Anna Jachim
(Zawieszona) Między tutaj i tam, teraz i kiedyś
Przebudzenie
Zrezygnowałam, wyjechałam,
przekonana, że zapomniałam.
Stałam się kimś innym
i było mi z tym dobrze.
Stworzyłam sobie nowe życie
w nowym kraju, w nowej kulturze.
Zapuściłam korzenie
bez grama żalu.
Poznawałam, próbowałam, doceniałam,
wdzięczna losowi za możliwość
smakowania życia,
które sama wybrałam.
Bez oglądania się w przeszłość
odległą o ponad dwa tysiące kilometrów.
Ona także zostawiła mnie samej sobie,
odtrącona, nie chciała się narzucać.
Żadnych pytań ani wątpliwości,
wciąż naprzód wiedziona pragnieniem,
żeby więcej, głębiej, intensywniej...
aż do utraty tchu.
I nagle...
Uderzyło jak piorun,
tylko że bez zapowiedzi.
Powinnam się była spodziewać,
nie spodziewałam się.
Zaledwie trzykilowe,
mieszczące się w ramionach,
ze spojrzeniem przenikającym duszę,
przewróciło wszystko do góry nogami.
Wygoniło z zamkniętej szuflady
niedokończone rozdziały celowo porzucone
i zmusiło do poszukiwania odpowiedzi
na niezbędne pytania.
Kim jestem? Co sprawiło, że...?
Wcale nie "dokąd zmierzam?",
jakby przeszłość liczyła się bardziej
niż przyszłość, którą wybrałam.
Wewnętrzna szamotanina,
na szczęście bez urazy ani złości,
żeby zrozumieć i określić najważniejsze:
co pragnę mu przekazać.
Krok po kroku, z największą uwagą,
odnajduję (a może odbudowuję?)
własną tożsamość,
tę, którą porzuciłam w zrywie młodości.
Moje polskie kochane korzenie,
moje polskie bezkresne wzruszenia,
moja polska rozhuśtana wrażliwość -
do podzielenia się z nim.
Najpełniej jak tylko można.
Jak tylko mama potrafi.
Zwątpienie
Prawie trzy godziny bez przerwy.
Zamiast chęci,
żeby spektakl trwał jak najdłużej,
cochwilowe spoglądanie na zegarek.
Powierzchownym powodem
mogłaby być zbytnia nowoczesność,
czytaj obsceniczność: gwałt, nagość,
samookaleczanie,
operowanie zużytymi schematami:
homoseksualne imprezy,
karły w lateksie,
instrumentowanie ciała kobiety,
co gorsza, przez inną kobietę
(a może o instrumentowaniu nie ma mowy,
bo reżyserem jest kobieta?).
Z niesmakiem odwracam głowę,
zastanawiam się,
czy to kwestia wieku,
czy jestem za stara na performansy,
w których forma przerasta treść?
Z nadzieją czekam na zaskoczenie,
puentę, emocje, poruszenie.
Świat zaczyna i kończy się w tobie.
(Do przemyślenia, do przetrawienia?)
I ten niekończący się koniec,
już na ekranie
pozbawiającym nas teatralnej kameralności.
Tylko żal aktorów,
którzy
prawdopodobnie
dali z siebie wszystko,
bo wierzą w sztukę
i jej oczyszczającą misję.
Niestety,
na wpół pusta sala
nie zaprasza ich
do trzeciego wyjścia po oklaski.
A tak miło wspominam teatr na Pradze.
Mój pierwszy teatr.
Anna Jachim (ur. 1981) - warszawianka z urodzenia, paryżanka z wyboru.
Chęć zrozumienia praw rządzących współczesnym światem starała się zaspokoić studiami nauk politycznych, a na potrzebę wyrażenia siebie odpowiada pisaniem.
Przez ponad dziesięć lat pracowała nad koncepcją środków dydaktycznych dla dzieci i ich ewaluacją.
Na co dzień wspiera wielojęzyczne rodziny w przekazywaniu dzieciom ich drugiego języka i kultury mniejszościowej. Uważa bowiem, że wielokulturowość to droga do lepszego, bardziej otwartego na różnice świata, a kultura to klucz do skonstruowania własnej tożsamości.
