Przypływ. Magazyn literacki nr 6-2021 - Aleksander Janowski

Kup ebooka

17.00 zł
14.10 zł (14,45 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jerzy Tabor

BAL

Małgosi Potockiej,

tancerce Teatru Wielkiego

Pusta sala po balu, porzucony czyjś szal,

Na posadzce konfetti, przewrócone gdzieś krzesło

Pozostało niewiele, trochę wspomnień i żal,

Że już koniec... minęło i przeszło.

Proszę spojrzeć, cylinder - nieodłączny rekwizyt

Wielkich bali, szampana, pięknych kobiet... tak, tak

Ona w sukni z muślinu coś mu gra... "Dla Elizy",

On w cylindrze na bakier, laska z gałką i frak

Tak, już wiem, nie te czasy, kiedy wprost z operetki

Się wsiadało w dorożkę, nucąc szlagier półgłosem

W ogródkowych kawiarniach szampan i szansonetki

Rytm kankana i walca... proszę wejść, bardzo proszę!

Ale wróćmy do rzeczy, więc był bal, na tym balu

Coś się spięło, spaliło i zwarło... kto wie

Pozostało niewiele, trochę smutku i żalu

Parą zmiętych serpentyn... maseczki... te dwie

Jedna złota brokatem, z koronkowym woalem

Druga czarna i inna, aksamitna i zła

Czyżby coś je łączyło, jeszcze wcześniej, przed balem?

Ale któż to odgadnie, kto to wie, kto je zna

Może pani coś powie, pani stoi samotnie,

Pani płacze... przepraszam, lecz czy warto jest... co?

Niech się pani uśmiechnie i tu stanie, przy oknie

Słyszy pani... pianista cicho gra "Domino".

Jan Cichocki

Lisowskie bajdy

Echa wojny

Kiedy wracam myślą do powojennych dziecięcych doświadczeń i opowieści starszych o tym ciężkim czasie, wypływa wyczyn wuja Stasia, późniejszego weterynarza, którego nieustannie doskonalona fachowość i doświadczenie doprowadziły aż za biurko powiatowego lekarza weterynarii. Zanim wszak się to stało, zasłynął opanowaniem podstaw sztuki artyleryjskiej.

Otóż stało się tak, że na skraju Jedlińska, między cmentarzem a brzegiem rzeczki Tymianki, pozostało niemieckie działo, czy może to była armata. Widać uszkodzone. Rzecz jasna, była to niezwykła atrakcja dla miejscowej dzieciarni, która nieustannie właziła na lawetę, mańdrowała w rozmaitych korbkach, wsadzała nos do lufy i na wszelkie sposoby bawiła się w wojsko. Stach, kilkunastoletni wówczas weteran miejscowego ruchu oporu i żołnierz AK, widząc, co smyki wyprawiają, zainteresował się bliżej wrażą armatą. I... ze zgrozą przekonał się, że jest nabita! Pocisk był wprowadzony do lufy. Cud boski, że któryś z małych smargilów nie pociągnął za właściwy sznur, a może nie miał na to wystarczająco siły, i nie stało się nieszczęście. Co robić? - Kombinowałem na różne sposoby - opowiadał mi wujaszek - ale wyjąć pocisku z lufy nijak nie szło. Wyjście było tylko jedno - strzał.

Szczęściem lufa była skierowana ku dołowi, w kierunku przeciwległego, wyższego, brzegu Tymianki. Odpędziwszy więc małych, przystąpił do akcji. Pociągnął za jedną rączkę, za drugą, zamek armaty płynnie się zatrzasnął i rozległ się ogłuszający huk. Działo wypaliło, pocisk palnął w wysoki brzeg rzeczki, a lufa stanęła na sztorc, do góry. Kanonier dał chodu i wydawało się, że sprawa jest skończona.

W Jedlińsku wyleciało kilka szyb w oknach, więc zainteresowanie incydentem było zrozumiałe. Stasio w domu się nie przyznał, ale któryś z becharów musiał wygadać, że to młody Brudniosów wystrzelił z armaty. Nikomu atoli nie przyszło do głowy, że to mógł być Stacho. Przyszli do starszego, Jantka, z pretensjami, że niby to chłop po wojsku, a rozumu nie masz, z armaty walisz przy dzieckach, parę kroków od zabudowań... Wujo Antoni, Bogu ducha winny, musiał tak szczerze i prawdziwie objawić zdumienie, że dali spokój. Ostatecznie, trochę strachu było, ale nic specjalnie się nie stało.

