Przypływ - Cilla Borjlind, Rolf Borjlind

-
Proszę czekać

Wła­śnie za­mie­rza­ła zjeść na­stęp­ny ka­wa­łek tor­tu śmie­ta­no­we­go. Ko­bie­ta mia­ła usta po­ma­lo­wa­ne ja­skra­wo­czer­wo­ną szmin­ką, kę­dzie­rza­we siwe wło­sy i ob­fi­te kształ­ty. Tak się kie­dyś wy­ra­ził jej mąż: "Moja żona ma ob­fi­te kształ­ty". Co zna­czy­ło, że jest bar­dzo tęga. Co pe­wien czas było to dla niej po­wo­dem udrę­ki i wte­dy pró­bo­wa­ła zre­du­ko­wać ob­ję­tość. Z dość mi­zer­nym skut­kiem. Po­tem przy­cho­dził okres, gdy cie­szy­ła się, że jest, jaka jest. W ta­kim wła­śnie okre­sie pod­ja­da­ła te­raz tort w swo­im prze­stron­nym ga­bi­ne­cie Biu­ra Kry­mi­nal­ne­go w gma­chu C Ko­men­dy Głów­nej i jed­nym uchem słu­cha­ła wia­do­mo­ści w ra­diu. Spół­ka MWM, Ma­gnu­son World Mi­ning, otrzy­ma­ła ty­tuł naj­lep­szej w tym roku fir­my szwedz­kiej ope­ru­ją­cej na ryn­ku mię­dzy­na­ro­do­wym.

- Wia­do­mość spo­tka­ła się z gwał­tow­ny­mi pro­te­sta­mi z wie­lu stron. Fir­ma jest ostro kry­ty­ko­wa­na za spo­sób dzia­ła­nia w Kon­gu, gdzie wy­do­by­wa kol­tan. A tak na tę kry­ty­kę od­po­wia­da jej dy­rek­tor, Ber­til Ma­gnu­son.

Wy­łą­czy­ła ra­dio. Ze­tknę­ła się z tym na­zwi­skiem w la­tach osiem­dzie­sią­tych, w związ­ku z pew­nym za­gi­nię­ciem.

Skie­ro­wa­ła wzrok na fo­to­gra­fię sto­ją­cą na skra­ju biur­ka. Przed­sta­wia­ła naj­młod­szą cór­kę, dzie­więt­na­sto­let­nią Jo­le­ne. Dziew­czy­na mia­ła nie­zwy­kły uśmiech i za­gad­ko­we oczy. Ze­spół Do­wna. Ko­cha­nie moje, po­my­śla­ła, co cię cze­ka w ży­ciu? Się­ga­ła po ostat­ni kęs tor­tu, gdy roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Szyb­ko scho­wa­ła ta­le­rzyk za se­gre­ga­to­ra­mi pię­trzą­cy­mi się na biur­ku i spoj­rza­ła w kie­run­ku drzwi. - Pro­szę!

Do środ­ka zaj­rza­ła mło­da ko­bie­ta. Lek­ko ze­zu­ją­ca, lewe oko nie pa­trzy­ło rów­no­le­gle do pra­we­go, czar­ne wło­sy upię­te w po­czo­chra­ny wę­zeł.

- Pani Met­te Ol­säter? - spy­ta­ła.

- O co cho­dzi?

- Mogę wejść?

- O co cho­dzi?

Dziew­czy­na nie wie­dzia­ła, czy może wejść, czy nie. Za­trzy­ma­ła się w otwar­tych drzwiach.

- Na­zy­wam się Oli­via Rön­ning, je­stem stu­dent­ką Wyż­szej Szko­ły Po­li­cyj­nej, szu­kam Toma Stil­to­na.

- Po co?

- Do­sta­łam za­da­nie do­ty­czą­ce spra­wy, któ­rą pro­wa­dził,i chcia­ła­bym go spy­tać o kil­ka rze­czy.

- Co to za spra­wa?

- Mor­der­stwa na Nord­ko­ster w 1987.

- Pro­szę wejść.

Oli­via we­szła, za­mknę­ła za sobą drzwi, ale bez za­pro­sze­nia nie od­wa­ży­ła się usiąść na krze­śle sto­ją­cym w pew­nej od­le­gło­ści od biur­ka Met­te Ol­säter. Ko­bie­ta za biur­kiem była nie tyl­ko po­tęż­nych kształ­tów, bił od niej au­to­ry­tet.

Pani ko­mi­sarz.

- Co to za za­da­nie?

- Mamy się przyj­rzeć sta­rym śledz­twom, żeby zo­ba­czyć, co moż­na by­ło­by zro­bić in­a­czej przy uży­ciu współ­cze­snych me­tod.

- Jak w Do­wo­dach zbrod­ni?

- Coś w tym ro­dza­ju.

Za­pa­dło mil­cze­nie. Met­te zer­k­nę­ła na reszt­kę tor­tu. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że mło­da go zo­ba­czy, je­śli usią­dzie na krze­śle, więc spe­cjal­nie trzy­ma­ła ją w po­zy­cji sto­ją­cej.

- Stil­ton od­szedł z pra­cy - od­par­ła krót­ko.

- Aha. Kie­dy?

- A to ma zna­cze­nie?

- Nie, ja... może jed­nak mógł­by od­po­wie­dzieć na moje py­ta­nia? Cho­ciaż nie pra­cu­je. Dla­cze­go od­szedł?

- Z po­wo­dów oso­bi­stych.

- A co te­raz robi?

- Nie mam po­ję­cia.

Jak echo od­po­wie­dzi ?ke­go Gu­sta­fs­so­na, po­my­śla­ła Oli­via.

- Może pani wie, gdzie mo­gła­bym go zna­leźć?

- Nie wiem.

Met­te Ol­säter wpa­try­wa­ła się w nią nie­ru­cho­mym wzro­kiem nie­po­zo­sta­wia­ją­cym wąt­pli­wo­ści. Ko­niec roz­mo­wy.

- Trud­no, dzię­ku­ję bar­dzo - od­par­ła Oli­via.

Zła­pa­ła się na tym, że idąc do drzwi, wy­ko­na­ła coś w ro­dza­ju nie­wiel­kie­go ukło­nu. Od­wró­ci­ła się jesz­cze.

- Ma pani coś na pod­bród­ku, jak­by śmie­ta­nę. - I szyb­ko za­mknę­ła za sobą drzwi.

Met­te prze­su­nę­ła dło­nią po pod­bród­ku, ście­ra­jąc bia­ły klek­sik.

Głu­pia rzecz.

Ale za­baw­na. M?r­ten, jej mąż, uśmie­je się, gdy mu opo­wie wie­czo­rem. Uwiel­biał ta­kie głu­pie hi­sto­rie.

Jed­nak to, że ta Rön­ning szu­ka Toma, było już mniej za­baw­ne. Ra­czej go nie znaj­dzie, ale sam fakt, że wy­mie­ni­ła jego na­zwi­sko, moc­no nią za­te­le­pał.

Met­te nie lu­bi­ła, jak nią te­le­pa­ło.

Mia­ła wiel­ki ta­lent do ana­li­zy. Bły­sko­tli­wa w pra­cy do­cho­dze­nio­wej, o in­te­lek­cie jak brzy­twa i nad­zwy­czaj­nej po­dziel­no­ści uwa­gi. To nie były żad­ne prze­chwał­ki, tyl­ko fak­ty, któ­re za­pro­wa­dzi­ły ją na obec­ne sta­no­wi­sko. Była jed­nym z naj­bar­dziej do­świad­czo­nych funk­cjo­na­riu­szy śled­czych w kra­ju. Po­tra­fi­ła za­cho­wać trzeź­wość umy­słu w sy­tu­acjach, gdy ko­le­dzy wy­mię­ka­li, nie ra­dząc so­bie z emo­cja­mi.

Met­te się to nie zda­rza­ło.

Na­to­miast zda­rza­ło się, że czu­ła w środ­ku te­le­pa­nie. Nie­czę­sto, ale pra­wie za­wsze z po­wo­du Toma Stil­to­na.

Oli­via opu­ści­ła ga­bi­net Met­te z uczu­ciem... no, cze­go? Sama nie wie­dzia­ła. Jak­by tej ko­bie­cie nie po­do­ba­ło się, że py­ta­ła o Toma Stil­to­na. Dla­cze­go? Przez kil­ka lat pro­wa­dził do­cho­dze­nie w spra­wie mor­der­stwa na Nord­ko­ster, któ­re po­tem zo­sta­ło umo­rzo­ne. Te­raz oka­zu­je się, że od­szedł z po­li­cji. Big deal. Bę­dzie mu­sia­ła go od­na­leźć. Albo dać so­bie spo­kój z tą spra­wą, sko­ro rze­czy­wi­ście jest taka skom­pli­ko­wa­na. Cho­ciaż nie. Jesz­cze nie. Nie tak szyb­ko. Są jesz­cze inne źró­dła in­for­ma­cji, prze­cież znaj­du­je się w sie­dzi­bie po­li­cji.

Jed­nym ze źró­deł był Ver­ner Brost.

Wła­śnie bie­gła ko­ry­ta­rzem sie­dem me­trów za nim.

- Prze­pra­szam!

Za­trzy­mał się na chwi­lę. Miał pod sześć­dzie­siąt­kę, w tym mo­men­cie szedł na spóź­nio­ny lunch i był w nie naj­lep­szym hu­mo­rze.

- Słu­cham?

- Na­zy­wam się Oli­via Rön­ning.

Do­go­ni­ła go i wy­cią­gnę­ła rękę. Sama mia­ła moc­ny uścisk i nie cier­pia­ła cia­sto­wa­tych dło­ni. Ver­ner Brost miał cia­sto­wa­tą dłoń. Poza tym od nie­daw­na był sze­fem gru­py do­cho­dze­nio­wej zaj­mu­ją­cej się daw­ny­mi, nie­wy­ja­śnio­ny­mi spra­wa­mi. Do­świad­czo­ny do­cho­dze­nio­wiec, od­po­wied­nio cy­nicz­ny, ale z praw­dzi­wym po­wo­ła­niem, ogól­nie rzecz bio­rąc, do­bry po­li­cjant.

- Chcia­ła­bym się do­wie­dzieć, czy zaj­mu­je­cie się mor­der­stwem na pla­ży?

- Na pla­ży?

- Tak, na Nord­ko­ster, 1987 rok.

- Nie.

- Zna pan tę spra­wę?

Brost przy­pa­trzył się mło­dej, ob­ce­so­wej ko­bie­cie.

- Znam - od­parł z wy­raź­ną re­zer­wą, na któ­rą Oli­via po­sta­no­wi­ła nie zwra­cać uwa­gi.

- Dla­cze­go się nią nie zaj­mu­je­cie?

- Bo się nie na­da­je.

- ...nie na­da­je? Co pan chce przez to...

- Czy pa­nien­ka już ja­dła lunch?

- Nie.

- Ja też nie.

Ver­ner Brost ob­ró­cił się na pię­cie i ru­szył w kie­run­ku po­li­cyj­nej sto­łów­ki zwa­nej Plom­mon­trädet.

Don't pull ranks, po­my­śla­ła pa­nien­ka Oli­via, któ­ra nie bez po­wo­du po­czu­ła się po­trak­to­wa­na z góry.

Nie na­da­je się?

- Co pan miał na my­śli, mó­wiąc, że się nie na­da­je?

Po­szła za Bro­stem, któ­ry nie zwal­nia­jąc tem­pa, su­nął do sto­łów­ki, gdzie wy­brał da­nie i po­sta­wił na tacy wraz z pusz­ką ni­sko­al­ko­ho­lo­we­go piwa. Te­raz jadł w sku­pie­niu, sie­dząc przy jed­nym z mniej­szych sto­li­ków. Oli­via usia­dła na­prze­ciw­ko.

Do­my­śli­ła się, że fa­cet musi szyb­ko zjeść. Do­star­czyć pro­te­in, ka­lo­rii, pod­nieść po­ziom cu­kru.

Od­cze­ka­ła chwi­lę.

Nie­zbyt dłu­gą. Brost wchło­nął po­si­łek w im­po­nu­ją­cym tem­pie i z le­d­wo skry­wa­nym bek­nię­ciem osu­nął się na opar­cie krze­sła.

- Co pan miał na my­śli, mó­wiąc, że się nie na­da­je? - po­wtó­rzy­ła.

- Nie speł­nia wa­run­ków do wzno­wie­nia.

- Dla­cze­go?

- Masz ja­kie ta­kie po­ję­cie o pra­cy po­li­cyj­nej?

- Je­stem stu­dent­ką trze­cie­go roku Wyż­szej Szko­ły Po­li­cyj­nej.

- Czy­li nie masz.

Po­wie­dział to jed­nak z uśmie­chem. Za­spo­ko­ił głód, te­raz mógł so­bie po­zwo­lić na krót­ką roz­mo­wę. Może na­wet uda się ją skło­nić, by za­fun­do­wa­ła mu mię­to­we ciast­ko do kawy.

- Wa­run­kiem wzno­wie­nia do­cho­dze­nia jest to, aby dało się zro­bić uży­tek z po­sia­da­nych do­wo­dów lub in­for­ma­cji, co przed­tem było nie­moż­li­we.

- DNA? Ana­li­za geo­gra­ficz­na? Nowe ze­zna­nia?

Jed­nak ma ja­kieś po­ję­cie, po­my­ślał Brost.

- Coś w tym ro­dza­ju, albo nowe do­wo­dy ma­te­rial­ne, albo coś zo­sta­ło po­mi­nię­te w pierw­szym do­cho­dze­niu.

- Ale w tym przy­pad­ku tak nie jest?

- Nie jest.

Uśmiech­nął się po­błaż­li­wie. Od­po­wie­dzia­ła uśmie­chem.

- Na­pi­je się pan kawy? - spy­ta­ła.

- Z przy­jem­no­ścią.

- Coś do kawy?

- Ciast­ko mię­to­we.

Szyb­ko się spra­wi­ła i z ko­lej­nym py­ta­niem wy­sko­czy­ła jesz­cze przed kawą.

- Spra­wę pro­wa­dził Tom Stil­ton, praw­da?

- Tak.

- Może wie pan, gdzie go zna­leźć?

- Od­szedł z po­li­cji daw­no temu.

- Wiem, ale czy jest w Sztok­hol­mie?

- Tego nie wiem, mó­wio­no, że wy­bie­ra się za gra­ni­cę.

- Ojej... to ra­czej go nie znaj­dę.

- Na pew­no.

- Dla­cze­go od­szedł? Chy­ba nie z po­wo­du wie­ku?

- Nie.

Brost za­mie­szał w fi­li­żan­ce, naj­wy­raź­niej uni­ka­jąc jej wzro­ku.

- Więc dla­cze­go?

- Z po­wo­dów oso­bi­stych.

Tu na­le­ża­ło­by się za­trzy­mać, po­my­śla­ła Oli­via. Po­wo­dy oso­bi­ste to nie jej spra­wa, nie mają nic wspól­ne­go z jej za­da­niem.

Jed­nak było to sil­niej­sze od niej.

- Jak ciast­ko?

- Pysz­ne.

- Co to za oso­bi­ste po­wo­dy?

- Nie ro­zu­miesz, co zna­czy "oso­bi­ste"?

Czy­li nie było aż tak pysz­ne, po­my­śla­ła.

Oli­via opu­ści­ła gmach po­li­cji na Po­lhems­ga­tan. Zło­ści­ło ją, że cią­gle tra­fia na mur. Wsia­dła do sa­mo­cho­du, wy­cią­gnę­ła lap­top i do wy­szu­ki­war­ki wpi­sa­ła "Tom Stil­ton".