Po dwudziestu pięciu latach wróciła do poezji. Zadebiutowała na stronie Wydawnictwa J.
Na początku 2022 roku wydała w języku francuskim książkę z opowiadaniami dla dzieci na temat dwukulturowości i poszukiwania własnych korzeni.
Od ponad dwudziestu lat mieszka we Francji.
Jan Cichocki
Pytać pisarza o to, w jaki sposób tworzy, to jak pytać komputer o procesy zachodzące w jego twardym dysku - w obu przypadkach należy spytać Programistę.
Aleksander Janowski
Drapidupa i Sikutek (4)
Kolebka. Lisów
Moją małą ojczyzną są ziemie nad środkowym biegiem Radomki. Wzdłuż rzeki biegnie droga powiatowa, przy której leży gminny Jedlińsk. Rosyjski car odebrał mu prawa miejskie za upodobanie do buntów i powstań narodowych. Za Jedlińskiem położone są kolejno wsie: Piaseczno, Lisów i Bartodzieje. Ta ostatnia po reformie administracyjnej przeszła pod rządy gminy w Jastrzębi, która rozsiadła się naprzeciwko, ale za rzeką.
W Lisowie Radomka podeszła najbliżej do ludzi, płynie tuż za zabudowaniami gospodarskimi, a potem odchyla się ku południu, biegnie przez łąki, przelewa się pod mostem na nasypie kolei Warszawa - Radom - Kraków, trochę z oddali mija Bartodzieje, żeby dalej, dalej, w Ryczywole, nareszcie połączyć się z Wisłą.
Za mojej pamięci Radomka była galantą rzeką. Obracała młyny i tartaki, żywiła ryby i wody miała tyle, że przepłynąć wpław na drugi brzeg, na plażę, było dla smyków nie lada wyczynem. Czasem gniewała się na coś i podtapiała lisowiakom stodoły. Pewnego lata, jakoś to było pod koniec lat pięćdziesiątych zeszłego wieku, rozlała się wielką powodzią na łąki i przybrzeżne pola. Zabierała całe mendle skoszonego żyta. Zaparta przez nasyp kolejowy, utworzyła istne jezioro. Ledwie się mieściła pod mostem i strasznie ryczała za nim, spieniona. Patrzyliśmy z chłopakami z mostu kolejowego, jak główny nurt tej powodzi niesie krowę - przerażone bydlę przepłynęło tuż-tuż pod naszymi stopami i zniknęło za zakrętem...
Tak było. Dzisiaj rzeka wygląda inaczej. Likwidacja młynów, a przy nich zapór i stawideł, ogólna posucha - zredukowały Radomkę z rzeki do rowu raczej. Wody gruntowe w dolinie opadły, położone na wzniesieniach pola dręczy susza...
Dla mnie, małego pierwszoklasisty, te wioski były bardzo od siebie odlegle. Dzisiaj zrosły się ze sobą. Szosa i powszechność samochodu robią swoje. Ludzie budują się blisko gościńca.
Z trójwsią nad Radomką łączą mnie tak samo żywe, jak i serdeczne wspomnienia.
Swoistym środkiem ciężkości tego zespołu oraz dziesiątka innych wiosek i przysiółków wokoło jest Lisów. A to za sprawą parafii. Tu się mieści wspólny dla wszystkich kościół katolicki pod wezwaniem Nawiedzenia NMP. Odpust przypada 2 lipca.
W tym momencie moja myśl pobiegła do tamtych odległych powojennych lat, kiedy doroczny odpust był zdecydowanie największym, olśniewającym dla dziecka wydarzeniem. Rojne stragany, zapachy słodyczy, kakofonia najrozmaitszych piszczałek, loteria z piórkiem na obrotowej dźwigni - może zatrzyma się na figurce uśmiechniętego kolorowego kota! - latające wokół celofanowe piłeczki na gumkach, małe dziewczynki wystrojone w "muślinowe" sukieneczki, szyte z niemieckich spadochronów, z dumą prezentujące blaszane zegarki na odsłoniętej rączce... "Pierzaste koguciki!" - cały ten zaczarowany, piękny świat, z tak niebywałym talentem odmalowany przez Ryszarda Ulickiego w Kolorowych jarmarkach. Ta piosenka wzrusza mnie do dziś obrazami także mojego dzieciństwa. Takich jarmarków życzę Ci, Rysiu, na tamtym, lepszym, kolorowym świecie!
