Rozdział 2
Izzy przerzuciła torbę przez ramię i ruszyła w stronę wind, oszołomiona tym, jak zaczął się jej pierwszy dzień w nowej pracy. Całe przedpołudnie spędziła w swoim dziale, ani na krok nie odstępując kadrowej, którą miała zastąpić na stanowisku. I doskonale się przy tym bawiła, bez żartów.
Znaczy poważnie.
Wszyscy w dziale świetnie dogadywali się ze sobą, sama praca była wymagająca, ale nie przysparzała specjalnych stresów, a do tego Izzy przydzielono (niesłychanie ciasny) gabinet z plakietką z nazwiskiem na drzwiach.
Jakby mało było tych fantastyczności, Incite Fitness - najmodniejszy klub sportowy w mieście - nie dość, że miał siedzibę na dwunastym piętrze budynku tuż obok, to jeszcze przyjmował w swoje podwoje pracowników Ellis Enterprises gratis. Gra-tis. Dlatego w tej chwili Izzy miała za sobą pięć kilometrów na bieżni i była gotowa na drugą część dnia w pracy swoich marzeń.
Widząc, że drzwi windy właśnie się zamykają, wykrzyknęła "proszę zaczekać", na wypadek gdyby ktoś nadstawiał uszu i chciał być miły. Nie spodziewała się jednak wiele. Nieomal pisnęła z radości, gdy między połówkami drzwi pojawiła się zgrabna męska dłoń.
Ten dzień był dla niej naprawdę udany!
- Dziękuję - powiedziała śpiewnie, podbiegając i przekraczając próg windy.
- Nie ma za co - odparł pasażer. - Które pię...
- O mój Boże. - Szczęka Izzy opadła na widok Pana Klaty ze Starbucksa. Wciąż miał na sobie swój szpanerski garnitur (ale już bez poplamionej koszuli), tyle że końce jego włosów były wilgotne, jakby dopiero wziął prysznic. Pociągając nosem, Izzy wyczuła dolatujący od niego zapach mydła. Mmm, taki świeży... Na wstrzymanym oddechu rzuciła: - To ty?
Wyglądał na równie zaskoczonego jej widokiem, lecz na jego twarzy momentalnie zagościł uśmiech, jeden z tych, które przemieniają wyjątkowo przystojnego mężczyznę w dzieło sztuki, a patrzącej na niego kobiecie każą podwinąć palce u stóp.
- Jaki ten świat mały...
Gdy drzwi windy się zamknęły, Blake wskazał kciukiem panel z przyciskami.
- A. Tak. Główny hol poproszę - wydukała Izzy, która praktycznie zapomniała języka w gębie. Przez całe przedpołudnie odganiała od siebie myśli o Panu Klacie, ponieważ nie tylko musiała się skupić na pracy, ale też nie miała większych nadziei, że poranna znajomość z przystojniakiem w cokolwiek się rozwinie.
A tu proszę: znów on we własnej osobie.
No, no.
- A więc - podjął po chwili milczenia. - Pracujesz tu czy tylko chodzisz tutaj na siłownię?
- Byłam na siłowni... - zaczęła i chciała powiedzieć coś więcej, ale przerwał jej bezceremonialnie.
- Normalnie tak się nie zachowuję, ale zaraz ktoś się do nas dosiądzie, muszę więc to załatwić szybko.
Wyraz twarzy miał napięty, a wzrok sfokusowany, lecz jego usta wydawały się rozluźnione, jakby całą tę sytuację uważał za lekko zabawną. Izzy gapiła się na cyfry wyświetlane nad drzwiami windy.
11 - 10 - 09...
"Tylko się nie zatrzymuj, tylko się nie zatrzymuj".
- Wiem, że się nie znamy - oznajmił Blake, skupiając na niej spojrzenie, pod którym zapragnęła poprawić sobie włosy albo makijaż - ale...
08 - 07 - 06...
Izzy wyciągnęła rękę i wcisnęła guzik awaryjnego hamowania, sprawiając, że winda zatrzymała się z szarpnięciem.
Pan Klata umilkł, podczas gdy ona zachwiała się w swoich szpilkach, lądując nieco bliżej niego, na co zareagował lekkim zmrużeniem oczu. Pomiędzy jego brwiami znowu pokazała się zmarszczka.
Izzy prędko pokręciła głową.
- Nie, nie. Nie zrobiłam tego z niecnych powodów. Przysięgam, że nie jestem jak ta baba, co gotowała króliki w Milczeniu owiec. Nie zamierzam cię tu uwieść ani nic. Ja tylko...
