Przypadkowe spotkanie - Agnieszka Rusin

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słońce nie­zno­śnie mu­skało twa­rze prze­chod­niów swymi ja­skra­wo­żół­tymi, ostrymi pro­mie­niami. Par­king znaj­du­jący się tuż przy mar­ke­cie wy­peł­niony był po brzegi sa­mo­cho­dami. Środa była ko­lej­nym upal­nym ma­jo­wym dniem, kiedy więk­szość lu­dzi szu­kała choćby naj­mniej­szego za­kątka cie­nia i ochłody. Ścisk sa­mo­cho­dów po­wo­do­wał, że ko­lejni wła­ści­ciele ner­wowo ob­jeż­dżali par­king w po­szu­ki­wa­niu ka­wałka wol­nego miej­sca. Rów­nież Ka­lina, sie­dząc w swoim peu­ge­ocie z długą li­stą za­ku­pów w ręce, roz­glą­dała się uważ­nie do­okoła.

- Ja­sna cho­lera! Czy wszy­scy mają dziś wolne? Osza­leć można. Oczy­wi­ście jest miej­sce, ale tylko dla in­wa­li­dów - wes­tchnęła ciężko, po czym bez wi­doku na lep­szą opcję wje­chała na miej­sce dla niej za­ka­zane z cha­rak­te­ry­stycz­nym zna­kiem wózka, ro­biąc przy tym minę nie­wi­niątka. - Trudno, naj­wy­żej za­płacę man­dat - stwier­dziła, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. Po­spiesz­nie wy­sia­dła z auta.

Stała jesz­cze przez chwilę, nie­uf­nie roz­glą­da­jąc się do­okoła, w końcu z du­szą na ra­mie­niu ru­szyła w stronę mar­ketu. Po­szu­kała w port­felu zło­tówki, chwy­ciła za wó­zek na kół­kach i zde­cy­do­wa­nym ru­chem wje­chała do środka. Z ulgą po­czuła, jak roz­kosz­nie chłodne, kli­ma­ty­zo­wane po­wie­trze otula jej zmę­czone upa­łem ciało. Jak za­wsze to ona miała tę wąt­pliwą przy­jem­ność prze­mie­rza­nia dzie­sią­tek pó­łek w po­szu­ki­wa­niu oka­zji ce­no­wych i uzu­peł­nia­nia spo­rych bra­ków w lo­dówce. Za­go­niona i nieco za­nie­dbana, i tak wy­glą­dała ko­bieco. Jej roz­pusz­czone, pół­dłu­gie blond włosy ide­al­nie współ­grały z du­żymi, zie­lo­nymi oczami oraz de­li­kat­nie za­ry­so­wa­nymi brwiami. Ubrana w ja­sno­szare dre­sowe spodnie i biały T-shirt nie wy­glą­dała jak czter­dzie­sto­let­nia ko­bieta, lecz jak na­sto­latka. Ka­lina z nie­pew­no­ścią w oczach roz­glą­dała się do­okoła, nie bar­dzo wie­dząc, od czego by tu za­cząć.

- Ser, mleko, wa­rzywa, pro­szek do pra­nia... - szep­tała do sie­bie, ki­wa­jąc ner­wowo głową. Jej mąż Wi­told ni­gdy nie miał czasu na ta­kie - jak to na­zy­wał - bab­skie za­ję­cia, a ich do­ra­sta­jąca córka po­chło­nięta była na­uką i roz­kwi­ta­ją­cym ży­ciem to­wa­rzy­skim. Za­tem chcąc zjeść coś w miarę zdro­wego, Ka­lina mu­siała wziąć sprawy w swoje ręce, ina­czej by­łaby ska­zana na co­dzienne je­dze­nie pizzy i hot do­gów ku ucie­sze córki.

Dzie­siątki lu­dzi po­spiesz­nie prze­mie­rzały mar­ket. Ka­lina zde­cy­do­wała, że za­cznie od działu wa­rzyw. Wie­czo­rem miała za­ser­wo­wać ko­la­cję dla nie­spo­dzie­wa­nych go­ści, któ­rych Wi­told za­pro­sił jak za­wsze w ostat­niej chwili. Ni­gdy szcze­gól­nie nie przej­mo­wał się tym, czy żona znaj­dzie czas na jego to­wa­rzy­skie po­my­sły, uzna­jąc, że skoro nie pra­cuje, to po­winna po­świę­cić się ro­dzi­nie i in­nym do­mo­wym obo­wiąz­kom.

- Gdzie są te li­monki i pa­pryka? - Ka­lina mam­ro­tała pod no­sem, zi­ry­to­wana przy­tła­cza­ją­cym ją tłu­mem lu­dzi.

- Znaj­dzie je pani na lewo - za­brzmiał ła­godny mę­ski głos, któ­rego wła­ści­ciel wła­śnie prze­szu­ki­wał skrzy­nię z pie­trusz­kami. Ka­lina spoj­rzała w jego stronę z wdzięcz­no­ścią.

- Ach, fak­tycz­nie, są tam, dzię­kuję panu za po­moc. - Uśmiech­nęła się, zer­ka­jąc na ro­słego bru­neta o oliw­ko­wej kar­na­cji. Jego ciemne, uważne oczy wy­dały jej się ła­godne na tle bu­rzy czar­nych, gę­stych wło­sów. Lekko orli nos nada­wał mu po­wagi i cha­rak­teru. Za to de­li­katny i obco brzmiący ak­cent wska­zy­wał na to, że nie­zna­jomy z po­cho­dze­nia jest ob­co­kra­jow­cem.

- Nie ma sprawy - od­parł. - Mu­szę pa­nią ostrzec, że prze­waż­nie pa­nuje tu ogólny ba­ła­gan, nie­stety w tym mar­ke­cie nie mają po­rządku i trzeba się do­brze na­szu­kać, by zna­leźć ładną i do­rodną pie­tru­chę czy pa­prykę - żar­to­wał, za­kła­da­jąc ła­god­nym ru­chem ręki roz­mierz­wione włosy za ucho. Ka­lina pró­bo­wała ukryć roz­ba­wie­nie.

- Ra­cja. Wie pan, naj­gor­szy jest par­king, nie ma gdzie wsa­dzić przy­sło­wio­wej igły, a co do­piero za­par­ko­wać - pod­jęła zgrab­nie te­mat, a na­stęp­nie wło­żyła do swo­jego wózka pa­pryki, li­monki i sa­łatę. Osta­tecz­nie po­sta­no­wiła pójść na ła­twi­znę, ku­pić kur­czaka i zwy­czaj­nie go upiec w pie­kar­niku. Do tego sa­łatka i ja­kieś cia­sto. Nic in­nego nie wpa­dło jej do głowy. Męż­czy­zna szedł tuż przed nią, co chwilę oglą­da­jąc się za sie­bie. W końcu się­gnął do po­jem­nika z su­szo­nymi mo­re­lami.