Ale na odpuście było jeszcze coś, co miało magnetyczną moc. I to w upalny lipcowy dzień! Prawdziwe lody! Czerpane ze stalowej bańki na mleko łyżką, nakładane na wafelek tak, że zdawały się całą nastrzępioną górą! I autoreklama, którą lodziarz z Jedlińska zachwalał swój rarytas: "U wujaka warszawiaka taka paka za dwojaka!". To se ne vrati...
Wróćmy wszak do parafii. Kościół w Lisowie datuje się XV stuleciem. Ufundował go właściciel tutejszych dóbr - Lisowski herbu Lis.
Wcześniej lisowiacy, jak cała reszta, maszerowali na msze św. aż do Gorynia, wsi położonej za Bartodziejami, dobre pięć kilometrów. Tam pierwszy kościół wzniesiono wcześniej, na przełomie XIV i XV wieku. W czasach reformacji kościół goryński przez kilkanaście lat był zborem kalwińskim, co sprowadziło większą wspólnotę wiernych do Lisowa.
Według źródeł pisanych pierwszy kościół modrzewiowy, pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP i św. Agnieszki, postawił w 1414 roku pan Kiełczo, dziedzic lisowski. Warto dodać, że fundację potwierdził hierarcha tej historycznej miary, co arcybiskup Mikołaj Trąba, metropolita gnieźnieński. Ten sam, który polski Kościół reprezentował na soborze w Konstancji (1414-1418), a wysunięty jako kandydat na papieża, nie przyjął tej godności. Podobnie jak i godności kardynalskiej - nie chciał się podporządkować wyłącznej władzy papieży. Przyjął natomiast tytuł Primas Regni - był więc pierwszym prymasem Polski, a ta godność miała pozostać na stałe funkcją arcybiskupów gnieźnieńskich. Był też Mikołaj Trąba doradcą króla Jagiełły i z tej racji uczestniczył w bitwie pod Grunwaldem.
Lisów należał wtenczas do diecezji gnieźnieńskiej. Dzisiaj - do diecezji radomskiej. Biskupów mamy dostatek.
Kroniki kościelne, księgi metrykalne, księgi ślubów i pogrzebów są nieprzebranym i bezcennym źródłem wiedzy! Niestety, akta dotyczące parafian lisowskich sprzed roku 1811 się nie zachowały. Spłonęły. Niemniej są nieprzerwanym źródłem wiedzy o moich ziomkach na przestrzeni ponad 130 lat - zachowały się w całości do roku 1945, kiedy ewidencję ludności przejęły organy administracji państwowej. Dzisiaj znajdują się w USC w Jedlińsku. Tam przemiła urzędniczka pozwoliła mi sfotografować moją metrykę. Dokument zaczynający zapisy urodzeń w Lisowie w roku 1944.
Wcześniejsze papiery kościelne spłonęły w pożarze plebanii w 1808 roku. W dokumentach można wyczytać, że donatorem następnego, też modrzewiowego kościoła w Lisowie był Hieronim Piasecki, właściciel Piaseczna. Podczas reformacji, kiedy kościół w Jedlińsku zajęli arianie, katoliccy mieszkańcy miasteczka chodzili do Lisowa. Ta świątynia przetrwała do 1847 roku. Wtedy biskup sandomierski (Lisów należał do diecezji sandomierskiej aż do reformy za pontyfikatu Jana Pawła II) nakazał zamknięcie świątyni ze względu na jej zły stan techniczny. Wtedy wierni korzystali z kaplicy przy starym cmentarzu w Piasecznie.