Pod okupacją

Wojna przyszła do Lisowa już we wrześniu 1939 roku. Za sprawą stacji kolejowej. Najeźdźca zatroszczył się o udaremnienie korzystania z transportu na linii Radom - Warszawa. Nadleciał uroplan, nie wiedziano jeszcze, że niemiecki, i na tory rzucił bombę. Szyny stanęły dęba. Pociągi już iść nie mogły.

Potem jeszcze parę razy naloty powtarzały się, więc mieszkańcy zagrody graniczącej z koleją co cenniejsze sprzęty, jak wialnia do zboża czy maszyna do szycia, zanosili do stawu za stodołą i topili w wodzie. Zdawało się, że tak będą bezpieczniejsze.

Babcia Zofia opowiadała, że moje malutkie rodzeństwo, Jadwiga i Henio, gdy tylko słychać było warkot nadlatujących samolotów, chowało główki pod jej obszerny fartuch. Wiara w opiekę i obronę dorosłych uspokaja i pomaga...

Niemcy, z pewnością w celu lepszej ochrony kolei - którą jak najprędzej naprawili i na nowo uruchomili - wysiedlili właścicieli gospodarstw położonych blisko torów. Pozbawioną dachu nad głową rodzinę Józefa i Anny przygarnęli rodzice Anny - Brudniasowie w sąsiednim Piasecznie. Przebywali na wysiedleniu wszak niezbyt długo, niecały rok. Józef zatrudnił się u niemieckiego administratora majątku państwa Janowskich1 w Bartodziejach, w związku z czym uzyskał pozwolenie na powrót do własnego domu. Bauer Geiss okazał się człowiekiem porządnym. Akuratnie płacił za pracę i traktował polskich robotników po ludzku.

Józef przy sprzęcie zboża czy kartofli z pól majątku Janowskich, jeśli nadzorujący nie widzieli, zwłaszcza o zmierzchu, zostawiał kilka snopów pszenicy czy opałek kartofli, buraków, marchwi. W nocy okoliczni mieszkańcy, przede wszystkim bezrolni komornicy, zabierali te dobra - być może dziwując się, że Niemiec taki niegospodarny...

Bliskie sąsiedztwo z torem kolejowym okazało się tragiczne. W trzecim roku okupacji maszynista parowozu, który stanął akurat naprzeciwko podwórza, zaczął rusztować palenisko - przegarniać je ogromnym pogrzebaczem. Procedura, stosowana we wszystkich lokomotywach parowych, okazała się zgubna dla naszych zabudowań. Iskry, którymi zaczął obficie sypać parowóz, poleciały z wiaterkiem na podwórze, zawalone snopami słomy - akurat poprzedniego dnia była młócka - i momentalnie drewniane budynki stanęły w płomieniach. W obejściu przebywali tylko Anna i teść Walenty. Józef pojechał z jakimś zleceniem Geissa do Jedlińska. Walenty próbował wyprowadzić źrebicę z płonącej stajni, ale ta, jak wszystkie konie, w panice wyrywała się na powrót do swego kojca. Anna tymczasem starała się wynosić co się da z chałupy.

Józef wracał już z Jedlińska, dojechał do lisowskiego kościoła, kiedy zobaczył dym, momentalnie zmiarkował, że to jego obejście się pali. Wyprzągł z wozu kobyłę, wskoczył na nią na oklep i pognał do pożaru. Wpadł do izby, odsunął na bok żonę, która już zdążyła wynieść większość rzeczy, a teraz, półprzytomna z gorąca i dymu, mocowała się z szafą ubraniową. Ten piękny mebel, który dostała w posagu, był rozbieralny - dość było jednego uderzenia pięścią w określony czop i szafa rozpadała się na elementy. Józef wyrzucił je przez okno razem z chustami, jak się u nas mówiło na odzież, wyprowadził żonę z ogarniętej ogniem izby, rzucił się pomagać ojcu. Chciał potem jeszcze wyprowadzić zbite w gromadkę spanikowane owce, ale już strop obory się przepalił, płonąca belka spadła na niego, dotkliwie go poparzyła, zwłaszcza ucierpiała noga. Wszystkie zabudowania doszczętnie spłonęły, razem ze zbiorami z pól. Było to po żniwach. Niemiecka administracja, do której się zwrócił po fajerkasę, wskazując niemiecki parowóz jako przyczynę pożaru, odprawiła go z niczym: to NAM się spaliło, oznajmili okupanci.

