Rozdział drugi
- ODKŁADAMY DŁUGOPISY! - Pani Hitchman, nasza dyrektorka, krzyknęła tak głośno, jakby ostrzegała nas przed rozpędzonym stadem antylop.
Dobrze wiedzieć, że choć dotarliśmy do końca półtoragodzinnej masakry egzaminacyjnej, ona nie straciła swojego zwykłego entuzjazmu.
Ale kto by się tym przejmował? Zamknęłam karty egzaminu i miałam geografię oficjalnie z głowy. PA, PAAAA, najgorszy przedmiocie świata. Mimo że pod koniec dostałam panicznej drżączki rąk, bo usiłowałam pisać szybciej, niż to fizycznie możliwe, to odpowiedziałam na wszystkie pytania - i nie musiałam uciekać się do sztucznie nieczytelnego pisma, żeby ukryć to, że wymyślałam niektóre dłuższe słowa. Kto wie, jak zapisać niepszepu... nieprzepósz... wodoodporny?
Za-ufałam (ufffff) z taką mocą, że otrzymałam na wyłączność miażdżące spojrzenie pani Hitchman. Miałam z nią już na pieńku od zeszłego tygodnia, kiedy poplątały mi się zasady żywieniowe podczas egzaminów. Nie zdawałam sobie sprawy, że pozwolenie na przekąski z powodów "medycznych" nie oznacza "pewności, że mózg nie może funkcjonować bez czekolady". Kiedy więc po dziesięciu minutach egzaminu z literatury angielskiej zaczęłam chrupać lentilki, pani Hitchman ruszyła na mnie, jakby podejrzewała, że mogłam na nich wypisać główne wątki Juliusza Cezara (chociaż z perspektywy czasu żałuję, że tego nie zrobiłam).
Posłałam pani Hitchman swoje najlepsze spojrzenie pod tytułem "proszę się nie gniewać - przynajmniej nie wzięłam ze sobą drażetek" - ale w odpowiedzi otrzymałam jedynie lodowate, surowe spojrzenie, pod którym cała się skuliłam. Z lepszych wiadomości: kątem oka dostrzegłam dwa podwójne kciuki podniesione do góry - po lewej i po prawej. Tak to jest, jak się ma najlepsze przyjaciółki, których nazwiska zaczynają się na A i na W. Zajmowałyśmy na szerokość całą salę egzaminacyjną - bo moje F usadowione zostało pośrodku.
Tegan się uśmiechnęła - świetnie, jej też musiało dobrze pójść. Opowie mi wszystko, jak znajdziemy się w bibliotece. Nadal miałyśmy przed sobą parę dni, w czasie których musiałyśmy pojawić się w szkole na "nadzorowanej powtórce". A potem, nie licząc egzaminów, żegnaj, szkoło. Dziś pilnował nas pan Lutas, trzeba więc było wysłuchać wstępu i luz. Gdy tylko dostaliśmy pozwolenie na opuszczenie sali, zebrałam swoje przynoszące szczęście długopisy i ołówki do przezroczystego piórnika (czyli torebki śniadaniowej) i ruszyłam na korytarz. Ale wpadłam prosto na tę jedną osobę, która była gorsza niż jakikolwiek egzamin. Diabolicznego eks. Luke'a.
- Słyszałem twoje westchnienie ulgi, glutku. Nie mów, że udało ci się uniknąć oblania?
Uniosłam defensywnie brew.
- Niestety nie udało mi się uniknąć spotkania z tobą. - Po latach praktyki nauczyłam się wreszcie dawać mu odpór. - Przesuń się, proszę.
No, prawie.
Spróbowałam go wyminąć, ale stał w otoczeniu swoich frajerskich kumpli.
- Ooo, biedactwo. Tak ci się spieszy, żeby zobaczyć się z psiapsiółkami. Czy to dlatego, że nie idzie ci wystarczająco dobrze, żebyś mogła pójść z nimi do tego samego college'u?
Oczy otwarł szeroko z udawanym niepokojem. Nie karm trolla, Bello.
- Chyba kpisz, Luke. - Rach przedostała się do nas. Jedną z jej supermocy była umiejętność przeciskania się przez tłum pięć razy szybciej niż ktokolwiek inny. - Jakbyś mógł stąd spływać, to byłoby po prostu świeeeetnie.
Chwyciła mnie za rękę i przerzuciła włosy przez ramię, jakby grała w jakimś amerykańskim sitcomie. Tłum rozstąpił się przed nią niczym biblijne morze przed tym brodatym kolesiem. Nie zdawała sobie sprawy, że to tak zwykle nie działa (i przydarza się tylko wyjątkowo pięknym osobom). Na odchodnym oparła mi głowę na ramieniu (przekrzywiając ją dość mocno, bo byłam przynajmniej dziesięć centymetrów niższa).
- Ale będzie ekstra, jak już nie będziemy musiały oglądać na co dzień tego idioty!
Zastanowiłam się nad tym.
- Wyobraź sobie, że na pełny etat pracujesz jako Główny Przytulacz Szczeniaczków w ośrodku opieki nad zwierzętami, a dodatkowo jesteś testerką lodów... To jeszcze bardziej ekstra.
Rachel się roześmiała, ale ucichła, gdy tylko weszłyśmy do biblioteki i natknęłyśmy się na zamurowujące spojrzenie pana Lutasa pod tytułem "Mam was na oku".
Mamrocząc "przepraszam", ruszyłyśmy tam, gdzie Tegan zajęła nam stolik, w chwili gdy zjawił się Mikey z ręką w gipsie. Jeździł na deskorolce po chodniku i przewrócił się na porzuconym ogryzku. Jedno drobne złamanie później zdobył sobie na egzamin skrybę - z klasy niżej, mającego znacznie ładniejszy charakter pisma i lepszą znajomość ortografii niż on. Fuksiarz.
- A więęęęęc... - wyszeptał Mikey. - Jak poszło?
Zauważyłam, że zadając to pytanie, zdrowym ramieniem szturchnął Tegan pod stołem. A ona posłała mu spojrzenie pełne miłości. I wszystko to w 0,0001 sekundy. Łatwo było przegapić ich wersję czułości, ale jakoś dawali sobie radę. Marzenie.
- W sumie okej? - Spojrzałam na dziewczyny. - Zgadza się?
Tegan pokiwała głową.
- Określiłabym to jako "miłe zaskoczenie".
Mikey mnie szturchnął.
- Widzisz, mówiłem, że będzie dobrze.
Uśmiechnęłam się mimowolnie. Godziny przegadaliśmy na temat mojego egzaminacyjnego stresu. Mikey jechał na tym samym wózku, ale jakoś mu szło, w odróżnieniu ode mnie, wydającej co chwila rozpaczliwe okrzyki alarmowe.
- Chwała niech będzie bogom układania pytań, że nie było nic o linii brzegowej. - Uniosłam ręce do góry. - Moja nocna ofiara z mewy musiała zadziałać.
Rach i Tegan się roześmiały. Ale zaraz spoważniały i spojrzały na mnie, jakby sądziły, że zamierzam powiedzieć coś jeszcze. Nie zamierzałam. Zwłaszcza teraz, kiedy się we mnie wpatrywały.
Tegan odezwała się pierwsza.
- Żartujesz, prawda?
- Nieeee, naprawdę zwabiłam stado do pokoju i złożyłam w ofierze, w czasie gdy mama oglądała na dole program o odnajdywaniu krewnych.
Nikt się nie roześmiał. Przywykłam do tego przy większości swoich żartów, ale tu chodziło o coś innego.
Mikey spojrzał na mnie z równą dezorientacją.
- Czegoś nie zrozumiałem?
Wzruszyłam ramionami. Jeśli te egzaminy czegoś mogły dowieść, to że "znajomość odpowiedzi" nie należy do moich mocnych stron.
- Bells... - Tegan wyglądała na zaniepokojoną. - Było pytanie o linię brzegową.
- Ha, bardzo ha, Tegan.
Czekałam, aż się złamie i uśmiechnie.
Ale zobaczyłam tylko, że naprawdę się zmartwiła.
- Ostatnia strona? Esej za piętnaście punktów?
Jeśli to był żart, to mało śmieszny.
Spojrzałam na Rach - nigdy nie umiała zbyt długo zachować powagi. Ale wyglądała tak, jakby zobaczyła ducha.
Żołądek mi się ścisnął.
- Nie... żartujecie, prawda?
Pokręciły głowami.
Cały egzamin stanął mi przed oczami. Ziemia zaczęła się kołysać, uchwyciłam się stolika, żeby nie stracić równowagi.
- Powiedzcie mi, że to nie dzieje się naprawdę!
- Ciiiiii! - syknął pan Lutas.
Daj, chłopie, żyć! Wiem, że rozmowy są w bibliotece zabronione, ale uświadomienie sobie, że właśnie schrzaniło się całe swoje życie, z pewnością należy do wyjątków!
Przecież obróciłam ostatnią stronę... prawda? PRAWDA?