- Fatalne zauroczenie.
- Słucham?
- To było w Fatalnym zauroczeniu - wyjaśnił Blake, po czym zmarszczka zniknęła spomiędzy jego brwi. Na twarzy mężczyzny pojawił się za to ironiczny uśmieszek.
- A, tak. Racja. - Izzy przewróciła oczami. - Po prostu chcę usłyszeć, co masz do powiedzenia, zanim zjedziemy na parter. Ten przystanek jest tylko po to.
- Do powiedzenia mam to. - Postąpił krok w jej stronę, ale nie poczuła się w żaden sposób zagrożona. Było to raczej ekscytujące. Wspomniała scenę oświadczyn, w której Darcy mówi do Lizzy pytająco: "Wickham?" i zbliża się do niej w deszczu. Pochłaniając zaczytany egzemplarz Dumy i uprzedzenia, Izzy omal nie zemdlała wtedy po raz pierwszy w życiu. Tymczasem Blake włożył dłonie do kieszeni i podjął: - Przez całe popołudnie będę na spotkaniach, ale czy mógłbym do ciebie przekręcić później?
- Mówisz o telefonie? - Nie uszło jej uwagi, jak idealne są brwi Blake'a. - Na pewno nie jesteś psychopatą?
- Po prostu nie najlepiej mi idzie pisanie wiadomości i wysyłanie tych wszystkich buziek - zaczął się tłumaczyć na wpół żartobliwie.
- Zdarza ci się przypadkiem wysłać bakłażana?
- Nie. - Wybuchnął śmiechem.
- Do wszystkiego doklejasz tę wyświechtaną zapłakano-śmiejącą się buźkę, jak jakiś palant?
- Po tym poznaje się palanta?
- Zdecydowanie.
- Cóż, hmmm, chyba tak. - Odchrząknął nagle i dodał: - Abstrahując od mojej palantowatości...
- Palancizmu. A może palanciarstwa?
- Abstrahując od mojej palantowatości - powtórzył, przewracając oczami. - Lubię słyszeć głos osoby, z którą rozmawiam.
Izzy wydała z siebie nieartykułowany dźwięk, czując, że potrzebuje czosnku albo sztyletu do wrażenia w serce Pana Klaty dla ochrony, gdyż zdania takie jak to, które właśnie wypowiedział, były czystym zamachem na jej jajniki. Lubi słyszeć głos osoby?
"Czemu nie pożresz mego serca tu i teraz, ty urodziwy palancie?"
- Dam ci swój numer - obiecała, starając się, by nie zabrzmiało to zbyt entuzjastycznie - ale nie daję gwarancji, że coś wyjdzie z naszych rozmówek przez telefon. Obawiam się, że mogę mieć kłopot z oderwaniem się od klawiatury albo co gorsza, w konfuzji zacznę wykrzykiwać nazwy emotikonów.
- Bakłażan, bakłażan? - zapytał Blake z poważną miną.
- Rozmowa musiałaby się potoczyć w naprawdę dziwnym kierunku, abym zdecydowała się akurat na ten emotikon, ale kto wie. - Izzy wbiła wzrok w jego pierś. - Masz w biurze szafę pełną czystych koszul czy musiałeś wrócić do domu, po tym jak cię oblałam?
- Pognałem do domu.
Wyrzuty sumienia jej nie opuszczały.
- Mam nadzieję, że chociaż mieszkasz blisko tamtego Starbucksa.
- Wydajesz się bardzo zainteresowana informacjami na mój temat - powiedział z żartobliwym błyskiem w oku, który sprawił, że zapragnęła zmierzwić mu włosy. - Na pewno nie jesteś tą babą z Fatalnego zauroczenia?
- A co? - Przechyliła głowę i wyobraziła sobie go w otoczeniu zwierzątek domowych. - Boisz się o swojego królika? Masz w ogóle królika?
Uniósł jedną brew.
- Po co ci to wiedzieć?
- Fascynują mnie domowi ulubieńcy - odparła, błądząc spojrzeniem po jego twarzy. - Poza tym gdybyś mi powiedział, że masz królika, uznałabym cię za najbardziej interesującego mężczyznę w tej windzie.
Uśmiechnął się szerzej, aż pokazały mu się dołeczki w policzkach.
Skurczybyk miał dołeczki!
"Sztylet niezbędny od zaraz".
- Słowa nie oddadzą żalu, z jakim muszę cię poinformować, iż niestety nie jestem szczęśliwym posiadaczem królika.