Wy­sko­czy­ły róż­ne ar­ty­ku­ły od­no­szą­ce się do po­li­cji. Je­den był inny. Re­por­taż z po­ża­ru na plat­for­mie wiert­ni­czej na wo­dach Nor­we­gii z 1975 roku. Mło­dy Szwed do­ko­nał bo­ha­ter­skie­go czy­nu, ra­tu­jąc trzech nor­we­skich pra­cow­ni­ków. Był nim dwu­dzie­sto­jed­no­let­ni Tom Stil­ton. Oli­via za­cho­wa­ła ar­ty­kuł. Po­tem za­bra­ła się do wy­szu­ki­wa­nia da­nych oso­bo­wych.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej była nie­mal go­to­wa się pod­dać.

Spraw­dzi­ła na Eni­ro, gdzie nie zna­la­zła żad­ne­go śla­du Toma Stil­to­na. Inne wy­szu­ki­war­ki to samo, ani jed­ne­go tra­fie­nia. Na­wet na bir­th­day.se. Dla hecy spraw­dzi­ła re­jestr po­jaz­dów. To samo.

Fa­cet nie ist­niał.

Może wy­niósł się za gra­ni­cę? Jak za­su­ge­ro­wał Brost. Sie­dzi w Taj­lan­dii i przy drin­ku z pa­ra­sol­ką prze­chwa­la się swo­imi suk­ce­sa­mi przed ja­ki­miś na­pra­ny­mi la­lu­nia­mi.

A może nie, może ma inne skłon­no­ści?

Ho­mo­sek­su­al­ne?

Nie.

Daw­niej na pew­no nie. Przez dzie­sięć lat był żo­na­ty z tą samą ko­bie­tą. Ma­rian­ne Bo­glund, spe­cja­list­ką w dzie­dzi­nie me­dy­cy­ny są­do­wej. Oli­via do­szła do tego, gdy w koń­cu zna­la­zła Stil­to­na w ba­zie da­nych urzę­du skar­bo­we­go, w re­je­strze mał­żeństw.

Fi­gu­ro­wał tam.

Pod pew­nym ad­re­sem, ale bez nu­me­ru te­le­fo­nu.

Za­pi­sa­ła ad­res.

*

Na dru­gim koń­cu świa­ta, w ko­sta­ry­kań­skiej wio­sce nad brze­giem oce­anu, na we­ran­dzie prze­dziw­ne­go domu sie­dział star­szy męż­czy­zna, la­kie­ru­jąc so­bie pa­znok­cie bez­barw­nym la­kie­rem. Na­zy­wał się Bo­squ­es Ro­dri­gu­ez. Po jed­nej stro­nie miał ma­ja­czą­cy w od­da­li oce­an, po dru­giej wspi­na­ją­cy się po zbo­czu góry tro­pi­kal­ny las. Ro­dri­gu­ez miesz­kał w tym dziw­nym domu od za­wsze, całe ży­cie w tym sa­mym miej­scu. Daw­niej mó­wi­li o nim "sta­ry wła­ści­ciel baru z Ca­buya". Co mó­wią te­raz - nie wie­dział. Rzad­ko by­wał w San­ta Te­re­sa, gdzie znaj­do­wał się jego bar. Uwa­żał, że bar stra­cił daw­ny kli­mat, co za­pew­ne wią­za­ło się z obec­no­ścią sur­fe­rów i na­pły­wem tu­ry­stów, a to z ko­lei pod­bi­ja­ło ceny wszyst­kie­go, co się da.

Na­wet wody.

Bo­squ­es uśmiech­nął się.

Cu­dzo­ziem­cy za­wsze pili wodę w pla­sti­ko­wych bu­tel­kach, ku­po­wa­li po za­wrot­nych ce­nach, a po­tem wy­rzu­ca­li i roz­kle­ja­li pla­ka­ty wzy­wa­ją­ce do ochro­ny śro­do­wi­ska.

Jed­nak Duży Szwed z Mal Pais nie jest taki, po­my­ślał Bo­squ­es.

Ani tro­chę.

Koł­dra zsu­nę­ła się, od­sła­nia­jąc jej na­gie uda. Li­zał je, prze­su­wa­jąc się po nich, szorst­ki cie­pły ję­zy­czek. Po­czu­ła ła­sko­ta­nie i po­ru­szy­ła się. Kie­dy kot lek­ko ją ugryzł, ze­rwa­ła się i ode­pchnę­ła go.

- Nie!

Co nie było skie­ro­wa­ne do kota, tyl­ko do bu­dzi­ka. Za­spa­ła. Bar­dzo. W do­dat­ku do dłu­gich, czar­nych wło­sów przy­le­pi­ła jej się guma do żu­cia, któ­ra wi­docz­nie od­pa­dła od ramy łóż­ka. Zgro­za.

Wy­sko­czy­ła z łóż­ka.

Go­dzin­ne opóź­nie­nie wy­wró­ci­ło do góry no­ga­mi cały po­ran­ny pro­gram, wy­sta­wia­jąc na pró­bę jej po­dziel­ność uwa­gi. Zwłasz­cza w kuch­ni: mle­ko do kawy ki­pia­ło, gdy za­czę­ły dy­mić przy­pa­lo­ne to­sty, a w mo­men­cie gdy bosą sto­pą we­szła w ko­cie rzy­gi, za­dzwo­nił ja­kiś obrzy­dli­wy te­le­mar­ke­tin­go­wiec, któ­ry zwra­ca­jąc się do niej po imie­niu, prze­ko­ny­wał, że nie za­mie­rza ni­cze­go sprze­da­wać, tyl­ko za­pra­sza na kurs do­radz­twa fi­nan­so­we­go.

Zu­peł­na zgro­za.

Wy­cho­dząc ze swo­jej bra­my na Sk?ne­ga­tan, Oli­via Rön­ning nadal była w stre­sie. Nie­uma­lo­wa­na, dłu­gie wło­sy upię­te w niby-kok. Cien­ka kurt­ka za­mszo­wa roz­pię­ta, pod nią prze­bły­ski­wał żół­ty, wy­strzę­pio­ny u dołu T-shirt, do tego spra­ne dżin­sy i roz­dep­ta­ne san­da­ły.

Dziś znów świe­ci­ło słoń­ce.

Za­trzy­ma­ła się na se­kun­dę, by wy­brać tra­sę. Któ­rą bę­dzie szyb­ciej? Tą po pra­wej. Ru­szy­ła truch­tem, zer­ka­jąc jed­no­cze­śnie na czo­łów­kę ga­ze­ty w wi­try­nie skle­pu spo­żyw­cze­go: KO­LEJ­NY BEZ­DOM­NY SKA­TO­WA­NY.

Po­bie­gła da­lej.

Śpie­szy­ła się do za­par­ko­wa­ne­go w po­bli­żu sa­mo­cho­du. Mia­ła je­chać do Sören­torp w Ulriks­da­lu. Do Wyż­szej Szko­ły Po­li­cyj­nej. Oli­via mia­ła dwa­dzie­ścia trzy lata i była stu­dent­ką trze­cie­go roku. Za sześć mie­się­cy bę­dzie się sta­ra­ła o po­sa­dę aspi­ran­ta na po­ste­run­ku w re­jo­nie Sztok­hol­mu.

A pół roku póź­niej bę­dzie już po­li­cjant­ką.

Lek­ko zdy­sza­na do­bie­gła do bia­łe­go mu­stan­ga i się­gnę­ła po klu­czy­ki. Odzie­dzi­czy­ła go po ojcu, Ar­nem, zmar­łym na raka czte­ry lata temu. Ka­brio­let, rocz­nik 1988, z czer­wo­ny­mi skó­rza­ny­mi sie­dze­nia­mi, au­to­ma­tycz­ną skrzy­nią bie­gów i czte­ro­cy­lin­dro­wym sil­ni­kiem rzę­do­wym, war­czą­cym jak ósem­ka. Oczko w gło­wie taty. Te­raz na­le­żał do niej. Jego stan nie był może ide­al­ny, tyl­ną szy­bę trze­ba było od cza­su do cza­su mo­co­wać ta­śmą, na la­kie­rze tu i ów­dzie po­ja­wi­ły się pur­chle, ale pod­czas prze­glą­dów spra­wo­wał się pra­wie za­wsze bez za­rzu­tu.

Uwiel­bia­ła ten sa­mo­chód.

Spraw­nie od­su­nę­ła dach, usia­dła za kie­row­ni­cą i przez krót­ką chwi­lę po­czu­ła ten sam za­pach co za­wsze. Ale nie obić, tyl­ko za­pach taty. Wnę­trze pach­nia­ło Ar­nem. Kil­ka se­kund i było po wszyst­kim.

Pod­łą­czy­ła słu­chaw­ki do ko­mór­ki, na­sta­wi­ła so­bie Bona Ive­ra, prze­krę­ci­ła klucz w sta­cyj­ce, wrzu­ci­ła bieg i ru­szy­ła.

Nie­dłu­go wa­ka­cje.

*

Aku­rat uka­zał się nowy nu­mer "Si­tu­ation Stoc­kholm", ga­ze­ty dla bez­dom­nych. Nu­mer 166. Na pierw­szej stro­nie na­stęp­czy­ni tro­nu, księż­nicz­ka Wik­to­ria, w środ­ku wy­wia­dy z Sa­ha­rą Hot­ni­ghts1 i Jen­sem La­pi­du­sem2. W re­dak­cji na Kruk­ma­kar­ga­tan 34 tło­czy­li się bez­dom­ni, by ku­po­wać plik eg­zem­pla­rzy i na­stęp­nie sprze­da­wać. Pła­ci­li po­ło­wę ceny, a przy sprze­da­ży mo­gli za­trzy­mać róż­ni­cę.

Pro­sta trans­ak­cja, dla wie­lu de­cy­du­ją­ca o być lub nie być, po­zwa­la­ją­ca utrzy­mać się na po­wierzch­ni. Jed­ni prze­zna­cza­li za­ro­bio­ne pie­nią­dze na na­ło­gi, inni od­da­wa­li za­cią­gnię­te dłu­gi, ale więk­szość wy­da­wa­ła je na je­dze­nie.

Przy oka­zji pod­bu­do­wy­wa­li się psy­chicz­nie.

W koń­cu wy­ko­ny­wa­li pra­cę, za któ­rą im pła­co­no. Nie kra­dli, nie pod­kra­da­li w skle­pie, nie ra­bo­wa­li eme­ry­tów. Chy­ba że wpa­dli po uszy w gów­no. Tacy też byli. Dla więk­szo­ści ta pra­ca była spra­wą ho­no­ru.

Cał­kiem cięż­ka pra­ca.

W nie­któ­re dni wy­sta­wa­li w swo­ich sta­łych miej­scach po dzie­sięć, dwa­na­ście go­dzin, nie mo­gąc sprze­dać ani jed­ne­go eg­zem­pla­rza. W plu­chę i w mróz. Nie­faj­nie było wte­dy za­sy­piać w śmiet­ni­ku o pu­stym żo­łąd­ku, usi­łu­jąc uciec przed drę­czą­cy­mi noc­ny­mi kosz­ma­ra­mi.

Uka­za­nie się no­we­go nu­me­ru, jak dziś, było świę­tem dla wszyst­kich, któ­rzy tu przy­szli. Przy odro­bi­nie szczę­ścia czło­wiek mógł już pierw­sze­go dnia za­brać spo­rą pacz­kę ga­ze­tek. Jed­nak tym ra­zem nie było na­stro­ju do świę­to­wa­nia.

Wprost prze­ciw­nie.

Od­by­wa­ła się na­ra­da kry­zy­so­wa.

Po­przed­nie­go wie­czo­ru zo­stał cięż­ko po­bi­ty ko­lej­ny ko­le­ga. Ben­se­man, gość z Nor­r­lan­dii, któ­ry tak cho­ler­nie dużo czy­tał. Miał licz­ne zła­ma­nia i pęk­nię­tą śle­dzio­nę, le­ka­rze przez całą noc zma­ga­li się z sil­nym krwo­to­kiem we­wnętrz­nym. Fa­cet z re­cep­cji był rano w szpi­ta­lu.

- Prze­ży­je... ale nie­pręd­ko do nas wró­ci.

Lu­dzie w mil­cze­niu ki­wa­li gło­wa­mi. Ze współ­czu­ciem. W na­pię­ciu. To nie pierw­sze ta­kie po­bi­cie w ostat­nim cza­sie, tyl­ko czwar­te, i we wszyst­kich przy­pad­kach ofia­rą pa­da­li bez­dom­ni. Klo­szar­dzi, jak ich na­zy­wa­no w me­diach. Prze­bieg zaj­ścia był za­wsze ten sam. Na­past­ni­ka­mi było paru mło­dych chło­pa­ków, bili, ka­to­wa­li i na do­da­tek fil­mo­wa­li to świń­stwo, żeby wrzu­cić na stro­nę w in­ter­ne­cie.

Chy­ba to było naj­gor­sze.

Cho­ler­nie po­ni­ża­ją­ce. Jak­by byli wor­ka­mi tre­nin­go­wy­mi w re­ali­ty show ze szcze­gól­nie bru­tal­ny­mi bi­ja­ty­ka­mi.

Pa­skud­ne było rów­nież to, że wszy­scy po­bi­ci byli sprze­daw­ca­mi "Si­tu­ation Stoc­kholm". Przy­pa­dek? W Sztok­hol­mie żyje oko­ło pię­ciu ty­się­cy bez­dom­nych i tyl­ko nie­wiel­ka część z nich sprze­da­je ga­zet­ki.

- Spe­cjal­nie nas wy­bie­ra­ją czy co?

- Ale po cho­le­rę?

Na to oczy­wi­ście nie było od­po­wie­dzi. Na ra­zie. Py­ta­nie było jed­nak do­sta­tecz­nie nie­przy­jem­ne, aby do­dat­ko­wo wzbu­rzyć zde­ner­wo­wa­nych już wcze­śniej lu­dzi.

- Po­sta­ra­łem się o roz­py­lacz z ga­zem łza­wią­cym - oznaj­mił Bo Fast. Wszy­scy na nie­go spoj­rze­li. Od lat już nikt nie zwra­cał uwa­gi na śmiesz­ność jego imie­nia i na­zwi­ska3. Bo Fast pod­niósł do góry roz­py­lacz, żeby po­ka­zać.

- Wiesz, że to nie­le­gal­ne? - ode­zwał się Jel­le.

- Niby co?

- Ta­kie coś.

- Tak? A po­bi­cie jest le­gal­ne?

Na to Jel­le nie miał do­brej od­po­wie­dzi. Stał przy ścia­nie, obok Arvo Pär­ta. Vera sta­ła nie­co da­lej i wy­jąt­ko­wo nic nie mó­wi­ła. Była zu­peł­nie roz­bi­ta od chwi­li, gdy Pärt za­dzwo­nił, by opo­wie­dzieć, co przy­da­rzy­ło się Ben­se­ma­no­wi za­le­d­wie kil­ka mi­nut po jej odej­ściu z Jel­lem. Uwa­ża­ła, że gdy­by zo­sta­ła, nie do­pu­ści­ła­by do po­bi­cia. Jel­le nie był tego taki pe­wien.

- I co byś zro­bi­ła?

- Bi­ła­bym się! Pa­mię­tasz, jak za­ła­twi­łam tych go­ści w Mid­som­mar­kran­sen4, któ­rzy chcie­li nam buch­nąć ko­mór­ki?

