Przypadkowy detektyw - Maciej Ślużyński

Kup ebooka

14.90 zł
9.69 zł (9,69 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁPIERWSZY "A chciałem się tylko oderwać..."

Dwadni przed końcem roku dostaliśmy z żoną propozycję nie doodrzucenia. Dystrybutor książek, z którym współpracowaliśmy odkilku lat, chciał kupić nasze wydawnictwo, żeby rozbudować swójportfel, w którym były już drukarnia, hurtownia, centrumlogistyczne oraz sieć księgarni, i zająć kolejny kawałek rynku.My doskonale pasowaliśmy do jego nowej układanki, znał nas, nasz stylpracy i naszą ofertę, wiedział, jak działamy i jakie mamyobroty, przynajmniej u niego w hurcie, więc zakładał, żegorzej raczej nie będzie. A własna marka wydawnicza to była dlaniego jakaś tam nobilitacja, może nawet większy prestiż, i zarazemnowe szanse na rozwój w kierunkach do tej pory niedostępnych.

Zaproponowanasuma była jak na polskie standardy całkiem niekiepska, warunkiakceptowalne, do tego gwarancja zatrudnienia przez trzy lata dla nasobojga i dla całego zespołu, plus duża samodzielnośćw podejmowaniu decyzji. W zasadzie nic by się nie zmieniło,poza oczywiście jednym: przestalibyśmy być właścicielami, stając siędobrze opłacanymi, ale jednak pracownikami. Przynajmniej przeznajbliższe trzy lata, bo na tyle opiewały kontrakty menadżerskie,przygotowane przez prawników naszych ewentualnych przyszłychpartnerów. Co potem? Wolność albo bezrobocie - zależy, jakna to spojrzeć.

Przezcały styczeń kursowaliśmy między Poznaniem, Łodzią i Warszawą,ustalaliśmy szczegóły, negocjowaliśmy warunki, przedstawialiśmy planyi określaliśmy obszary, w których moglibyśmy sięewentualnie pokłócić, w sensie biznesowym rzecz jasna. W połowielutego w zasadzie wszystko zostało dopięte, ale poprosiliśmyo dodatkowy tydzień do namysłu przed podjęciem ostatecznejdecyzji. Tydzień bez rozmów, bez sal konferencyjnych, wykresówi tabelek, rzucanych na ekran i komentowanych zawzięcieprzez każdego, kto uważał, że ma coś do powiedzenia.

Wyjechaliśmyna ten tydzień w góry, żeby z dystansu spojrzeć nawszystko, co się działo przez ostatnie sześć tygodni, ale taknaprawdę żeby w ciągu dnia zmęczyć się porządnie na stoku,a wieczorami obgadywać różne mniej lub bardziej oczywisteaspekty transakcji. Zasadniczo byliśmy zdecydowani, zwłaszcza ja;w grudniu skończyłem pięćdziesiąt lat i najnormalniejw świecie czułem się zmęczony. Pracowałem przez trzydzieści latbez przerwy i uważałem, że zamiast robić to, co muszę, porazacząć robić to, co chcę. Aśkę musiałem trochę poprzekonywać. Nasamym początku była niezdecydowana, w rozmowach brała udziałniechętnie, nie angażowała się i zostawiła wszystko na mojejgłowie, ale po przestudiowaniu na spokojnie, w zaciszu górskiegopensjonatu, kompletu dokumentów zaczęła się łamać. Kwota transakcjibyła co najmniej akceptowalna, choć - jak twierdziła- sprzedawaliśmy dziesięć lat naszego zawodowego życia,a takie coś ciężko wycenić.

Dlategowłaśnie pod koniec lutego, kiedy zima na dobre rozgościła sięw polskich górach, a my mieliśmy po dziurki w nosienasiadówek i rozmów biznesowych, wybraliśmy się na tydzień doSzczyrku. Z Poznania wyjechaliśmy w niedzielę wczesnymwieczorem, a już w poniedziałek rano śmigaliśmy zeSkrzycznego. Żona na nartach, ja na desce. Pięć dni białegoszaleństwa, zakończonego zakwasami u Aśki i lekkimniedosytem u mnie. Bo jeżdżenie po bardzo dobrze przygotowanych,ale jednak monotonnych i przewidywalnych stokach to nie jest mójsposób na przygodę. Freeride, chwila samotności, wyzwanie - tegomi było trzeba. I odrobiny ciszy oraz spokoju przy okazji, gdyżmusiałem parę spraw przemyśleć. A konkretniej jedną, za tobardzo ważną. Co ja dalej będę robił? Te trzy lata na kontrakcieszybko zlecą - i co potem?

Aśkawiedziała bardzo dobrze, co zrobić ze swoim życiem po lepszej stroniepięćdziesiątki, tym bardziej że miała dopiero czterdzieści dziewięćlat. Za pieniądze ze sprzedaży kupimy przecież nasz wymarzony domw otulinie Puszczy Zielonki, a ona będzie siedzieć natarasie albo w salonie przy kominku i pisać swoje książki,na co przez ostatnie kilka lat najnormalniej w świecie nie miałaczasu. Ja, mówiąc szczerze, bardzo jej zazdrościłem i teżzaczynałem rozważać, czyby nie spróbować swoich sił w pisaniu,lecz ciągle się wahałem. Co tu kryć, zamierzałem się porwać na takiżyciowy freeride, więc postanowiłem, że najpierw popróbuję na śniegu,a dopiero potem w codziennym życiu. No dobra, niezupełnieo to chodzi; po prostu mam taką metodę rozwiązywania problemów.Kiedy już zbiorę wszystkie dane, równo je sobie układam w głowie,tak żeby były widoczne dla mnie ze wszystkich możliwychi niemożliwych stron. A potem zajmuję się czymś innym,czymś absolutnie zupełnie innym. Wtedy włącza mi się podświadomość,czy coś równie tajemniczego, i kiedy wracam do problemu, jużznam rozwiązanie. Nie mam pojęcia, jak to robią inni, ale u mnietaka metoda działa najlepiej.

Dlategokiedy w piątek wieczorem, na dwa dni przed powrotem, Aśka przykolacji powiedziała sakramentalne "tak", ja dodałem swoje"ale". Czyli "tak, ale jutro jadę w góry sam,tylko ja i deska, i tam sprawdzę, czy się sprawdzę w tejzupełnie dla mnie nowej sytuacji". Ze zrozumieniem pokiwałagłową i obiecała, że mnie nawet podwiezie aż do Milówki, czygdzie tam będę chciał, żebym spędził cały dzień w samotnościi poświęcił się swoim "bezmyślnym rozmyślaniom", jakje nazywała, oraz śmiganiu po stokach, po których nikt normalny niejeździ. Ona też postanowiła spędzić ten dzień w samotności.W pobliskim SPA umówiła się na serię zabiegówregenerujących, odmładzających, upiększających i ogólniepoprawiających nastrój każdej niewieście. Moja żona pod wielomawzględami to wyjątkowa kobieta, ale pod tym akurat jestnieprzeciętnie przeciętna. Masaż stóp i obkładanie plecówciepłymi kamieniami stanowiły dla niej kwintesencję relaksu, na któryostatnio niespecjalnie mogła sobie pozwolić.