Izzy przygryzła dolną wargę, żeby się nie roześmiać. Podniosła wzrok na Blake'a i oświadczyła:
- To straszne, ale może rozważysz adopcję...?
Pochylił się ku niej jeszcze bardziej i nagle w kabinie aż zaiskrzyło od napięcia. A Izzy uświadomiła sobie, że są sami w zatrzymanej między piętrami windzie. Płuca miała przepełnione bijącym od niego zapachem świeżości, który pragnęła wdychać tak długo, aż zacznie jej się kręcić w głowie.
- Przysięgam na Boga, że gdybym nie miał już kota, błagałbym cię, byśmy poszli do najbliższego schroniska, gdzie pomogłabyś mi wybrać królika - niemal wydyszał jej w ucho.
- Ty... masz... kota? - zapytała słabym szeptem, powalona przez świadomość, że nawet sztylet w sercu nie rozwiąże sprawy, skoro Blake lubi koty.
- Mam dwa koty - sprecyzował i wyszczerzył wszystkie zęby.
To był nieprzyzwoity uśmiech.
Blake wiedział. Jakimś cudem wiedział, że powolutku zabija ją i jej części intymne.
- Niezły jesteś - skwitowała, nie tając już uśmiechu.
- To co, dasz mi ten numer czy nie? - Wyjął komórkę i zamarł z palcem wskazującym nad wyświetlaczem.
Ledwie wymieniła ostatnią cyfrę, rozdzwonił się czerwony telefon w windzie.
- Chyba powinniśmy ją uruchomić, zanim zjawią się tu władze - rzucił Blake, a mięsień żuchwy drgał mu w taki sposób, że Izzy mogłaby się gapić godzinami.
- Chyba tak - zgodziła się z nim, odstępując o krok i łapiąc się za usta. - Wolałabym nie odbierać tego telefonu.
- Myślisz, że byś spanikowała i zaczęła wrzeszczeć coś o złym uśmiechu? - zapytał ją i zwolnił przycisk awaryjnego hamowania.
- Yhm.
Gapiąc się dalej na zmieniające się cyfry, pomyślała z zaciekawieniem, co Blake by zrobił, gdyby sięgnęła za jego plecy i nacisnęła guzik ponownie.
Blake
Zapisał zmiany w dokumencie Excela i zerknął na zegarek po raz dziesiąty w ciągu ostatniej godziny. Był kwadrans po piątej, nie czekało go już żadne więcej spotkanie, musiał tylko dopiąć kilka spraw, zanim będzie mógł zakończyć ten dzień pracy. Zwykle przesiadywał w biurze do późna - co najmniej do siódmej - dziś jednak nie potrafił się skupić, odkąd wpadł na tamtą dziewczynę najpierw w kawiarni, a potem w windzie siłowni.
Co na to rachunek prawdopodobieństwa?
Blake na pewno nie szukał nowego związku. Zaledwie przed trzema tygodniami zerwał zaręczyny ze Skye i zamierzał pozostać singlem tak długo, jak się da.
Najlepiej do końca życia.
Ale w tej dziewczynie ze Starbucksa coś było. Amy... Po nieuczciwości Skye, po tej masie białych kłamstw, którymi go raczyła na przystawkę przed swym Gigantycznym Oszustwem, towarzystwo osoby tak otwartej, tak szczerej niosło jakąś świeżość. Miał z nią kontakt góra przez pięć minut, zatem technicznie biorąc, nic o niej nie wiedział, lecz Amy - w porównaniu z jego byłą narzeczoną Pozwól-Że-Coś-Ci-Powiem - wydawała się... prawdziwa.
I to go zupełnie rozwaliło.
Blake nie cierpiał rozmów o niczym - i większości ludzi na dodatek - ale szermierka słowna z Amy sprawiła mu frajdę. Po tym, jak się rozstali w głównym holu, wysłał do niej krótkiego esemesa, żeby miała jego numer.
Próba mikrofonu, 1 - 2 - 3.
Odpowiedziała natychmiast.
I kto tu jest babą z Fatalnego zauroczenia? Ledwie wyszłam na ulicę, a ty już bombardujesz mnie esemesami. Masz obsesję jak Joe Goldberg?
Musiał się zatrzymać, żeby odpisać:
Czy wspomniałem już, że jeden z moich kotów jest niewidomy?
Wyraz jej twarzy w windzie, kiedy napomknął o kotach, był bezcenny.