- Dziś jest wy­jąt­kowy tłok - kon­ty­nu­ował. - Zro­bili prze­ceny i pro­mo­cje, więc pew­nie dla­tego.

- Jak na męż­czy­znę, jest pan świet­nie zo­rien­to­wany w no­win­kach za­ku­po­wych - wtrą­ciła za­sko­czo­nym i jed­no­cze­śnie peł­nym uzna­nia to­nem.

Nie­zna­jomy marsz­czył czoło.

- A co w tym dziw­nego?

- Dla mnie to za­ska­ku­jące. Mój mąż na­wet nie wie, gdzie jest mar­ket, a co do­piero, jakby miał zro­bić tu ja­kieś za­kupy. - Mach­nęła ręką z re­zy­gna­cją.

- Cóż, bywa i tak - od­parł, wzdy­cha­jąc. - Jak są­dzę, nie musi tego ro­bić sam, skoro za za­kupy od­po­wiada pani.

Ka­lina po­czuła na­gły przy­pływ zmę­cze­nia tym, że za­wsze wszystko spo­czywa na jej ko­bie­cych bar­kach. Dla­czego wcze­śniej nie spo­tkała ta­kiego oto męż­czy­zny? - du­mała, skrę­ca­jąc wóz­kiem lekko w prawo.

Nie­zna­jomy uśmiech­nął się do niej, kiw­nął głową i po chwili znik­nął na dziale z pie­czy­wem. Ona, do­kła­da­jąc do skle­po­wego wózka pu­dełko pie­cza­rek, ru­szyła w stronę ko­lejki do mię­snego. Stała tak ze znu­dzoną miną, lecz ukrad­kiem zer­kała w stronę, gdzie znik­nął nie­zna­jomy.

"Co ja ro­bię?" - po­my­ślała, ma­jąc ochotę puk­nąć się w głowę. Od dwu­dzie­stu lat była mę­żatką, nie­ko­niecz­nie bar­dzo szczę­śliwą, ale mę­żatką. Ko­lejka po­su­wała się na­przód, a ona na­gle uświa­do­miła so­bie, że przez cały okres trwa­nia jej mał­żeń­stwa Wi­told ni­gdy nie ku­pił choćby jed­nego po­mi­dora, nie zro­bił choćby ja­jecz­nicy na śnia­da­nie. "Ja­kie to fru­stru­jące". Po­tem pod­je­chała jesz­cze do re­ga­łów z cia­stami. Ja­kie wy­brać? - roz­wa­żała, gdy nie­spo­dzie­wa­nie w jej to­rebce roz­legł się dźwięk te­le­fonu. Po­spiesz­nie za­częła prze­szu­ki­wać jej za­war­tość.

- Blanka? Co chcia­łaś? Je­stem w skle­pie.

- No wła­śnie, mamo, kup ja­kieś chipsy, tak ze trzy paczki, i colę, okej? - za­brzmiał me­lo­dyjny głos córki.

- Nie ma mowy, to śmie­ciowe je­dze­nie.

- Mamo, mam dziś go­ści na wie­czór, mają wpaść Ra­fał i Kuba, pro­szę cię.

- No, zgoda.

- Je­steś ko­chana.

- Ja­sne, znowu będę wra­cała do domu z siat­kami w zę­bach.

- Koń­czę, papa.

Ser­nik z ma­kiem to bę­dzie do­bry wy­bór - po­sta­no­wiła osta­tecz­nie, cho­wa­jąc te­le­fon do kie­szeni spodni, po czym zgrab­nym ru­chem ręki się­gnęła po cia­sto. Wrzu­ciła jesz­cze do wózka obie­cane chipsy, colę, siatkę po­ma­rań­czy i w końcu ru­szyła w stronę kas. Po pół­go­dzi­nie z czte­rema sia­tami peł­nymi za­ku­pów udała się w stronę wyj­ścia. Wszystko by­łoby cu­dow­nie, gdyby nie fakt, że jedna z sia­tek pę­kła pod na­po­rem cię­żaru, wy­wo­łu­jąc tym sa­mym sen­sa­cję wśród prze­chod­niów i uśmie­chy ga­piów. Ka­lina spa­ni­ko­wała.

- Do li­cha, jesz­cze to mi po­trzebne! - Ukuc­nęła, by po­zbie­rać roz­rzu­cone wo­kół za­kupy.

- Po­mogę pani. - Usły­szała nad sobą zna­jomy mę­ski głos, gdy po­chy­lona nad nie­zno­śnie ucie­ka­ją­cymi przed nią wa­rzy­wami usi­ło­wała je wy­ła­pać. Od­wró­ciła twarz, obok niej ku­cał zna­jomy bru­net. Uśmiech­nęła się do niego ner­wowo.

- Co za pech - wy­sa­pała, czu­jąc się wy­jąt­kowo nie­zdar­nie.

- Te siatki są strasz­nie tan­detne i słabe, pro­szę za­bie­rać ze sobą szyte z ma­te­riału. Są naj­pew­niej­sze i eko­lo­giczne - oznaj­mił jej wy­bawca, przy­no­sząc ze­braną resztę wa­rzyw. Ka­lina ode­tchnęła z ulgą.

- Tak zro­bię. Jesz­cze raz dzię­kuję za po­moc, jest pan bar­dzo uprzejmy. Nie każdy by tak po­stą­pił.

- Cie­szę się, że mo­głem po­móc - wy­znał, spo­glą­da­jąc na nią ba­daw­czo i prze­ni­kli­wie. Ka­linę prze­szył dziwny dreszcz. Nie wie­działa, czy to pod­nie­ce­nie, czy za­że­no­wa­nie. Być może jedno i dru­gie. W każ­dym ra­zie po­czuła się prze­dziw­nie.

- No to pójdę już. Czeka na mnie praca, dom, obiad do zro­bie­nia. Do wi­dze­nia - od­parła zmie­szana bli­sko­ścią męż­czy­zny, który wciąż ba­daw­czo i z za­in­te­re­so­wa­niem przy­glą­dał się jej, jakby ba­dał każdy cen­ty­metr jej twa­rzy i ciała. Ka­lina uśmiech­nęła się nie­pew­nie, po czym od­wró­ciła się w stronę wyj­ścia. Zna­jomy po­dą­żał za nią wzro­kiem.

- Tak po pro­stu pani od­cho­dzi? - Usły­szała go po­now­nie za ple­cami.

- A nie po­win­nam?

- To przy­pa­dek spra­wił, że się dziś po­zna­li­śmy. Da się pani za­pro­sić na kawę?

- Na kawę? - Jej zie­lone oczy za­bły­sły.