W Polscenie słyszałem o takich atrakcjach jak możliwość wynajęciaśmigłowca, dzięki któremu można polecieć i wylądować na jednymz dziewiczych, niepoznaczonych linami wyciągów szczytów, gdzieśz dala od cywilizacji, a potem zostać sam na sam z górami,śniegiem i własną adrenaliną. Pozostawała życzliwość okolicznychmieszkańców, która wsparta drobnym datkiem na rzecz PaństwowegoMonopolu Spirytusowego zwykle gwarantowała podwózkę jakimś mniej lubbardziej oryginalnym środkiem transportu. Ale najpierw należałopodjechać samemu jak najbliżej punktu startu i dopiero tam łapaćokazję.

ZeSzczyrku ruszyliśmy zaraz po wczesnym śniadaniu, koło siódmej rano.Aśka dowiozła mnie naszym samochodem najpierw do Milówki, a potemjeszcze kawałek przez Rajczę i Ujsoły do osady Glinka, gdziedotarliśmy krótko przed ósmą. Glinka to jest naprawdę dziura, choćtrzeba przyznać urocza i bardzo malownicza, zwłaszcza zimą.Powiedziałbym, że to dziura wypoczynkowa; posiada nawet miejsceszumnie zwane "parkiem rozrywki", acz szaleństw tam niema zbyt wielu dla wielbicieli zimowych atrakcji. Z basenuspuszczają wodę, a park linowy nie przyciąga turystów, bo teżnie bardzo ma skąd ich przyciągać. Są też dwa gospodarstwaagroturystyczne, no i oczywiście kościół. Ale prawdziwym centrumkulturalnym jest sklep GS Samopomoc Chłopska, relikt zamierzchłej,słusznie minionej epoki, tak cudowny, że aż bajkowy; mały pawilonikw środku niczego. Przy nim się pożegnałem z żonąi umówiliśmy się, że odbierze mnie wieczorem po drugiej stroniepasma górskiego, gdzieś w Zwardoniu.

Ledwiezdążyłem oprzeć o ścianę sklepu swoją deskę i postawić obokplecak, w którym miałem kilka batoników, termos z kawą,buty do deski, raki, jakieś narzędzia i kilka drobiazgów, kiedyusłyszałem dość charakterystyczny warkot. Od strony granicy zeSłowacją, odległej o cztery, może pięć kilometrów, nadjeżdżałratrak z pługiem. Z fasonem zajechał pod sklep i wysiadłoz niego dwóch tubylców, prawdopodobnie w celu oddanianadmiaru płynów, a potem uzupełnienia ich niedoborów w sklepie.Grzecznie zaczekałem, aż wyjdą z obiektu handlowego,i przystąpiłem do negocjacji; w tym byłem dobry, w końcućwiczyłem przez ostatnich parę tygodni. Okazało się, że dwaj brodacidżentelmeni odbierają właśnie zakupy ze sklepu i jadą przezSoblówkę najpierw do bacówki na Rycerzowej, później na przełęczPrzegibek, do schroniska PTTK, a potem jeszcze do jednego małegoschroniska o wdzięcznej nazwie "Pod Lawiną", gdzieśna wysokości Rezerwatu Śrubita, o ile dobrze zrozumiałem.Przedmiot negocjacji, czyli mała podwózka jednej osoby z plecakiemi deską snowboardową, był tak błahy, że po pięciu minutachdoszliśmy do porozumienia. Kosztowało mnie to dwadzieścia złotych,ale pozwalało zaoszczędzić kupę czasu i zamiast mozolnegowspinania się zapewniało w miarę komfortowy transport napierwszy z pobliskich szczytów.

Bacówkęna Rycerzowej znałem, na Przegibku też ze dwa razy byłem, ale o tymtrzecim miejscu nigdy nie słyszałem, więc kiedy czekając naskompletowanie zakupów, raczyliśmy się herbatką z prądem,wyjaśnili mi, że to taka mała na wpół prywatna stanica, prowadzonaprzez małżeństwo przybyłe w te okolice pięć czy sześć lat temu,leżąca mniej więcej w połowie drogi z Przegibka do WielkiejRaczy. Kiedyś był to obiekt studencki, ale żadnego studenta tam niewidziano od dwudziestu lat, więc został wystawiony na sprzedaż zasymboliczną złotówkę i udział w zyskach z wynajmupokoi. Znaleźli się wariaci, jakaś parka z Wrocławia, którzyzapragnęli pożyć w dziczy i głuszy, a że mieli trochęodłożonych pieniędzy, więc starczyło na niezbędne remontyi przystosowanie obiektu do przyjmowania ewentualnych gości.

Moirozmówcy, opowiadając o nich, trochę się podśmiewali, alez życzliwością, tak jak prawdziwi górale stroją sobienieszkodliwe żarty z "bywszych miastowych", którzyjednak jakoś wtopili się w miejscową społeczność, zyskując nietyle szacunek, bo ten jest zarezerwowany wyłącznie dla swoich, alewłaśnie taką żartobliwą sympatię. Kiedy kończyliśmy herbatkęi poczułem już pierwsze pozytywne wibracje, wywołane spożyciemcukru, odrobiny alkoholu i samej herbaty, ze sklepu skinął nanas brzuchaty jegomość i ruchem brody wskazał na tuzin kartonówstojących tuż przy drzwiach. Chciałem pomóc w ładowaniu ich napakę, ale zanim odkleiłem plecy od przyjemnie rozgrzanej pierwszymipromieniami słońca ściany i zrobiłem dwa kroki, moi nowiprzyjaciele już wtaszczyli wszystko na tył ratraka; na wierzchuwylądował mój plecak i deska w pokrowcu. Gestem zaprosilimnie do kabiny, gdzie siadłem sobie skromniutko z tyłu. Oniwpakowali się zaraz po mnie, wpuszczając do środka mroźne powietrzeoraz swoje gorące oddechy, które świadczyły, że to raczej nie byłaich pierwsza tego dnia herbatka, i ruszyliśmy. Najpierw prosto,a po minięciu Soblówki ratrak skręcił ostro w prawoi zaczął piąć się pod górę, w kierunku Wielkiej Rycerzowej,u podnóża której leżała bacówka, będąca ich pierwszym celempodróży.

Poczterdziestu pięciu minutach dotarliśmy na miejsce. Moi nowi koledzyszybko zrzucili cztery z dwunastu kartonów i pożegnali sięze mną wylewnie.

- Pogodabędzie jak złoto do czwartej co najmniej - zapewnił mniestarszy z nich. - Jakbyście zabałaganili gdzie podrodze, no to już może być różnie. Ale stąd do Wielkiej Raczy jestjakieś pięć godzin czerwonym szlakiem, zabłądzić trudno, a potemto już w dół do samego Zwardonia. Piechotą to też ze czterygodziny, ale na desce godzinka styknie. My dalej jedziemy, aż "PodLawinę", ale bardziej dołem, bo szczytami nijak. Wy się niekrępujcie - zakończył ze śmiechem. - DoPrzegibka macie ze dwieście metrów w dół, potem trzeba wleźćkawałek, sto metrów jakieś, a potem już tylko w dół.- Spojrzał na zegarek. - Dziewiąta dopiero,więc macie czas.

