnął do Wasyla. - Nie leń się, chłopie, zmywaj naczynia. Najlepiej od razu po jedzeniu. To wspaniale kształtuje charakter!
Przeskoczył na burt kutra i zniknął.
- Jaki sympatyczny facet - radośnie skwitował Wasyl.
- Niezwykle sympatyczny! - zgodził się Chińczyk. - Wczoraj zagarnęliśmy szkuner francuski, to on humorem i dowcipami tak rozweselił ich załogę, że nawet zdziwić się nie zdążyli, jak ich wszystkich wystrzelał.
Wasyl wpadł w chwilowe osłupienie.
***
Po upływie dalszej godziny kuter i "Oprycznik" pod świeżo załatanymi żaglami około pól mili płynęli równoległymi kursami.
W czarnych pirackich czapeczkach z daszkami i żółtymi hieroglifami, z pirackimi nożami u pasa Wasyl i Aron po kolei patrzyli przez lornetkę, jak piraci na kutrze wesoło i przyjaźnie machali im rękami.
Następnie kuter na pożegnanie opuścił do połowy masztu swoją czarną flagę i w powietrzu rozległa się potrójna fraza muzyczna z pieśni "Stalin i Mao słuchają was...", zawył swymi potwornymi silnikami i zaledwie w trzy sekundy całkowicie znikł na horyzoncie...
Wasyl sterował, patrzył przez chwilę na pienisty ślad zostawiony na powierzchni morza przez niezwykły statek, po czym rzekł w zadumie:
- Licho wie, co jest lepsze! Wszystko jest względne na tym świecie...
Aron zrozumiał jego stan ducha. Wyciągnął z szafki wielką butlę rumu Baccardi, odkręcił gwint i zaproponował Wasi:
- Masz tu! Łyknij, to ci przejdzie!
Wasyl wziął butlę, odpił "z gwinta". Zdziwił się, jak mocny okazał się trunek. Spojrzał zdumiony na etykietkę.
- Skąd to masz?
- Ten Rumun Michaj podarował - Aron też pociągnął niezły łyk. - Mocne cholerstwo! Oni z tym Klausem, Niemcem, usiłowali mnie do siebie zwabić. Potrzebują jednego Żyda do kompletu. Właśnie z Rosji!
- To, dlaczego się opierałeś? - z nutą zazdrości w głosie spytał Wasyl. - Byłbyś sobie Żyd-pirat. To brzmi dumnie!
- Głupiś ty i ośle uszy ci odstają! - obraził się Aron. - Jakże ty, sukinsynie jeden, mogłeś pomyśleć, że cię pozostawię samego? Masz ty resztki sumienia? Zadek by ci sprać, jak dziecku...
- Dobra, dobra! - udobruchał się Wasyl. - Jeszcze po kapce?
Aron łyknął sam, przekazał butlę Wasi i rzekł z wyrzutem:
- Jak mogłeś coś takiego powiedzieć?
Jak przepłynąć Bosfor z klarnetem
W północne wrota Bosforu "Oprycznik" wpłynął w gwarnym towarzystwie przeróżnych statków - od olbrzymich tankowców do drobnych rybackich.
Z prawej strony dumnie wznosił się cypel Rumeli w obramowaniu olbrzymich skalistych opok, stary rozwalający się fort, latarnia morska i niewielka osada, ze sterczącym masztem nadajnika radiowego.
Po lewej burcie - niziutki i prawie niezauważalny półwysep Anatolu, też z latarnią, masztem sygnałowym i jakimś długim białym budynkiem przy minarecie.
W miarę wchodzenia jachtu w cieśninę liczba statków płynących razem z "Oprycznikiem", jak też podążających z kierunku przeciwnego, stale wzrastała i wzrastała.
Aron stał przy kole sterowym, Wasyl czytał locję, sprawdzając co chwila ich pozycję na mapie.
- Aron! Czas przejść na napęd silnikowy. Oto Rumeli, a to Anatolu... - Ponownie zajrzał do locji. Już! Czas zwijać żagle!