- Byli pi­ja­ni jak bele, a je­den był wzro­stu kar­ła.

- No to po­mógł­byś mi, nie?

Ro­ze­szli się przed nocą, aby do­pie­ro tu się po­now­nie spo­tkać. Vera mil­cza­ła. Wy­ku­pi­ła plik ga­ze­tek, Pärt rów­nież, Jel­le­mu star­czy­ło tyl­ko na pięć eg­zem­pla­rzy. Wy­szli ra­zem na uli­cę i wte­dy na­gle Pärt się roz­pła­kał. Oparł się o szorst­ki mur i brud­ną ręką za­sło­nił twarz. Jel­le i Vera przy­pa­try­wa­li mu się ze zro­zu­mie­niem. On tam był i pa­trzył ze świa­do­mo­ścią, że nic nie może zro­bić.

Te­raz to wró­ci­ło.

Vera ob­ję­ła go ła­god­nie i przy­tu­li­ła jego gło­wę do swe­go ra­mie­nia. Pärt był bar­dzo wraż­li­wy.

W rze­czy­wi­sto­ści na­zy­wał się Si­lon Karp, po­cho­dził z Eskil­stu­ny i był sy­nem pary es­toń­skich uchodź­ców. Pew­nej nocy, bę­dąc na haju, na ja­kimś stry­chu na Brun­ns­ga­tan zo­ba­czył sta­rą ga­ze­tę ze zdję­ciem kom­po­zy­to­ra uni­ka­ją­ce­go roz­gło­su i ude­rzy­ło go ich nie­sły­cha­ne po­do­bień­stwo. Jak­by uj­rzał swe­go so­bo­wtó­ra. Po ko­lej­nej dział­ce he­ro­iny wszedł w jego skó­rę i dwaj sta­li się jed­nym. Zo­stał Pär­tem. Od tej pory tak się przed­sta­wiał. W tym śro­do­wi­sku to, jak się kto na­praw­dę na­zy­wa, nie ob­cho­dzi­ło psa z ku­la­wą nogą, więc zo­stał Arvo Pär­tem.

Daw­niej pra­co­wał jako li­sto­nosz na przed­mie­ściu, ale zszar­pa­ne ner­wy i głód pro­chów spro­wa­dzi­ły go do po­zio­mu bez­dom­ne­go sprze­daw­cy "Si­tu­ation Stoc­kholm".

Te­raz, z gło­wą na ra­mie­niu Jed­no­okiej Very, pła­kał roz­pacz­li­wie nad Ben­se­ma­nem, prze­mo­cą i ca­łym tym cho­ler­stwem. Naj­bar­dziej zaś nad tym, że ży­cie jest ta­kie, a nie inne.

Głasz­cząc go po skoł­tu­nio­nych wło­sach, Vera pod­nio­sła wzrok na Jel­le­go, któ­ry spoj­rzał na swo­je ga­zet­ki.

A po­tem od­szedł.

*

Wje­cha­ła do Sören­torp i za­par­ko­wa­ła od razu na pra­wo od bra­my. Jej mu­stang wy­róż­niał się wśród sto­ją­cych sza­rych i czar­nych se­da­nów, a Oli­via nie mia­ła nic prze­ciw­ko temu. Za­sta­na­wia­jąc się, czy pod­nieść budę, zer­k­nę­ła w nie­bo i zde­cy­do­wa­ła, że jed­nak nie.

- A jak za­cznie pa­dać?

Oli­via od­wró­ci­ła się. Ulf Mo­lin, ró­wie­śnik i ko­le­ga z gru­py. Fa­cet ma dziw­ną umie­jęt­ność zja­wia­nia się znie­nac­ka. Wła­śnie po­ja­wił się za jej sa­mo­cho­dem. Śle­dzi mnie czy co? - po­my­śla­ła.

- To wte­dy pod­nio­sę.

- W po­ło­wie wy­kła­du?

Oli­via mia­ła dość ta­kiej bez­sen­sow­nej wy­mia­ny zdań. Chwy­ci­ła to­reb­kę i ru­szy­ła przed sie­bie. Ulf po­szedł za nią.

- Wi­dzia­łaś to?

Już był obok, pod­ty­ka­jąc jej szpa­ner­ski czyt­nik.

- Z ostat­niej nocy, po­bi­cie bez­dom­ne­go.

Oli­via zer­k­nę­ła, zo­ba­czy­ła czło­wie­ka, któ­re­go ktoś ko­pał po ca­łym cie­le.

- Wrzu­ci­li to na tę samą stro­nę co wcze­śniej - po­wie­dział Ulf.

- Tra­sh­kick?

- Tak.

Aku­rat wczo­raj oma­wia­li tę stro­nę na uczel­ni, wszy­scy byli moc­no obu­rze­ni. Je­den z wy­kła­dow­ców po­wie­dział, że pierw­szy fil­mik zo­stał wrzu­co­ny ra­zem z ad­re­sem na 4chan.org, por­tal od­wie­dza­ny przez mi­lio­ny mło­dych lu­dzi. I film, i ad­res stro­ny usu­nię­to w mia­rę szyb­ko z por­ta­lu, ale wie­lu zdą­ży­ło za­pa­mię­tać ad­res i po­dać da­lej. Tra­sh­kick.com.

- Nie mo­gli­by jej za­mknąć?

- Pew­nie fi­gu­ru­je na ja­kimś po­dej­rza­nym ser­we­rze do wy­na­ję­cia, co po­li­cji utrud­nia za­rów­no iden­ty­fi­ka­cję, jak i za­mknię­cie stro­ny.

Wy­ja­śnił im to wy­kła­dow­ca.

Ulf opu­ścił czyt­nik.

- To już czwar­ty taki film... cho­ra spra­wa.

- To, że biją, czy to, że pu­bli­ku­ją?

- Jed­no i dru­gie.

- A co we­dług cie­bie jest gor­sze?

Wie­dzia­ła, że nie po­win­na za­chę­cać go do roz­mo­wy, ale od bu­dyn­ku dzie­li­ło ich jesz­cze pa­rę­set me­trów, a Ulf szedł w tym sa­mym kie­run­ku. Zresz­tą lu­bi­ła zmu­szać lu­dzi do za­sta­no­wie­nia, cho­ciaż sama nie wie­dzia­ła dla­cze­go. Taki spo­sób na trzy­ma­nie dy­stan­su.

Atak.

- Wy­da­je mi się, że to jed­no i to samo - od­parł. - Biją, żeby po­tem umie­ścić film w sie­ci, a gdy­by nie mie­li gdzie pu­bli­ko­wać, może by nie bili.

Słusz­nie, po­my­śla­ła Oli­via. Zda­nie zło­żo­ne, spój­na myśl, traf­ny wnio­sek. Gdy­by mniej cho­dził za nią, a wię­cej my­ślał, mógł­by awan­so­wać na jej ska­li sta­ran­nie do­bie­ra­nych zna­jo­mych. W do­dat­ku był do­brze zbu­do­wa­ny i pół gło­wy wyż­szy od niej. Brą­zo­we, krę­co­ne wło­sy.

- Co ro­bisz wie­czo­rem? Może by­śmy po­szli na piwo albo co?

Jed­nak nie awan­su­je na jej ska­li.

Sala ćwi­czeń była pra­wie peł­na. Gru­pa Oli­vii li­czą­ca dwa­dzie­ścia czte­ry oso­by zo­sta­ła po­dzie­lo­na na czte­ry pod­gru­py. Ulf był w in­nej niż ona. Przed ta­bli­cą stał ich opie­kun, ?ke Gu­sta­fs­son, prze­szło pięć­dzie­się­cio­let­ni męż­czy­zna, ma­ją­cy za sobą wie­lo­let­nią służ­bę w po­li­cji. Gu­sta­fs­son był dość lu­bia­ny przez stu­den­tów, choć nie­któ­rzy uwa­ża­li, że jest za bar­dzo dro­bia­zgo­wy. Oli­via była zda­nia, że jest uro­czy. Lu­bi­ła jego brwi, ta­kie krza­cza­ste, ży­ją­ce wła­snym ży­ciem. Wła­śnie pod­niósł do góry ja­kiś sko­ro­szyt. Na sto­li­ku obok le­ża­ła ich cała ster­ta.

- Za kil­ka dni się roz­sta­je­my i po­my­śla­łem, że może pod­czas wa­ka­cji chcie­li­by­ście się pod­jąć ja­kie­goś nie­du­że­go, nad­obo­wiąz­ko­we­go za­da­nia. Mam tu zbiór nie­wy­ja­śnio­nych, daw­nych śledztw w spra­wie za­bójstw. Zro­bi­łem ze­staw, każ­dy może sam wy­brać jed­no z nich, prze­ana­li­zo­wać i za­sta­no­wić się, co moż­na by zro­bić in­a­czej, po­słu­gu­jąc się dzi­siej­szy­mi me­to­da­mi śled­czy­mi, tech­ni­ką DNA, ana­li­zą geo­gra­ficz­ną, pod­słu­chem elek­tro­nicz­nym itp., itd. Małe ćwi­cze­nie z roz­wią­zy­wa­nia nie­wy­ja­śnio­nych spraw z prze­szło­ści. Ja­kieś py­ta­nia?

- Czy­li nie jest to pra­ca obo­wiąz­ko­wa?

Oli­via zer­k­nę­ła na Ulfa. Ten za­wsze pyta, żeby py­tać. Prze­cież Gu­sta­fs­son po­wie­dział, że nad­obo­wiąz­ko­wa.

- Nie jest.

- Ale je­śli się ją wy­ko­na, bę­dzie ja­kiś plu­sik?

Po ćwi­cze­niach Oli­via po­de­szła, by wziąć sko­ro­szyt. Gu­sta­fs­son wska­zał gło­wą je­den z wy­ję­tych.

- Nad jed­ną ze spraw pra­co­wał twój oj­ciec.

- Na­praw­dę?

- Po­my­śla­łem, że faj­nie by­ło­by ją włą­czyć.

Oli­via usia­dła na ław­ce nie­opo­dal gma­chu szko­ły, w po­bli­żu trzech męż­czyzn. Mil­cze­li, byli bo­wiem z brą­zu. Je­den przed­sta­wiał Bengts­so­na Jak Z Ob­raz­ka, osła­wio­ne­go kry­mi­na­li­stę z daw­nych cza­sów.

Oli­via nig­dy o nim nie sły­sza­ła.

Po­zo­sta­łe dwa po­są­gi przed­sta­wia­ły Tum­ba-Tar­za­na5 i ko­mi­sa­rza Björ­ka6. Ten ostat­ni sie­dział, trzy­ma­jąc na ko­la­nach służ­bo­wą czap­kę. Ktoś po­sta­wił na niej pu­stą bu­tel­kę po pi­wie.

Oli­via otwo­rzy­ła sko­ro­szyt. Wca­le nie mia­ła za­mia­ru po­świę­cać wa­ka­cji na pra­cę, choć­by do­bro­wol­ną. Chcia­ła po pro­stu wyjść z bu­dyn­ku, by nie słu­chać Ulfa mó­wią­ce­go o ni­czym.

Jed­nak za­cie­ka­wi­ła się.

Tata brał udział w jed­nym z do­cho­dzeń.

Szyb­ko prze­kart­ko­wa­ła sko­ro­szyt. Za­wie­rał zwię­złe pod­su­mo­wa­nia wszyst­kich spraw, nie­co in­for­ma­cji o spo­so­bach dzia­ła­nia spraw­ców, miej­scach i da­tach, rów­nież o sa­mych do­cho­dze­niach. Oli­via była za­zna­jo­mio­na z ter­mi­no­lo­gią po­li­cyj­ną, nie­raz sły­sza­ła, jak ro­dzi­ce oma­wia­li róż­ne przy­pad­ki, sie­dząc przy sto­le w kuch­ni. Jej mat­ka, Ma­ria, była kar­nist­ką.

Zna­la­zła tę spra­wę na koń­cu sko­ro­szy­tu. Arne Rön­ning był jed­nym z pro­wa­dzą­cych.

Ko­mi­sarz Rön­ning z Biu­ra Kry­mi­nal­ne­go Ko­men­dy Głów­nej.

Tata.

Oli­via pod­nio­sła oczy i za­to­czy­ła wo­kół wzro­kiem. Gmach szko­ły znaj­do­wał się wśród nie­mal nie­ska­żo­nej przy­ro­dy, ota­cza­ły go ogrom­ne za­dba­ne traw­ni­ki i ka­wa­łek pięk­ne­go lasu cią­gną­ce­go się aż do Ed­svi­ken7. Nie­zwy­kle ko­ją­cy za­ką­tek.

My­śla­ła o ojcu.

Ko­cha­ła go z ca­łe­go ser­ca. Arne umarł w wie­ku pięć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu lat. Co za nie­spra­wie­dli­wość. Po­tem wró­ci­ły my­śli, któ­re czę­sto mę­czy­ły ją aż do bólu. O tym, jak wy­je­cha­ła do Bar­ce­lo­ny, żeby uczyć się hisz­pań­skie­go, pra­co­wać, wy­lu­zo­wać się... ba­wić!

Ucie­kłam, po­my­śla­ła. Cho­ciaż wte­dy nie zda­wa­łam so­bie z tego spra­wy. Zwia­łam, bo nie mia­łam siły zmie­rzyć się z fak­tem, że jest cho­ry, że mu się po­gor­szy, że może umrzeć.

Rze­czy­wi­ście umarł. Pod­czas jej nie­obec­no­ści. Oli­via była jesz­cze w Bar­ce­lo­nie.

Wciąż pa­mię­ta­ła ten te­le­fon od mamy.

- Tata umarł w nocy.

Prze­su­nę­ła dło­nią po oczach i po­my­śla­ła o ma­mie. Po śmier­ci taty, gdy Oli­via już wró­ci­ła z Bar­ce­lo­ny, na­stał strasz­ny czas. Mat­ka była za­ła­ma­na, za­mknę­ła się w swo­jej ża­ło­bie, w któ­rej nie było miej­sca dla wy­rzu­tów su­mie­nia Oli­vii i jej roz­pa­czy. Krą­ży­ły wo­kół sie­bie w mil­cze­niu, jak­by się bały, że świat się roz­pad­nie, je­śli ujaw­nią, co czu­ją.

Czas to zła­go­dził, ale nadal o tym nie roz­ma­wia­ły.

By­najm­niej.

Bar­dzo jej bra­ko­wa­ło taty.

- Wy­bra­łaś so­bie ja­kąś spra­wę?

To Ulf, któ­ry na swój dziw­ny spo­sób znów zma­te­ria­li­zo­wał się obok niej.

- Tak.

- Któ­rą?

Oli­via zer­k­nę­ła na sko­ro­szyt.

- Ja­kaś spra­wa z Nord­ko­ster.

- Z któ­re­go roku?

- Osiem­dzie­sią­te­go siód­me­go.

- Dla­cze­go ją wy­bra­łaś?

- A ty zna­la­złeś coś dla sie­bie? Czy masz to gdzieś? W koń­cu to nie­obo­wiąz­ko­we.

Ulf uśmiech­nął się lek­ko i usiadł na ław­ce.

- Nie prze­szka­dzam?

- Owszem.

Oli­vii nie bra­ko­wa­ło pew­no­ści sie­bie. Poza tym chcia­ła sku­pić się na spra­wie, o któ­rej wła­śnie za­czę­ła czy­tać.

Nad któ­rą pra­co­wał tata.