Kaplica św. Anny w Piasecznie istnieje do dziś, chociaż nie jest używana w celach sakralnych. W mojej młodości raz w roku odprawiano tam nabożeństwo. Jest to obiekt maleńki - mieścić mógł tylko niewielki ołtarz i celebransa przy nim. Wierni stali przed kapliczką na wolnym powietrzu.
W 1879 roku były już fundamenty nowego, obecnego, murowanego kościoła. Dwa lata później, we wrześniu 1881 roku, ks. Jan Kłoczkowski, proboszcz jedliński, poświęcił nową świątynię. Kościół powstał według projektu Kacpra Wąsowskiego (Wąsowicza) z Radomia, a staraniem ks. Pawła Pawłowskiego. Jest wezwaniem Nawiedzenia NMP. Wiadomo, że zużyto na jego budowę 150 tys. sztuk cegły przywożonej z Bartodziej. Koszty budowy wyniosły 4 455 000 rubli srebrem i 70 kopiejek. Istnieje lista poważniejszych darczyńców z trzech parafialnych wsi. Wymienię sponsorów trzech ołtarzy.
Ołtarz główny mieści piękny obraz Matki Boskiej Częstochowskiej obramowany misterną snycerką w pozłocie. Ufundował go Tomasz Orłowski, włościanin z Lisowa. Wizerunek ten zasłaniał inny obraz, który był opuszczany przy wtórze specjalnej pieśni (a po mszy podnoszony, także przy wtórze okolicznościowego śpiewu). Od kilku lat częstochowska ikona jest stale odsłonięta, uszkodził się mechanizm dźwigający obraz. Niedawno ksiądz proboszcz powiedział mi, że trwają prace renowacyjne starego mechanizmu, można się spodziewać, że w Lisowie powróci, podobne do częstochowskiego, misterium odsłaniania obrazu.
Po lewej stronie nawy nad bocznym ołtarzem umieszczony jest piękny obraz św. Anny. Jego fundatorem był Bolesław Maleszewski, dziedzic z Bartodziej. Do tej postaci jeszcze wrócę przy innej okazji. W Lisowie jest tradycja, że do św. Anny w tym obrazie pielgrzymują młode mężatki i zaraz po skończonej mszy św. publicznie się modlą w intencji przyszłego potomstwa.
Boczny ołtarz z prawej strony nawy zdobi wizerunek św. Franciszka. To jest dar Wincentego i Kunegundy Szotów, rolników z Piaseczna.
W latach proboszczowania ks. Franciszka Stolarskiego (1884--1897) wybudowano plebanię, a nieco później otoczono cmentarz parkanem z cegły. Drewnianą proboszczówkę dobrze pamiętam, rezydował w niej ks. Ignacy Jaworski, który mnie chrzcił. Dzisiaj na jej miejscu stoi murowany piętrowy dom.
Wiadomo z dokumentów, że podczas parcelacji dóbr lisowskich przez ostatniego właściciela, Gustawa Porawskiego, parafianie zakupili część ogrodu i pola dla proboszcza. Pod koniec XIX wieku parafia lisowska liczyła 1800 dusz.
Lisów ma stację kolejową na trasie Warszawa - Radom - Kraków. Stacja nosi nazwę "Bartodzieje". Czemu nie "Lisów"?
Naszym sąsiadem i przyjacielem domu był pan Jan Bednarski, wieloletni zawiadowca stacji. Zresztą też ojciec mojego przyjaciela Jurka. Wyjaśniał, że na taką decyzję wpłynął fakt, iż następna stacja kolejowa w kierunku Radomia nosi nazwę swojej miejscowości - "Lesiów", więc u nas, żeby uniknąć pomyłek, sięgnięto po nazwę sąsiedniej wsi.
Może tak było. Jednak ojciec mówił mi, że nazwę "wymówił sobie" dziedzic Bartodziej. Otóż dołożył on wiele do budowy linii kolejowej i chciał, żeby stacja kojarzyła się z nazwą majątku - były tam szklarnie, a hodowane kwiaty jeszcze długo po wojnie, zapakowane w ogromne wiklinowe kosze, były wysyłane do Paryża.