Nie obróciłam. Prawda?
Kiedy ostatni tlący się promyk nadziei spakował walizki i wyjechał na urlop, uderzyłam głową w stół.
- PROSIŁEM O CISZĘ, PANNO FISHER!
Ale czułam się zbyt koszmarnie, żeby podnieść głowę, więc wymamrotałam odpowiedź w blat.
- Sorki, postaram się ciszej przeżywać całkowite załamanie.
Rach pogłaskała mnie po plecach.
- Jestem pewna, że będzie dobrze - wyszeptała bardzo niepewnie.
To była katastrofa. Jakim cudem nie obejrzałam całego arkusza? To egzaminacyjna podstawa.
Na ułamek sekundy uniosłam głowę, żeby dyskretnie zrobić zdjęcie swojej zmizerowanej twarzy i umieścić je w relacjach, opatrzone hashtagiem #CzyZasługujeszNaZaliczenieJeśliNieCzytaszWszystkichPytań, razem z dwiema odpowiedziami do głosowania: "Nie" i "Za żadne skarby".
Tegan starała się, jak mogła, żeby mnie pocieszyć, ale tylko gdyby powiedziała: "Odkryłam sposób na podróż w czasie", udałoby jej się przekonać mnie, że to mogło się skończyć dobrze. Zwłaszcza że widziałam, jak Mikey zagłosował na "Za żadne skarby".
- Aaa, glutku, złe wieści, co?
O matko. Czy nie mogłabym prosić o trochę świętego spokoju?! Wrócił Luke, jakby miał radar wykrywający moje najgorsze chwile.
- Spływaj - odezwała się Tegan bez mrugnięcia okiem.
Ja się nie poruszyłam. Luke był jak bolesny pryszcz na brodzie. Czasem, jeśli ignorowało się go wystarczająco długo, to znikał.
- Sexy Rach? Przekażesz wiadomość swojej dziwacznej kumpeli, kiedy przestanie udawać, że mnie nie słyszy?
Nie spodziewał się nawet, że właśnie udaję, że jest syfem. Jeden zero dla mnie.
- Powiedz jej, że naprawdę mi przykro, że schrzaniła egzaminy, a w rezultacie również życie, i że wszystkim nam z całą, CALUTEŃKĄ pewnością będzie jej brakowało podczas świętowania na RebelRocks. Wielka szkoda, że jej tam zabraknie.
Powiedziałam w blat stołu bezgłośne "gnojek". Luke wiedział, że nie mamy biletów. Był bardzo z siebie zadowolony, kiedy usłyszał, jak narzekamy, rozmawiając na ten temat z Rach. A tego ranka wejściówki zostały oficjalnie wyprzedane. To zapewne Luke wykupił ostatnią setkę, tylko po to, żebyśmy nie mogły pójść.
Ale odpowiedział mu Mikey.
- Nie trzeba jej nic przekazywać. Będzie na festiwalu. Wszyscy będziemy.
Podniosłam się i na niego spojrzałam. Kłamał tak dobrze, że nawet ja prawie mu uwierzyłam. Czy wiedział coś, o czym ja nie wiedziałam? Poruszył tajemniczo brwiami. Na szczęście Luke tego nie zauważył, zbyt zajęty szydzeniem ze mnie.
- O... ona żyje... - odezwał się.
Przewróciłam oczami i sapnęłam, ale głośniej, niż zamierzałam, więc zabrzmiało trochę jak "muu".
- Coś nie tak, prychaczko?
- Nie prychnęłam, tylko zamuczałam. - Taa, klasyczna puenta, Bello.
- Cięta riposta, kowbojko - zadrwił. - Zmieniając temat, skoro wszyscy jakimś cudem idziecie na RebelRocks - podkreślił te słowa uśmiechem, żebyśmy wiedzieli, że nie dał się nabrać - nie zapomnijcie posłuchać Ska. - A, tak. Dziewczyna Luke'a, modelka, równie ładna na zewnątrz, co na wskroś diaboliczna w środku. - Gra w namiocie nowych zespołów. Będzie epicko.
Epicko przeciętnie.
Ostentacyjne przechwałki na temat nowej dziewczyny oznaczały, że muszę dokonać zabójczego odwetu. To musi być coś elokwentnego, odważnego i bardziej topowego niż granie w zespole, któremu płacą za występy na festiwalach. Pole należało do mnie. Wzięłam oddech.
- O ile nie będzie kolidowała z kimś innym.
I wy też, usta? Eks kiwa mi przed nosem najbardziej onieśmielającą dziewczyną świata, a ja rewanżuję się kalendarzową logistyką?! To wystarczyło jednak, żeby zakończyć gadkę i Luke się ulotnił. Kiedy znalazł się poza zasięgiem głosu, rzuciłyśmy się na Mikeya.
Tegan wyglądała na trochę poirytowaną, co w jej przypadku oznaczało pełną irytację.
- Mikey! Po co to powiedziałeś? Nie mamy biletów! - Posłała Rach dodający otuchy uśmiech. - Rach wymyśliła plan alternatywny, zapomniałeś?
Mikey odblokował telefon, tak żeby pan Lutas nie odnotował niedozwolonego użytku.
- To było kiedyś... - Podał go Tegan. - Właśnie po to tu przyszedłem. Ktoś zapisał mnie na listę maili. I wczoraj wieczorem dostałem to...
Tegan odczytała wiadomość na głos (technicznie rzecz biorąc szeptem, ze względu na okoliczności).
- "Dziękujemy za twoje zainteresowanie pracą przy RebelRocks".
Aaa - a więc to taki plan miał Mikey! Dostać się na festiwal dzięki superfajnej robocie za kulisami.
Złapałam go za rękę.
- Jesteś totalnym geniuszem!
Powachlował sobie twarz.
- Powtarzam to od lat. - Skrzywił się. - A nawiasem, to moja złamana ręka.
Przeprosiłam go za potencjalne złamanie mu ręki jeszcze bardziej. Tegan czytała dalej...
- "Otrzymaliśmy ostatnie zlecenia. Szukamy..."
Tegan zamilkła, a moje myśli kłębiły się sto na godzinę. O kogo mogło chodzić? Kogoś, kto będzie podawał muzykom herbatę? Kogoś, kto będzie asystował przy budowaniu sceny? Opiekuna dla psów gwiazd?
Byłam chętna na każde z tych stanowisk!!!
- "Śmieciarza..."
Albo i nie.
- "Który będzie pracował od czwartku do soboty. Zlecenie obejmuje cztery czterogodzinne zmiany. W zamian otrzyma pan wstęp na festiwal i za kulisy. Ostateczny termin przyjmowania zgłoszeń: piątek, piętnastego czerwca. Chętnych prosimy o wypełnienie znajdującego się poniżej formularza".
Usiłowałam się skupić na "za kulisami". To mogła być nasza wejściówka. Jasne, w czasie gdy inni będą wymiatać, my będziemy zamiatać, ale przynajmniej nas wpuszczą. Warto, prawda? Jedno spojrzenie na Rach i wiedziałam.
- Ludziska! Megaplan!!!
Podskakiwała w górę i w dół na krześle. Choć sądziła, że robi to dyskretnie, cała sala wiedziała, że ściska z ekscytacji pośladki.
- Wszyscy jednak możemy pójść! Mogę zobaczyć The Session?! I pysznego... - zwolniła, jakby musiała to przemyśleć - Briana... na żywo.
Jeśli Rach kochała kogoś bardziej niż The Session, to ich głównego wokalistę Briana. Całą minutę zajęło jej obejrzenie go sobie dokładnie w myślach.
- Tak! Pora przywitać się z najfajniejszą festiwalową ekipą sprzątającą, jaką Worcester kiedykolwiek widziało!
Czyli jedyną festiwalową ekipą sprzątającą, jaką Worcester kiedykolwiek widziało.
Mikey przybił jej w milczeniu piątkę nad stolikiem.
- Dokładnie, Rach. Już wysłałem zgłoszenie. Jay i wszyscy mają bilety, więc tylko tak mogę się dostać.
Rach i Mikey spojrzeli na mnie i Tegan gotowi podzielić się entuzjazmem. Pewnie tak właśnie czują się rodzice.
- Cóż... - Spojrzałam na Tegan, usiłując wyczuć kumpelepatycznie, co myśli, zanim ubiorę własne myśli w słowa, których nie będę mogła cofnąć. - No...
Ugrzęzłam, starając się zepchnąć na tył głowy wizję noszenia w miejscu publicznym kamizelki odblaskowej. Ale Tegan dokończyła to, co ja zaczęłam.
- No jasne, że tak! - Była uradowana tak bardzo jak pozostali. - Wyślę zgłoszenie dziś wieczorem. Jeśli nie masz nic przeciwko, Bells?