Spra­wa oka­za­ła się na­praw­dę sen­sa­cyj­na. Stresz­cze­nie ?ke­go było tak cie­ka­we, że Oli­via na­tych­miast za­pra­gnę­ła do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej.

Wsia­dła do sa­mo­cho­du i po­je­cha­ła do Bi­blio­te­ki Kró­lew­skiej. Tam skie­ro­wa­ła się do su­te­re­ny, gdzie znaj­do­wa­ła się czy­tel­nia zmi­kro­fil­mo­wa­nych ga­zet. Pra­cu­ją­ca tam ko­bie­ta po­ka­za­ła jej, gdzie szu­kać i ja­kie­go czyt­ni­ka użyć. Or­ga­ni­za­cja za­so­bów była bar­dzo przej­rzy­sta. Osob­ny mi­kro­film dla każ­dej ga­ze­ty uka­zu­ją­cej się w Szwe­cji, po­cząw­szy od lat pięć­dzie­sią­tych. Wy­star­czy­ło wy­brać ty­tuł i rocz­nik, za­siąść przy czyt­ni­ku i już.

Oli­via za­czę­ła od lo­kal­nej ga­ze­ty obej­mu­ją­cej swo­im za­się­giem Nord­ko­ster.

"Ström­stad Tid­ning". Datę i miej­sce zbrod­ni zna­ła już ze sko­ro­szy­tu. Włą­czy­ła funk­cję czy­ta­nia i nie mu­sia­ła dłu­go cze­kać, aby na ekra­nie po­ja­wił się do­bit­ny ty­tuł: MA­KA­BRYCZ­NE MOR­DER­STWO NA WY­BRZE­ŻU KO­STER. Au­to­rem ar­ty­ku­łu był wy­raź­nie po­ru­szo­ny dzien­ni­karz od new­sów, któ­ry za­warł w tek­ście spo­ro rze­czo­wych in­for­ma­cji o miej­scu i cza­sie zbrod­ni.

Za­bra­ła się do czy­ta­nia.

Przez na­stęp­ną go­dzi­nę prze­brnę­ła przez ko­lej­ne lo­kal­ne ga­ze­ty - "Bo­hu­slänin­gen" i "Hal­land­spo­sten" - i za­ta­cza­jąc co­raz szer­sze krę­gi, do­szła do dzien­ni­ków wy­da­wa­nych w Göte­bor­gu, a po­tem do sztok­holm­skich ta­blo­idów o za­się­gu ogól­no­kra­jo­wym.

Cały czas go­rącz­ko­wo ro­bi­ła no­tat­ki.

Drob­ne i więk­sze.

Spra­wa rze­czy­wi­ście wzbu­dzi­ła za­in­te­re­so­wa­nie w ca­łym kra­ju. Z wie­lu po­wo­dów. Mło­da cię­żar­na ko­bie­ta zo­sta­ła w wy­ra­fi­no­wa­ny i bru­tal­ny spo­sób za­mor­do­wa­na przez nie­zna­nych spraw­ców. Po­li­cja nie usta­li­ła ani spraw­ców, ani mo­ty­wów. Nie było żad­nych po­dej­rza­nych. Nie po­zna­no na­wet toż­sa­mo­ści ofia­ry.

Spra­wa po­zo­sta­ła nie­roz­wią­za­ną za­gad­ką.

Swo­isty fe­no­men, któ­ry co­raz bar­dziej ją fa­scy­no­wał. Za­cie­ka­wił ją rów­nież sam spo­sób zgła­dze­nia ofia­ry. To, co się ro­ze­gra­ło w pew­ną księ­ży­co­wą noc w za­to­ce na Nord­ko­ster. Pie­kiel­ny po­mysł na po­zba­wie­nie ży­cia na­giej ko­bie­ty w cią­ży.

Przy wy­ko­rzy­sta­niu przy­pły­wu.

Przy­pły­wu?

Ist­na tor­tu­ra, po­my­śla­ła Oli­via. Wy­jąt­ko­wa me­to­da to­pie­nia. Po­wol­na, po­twor­na.

Dla­cze­go wła­śnie w ten spo­sób?

Tak spek­ta­ku­lar­ny?

Oli­via pu­ści­ła cu­gle wy­obraź­ni. Może to ja­kaś for­ma okul­ty­zmu? Czci­cie­le przy­pły­wów? Albo Księ­ży­ca? Mor­der­stwo wy­da­rzy­ło się póź­nym wie­czo­rem. For­ma skła­da­nia ofia­ry? Ja­kiś ob­rzęd? Sek­ta? Czy za­mie­rza­li wy­ciąć płód i ofia­ro­wać bó­stwu Księ­ży­ca?

Daj spo­kój, po­wie­dzia­ła so­bie.

Wy­łą­czy­ła czyt­nik i spoj­rza­ła na za­ba­zgra­ny no­tat­nik: fak­ty prze­mie­sza­ne ze spe­ku­la­cja­mi, praw­da, do­my­sły i mniej lub bar­dziej praw­do­po­dob­ne hi­po­te­zy róż­nych re­por­te­rów i kry­mi­no­lo­gów.

We­dług "pew­ne­go źró­dła" w cie­le ofia­ry zna­le­zio­no śla­dy psy­cho­tro­pów. Ro­hyp­no­lu. Ro­hyp­nol to kla­sycz­na pi­guł­ka gwał­tu, po­my­śla­ła. Ale prze­cież ona była w cią­ży. Uśpi­li ją? Dla­cze­go?

Po­li­cja po­in­for­mo­wa­ła o zna­le­zie­niu na wy­dmach płasz­cza z ciem­ne­go ma­te­ria­łu. Były na nim wło­sy ko­bie­ty. Je­śli rze­czy­wi­ście był to jej płaszcz, to gdzie resz­ta ubra­nia? Mor­der­cy za­bra­li, ale za­po­mnie­li o płasz­czu?

Nic nie dały pró­by usta­le­nia toż­sa­mo­ści ko­bie­ty przez kon­tak­ty z po­li­cją w in­nych kra­jach. Dziw­ne, że nikt nie zgło­sił za­gi­nię­cia cię­żar­nej ko­bie­ty, po­my­śla­ła.

We­dług po­li­cji ko­bie­ta mia­ła dwa­dzie­ścia pięć do trzy­dzie­stu lat i przy­pusz­czal­nie była po­cho­dze­nia la­ty­no­ame­ry­kań­skie­go. Co to zna­czy? Jaki ob­szar obej­mu­je to po­ję­cie?

Zda­rze­nie nad brze­giem mo­rza ob­ser­wo­wał dzie­wię­cio­let­ni chło­piec, któ­ry we­dług re­por­te­ra na­zy­wał się Ove Gard­man. Chło­piec po­biegł do domu i za­alar­mo­wał ro­dzi­ców. Gdzie może być dziś? Czy da­ło­by się z nim skon­tak­to­wać?

Po­li­cja po­da­ła, że ko­bie­ta była nie­przy­tom­na, ale żyła jesz­cze, gdy ro­dzi­ce Gard­ma­na zja­wi­li się na brze­gu. Pró­bo­wa­li ją ra­to­wać, ale umar­ła, za­nim do­le­ciał he­li­kop­ter ra­tun­ko­wy. Oli­via za­sta­na­wia­ła się, w ja­kiej od­le­gło­ści od brze­gu znaj­do­wał się dom Gard­ma­nów i ile cza­su upły­nę­ło do przy­lo­tu he­li­kop­te­ra.

Wsta­ła i omal się nie prze­wró­ci­ła. Od wra­żeń i my­śli czu­ła się po­obi­ja­na, jak­by cała krew spły­nę­ła jej z gło­wy do ko­stek.

Na Hum­le­g?rds­ga­tan opa­dła na sie­dze­nie sa­mo­cho­du i wte­dy po­czu­ła ssa­nie w żo­łąd­ku. Się­gnę­ła do schow­ka po ba­ton ener­ge­tycz­ny. Spę­dzi­ła w czy­tel­ni ład­nych kil­ka go­dzin i aż się zdzi­wi­ła, gdy spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Mi­nę­ły jak z bi­cza trzasł. Zer­k­nę­ła na no­tat­nik. Bar­dzo ją wcią­gnę­ła ta daw­na spra­wa. Nie tyl­ko dla­te­go, że oj­ciec nad nią pra­co­wał, cho­ciaż to też, jed­nak przede wszyst­kim ze wzglę­du na kil­ka szcze­gól­nych oko­licz­no­ści. Zwłasz­cza tę, że nie uda­ło się usta­lić toż­sa­mo­ści za­mor­do­wa­nej ko­bie­ty. Była i po­zo­sta­ła nie­zna­na. Przez tyle lat.

Po­ru­szy­ło ją to.

Chcia­ła do­wie­dzieć się wię­cej.

Co by po­wie­dział tata, gdy­by żył?

Się­gnę­ła po ko­mór­kę.

Na sta­ran­nie wy­strzy­żo­nym traw­ni­ku przed gma­chem szko­ły sta­li ?ke Gu­sta­fs­son i pew­na ko­bie­ta w śred­nim wie­ku po­cho­dzą­ca z Ru­mu­nii. Sze­fo­wa szkol­nej sto­łów­ki. Po­czę­sto­wa­ła ?ke­go pa­pie­ro­sem.

- Nie­wie­le osób te­raz pali - ode­zwa­ła się.

- Rze­czy­wi­ście.

- Pew­nie przez tego raka.

- Pew­nie tak.

Za­pa­li­li obo­je.

Ko­mór­ka za­dzwo­ni­ła, gdy ?ke zdą­żył wy­pa­lić po­ło­wę pa­pie­ro­sa.

- Mówi Oli­via Rön­ning. Wy­bra­łam tę spra­wę z Nord­ko­ster i chcia­łam...

- Tak my­śla­łem - prze­rwał ?ke. - Prze­cież twój oj­ciec nad nią pra­co­wał i...

- Tak, ale nie dla­te­go.

Chcia­ła, żeby była ja­sność. Cho­dzi o nią, tu i te­raz. To nie ma nic wspól­ne­go z oj­cem. W każ­dym ra­zie opie­kun gru­py nie po­wi­nien tak my­śleć. Wy­bra­ła so­bie za­da­nie i za­mie­rza­ła je re­ali­zo­wać na swój spo­sób. Taka była.

- Wy­bra­łam ją, bo uwa­żam, że jest cie­ka­wa - po­wie­dzia­ła.

- Ale dość trud­na.

- I wła­śnie dla­te­go dzwo­nię. Chcia­ła­bym zaj­rzeć do akt śledz­twa. Gdzie je znaj­dę?

- Przy­pusz­czal­nie w cen­tral­nym ar­chi­wum w Göte­bor­gu.

- Tak? Szko­da.

- I tak by ci nie dali ich prze­czy­tać.

- Dla­cze­go?

- Bo spra­wa do­ty­czy mor­der­stwa, któ­re jest nie­wy­ja­śnio­ne, ale nie przedaw­nio­ne. Nikt spo­za ze­spo­łu do­cho­dze­nio­we­go nie ma pra­wa czy­tać do­ku­men­tów ze śledz­twa, któ­re nie zo­sta­ło za­mknię­te.

- Aha... więc co mam zro­bić? W jaki spo­sób zna­leźć wię­cej in­for­ma­cji?

W słu­chaw­ce za­pa­dła ci­sza.

Sie­dząc za kie­row­ni­cą, przy­ci­ska­ła do ucha ko­mór­kę. Nad czym on się tak za­sta­na­wia? Zo­ba­czy­ła, że w jej kie­run­ku zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szy­ła straż­nicz­ka miej­ska. Sa­mo­chód Oli­vii stał na miej­scu dla in­wa­li­dy. Nie­do­brze. Włą­czy­ła sil­nik i w tym sa­mym mo­men­cie znów ode­zwał się ?ke.

- Mo­gła­byś po­roz­ma­wiać z ów­cze­snym sze­fem gru­py do­cho­dze­nio­wej.

- Na­zy­wał się Tom Stil­ton.

- Wła­śnie.

- Gdzie go szu­kać?

- Nie mam po­ję­cia.

- W Ko­men­dzie Głów­nej?

- Nie są­dzę. Spy­taj pa­nią Ol­säter, ko­mi­sarz Met­te Ol­säter. Czę­sto ra­zem pra­co­wa­li. Może ona wie.

- A gdzie ona pra­cu­je?

- W Biu­rze Kry­mi­nal­nym, gmach C.

- Dzię­ku­ję!

Oli­via od­je­cha­ła przed sa­mym no­sem straż­nicz­ki.

*

- Nowy nu­mer "Si­tu­ation Stoc­kholm"! Po­czy­taj­cie o księż­nicz­ce Wik­to­rii i jed­no­cze­śnie po­móż­cie bez­dom­nym!

Głos Jed­no­okiej Very do­cie­rał bez prze­szkód do za­moż­nych miesz­kań­ców Sofo8, kłę­bią­cych się przed ha­la­mi tar­go­wy­mi Söder, skąd wy­no­si­li peł­ne tor­by śmie­cio­we­go je­dze­nia i wszel­kiej ob­fi­to­ści. Cała jej po­stać była jak stwo­rzo­na dla wiel­kiej sce­ny Dra­ma­ten9. Zła­cha­na wer­sja Mar­ga­re­thy Kro­ok10 z cza­sów jej świet­no­ści. To samo ostre spoj­rze­nie, nie­zwy­kła kla­sa i cha­ry­zma, któ­rej nie spo­sób nie ulec.

Do­brze jej dzi­siaj szło.

Zdą­ży­ła już sprze­dać po­ło­wę ga­ze­tek.

Co in­ne­go Arvo Pärt. Cał­kiem mu nie szło. Stał ka­wa­łek da­lej, opar­ty o ścia­nę. To zde­cy­do­wa­nie nie jego dzień, ale nie chciał być sam. Zer­k­nął na Verę. Po­dzi­wiał jej hart du­cha. Jak więk­szość z jej oto­cze­nia, wie­dział coś nie­coś o jej cięż­kich no­cach, ale tu­taj spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by cały świat na­le­żał do niej. Do bez­dom­nej. Chy­ba żeby za dom uznać jej sza­rą, zde­ze­lo­wa­ną przy­cze­pę z lat sześć­dzie­sią­tych.

- Ja nie je­stem bez­dom­na.

Po­wie­dzia­ła to do go­ścia, któ­ry ku­pu­jąc ga­zet­kę, chciał się pod­nie­cać swo­ją wraż­li­wo­ścią spo­łecz­ną.

- Je­stem w trak­cie zmia­ny miesz­ka­nia.

W pew­nym sen­sie było to praw­dą. Vera tra­fi­ła na ko­mu­nal­ną li­stę miesz­ka­nio­wą w ra­mach po­li­tycz­ne­go pro­jek­tu Bo­stad Först11, ko­sme­tycz­ne­go pro­gra­mu po­pra­wy wa­run­ków ży­cia sztok­holm­skich bez­dom­nych. Po­wie­dzie­li, że przy odro­bi­nie szczę­ścia być może na je­sie­ni do­sta­nie miesz­ka­nie. Na pró­bę. A je­śli bę­dzie się od­po­wied­nio za­cho­wy­wać, może otrzy­ma sta­ły przy­dział.

Vera za­mie­rza­ła się od­po­wied­nio za­cho­wy­wać.

Jak za­wsze. Pra­wie. Mia­ła tę swo­ją przy­cze­pę i nie­co po­nad pięć ty­się­cy ko­ron wcze­śniej­szej eme­ry­tu­ry. Tak ści­na­ła wy­dat­ki, żeby wy­star­czy­ło na naj­bar­dziej nie­zbęd­ne rze­czy, a resz­tę wy­szu­ki­wa­ła po śmiet­ni­kach.