Faktyczniemiałem czas. Dlatego w bacówce zjadłem wielką michę gorącejzupy; mimo wczesnej godziny nieliczni goście byli już po śniadaniu,ale w górach zupy gotują jak dla pułku wojska, więc sporozostało. Pewnie starczyim wszystkimtakże na obiad. Zupa nazywała się po prostu "zupa", cośpomiędzy żurkiem a krupnikiem; tłusta, smaczna, kaloryczna,a wsparta sporą porcją chleba ze smalcem powinna mi zapewnićdość energii życiowej na parę godzin.

Jeszczew bacówce zmieniłem obuwie, swoje reble pakując do plecaka, a nanogi wkładając buty dostosowane do miękkich wiązań. Można w nichprawie normalnie chodzić, chociaż szału nie ma, ale w jeździedobrze trzymają nogę i są naprawdę wygodne. A potemzarzuciłem plecak, na niego deskę w pokrowcu, wyszedłem na dwóri z mozołem podlazłem sto metrów, żeby stanąć na szczycieRycerzowej Wielkiej. Z westchnieniem ulgi klapnąłem na świeżyśnieg i przez parę chwil rozglądałem się po najbliższej i niecodalszej okolicy. Właściwie to rozglądałem się po prawie całymBeskidzie Żywieckim, tak daleko, jak mogłem sięgnąć moim minus jedendioptrii wzrokiem. A że miałem okulary, więc sięgałem daleko.

Pogodarzeczywiście była jak marzenie, mróz zaledwie kilka stopni poniżejzera, słońce już zaczynało grzać, niebo prawie bez chmur, tylko napołudniu, gdzieś nad Słowacją, kłębił się niezbyt przyjemniewyglądający wał. Ale nie zauważyłem, żeby szedł w moją stronę,poza tym gość od ratraka dawał gwarancję, że mam osiem godzin dobrychwarunków, a ja nauczyłem się w sprawach górskiej pogody nieufać nikomu prócz miejscowych górali.

Kiedymimo bielizny termicznej poczułem lekkie drętwienie górnych końcówdolnych kończyn, uznałem, że pora ruszyć dupę. Sięgnąłem po deskęi wyjąłem ją z pokrowca. Zasadniczo wolę zespół DeepPurple, ale kiedy zobaczyłem tę deskę w sklepie trzy lata temu,zakochałem się w niej bez pamięci. To był model od Burtonao wdzięcznej nazwie Easy Livin 155. Przy moich skromnych stusiedemdziesięciu pięciu centymetrach wzrostu - liczonychw skarpetach i na gazecie - długość idealna dotakiej jazdy, jaką preferowałem. Design poskładany zostałz fragmentów historii Led Zeppelin, a sama deseczka, miękkai doskonale wyprofilowana, stanowiła idealny przyrząd do jazdypo puchu i po stokach, na których nie ma nawet śladu wytyczonychtras. Po prostu bajka, o czym już wiele razy miałem okazję sięprzekonać.

Schowałempokrowiec do plecaka, przypiąłem deskę, poprawiłem okulary na nosie,nasunąłem gogle, wstałem i...

Zanimdojechałem do przełęczy, byłem pewnie z osiem razy na Słowacjii z pięć razy na glebie, przy czym cztery razy plecami,a raz twarzą. No po prostu pełnia szczęścia, relaks, adrenalinywięcej jak juchy i wszystko pod kontrolą. Wreszcie pacnąłem naśnieg i zdecydowałem, że pora odpiąć deskę i podejść, boPrzegibek był najniżej położonym punktem na mojej trasie. Jednakzanim sięgnąłem do wiązań, w czystym górskim powietrzu doszedłdo mnie znajomy odgłos. Koledzy z ratrakiem właśnie wracali, bodźwięk narastał. Więc zamiast odpinać dechę, wstałem i prawie nakrechę, bez żadnych skrętów, dojechałem do schroniska. Dość wolno podsam koniec, bo schronisko leży parę metrów wyżej niż przełęcz, ale naszczęście obeszło się bez hulajnogi; dla każdego snowboardzisty tojakaś tam mała plamka na honorze, kiedy musi wypiąć tylne wiązaniei odpychać się jak pięciolatek. Minutę po mnie pod budynekzajechał ratrak.

Zamachałem,a kierowca na mój widok przyhamował.

- Panowie,mogę liczyć na jeszcze jedną podwózkę? - zawołałem,przekrzykując huk diesla.

- A dokąd?- zainteresował się kierownik pojazdu.

- Z powrotemdo bacówki!

- Takwam ichnia zupa zasmakowała? - Zaśmiał się, jednocześnieręką wykonując zapraszający gest.

Szybkoodpiąłem deskę, wrzuciłem ją na pakę razem z plecakiemi wgramoliłem się do kabiny.

- Zupabyła niezła, ale tak sobie pomyślałem, że śmignę jeszcze raz tą samątrasą. Dodatkowa godzinka niezłej jazdy, czemu więc nie skorzystać?- spytałem retorycznie. - Tym bardziej żenadarza się okazja.

Wysadzilimnie po pół godzinie tam, gdzie poprzednio; z trudem wcisnąłemim dychę, bo bronili się, twierdząc, że już im zapewniłem monopolowąna wieczór, ale dali się przekonać, że zgrzewka piwa na zapojkę niezaszkodzi. Prawdziwi górale z takimi argumentami nie dyskutują.Pożegnali mnie jeszcze serdeczniej i pojechali w dół, żebyjak najszybciej odstawić pojazd, zamienić pozyskane środki płatniczena środki płynne, niezbędne do przetrwania zimą w górach,i przystąpić do celebrowania końca pracowitego dnia oraz snuciamiłych wspominków o hojnym darczyńcy, którego zapewne już niezobaczą. Czego być może będą trochę żałować, ale w końcu lepszaflaszka w garści niż zwariowany snowboardzista na pace. Choćprzecież w tym konkretnym przypadku jedno wynikało bezpośrednioz drugiego.

Drugizjazd był jeszcze lepszy, bo poprzednio wypatrzyłem kilka ciekawychnaturalnych hopek, ale nie wszystkie udało mi się zaliczyć. Kiedyponownie wylądowałem na Przegibku, było już południe, ale nieżałowałem "straconej" godziny z okładem. Terazczekało mnie podejście, ze dwieście metrów pod górę, więc odpiąłemdeskę i zmieniłem buty, zakładając od razu raki, boprzeczuwałem, że mogą się przydać. Rzeczywiście, było ślisko jakdiabli, a zmrożony i przewiany mocno śnieg mógłby sprawićmi przykrą niespodziankę. Zjechać z takiej wysokości to średniaprzyjemność, pewnie przy odrobinie szczęścia utkwiłbym w puchuparęnaście metrów niżej, ale z wygrzebaniem się mógłbym miećproblem. Przy braku szczęścia pojechałbym ze trzysta, czterystametrów w dół, a może nawet, nie daj Bóg, do Słowacji. Nieżebym coś miał przeciwko temu pięknemu krajowi, ale po lewej byłobardziej stromo i gdzieniegdzie spod śniegu wystawały samotneskały; kontakt z nimi mógłby być naprawdę przykry, zwłaszczaprzy odpowiedniej - czy raczej nieodpowiedniej, bo zbytdużej - prędkości.