Jeden tylko wspomniany wcześniej Geiss, kiedy zobaczył, że jego pracownik, podobnie jak żona, zostali tylko w tym, co na sobie, osobiście przywiózł woreczki kaszy, soli, trochę sacharyny, jakieś kury, gęsi... Co ważniejsze, nakazał, żeby Józef z rodziną zajął dom należący do dalekich kuzynów Rybickich, którzy także byli wysiedleni.

Zgoła inaczej zachowywał się nowy administrator - pochodzący ze Świerży2 syn niemieckich kolonistów, Neumann. Ten znęcał się nad robotnikami, wrzeszczał, osobiście okładał ich za byle co grubą lachą, z którą się nie rozstawał.

W germańskiej niewoli

W jakimś czasie po Lisowie rozeszła się wieść: będą zabierać chłopów na roboty do Niemiec. - Trza uciekać za Wisłę! - powtarzali wokoło. Czemu zza Wisły mieliby nie brać - nikt się nie zastanawiał.

Tak czy siak, zaczęli się zbierać do drogi szwagrowie - Józiek z bratem żony Antkiem. Uszykowały im kobiety w Piasecznie zdatny prowiant - po pajdzie chleba, zubelek słoniny, zawinięty w lnianą szmatkę, pieczoną kurę... Żeby jakoś doszli do tej Wisły. Ano, uszli kawałek, na Wydrach, co są przysiółkiem piaseczyńskim, przysiedli, zjedli kurę, wypili po krzynce. Wisła wydawała się tak daleko, a niebezpieczeństwo jakoś mało określone. No i na głodnego iść tyli kawał... Wrócili do domu.

Ale słuchy nie ustawały.

Ruszyli więc ponownie. I za Wisłę się przedostali. A tam zarutko ich Germańce aresztowali i odstawili do twierdzy w Dęblinie. Dawnym Iwangrodzie. Na uroki więziennego bytu nie trzeba było czekać. Pod wieczór na dziedziniec, gdzie byli stłoczeni podobnie jak oni ujęci w łapankach, wtoczyła się kuchnia polowa i żołnierz zaczął "rozdawać obiad". Polegało to na tym, że stojący na podnóżkach kotła Niemiec wydobywał z wnętrza grudy gotowanej kaszy i rzucał w kierunku podchodzących więźniów. Jeśli który miał w co - złapał swój kęs, jeśli nie, mógł coś zebrać z bruku. Józef nadstawił kaszkiet i w ten sposób udało mu się coś zjeść.

Następnego dnia długa kolumna aresztantów ruszyła w drogę. Dokąd? Nie wiedzieli. Ani chybi, do Reichu na roboty. Szli do południa. Szczęściem szwagrów nie rozdzielono, było do kogo gębę otworzyć i pogadać, co robić dalej. Antek miał mocnego cykora, Józef szpekulował, jak się z orszaku wydostać. Los się uśmiechnął. Z przeciwka na drodze pojawiła się wielka ciężarówka wioząca konie. Konwojenci skierowali szeregi więźniów na pobocze, żeby transport przepuścić. Wachmani zagapili się na konie, które wystawiały łby do ludzi. Józef szepnął szwagrowi: wiej w pole! Antoni bryknął w kartofle i rosnące dalej krzaki. Udało się! Kolumna maszerowała dalej. Józef zauważył, że konwojenci pozwalają pojedynczym więźniom wyjść z kolumny, żeby na polu się załatwić. Następny strażnik miał ich dopilnować.

Pomyślał więzień: zaryzykuję!

Na migi wytłumaczył mundurowemu, że pilnie mus w kartofle, ten z pogardą machnął ręką - ach, ci nienauczeni kultury Słowianie... Kucnął Józio w kartoflach i siedzi. Niemcy - nic. Widać kolejny wachman pomyślał, że skoro ma pozwolone, to nie mój interes. Ostatni posterunek przy kolumnie też się nie oglądał na siedzącego chłopa, który momentalnie wyciągnął się w gęstych rzędach kartofli.