Nie cier­pia­ła bie­dy.

- Ku­puj­cie "Si­tu­ation Stoc­kholm"!

Sprze­da­ła ko­lej­ne trzy eg­zem­pla­rze.

- Bę­dziesz tu stać?

Py­ta­nie za­dał Jel­le, któ­ry po­ja­wił się zni­kąd i z pię­cio­ma eg­zem­pla­rza­mi sta­nął nie­da­le­ko Very.

- Tak. A co?

- To miej­sce Ben­se­ma­na.

Każ­dy sprze­daw­ca miał swo­je sta­łe miej­sce, uwi­docz­nio­ne na pla­sti­ko­wym iden­ty­fi­ka­to­rze obok na­zwi­ska. Pla­kiet­ka Ben­se­ma­na no­si­ła na­pis "Ben­se­man/ Söder­hal­lar­na".

- Ben­se­man nie­pręd­ko tu bę­dzie stał - od­par­ła.

- To jego miej­sce. Do­sta­łaś za­stęp­stwo czy co?

- Nie. A ty?

- Nie.

- To co tu ro­bisz?

Jel­le nie od­po­wie­dział. Vera zro­bi­ła krok w jego kie­run­ku.

- Prze­szka­dza ci, że tu sto­ję?

- To do­bre miej­sce.

- Do­bre.

- A mo­że­my się nim po­dzie­lić? - spy­tał.

Vera uśmiech­nę­ła się i spoj­rza­ła na nie­go. Tym swo­im spoj­rze­niem, któ­re­go uni­kał, jak mógł. Te­raz też. Pa­trzył w zie­mię. Vera sta­nę­ła tuż obok i na­chy­li­ła się, żeby zła­pać jego wzrok od dołu. Jak­by roz­ci­na­ła brzuch pstrą­ga. Bez szans. Jel­le od­wró­cił się. Vera za­śmia­ła się ochry­ple, prze­cho­dzą­ce obok czte­ry ro­dzi­ny z ma­ły­mi dzieć­mi w ele­ganc­kich wó­zecz­kach na­tych­miast ich wy­mi­nę­ły.

- Jel­le! - ryk­nę­ła.

Pärt od­su­nął się od ścia­ny. Coś się dzie­je? Wia­do­mo nie od dziś, że Vera ma krew­ki tem­pe­ra­ment. O Jel­lem wie­dział znacz­nie mniej. Po­dob­no po­cho­dzi z wysp, tych naj­od­le­glej­szych. Ktoś mó­wił, że z Rödlögi12. Jel­le, syn łow­cy fok! Z dru­giej stro­ny tyle się gada bez sen­su. Rze­ko­my łow­ca fok stoi te­raz przed halą i kłó­ci się z Verą.

Czy coś w tym ro­dza­ju.

- O co się kłó­ci­cie?

- Nie kłó­ci­my się - od­par­ła Vera. - My się nig­dy nie kłó­ci­my. Ja mó­wię, jak jest, a on pa­trzy w zie­mię. Co, nie?

Vera zwró­ci­ła się do Jel­le­go, ale już go nie było. Był pięt­na­ście me­trów da­lej. Nie miał za­mia­ru kłó­cić się o miej­sce Ben­se­ma­na. Miał to w du­pie, Vera może so­bie sprze­da­wać ga­zet­ki, gdzie chce. Jej spra­wa.

Jel­le, lat pięć­dzie­siąt sześć, pra­wie wszyst­ko miał w du­pie.

*

Póź­nym let­nim wie­czo­rem Oli­via je­cha­ła sa­mo­cho­dem w kie­run­ku Söder. Mi­ja­ją­cy dzień był pe­łen wy­da­rzeń. Za­czął się jak zwy­kle, od prze­ko­ma­rza­nek z Ulfem Mo­li­nem, po­tem tra­fi­ła na spra­wę tego mor­der­stwa i wpa­dła. Z wie­lu po­wo­dów. Za­rów­no oso­bi­stych, jak i in­nych.

Go­dzi­ny spę­dzo­ne w Bi­blio­te­ce Kró­lew­skiej po­zo­sta­wi­ły w niej ślad.

Dziw­nie się zro­bi­ło, po­my­śla­ła. Nie tak pla­no­wa­ła wa­ka­cje. Nie­dłu­go bę­dzie mia­ła wol­ne po cięż­kim roku. W ty­go­dniu uczel­nia, w week­en­dy pra­ca w aresz­cie Kro­no­berg. Mia­ła za­miar wy­po­czy­wać, bo uda­ło jej się za­osz­czę­dzić tyle, żeby mieć z cze­go żyć. W pla­nach mia­ła rów­nież ja­kiś wy­jazd last mi­nu­te. Poza tym pra­wie od roku nie mia­ła sek­su. Z tym też za­mie­rza­ła coś zro­bić.

I te­raz ta spra­wa?

Może so­bie od­pu­ścić? W koń­cu to nie­obo­wiąz­ko­we za­da­nie. W tym mo­men­cie za­dzwo­ni­ła Len­ni.

- Słu­cham?

Len­ni była jej naj­lep­szą kum­pel­ką od cza­sów li­ceum. Pły­nę­ła z prą­dem, usi­łu­jąc chwy­cić się cze­goś w ży­ciu, aby nie uto­nąć. Cią­gle mu­sia­ła cho­dzić w mia­sto, spraw­dzać, jaka jest sy­tu­acja, żeby ni­cze­go nie prze­ga­pić. Tym ra­zem ścią­gnę­ła jesz­cze czte­ry ko­le­żan­ki, by nie prze­ga­pić Ja­ko­ba, fa­ce­ta, któ­re­go ak­tu­al­nie mia­ła na oku. Prze­czy­ta­ła na Fa­ce­bo­oku, że Ja­kob wy­bie­ra się wie­czo­rem do Stran­du przy Horn­stull.

- Je­dziesz z nami! Bę­dzie su­per! O ósmej spo­ty­ka­my się u Lol­lo i...

- Len­ni.

- Co?

- Nie mogę... mam ro­bo­tę, mu­szę to zro­bić jesz­cze dziś wie­czo­rem.

- Bę­dzie kum­pel Ja­ko­ba, Erik, kil­ka razy py­tał o cie­bie! Taki przy­stoj­niak! Ide­al­ny dla cie­bie!

- Ale ja nie mogę.

- Wiesz co, nu­dzia­ra z cie­bie! Po­sta­raj się, po­win­naś się ro­ze­rwać, wró­cić do for­my!

- In­nym ra­zem.

- Cią­gle tak mó­wisz. Okej, tyl­ko nie miej do mnie pre­ten­sji, jak cię coś omi­nie.

- Nie będę mia­ła. Mam na­dzie­ję, że uda ci się z Ja­ko­bem!

- No, trzy­maj kciu­ki! Ści­skam cię!

Oli­via nie zdą­ży­ła od­po­wie­dzieć, Len­ni już się roz­łą­czy­ła. Po­pę­dzi­ła tam, gdzie coś się dzie­je.

A wła­ści­wie dla­cze­go jej od­mó­wi­ła? Prze­cież myśl o fa­ce­cie po­ja­wi­ła się w jej gło­wie do­kład­nie w mo­men­cie, gdy za­dzwo­ni­ła Len­ni. Może rze­czy­wi­ście zro­bi­ła się z niej nu­dzia­ra? Ro­bo­ta?

Po co ta gad­ka?

Oli­via wy­mie­ni­ła w mi­sce kar­mę i opróż­ni­ła ku­we­tę z ko­cich kup. Po­tem za­sia­dła przed lap­to­pem. Wła­ści­wie mia­ła ocho­tę na ką­piel, ale za­tkał się od­pływ i spusz­cza­jąc wodę z wan­ny, za­la­ła­by całą pod­ło­gę. Nie mia­ła siły się tym za­jąć. Ju­tro to zro­bi. Wpi­sze na li­stę-spraw-do-za­ła­twie­nia. Przez całą wio­snę z du­żym po­wo­dze­niem od­su­wa­ła od sie­bie tę li­stę.

We­szła na Go­ogle Earth.

Nord­ko­ster.

Wciąż ją fa­scy­no­wa­ło, że sie­dząc w domu przed ekra­nem kom­pu­te­ra, może nie­mal za­glą­dać do okien do­mów w róż­nych czę­ściach świa­ta. Dreszcz ją prze­cho­dził, jak­by szpie­go­wa­ła. Pod­glą­da­ła.

Te­raz był to dreszcz in­ne­go ro­dza­ju. Od­czu­wa­ła go tym sil­niej, im bar­dziej przy­bli­ża­ła ob­raz wy­spy, dróg, do­mów, im bli­żej była celu. Jest.

Has­sle­vi­kar­na.

Za­tocz­ki na pół­noc­nym krań­cu wy­spy.

Pra­wie jak za­lew, po­my­śla­ła. Spró­bo­wa­ła jesz­cze przy­bli­żyć ob­raz. Na tyle bli­sko, żeby zo­ba­czyć wy­dmy i pla­żę, na któ­rej za­ko­pa­li cię­żar­ną ko­bie­tę. Już mia­ła przed sobą tę pla­żę.

Sza­ry, ziar­ni­sty ob­raz.

Za­czę­ła so­bie wy­obra­żać, gdzie to mo­gło być. Gdzie ją za­ko­pa­li.

Może tu?

A może tam?

W któ­rym miej­scu był płaszcz?

Gdzie sie­dział chło­piec, któ­ry wszyst­ko wi­dział? Na skał­kach po za­chod­niej stro­nie pla­ży? Czy po wschod­niej? Na skra­ju lasu?

Zło­ści­ło ją, że nie może po­dejść jesz­cze bli­żej. Aż do koń­ca, jak­by sama sta­nę­ła na tej pla­ży.

Jak­by tam była.

Ale bar­dziej się nie dało. Wy­łą­czy­ła kom­pu­ter. Po­zwo­li so­bie na piwo. Na któ­re parę razy na­le­gał Ulf. Wy­pi­je sama, w domu, gdzie nie bę­dzie mu­sia­ła ocie­rać się o ko­le­gów ze szko­ły albo o go­ści w pu­bie.

Sama.

Od­po­wia­da­ło jej ży­cie sin­gla. Sama tak wy­bra­ła. Nig­dy nie mia­ła pro­ble­mu z fa­ce­ta­mi. Wprost prze­ciw­nie. Od po­cząt­ku mia­ła świa­do­mość, że się po­do­ba. Naj­pierw były fo­to­gra­fie ma­łej ślicz­nej dziew­czyn­ki i mnó­stwo wa­ka­cyj­nych fil­mów na­krę­co­nych przez ojca ka­me­rą skie­ro­wa­ną na Oli­vię. Po­tem, gdy ru­szy­ła w świat, przy­szły spoj­rze­nia in­nych męż­czyzn. Przez pe­wien czas dla za­ba­wy za­kła­da­ła ciem­ne oku­la­ry, aby zza nich ob­ser­wo­wać re­ak­cje na­po­tka­nych fa­ce­tów. Nie spusz­cza­li z niej tak­su­ją­ce­go wzro­ku, do­pó­ki ich nie mi­nę­ła. Szyb­ko ją to znu­dzi­ło. Była świa­do­ma swo­jej war­to­ści. Przy­najm­niej na tym po­zio­mie. Dało jej to pew­ność sie­bie.

Nie mu­sia­ła ru­szać na łowy.

Jak Len­ni.

Oli­via mia­ła mamę i wła­sne miesz­kan­ko. Dwa po­ma­lo­wa­ne na bia­ło po­ko­je, pod­ło­ga z de­sek. Wła­ści­wie to nie wła­sne, wy­na­ję­ła je od ku­zy­na pra­cu­ją­ce­go obec­nie w Afry­ce Po­łu­dnio­wej na rzecz Szwedz­kiej Rady Eks­por­tu. Miał tam być dwa lata. Przez ten czas mo­gła tu miesz­kać. Wśród jego me­bli.

Ja­koś da­wa­ła radę.

Mia­ła jesz­cze Elvi­sa. Kot był pa­miąt­ką po in­ten­syw­nym związ­ku z sek­sow­nym Ja­maj­czy­kiem po­zna­nym w Nova Bar na Sk?ne­ga­tan. Naj­pierw okrop­nie się na nie­go na­pa­li­ła, a po­tem za­ko­cha­ła.

Cho­ciaż jemu po­wie­dzia­ła, że było od­wrot­nie.

Pra­wie rok po­dró­żo­wa­li ra­zem, ba­wi­li się i pie­przy­li, a po­tem spo­tkał daw­ną przy­ja­ciół­kę z ro­dzin­nych stron. Tak to ujął. Przy­ja­ciół­ka mia­ła aler­gię na koty. I w ten spo­sób Elvis zo­stał na Sk?ne­ga­tan. Po wy­pro­wadz­ce Ja­maj­czy­ka Oli­via zmie­ni­ła imię kotu. Przed­tem wa­bił się Ras Ta­fa­ri, od imie­nia chrzest­ne­go ce­sa­rza Haj­le Sel­la­sje­go.

Elvis ja­koś le­piej jej pa­so­wał.

Po­ko­cha­ła go tak moc­no jak mu­stan­ga.

Wy­pi­ła piwo.

Do­bre.

Już otwie­ra­ła na­stęp­ne, gdy uprzy­tom­ni­ła so­bie, że jest cał­kiem moc­ne, tym­cza­sem nie ja­dła dziś obia­du. Ani ko­la­cji. Tak się ja­koś dzia­ło, że kie­dy się na­krę­ci­ła, je­dze­nie spa­da­ło z li­sty prio­ry­te­tów. Jed­nak przy­da­ło­by się wpro­wa­dzić coś do żo­łąd­ka dla zni­we­lo­wa­nia lek­kie­go za­wro­tu w gło­wie. Może sko­czyć po piz­zę?

Nie.

Cał­kiem przy­jem­nie, jak się tro­chę krę­ci w gło­wie.

Za­bra­ła piwo do cia­snej sy­pial­ni i opa­dła na łóż­ko. Na prze­ciw­le­głej ścia­nie wi­sia­ła po­dłuż­na drew­nia­na ma­ska w ko­lo­rze zsza­rza­łej bie­li. Je­den z afry­kań­skich przed­mio­tów na­le­żą­cych do ku­zy­na. Oli­via nie mo­gła się zde­cy­do­wać, czy ma­ska jej się po­do­ba, czy nie. Gdy nocą bu­dzi­ła się z nie­przy­jem­ne­go snu i wi­dzia­ła ma­skę w świe­tle księ­ży­ca, nie było to zbyt miłe. Po­wio­dła wzro­kiem po su­fi­cie i na­gle uświa­do­mi­ła so­bie, że od wie­lu go­dzin nie spraw­dza­ła ko­mór­ki! Jak na nią było to nie­zwy­kłe. Ko­mór­ka sta­no­wi­ła nie­zbęd­ną część jej wy­po­sa­że­nia. Nie ma­jąc jej w kie­sze­ni, czu­ła się nie­ubra­na. Wy­cią­gnę­ła ją i włą­czy­ła. Spraw­dzi­ła ma­ile, SMS-y i ka­len­darz, po­tem we­szła na SVT13 Play. Zna­ko­mi­cie, obej­rzy jesz­cze wia­do­mo­ści, za­nim sen ją zmo­rzy.

- Co po­li­cja za­mie­rza te­raz zro­bić?