Dlategozachowywałem czujność i wspinałem się raczej wolniej niższybciej. W rezultacie osiągnąłem wierzchołek kolejnej góry kołopierwszej trzydzieści. I zaczęło mi się trochę spieszyć, bo wałchmur znad bratniego kraju zdecydowanie się przybliżył, na dokładkęmocno już dmuchało. Szybko zmieniłem buty, przypiąłem deskęi postanowiłem nie marnować więcej czasu, tylko dotrzeć jaknajszybciej do Wielkiej Raczy, żeby mieć jeszcze godzinę dziennegoświatła na zjazd do Zwardonia. Nawet ja nie jestem takim idiotą, żebyzjeżdżać po ciemku, w nieznanym terenie i podczas z lekkazałamującej się pogody. Niestety gdy się człowiek spieszy, to siędiabeł cieszy; mój prywatny diabeł ucieszył się dokładnie pół godzinypóźniej.

Jechałemwłaśnie frontsidem, czyli na przedniej krawędzi deski, po słowackiejstronie, kiedy nagły podmuch wiatru w plecy mocno mną zakolebał.Próbując odzyskać równowagę, przeszedłem na backside i zjechałemjednym długim ślizgiem ze dwadzieścia, może dwadzieścia pięć metróww dół. Stok wydawał się gładki jak stół i pokryty conajmniej dwumetrową warstwą świeżego puchu, ale to było tylkozłudzenie. Śnieg, owszem, był jak należy, tyle że wystawały spodniego ostre wierzchołki skał, może pozostałość po jakimś większymrumowisku. Jedną z nich dojrzałem pięć metrów przed sobąi wbiłem obie pięty mocno w deskę, żeby wyhamować. To byłniestety błąd, bo gdybym docisnął tylko lewą albo prawą nogą,minąłbym kamulca wprawdzie tylko o centymetry, ale jednakw bezpiecznej odległości. W panice próbowałem zahamowaćcałą krawędzią i prawie by mi się to udało, ale "prawie"robi czasami różnicę, którą można odczuć. Dość boleśnie.

Naszczęście nic sobie nie zrobiłem. Sobie. Bo decha zahaczyła krawędziąo skałę i aż jęknęła. Ja też jęknąłem, bo ewentualneuszkodzenie mojej ukochanej Easy Livin zabolałoby mnie pewniebardziej niż ją. W końcu była deską. Włączyłem dodatkowy hamuleci klapnąłem tyłkiem na śnieg. Próbowałem jeszcze wesprzeć się narękach, ale zapadłem się po łokcie. Dobrze, że praktycznie już sięzatrzymałem, bo mógłbym tam zostawić obie łapy, albo co najmniejpołamać je w stawach.

Wygramoliłemsię i pełen najgorszych obaw odpiąłem deskę. Obejrzałem ślizgi zamarłem. W poprzek, dokładnie między wiązaniami, biegłapaskudna rysa. Nie to było jednak najgorsze. Skała nie tylko rozorałaślizg, ale również uszkodziła krawędź, przerywając stalową listwęi wyrywając ją na długości dwudziestu centymetrów.

- Noto sobie pozjeżdżałem... - wymamrotałem zrozpaczony,oceniając skalę szkód, które wyrządziłem do spółki z kawałemschowanej pod śniegiem skały. O ile się znam na deskach, taakurat była nie do uratowania, a na pewno nie dałoby się jejnaprawić przy pomocy narzędzi, które miałem przysobie; nie na tyle, żebym mógł normalniejechać dalej. Puściłempod nosem wiązankę, głównie pod własnym adresem, chociaż temuwrednemu kamlotowi też się dostało. Słowa na "k", na "ch"i na "dupa" krążyły przez chwilę w powietrzu,ale wiatr od słowackiej strony porwał je i uniósł ze sobą. A jazostałem z problemem, którego nie dało się rozwiązać inaczej,jak tylko poprzez działanie skierowane bezpośrednio na jegorozwiązanie. Tu trzeba było wziąć się do roboty, a nierozmyślać, bo zaczynało się robić naprawdę zimno i pogodawyraźnie się pogarszała.

Wlazłemte trzydzieści metrów pod górę i zsunąłem się na tyłku paręmetrów w dół, żeby znaleźć się po drugiej stronie grzbietui chociaż trochę schronić się przed coraz mocniej zacinającymwiatrem. Wyjąłem z plecaka niezbędnik z kluczamii śrubokrętami i spróbowałem wcisnąć wyrwaną listwęz powrotem na miejsce.Jakoś mi się udało, ale na wszelki wypadek wzmocniłem konstrukcjęgafferem wzdłuż krawędzi. Strzelać się z tego nie da, ale możeda się powolutkudojechać na krechę,czyli na pełnym ślizgu, żeby oszczędzić moją subtelnąpartaninkę. Kiedy byłem mniej więcej zadowolony z efektu,sięgnąłem po komórkę. Brak zasięgu. No, pięknie. Napisałem SMS-a doAśki, że mam awarię sprzętu i żeby poczekała, aż zadzwonię, żejuż dotarłem na miejsce, no i że mogę być momentami pozazasięgiem. O dziwo - przeszedł. Pewnie dlatego, żechwilę wcześniej wstałem, wlazłem pod górkę i zacząłem wpinaćdeskę. Za chwilę przyszła odpowiedź: BSDIUNS. Nasz kod; znaczyło to"baw się dobrze i uważaj na siebie" w sensiedosłownym, a w sensie metaforycznym - że będzieczuwać, aż dam znać, że już się skończyłem "dobrze bawić".

Zapiętnaście trzecia ruszyłem mozolnie naprzód. Trochę jechałem, aleostrożnie jak osiemdziesięciolatek, trochę szedłem, kiedy robiło siępod górkę. Od południa dął wiatr, niby ciepły, ale upału nie było,chociaż ja pociłem się cały czas. Po godzinie zdałem sobie sprawę, żenie mam szans, żeby dotrzeć do schroniska za jasnego, a pociemku tym bardziej nie będę miał szans. Niby idąc grzbietem górskim,dość trudno zabłądzić, ale dość łatwo się stoczyć, bynajmniej niew metaforycznym sensie. Zwłaszcza że z wiatrem nadpłynęłychmury i śnieg zaczął sypać dość poważnie, a widocznośćspadła do dwudziestu metrów. Niedobrze.

Jeszczeprzez pół godziny toczyłem nierówną walkę, aż wreszcie dałem zawygraną. Do Wielkiej Raczy w tym tempie i w tychwarunkach pogodowych nie dojdę, choćby skały srały. Dlategoprzypiąłem deskę i zdecydowałem się na pójście na skróty. Zostaćw górach na noc to kiepski pomysł, ale zjechać w dół,z wiatrem w plecy, chyba jakoś dam radę. Taką przynajmniejmiałem nadzieję. Na szczęście okazało się dość szybko, że niemusiałem tego sprawdzać empirycznie, bo mógłbym się rozczarować.