- Tak. Ja, pani i kawa... To jak bę­dzie? - Spo­glą­dał na nią prze­ni­kli­wie, uśmie­cha­jąc się lekko i wy­cze­ku­jąc od­po­wie­dzi.

- Nie wiem, za­sko­czył mnie pan. Nie mam dziś czasu. Może in­nym ra­zem?

- Oj, nie­do­brze. To może ju­tro?

Ka­lina za­wa­hała się.

- Chyba jed­nak nie. Nie mogę, przy­kro mi.

- Cóż, szkoda. Gdyby się pani jed­nak zde­cy­do­wała, to będę tu ju­tro na pa­nią cze­kał o szes­na­stej, w tam­tej ka­wia­rence. - Wska­zał miej­sce ręką, po czym uśmiech­nął się do niej ła­god­nie.

- Bę­dzie pan na mnie cze­kał? - Na jej twa­rzy za­go­ściło nie­do­wie­rza­nie.

- Tak.

- Ale dla­czego?

- Bo mam ochotę wy­pić kawę w pani to­wa­rzy­stwie. Czy to aż tak dziwne?

Ka­lina onie­miała.

- To dość oso­bliwe, nie są­dzi pan? W końcu w ogóle się nie znamy. - Jej de­li­katne brwi lekko się unio­sły.

- Ja tak nie uwa­żam. A więc?

- Sama nie wiem. Choć to miłe.

- Ro­zu­miem. Za­pewne woli pani wy­pić kawę w to­wa­rzy­stwie swo­jego męża. - Męż­czy­zna spu­ścił głowę.

Ka­lina chwilę mil­czała. Nie bar­dzo wie­działa, jak się za­cho­wać, w ja­kiś nie­wy­tłu­ma­czalny spo­sób męż­czy­zna przy­cią­gał ją bo­wiem do sie­bie jak ma­gnes.

- Nie o to cho­dzi. Nie mam zwy­czaju uma­wiać się z nie­zna­jo­mymi. Le­piej już pójdę, jesz­cze raz dzię­kuję za po­moc - od­parła po chwili, chwy­ta­jąc za wy­peł­nione po brzegi siatki.

- Nie chce mi pani dać szansy na dłuż­szą roz­mowę... Ro­zu­miem, że na­sza zna­jo­mość musi się za­koń­czyć na dia­logu o wa­rzy­wach? To ta­kie smutne - po­wie­dział ci­cho .

- Tak pan to wi­dzi? - Ka­lina z tru­dem kryła uśmiech. - Ja są­dzę, że to spo­tka­nie jak wiele in­nych. - Kiw­nęła ła­god­nie głową i po­now­nie od­wró­ciła się w stronę wyj­ścia, wciąż czu­jąc na so­bie jego wzrok. Ja­kaś jej cząstka przez chwilę krzy­czała: cof­nij się, wa­riatko, to tylko jedna kawa! Jed­nak gdy to zro­biła, jego już tam nie było. Ka­lina uśmiech­nęła się do sie­bie i wes­tchnęła ci­cho, po­woli ru­sza­jąc na par­king.

Nie­zno­śny żar na nowo w nią ude­rzył. W końcu Ka­lina zdo­łała do­trzeć do auta, otwo­rzyła drzwi ba­gaż­nika i wsa­dziła za­kupy do środka.

- Dzięki Bogu ktoś wy­my­ślił kli­ma­ty­za­cję - stwier­dziła i po­de­szła do drzwi od strony kie­rowcy. Na­gle usły­szała za sobą pi­skliwy, nie­przy­jemny ko­biecy głos.

- Nie wi­dzi pani tej ta­bliczki? To miej­sce dla in­wa­li­dów - ode­zwała się pre­ten­sjo­nal­nie ni­ska, szczu­pła ko­bieta z ko­kiem.

Ka­lina udała zdzi­wie­nie.

- Nie za­uwa­ży­łam jej - żach­nęła się.

- Ja­sne, jak wszy­scy, a ja nie mia­łam przez pa­nią gdzie za­par­ko­wać. Cze­kam tu od dłuż­szego czasu...

- Jak to przeze mnie? - spy­tała ob­ru­szona.

- No tak. Pani za­jęła moje miej­sce par­kin­gowe, dla in­wa­li­dów. Nie wi­dzi pani tego znaku? - pisz­czała da­lej ko­bieta, wy­ma­chu­jąc przy tym rę­kami.

- Przy­kro mi, ja też nie mia­łam gdzie za­par­ko­wać. Już od­jeż­dżam.

- Po­win­nam za­dzwo­nić na po­li­cję.

- No wie pani, trzeba było od razu to zro­bić - rzu­ciła ner­wowo Ka­lina, wsia­dła szybko do auta i cof­nęła. Trudno było się stąd wy­do­stać.

- Co za dzień - szep­tała ner­wowo do sie­bie, gdy po chwili znowu za­dzwo­nił te­le­fon. Ka­lina po­chy­liła się nad to­rebką i się­gnęła ręką po za­głu­sza­jący jej my­śli ga­dżet. - Gdzie on jest? - szep­tała znie­cier­pli­wiona. W środku było wszystko poza te­le­fo­nem. Pa­trzyła to przed sie­bie, to do to­rebki. Na­gle po­czuła ude­rze­nie i za­marła, na chwilę wstrzy­mu­jąc od­dech. - Jezu, tylko nie to! - krzyk­nęła, a jej oczy wy­ra­żały prze­ra­że­nie. Drżą­cymi rę­kami szybko od­pięła pasy i po­spiesz­nie wy­sia­dła z sa­mo­chodu.

- To znowu pan?! - do­py­ty­wała, po­chy­la­jąc się nad bez­wład­nie le­żą­cym, zna­jo­mym bru­ne­tem. - O Boże! Tak mi przy­kro. Nic panu nie jest? Chyba bę­dzie le­piej, jak we­zwę po­go­to­wie - traj­ko­tała ner­wowo, od­gar­nia­jąc ner­wo­wym ge­stem włosy z twa­rzy.

- Nie trzeba - wy­szep­tał po chwili. - Niech mi pani le­piej po­może wstać - oznaj­mił, wy­cią­ga­jąc w jej stronę ręce.

- Oczy­wi­ście. - Ka­lina po­cią­gnęła go do sie­bie z ca­łych sił, z ulgą stwier­dza­jąc, że po­szko­do­wany jest cały i ra­czej wy­gląda zdrowo.

- Na pewno nic panu nie jest? Je­stem taka nie­uważna. I za­dzwo­nił ten głupi te­le­fon, chcia­łam ode­brać i... - tłu­ma­czyła. - Nie za­dzwoni pan na po­li­cję? - Spoj­rzała na niego nie­pew­nie.

- Po co? Prze­cież mó­wi­łem, że nic mi nie jest.

- Na szczę­ście. Nie da­ro­wa­ła­bym so­bie, gdyby coś się panu stało.