Nie miałam przeciwko absolutnie nic. Kiedy już poradziłam sobie z szokiem, że będziemy zbierać cudze resztki kanapek, TOTALNIE się zajawiłam. Tyle czasu zajęło mi przełknięcie, że nie idę, iż sama myśl o zdobyciu biletów była niesamowicie ekscytująca.
- Grejt! - Mikey uniósł ręce wysoko. - Jedyne, co jest do bani, to że na końcu maila jarali się tym czymś dla nowych zespołów, w czym bierze udział Ska. Mają do zgarnięcia jeszcze jedno wolne miejsce. - Spojrzał na mnie. - Przesłałem to Adamowi, ale termin upływał wczoraj wieczorem, a Adam nie odpisał, więc... chyba się nie udało. - Mikey się rozmarzył. - Wyobraźcie sobie, jak byłoby ekstra, gdyby zagrał Projekt Zmokła Kaczka! Wyobraźcie sobie minę Luke'a!
Tak brzmiała najnowsza nazwa zespołu Adama. Jeśli coś podobało mi się tak bardzo jak romans Tegan i Mikeya, to był to bromans Mikeya i Adama. Ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, bo Rach odsunęła krzesło i upewniwszy się, że pan Lutas za rogiem wkurza innych uczniów, zgarnęła nas w grupowy uścisk.
- To będzie NAJlepsze lato WSZECH CZASÓW!
- Potwierdzam!
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi, czując się megaszczęściarą, że mam najfajniejszych przyjaciół na świecie. Festiwal znaczył dla Rach bardzo wiele, a mimo to zaproponowała, że zrezygnuje ze swojego biletu, żebyśmy wszyscy byli razem. Chociaaaaaż...
- Rach... tylko nie waż się wysyłać wniosku, głupolu. - Nagle dotarło do mnie, co proponuje. - Ani ty, Teeg. Ja mogę pracować, a wy skorzystacie z biletów Rach.
Choć tak mogłam się odwdzięczyć za całą ich pomoc w powtórkach.
Tegan zrobiła nieprzejednaną minę.
- Nie żartuj. Ty już pracujesz w Psierożkach. Wezmę to na siebie.
Pokręciłam głową.
- Nie. Nie ma mowy. Twój pomysł to lipa.
Tegan ogoniła się ręką od moich słów.
- Nie piłuj mnie już!
Usiłowałam zachować powagę.
- To nie podcinaj gałęzi, na której siedzisz.
Mikey machnął między nami swoim gipsem.
- Dziewczyny, dość. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą!
Tegan skrzyżowała wyzywająco ręce, a ja skrzyżowałam swoje, ale przypadkiem przygniotłam sobie biust, w chwili gdy pan Lutas właśnie patrolował naszą okolicę. Pojęliśmy aluzję i wyciągnęliśmy podręczniki. Wszyscy wybieraliśmy się na festiwal - to było najważniejsze. I z otuchą, którą wlała we mnie ta wspaniała myśl, spędziłam dobrą godzinę nad powtórką z biologii. Ogarnęłam całą część o hormonach. Do tego stopnia, że kiedy skończyłam cztery bite rozdziały, nagrodziłam siebie, pożyczając od Rach magazyn, żeby go sobie przewertować. "Które jedzenie pachnie jak chłopak twoich marzeń?" to w zasadzie biologia, prawda? (Na marginesie - muszę pilnie sprawdzić, czy Adam rzeczywiście pachnie jak pizza hawajska).
- Nie wygląda mi to na powtórkę, panno Fisherrr!
Podskoczyłam z szoku, w który wprawił mnie donośny głos nauczyciela plastyki rozlegający się tuż nade mną. Pan Lutas. Nauczyciel plastyki/podkradający się szpieg.
- Chyba że program szkolny obejmuje... - zajrzał do czasopisma - ...młodych mężczyzn z wątpliwymi frrryzurrrami, którzy rrrobią nie wiadomo co na nadmuchiwanym jednorrrożcu.
Szkoda. Taki program nauczania to ja bym rozumiała. Zamknęłam pospiesznie gazetę. Ujawniając wielki napis na okładce: "JAK DOPROWADZIĆ GO DO WRZENIA W ŁÓŻKU?". Odwróciłam magazyn tyłem. Świetnie! Największa reklama podpasek na świecie.
Usiłowałam zatuszować wszystko rękami. Nie pomogło.
- Proszę się skoncentrować, panno Fisherrr. Nie tylko ty włożyłaś mnóstwo czasu w swoje porrrtfolio.
Żołądek mi się skurczył. Nie byłam pewna, co robi moja twarz, bo zrobiła się tak gorąca ze wstydu, że zakończenia nerwowe chwilowo zmartwiały.
- Wiem... słowo daję, że wciąż nad nim pracuję.
Spojrzałam mu niepewnie w oczy. Wydał z siebie odgłos, który mógł oznaczać aprobatę lub że burczy mu w brzuchu.
Ciepłym popołudniem po szkole ruszyłyśmy powoli do domu, żeby wcielić w życie Operację Nakłonienia Mojej Mamy, żeby Puściła Mnie na RebelRocks. Kiedy skręciłyśmy w moją ulicę, Rach mnie szturchnęła.
- Patrz! - Gestem dłoni wskazała przeciwległy koniec alejki, gdzie grupka dziewczyn opierała się o ścianę. - To ONE!
Rach i ja wygładziłyśmy jak na zawołanie włosy i poprawiłyśmy plecaki na ramionach. Rach zdołała nawet pociągnąć szybko usta balsamem. Tegan wyglądała na rozbawioną.
Po raz pierwszy widziałyśmy je podczas Świąt Wielkanocnych. Rach nazywała je "Nami z Przyszłości". Najwyraźniej widziała moją przyszłość w jaśniejszych barwach niż ja. Ja nazywałam je TI. Totalnymi Idolkami. Zawsze wyglądały bosko. W ten niewysilony sposób, dzięki któremu wyglądały jeszcze bardziej bosko.
Cała trójka miała odjazdowy styl. (Niebieskowłosa nosiła po trzy pierścionki na każdym palcu - potwierdzone dzięki powiększeniu ukradkowo robionych przez Rach zdjęć). Wyglądały jak zespół, który jest tak popularny, że nie musi grać ani śpiewać.
- Hejka.
Niebieskowłosa pomachała, kiedy je mijałyśmy.
Co? Machała? Do nas?!
Sprawdziłam, czy ktoś za nami nie idzie.
- Ee, cześć? - odparła nasza trójka, machając przez przypadek synchronicznie.
Bardziej tragiczne nie mogłyśmy być!
A jeśli pomyślą, że to ćwiczyłyśmy?!
- Nie ćwiczyłyśmy tego! - krzyknęłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Taa... one były fajne, chociaż w ogóle się nie wysilały, a ja się wysilałam, a i tak byłam niefajna. Nie odważyłam się otwierać ust, dopóki nie znalazłyśmy się za rogiem.
- Z bliska są jeszcze bardziej niesamowite...
Rach wyglądała na rozmarzoną.
- WIDZIAŁAŚ, co Dziewczyna z Obróżką... - nazywałyśmy ją tak, odkąd zobaczyłyśmy ją raz w naszyjniku-obroży - ...miała na paznokciach?! Kawałki prawdziwego lustra! Manikiurowe voodoo?!
Moją uwagę zwrócił jednak zaparkowany przed moim domem samochód, którego nie poznawałam. Wygrzebałam klucze, zastanawiając się, czy auto miało coś wspólnego z tym, że zasłony okien salonu zostały zaciągnięte w środku dnia. Pchnęłam drzwi wejściowe i dostałam swoją odpowiedź. A szkoda. Bo na drzwiach prowadzących do salonu wisiał fantazyjny znak "NIE ZAGLĄDAĆ, JEŚLI CI OCZY MIŁE!". A co najbardziej niepokojące, zza drzwi dobiegał głęboki męski śmiech.
Tegan wyraźnie niepokoiła się o mój dobrostan.
- To na pewno nie to, co myślisz, Bells.
Wpatrywałam się w dowód rzeczowy. I starałam się zachować spokój.
- Kto pierwszy w moim pokoju - głęboki wdech - ten włącza muzykę - wydech - NA MAKSA.
Zażenowana pognałam ile sił w nogach, na górę. Tegan i tak mnie prześcignęła. Włączyła radio, ale zamiast odwrócić moją uwagę, ryknęło Strip That Down. Od razu je wyłączyłam. I otwarłam laptop, żeby skoncentrować się na koncentrowaniu się na czymś innym.
Ponieważ mama była zajęta, nie mogłam spytać jej o zgodę, wypełniłyśmy więc wnioski o pracę na RebelRocks. Doszłyśmy do porozumienia, że obie z Tegan poprosimy, żebyśmy mogły pracować razem na zmianie. Brat Rach był chętny na wolny bilet, poza tym w ten sposób żadna z nas nie pracowała sama. Choć niecierpliwie wyczekiwałam zgody mamy na ten plan, nie było mowy, żebym zapukała do drzwi salonu. Wcisnęłam więc "wyślij", zakładając jak na razie, że się zgodzi - później popracuję nad urzeczywistnieniem tego założenia.