Linię kolejową biegnącą przez Lisów oficjalnie otwarto 25 listopada 1934 roku. W niecały rok później, w maju 1935 roku, odbyły nią ostatnią podróż doczesne szczątki Marszalka Józefa Piłsudskiego. Ojciec mówił mi, że na całej trasie kolei, po obu stronach toru, stali ludzie, ramię przy ramieniu. Podobno mieli dostać za swój dyżur po 1 złotym. Niezły zarobek za oddanie czci Naczelnikowi.
Carski dostojnik
Wybierzmy się teraz do Bartodziej - tak się u nas mówi, aczkolwiek znane są trzy formy dopełniacza tego rzeczownika: Bartodziej, Bartodziei i Bartodziejów. Za poprawną uważa się ostatnią. Ale u nas dawniej mówili: "Ide do Bartodzij", "Ón je z Bartodzij". Teraz też się mówi: z Bartodziej, do Bartodziej.
To największa wieś w opisywanej triadzie.
Teren dzisiejszych Bartodziej był zamieszkały już w czasach prehistorycznych. Dokumentują to odsłaniane pochówki ludzkie i znajdowane odłamki naczyń ceramicznych. Podczas badań archeologicznych jeszcze przed wojną między Bartodziejami a Lisowem, nieco na północ, odkryto wczesnośredniowieczną nekropolię. Na cmentarzysku znaleziono m.in. ozdobny srebrne i z brązu oraz naczynia gliniane. Zabytki odnalezione podczas badań w latach siedemdziesiątych XX wieku na wschodnich obrzeżach Bartodziej wskazywały na liczne stanowiska średniowieczne i prehistoryczne. W każdym razie, początkowo nadrzeczna wieś, rozrastająca się o tereny wydarte lasowi, była jedną z najstarszych osad w tej części Puszczy Kozienickiej.
Od końca XIV wieku Bartodzieje były wsią prywatną, w której powstawały kolejne dwory właścicieli majątków. W XVII i do połowy XX wieku częściej przebywał tu zarządca lub dzierżawca - właściciel z reguły mieszkał w innych, większych dobrach. Tak było m.in., gdy Bartodzieje pozostawały w rękach rodu Pułaskich. Tych, z których się wywodził generał Kazimierz Pułaski, bohater Polski i Ameryki.
Pierwszym udokumentowanym właścicielem Bartodziej był Jan zwany Głowaczem, właściciel nieodległego miasta Głowaczów.
W 1897 roku wieś Bartodzieje nabyli Bolesław i Maria Maleszewscy. W tym momencie Maleszewski był jednym z najzamożniejszych ludzi w Polsce, tzn. w ówczesnym Kraju Nadwiślańskim. Majątku dorobił się w Petersburgu, gdzie był wysokim urzędnikiem ministerialnym. Matematyk z wykształcenia, rozpoczął karierę jako rachmistrz Jana Blocha, jednego z wybitnych twórców i reformatorów polskiej gospodarki w XIX i XX wieku, przedsiębiorcy, budowniczego wielu linii kolejowych1. Bloch poznał się i docenił zdolności i kwalifikacje swego pracownika i polecił go swemu przyjacielowi, wpływowemu urzędnikowi carskiemu, przyszłemu pierwszemu premierowi Imperium Rosyjskiego - Siergiejowi Witte. Dzięki niemu Maleszewski otrzymał wysokie stanowisko na Kolejach Południowo-Zachodnich w Kijowie, a gdy Witte został ministrem skarbu, sprowadził go do Petersburga i mianował dyrektorem Kancelarii Kredytowej.
Do Bolesława Maleszewskiego mam specjalny sentyment, gdyż jest to jedna z pozytywnych postaci tłumaczonych przeze mnie, wespół z Mirosławą Wierzbicką, Wspomnień Siergieja Witte2.
Witte nazywał naszego rodaka "Maliszewski", ale warto spojrzeć, jak po latach o nim pisał:
"(...) stanął przede mną problem, kto miałby być dyrektorem Kancelarii Kredytowej. Miałem chęć powierzyć to stanowisko Maliszewskiemu.