Szczęście...Mawiają, że jak ktoś ma pecha, to mu nawet w drewnianym kościelecegła na łeb spadnie, a jak ktoś ma szczęście, to i w szambieznajdzie sto złotych. Ja miałem szczęście niebywałe; może nie te dwiegodzinki temu, kiedy rozwaliłem dechę, ale teraz - napewno. Nawet nie zdążyłem się rozpędzić, kiedy wiatr nagle ucichł,śnieg na chwilę, dosłownie na ułamek sekundy, przestał walić, jakbywyczerpał zapas tych swoich cudownych gwiazdeczek, z którychponoć każda jest inna, a ja ujrzałem jakieś sto, może stopięćdziesiąt metrów na prawo strunę światła. I to niejedną.

Zupełnieodruchowo docisnąłem palcami stóp przednią krawędź deski i łagodnymłukiem skierowałem się w tamtą stronę, dziękując jednocześniewszystkim moim aniołom stróżom, że decyzji o zjeździe niepodjąłem dwie minuty później. Wtedy prawdopodobnie ominąłbym toprzyjazne miejsce o dobre trzysta metrów i nie miałbymnajmniejszej szansy, żeby dostrzec światła; blask padający z kilkuokien, na kilku poziomach i w różnych kierunkach. Zarazpotem w duchu podziękowałem też nieznanemu mi jeszcze małżeństwuz Wrocławia, bo prawdopodobnie gdyby nie oni, tych świateł tutajw ogóle by nie było. Według wszystkich znaków na ziemi - naniebie znaków brakowało, bo zasnuwały je ciężkie, brudne chmury,z których sypało jak kozie z dupy - miałem przedsobą stanicę "Pod Lawiną". Nie widziałem naturalnieszyldu, nie w tych warunkach, ale to po prostu nie mogło być nicinnego. Tutaj nie było nic innego.

Docelu zostało mi ze sto metrów, kiedy nagle powietrze za moimi plecamidrgnęło. Raz, a potem drugi. Raz z lewej, a zarazpotem z prawej. Odruchowo obejrzałem się za siebie.

- Kurwa- powiedziałem dość głośno. W narastającym szumiei tak nikt by mnie nie usłyszał. Mogłem kląć, ile wlezie.- A chciałem się tylko oderwać na parę godzin...

Zamoimi plecami góry, sycząc i trzeszcząc, ruszyły z miejsca.Z dwóch miejsc, dokładniej mówiąc. Najpierw majestatycznie,powoli, ale z każdą chwilą nabierając rozpędu, szły prosto namnie i na położony poniżej "ostatni przyjazny dom".Dwie lawiny, prawie równolegle zmierzające w moim kierunku.I w kierunku schroniska...

Przeszedłemna backside, żeby odbić trochę w lewo, nie bacząc na uszkodzonąlistwę i zrypany ślizg, który w proteście zachrobotał nalekko zmrożonym śniegu. Taśma prawie natychmiast się odlepiła, alejakimś cudem sama listwa została na swoim miejscu, może wciśniętaprzez napór podłoża. Po kolejnych dwudziestu metrach, kiedy nabrałemprędkości i naprawdę się bałem, że zaraz ta nieszczęsna listwawyrwie się z mięsem albo odegnie pod takim kątem, że wbije sięw śnieg, wysadzając mnie z wiązań, ostrym skrętemprzeszedłem na frontside. Mocno depnąłem na przednią nogę, pochyliłemsię w przód i zszedłem do niskiego półprzysiadu. Spod deskiprzy zwrocie trysnęła fontanna śniegu, a ja jednym, ostro ciętymskrętem, sypiąc na pełnej prędkości, wyminąłem stanicę w odległościparu metrów od jej lewej ściany. Zauważyłem wielkie sople zwisającez dachu nad niewielkim tarasem, balkonem właściwie, położonym nanajwyższym piętrze, dwa rozświetlone okna poniżej i cztery oknana parterze. Minąłem budynek na pełnej prędkości, wjechałem naniewielki placyk, pełniący funkcję podwórka, gdzie pięć czy sześćmetrów od rogu domu zauważyłem małe podwyższenie, taki większy ganek,i maksymalnie ostrym skrętem na samych palcach, stawiając deskęprawie poziomo do stoku, wyhamowałem. Dokładnie na wysokości tegożganku, jakieś kilka kroków od niego. A zaraz potem padłem natwarz. Trochę na ręce, ale twarz miała niestety bliżej do podłoża.Zdecydowanie bliżej. Walnąłem tak, że aż mi gogle pękły. O dziwookulary, które miałem pod spodem, nie wbiły mi się w gałkioczne, co uznałem za kolejny łut szczęścia.

Siłauderzenia wycisnęła mi z płuc całe powietrze, a żebrai przepona niemal natychmiast odmówiły dalszej współpracy.Leżałem więc i zdychałem, nie mogąc złapać oddechu i liczącw skrytości ducha, że budynek osłoni mnie i ochroni przedzasypaniem. Nigdy w życiu nie byłem przysypany lawiną, ale niemiałem wątpliwości, że by mi się to nie spodobało. Nie pozwolę sięzasypać także dzisiaj. Może jutro; dzisiaj na pewno nie.

Naglepoczułem, jak coś unosi mnie w górę. To znaczy próbuje unieść.Dać się porwać lawinie to kiepskie rozwiązanie, więc wczepiłem siępalcami w zmrożony śnieg i zaparłem deską. I wtedy,tuż przy uchu, usłyszałem jakby śpiew anioła. Głos nieco schrypnięty,ale słowa przecudne:

- Kurwa,puść się, człowieku, bo cię nie dźwignę!

Puściłemsię i już po chwili stałem przed jakimś facetem. Miał metrdziewięćdziesiąt w kapeluszu, tyle że nie miał kapelusza, tylkokrótko przystrzyżonego jeża. I najbardziej idiotyczny sweter,jaki w życiu widziałem, z najbardziej szkaradnymireniferami na świecie, które miałem mniej więcej na wysokości twarzy.To chyba właśnie te renifery mnie uratowały, bo na ich widokparsknąłem śmiechem, organizm z lekka się rozluźnił i złapałempierwszy od upadku haust powietrza.

Przezchwilę dyszałem jak parowóz, aż wreszcie wystękałem:

- Dzięki,brachu, życie mi uratowałeś.

Zarechotał.

- Bezprzesady - rzucił niedbale. - Ale chodź dośrodka, bo nas zasypie.

Podniósłmnie za ramiona, jakbym ważył tyle, ile zawsze chciałem ważyć, zrobiłw tył zwrot i w trzech krokach znalazł się przyszeroko otwartych drzwiach. Tu pojawił się mały problem, bo cały czasmiałem obie nogi przypięte do deski. Generalnie właśnie dlatego wolęsnowboard od nart, bo trzeba być niespełna rozumu, żeby przypiąćsobie każdą nogę do osobnej deski, skoro te deski mogą potem pojechaćw dwie różne strony świata, ale jednak przy przechodzeniu... nodobra, przy przenoszeniu przez drzwi takie rozwiązanie mocno utrudniasprawę. Ale to, co dla mnie było trudne, dla mojego wybawcy okazałosię fraszką; przekręcił mnie w powietrzu i wniósł downętrza, zatrzaskując w przelocie drzwi potężnym kopniakiem.Zaraz za progiem postawił mnie na podłodze, ale chyba nie dlatego, żemu było ciężko. Obrócił się ku drzwiom i szybkim ruchemzatrzasnął wielką, drewnianą zasuwę.