Puk, puk.
Pod wpływem czegoś na kształt odruchu warunkowego otwarłam na ekranie inne okno. Arkusz kalkulacyjny z zadaniem domowym z pierwszej klasy, który wciąż trzymałam pod ręką na wypadki takie jak ten.
- Heeej, słoneczka! - Do pokoju weszła mama.
Tegan i Rach odpowiedziały "Dzień dobry, pani Fisher!" tak niewinnie, jakbyśmy nie spędziły ostatniej godziny na omawianiu tego, co mogło potencjalnie rozgrywać się za zamkniętymi drzwiami.
- Przecież wiecie, że nie lubię "pani Fisher". Mówcie do mnie Mary, Mamo Dwa albo... - Zakołysała lekko biodrami. Koszmar. - Międzynarodowa Kobieto Zagadko.
Ale ja nie miałam czasu na przyjacielskie flirty. Musiałam wziąć byka za rogi.
- Mamo...
- Córko... - Opadła koło mnie na kanapę i założyła mi wysunięte pasmo włosów za ucho. - Jak tam egzamin?
- Ekhm. - W jaki sposób mogłam wymanewrować między powiedzeniem prawdy a przygotowaniem gruntu pod pytanie, które zamierzałam zadać? - Kiedy skończyłam, byłam dosyć zadowolona.
Nie ma potrzeby wyjaśniać, że dziesięć minut później zdałam sobie sprawę, że wszystko schrzaniłam.
Mama wyglądała na dumną...
- Moja dziewczynka!
Czasem odzywała się do mnie tak, jakby była farmerem, a ja jej dorodną krową.
- A więc... - Nadeszła pora na przekierowanie tematu na jej życie prywatne? - Co działo się na dole?
Łóżko się zakołysało, bo Rach i Tegan poruszyły się z zażenowaniem. Całe lata minęły, odkąd tata odszedł, a mama nigdy, ani razu nie zaprosiła tu żadnego "przyjaciela", jak to nazywała. Tak, to się musiało któregoś dnia zdarzyć. Ale miałam nadzieję, że ten dzień nadejdzie, kiedy ja skończę trzydzieści pięć lat i będę mieszkała co najmniej dwieście pięćdziesiąt kilometrów stąd.
Wstrzymałam oddech. Błagam, niech wyjaśni teraz, że chodziło o coś kompletnie niewzbudzającego niepokoju, o rozsądne zajęcie dla matki w środku dnia.
Ale nie.
Zrobiła najgorszą rzecz, jaką mogła zrobić.
Puściła oczko.
- Jest jeszcze wcześnie... ale dobrze się bawię. Obiecuję, że dowiecie się pierwsze, jeśli przerodzi się to w coś poważniejszego.
Najczarniejszy. Scenariusz.
- Ekhm, dzięki... - odparła Tegan, ratując mnie przed koniecznością odpowiedzi - ...Międzynarodowa Kobieto Zagadko.
Mama ścisnęła ją za kolano.
- Grzeczna dziewczynka!
A więc Tegan też była krową championem. Jeszcze niech tylko dołączy Rachel, a zostaniemy stadem. Skoro jednak mama była w takim humorze, że mucha (muuuu-cha) nie siada, to oczywiście należało spytać o RebelRocks teraz albo nigdy. Przysunęłam się do niej bliżej.
- Mamoooooooo...
- Czegoś ode mnie chcesz.
- Słyszałaś o RebelRocks?
Uniosła brew.
- O festiwalu, na który nie zgodziłam się już wielokrotnie?
- Możliwe.
UPS.
Musiałam walić prosto z mostu.
- Czy gdybyśmy hipotetycznie miały szansę tak jakby pójść być może bez konieczności płacenia, to uznałabyś to potencjalnie za... eeee... dobre rozwiązanie?
Nooo, prosto naokoło.
- Belli chodzi chyba o to, czy mogłaby zbierać na festiwalu śmieci? W zamian za bilet - wtrąciła się Rach z optymizmem kogoś, kto nie doświadczył tak naprawdę odmowy rodziców w jakiejkolwiek sprawie.
Mama się skrzywiła.
Czy rozważała aspekt etyczny posłania swojej nastoletniej córki bez opieki na weekend niewiarygodnej zabawy?
Czyżby zastanawiała się, co mogłoby pójść nie tak podczas kempingu i nocowania z dala od domu?
Czy może myślała, że to jednak mniej odpowiedzialne niż oddanie mi paru dodatkowych zmian w Psierożkach, żebym mogła odłożyć sobie pieniądze?
Westchnęła.
- Zostaną poddane recyklingowi?
Tegan pokiwała poważnie głową. Z jakiegoś powodu mama wyłączyła mnie z procesu decyzyjnego.
- Będziecie miały rękawiczki?
Tegan znów pokiwała głową.
Mama wstała i odwróciła się w naszą stronę.
- W takim razie... w porządku! - Co?! Czy to się działo naprawdę?! - Pamiętajcie tylko o jedzeniu, spaniu i bezpieczeństwie.
Na szczęście szesnaście lat tego typu komentarzy oznaczało, że nabrałam biegłości w ukrywaniu odruchu wymiotnego.
Nie posiadałam się ze zdumienia. Mama skorzystała z okazji, żeby uszczypnąć mnie w policzek.
- Kocham cię, papużko. Ale w zamian. W zamian chcę jednak zobaczyć więcej optymizmu w kwestii egzaminów, dobrze?
Tym razem udało mi się zdobyć na uśmiech.
- Pewnie.
Naprawdę tak myślałam. Ponieważ miałam absolutną pewność, że właśnie je oblewam. Egzaminy poprawkowe oddalone były jednak o całe trzy miesiące. Postanowiłam zostawić stresowanie się nimi na później i zamiast tego skupić się na RebelRocks.
Odliczanie do czegoś, co mogło okazać się najfajniejszym weekendem w moim życiu, czas zacząć.
Rozdział trzeci
A więc tak smakuje wolność.
No, wolność minus jakieś półtorej godziny obowiązkowej bytności w szkole i sześć kolejnych egzaminów.
Dziś nadszedł dzień, na który czekałam od chwili rozpoczęcia St. Mary's. Dzień, w którym mogłam zostawić to za sobą.
To był dzień, w którym mój rocznik kończył na dobre szkołę i cała sytuacja była surrealistyczna. Wszyscy, z którymi spędziłam ostatnie pięć lat, przechadzali się tego dnia niespiesznie po korytarzach, niczym panowie na włościach. Jakbyśmy byli nietykalni.
Zaczęło się od specjalnego zebrania, w czasie którego pani Hitchman powiedziała nam, jaka jest z nas dumna (totalne kłamstwo, ale była w stanie euforii, że prawie się nas pozbyła). Potem musieliśmy odbyć poranek "lekcji", które okazały się najfajniejszymi zajęciami, jakie kiedykolwiek mieliśmy - nauczyciele przygotowali przekąski, a my oddawaliśmy książki i wspominaliśmy najlepsze chwile (nie dokończyłam swojej opowieści o tym, jak Rach zakochała się w ilustracjach Axela z podręcznika do niemieckiego, ale z jej miny wnosiłam, że nie pora na takie wspomnienia).
Lunch nie był lunchem, a największą na świecie bitwą na wodę. Trochę żałowałam, że włożyłam stanik w Minionki pod prześwitującą teraz koszulkę. Ale narozrabiałam.
A tego popołudnia, zamiast sprzątać w szafkach, siedziałyśmy w gabinecie pielęgniarki i pomagałyśmy Mikeyowi napełniać olbrzymie balony helem i brokatem. Szłoby nam znacznie szybciej, gdyby nie łykał helu i nie śpiewał "Mam tę moooooooooooc". Śmiałam się tak bardzo, że Rach musiała zapakować mnie na jedną z leżanek, gdzie miałam odzyskać normalny oddech. Nie zadziałało, bo moment później Mikey zaczął pisać na balonach hasła z gatunku: "Ta chwila, kiedy brzeg spódnicy pani Hitchman podwinął się i ukazały się jej majtki #niezapomniane" i "Najtrudniejsza zagadka matematyczna: Czemu w sali zawsze capi myszoskoczkami?". Na jednym napisał tylko "plwocina" - czyli najobrzydliwsze słowo świata. Następnie z Jayem stopniowo wypuszczali balony na korytarz. Kiedy nauczycielom udawało się przebić je długimi, ostro zakończonymi kijkami do otwierania okien, byli zasypywani przez brokatowe bomby. Pani Hitchman wyglądała jak skrzyżowanie Dolores Umbridge z kulą disco (chociaż była mniej zszokowana niż nauczyciel francuskiego, który przekłuł jedyny balon napakowany przez Mikeya... ekhm... konfetti kupowanym z okazji wieczoru panieńskiego).