Kiedy kolumna więźniów odeszła na bezpieczną odległość, Józef ruszył w kierunku prostopadłym do szosy na Zachód. Żeby tylko nie do Dęblina i nie w stronę aresztanckich rot, ale ku Wiśle. Pod wieczór zbliżył się do zabudowań, samotnych pośród pola. Ostrożnie podszedł bliżej domu. Gdy się upewnił, że nie ma Niemców - wszedł na podwórze. Wprost na Niemców!

Byli to niemieccy koloniści, starsze wiekiem małżeństwo, od dawna gospodarzyli na polskiej ziemi, nawet jako tako mówili po polsku.

Było aż nadto jasne, że widzą zbiega z rąk swoich rodaków. Nie okazali jednak najmniejszej wrogości, przeciwnie, posadzili wędrowca przy stole, nakarmili. Potem bauer odezwał się ze smutkiem: - Panie, Niemcy tej wojny nie wygrają, Sowiet pobije Hitlera. Tylko nasi synowie już tu nie wrócą, niestety...

Skąd stary nadwiślański Niemiec mógł wiedzieć, jak się potoczą losy strasznej wojny?

Przenocowali Polaka w stodole, rano pokazali, jak ma iść, żeby trafić do promu przez Wisłę. Przedostał się na zachodni brzeg i niedługo potem spotkał Antka. Bez większych już przygód razem wrócili do Piaseczna.

Inne dramatyczne przeżycie w rodzinie było związane z zarządzonym przez okupantów szarwarkiem. Otóż miał nakazane Józef i inni chłopi, razem dziesięciu, stawić się określonego dnia rano w Bartodziejach, załadować przygotowane niemieckie ładunki i ruszyć w drogę. Cel był znany konwojowi. Domyślili się, że pojadą do Rzeszy.

Przekonany, że z takiej wyprawy nie ma powrotu, w domu małe dzieci, jął dziadek Walenty prosić, żeby na furmana wzięli jego zamiast syna. Pertraktacje były poparte połciem słoniny i bańką bimbru: Walenty uściskał swoją Zofię, po kolei wszystkich domowników i siadł na furę. W szeregu wozów ruszył w nieznane. Na razie jednak orientował się, gdzie jest: wjechali do lasów Puszczy Kozienickiej, niedaleko było do Grabowa. Walenty długo się nie namyślał. W duchu pożegnał poczciwe konie, doczekał bardziej gęstych zarośli i dał nura w krzaki. A dalej lasem, póki tchu starczyło. Na szczęście jego konie szły za jadącym przed nimi wozem, nikt nie zauważył, że bez furmana. Po dwóch dniach wymizerowany Walenty stanął na swoim progu.

Trzeba powiedzieć, że koniec okupacji był dla lisowiaków swego rodzaju poglądową lekcją stosunków międzynarodowych. Oto w połowie stycznia 1945 roku Niemcy odjechali. Załadowali na ciężarówki swoje manatki i w ordynku ruszyli w stronę Jedlińska i Radomia. Rankiem 16 stycznia od strony Wisły pojawili się pierwsi czerwonoarmiści. Lud bartodziejski i lisowski takiego wojska jeszcze nie widział. Amerykańskie samochody, a przy nich wózki ciągnięte przez konie, wielbłądy, a nawet psy. Żołnierze i żołnierki w mocno znoszonych mundurach i niewidywanych nad Radomką walonkach... Wśród twarzy europejskich wiele śniadych i skośnookich. Umordowani i głodni. Prawdę mówiąc, w zestawieniu z wczorajszym do końca eleganckim Wehrmachtem Armia Czerwona nie prezentowała się zbyt imponująco. Mimo to doszła przecież do Berlina i zdobyła go.

c.d.n.

1 Młody pan Janowski był oficerem Wojska Polskiego, więc rodzina dziedziców, słusznie obawiając się represji, przezornie wyjechała z majątku.

2 Stoi tam obecnie Elektrownia Kozienice, wybudowana w latach siedemdziesiątych XX wieku, druga pod względem wielkości w kraju elektrownia węglowa.