Chwilępotem budynek zadrżał, a wszechogarniający szum stał się takpotężny, że nie słyszałem własnych myśli.

- Wytrzyma?!- wrzasnąłem, kiedy potężny facet znów odwrócił się w mojąstronę.

- Chujwie! - odkrzyknął.

Pominucie ja też już wiedziałem, chociaż nie mogłem rzec, żeprzekonałem się o tym na własne oczy, bo od ciepław pomieszczeniu okulary całkiem mi zaparowały. Na zewnątrzzapanowała nagła i niespodziewana cisza, a chałupka staładalej. Zadarłem głowę do góry, żeby widzieć pod szkłami, gdzieceluję, i z radości klepnąłem mojego wybawcę w ramię.Kiedy chciał zrobić to samo, odsunąłem się. To znaczy chciałem sięodsunąć, ale przez tę cholerną deskę mogłem tylko lekko się uchylić.

- Tynie! - rzuciłem szybko. - Zabijesz człowieka...

W odpowiedztylko się uśmiechnął.

- AdamBiegała - powiedział, wyciągając do mnie wielką grabę.- Dumny właściciel domu, który się oparł lawinie.

- MaciejŚlużyński - odparłem, ściskając mu dłoń. - I szczerzepowiem, że naprawdę cholernie się cieszę z naszego spotkania.

- Myślę,że obaj mieliśmy dzisiaj trochę szczęścia - powiedziałskromnie.

- Jamiałem bez wątpienia. A na czym polegało twoje szczęście?- zainteresowałem się. Nawet mi do głowy nie przyszło, byzwracać się do niego formalnie, per "panie Adamie".Uratował mi życie, będę jego dozgonnym dłużnikiem - nochyba że odwdzięczę mu się tą samą walutą - a towymuszało bliskość. Z kolei on - według jakiejśmaksymy, mądrej, więc pewnie chińskiej - był odtąd za mnieodpowiedzialny, za życie, które ocalił. Takie więzy doprawdyzacierają konwenanse jako zbędne pierdoły, utrudniające kontaktyi konwersację. No krótko mówiąc, zaprzyjaźniliśmy się od owegopierwszego, zaczerpniętego przeze mnie po upadku haustu powietrza.

Adamtymczasem kontynuował swoje wywody.

- ...żeakurat patrzyłem przez okno i cię zauważyłem, bo inaczej bym niewyszedł.

- Noto chyba raczej ja miałem szczęście, i to podwójne. Więcejszczęścia niż rozumu...

Oficynawydawnicza RW2010 proponuje:

ANTOLOGIA"KRYMINALNA 13" to jedyny w swoim rodzajuprojekt, firmujący pierwszy konkurs literacki organizowany przezOficynę wydawniczą RW2010. Znaleźliśmy 13 specjalistów od zbrodni, 13sprawdzonych fachowców od literackiej mokrej roboty i umieściliśmyich zabójczo świetne opowiadania w jednym zbiorze. Zarazempoprosiliśmy szanowne autorskie grono, aby wzięło udział w pracachprofesjonalnego, kompetentnego i niezależnego jury.

Medialnypatronat nad konkursem objęła redakcja "Świtu ebooków"oraz serwis literacki "Książka zamiast kwiatka",platforma "Maszyna do pisania", serwis "E-fantastyka","Kawiarenka kryminalna", Portal Rynku Wydawniczego"Wydawca".

Zapraszamdo lektury naszej antologii. Prezentujemy wysmakowany zestawopowiadań kryminalnych i sensacyjnych, podlanych tajemnicą,doprawionych szczyptą fantastyki, zbiór tekstów na wskrośwspółczesnych oraz sięgających w przeszłość, a nawetdotykających wydarzeń i postaci historycznych. Przed Wami ponad250 stron, 13 autorów i jeden motyw...

KrzysztofGolczak: SZCZĘŚCIARZ

Przykażdym morderstwie odpowiedzi na wszystkie pytania znają dwie osoby:sprawca i ofiara.

Posamobójstwie partnera podkomisarz Robert Jastrzębski próbuje odnaleźćsię w nowej dla niego rzeczywistości. Przymusowy urlop nieprzynosi oczekiwanych rezultatów. Pozostaje liczyć na to, że kolejnedochodzenie przy wsparciu młodych sił śledczych poprawi sytuację.W Poznaniu, niemal pod nosem komendy, ktoś zastrzelił spokojnegobiznesmena w jego własnym mieszkaniu. Wszystko wskazuje na to,że ofiara jest przypadkowa, a raczej nic sugeruje istnieniaracjonalnego motywu zbrodni.

Trudnasprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy w równieniejasnych okolicznościach ginie osoba powiązana z ofiarą.Żmudne, drobiazgowe śledztwo nabiera nowego wymiaru. CzyżbyJastrzębskiemu trafił się pierwszy seryjny zabójca w jegodługiej policyjnej karierze? A może to niezwykły zbiegokoliczności? Czy kontakty podkomisarza z miejskim półświatkiemzaowocują obiecującymi tropami? A może inteligentny, cynicznyi dotąd skuteczny podkomisarz poniesie spektakularną porażkę?Szczęście zdaje się sprzyjać sprawcy, pech prześladuje policję,a nieregulaminowy flirt z niesfornym świadkiem grozikłopotami.

"Szczęściarz"to miejski kryminał w starym dobrym stylu. Policjant, ofiara,śledztwo, morderca. Dobro kontra zło. I jeszcze coś pomiędzy...

GrzegorzBartos: CUKIERECZEK

Poszukiwanie,które staje się obsesją, mężczyzna, który nie ma czasu do stracenia,i kobieta, dla której warto żyć.

GerardBurzyński, policjant z wydziału dochodzeniowo-śledczegoradomskiej Jedynki prowadzi prywatne śledztwo w sprawiezaginięcia Eweliny Frankowskiej - byłej mistrzynikickboxingu. Przemierza zakamarki "miasta z wyrokiem",jego zaułki, ślepe ulice, torowiska, Planty. Poszukiwanie Cukiereczkato dla niego znacznie więcej niż praca, więcej niż zadanie - wgrę wchodzi uczucie. Czeka go niełatwa przeprawa, bowiem porywacz,postać z cienia, obdarzył swoją ofiarę równie silnym afektem.

"Współczujętemu, kto spróbuje jej zrobić krzywdę" - mówio Frankowskiej jej stary trener. Cukiereczek walczy odtrzynastego roku życia. Dziewczyna, która wychowała się w najgorszejdzielnicy miasta, weszła na sam szczyt sportów walki i...zrezygnowała. Dlaczego? "Pies z martwego miasta",szukając tropów, dotyka niejednej tajemnicy związanej z byłąmistrzynią. A zegar tyka. Gerard ma coraz mniej czasu, abyodkryć, kto jest stalkerem.

"Cukiereczek"to thriller o obsesji. Powieść kryminalna o poszukiwaniuodpowiedzi. Przejmujący obraz szaleństwa i portret miastaskazanego na śmierć.

SebastianImielski: SZKOŁA NA WZGÓRZU

Szkołauczy i karze niepokornych.