- Tego nie mogę ujaw­nić.

Czło­wie­kiem, któ­ry nie mógł ni­cze­go ujaw­nić te­le­wi­zyj­nym wia­do­mo­ściom, był Rune Forss, ko­mi­sarz sztok­holm­skiej po­li­cji, fa­cet po pięć­dzie­siąt­ce. Przy­dzie­li­li mu spra­wę ko­lej­nych na­pa­dów na bez­dom­nych. Wi­dać, że nie jest tym za­chwy­co­ny, po­my­śla­ła Oli­via. Wy­glą­dał jej na gli­nę sta­re­go po­kro­ju, ta­kie­go, któ­ry uwa­ża, że lu­dzie są sami so­bie win­ni. Prze­waż­nie. Na przy­kład chu­li­ga­ne­ria, a już na pew­no oso­by, któ­rym nie chce się wziąć w garść, za­ła­twić so­bie ja­kąś ro­bo­tę i żyć jak inni po­rząd­ni lu­dzie.

Naj­czę­ściej są sami so­bie win­ni.

Wpraw­dzie w Wyż­szej Szko­le Po­li­cyj­nej tego nie uczo­no, jed­nak wia­do­mo było, że wie­lu tak uwa­ża. Kil­ku ko­le­gów Oli­vii już zdą­ży­ło się tym za­ra­zić.

- Po­sta­ra­cie się prze­nik­nąć do śro­do­wi­ska bez­dom­nych?

- Prze­nik­nąć?

- No tak. Pod przy­kry­ciem. Żeby ująć spraw­ców.

Sens py­ta­nia do­tarł w koń­cu do Ru­ne­go Fors­sa, któ­ry le­d­wo zdo­łał ukryć uśmiech.

- Nie.

Oli­via wy­łą­czy­ła ko­mór­kę.

*

W uła­dzo­nym opo­wia­da­niu bez­dom­na sie­dzia­ła­by u wez­gło­wia cięż­ko ran­ne­go, po­pra­wia­jąc po­ściel i do­da­jąc mu otu­chy. Ale w praw­dzi­wym opo­wia­da­niu, od­da­ją­cym rze­czy­wi­stość, per­so­nel re­cep­cji w szpi­ta­lu we­zwał ochro­nę na­tych­miast, gdy Jed­no­oka Vera prze­szła przez hol, zmie­rza­jąc do win­dy. Ochro­nia­rze do­go­ni­li ją na ko­ry­ta­rzu, za­nim do­szła do sali, w któ­rej le­żał Ben­se­man.

- Tu nie wol­no wcho­dzić!

- Dla­cze­go? Chcę tyl­ko od­wie­dzić ko­le­gę, któ­ry...

- Pro­szę z nami!

Zo­sta­ła wy­pro­szo­na. Ła­god­nie rzecz uj­mu­jąc.

W rze­czy­wi­sto­ści chwy­ci­li bru­tal­nie i w spo­sób głę­bo­ko upo­ka­rza­ją­cy po­pro­wa­dzi­li wrzesz­czą­cą na całe gar­dło ko­bie­tę przez szpi­tal­ny hol pe­łen lu­dzi, a na­stęp­nie mniej lub bar­dziej wy­rzu­ci­li ją na uli­cę. Mimo że się po­wo­ły­wa­ła na pra­wa czło­wie­ka. W jej uję­ciu.

Wy­gna­li.

W noc.

Vera ru­szy­ła w dłu­gą wę­drów­kę do przy­cze­py w le­sie In­gen­ting w dziel­ni­cy Sol­na.

Sama jak pa­lec.

W noc, kie­dy gra­su­ją mło­dzi lu­dzie lu­bu­ją­cy się w prze­mo­cy, pod­czas gdy Rune Forss po­grą­żał się we śnie.

KOŃCÓWKA LATA 1987

W re­jo­nie Has­sle­vi­kar­na, za­to­czek na Nord­ko­ster, róż­ni­ca mię­dzy przy­pły­wem i od­pły­wem wy­no­si nor­mal­nie od pię­ciu do dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. Chy­ba że mamy do czy­nie­nia z przy­pły­wem sy­zy­gij­nym, zja­wi­skiem wy­stę­pu­ją­cym wte­dy, gdy Słoń­ce i Księ­życ znaj­dą się w li­nii pro­stej z Zie­mią. Wów­czas róż­ni­ca wy­no­si nie­mal pół me­tra. Ludz­ka gło­wa ma wy­so­kość mniej wię­cej dwu­dzie­stu pię­ciu cen­ty­me­trów.

Tej nocy miał wła­śnie wy­stą­pić przy­pływ sy­zy­gij­ny.

Te­raz aku­rat był od­pływ.

Kil­ka go­dzin temu znaj­du­ją­cy się w peł­ni Księ­życ ode­ssał opie­ra­ją­ce się mo­rze, któ­re od­sło­ni­ło roz­le­gły ka­wał wil­got­ne­go dna. Ma­lut­kie, błysz­czą­ce kra­bi­ki kur­so­wa­ły po pia­sku tam i z po­wro­tem, jak re­flek­sy sta­lo­wo­błę­kit­ne­go świa­tła. Roz­kol­ce przy­war­ły moc­no do ka­mie­ni, aby tak już po­zo­stać. Wszyst­kie ży­jąt­ka mia­ły świa­do­mość, że wkrót­ce na­stą­pi cy­klicz­ny mo­ment przy­pły­wu.

Mia­ły ją rów­nież trzy po­sta­cie po­ru­sza­ją­ce się na brze­gu. Wie­dzia­ły na­wet do­kład­nie, kie­dy to na­stą­pi, mia­no­wi­cie za kwa­drans. Pierw­sze, ła­god­ne fale zwil­żą to, co zdą­ży­ło już po­de­schnąć, po­tem stłu­mio­ny, mrocz­ny grzmot wy­prze z od­da­li jed­ną falę po dru­giej, aż przy­pływ osią­gnie swo­ją kul­mi­na­cję.

Przy­pływ sy­zy­gij­ny.

Ale na ra­zie mie­li czas. Ko­pa­nie było na ukoń­cze­niu. Dół miał głę­bo­kość prze­szło pół­to­ra me­tra, śred­ni­cę sześć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. Ści­śle obej­mie cia­ło. Tyl­ko gło­wa bę­dzie wy­sta­wa­ła.

Gło­wa czwar­tej po­sta­ci.

Sto­ją­cej nie­opo­dal ze zwią­za­ny­mi rę­ka­mi.

Ła­god­ny wiatr po­ru­szał jej dłu­gi­mi, czar­ny­mi wło­sa­mi, bły­ska­ło na­gie cia­ło, twarz nie­uma­lo­wa­na, wy­pra­na z uczuć. Ob­ser­wo­wa­ła ko­pa­nie dołu, ale dziw­nie nie­obec­nym wzro­kiem. Męż­czy­zna wy­cią­gnął za­krzy­wio­ny ko­niec ło­pa­ty, wy­sy­pał pia­sek na kup­kę obok i od­wró­cił się.

Był go­tów.

Chłop­cu ukry­te­mu na ska­łach, któ­ry pa­trzył na to z pew­nej od­le­gło­ści, wy­da­wa­ło się, jak­by na pla­ży oświe­tlo­nej przez księ­życ za­pa­no­wał szcze­gól­ny spo­kój. Co ro­bią te po­sta­cie znaj­du­ją­ce się tam na pia­sku? Tego nie wie­dział, ale sły­szał przy­bli­ża­ją­cy się huk mo­rza i wi­dział, jak po mo­krym pia­sku pro­wa­dzą nagą, nie­sta­wia­ją­cą opo­ru ko­bie­tę i spusz­cza­ją ją do dołu.

Przy­gryzł dol­ną war­gę.

Je­den z męż­czyzn wsy­py­wał pia­sek do dołu. Błoc­ko ob­le­pi­ło cia­ło ko­bie­ty jak mo­kry ce­ment. Dziu­ra zo­sta­ła szyb­ko za­sy­pa­na. Gdy na pla­żę wla­ły się pierw­sze fale, z pia­sku wy­sta­wa­ła tyl­ko gło­wa ko­bie­ty. Jej dłu­gie wło­sy zmo­czy­ły się, o ciem­ny ko­smyk za­cze­pił ma­lut­ki krab. Ko­bie­ta mil­cza­ła ze wzro­kiem utkwio­nym w księ­życ.

Tam­ci ode­szli ka­wa­łek da­lej mię­dzy wy­dmy. Dwie po­sta­cie za­cho­wy­wa­ły się ner­wo­wo, nie­pew­nie, trze­cia oka­zy­wa­ła spo­kój. Ob­ser­wo­wa­li wy­sta­ją­cą z pia­sku gło­wę oświe­tlo­ną przez księ­życ.

Cze­ka­li.

Za­czął się przy­pływ, po­ziom wody rósł szyb­ko. Fale, z każ­dym ude­rze­niem co­raz wyż­sze, za­le­wa­ły gło­wę ko­bie­ty, wle­wa­jąc się do ust i nosa, do­sta­jąc się do tcha­wi­cy. Od­wró­ci­ła twarz, ale za chwi­lę spa­dła na nią ko­lej­na fala.

Jed­na z tam­tych osób po­de­szła i kuc­nę­ła przy niej. Ich spoj­rze­nia spo­tka­ły się.

Chło­piec wi­dział ze swe­go miej­sca, jak woda się pod­no­si. Gło­wa to zni­ka­ła, to się po­ja­wia­ła, by znów znik­nąć. Na­gle z dołu, w któ­rym tkwi­ła, do­biegł strasz­ny, roz­dzie­ra­ją­cy krzyk. Roz­szedł się echem po za­to­ce, od­bił o skał­kę, na któ­rej sie­dział chło­piec, ale już po chwi­li zo­stał zdła­wio­ny przez ko­lej­ną falę, któ­ra za­la­ła gło­wę ko­bie­ty.

Wte­dy chło­piec pu­ścił się bie­giem.

A mo­rze pod­no­si­ło się i uspo­ka­ja­ło, ciem­ne i gład­kie. Ko­bie­ta za­mknę­ła oczy pod wodą. Ostat­nim jej do­zna­niem było jesz­cze jed­no de­li­kat­ne kop­nię­cie w brzu­chu.

Radio­od­bior­nik był wła­sno­ścią Jed­no­okiej Very. Małe tran­zy­sto­ro­we ra­dyj­ko zna­le­zio­ne w śmiet­ni­ku na Döbelns­ga­tan. Mia­ło an­te­nę i wszyst­ko, co trze­ba. Cał­kiem do­bre, mimo pęk­nię­tej obu­do­wy. Ze­bra­li się w Glas­bl?sar­par­ken, aby ra­zem po­słu­chać Ra­dio­skug­ga, go­dzin­nej au­dy­cji dla bez­dom­nych nada­wa­nej raz w ty­go­dniu. Te­ma­tem dzi­siej­szej były ostat­nie na­pa­dy. Od­biór za­kłó­ca­ły trza­ski, ale wszy­scy i tak wie­dzie­li, o czym mowa. O po­bi­ciu Ben­se­ma­na. O Tra­sh­kick. O tym, że ja­cyś sa­dy­ści krą­żą po mie­ście, szu­ka­jąc ko­lej­nych ofiar.

Spo­śród nich.

Żeby ska­to­wać, a po­tem po­ka­zy­wać w sie­ci.

Bar­dzo nie­faj­nie.

- Mu­si­my trzy­mać się ra­zem! - za­wo­ła­ła Mu­riel. Coś za­ży­ła, dzię­ki cze­mu wy­zby­ła się za­ha­mo­wań i uzna­ła, że może za­brać głos. Pärt i po­zo­sta­ła czwór­ka spoj­rze­li na Mu­riel. Trzy­mać się ra­zem? O co jej cho­dzi?

- Niby jak?

- Sta­le być w gru­pie! Żeby nikt nie był sam i nie mo­gli na ni­ko­go na­paść...

Mu­riel ści­szy­ła głos pod ich spoj­rze­nia­mi. Ucie­kła wzro­kiem i wpa­trzy­ła się w ścież­kę. Vera po­de­szła i po­gła­dzi­ła ją po skoł­tu­nio­nych wło­sach.

- Do­brze to wy­my­śli­łaś, Mu­riel, nie bę­dzie­my sami. Bo­imy się, gdy je­ste­śmy sami, a oni od razu to wy­czu­wa­ją. Jak psy. Wy­wą­chu­ją tych, któ­rzy się boją, i po­tem biją.

- Wła­śnie.

Mu­riel lek­ko się wy­pro­sto­wa­ła. W in­nych oko­licz­no­ściach chcia­ła­by mieć taką mamę jak Vera. Mamę, któ­ra gła­dzi­ła­by ją po gło­wie i bro­ni­ła przed zły­mi spoj­rze­nia­mi. Nig­dy nie mia­ła ta­kiej mamy.

Te­raz już za póź­no.

Tak samo jak na inne rze­czy, po­my­śla­ła.

- Sły­sze­li­ście, że gli­ny po­wo­ła­ły ze­spół, któ­ry ma zła­pać tych ban­dzio­rów?

Vera ro­zej­rza­ła się, przy­tak­nę­li, ale bez więk­sze­go za­pa­łu. Wszy­scy mie­li z po­li­cją ja­kieś do­świad­cze­nia nie­da­ją­ce pod­staw do szcze­gól­ne­go en­tu­zja­zmu. Na­wet przez uła­mek se­kun­dy nie uwie­rzy­li, że w obro­nie bez­dom­nych gli­ny zdo­bę­dą się na coś wię­cej, niż to nie­zbęd­ne na uży­tek me­diów. Do­brze wie­dzie­li, że nie są na cze­le li­sty prio­ry­te­tów po­li­cji.

Że w ogó­le ich nie ma na tej li­ście.

A je­śli już, to na ser­wet­ce, któ­rą Rune Forss wy­tarł usta po ke­ba­bie.

I tyle.

*

Sala wy­kła­do­wa w Wyż­szej Szko­le Po­li­cyj­nej była pra­wie peł­na. W ostat­nim dniu se­me­stru wio­sen­ne­go od­wie­dzi­li ich przed­sta­wi­cie­le SKL, Pań­stwo­we­go La­bo­ra­to­rium Kry­mi­na­li­stycz­ne­go w Lin­köpin­gu, aby wy­gło­sić wy­kład na te­mat tech­nik i me­tod w ba­da­niach kry­mi­na­li­stycz­nych.

Naj­pierw dłu­gi wy­kład. Po nim stu­den­ci mo­gli za­da­wać py­ta­nia.

- Po­ja­wi­ły się po­stu­la­ty, aby po­bie­rać prób­ki DNA od wszyst­kich spraw­ców prze­stępstw. Jak się na to za­pa­tru­je­cie?

- Uwa­ża­my, że to słusz­ne. W An­glii prób­ki po­bie­ra się na­wet od wła­my­wa­czy, dzię­ki cze­mu po­li­cja dys­po­nu­je ogrom­nym re­je­strem DNA.

- Dla­cze­go u nas się tego nie robi?

Py­ta­nie za­dał Ulf, jak zwy­kle.

- Pro­ble­mem, je­śli mogę tak to na­zwać, jest na­sza usta­wa o ochro­nie da­nych oso­bo­wych. Nie wol­no nam two­rzyć re­je­stru tego ro­dza­ju.

- Dla­cze­go?

- Bo na­ru­szał­by do­bra tych osób.