Stanowisz zagrożenie i powinnam cię zablokować za wypisywanie takich nieprzyzwoitości. A tak zupełnie z innej beczki... jak będziesz dzwonił wieczorem, miej koty w pobliżu, chcę słyszeć ich głosiki.
Cholera, naprawdę nie mógł się doczekać rozmowy z nią.
Czyste szaleństwo.
- Puk, puk.
Podniósł spojrzenie i zobaczył, że do jego biura weszła Pam Carson, kierowniczka działu personalnego.
- Cześć, Pam - rzucił, mając nadzieję, że nie zajmie mu wiele czasu.
- Cześć. - Uśmiechnęła się i dodała: - Słuchaj, nasza nowa kadrowa Isabella Shay zaczęła dziś pracę. Chciałabym ci ją przedstawić, jeśli masz chwilę.
- Jasne - odparł.
W rzeczywistości nowa kadrowa zwisała mu i powiewała. Cały dział personalny chodził jak dobrze naoliwiona maszyneria, w dużej części dzięki Pam. Technicznie biorąc, zasoby ludzkie mu podlegały, ale dopóki nie działo się coś wyjątkowego, wszystkim zajmował się dyrektor, a on prawie nie miał kontaktu z kadrami.
Chyba że w sytuacjach takich jak ta, gdy Pam przychodziła, żeby mu przedstawić nowy nabytek.
- Isabello, to Blake Phillips, jeden z naszych wiceprezesów.
Pam odsunęła się na bok, żeby wpuścić za próg brunetkę, która z uśmiechem podniosła rękę do pomachania. Blake otworzył usta, by wyrecytować formułkę "miło panią poznać", ale zdębiał, widząc, że dziewczyna wygląda kropkę w kropkę jak... Nie, wróć, ona nie wyglądała jak Amy ze Starbucksa. To była Amy ze Starbucksa.
Co, u licha?
Izzy
- To jakiś żart? - Zdawała sobie sprawę, że szczerzy się od ucha do ucha jak trzylatek gapiący się na ciastko, ale co mogła zrobić innego w tej sytuacji? Los raz po raz stawiał tego mężczyznę na jej drodze. - Znowu ty?
- Nie wierzę własnym oczom. - Siedzący za wielkim biurkiem w wielkim gabinecie Blake wyglądał na ważniaka. Też się uśmiechał, ale między brwiami miał tę swoją zmarszczkę.
- Wy się znacie? - Pam przyjrzała im się uważnie, biegnąc wzrokiem od jednego do drugiego i z powrotem.
- Oblałam pana Phillipsa kawą w Starbucksie dziś rano. - I dałam mu swój numer telefonu. - Świat jest naprawdę mały.
Blake odchylił się lekko na krześle i skrzyżował ramiona na piersi. Wyglądał w każdym calu na prezesa. Spod mankietu wystawał mu szalenie drogi zegarek.
- Nazywasz się Isabella?
- Tak...
- Bo sądziłem, że masz na imię Amy.
"O w mordę". Tak się zafiksowała na jego urodziwej buźce, że całkiem zapomniała o podwędzonej kawie. Czując ciepło rozlewające się po policzkach, wymamrotała:
- Dziwne. Nigdy nie mówiłam, że mam na imię Amy. Pewnie tak założyłeś na podstawie napisu na moim kubku. - Gdy nie zareagował, uśmiechnęła się szerzej i postanowiła skłonić go do tego samego słowami: - A z założeniami różnie bywa, jak wiesz...
Nie roześmiał się. Nawet się nie uśmiechnął. Za to zapytał:
- Amy to twoje drugie imię?
Izzy poczuła się nagle, jakby była w sądzie. Blake przypominał surowego sędziego - przystojnego na tyle, by umówić się z nim po rozprawie - a Pam robiła za jednoosobową ławę przysięgłych, w milczeniu przyglądając się temu przesłuchaniu. Izzy już otwierała usta, by niczym notoryczna kłamczucha, którą ewidentnie się stała, uczepić się podsuniętego przez niego wytłumaczenia, kiedy nieoczekiwanie odezwała się Pam.
- Nie. Ma na drugie Clarence. Prawda, Izzy? Tak powiedziałaś, gdy wypełniałyśmy kwestionariusz osobowy. - Zwracając się do Blake'a, wyjaśniła ze śmiechem: - Zdaje się, że to po dziadku. Isabella Clarence, wyobrażasz sobie?
Izzy zagryzała wargę przez chwilę. "Szlag, szlag, szlag!" W końcu powiedziała:
- Na żadne z imion nie mam Amy. W gruncie rzeczy to zabawna historia...