Opuściłyśmy z Rach korytarz ze strachu, że z nadmiaru śmiechu możemy sobie naciągnąć jakieś mięśnie. Miałyśmy dobre wyczucie czasu, bo Tegan skończyła pomagać w przeglądaniu szafek, w co została wrobiona, i właśnie nas szukała.
- Zgadnijcie, co widziałam?! - powiedziała z entuzjazmem. Nie miała pojęcia, że od spektakularnego widoku pana Robertsa z czupryną pełną minipenisów dzieli ją parę metrów. - W stołówce jest cały stos.
Aaa. Rocznik.
Okazja, żeby zobaczyć, jak bardzo nietrafione przekonania na swój temat mają inni. I czy na wieczną rzeczy pamiątkę wybrali nudne, zabawne czy pozowane zdjęcie (mój wybór był prosty, bo jedyna poza, jaką potrafiłam przybrać, to "skrępowana i zaskoczona"). Pobiegłyśmy truchtem przez korytarz, a Rach mówiła jeszcze szybciej niż zwykle.
- Matko, czuję dziś MIESZANKĘ uczuć. To koniec pewnej opoki, prawda?
Tegan postanowiła nie wspominać, że chodziło o epokę.
Rozdział pierwszy
Odpowiednią nazwą dla urlopu naukowego byłby "urlop na wymyślanie nowych sposobów, żeby się nie uczyć". To był dopiero pierwszy tydzień, a ja już osiągnęłam mistrzowski poziom w identyfikowaniu rzadkich ras psów (Kto mógłby wiedzieć, że norsk lundehund ma po sześć palców w każdej łapie?! Cóż... Ja, przejrzawszy wszystkie zdjęcia na Instagramie, na których kiedykolwiek go otagowano) i wynalazłam trzynaście rzetelnych powodów (dwa koma siedemnaście dziennie), żeby skoczyć do sklepu za rogiem. Wczoraj właścicielka zapytała mnie, czy "mam jakieś problemy w domu". Nie rozbawiła jej moja odpowiedź, że "tak, problem bieżącego braku chrupek". Następnie wróciłam do domu, usiadłam w ogrodzie i zmarnowałam kolejną godzinę wolnego na wolnym... powietrzu.
- Mmm, nie jestem całkiem pewna, czy mama będzie zachwycona, kiedy przy porannej kawie zobaczy odcisk twojego tyłka, Bells.
Rach spojrzała oskarżycielsko na miejsce, o które się właśnie opierałam - jedyną czarną ścianę w skądinąd olśniewająco białej kuchni. Jej rodzice pomalowali ją niedawno farbą tablicową, żeby móc zapisywać rodzinne notatki. Niestety ich kredowy napis "Tam dom twój, gdzie serce twoje" przypominał teraz znacznie bardziej "Tam dom twój, gdzie ser je" dzięki rozmazanej plamie o niezaprzeczalnym kształcie mojego pośladka.
- A. Tak. Przepraszam... - Usiłowałam poprawić to jakoś ręką, ale tylko pogorszyłam sprawę, bo zaczął niebezpiecznie przypominać "ser w de". - Wyszło jeszcze gorzej.
Rach się roześmiała i rzuciła mi gąbkę, żebym mogła zetrzeć cały napis. Ale tak naprawdę podrzuciła mi tylko materiał do mojego ulubionego żartu.
- Jak nazywają się gąbki, które umieją latać?
Tegan uśmiechnęła się i przewróciła oczami.
- Wiemy...
I dokończyłyśmy wspólnie:
- GOŁĄBKI.
Teraz ja się roześmiałam, bo po dziesięciu latach, od kiedy mama opowiedziała mi go po raz pierwszy, wciąż mnie bawił. Ale kiedy śmiech ustał, milisekundowe spojrzenia, które rzucała mi Tegan, przypomniały mi o wcześniejszej rozmowie. Martwiła się o mnie. I nie tylko z powodu mojego zamiłowania do żartów o gąbkach czy tego, że historia mojej wyszukiwarki była pełna informacji o psach. Wiedziała, że powtórka materiału nie idzie dobrze. A raczej, że moje egzaminy nie pójdą dobrze. Nie mogłam utrzymać w głowie wiedzy (oprócz tej, że corgi po walijsku oznacza "karłowatego psa", ale nie przypominam sobie, żeby to było istotne zagadnienie w programie nauczania). A ciśnienie rosło - zawaliłam egzaminy próbne, więc oceny, jakich potrzebowałam, żeby dostać się do Worcestershire College, były znacznie wyższe niż te, które musiały uzyskać Rach i Tegan. Jeśli miałyśmy pozostać razem przez kolejne dwa lata, MUSIAŁAM wymiatać na egzaminach. Wszyscy na mnie liczyli.
Opadłam na jeden ze stołków, udając, że nie widzę, jak Tegan dostrzega moją zmianę nastroju i rzuca Rach spojrzenie pod tytułem "szybko, zrób coś".
- Dobrze. Co powiecie na taki plan? - Rach minęła nas ślizgiem, używając skarpetek jako podłogowych łyżew. - Szybka przerwa na coś do przegryzienia, powiedzmyyyy, pół godziny?
- Dwadzieścia minut - poprawiła Tegan.
- Dwadzieścia pięć? - negocjowała Rach.
- Zgoda - wtrąciłam się, zadowolona, że mogę być mediatorem między moimi dwiema najlepszymi przyjaciółkami.
- A potem godzina PORZĄDNEJ roboty. Żadnych pogaduszek. Żadnych telefonów. Żadnej chytrej przerwy na wyduszanie pryszczy w łazience. - Mogłabym przysiąc, że Rach spojrzała na mnie znacząco. - Tylko edukacja geograficzna na wysokim poziomie. - Wyjrzała przez okno jak zamyślona bohaterka romansu. - Pomyślcie tylko... Jutro o tej porze będziemy po egzaminie i nigdy więcej nie będziemy musiały zaglądać do podręcznika geografii ani na mapę.
Nie byłam pewna, jak zamierzała w przyszłości odnajdywać drogę, ale ani ja, ani Tegan nie chciałyśmy rozwiewać jej marzeń. Radośnie nucąc, Rach ustawiła timer i zaczęła ubijać pianę z mleka. Owszem, może i był to jeden z najgorętszych dni w roku, ale nasze spożycie gorącej czekolady nie odnotowało spadku. Teeg wrzuciła kapsułkę do eleganckiego ekspresu i wyciągnęła słoik minipianek marshmallow. Co prawda, dorastałyśmy razem, ale dom Rach był zawsze zaopatrzony w zapas luksusowych dodatków do gorących napojów - a w moim mama pisała do mnie esemesy (nie był to odosobniony przypadek) z prośbą, żebym zwinęła ze szkoły trochę papieru toaletowego, bo znów zapomniała go kupić.
Teeg objęła mnie ramieniem.
- Głowa do góry. Za trzy tygodnie będzie po wszystkim.
A tak. Chwilowo zapomniałam o moim bardzo realnym piekle egzaminacyjnym. Posłałam jej swoje najlepsze spojrzenie straconego zombie.
- I mój los zostanie przypieczętowany.
Pokiwała stanowczo głową.
- Tak, zostanie przypieczętowane to, że wszystkie trzy spędzimy razem dwa ostatnie lata. Wiesz, że twoje fotograficzne portfolio jest odjechane.
Skutkiem tego był mój nieautoryzowany półuśmiech. Tylko Tegan potrafiła poprawić mi nieco samopoczucie. Nigdy nie mówiła czegoś, w co nie wierzyła, tylko po to, żeby połechtać komuś ego - była na to zbyt szczera.
Całe tygodnie, miesiące spędziłam na przygotowywaniu portfolio - nasz nauczyciel, pan Lutas, stawał na głowie, żeby mi w tym pomóc. U nas w szkole nie było egzaminów z fotografii, wiedział więc, że moje szanse dostania się na kurs fotografii w college'u zależały od udowodnienia, że fotografia jest czymś, co kocham - i że jestem w tym dobra. Nikt nie wie, czemu dodatkowo utrudniłam sobie życie doborem pozostałych przedmiotów. Obwiniam o ten wybór Planetę Ziemię, którą oglądałam poprzedniego wieczoru, i wywołane nią pragnienie, by zostać zawodowym fotografem pingwinów (i sześciopalczastych psów). Jeden mały znaczek na formularzu i dołożyłam sobie konieczność uzyskania A z matematyki i fizyki, żeby dostać się na biologię i naukę o środowisku, które wybrałam. Dzięki wielkie, sir Davidzie Attenborough.
CHLUST.
Rach, rozkojarzona wiadomością, którą właśnie dostała, postawiła nasze napoje i wywołała małą stołową powódź gorącej czekolady.
- Co takiego?!
Im dłużej czytała, tym niżej opadała jej szczęka (ujawniając, że podprowadziła parę nadprogramowych pianek).
- Dobra... Jasne. - Przełknęła ślinę tak, jakby przełykała nowe wiadomości. - Pomijając fakt, że mój tata nadal traktuje esemesy jak listy...