I tak przez parę go­dzin. Oli­via oży­wi­ła się, gdy prze­szli do naj­now­szych osią­gnięć w dzie­dzi­nie ana­li­zo­wa­nia DNA. Na­wet za­da­ła py­ta­nie, co wy­wo­ła­ło lek­ki uśmiech na twa­rzy Ulfa.

- Czy da się usta­lić oj­co­stwo na pod­sta­wie prób­ki DNA po­bra­nej od pło­du?

- Tak.

Od­po­wiedź była krót­ka, udzie­li­ła jej ru­do­wło­sa ko­bie­ta w pro­stej sza­ro­nie­bie­skiej su­kien­ce. Ma­rian­ne Bo­glund, eks­pert­ka w dzie­dzi­nie me­dy­cy­ny są­do­wej. Oli­via od razu zwró­ci­ła na nią uwa­gę, ale mu­sia­ło mi­nąć kil­ka se­kund, za­nim za­sko­czy­ła. To prze­cież z nią był żo­na­ty Tom Stil­ton.

Może ją za­py­tać? Wczo­raj po­je­cha­ła pod ad­res, któ­ry zna­la­zła w spi­sie urzę­du po­dat­ko­we­go, ale nie miesz­kał tam nikt o na­zwi­sku Stil­ton.

Po­sta­no­wi­ła, że spró­bu­je.

Kwa­drans po dru­giej było po wszyst­kim. Oli­via wi­dzia­ła, jak po wy­kła­dzie Ma­rian­ne Bo­glund po­szła z ?kem Gu­sta­fs­so­nem do jego ga­bi­ne­tu. Sta­nę­ła pod drzwia­mi i cze­ka­ła.

Dłu­go.

Może za­pu­kać? Nie bę­dzie to zbyt ob­ce­so­we? A je­śli upra­wia­ją seks?

Za­pu­ka­ła.

- Tak?

Otwo­rzy­ła drzwi, po­wie­dzia­ła dzień do­bry i spy­ta­ła, czy mo­gła­by krót­ko po­roz­ma­wiać z pa­nią Bo­glund.

- Chwi­lecz­kę - od­parł ?ke Gu­sta­fs­son.

Oli­via ski­nę­ła gło­wą i za­mknę­ła drzwi. Nie upra­wia­li sek­su. Na­oglą­da­ła się za dużo fil­mów? Skąd jej to przy­szło do gło­wy? Czy stąd, że Ma­rian­ne Bo­glund była atrak­cyj­ną ko­bie­tą, a ?ke Gu­sta­fs­son miał te swo­je brwi?

Ma­rian­ne Bo­glund wy­szła i po­da­ła jej rękę.

- W czym mogę po­móc?

Moc­ny, su­chy uścisk dło­ni, ofi­cjal­ne spoj­rze­nie, to ra­czej nie jest ko­bie­ta, któ­ra szyb­ko prze­cho­dzi na te­ma­ty pry­wat­ne. Oli­via już wie­dzia­ła, że to był zły po­mysł.

- Pró­bu­ję zna­leźć Toma Stil­to­na - po­wie­dzia­ła.

Mil­cze­nie. Ma­rian­ne Bo­glund nie pod­ję­ła te­ma­tu.

- Nie mogę zna­leźć jego ad­re­su, nie wiem, gdzie szu­kać, może pani wie?

- Nie wiem.

- Może wy­je­chał za gra­ni­cę?

- Nie mam po­ję­cia.

Oli­via ski­nę­ła gło­wą, krót­ko po­dzię­ko­wa­ła, od­wró­ci­ła się i ode­szła. Ma­rian­ne po­sta­ła chwi­lę, pa­trząc za mło­dą ko­bie­tą. W pew­nej chwi­li zro­bi­ła kil­ka kro­ków w jej kie­run­ku, ale za­raz się za­trzy­ma­ła.

Oli­via wciąż mia­ła w gło­wie od­po­wiedź Ma­rian­ne Bo­glund. Już to sły­sza­ła kil­ka razy, od róż­nych osób. Dziw­nie po­wta­rza­ją­ca się od­po­wiedź, przy­najm­niej w od­nie­sie­niu do Stil­to­na. Po­czu­ła się lek­ko znie­chę­co­na.

I uba­bra­na.

Czu­ła, że prze­kro­czy­ła gra­ni­cę czy­jejś pry­wat­no­ści.

Gdy wy­mie­ni­ła na­zwi­sko Stil­to­na, w oczach Ma­rian­ne Bo­glund doj­rza­ła coś jak­by od­prysk szkła. Nic jej do tego.

Co ja wy­pra­wiam? - po­my­śla­ła.

- Co ty wy­pra­wiasz?

Tym ra­zem py­ta­nie za­dał ktoś inny, nie ona. Rzecz ja­sna Ulf. Do­go­nił ją, gdy szła do sa­mo­cho­du. Lek­ko się uśmie­chał.

- O co ci cho­dzi?

- DNA nie­na­ro­dzo­ne­go dziec­ka? Dla­cze­go o to py­ta­łaś?

- Z cie­ka­wo­ści.

LATO 2011

Jed­no­oka Vera mimo prze­zwi­ska mia­ła dwo­je zdro­wych oczu i spoj­rze­nie, któ­re mo­gło­by po­ra­zić so­ko­ła w lo­cie. Wzrok mia­ła do­sko­na­ły. Za to w dys­ku­sji przy­po­mi­na­ła pług śnież­ny. Na po­czą­tek wy­gła­sza­ła swój po­gląd i pru­ła do przo­du, od­rzu­ca­jąc na boki wszel­kie kontr­ar­gu­men­ty.

Jed­no­oka Vera.

Uwiel­bia­na.

Sta­nę­ła ty­łem do słoń­ca scho­dzą­ce­go co­raz ni­żej nad ho­ry­zon­tem. Jego pro­mie­nie ze­śli­zgnę­ły się po za­to­ce Vär­tan, od­bi­ły od mo­stu na Li­din­gön i się­gnę­ły w górę do par­ku przy Hjor­tha­gen, w sam raz, by stwo­rzyć pięk­ną au­re­olę wo­kół syl­wet­ki Very.

- To mój świat!

Wy­po­wie­dzia­ła to z ża­rem, któ­ry urzekł­by nie­je­den klub par­la­men­tar­ny bez wzglę­du na bar­wy par­tyj­ne, choć w sali ob­rad jej schryp­nię­ty głos pew­nie wy­dał­by się tro­chę nie na miej­scu. Po­dob­nie jak ubra­nie zło­żo­ne z paru przy­bru­dzo­nych T-shir­tów na­ło­żo­nych je­den na dru­gi i zno­szo­nej, tiu­lo­wej spód­nicz­ki. Do tego była boso. Jed­nak Vera nie znaj­do­wa­ła się w sali ob­rad par­la­men­tu, tyl­ko w ma­łym par­ku na ubo­czu, nie­da­le­ko por­tu, a klub par­la­men­tar­ny skła­dał się z czwor­ga bez­dom­nych osob­ni­ków w róż­nej kon­dy­cji, któ­rzy roz­sie­dli się na ław­kach po­śród dę­bów, osik i roz­ma­itych chasz­czy. Ma­ło­mów­ny, wy­so­ki Jel­le sie­dział sam, po­grą­żo­ny w my­ślach. Na dru­giej ław­ce sie­dział Ben­se­man z Mu­riel, mło­dą ćpun­ką z Ba­gar­mos­sen, trzy­ma­ją­cą w ręku pla­sti­ko­wą re­kla­mów­kę z Coop.

Na ław­ce na­prze­ciw­ko przy­sy­piał Arvo Pärt.

Na skra­ju par­ku, cho­wa­jąc się za gę­sty­mi krza­ka­mi, przy­kuc­nę­ło dwóch mło­dych, ubra­nych na czar­no męż­czyzn. Nie od­ry­wa­li wzro­ku od ła­wek.

- Moje ży­cie, nie ich! Może nie?!

Jed­no­oka Vera mach­nę­ła ręką w kie­run­ku ja­kie­goś od­le­głe­go punk­tu.

- Przy­cho­dzą i walą w ścia­ny przy­cze­py, le­d­wo zdą­ży­łam wło­żyć zęby, a ci już sto­ją przed drzwia­mi! Trzech! I ga­pią się?! No to się py­tam, co jest?

- Je­ste­śmy z gmi­ny. Two­ja przy­cze­pa musi stąd znik­nąć.

- Dla­cze­go?

- Bo zaj­mu­je­my ten te­ren.

- Na co?

- Na ścież­kę zdro­wia.

- Co ta­kie­go?

- Tra­sę bie­go­wą, aku­rat prze­tnie to miej­sce.

- Co ty ga­dasz? Nie mogę za­brać przy­cze­py! Nie mam sa­mo­cho­du!

- Trud­no, to nie nasz pro­blem. Do przy­szłe­go po­nie­dział­ku ma stąd znik­nąć.

Jed­no­oka Vera mu­sia­ła za­czerp­nąć tchu, w tym mo­men­cie Jel­le ziew­nął dys­kret­nie. Ve­rze nie po­do­ba­ło się, że ktoś zie­wa, kie­dy ona mówi.

- Ka­pu­je­cie? Sto­ją te gry­zi­piór­ki i każą mi się wy­no­sić w cho­le­rę, bo ja­cyś utu­cze­ni idio­ci będą spa­lać tłuszcz, bie­ga­jąc po moim domu? Wie­cie, jaka by­łam wku­rzo­na?

- No - wy­chry­pia­ła zdar­tym, skrze­czą­cym gło­sem Mu­riel, któ­ra ra­czej się nie od­zy­wa­ła, do­pó­ki nie wzię­ła dział­ki.

Vera od­gar­nę­ła ru­da­wy ko­smyk rzad­kich wło­sów i na­bra­ła po­wie­trza w płu­ca.

- Tu nie cho­dzi o żad­ną ścież­kę zdro­wia, tyl­ko o tych, co wy­pro­wa­dza­ją te swo­je ko­sma­te szczur­ki. Prze­szka­dza im, że miesz­ka tu ktoś taki jak ja, bo nie pa­su­ję do ich ślicz­ne­go, uli­za­ne­go świa­ta! I taka jest praw­da! Mają w du­pie ta­kich jak my!

Ben­se­man po­chy­lił się w przód.

- Wiesz co, Vera, prze­cież mo­gło być tak, że...

- Idzie­my, Jel­le! Chodź!

Vera zro­bi­ła kil­ka wiel­kich kro­ków i szturch­nę­ła w ra­mię Jel­le­go. Nie była cie­ka­wa opi­nii Ben­se­ma­na. Jel­le wstał, wzru­szył ra­mio­na­mi i po­szedł za nią, cho­ciaż nie wie­dział do­kąd.

Ben­se­man skrzy­wił się, trzę­są­cy­mi dłoń­mi za­pa­lił zgnie­cio­ny nie­do­pa­łek i otwo­rzył pusz­kę piwa. Arvo Pärt oży­wił się na ten dźwięk.

- Te­raz faj­no.

Po­cho­dzą­cy z Es­to­nii Pärt miał spe­cy­ficz­ny spo­sób mó­wie­nia po szwedz­ku. Mu­riel spoj­rza­ła na od­cho­dzą­cą Verę i od­wró­ci­ła się do Ben­se­ma­na.

- Uwa­żam, że jest dużo praw­dy w tym, co po­wie­dzia­ła. Wy­star­czy, że czło­wiek nie pa­su­je, a już ma się wy­no­sić... nie tak jest?

- Pew­nie tak...

Ben­se­man zna­ny był przede wszyst­kim z tego, że ma nie­po­trzeb­nie moc­ny uścisk dło­ni i biał­ka oczu za­ma­ry­no­wa­ne w spi­ry­tu­sie. Zwa­li­sty męż­czy­zna mó­wią­cy wy­raź­nym dia­lek­tem nor­r­landz­kim, o nie­świe­żym, zjeł­cza­łym od­de­chu wy­do­by­wa­ją­cym się spo­mię­dzy rzad­kich zę­bów. W po­przed­nim ży­ciu był bi­blio­te­ka­rzem w Bo­den, grun­tow­nie oczy­ta­nym i rów­nie grun­tow­nie zgłę­bia­ją­cym świat al­ko­ho­li. Od li­kie­ru z ma­li­ny nor­dyc­kiej aż po bim­ber. Po dzie­się­ciu la­tach na­łóg ze­pchnął go na spo­łecz­ne dno. Skra­dzio­ną fur­go­net­ką przy­je­chał do Sztok­hol­mu, gdzie utrzy­my­wał się z że­bra­nia i drob­nych kra­dzie­ży w skle­pach, wio­dąc eg­zy­sten­cję ludz­kie­go wra­ka.

Ale oczy­ta­ne­go.

- ...ży­je­my na cu­dzej ła­sce - po­wie­dział Ben­se­man.

Pärt przy­tak­nął i się­gnął po piwo. Mu­riel wy­ję­ła małą to­reb­kę i ły­żecz­kę. Re­ak­cja Ben­se­ma­na była na­tych­mia­sto­wa.

- Zda­je się, że mia­łaś skoń­czyć z tym gów­nem?

- Wiem. Skoń­czę.

- Kie­dy?

- Koń­czę!

I rze­czy­wi­ście. Jed­nak nie dla­te­go, że już nie mia­ła ocho­ty na dział­kę, ale spo­strze­gła mię­dzy drze­wa­mi dwóch zbli­ża­ją­cych się chło­pa­ków. Je­den w czar­nej kurt­ce z kap­tu­rem, dru­gi w ciem­no­zie­lo­nej. Obaj mie­li na so­bie sza­re spodnie dre­so­we, gla­ny i rę­ka­wicz­ki.

Wy­bra­li się na po­lo­wa­nie.

Trój­ka bez­dom­nych za­re­ago­wa­ła dość szyb­ko. Mu­riel chwy­ci­ła pla­sti­ko­wą to­reb­kę i po­bie­gła. Za nią, po­ty­ka­jąc się, Ben­se­man i Pärt. Na­gle Ben­se­ma­no­wi przy­po­mnia­ło się, że za ko­szem na śmie­ci za­cho­mi­ko­wał jesz­cze jed­no piwo, od któ­re­go za­le­ża­ło, czy w nocy bę­dzie spał, czy czu­wał. Za­wró­cił i po­tknął się przed ław­ką.

Jego zmysł rów­no­wa­gi wy­raź­nie szwan­ko­wał.

Szyb­kość re­ak­cji rów­nież. Wła­śnie wsta­wał, gdy do­stał kop­nię­cie w twarz i padł na wznak. Tuż obok stał fa­cet w czar­nej kurt­ce. Dru­gi wy­jął ko­mór­kę i włą­czył ka­me­rę.

Był to wstęp do nie­zwy­kle bru­tal­ne­go po­bi­cia sfil­mo­wa­ne­go w par­ku, skąd żad­ne od­gło­sy nie wy­do­sta­wa­ły się na ze­wnątrz, a je­dy­ny­mi świad­ka­mi było dwo­je prze­ra­żo­nych lu­dzi scho­wa­nych w od­le­głych krza­kach.

Mu­riel i Pärt.

Jed­nak na­wet z tej od­le­gło­ści wi­dać było krew le­ją­cą się z ust i ucha Ben­se­ma­na, sły­sze­li rów­nież stłu­mio­ne jęki wy­da­wa­ne przy każ­dym kop­nia­ku w brzuch i w twarz.

Raz za ra­zem.

I znów.

Nie do­strze­gli, na swo­je szczę­ście, jak zęby Ben­se­ma­na prze­bi­ja­ją mu po­li­czek. Na­to­miast wi­dzie­li, że pró­bo­wał za­sło­nić oczy.