- Poczekaj, Wasiek - zatrwożony Aron kręcił głową na wszystkie strony, z przestrachem patrząc na tłum statków dokoła. Paliwo nam się prawie skończyło. Musimy ciągnąć na żaglach, ile się da...
- Czujesz, jak prąd przyspiesza?
- Czuję, czuję! Jeszcze chociaż parę mil...
- Nie możemy! - Wasyl zanurkował do kajuty, wyskoczył stamtąd z "Poradnikiem żeglarza". Proszę, posłuchaj, co pisze Bob Bond...
- Dajże mi spokój ze swym Bondem! - płaczącym tonem wrzasnął Aron, ledwo unikając kolizji z jakimś nachalnym szkunerem. - Mam teraz ważniejsze sprawy na głowie!
- Trzej ludzie, którym można w tym życiu ufać, uprzedzali - cieśniny wolno pokonywać tylko na silniku! - upierał się Wasyl.
- Jacy jeszcze znów ludzie? Nie zawracaj mi gitary!
Ale z ciebie niewdzięczny typas! Bob Bond - to raz! - Wasyl potrząsnął książką przed oczami Arona. - Pan Szi-Gosiun - dwa! I najważniejsze - Marksen Iwanowicz - to trzy!
Na dźwięk tego imienia Aron dwiema linkami umocował koło sterowe i ze słowami:
- Mam tego dość! - rzucił się do grota.
- Stawaj przy wyciągarce, ty pacanie bosforski!
Ku wielkiemu zadowoleniu i niemałemu zdziwieniu obydwu podróżników, wielki żagiel posłusznie spłynął na dół, mały poszedł za jego przykładem.
- Dasz radę sam złożyć? - upewnił się Aron.
- Mam inne wyjście? - zasapał z wysiłku Wasyl.
Aron odwiązał koło sterowe i zaczął kombinować przy silniku. Wcisnął starter. Silnik zakaszlał, kichnął jednym cylindrem i ...zamilkł. Wartki w tym miejscu prąd zaczął obracać jacht w poprzek cieśniny. Z tyłu rozległ się paniczny głos syreny jakiegoś solidnego masowca.
- Aron! Róbże coś! - wrzasnął przerażony Wasyl.
Aron już otwierał usta, by mu należycie po swojemu odpowiedzieć, kiedy silnik naraz zaskoczył, zawył równym tonem i pociągnął jacht do przodu.
Aron wydał westchnienie ulgi, wyrównał kurs i krzyknął do partnera:
- Fok układaj górnym końcem na zewnątrz! By nie szukać przez trzy godziny końcówki, jak ostatnio!
Mokry od własnego potu, w czarnej pirackiej czapeczce, bliski fizycznego wyczerpania Wasyl zdobył się na stosowną odpowiedź:
- Ty lepiej pilnuj swego zasranego silnika! I módl się, by ci starczyło paliwa!
- Mnie?! - oburzył się Aron. Mnie?! Ty szejgecu, ty! A kto pomylił kanistry!? Święty turecki?
W najwęższym miejscu cieśniny, przy półwyspie Aszian ze wspaniałą średniowieczną twierdzą z oślepiająco białymi wieżami, gdzie intensywność ruchu statków w obie strony sięgała zagęszczenia mrowiska...
...wielki brudny turecki masowiec holował na uwięzi cichutkiego "Oprycznika" ze spuszczonymi żaglami i milczącym silnikiem.
Na rufie tureckiego statku rozsiadł się Turek w średnim wieku i specjalnie dla holowanego jachtu wygrywał na klarnecie znaną rosyjską melodię: "Kalinka, kalinka, kalinka maja...".
Trzej inni Turcy, równie malowniczo brudni jak ich statek, leżeli na rufie obok muzyka i rytmicznie klaskali w dłonie, w takt wygrywanej melodii.
Od czasu do czasu coś krzyczeli w swoim języku do Arona i Wasyla, na co pierwszy udzielał wyczerpującej odpowiedzi:
- Aj dont anderstend! Senk ju weri macz! Aj gou tu Hajfa!
Turcy pokładali się ze śmiechu z wyraźną nutką współczucia, a klarnecista zmienił repertuar na "Podmoskiewskie wieczory".