Podsunęła nam ekran, żebyśmy mogły przeczytać, co przypominało test u okulisty, bo ręka drżała jej z podekscytowania.
Cześć, Rachel. Jak się masz?
Jestem pod takim wrażeniem twojej powtórki, że w ramach prezentu kupiłem dwa bilety na festiwal RebelRocks. Baw się dobrze! Nie rób niczego, czego ja bym nie zrobił! (Żart). Do zobaczenia, kiedy już wrócę z Ameryki.
Buziaki, tata xx
Wow.
Teraz zrozumiałam.
Rach miała takie samo szkliste spojrzenie jak podczas oglądania sobotnich programów rozrywkowych.
- Mamy bi-bilety... Prawdziwe bilety.
Od wieków gadałyśmy o RebelRocks. To pierwszy prawdziwy festiwal w naszym miasteczku, a odbywał się w weekend po zakończeniu egzaminów - spełnienie marzeń. Muzyka, wywiady, różne różności. Nowe zespoły, których słuchałyśmy na okrągło przez caluteńki rok, superwywiady z obiektami naszych westchnień, a nawet koncert głównej gwiazdy festiwalu: The Session - ulubionego zespołu Rach. (Wydali tylko dwa albumy, ale miała na ich punkcie bzika! Na Boże Narodzenie mama zabrała ją do Londynu, żeby mogła sobie popatrzeć, jak włączają lampki na choince w jakimś centrum handlowym. Nie rozmawiałyśmy głośno na temat tego, że na chwilę stała się gwiazdą internetu jako Psychofanka z klipu, który zamieścili - świat nie był najwyraźniej gotowy na jej technikę machania sto dziesięć razy na minutę).
Miałyśmy więc pełną świadomość, że RebelRocks to będzie ODJAZD.
I że WSZYSCY tam będą.
No... wszyscy oprócz nas. Bo mimo wzmożonej akcji ubłagiwania naszych rodziców udało mi się uzyskać od mamy jedno wielkie "nie". Zmywałam nawet naczynia sześć dni z rzędu (mama miała wątpliwości, czy wyrzucenie pudełka po pizzy można pod to podciągnąć, na co ja zauważyłam, że liczą się intencje). Nie mogłam jednak wstrzelić się w gorszy czas. Mama szukała lepszej lokalizacji dla swojego lodowo-psiego biznesu, Psierożków, więc póki oszczędzała, z pieniędzmi było krucho. A Tegan zainwestowała całe oszczędności w nowy strój gimnastyczny, więc też była totalnie spłukana.
Ale wiadomość Rach? Zmieniała wszystko. I dobrze sobie z tego zdawałyśmy sprawę.
Wiedziałam też, że wszystkie myślimy o tym samym. Dwa bilety. Trzy osoby.
- Bells. - Tegan była nieludzko spokojna. - Najpewniej będę miała w ten weekend trening, więc bierz go ty.
Kłamała, żeby ułatwić nam wszystkim sytuację. Nie mogłam jej na to pozwolić.
- A ja będę pewnie musiała pomóc w sklepie - skłamałam w odpowiedzi. Rach zrzedła mina. - Chociaż BARDZO chciałabym pójść.
Ale było za późno. Mleko się rozlało.
- Czyli, jeśli dobrze rozumiem... - Rach uniosła brew - ...mam wolny bilet na festiwal, o którym marzyłyśmy, i żadna z was nie chce ze mną pójść?
Niezły rykoszet.
Spanikowałam.
- ŻARTUJESZ, Rach?! Obie chciałybyśmy iść, prawda? - Tegan pokiwała głową tak mocno, że wyglądała jak na przyspieszonym filmie. - Może... może spytam mamę jeszcze raz, czy nie pożyczyłaby mi pieniędzy na bilet? - wpadłam na pomysł. - Albo dokupiłybyśmy z Tegan trzeci na spółę?
- No chyba! Spytam dziś wieczorem.
Tegan też starała się zmazać entuzjazmem niezręczną chwilę, ale z Rach uszło powietrze.
- Nie trzeba... chyba wszystkie wiemy, że nic z tego, prawda? Przecież pytałaś już o to milion razy.
Miała rację. I żadna z nas nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Żeby więc przełamać milczenie, zrobiłam najmądrzejszą rzecz, jaka mi przyszła do głowy - głośno siorbnęłam gorącą czekoladę.
- LASKI! - Rach poderwała się nagle, odsuwając stołek z głośnym zgrzytnięciem, i przybrała zdeterminowany wyraz twarzy. - Koniec paniki! WIEM, co powinnyśmy zrobić. I nie przyjmuję odmowy. - Trudno było traktować ją poważnie, kiedy miała różowo-białe wąsy z marshmallow, ale nie była to pora, żeby zwrócić jej na to uwagę. - Oddam wolny bilet... - Zamilkła.
Chwileczkę! Czy zamierzała wybrać ulubioną przyjaciółkę? To mogło zmienić całe nasze życie!
- Bratu. A jego chłopak może wziąć mój.
Że co?!
- Ale Rach! - O mało co się nie oplułam. I nie tylko dlatego, że wspomniała o SEB-ie (znanym też jako Seksowny Brat). - MUSISZ iść! Będzie. Koncert. The Session!
Tegan mnie poparła.
- Serio, nie rób tego. Idźcie we dwie, będzie ekstra. Wolę nie brać udziału, niż wiedzieć, że wyście nie brały. - Przytaknęłam, bo wiedziałam, co czuje, ale Rach pokręciła głową.
- Nie. Wszystkie trzy albo żadna - mówiła bardzo szybko, żebyśmy nie mogły się wtrącić. - Pomyślałam, że zamiast tego możemy urządzić własny festiwal. - Rozejrzała się. - DOMFEST! Ustawimy namioty w ogrodzie, puścimy muzykę i odpalimy jednego z tych minigrilli, które można kupić za piątaka na wyprzedaży garażowej. Będzie ekstra. - Zamilkła. - Chociaż nazwa wymaga dopracowania.
- Ale... - próbowałam protestować.
- Żadne ale, Bello.
W życiu nie słyszałam Rach tak poważnej. Oprócz tego razu, kiedy zorientowała się, że chude mleko nie pochodzi od chudych krów, a tłuste od tłustych.
- Zgoda.
W tej chwili, jakby robił to symbolicznie, zadzwonił timer. Rachel uśmiechnęła się słodko.
- Koniec dyskusji, tak mówi timer. Wracamy do planu: powtórka.
Umowa to umowa, siadłyśmy więc. Na środku stołu w kozie-smartkozie położyłyśmy telefony, a potem otwarłyśmy podręczniki.
Kwadrans później, kiedy Tegan wymknęła się do toalety, Rach ukryła głowę w podręczniku.
- Bells... mózg skurczył mi się chyba do rozmiarów rodzynka.
- Mam podobnie - odparłam, otwierając szeroko oczy. - Tyle że mój do suszonego groszku. Do tej pory udało mi się tylko nauczyć, że na stronie trzydziestej dziewiątej znajduje się czekoladowa plama w kształcie...
Usiłowałam przywołać nazwę jakiegoś kraju. Nic nie przyszło mi do głowy. Słaby znak, że powtórka z geografii idzie mi świetnie.
- Możemy porozmawiać o czymś innym? O czymś odległym od tych tortur? - poprosiła Rach.
Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Niesforny, rozanielony uśmiech, mówiący "życie jest piękne", nad którym nie miałam żadnej kontroli. Rach wyszczerzyła się szeroko.
- Nic nie mów. Twój chłoooopak.
Rozciągnęła to słowo w teatralny sposób, na który zasługiwałam z racji żenującego uśmiechu formującego się na moich ustach na samą myśl o Adamie.
Chłopak. Chłopak. Minęło siedem miesięcy, a to określenie nadal było dla mnie dziwne. Czy można doświadczać syndromu oszusta we własnym związku? Ale było TAK cudownie. Adam z każdym dniem był coraz bardziej boski. Bardziejoski. Od początku miał wiele oczywistych boskich cech, jasne - ta jego absolutna ciachowatość, to, że wszystkich wkoło rozśmieszał, jego ręce, kiedy wybijał rytm - ale w miarę, jak spędzaliśmy ze sobą więcej czasu i poznawałam jego ukryte walory, te, którymi dzielił się tylko ze mną - lubiłam go coraz bardziej. Podobało mi się to, że tak zależy mu na wynikach egzaminów i na tym, jak będzie wyglądała jego przyszłość. Że kochał młodszego brata. I że w każdą środę piekł z hobbistycznych pobudek chleb. Prawdziwy, najprawdziwszy chleb. Własnymi rękami (no, z pomocą piekarnika).
Jedyne, czym się nie zachwycałam, to tym, że choć moja mama była pełnoprawną członkinią (i potencjalną przewodniczącą) fanklubu Adama Douglasa, on nigdy nawet nie zaproponował, żebym poznała jego rodziców. Naprawdę byli zawsze aż tak zajęci? Czy, jak zaczynałam podejrzewać, obawiał się raczej, co o mnie pomyślą?