Poznałem się z Maliszewskim w czasie, gdy służyłem na Odeskiej Drodze Żelaznej, a on był kierownikiem kontroli na Kolei Kijowsko-Brzeskiej. Był to szczery Polak, ale bardzo uczciwy i szlachetny, zarówno pod względem materialnym, jak i moralnym. Będąc Polakiem i polskim patriotą, pozostawał wiernopoddanym Najjaśniejszego Pana.
Maliszewski był człowiekiem wielkiego umysłu, z matematycznym wykształceniem. Należał do klasy ludzi, którzy mają w swoim umyśle coś szczególnego, co odróżnia ich od zwyczajnych zjadaczy chleba, ale ta szczególna cecha umysłu, z drugiej strony, stawia ich na granicy między człowiekiem normalnym a pomyleńcem - to zwykła osobliwość prawie wszystkich genialnych ludzi.
Weźmy z innej dziedziny - Lwa Tołstoja i Dostojewskiego, oni również byli naznaczeni przez Boga swoją genialnością i często w swoich postępkach i wypowiedziach byli absolutnie na granicy między ludźmi normalnymi i pomyleńcami.
Dlatego Maliszewskiego nazywałem Umaliszewskim3.
Po ukończeniu Korpusu Kadetów Maliszewski dostał się na Uniwersytet Warszawski, ukończył tam studia i podjął pracę u Blocha.
(...) Zasługą Maliszewskiego dla kolejnictwa jest to, że dzięki niemu powstała kasa emerytalna dla pracowników Południowo-Zachodnich Dróg Żelaznych, w której miała swój wkład członkowski spółka Kolei Kijowsko-Brzeskiej.
Pojawiła się wtedy kwestia utworzenia ogólnej kasy emerytalnej dla pracowników kolei żelaznych. W celu opracowania planu takiej powszechnej kasy kolejowej zwrócono się do Maliszewskiego i on poświęcił temu wiele pracy.
(...) Maliszewski najpierw przygotował opracowanie teoretyczne całego zagadnienia i napisał na ten temat cały tom (został uhonorowany nagrodą Akademii Nauk). Następnie sporządził wszystkie obliczenia do ogólnego statutu kas emerytalnych rosyjskich kolei żelaznych, za co otrzymał godność radcy stanu i "Włodzimierza"4. W tamtym czasie było to coś zupełnie wyjątkowego, ponieważ tego rodzaju odznaczeń nie dawano z taką łatwością, jak to się robi obecnie.
Tak więc Maliszewski w zupełności odpowiadał stanowisku, które chciałem mu dać: 1) dlatego że mogłem na niego w zupełności liczyć, zarówno w sensie etycznym, jak i prawomyślności; byłem przekonany, że nie narazi skarbu państwa na jakiekolwiek straty; 2) a także w tym sensie, że w pełni mogłem polegać na wszystkich jego obliczeniach. Wreszcie nie były mu obce również finanse, ponieważ jako współpracownik Jana Blocha i pracując w zarządzie Kolei Południowo-Zachodnich, miał okazję stale stykać się z zagadnieniami finansowymi. Jednak zdawało mi się, że przeszkodą w jego nominacji będzie to, że jest Polakiem, przy czym Polakiem szczerym, ponieważ przyznawał się, że jest polskim patriotą, chociaż wiernopoddanym rosyjskiego imperatora.
Kiedy referowałem cesarzowi (...) co się tyczy dyrektora Kancelarii Kredytowej, to, dodałem, teraz mam kłopot ze wskazaniem mu kandydata, ponieważ chociaż mam (na uwadze) osobę w pełni odpowiednią, to prawdopodobnie jej nominacja napotka trudności.
Wówczas car spytał mnie:
- Jakież to mogą być trudności?
Powiedziałem, że chociaż ten człowiek jest bezwzględnie uczciwy, bardzo fachowy, na którym w pełni mogę polegać i któremu mogę powierzyć tak ważne wyliczenia, dotyczące skarbu państwa, trudnością w jego nominacji prawdopodobnie może być to, że jest Polakiem, a przy tym Polakiem szczerym, który nie tylko przyznaje, że jest Polakiem, ale się tym szczyci, aczkolwiek, z drugiej strony, jest człowiekiem uczciwym i bezwarunkowo prawomyślnym w politycznym sensie i jestem przekonany, że jest najwierniejszym wiernopoddanym.