- A jed­nak na­le­żało iść ze mną na kawę. To ko­lejny znak. Sama pani wi­dzi, że los chciał ina­czej.

Ka­lina uśmiech­nęła się pod no­sem.

- Ja nie wie­rzę w ta­kie rze­czy.

- A ja prze­ciw­nie, uwa­żam, że to prze­zna­cze­nie. - Cie­pło jego ciem­nych oczu otu­lało jej za­tro­skaną twarz.

- O rany. I zbi­łam panu wszyst­kie jajka, ale za­raz je od­ku­pię. - Spoj­rzała ba­daw­czo na bez­kształtną papkę przy­po­mi­na­jącą ja­jecz­nicę, która zdo­biła te­raz na­grzany do gra­nic moż­li­wo­ści as­falt.

- Niech pani da spo­kój. To tylko jajka.

- Może cho­ciaż pod­wiozę pana do domu? Choć w taki spo­sób będę mo­gła się zre­ha­bi­li­to­wać - za­pro­po­no­wała nie­śmiało.

- Nie trzeba, miesz­kam nie­da­leko, po­ra­dzę so­bie.

- W ta­kim ra­zie cho­ciaż zwrócę panu pie­nią­dze za zmar­no­wane za­kupy.

- Nie - pa­dła kon­kretna od­po­wiedź.

- Nie? Ale dla­czego?

- Bo za­miast tego wolę wy­pić z pa­nią kawę - rzu­cił bez­po­śred­nio, wpra­wia­jąc serce Ka­liny w nie­ocze­ki­wany ło­mot.

- Nie prze­szka­dza panu, że je­stem mę­żatką?

- Dla mnie jest pani po pro­stu piękną ko­bietą. I nie pro­po­nuję pani ślubu. - Jego głos brzmiał te­raz spo­koj­nie i cie­pło.

- W ta­kim ra­zie zgoda - wy­szep­tała - ale nie dziś. Dziś na­prawdę nie mogę, mam go­ści i w ogóle - tłu­ma­czyła lekko za­kło­po­tana.

- Ju­tro?

- Do­brze, ju­tro - oznaj­miła z za­do­wo­le­niem. Ka­lina nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, kiedy tak do­brze czuła się w czy­imś to­wa­rzy­stwie. Męż­czy­zna przy­glą­dał się jej z lek­kim roz­ba­wie­niem.

- Roz­ma­zała pani so­bie tusz na le­wym oku, o tu - za­uwa­żył, po czym de­li­kat­nie do­tknął jej po­wieki.

- Och, nie. - Ka­lina zer­k­nęła w boczne lu­sterko. - Pew­nie wy­glą­dam...

- Uro­czo - do­koń­czył za nią, przy­glą­da­jąc się, jak Ka­lina wy­rzuca na ma­skę sa­mo­chodu nie­malże wszystko z to­rebki w po­szu­ki­wa­niu ma­łego lu­sterka. - Pani jest za­bawna - do­dał, szu­ka­jąc jej spoj­rze­nia.

Ka­lina spoj­rzała na niego ocza­ro­wana. Ten wspa­niały, spo­kojny i miły męż­czy­zna ob­rzu­cał ją kom­ple­men­tami, spra­wiał, że po­czuła się wy­jąt­kowo i pięk­nie. W do­datku był uczynny, cu­do­wny i nie­ziem­sko przy­stojny, a ona miała sza­loną ochotę rzu­cić się w jego silne, mę­skie ra­miona. Stała na­prze­ciwko niego i mil­czała jak za­klęta księż­niczka. Wal­czyła, wal­czyła sama ze sobą, by stłam­sić te my­śli i nie­po­ko­jąco na­ra­sta­jące w jej sercu nie­spo­dzie­wane emo­cje. "To nie­moż­liwe" - po­my­ślała. "Mu­sisz się ock­nąć. Ta­kich fa­ce­tów nie ma, a on za­raz gdzieś znik­nie".

- Tak le­piej? - spy­tała zmie­szana, gdy wil­gotną chu­s­teczką zmyła roz­ma­zany tusz.

- Ide­al­nie. Śladu nie ma.

- Na pewno do­brze się pan czuje? - spy­tała, prze­ry­wa­jąc la­winę swych sza­lo­nych my­śli.

- Ile razy mnie pani jesz­cze o to jesz­cze spyta? To z tro­ski o mnie?

- Tak. - Za­śmiała się w końcu.

- Czyli przyj­dzie pani ju­tro? Może być o szes­na­stej? - W jego gło­sie za­brzmiała na­dzieja.

- Cho­dzi panu tylko o kawę? - za­py­tała nie­uf­nie.

- A je­śli nie tylko?

- W ta­kim ra­zie nie przyjdę - od­parła chłodno, od­wra­ca­jąc wzrok.

- Źle mnie pani zro­zu­miała. Ni­czego się nie spo­dzie­wam, ja­kimś dziw­nym tra­fem za­uro­czyła mnie pani i nie umiem tego wy­ja­śnić. Pierw­szy raz mi się to zda­rza. A są­dzę, że ta­kiego spo­tka­nia nie można po­zo­sta­wić ot tak.

- Nie wiem, czy mogę panu wie­rzyć. Może mówi pan to wszyst­kim na­po­tka­nym ko­bie­tom? A wów­czas stanę się jedną z nich...

- Ta­kie ma pani o mnie zda­nie?

- A nie jest tak?

- Nie - od­parł do­sad­nie.

Ka­lina po­czuła się nie­zręcz­nie, zro­zu­miała, że pal­nęła głup­stwo. Zmie­szana, zbli­żyła się do niego.

- Prze­pra­szam, ale taka już je­stem. Po­mógł mi pan, a ja w po­dzię­ko­wa­niu pana po­trą­ci­łam. Chcę po­wie­dzieć, że z chę­cią wy­piję z pa­nem ju­tro kawę, pod wa­run­kiem, że to ja sta­wiam.

- Wy­jąt­kowo się na to zga­dzam - od­parł. - Chyba nie lubi pani kom­ple­men­tów - za­uwa­żył, a na jego lekko śnia­dej twa­rzy po­ja­wiło się ro­snące za­in­te­re­so­wa­nie.

- Nie je­stem do nich przy­zwy­cza­jona.

- To nie­do­brze, bo po­winna je pani sły­szeć co­dzien­nie.

- W pana to­wa­rzy­stwie czuję się dziw­nie za­wsty­dzona.

- Zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie. - Jego głos brzmiał me­lo­dyj­nie.

Ka­lina wes­tchnęła. Mu­siała, po­winna już wra­cać, lecz tak na­prawdę tego nie chciała. Pa­trzył na nią przed chwilą po­znany męż­czy­zna, a ona wpa­try­wała się w niego i słu­chała go z przy­jem­no­ścią. W końcu jed­nak spoj­rzała na ze­ga­rek.