ECH. Zastanawianie się nad tym po raz kolejny przyprawiało mnie o mdłości. Nie aż takie, żebym miała nie wypić drugiej gorącej czekolady (jestem twardzielką), ale wystarczające, żebym poczuła, iż sama myśl o tym, że mógłby nie lubić mnie tak bardzo, jak ja jego, jest najstraszniejszą rzeczą na świecie. A przez ostatnie parę tygodni nie dawało mi to spokoju. Bo, jakkolwiek starałabym się zignorować dowody, nie mogłam nie zauważyć, że od jakiegoś czasu trochę zniknął mi z oczu. Czy naprawdę chodziło o egzaminy? W ciągu trzech tygodni spotkaliśmy się tak porządnie tylko raz.
ECH, ECH. Jak miałam się skoncentrować na powtórce, skoro mojemu sercu groziło takie złamanie, że nigdy więcej nie opuściłabym domu (a konkretnie kuchni)?!
Tegan wróciła do pokoju ze swoją typową mądrą miną. Hmm... Może pora wezwać posiłki.
- Teeeeg. Rach. - Musiałam wyciągnąć od przyjaciółek chłodne, suche fakty na temat mojej sytuacji (czyli totalnie nieobiektywne porady oparte wyłącznie na tym, co chciałam usłyszeć, żeby poczuć się lepiej). - Zanim wrócimy do nauki, mogłabym poprosić was o radę? - Spojrzałam na Tegan. - Słowo daję, że potem uruchomię mózg do megawydajnej, porządnej powtórki.
Teeg się uśmiechnęła.
- Skoro tak twierdzisz...
Że niby mogłaby mi odmówić.
Przyciągnęły więc stołki i patrzyły, a ja podzieliłam wolną przestrzeń na czarnej ścianie na trzy szerokie kolumny, które miały pomóc nam w dojściu do jakichś wniosków.
- Dobrze, pierwsza. - Wyciągnęłam rękę, żeby zapisać. - "Powody, dla których Adam i Bella..."
- Adabella - przerwała mi Rach.
- Okej. "Powody, dla których Adabella są dla siebie stworzeni". Potem... - Przeniosłam się do środkowej kolumny. - "Powody, dla których trochę/bardzo panikuję". I wreszcie po prawej: "Słowa pocieszenia, przekonujące mnie, że najpewniej nie ma powodów do paniki".
Pisanie trochę mi zajęło, bo jakkolwiek zapisywałabym słowo "przekonujące", nie wyglądało poprawnie. Kiedy właśnie je poprawiałam, odezwała się Tegan.
- Wypełnimy tę ostatnią, prawda, Rach?
Uśmiechnęłam się do nich.
- Moje gwiazdy. W takim razie zacznę od najłatwiejszego. Powody, dla których Adabella są dla siebie stworzeni.
Bez trudu zaczęłam od razu notować:
- Adam jest takim ciachem, że obserwowałabym go na Instagramie, nawet gdybym go nie znała.
- Czasem całowanie się jest tak przyjemne, że później przez pięć minut wydobywają się ze mnie wyłącznie samogłoski.
- Rozśmiesza mnie. CAŁY CZAS.
ZAPAMIĘTAĆ: Może to jest najseksowniejsze ze wszystkiego? Umieściłam obok dwie gwiazdki, żeby nadać temu punktowi należytą wagę.
- Głaszcze WSZYSTKIE psy. Zwłaszcza Warkota.
- Nalega, żebyśmy przy zamawianiu gorących napojów podawali zmyślone imiona, i nigdy nie daje niczego po sobie poznać (zachował powagę nawet wtedy, gdy zawołali "Anitę Prishnitz").
Nim się obejrzałam, wypisałam kolejne dziesięć punktów. (Kawałki na debiutanckiej płycie 1975 podobają nam się w tej samej kolejności! Nauczył mnie jeść tosty z serem i marmite'em!). Rach zauważyła, że mamy tylko kilka minut, a potem musimy wracać do powtórki, więc powinnyśmy się zająć środkową kolumną.
Moja kreda nie chciała się jednak poruszać, jakby ujawnienie najgłębiej skrywanych lęków na piśmie miało im nadać zbyt realny kształt.
- No, Bells - zachęciła łagodnie Tegan. - Dasz radę.
Zaczęłam powoli pisać:
- Czy on mnie unika?
- Czemu nie chce przedstawić mnie rodzicom? Czy chodzi o mnie???
- Jest taki wyluzowany, a ja panikuję, kiedy znajdę się w promieniu dwudziestu metrów od niego, jakbym dopiero co rozpoczynała kontakty towarzyskie. Czy to normalne? (CZY TO OZNACZA, ŻE NIE PODOBAM MU SIĘ AŻ TAK??? DO OMÓWIENIA!!!).
Zanim jednak zdołałam przejść dalej, w telefonie Rach zadzwonił alarm na koniec drugiej części przerwy. AAA! Nawet nie doszłam jeszcze do najważniejszego (czyli momentu, w którym Rach i Teeg mówią, że wszystko będzie dobrze). Jedyne, co udało mi się osiągnąć, to rozdmuchać niepokój do ponadludzkich rozmiarów.
- Może odłożę już kredę.
Umieściłam ją przed nimi w nadziei, że zignorują timer i uzupełnią pozytywny przekaz, którego potrzebowałam.
- Ogarniemy to jak ogary. - Rach złapała kredę. Wiedziałam, że mnie tak nie zostawi. - Jak tylko skończymy tę porcję powtórki.
ALBO I ZOSTAWI.
Tegan wyczuła moją panikę i podsunęła mi paczkę prażynek. Krewetkowa gałązka oliwna.
- Odwróć się plecami do ściany, zjedz to i wszystko będzie dobrze. - Uśmiechnęła się. - Słowo.
Choć nie znosiłam się uczyć, to jeszcze bardziej nie mogłam znieść myśli, że gdyby nie powtórka, to nie spędziłabym kolejnych dwóch godzin z nimi obiema. Chciałam, żeby zobaczyły, jak się staram. Powstrzymałam się więc od protestów i zabrałam się do roboty.
Kolejne dwie godziny przeleciały nie wiedzieć kiedy.
Choć pełne były turbulencji, wymagały zapiętych pasów i przypominały śmiercionośny roller coaster nudy i lęku o przyszłość. Nie wiedziałam nawet, że te dwie emocje można odczuwać jednocześnie. A jednak udało mi się przebrnąć przez wszystkie dwadzieścia pięć kart powtórkowych, które przygotowałam. Może byłam w stanie zdobyć jutro B z geografii? A ponieważ bardzo się skoncentrowałam, nie zauważyłam, że Rach i Tegan wypełniają nową listę na ścianie zatytułowaną: "Powody, dla których Adam może czasem zachowywać się dziwacznie, ale ze stuprocentową pewnością nie zamierza rzucić Belli". Najlepsze przyjaciółki, bez dwóch zdań.
Kolejną przerwę spędziłam, śmiejąc się z odczytywanych przez nie powodów. Wahały się od "może jego rodzice noszą pasujące do siebie stroje, a on stara się nie dopuścić, żeby ktoś się o tym dowiedział" po szalenie optymistyczne "może czasem się z tobą nie widuje, bo nie radzi sobie z OBEZWŁADNIAJĄCĄ MIŁOŚCIĄ DO CIEBIE". Jakkolwiek byłyby absurdalne, to każdy poprawiał mi samopoczucie i w rezultacie dałam czadu w zaimprowizowanym szybkim quizie z geografii, którym mnie zaskoczyły (jeszcze nikt nigdy nie wykrzykiwał "wapień!", "rynna polodowcowa!", "obszary bagienne!" z takim entuzjazmem). Zatrzymałyśmy się dopiero, kiedy Rach musiała pobiec do drzwi. Otwarła je, a do moich uszu dotarło ciężkie dyszenie, które wszędzie bym rozpoznała. Przybrało na sile, gdy machający ogonem zaśliniony pocisk wtoczył się do pokoju.
- Warkot!
Pewnie mama wyszła z nim na spacer i postanowiła do nas zajrzeć. Mój zawsze szczęśliwy bokser był tak uradowany na mój widok, że biegał w kółko, dysząc, jakby dopiero co odkrył tlen. Jak dobrze, że ludzie tak się nie zachowywali, w przeciwnym razie mdlałabym z powodu zawrotów głowy za każdym razem, kiedy bym choć zerknęła na Adama. Albo ciastko.
Kucnęłam, żeby przytulić Warkota, na co on powalił mnie na ziemię i zaczął po mnie skakać. Normalka. Jego oddech stanowił mieszaninę woni rozkładającej się ryby i zapachu wody z dna kubeczka na szczotki do zębów.
- Ekhm, Bells? - Rach sprawiała wrażenie zaniepokojonej.