Na to Aleksander III odpowiedział mi, że w takim razie nie rozumie, jakie mogą być trudności w nominacji Maliszewskiego. Skoro jest Polakiem, prawym Polakiem i tego nie kryje, a z drugiej strony wiernopoddanym, to wskazuje, że jest uczciwym i szlachetnym człowiekiem, dlatego nie widzi najmniejszej przeszkody w mianowaniu go dyrektorem Kancelarii Kredytowej5.
W ten sposób Maliszewski dość nieoczekiwanie, w odczuciu światka petersburskiej biurokracji, został mianowany dyrektorem Kancelarii Kredytowej.
Był na tym stanowisku przez cały czas za mnie i następnych ministrów. Za Kokowcowa, dopiero dwa lata temu, odszedł. Również został senatorem. Maliszewski jest tylko kilka lat starszy ode mnie, już całkiem zramolały. Jego zdolności umysłowe na tyle się skurczyły, że kiedy się z nim rozmawia, ma minę człowieka zupełnie nienormalnego. Na oko można mu dać 70 lat".
Taki to człowiek został bartodziejskim posesjonatem. Oprócz zakupu wsi kilkaset tysięcy rubli zapisał Akademii Umiejętności. Zmarł bezpotomnie 13 maja 1912 roku w wieku 68 lat. Bartodzieje zapisał w testamencie Bolesławowi i Edmundowi Janowskim herbu Jastrzębiec, synom siostry swojej zmarłej wcześniej żony.
Z tym rodem przeplatają się perypetie Witolda Gombrowicza.
Ale o tym następnym razem.
c.d.n.
1 Fascynującą opowieść o Janie Blochu zawarł Abrzej Żor w swojej powieści Figle historii, wyd. Adam Marszałek, 2006.
2 Siergiej Witte. Wspomnienia. CPRDiP, 2017, s. 104-106.
3 Gra słów w jęz. rosyjskim: Umaliszonnyj - pozbawiony rozumu, pomyleniec, wariat (przyp. tłum.).
4 Order św. Włodzimierza (cztery klasy) - przyznawany w Imperium Rosyjskim za zasługi cywilne i wojskowe. Od 1957 r. odznaczenie przejęła Cerkiew prawosławna dla duchownych (przyp. tłum.).
5 Kiedy Aleksander III bywał w Królestwie Polskim, to odnosił się do Polaków bardzo łaskawie. Z tego, oczywiście, nie można wyciągać wniosku, że nie trzymał się w pełni historycznej rosyjskiej linii i że mógł Polakom pobłażać, ale to oznacza, że imperator Aleksander III rozumiał, iż skoro Królestwo Polskie było przyłączone do Rosji i Polacy stali się jego poddanymi, to powinien odnosić się do nich jak do swoich poddanych, tzn. mając na względzie ogólne racje imperium - dać im możliwość spokojnego życia.
Ta linia, której trzymał się Aleksander III wobec Królestwa Polskiego, była jasno wyrażona we wszystkich poczynaniach ówczesnego generała-gubernatora Królestwa Polskiego, znanego bohatera, generała-adiutanta Hurki.
Hurko z jednej strony trzymał Królestwo Polskie surowo i nie pobłażał Polakom, ale z drugiej strony odnosił się do nich tak, jak powinien odnosić się przedstawiciel władzy cesarskiej, to znaczy opiekuńczo i wobec wiernopoddanych Polaków - życzliwie.
Polacy zawsze odnosili się do Aleksandra III z głębokim oddaniem i obecnie otaczają głębokim szacunkiem, zarówno pamięć imperatora, i generała-gubernatora Hurki, jak i innego przedstawiciela tej linii - generała-gubernatora Kraju Południowo-Zachodniego - Drentelna, który również był surowym generałem-gubernatorem, ale opiekuńczym, troszczącym się o wszystkich mieszkańców powierzonego mu kraju.