- O Boże, już ta go­dzina, nie wy­ro­bię się! Na­prawdę mu­szę już je­chać.

- Trudno. W ta­kim ra­zie pro­szę wra­cać, tylko tym ra­zem ostroż­nie. - Po­ki­wał jej pal­cem. - I niech pani pa­mięta, że będę tu ju­tro cze­kał.

- Zgoda, a więc o któ­rej? - Uśmiech­nęła się.

- Szes­na­sta? - Spoj­rzał na nią nieco roz­ba­wiony.

- Po­sta­ram się.

- Tylko pro­szę mnie nie za­wieść, w prze­ciw­nym ra­zie serce pęk­nie mi z roz­pa­czy.

- Wolne żarty. - Ka­lina za­śmiała się, otwie­ra­jąc drzwi auta.

- Ja nie żar­tuję - wy­znał ci­cho, a jego ma­gne­tyczne spoj­rze­nie prze­ni­kało szma­ragd jej tę­czó­wek.

Przez chwilę ich oczy spo­tkały się, jakby pra­gnąc swego to­wa­rzy­stwa i bli­sko­ści. Ka­lina za­drżała, ni­gdy do­tąd nie czuła się tak prze­dziw­nie i wy­jąt­kowo za­ra­zem. I choć z ca­łych sił pra­gnęła, by ta gra spoj­rzeń trwała na­dal, w końcu wsia­dła do sa­mo­chodu. Jej smu­kłe, ko­biece ciało sie­działo te­raz na miej­scu kie­rowcy, jed­nak du­sza rwała się do tam­tego męż­czy­zny, który w tym ca­łym na­wale emo­cji na­gle wy­dał się jej nie­sa­mo­wi­cie bli­ski. Za­mknęła oczy, po chwili otwo­rzyła je i po­now­nie spoj­rzała na jego wciąż wpa­trzoną w nią, smu­kłą twarz. Mu­siała od­je­chać, i to szybko, za­nim wyj­dzie z auta i po­bie­gnie w jego stronę. Z tru­dem od­wró­ciła głowę i spoj­rzała przed sie­bie. Słońce bez­li­to­śnie ośle­piało ją swym bla­skiem. Prze­krę­ciła klu­czyk w sta­cyjce, po se­kun­dzie sil­nik ci­cho za­war­czał. Sa­mo­chód po­woli ru­szył przed sie­bie, Ka­lina z cie­ka­wo­ścią spoj­rzała w boczne lu­sterko auta, stwier­dza­jąc, że ten cu­do­wny i ta­jem­ni­czy męż­czy­zna na­dal tam stoi i pa­trzy, jak ona od­jeż­dża.

- Kawa z nim, ju­tro? - szep­tała do sie­bie, włą­cza­jąc lewy kie­run­kow­skaz. - Co się ze mną dzieje? Nie mogę tam iść, to by­łoby sza­leń­stwo. Sza­leń­stwo... - po­wta­rzała w za­my­śle­niu, wy­jeż­dża­jąc na główną drogę pro­wa­dzącą na au­to­stradę.

Ta­fla je­ziora po­ro­śnię­tego gę­stwi­nami trzcin pięk­nie błysz­czała w słońcu. Ota­cza­jący je z jed­nej strony las szu­miał ła­god­nie, wtó­ru­jąc śpie­wom pta­ków. Duży drew­niany dom o so­lid­nej kon­struk­cji stał dum­nie na wprost roz­ta­cza­ją­cego się je­ziora i mło­dego lasu. Do­sko­nała lo­ka­li­za­cja i prze­stronny ta­ras spra­wiały, że wła­ści­ciele mo­gli co­dzien­nie cie­szyć oczy tym urze­ka­ją­cym wi­do­kiem. Cu­do­wna ci­sza wo­kół spra­wiała, że można było tu za­po­mnieć o miej­skim gwa­rze, ru­chu i po­śpie­chu.

Sa­mo­chód po­woli wje­chał na pod­jazd. Ka­lina sie­działa w środku jesz­cze przez chwilę i sta­rała się ochło­nąć z emo­cji. To nie­spo­dzie­wane spo­tka­nie, za­le­d­wie kilka chwil i zdań wy­mie­nio­nych z tam­tym męż­czy­zną spra­wiły, że w jed­nej chwili zbu­rzona zo­stała jej rów­no­waga. W ja­kiś prze­dziwny spo­sób tę­sk­niła za jego uważ­nym spoj­rze­niem i ła­god­nym, cie­płym gło­sem. Sie­dząc tak w sa­mo­cho­dzie, uświa­do­miła so­bie, jak bar­dzo po­znany męż­czy­zna różni się od jej męża, wiecz­nie za­ję­tego, nie­ma­ją­cego dla ni­kogo czasu, czło­wieka w prze­lo­cie - jak go na­zy­wała, gdy zbyt długo prze­sia­dy­wał w pracy. Nie do końca wie­działa, co się z nią dzieje, po­czuła się jak urze­czona na­sto­latka, a może po pro­stu po­trze­bo­wała mi­łej od­miany, wła­śnie ko­goś ta­kiego, przy­pad­kiem spo­tka­nego. Po chwili spoj­rzała w sa­mo­cho­dowe lu­sterko - wciąż lekko roz­ma­zany tusz do rzęs za­baw­nie stroił jej oko. Spoj­rzała po­now­nie w swoje od­bi­cie i uśmiech­nęła się do sie­bie, do­tarło do niej, że na­wet nie spy­tała o jego imię. Miała wielką ochotę na ju­trzej­sze spo­tka­nie, obie­cała, że przyj­dzie, jed­nak roz­są­dek pod­po­wia­dał jej, by tego nie ro­biła. Świa­do­mość tego, co mo­głoby się stać, po­tęga wła­snych emo­cji, wy­cze­ki­wa­nych kom­ple­men­tów, ad­o­ra­cji. Nie, do tego nie była przy­zwy­cza­jona. Na­gle usły­szała obok ci­che pu­ka­nie w szybę sa­mo­chodu.

- Mamo? Do­brze się czu­jesz? - Głos Blanki wy­bu­dził ją ze snu na ja­wie. Spło­szona ni­czym dziki ptak, po­trzą­snęła głową.

- Tak, wszystko do­brze, dziecko - wes­tchnęła, ukry­wa­jąc swoje roz­tar­gnie­nie. - Do­brze, że je­steś, po­mo­żesz mi z za­ku­pami.

- A dużo tego? - Blanka jak za­wsze ma­ru­dziła, gło­śno zie­wa­jąc.

- Dużo, twoje chipsy i cola też są cięż­kie - oznaj­miła sta­now­czo, wy­sia­da­jąc z auta.

- Okej, zro­zu­mia­łam alu­zję. To co mam za­brać?