Blake przechylił lekko głowę.
- Pozwól, że opowiem - dodała.
Pam nadal się uśmiechała, patrząc na Izzy, w oczekiwaniu na prześmieszną anegdotę, Blake jednak tylko zaciskał szczęki i w ogóle nie wydawał się rozbawiony.
Wyglądał na wkurzonego.
- No więc... czas mnie gonił i nie chciałam się spóźnić do pracy w pierwszy dzień w Ellis Enterprises. Zapłaciłam już za kawę, ale kolejka była wyjątkowo długa. Tak długa, że musiałabym zrezygnować z kawy, żeby zdążyć do biura, wiecie.
Pam w dalszym ciągu liczyła na puentę, Blake natomiast był wyraźnie zniecierpliwiony, jakby domyślał się reszty i jedyne, czego od niej chciał, to żeby się wreszcie zamknęła.
Izzy spuściła oczy i pośpiesznie dokończyła:
- Po tym, jak wywołano imię Amy trzykrotnie i nikt nie zgłosił się po kawę, powiedziałam bariście, że Amy to ja.
- Niemożliwe - sapnęła Pam, z zażenowaniem zerkając na Blake'a.
Tymczasem Izzy posłała mu swój najbardziej rozbrajający uśmiech.
- Nie popłaciło mi to, bo koniec końców oblałam pana Phillipsa.
- Ehm. - Odchrząknął. - Zatem podebrałaś komuś kawę?
- No, nie całkiem - zaoponowała Izzy, usiłując mu wytłumaczyć, gdzie tkwi błąd logiczny. - Zapłaciłam za nią wcześniej. Zamówienie było identyczne, więc...
- Więc kawa nie należała się prawdziwej Amy? - Spojrzał na nią takim wzrokiem, jakby na jego oczach pozbawiła szczeniaczka głowy. - Twierdzisz, że mógł ją sobie wziąć ktokolwiek, kto złożył takie samo zamówienie?
- To było niefajne z mojej strony, przyznaję - wymamrotała Izzy, upokorzona jego gwałtowną reakcją.
- Fajne czy niefajne, ale na pewno nieuczciwe. - Blake patrzył na nią teraz jak jastrząb na mysz, którą po przyszpileniu uznał za zbyt denerwującą, aby ją skonsumować, i postanowił tylko się z nią zabawiać, dopóki sama nie zdechnie.
- Bardzo, ale to bardzo nieuczciwe, panie wiceprezesie. - Zgrzytając w duchu zębami, zmusiła się do opanowania, ponieważ na wygarnięciu temu krytykanckiemu przystojniakowi zależało jej mniej niż na posadzie. - Nie ma pan pojęcia, jak strasznie w tej chwili żałuję wszystkiego, co wynikło dzisiaj z podebrania tego kubka kawy. Gdybym tylko mogła cofnąć się w czasie i odkręcić wszystko, ale to wszystko, co zaszło, zrobiłabym to bez zastanowienia.
Patrzył na nią bez mrugnięcia okiem i z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
- Już sobie idę i więcej panu nie przeszkadzam. - Odsłoniła zęby na tyle, by można było to wziąć za uśmiech. - Bardzo mi było miło pana poznać.
Blake uniósł brew.
- Czyżby?
- Oczywiście - potwierdziła Izzy, uśmiechając się szerzej do Pam, aby ta wiedziała, że wszystko między nimi dobrze. Ledwie jednak kierowniczka działu personalnego się odwróciła, Izzy nie zdołała się powstrzymać i potrząsnęła energicznie głową, samym ruchem warg zaprzeczając.
"Nie".
To sprawiło, że zacisnął szczęki jeszcze mocniej, a jego oczy zwęziły się odrobinę, co pozwoliło Izzy poczuć się tak, jakby zdobyła punkt w rozgrywce.
- Damy ci już spokój, Blake - zaćwierkała Pam, ujmując podwładną pod łokieć i wyprowadzając ją z biura.
W drodze do wind Izzy była przekonana, że właśnie zasłużyła sobie na zwolnienie. Pam jednak nieoczekiwanie skomentowała, że choć Blake Phillips robi aroganckie wrażenie, tak naprawdę jest bardzo miłym człowiekiem.
- Po prostu ma jasno określone priorytety.
Izzy przewróciła oczami.
"Priorytety - prychnęła w duchu. - Chyba jeden priorytet: pokazać całemu światu, jakim jest dupkiem".