Po­trzeb­ne mu do czy­ta­nia.

Mu­riel roz­pła­ka­ła się ci­cho, cho­wa­jąc usta w zgię­ciu łok­cia. Trzę­sła się ca­łym swo­im wy­nisz­czo­nym cia­łem. Pärt chwy­cił w koń­cu dziew­czy­nę za rękę i od­cią­gnął od kosz­mar­ne­go wi­do­ku. Nic nie mo­gli po­ra­dzić. Cho­ciaż moż­na by we­zwać po­li­cję. Moż­na, po­my­ślał Pärt i szyb­ko po­cią­gnął Mu­riel w kie­run­ku Li­din­gövägen.

Pierw­szy sa­mo­chód po­ja­wił się do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li. Pärt i Mu­riel za­czę­li wo­łać i ma­chać rę­ka­mi, gdy zna­lazł się w od­le­gło­ści pięć­dzie­się­ciu me­trów. Sku­tek był taki, że sa­mo­chód przy­śpie­szył, omi­ja­jąc ich sze­ro­kim łu­kiem.

- By­dlak! - za­wo­ła­ła Mu­riel.

Na­stęp­ny kie­row­ca je­chał z żoną, za­dba­ną pa­nią w pięk­nej wi­śnio­wej suk­ni. Ko­bie­ta po­ka­za­ła na nich pal­cem.

- Tyl­ko nie po­trąć tych nar­ko­ma­nów, pa­mię­taj, że pi­łeś.

Sza­ry ja­gu­ar rów­nież mi­nął ich bez za­trzy­ma­nia.

Ostat­nie pro­mie­nie słoń­ca ga­sły nad za­to­ką Vär­tan, gdy miaż­dży­li rękę Ben­se­ma­na. Fa­cet z ko­mór­ką wy­łą­czył ka­mer­kę, jego kum­pel się­gnął po po­zo­sta­wio­ne piwo.

Po­tem po­bie­gli.

W za­pa­da­ją­cym zmro­ku le­żał na zie­mi zwa­li­sty męż­czy­zna. Zmiaż­dżo­ną ręką po­grze­bał w żwi­rze, oczy miał za­mknię­te. Ostat­nią my­ślą było sko­ja­rze­nie: Me­cha­nicz­na po­ma­rań­cza. Cho­le­ra, kto to na­pi­sał? Po­tem ręka prze­sta­ła się ru­szać.

Chłop­cy sie­dzie­li na pia­sku pod po­szar­pa­ną przez wiatr pal­mą, ty­łem do oce­anu. Mil­cze­li. Nie­opo­dal, na zwy­kłym rat­ta­no­wym krze­śle sie­dział męż­czy­zna z lap­to­pem na ko­la­nach. Za nim znaj­do­wał się ni­ski, po­ma­lo­wa­ny zie­lo­no-nie­bie­ską od­pa­da­ją­cą far­bą bu­dy­nek, któ­ry był czymś w ro­dza­ju re­stau­ra­cji, gdzie o nie­usta­lo­nych po­rach sprze­da­wa­no ryby z wła­sne­go po­ło­wu.

Te­raz aku­rat był za­mknię­ty.

Obaj chłop­cy zna­li męż­czy­znę, któ­ry był ich są­sia­dem we wsi. Za­wsze był miły, ba­wił się z nimi i nur­ko­wał po musz­le. Do­my­śli­li się, że mają sie­dzieć ci­cho. Męż­czy­zna był boso, nagi do pasa, tyl­ko w cien­kich szor­tach. Miał ja­sne, rzad­kie wło­sy. Po jego opa­lo­nych po­licz­kach spły­wa­ły łzy.

- Duży Szwed pła­cze - szep­nął je­den z chłop­ców.

Jego sło­wa po­rwał cie­pły wiatr. Dru­gi kiw­nął gło­wą. Męż­czy­zna z lap­to­pem pła­kał od wie­lu go­dzin. Naj­pierw w nocy w swo­im domu we wsi, po­tem na pla­ży, do­kąd przy­szedł, by za­czerp­nąć świe­że­go po­wie­trza. Sie­dział z twa­rzą zwró­co­ną do oce­anu.

I wciąż pła­kał.

Wie­le lat temu tra­fił tu, do Mal Pais na pół­wy­spie Ni­coya w Ko­sta­ry­ce. Kil­ka do­mów przy za­ku­rzo­nej dro­dze cią­gną­cej się wzdłuż wy­brze­ża. Z jed­nej stro­ny mo­rze, z dru­giej las desz­czo­wy. Na po­łu­dnie - nic, na pół­noc - Playa Car­men, San­ta Te­re­sa i inne wsie. Miej­sca o ogrom­nej sile przy­cią­ga­nia wę­drow­ców wszel­kiej ma­ści. Dzię­ki dłu­gim, fan­ta­stycz­nym pla­żom dla sur­fe­rów, ta­nim po­ko­jom do wy­na­ję­cia i jesz­cze tań­szej żyw­no­ści.

W do­dat­ku nikt o nic nie pyta.

Ide­al­ne miej­sce, po­my­ślał wte­dy. Żeby się ukryć i za­cząć wszyst­ko od nowa. Jako czło­wiek nie­zna­ny.

Pod na­zwi­skiem Dan Nils­son.

Dzię­ki nie­wiel­kim oszczęd­no­ściom jako tako da­wał so­bie radę aż do chwi­li, gdy mu za­pro­po­no­wa­no, by zo­stał prze­wod­ni­kiem w po­bli­skim re­zer­wa­cie. Cabo Blan­co. Bar­dzo mu od­po­wia­da­ła ta pra­ca. Pół go­dzi­ny jaz­dy qu­adem i już był na miej­scu, a dzię­ki przy­zwo­itej zna­jo­mo­ści ję­zy­ków po­tra­fił ob­słu­żyć więk­szość przy­jeż­dża­ją­cych tu tu­ry­stów. Z po­cząt­ku dość nie­licz­nych, ale w ostat­nim roku na­pły­nę­ło ich znacz­nie wię­cej, a te­raz było tylu, że miał za­ję­cie przez czte­ry dni w ty­go­dniu. W po­zo­sta­łe dni prze­sta­wał tyl­ko z miej­sco­wy­mi, nig­dy nie za­da­wał się z tu­ry­sta­mi czy sur­fe­ra­mi. Nie in­te­re­so­wa­ły go spor­ty wod­ne i nie raj­co­wa­ło po­pa­la­nie traw­ki. Był czło­wie­kiem dość prze­cięt­nym, za­cho­wu­ją­cym umiar we wszyst­kim, z prze­szło­ścią, któ­ra po­win­na po­zo­stać prze­szło­ścią.

Mógł­by bez pro­ble­mu tra­fić na stro­ny któ­rej­kol­wiek z po­wie­ści Gra­ha­ma Gre­ena.

Tkwił te­raz na tym rat­ta­no­wym krze­śle z lap­to­pem na ko­la­nach i pła­kał. Ka­wa­łek da­lej dwaj chło­pacz­ko­wie mar­twi­li się, nie mo­gąc zro­zu­mieć, dla­cze­go Duży Szwed tak roz­pa­cza.

- Może spy­ta­my, co się sta­ło?

- Nie.

- A je­śli coś zgu­bił i mo­gli­by­śmy mu po­móc od­szu­kać?

Ni­cze­go nie zgu­bił.

Za to pod­jął pew­ną de­cy­zję. W koń­cu. Przez łzy. Nig­dy by nie przy­pusz­czał, że kie­dy­kol­wiek bę­dzie mu­siał ją pod­jąć. A jed­nak.

Pod­niósł się.

Pierw­szą rze­czą, po jaką się­gnął, był pi­sto­let SIG-Sau­er. Wa­żąc go w dło­ni, zer­k­nął w okno. Nie chciał, aby mal­cy go zo­ba­czy­li. Wie­dział, że za nim szli, choć trzy­ma­li się z tyłu. Jak zwy­kle. Te­raz sie­dzie­li w krza­kach. Opu­ścił pi­sto­let, po­szedł do sy­pial­ni i za­mknął okien­ni­ce. Z tru­dem od­su­nął drew­nia­ne łóż­ko, od­sła­nia­jąc ka­mien­ną pod­ło­gę. Jed­na z płyt była ob­lu­zo­wa­na. Pod­niósł ją i ze schow­ka wy­cią­gnął skó­rza­ną tor­bę. Na jej miej­sce wło­żył pi­sto­let i opu­ścił pły­tę. Stwier­dził, że jego dzia­ła­nia są pre­cy­zyj­ne, efek­tyw­ne. Wie­dział, że już nie może zbo­czyć z kur­su i za­cząć się za­sta­na­wiać, bo wte­dy mógł­by zmie­nić zda­nie. Za­niósł tor­bę do du­że­go po­ko­ju i z dru­kar­ki wy­jął ar­kusz pa­pie­ru for­ma­tu A4. Gę­sto za­pi­sa­ny. Wło­żył go do tor­by.

Znaj­do­wa­ło się w niej kil­ka przed­mio­tów.

Gdy wy­cho­dził z domu, słoń­ce sta­ło już wy­so­ko po­nad drze­wa­mi, opro­mie­nia­jąc świa­tłem skrom­ną we­ran­dę. Ha­mak bu­jał się lek­ko w po­wie­wach su­chej bry­zy. Na dro­dze bę­dzie się ku­rzy­ło. I to bar­dzo. Ro­zej­rzał się za chłop­ca­mi. Nie było ich. Może się scho­wa­li. Kie­dyś przy­ła­pał ich na ty­łach domu scho­wa­nych pod ko­cem. Po­cią­gnął go, za­cho­wu­jąc jak naj­więk­szą ostroż­ność, bo po­dej­rze­wał, że pod spodem może ukry­wać się spo­ry wa­ran.

- Co wy tu ro­bi­cie?

- Ba­wi­my się w wa­ra­ny!

Wsiadł na qu­ada i z tor­bą w jed­nej ręce ru­szył w dół na dro­gę. Zmie­rzał do po­ło­żo­nej ka­wa­łek da­lej wsi Ca­buya.

W od­wie­dzi­ny do przy­ja­cie­la.

Są domy i do­misz­cza. I jest dom Bo­squ­esa, je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju. Po­cząt­ko­wo była to drew­nia­na chat­ka ry­bac­ka, zbu­do­wa­na całe wie­ki temu przez tatę Bo­squ­esa. Dwie małe iz­deb­ki. W mia­rę jak ro­dzi­na pącz­ko­wa­ła co­raz bar­dziej, tata Ro­dri­gu­ez uparł się, aby wraz z ko­lej­nym przy­cho­dzą­cym na świat dziec­kiem roz­bu­do­wy­wać dom. Gdy skoń­czy­ły mu się le­gal­ne za­so­by drew­na, za­czął im­pro­wi­zo­wać, jak to okre­ślał, bu­du­jąc z tego, co było pod ręką, czy­li bla­chy, płyt la­mi­no­wa­nych i róż­ne­go ro­dza­ju sie­ci. Cza­sem z drew­na wy­rzu­co­ne­go przez mo­rze albo z czę­ści za­to­pio­nych ło­dzi ry­bac­kich. So­bie zo­sta­wił coś w ro­dza­ju dzio­bu, wy­stę­pu na po­łu­dnio­wej ścia­nie, do któ­re­go wci­skał się z pew­nym tru­dem, aby przy bu­tel­ce mniej lub bar­dziej kiep­skie­go li­kie­ru za­to­pić się w książ­ce Ca­sta­ne­dy.

Tyle oj­ciec.

Po la­tach Ro­dri­gu­ez ju­nior, czy­li Bo­squ­es, zo­stał sam w tym domu. Nie miał dzie­ci, co wy­ni­ka­ło z jego orien­ta­cji sek­su­al­nej, a ostat­ni ko­cha­nek zmarł kil­ka lat temu.

Bo­squ­es miał dziś sie­dem­dzie­siąt dwa lata i od daw­na nie sły­szał dzwo­nie­nia cy­kad.

Ale był do­brym przy­ja­cie­lem.

- Co mam zro­bić z tą tor­bą? - spy­tał.

- Od­dać ją Gil­ber­to­wi Llu­vi­sio.

- Prze­cież to po­li­cjant.

- Wła­śnie dla­te­go - od­parł Dan Nils­son. - Mam do nie­go za­ufa­nie. A on do mnie. Cza­sa­mi. Gdy­bym nie wró­cił do pierw­sze­go lip­ca, od­dasz ją Llu­vi­sio.

- A co on ma z nią zro­bić?

- Do­pil­no­wać, by tra­fi­ła do rąk szwedz­kiej po­li­cji.

- W jaki spo­sób?

- Na­pi­sa­łem na kart­ce, któ­rą wło­ży­łem do środ­ka.

- Okej.

Bo­squ­es na­lał mu rumu do szklan­ki. Sie­dzie­li w miej­scu, któ­re z bra­ku wła­ści­we­go okre­śle­nia moż­na na­zwać we­ran­dą, czy­li na fron­cie prze­dziw­ne­go bu­dyn­ku. Nils­son z grub­sza spłu­kał kurz, wy­pi­ja­jąc szklan­kę let­niej wody. Te­raz po­pi­jał rum, dru­gą ręką od­ga­nia­jąc rój owa­dów. Jak już wspo­mnia­no, był czło­wie­kiem za­cho­wu­ją­cym umiar we wszyst­kim, dla­te­go Bo­squ­es zdzi­wił się, gdy Nils­son spy­tał, czy ma w domu rum. Ob­ser­wo­wał go z za­cie­ka­wie­niem. Sy­tu­acja była nie­zwy­czaj­na. Nie tyl­ko z po­wo­du rumu, tak­że za­cho­wa­nia Szwe­da, któ­re­go znał od cza­su jego przy­by­cia w te stro­ny. Nils­son wy­na­jął od jego sio­stry dom w Mal Pais, po pew­nym cza­sie go ku­pił. Był to po­czą­tek dłu­giej, za­ży­łej zna­jo­mo­ści. Sek­su­al­na orien­ta­cja Bo­squ­esa nie mia­ła tu nic do rze­czy. Na­to­miast w po­sta­wie Szwe­da było coś, co bar­dzo po­do­ba­ło się Bo­squ­eso­wi.

Nils­son ni­cze­go nie przyj­mo­wał za pew­nik.

Bo­squ­es rów­nież. Do­świad­cze­nia zdo­by­te w róż­nych oko­licz­no­ściach na­uczy­ły go, że to, co się ma, na­le­ży sza­no­wać, bo za­raz moż­na to stra­cić. Do­pó­ki się ma - jest do­brze, bo po­tem nic nie zo­sta­je.

Jak z Nils­so­nem.

Te­raz jest. I do­brze. Może nie­dłu­go go nie bę­dzie? - po­my­ślał na­gle Bo­squ­es.

- Sta­ło się coś?

- Tak.

- Chcesz mi o tym opo­wie­dzieć?

- Nie.

Dan Nils­son wstał i spoj­rzał na Bo­squ­esa.

- Dzię­ku­ję za rum.

- De nada14.

Nils­son nie ru­szył się z miej­sca. Nadal stał. Bo­squ­es po­czuł, że też musi wstać, a wte­dy Nils­son go ob­jął. Był to krót­ki uścisk, szyb­ki, jak to mię­dzy męż­czy­zna­mi, któ­rzy się że­gna­ją ze sobą. Tyle że nig­dy do­tąd nie wy­mie­nia­li uści­sków.

I już nig­dy nie mie­li tego po­wtó­rzyć.