- Weź tę siatkę, jest lżej­sza, ja we­zmę po­zo­stałe. - Wska­zała, chwy­ta­jąc za pełne torby.

W domu pa­no­wał po­rzą­dek, je­dy­nie w kuchni kró­lo­wał lekki roz­gar­diasz, po­nie­waż zwy­kle prze­by­wała w niej więk­sza część ro­dziny.

- Kto dziś do nas przy­cho­dzi? - Blanka była za­afe­ro­wana.

- Nie wiem, ja­cyś zna­jomi ojca.

- I znowu mu­sisz wszystko sama przy­go­to­wać?

- Jak za­wsze, moje dziecko. A może mi po­mo­żesz?

- Nie mogę, za­raz przy­cho­dzą ko­le­dzy, za­po­mnia­łaś?

- Oj, no do­brze, to już bie­gnij do sie­bie.

Blanka była na­sto­latką, która po­woli prze­obra­żała się w młodą ko­bietę. Od dziecka ko­chała jazdę konną. Ka­lina nie była tym za­chwy­cona, jed­nak od­pu­ściła, wi­dząc, jak bar­dzo ją to uszczę­śli­wia. Jej córka co­raz czę­ściej wy­cho­dziła do zna­jo­mych i na im­prezy, więc Ka­lina sporo czasu spę­dzała sa­mot­nie, ocze­ku­jąc na przy­by­cie męża. Wi­told od dwóch lat był dum­nym dy­rek­to­rem pręż­nie roz­wi­ja­ją­cego się banku, co lu­bił za­zna­czać na każ­dym kroku. Od ja­kie­goś czasu pie­nią­dze i ka­riera stały się dla niego naj­waż­niej­sze.

Ka­lina po­ło­żyła za­kupy na stole, gdy w tej sa­mej chwili uko­chane psy po­de­szły do niej, spo­glą­da­jąc bła­ga­jąco i skam­ląc o wodę. W kuchni po­ło­żo­nej w pół­noc­nej czę­ści domu pa­no­wał przy­jemny chłód. Ka­lina stała na środku i przy­glą­dała się ster­cie nie­wy­pa­ko­wa­nych jesz­cze za­ku­pów. Nie wie­działa, od czego za­cząć. Wie­czo­rem miała ugo­ścić sześć osób, oczy­wi­ście waż­nych, z branży ban­ko­wej.

- Znowu się wy­nu­dzę - wy­szep­tała, wy­cią­ga­jąc za­kupy z sia­tek. Blady kur­czak wy­glą­dał mi­zer­nie, więc się­gnęła do szafki z przy­pra­wami i po­trak­to­wała go mie­szanką do dro­biu oraz solą i pie­przem. Po­tem przy­go­to­wała sa­łatkę grecką i czosn­kowe ba­gietki. Po­zor­nie po­chło­nięta przy­go­to­wa­niami do ko­la­cji, wciąż wi­działa tamtą wpa­trzoną w nią, nie­zwy­kłą i fra­pu­jącą mę­ską twarz. Uwię­ziona we wła­snych roz­wa­ża­niach, ana­li­zo­wała jego słowa i ge­sty, nie mo­gąc sku­pić się na ni­czym in­nym. W końcu przy­je­chał Wi­told. W progu domu po­ja­wiła się wy­soka i szczu­pła po­stać w gar­ni­tu­rze, z teczką w ręce. Ka­lina nie lu­biła tego wi­doku, po­nu­rego i służ­bo­wego. Z mar­kotną miną wró­ciła do swych ku­chen­nych prac.

- A ty jesz­cze nie­go­towa? - Usły­szała na­gle, za­uwa­ża­jąc jego kry­tyczny wzrok. - My­śla­łem, że może pój­dziesz do fry­zjera - za­su­ge­ro­wał, zdej­mu­jąc buty.

- Do fry­zjera? A po­wiesz mi, kiedy mia­ła­bym to zro­bić? Prze­cież mu­sia­łam po­sprzą­tać dom, po­je­chać na za­kupy, wyjść z psami na spa­cer, a te­raz szy­kuję obiad.

- No tak, ale jed­nak po­win­naś zna­leźć chwilę czasu i może je pod­ciąć albo ja­koś upiąć - su­ge­ro­wał, wpa­tru­jąc się w jej bujną blond fry­zurę.

- Do­brze, pójdę, ale nie dziś - wes­tchnęła, spo­glą­da­jąc na nie­na­kryty jesz­cze stół.

- Co do­brego przy­go­to­wa­łaś?

- Nic wy­myśl­nego, kur­czaka, sa­łatkę, cia­sto.

- No to fak­tycz­nie nic szcze­gól­nego, ale ja­koś uj­dzie - stwier­dził ot tak, od nie­chce­nia, pod­czas gdy ona ha­mo­wała na­ra­sta­jącą w niej złość.

- Wiesz, na­stęp­nym ra­zem może le­piej za­proś ich do re­stau­ra­cji - rzu­ciła ostro. - Skoro moje menu ci nie od­po­wiada.

- Nie ob­raź się, ale może tak zro­bię.

- Su­per - skwi­to­wała, za­glą­da­jąc do wciąż bla­dego, le­żą­cego po­tul­nie w pie­kar­niku kur­czaka. - Po­trze­buje ze dwie go­dziny, by był zja­dliwy...

- Świet­nie - od­parł po­now­nie Wi­told po­iry­to­wa­nym gło­sem, jed­no­cze­śnie roz­pi­na­jąc gu­ziki ko­szuli. - Lecę szybko pod prysz­nic. Nie wiem, czy je­steś tego świa­doma, ale go­ście nie­długo tu będą - wtrą­cił, spo­glą­da­jąc nie­spo­koj­nym wzro­kiem na świe­cący pustką stół.

- Wiem - od­parła ner­wowo. Nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio Wi­told po­wie­dział jej coś mi­łego.

Po pra­wie go­dzi­nie mał­żo­nek po­ja­wił się w sa­lo­nie w no­wej ko­szuli i dżin­sach. Wy­glą­dał znacz­nie le­piej i przy­jaź­niej, jed­nak i tak nie wzbu­dzał w Ka­li­nie daw­nych uczuć. Brak mi­łych słów i czu­łych ge­stów oraz cią­gła nie­obec­ność spra­wiały, że za­czy­nała uni­kać jego to­wa­rzy­stwa. Oboje krę­cili się po kuchni, nie po­tra­fiąc na­wią­zać dia­logu.

- Bę­dzie coś z tej ko­la­cji? - Głos Wi­tolda brzmiał nie­pew­nie.

- Kur­czak już się ru­mieni - za­uwa­żyła, zer­ka­jąc przez szybę pie­kar­nika. W kuchni wresz­cie za­pach­niało smacz­nym je­dze­niem. - Le­piej na­kryj do stołu - za­su­ge­ro­wała, uni­ka­jąc jego wzroku.