Posadaw Zespole Szkół w Sławinie jest dla Sylwestra Cichegoszansą na nowy początek po osobistych niepowodzeniach. Młodynauczyciel szybko przekonuje się, że życie na kaszubskiej prowincjidalekie jest od sielanki. Szkoła - zarządzana surowąręką przez małżeństwo Mechów - kryje w sobiewiele tajemnic. Bohater zagłębia się w nie, gdy w nieznanychokolicznościach przepada bez wieści jedna z uczennic.

Wbrewdyrekcji szkoły Cichy angażuje się w poszukiwania. Analizujehistorię placówki i odkrywa, że dwadzieścia pięć lat wcześniejzniknęła i nigdy nie została odnaleziona inna dziewczyna. Belferprzekonany, iż przypadki obu uczennic się łączą, prowadzi swojedochodzenie. Pomaga mu dziennikarz trójmiejskiego brukowca KarolZawada, przed laty zajmujący się sprawą zaginionej uczennicy.

Cosię stało z dziewczynami? Zostały porwane? Czy jeszcze żyją?A może uciekły, jak sugeruje policja? Nerwowe reakcje pewnychosób oraz dramatyczny rozwój wydarzeń dowodzą, że badanie przeszłościSławina wyraźnie komuś zagraża. Czyżby na teranie spokojnegomiasteczka grasował morderca? Cichy i Zawada są pewni swoichteorii - dlatego z narażeniem zdrowia, a nawetżycia angażują się w jego zdemaskowanie.

"Szkołana wzgórzu" to zgrabne połączenie powieść detektywistyczneji obyczajowej. W małomiasteczkowej scenerii rozgrywają sięwielkie dramaty i rozciągnięte w czasie tragedie.

MaciejŻytowiecki: MÓJ PRYWATNY DEMON

Chicago,1939 rok. Miastem wstrząsa seria mordów. Tajemniczy zabójca zbierakrwawe żniwo wśród pracujących dziewcząt, pozostawiająccharakterystycznie okaleczone ciała. Przywrócony do służby detektywEzra ma mało czasu, żeby rozwiązać zagadkę. Najpierw jednak musizmierzyć się ze swoimi demonami - być może sam jestbardziej niebezpieczny niż wszyscy zbrodniarze świata. Od brudnychzaułków Chicago, po kraniec wszechświata... Kryminał fantastyczny,jakiego jeszcze nie było.

MarianKowalski: MROCZNE DZIEDZICTWO

Spotykająsię na zjeździe poświęconym zjawiskom nadprzyrodzonym. Daniel jestsceptycznym niemieckim dziennikarzem, żyjącym teraźniejszością,nieczującym związku z rodziną i jej historią. Irena topolska rzeźbiarka, za którą ciągnie się tren odległej przeszłości.Mroczna scheda po przodkach nie daje o sobie zapomnieć. Ma wpływna jej obecne życie oraz na losy związanych z nią mężczyzn. Naplenerze rzeźbi posążek swej dalekiej krewnej spalonej na stosie;duch kasztelanki - opiekuńczy? żądny zemsty? - wciążjej towarzyszy.

W powieściprzewija się wątek Inkwizycji i procesów budowanych napomówieniach; pojawiają się postaci "czarownic", ichbezlitosnych sędziów, oraz potomków jednych i drugich.

W historiipełnej tajemnic nie może zabraknąć motywu ukrytego skarbu, sporówrodzinnych sprzed wieków prowadzących do okrutnej śmierci i nagłycha niejasnych zgonów w teraźniejszości. Wiele tu legend,aluzji, dywagacji oraz... uczucia. "Mroczne dziedzictwo"to niesamowita opowieść o miłości, przeznaczeniu, szukaniumiejsca w życiu, to historia intrygująca i fascynująca.

MarianKowalski: STRAŻNICY ZMARŁYCH

Zbióropowiadań sensacyjno-kryminalnych, głównie o tematycemarynistycznej, w której bohaterami są marynarze, pięknekobiety, chciwi piraci i okrutni esbecy. To opowieści zezbrodnią w tle, uwodzące klimatem tajemnicy, egzotyki; innehistorie porażają historyczną prawdą oglądaną z okna lub...opatrzoną kryptonimem. Dzięki lekturze zagłębiamy się w tygielskrytych żądz, marzeń, których spełnienie może oznaczać śmierć. Twojąlub cudzą. Dlatego: uważaj, czego pragniesz. Strażnicy zmarłychczuwają.

Akcjatytułowych "Strażników zmarłych" toczy się na redzieportu nigeryjskiego Lagos. Na statku Obandochodzi do morderstwa. W Nigerii ogłoszono stan wojennyi policja nie może przypłynąć; przeprowadzenie śledztwa kapitanpowierza zatem stewardowi Ramsdellowi, który z wykształceniajest... logikiem.

MarianKowalski: WOŁANIE MEW

Powieśćobyczajowa z wątkami thrillera i fantastyki. Przedstawialosy celebrytki i modelki Ingi Bral wpisane w ponurą morskąlegendę o mewach z duszami topielców.

Ingai Joachim Krafft żyją banalnie, zmysłowo. On - Mazurz pochodzenia - dobrze wszedł w wielkomiejskipejzaż, ona - córka polskiego marynarza - niezadowala się tym, co ma, pragnie czegoś więcej niż podziw mężczyzni niesłabnące pożądania kochanka-opiekuna. Nie wystarcza jejdostępne szczęście i osiągnięta już stabilizacja. Pełnasprzeczności, dążeń i pretensji do świata nie potrafi spokojnieżyć u boku Joachima. Chce czegoś dokonać, zasłużyć na...nieśmiertelność. Pragnie zostać dziennikarką, marzy o rejsiejachtem. Ale gdy w końcu namawia Joachima na wyprawę po MorzuPółnocnym, rzeczywistość i wszechobecne mewy napawają jąlękiem...

Nachwilę znajduje wytchnienie wśród norweskich fiordów, u boku dwóchzauroczonych nią mężczyzn. W odmiennym krajobrazie wierzy, żeodnajdzie cel. Tu wszystko ma swą nazwę, głębszy sens, nie sprowadzasię tylko do seksu. Ale i tu są mewy, tajemnice i dziwna,czająca się wśród wrzosowisk i bagien groza. Może odprzeznaczenia nie da się uciec...? Jak to się skończy, czy Ingaznajdzie to, czego szukała, czy odmieni swoje życie, nagrywającwymarzoną świąteczną audycję o ludziach morza?

JanSiwmir: ŻABEŁ TROJAŃSKI

Powieśćkryminalna z mocnym tłem obyczajowym. Historia dwóchinteligentów na samym dnie drabiny społecznej. Wygadany Żabełi ambitny Maryśka zostają wyrobnikami na obczyźnie. Muszą sięprzystosować nie tylko do walijskich realiów i ciężkiej pracyfizycznej, ale i do stylu życia oraz poczucia humoruobowiązującego w rejonach z pogranicza klasy robotniczej,marginesu i jaskiniowców. A przy tym mają niełatwe zadanie:rozwiązać sprawę tajemniczych zaginięć Polaków na Wyspach...

Prologdodaje powieści "poetyckich barw", a epilog - zaskakuje.