Ale nie mogłam otworzyć oczu, bo pewien jęzor usiłował je polizać.
Warkot przycisnął mi łapą klatkę piersiową i nachylił się jeszcze bliżej, dysząc mi teraz prosto w twarz i przyprawiając mnie tymi oparami niemal o utratę przytomności.
- Raaaaach. Ratunkuuuu... On - zaczerpnęłam gwałtownie powietrza - zgniata mi... biuuuuuuuuuust!
Ale pomoc nie nadeszła, więc wyjąc jak sfiksowana wiewiórka, zepchnęłam go z siebie za pomocą siły wszystkich mięśni brzucha. Wreszcie mogłam swobodnie usiąść i spojrzeć dokoła.
I zobaczyć Adama. Fantastycznego Adama. Fadama.
- SKĄD TY SIĘ TU WZIĄŁEŚ?
Powinnam to chyba była pomyśleć w zaciszu umysłu, a nie wykrzyczeć mu w twarz.
Adam spojrzał na mnie niewzruszony - miał już dwadzieścia osiem tygodni, trzy dni i półtorej godziny, żeby przywyknąć do mojego sposobu bycia (uczył się szybciej ode mnie, bo ja miałam na to szesnaście lat, a nadal samej siebie nie rozumiałam).
- Ciebie też miło zobaczyć, Bells.
Z uśmiechem podał mi rękę. Starając się - bezskutecznie - nie gapić się na niego z otwartymi ustami, chwyciłam ją, a kiedy nasze palce się zetknęły, poczułam znajome mrowienie. Czy to było normalne?!
Ale co on tu robił? Nie widziałam go od wielu tygodni. Spojrzałam na Rach w poszukiwaniu jakiejś telepatycznej odpowiedzi, ale tylko wzruszyła ramionami, co znaczyło "Przykro mi, ja też nie mam pojęcia, co jest grane".
Adam wyczuł, że zachowujemy się dziwnie, i nagle się speszył, jakby przez przypadek wszedł do dziewczęcej przebieralni.
- Przepraszam... wpadł na boisko w czasie mojego treningu. - Typowy Warkot. Gdy tylko zrywał się ze smyczy, zawsze biegł w miejsce o najwyższym zagęszczeniu zawstydzająco przystojnych przystojniaków. Adam spojrzał na mnie. - Odprowadziłem go więc do ciebie do domu... A ponieważ nikogo nie zastałem, doszedłem do wniosku, że pewnie jesteś tu. - Wyglądał na skrępowanego. - Ale Warkot już jest bezpieczny, więc, ekhm, sobie pójdę.
Aha, świetnie. Sądził, że nie jest tu mile widziany. Nieźle mi poszło.
Moje wnętrze = przeszczęśliwe na jego widok.
Moja twarz = totalny szok.
Gdyby tylko istniał translator Google'a z języka mięśni mojej twarzy.
- Nie, zostań! - Rzuciłam się w kierunku kuchennej wyspy. - Mamy przekąski i gorącą czekoladę, prawda, Rach?
Gdy tylko jednak spojrzałam w jej stronę, zobaczyłam to, co znajdowało się za plecami Adama. Całą ścianę zapisaną takimi upokarzającymi rzeczami jak:
"Dostaje czkawki, kiedy je tosty = DZIWNIE POCIĄGAJĄCE" (i jakieś pięć serduszek).
"Pieprzyk nad jego brwią. SŁODKI/CUDNY".
Tętno mi przyspieszyło do poziomu intensywnej paniki/potencjalnego omdlenia, żeby ratować twarz. Cokolwiek by się działo, ADAM NIE MÓGŁ TEGO ZOBACZYĆ. Zdałby sobie sprawę, że umawia się z maniaczką robienia list, która najwyraźniej była w nim po uszy zakochana. (A przez "zdałby sobie sprawę" rozumiałam "przeczytałby fragment, z którego wynika: JA, BELLA FISHER, JESTEM MANIACZKĄ ROBIENIA LIST, KTÓRA ŚWIATA NIE WIDZI POZA ADAMEM DOUGLASEM").
- A właściwie to nie. Powinieneś już iść! - Ruszyłam do drzwi. Adam wyglądał na zdezorientowanego. - W tej chwili! - krzyknęłam przypadkowo.
Warkot posłał mi spojrzenie pod tytułem "Wszystko dobrze, skarbie?". Świetnie - moje dziwactwo było na tyle widoczne, że wykraczało poza granice gatunkowe. Musiałam je trochę stonować.
- Masz się czym zająć i z kim spotkać, prawda? - Tak, wypaliłam tekst własnej matki. - Ale... - Rozejrzałam się wokół w poszukiwaniu czegoś, czegokolwiek, co odsunęłoby uwagę Adama od tego, co miał za plecami. - Widziałeś ostatnio ogród Rach?
Wskazałam za okno, mimo że już się ściemniało. Nie najlepsza pora na przypominanie sobie, że nie wiem o ogrodach nic oprócz tego, że kupienie ziemniaków w sklepie wydaje się znacznie łatwiejsze niż hodowanie ich przez pół roku.
- Czy nie jest piękny? - Zatoczyłam ręką łuk. - Taki, eee... kwitnący!
Adam spojrzał na mnie jak na wariatkę i uprzejmie skomentował wiśnię. Potrzebowałam pilnego wsparcia. Dałam więc ręką za plecami znaki pozostałym i wreszcie, wreszcie dotarło do nich, co usiłuję zrobić. Natychmiast podjęły działanie. Rach rzuciła się, żeby zakryć sobą ścianę, a Tegan wmanewrowała się między Adama a to, co napisały. Nawet Warkot podbiegł do spodni Adama, żeby powąchać obszar, którego nie wolno nazywać (chciałabym sądzić, że pomaga w akcji dywersyjnej, ale musiałam przyjąć do wiadomości, że ma po prostu koszmarne pomysły na hobby).
- No, więc, ekhm, dzięki, że przyprowadziłeś Warkota.
Usiłowałam obrócić pysk psa, udając jednocześnie, że go tam wcale nie ma. Tegan widziała, jak świetnie mi idzie (czyli że wcale nie), więc przesunęła się, żeby zakryć ścianę.
- Nie ma problemu.
Adam zarzucił sobie plecak na ramię. Wyglądał na niepokojąco chętnego, żeby obrócić się w prawo i wszystko zobaczyć. NIE!!! Cytując Beyoncé: to the left, to the left! (Chociaż wątpię, żeby śpiewała tak, bo właśnie napisała "Sposób, w jaki Jay-Z rzuca psu od niechcenia kijek, który leci niesamowicie daleko" ogromnymi literami tuż koło jego twarzy).
Rozejrzałam się za czymś, co utrzymałoby uwagę Adama tam, gdzie była skierowana.
- Widziałeś nową ładowarkę mamy Rach? -Wpadłam w totalną histerię. - Ma potrójne USB!
Wow. Byłam WYMARZONĄ dziewczyną. Kiedy już rozejdą się plotki o tym, że uwielbiam ogródki i ładowarki, będę ROZCHWYTYWANA. Adam uśmiechnął się na tyle entuzjastycznie, na ile może ktoś, kto sądzi, że jego dziewczyna pasjonuje się mechanizmem ładującym.
- To bardzo... użyteczne?
Nic więcej mi nie zostało, więc powiedziałam bezgłośnie "ratunku" do Tegan.
Ze stanowczym skinieniem głową, informującym mnie, że wszystko pod kontrolą, wzięła sprawy w swoje ręce i przedostała się do drzwi kuchennych, obracając po drodze Adama.
- No tooooo... dzięki za oddanie psiaka prawowitej właścicielce. Mimo jednak, że Bella uwielbia pogaduchy o, eee, ładowarkach USB, bo są świetne, powinnyśmy wrócić do powtórki. Jutro geografia, a my nadal mamy do przejrzenia główne ośrodki biznesu.
Ku mojemu zadowoleniu (/poczuciu winy) Adam to kupił.
Pożegnawszy się pospiesznie, obiecał, że wkrótce umówimy się na spotkanie, i wyszedł do przedpokoju, a potem za drzwi. UDAŁO SIĘ.
Można teraz było zrobić tylko jedno - paść z ulgą na kanapę. A potem cała nasza trójka starła ze ściany dowody, co do ostatniej kredowej kropki, wspominając przy tym, jak przerażająco mało brakowało do totalnej porażki, gdyby Adam odkrył, jakim człowiekiem tak naprawdę jestem. Kiedy śmiech ucichł, a dziewczyny zaczęły planować spotkanie przed jutrzejszym egzaminem, zatonęłam we własnych rozmyślaniach.
Bo gdy wymazywałam "Czuję dzięki niemu, że mogłabym osiągnąć wszystko", coś do mnie dotarło.
Choć zapisałam to zaledwie godzinę temu, to teraz czułam, że osiągam tak naprawdę tylko jedno: własnoręcznie niszczę naszą relację.