- Ty zro­bisz to le­piej, ko­cha­nie. - Uśmiech­nął się w od­po­wie­dzi i usa­do­wił wy­god­nie na krze­śle tuż koło okna. Ka­lina spoj­rzała na le­żące na stole ku­chenne noże. Przy­mknęła oczy i skie­ro­wała kroki do sa­lonu i sto­ją­cego tam sta­rego bu­fetu. Się­gnęła do środka po piękny ko­ron­kowy ob­rus i ta­le­rze z po­zła­ca­nymi brze­gami. Dziś miała ciężki dzień, bo mąż iry­to­wał ją bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem.

Kiedy za­dzwo­nił dzwo­nek do drzwi, Wi­told ze­rwał się na równe nogi i cały w skow­ron­kach po­biegł otwo­rzyć. Z ko­ry­ta­rza za­częły do­cie­rać obce głosy. Ka­lina szybko zdjęła far­tuch i wpraw­nym ru­chem ręki po­pra­wiła włosy.

- O, je­ste­ście, za­pra­szam ser­decz­nie. - Wi­told prze­ma­wiał mi­łym to­nem. Do domu we­szły trzy pary. Męż­czyźni w ma­ry­nar­kach w wieku Wi­tolda oraz ich part­nerki, młode i atrak­cyjne. Ka­lina przy­wi­tała się ze wszyst­kimi, jed­nak trzy­mała się z boku. Ni­gdy nie czuła się do­brze ani swo­bod­nie w to­wa­rzy­stwie lu­dzi z branży, jak ich na­zy­wał Wi­told. Ona zde­cy­do­wa­nie wo­lała swo­bod­niej­sze kli­maty. Wie­czór upły­nął miło, jed­nak ja­koś sztywno. Ka­lina mil­czała, przy­słu­chu­jąc się roz­mo­wom o gieł­dzie, ak­cjach i ban­kach. Pa­nie rów­nież in­te­re­so­wał ten te­mat, za­tem sie­działa ci­cho, ma­rząc o tym, by ten wie­czór wresz­cie się skoń­czył. Na­gle Ka­lina za­uwa­żyła, że jedna z za­pro­szo­nych ko­biet po­dej­rza­nie czę­sto mruga do jej męża. Ku swemu zdzi­wie­niu nie od­czu­wała za­zdro­ści, je­dy­nie złość, po­iry­to­wa­nie i jakby lekki ból roz­cza­ro­wa­nia. To wszystko sta­wało się jej obo­jętne. Prze­ra­ża­jąco obo­jętne. O go­dzi­nie dwu­dzie­stej dru­giej, gdy go­ście ro­ze­szli się do domu w we­so­łych na­stro­jach, Ka­lina zo­stała sama w kuchni ze stertą brud­nych na­czyń i zmę­cze­niem wy­pi­sa­nym na twa­rzy.

Go­dzinę póź­niej noc wciąż była cie­pła i uro­cza, dla­tego mimo póź­nej pory za­pa­rzyła so­bie kawę i wy­szła na ta­ras. Dziki za­pach je­ziora i lasu od razu ude­rzył ją w nos. Cu­do­wny re­chot żab i ci­cha gra świersz­czy wpra­wiły ją w me­lan­cho­lijny na­strój. Zmę­czona i po­grą­żona we wła­snych my­ślach, po chwili za­snęła w ra­ta­no­wym fo­telu. Nad­cho­dzący chłód nocy de­li­kat­nie otu­lił jej ciało swym nie­wi­dzial­nym płasz­czem.

Na­za­jutrz rano Wi­told zna­lazł Ka­linę przy­tu­loną do ta­ra­so­wego fo­tela.

- Ka­lina? Śpisz? - wy­szep­tał za­nie­po­ko­jo­nym gło­sem, do­ty­ka­jąc jej szczu­płego ra­mie­nia.

- Co? - Drgnęła po chwili, bu­dząc się po­woli.

- Co się z tobą dzieje? Śpisz na ta­ra­sie? Od kiedy? My­śla­łem, że przyj­dziesz do na­szej sy­pialni.

- Nic nie pa­mię­tam. By­łam bar­dzo zmę­czona i przy­szłam tu wie­czo­rem, było tak miło i ci­cho, że chyba za­snę­łam.

- Nie chyba, tylko na pewno - oznaj­mił nie­za­do­wo­lo­nym to­nem, jed­no­cze­śnie przy­glą­da­jąc się jej ba­daw­czo. - Do­brze się czu­jesz? Wczo­raj wie­czo­rem by­łaś roz­tar­gniona i dziw­nie mil­cząca.

- Wy­daje ci się - od­parła, uni­ka­jąc jego wzroku.

- No nie wiem.

- Daj spo­kój, prze­cież nic się nie stało, to była cie­pła noc.

- Mar­twisz mnie.

- Ja cie­bie? Ale nic mi nie jest, na­prawdę.

- Skoro tak mó­wisz. Ale sta­łaś się ostat­nio inna, jakby nie­obecna.

- Co za wni­kliwa ana­liza mo­jej oso­bo­wo­ści - wtrą­ciła uszczy­pli­wie.

- Nie mu­sisz się od razu tak zło­ścić.

- Ja się nie złosz­czę, chcę tylko odro­biny spo­koju. Co chcesz na śnia­da­nie? - spy­tała, umie­jęt­nie zmie­nia­jąc te­mat.

- Może ja­jecz­nicę? Sam nie wiem.

- No tak, dziś nie­dziela, czyli bę­dzie ja­jecz­nica. - Ka­lina pod­nio­sła się z wy­god­nego fo­tela. Nie­bie­skie oczy Wi­tolda, ozdo­bione mod­nymi opraw­kami oku­la­rów w ko­lo­rze gra­fitu, ba­daw­czo po­dą­żały za nią.

- A ta cała Tola...

- Tak?

- Od­nio­słam wra­że­nie, że pod­ry­wała cię wczo­raj wie­czo­rem.

Wi­told po­ru­szył się na­gle jak prze­pło­szony ptak.

- Co? - za­śmiał się. - To śmieszne. Wy­da­wało ci się, ko­cha­nie, prze­cież to ja­kaś gru­ba­ska, w do­datku ruda, a ja nie cier­pię ru­dych.

- Może i gru­ba­ska, ale ładna. Nie mów, że nie za­uwa­ży­łeś.

- Je­steś za­zdro­sna?

- Nie. Nie je­stem. - Jej głos za­brzmiał obo­jęt­nie. - Ale to było iry­tu­jące.