TomaszMróz: FABRYKA WTÓRÓW

Wielkiponury budynek w centrum miasta, ginący w szarejkotłowaninie chmur. Nikt w okolicy nie wie, co się tam mieści,i nikt tego wiedzieć nie chce. Ci, którzy dostali się do wnętrzadziwnej budowli, znikają, by po jakimś czasie powrócić - alezupełnie odmienieni. Strażnik Instytutu przegania wścibskichnatrętów, lecz jeśli już ktoś pozna tajemnicę, nie ma drogi odwrotu.Co się wydarzyło setki lat temu na dalekiej Syberii? Kim jestczłowiek w czarnej pelerynie biegnący do tramwaju? Czy możnaprzekazać swe życie komuś innemu?

Wedrzyjsię do "Fabryki wtórów", poznaj jej sekrety. Leczpamiętaj, kto przekroczy progi Fabryki, już nigdy nie będzie taki jakwcześniej.

"Fabrykawtórów" to powieść kryminalna z elementami thrillerai science-fiction, tradycyjnie dla serii z KomisarzemWątrobą, okraszona dużą dawką humoru i kpiny. Komisarz swoimzwyczajem nie daje za wygraną, dopóki nie dotrze do istoty problemu.

TomaszMróz: PRZEJŚCIE A8

Kryminałnie z tego świata. Mamy tu: tajemnicze zabójstwa, kuszenie,cyrografy, złote sztabki, walkę dobra ze złem, satyrę i pełneironii obserwacje rzeczywistości..

PrzejścieA8 to kryminał paranormalny, w którym miesza Nowak. Przygotujciesię na spotkanie z komisarzem Wątrobą (w roli kuszonego),posterunkowym Chwiejczakiem (niezłomnym) i nieśmiertelnąławeczkową trójcę (Pająk, Marian i Stalowy), która postanawiaiść... do pracy. Cud boży? Raczej szatańskie sztuczki.

Cozrobić, kiedy w twoim życiu pojawi się Nowak? Jak uchronić sięprzed jego knowaniami, bandą arabskich górników oraz fanatyzmem Bolkaz działu marketingu? Jakie zalety ma mały mózg w dużejgłowie? W "Przejściu A8" zostały połączone rzeczystraszne i śmieszne, płytkie i głębokie oraz wysokiei niskie. Wynik jest zaskakująco pozytywny oraz pozytywniezaskakujący.

TomaszMróz: SZARY CIEŃ

Mylnetropy, zjawiska paranormalne, półświatek, którego życie koncentrujesię w miejscowym parku - to sceneria powieści Szarycień. Historia dziwnego zgonu i jeszcze dziwniejszegopodejrzanego kładzie się cieniem na życiu komisarza Wątrobyi posterunkowego Chwiejczaka, nie dając im spokoju przez lata.

W saloniezaniedbanej przedwojennej willi zostaje znalezione ciało młodegoczłowieka. Z zebranych informacji wynika, że był on związanyz tajemniczą sektą religijną. Okoliczności zdarzenia i brakśladów walki wskazują na samobójstwo, jednak symboliczne ułożeniezwłok, niejasne zeznania świadków, jak również sny prowadzącegośledztwo - podsycają podejrzenia, że było to morderstwo. W tymsamym czasie w pobliskim parku trwają poszukiwania sprawcybrutalnego pobicia włóczęgi. Policjanci nie umieją, a może niechcą połączyć tych dwóch faktów. Dopiero upływ lat, wyrzutysumienia i... nuda starości powodują, że komisarz Wątrobai posterunkowy Chwiejczak postanawiają rozwiązać starą sprawę.

"Błędysię mszczą przez całe życie" - ta sentencjasprawdza się i tym razem, a osoba tytułowego Szarego cieniajest właśnie takim życiowym błędem sprawców zbrodni.

TomaszMróz: PrzypadkowyZABÓJCA

Jednoz ekstremistycznych brytyjskich ugrupowań politycznychprzygotowuje zamach na premiera Wielkiej Brytanii podczas jego wizytyw Polsce. Jednak domniemany płatny zabójca, Polak z pochodzenia,okazuje się nie być tym, za kogo się podawał. Wykorzystującpodobieństwo do rzeczywistego mordercy, inkasuje kilkaset tysięcyfuntów zaliczki, aby uciec swoim zleceniodawcom i rozpocząć noweżycie - z dala od kraju rodzinnego i polskiego"piekiełka" emigrantów na Wyspach Brytyjskich. Realizujeswój plan aż do momentu, kiedy pojawia się dziwny, nieziemskiopiekun, deklarujący pomoc w planowanym zabójstwie.

Brytyjskiesłużby specjalne wraz z londyńską policją, w postaci panówSmitha i Livera, śledzą wynajętego mordercę przez całą Europę.Akcja po kilku dniach przenosi się z Londynu do polskiegomiasta, w którym ma dojść do zamachu. Komisarz Wątroba wraz ze swoimzespołem zostaje wciągnięty wsieć politycznych intryg, grę tajnychsłużb i... demonów z piekła rodem.

ElaGraf: AGENCJA DIMOON. TEN SIĘ ŚMIEJE, KTO UMRZE OSTATNI.

Viavilleto spokojne miasto, rodzina Colona zaprowadziła tu porządek kilka lattemu, eliminując niemal całkowicie konkurencję. Ale nie tylko włoskamafia rządzi miastem i chroni tych, którzy się jejpodporządkują. Istnieje w Viaville organizacja o wielepotężniejsza, starsza, lepiej ukryta. Ci, którzy do niej należą lubsą jej protegowanymi, nie muszą się obawiać prawie niczego. W raziedrobnego problemu z prawem pomoże im Agencja Dimoon.

RobertDimoon jest najlepszym detektywem na całym Złotym Wybrzeżu. Pomagająmu w tym niewątpliwie jego paranormalne zdolności oraz liczniznajomi z wielu, bardzo zróżnicowanych kręgów...

Jednaklato 2002 roku nawet dla niego okaże się niezwykle gorące i burzliwe.Jego spokój zmącą nie tylko tajemnicze morderstwa i dziwnezagadki kryminalne, lecz także budząca się prastara, potężna moc,zagrażająca ustanowionemu od dawna porządkowi...

KatarzynaUznańska: ZIEMIĄ WYPEŁNISZ JEJ USTA

Gdyłowca staje się ofiarą...

Królewskiemiasto nie zasypia nigdy, ale dopiero po zmroku budzą się jegoupiory. Łowca, skryty w cieniu starych kamienic, poluje nasamotne kobiety, by podzielić się ich ciałami z rzeką. Ta nocbędzie dla niego wyzwaniem - z prześladowcystanie się ofiarą. Utarty schemat życia Łowcy rozpadnie się w pył,gdy mężczyźnie przyjdzie zmagać się z podobną mu, choć o wielepotężniejszą istotą - estrią.

Ina - polskaszlachcianka - egzystuje od wieków pod postaciążydowskiego demona; czuje jednak, że jej czas dobiega końca. WybrałaŁowcę na powiernika swojej historii, a może kogoś znaczniewięcej...

W powieściteraźniejszość splata się z historią i mitem, tworzącwspółczesną baśń o ludzkich pragnieniach i przekraczaniugranic w pogoni za ich zaspokojeniem.