- Prze­sa­dzasz. A, za­po­mnia­łem ci po­wie­dzieć, że dziś przy­jeż­dża do nas na kawę moja mama - oznaj­mił, spryt­nie zmie­nia­jąc te­mat. Ka­lina wy­czu­wała dziwne na­pię­cie w jego gło­sie, jed­nak tylko gło­śno wes­tchnęła, od­pusz­cza­jąc te­mat wczo­raj­szego wie­czoru. Fak­tycz­nie ta Tola nie mo­gła być w jego ty­pie, Wi­told ni­gdy nie lu­bił pu­szy­stych ko­biet. Jed­nak czuła się przez to upo­ko­rzona.

- Znowu go­ście? My­śla­łam, że dziś so­bie od­po­cznę.

- Moja mama to nie gość.

- Nie? A kto? - Jej zdzi­wiona mina wy­glą­dała za­baw­nie.

- Ro­dzina.

- Ale ja­kieś cia­sto i kawę trzeba jej po­dać i jak ją znam, to nie byle ja­kie.

- Znowu na­rze­kasz.

- Nie na­rze­kam, tylko stwier­dzam fakt. I wiesz co? Naj­le­piej, ko­cha­nie, sam ją ugość, bo ja dziś wy­cho­dzę - rzu­ciła i zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szyła w stronę ta­ra­so­wych drzwi. Wi­told onie­miał z wra­że­nia.

- Jak to? Ale do­kąd? Po co?

- A do fry­zjera, prze­cież sam mi wczo­raj ka­za­łeś.

- W nie­dzielę? - Jego oczy wy­ra­żały osłu­pie­nie.

- A co? Prze­cież mó­wi­łeś, że źle wy­glą­dam w tej fry­zu­rze.

- Tego nie po­wie­dzia­łem.

- A ja są­dzę, że tak wła­śnie po­wie­dzia­łeś, i dla­tego idę dziś do fry­zjera.

- Osza­la­łaś! - krzyk­nął nie­spo­dzie­wa­nie.

- Myśl so­bie, co chcesz, ja wy­cho­dzę. Nie spę­dzę ko­lej­nej nie­dzieli w to­wa­rzy­stwie two­jej ma­musi.

- Osza­la­łaś - po­wta­rzał jak au­to­mat, za­sko­czony za­cho­wa­niem mał­żonki, która ni­gdy przed­tem nie pro­te­sto­wała prze­ciwko jego pla­nom. Ka­lina znik­nęła w drzwiach ta­rasu, po czym po dłuż­szej chwili zja­wiła się w nich po­now­nie.

- Masz tu swoją ja­jecz­nicę, a ja idę się wy­ką­pać - rzu­ciła w jego stronę, sta­wia­jąc ta­lerz tuż przed jego no­sem. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szyła w stronę ła­zienki, za­my­ka­jąc się w niej na dwie go­dziny. Wi­told sie­dział osłu­piały i spo­glą­dał na sty­gnącą ja­jecz­nicę usma­żoną tak jak lu­bił, z ce­bulką, bocz­kiem i po­mi­do­rami.

Tym­cza­sem Ka­lina za­nu­rzona po uszy w wo­dzie z pianą stu­dziła swoje emo­cje. "Znowu te­ściowa w nie­dzielę, cały dzień ze­psuty" - my­ślała. "I te jej cią­głe po­ucze­nia, uwagi i nie­chciane rady. Jak i co po­winna go­to­wać, że Blanka taka blada i szczu­pła, pew­nie nie­do­ży­wiona". Tego już było za wiele. Ka­lina od dawna czuła się jak zwie­rzyna w po­trza­sku, bez chwili dla sie­bie i odro­biny swo­body. W do­datku jej my­śli usta­wicz­nie ucie­kały do po­zna­nego wczo­raj męż­czy­zny. Nie wie­działa jesz­cze, jak to zrobi, ale po wczo­raj­szym nie­uda­nym wie­czo­rze z Wi­tol­dem po­sta­no­wiła pójść na umó­wione spo­tka­nie.

- Prze­cież to tylko kawa... - po­wta­rzała te słowa jak man­trę i po­woli wy­nu­rzyła się z wanny. Wy­tarła mo­krą, pach­nącą owo­cami gra­natu skórę, upięła włosy wy­soko w koka i po­wol­nym ru­chem ręki prze­tarła dło­nią po za­pa­ro­wa­nej szy­bie lu­stra. Spoj­rzała na swoje od­bi­cie, na smutną, zmę­czoną twarz i pod­krą­żone oczy. Się­gnęła do ko­sme­tyczki z przy­bo­rami do ma­ki­jażu. Za­pra­gnęła wy­glą­dać pięk­nie, dla­tego sta­ran­nie na­ło­żyła na twarz pod­kład w to­na­cji swo­jej de­li­kat­nej, ja­snej skóry, przy­pu­dro­wała ją lekko, tak by nie błysz­czała, zgrab­nym ru­chem ręki na­ry­so­wała dwie ide­alne, czarne kre­ski tuż nad rzę­sami, po czym sta­ran­nie po­ma­lo­wała je tu­szem. Po­now­nie spoj­rzała w lu­stro. Jej de­li­katna twarz na­brała wy­razu i nie­po­spo­li­tego uroku, a mocno zie­lone oczy bły­snęły nie­co­dzien­nym bla­skiem. Prze­cze­sała szczotką włosy, które za­lśniły te­raz od­cie­niem zło­tej, ską­pa­nej w pro­mie­niach słońca słomy. Gdy była już za­do­wo­lona ze swo­jego wy­glądu, po­woli prze­krę­ciła klucz w drzwiach i wy­szła z ła­zienki, prze­cho­dząc pro­sto do znaj­du­ją­cej się obok sy­pialni. Ogar­nęło ją ja­kieś dziwne sza­leń­stwo, na­gle była go­towa uciec stąd da­leko. Za­pra­gnęła wol­no­ści i in­nego, nie­zna­nego ży­cia. Czuła każdą cząstką sie­bie, że coś się w niej przez te wszyst­kie lata wy­pa­liło, a we­wnętrzny spo­kój, który jej do­tąd to­wa­rzy­szył, opu­ścił ją na do­bre. Ka­lina sie­działa te­raz na wiel­kim drew­nia­nym łóżku i za­sta­na­wiała się, co da­lej, gdy na­gle w drzwiach sy­pialni po­ja­wiła się Blanka.

- Do­brze się czu­jesz, mamo? - W oczach córki ma­lo­wało się zdzi­wie­nie.

- Tak, do­brze. Czemu py­tasz?

- Po­do­bno dziś przy­cho­dzą dziad­ko­wie na kawę, ale nudy - wes­tchnęła.

- Tak, wiem - od­parła nie­obec­nym gło­sem.

- Nie cie­szysz się?

- Przy­cho­dzą do nas dość czę­sto. Prze­bierz się, wy­pra­so­wa­łam ci tą ładną białą su­kienkę.

- Nie chcę, wiesz, że wolę spodnie.

- Jak chcesz. Je­steś już pra­wie do­ro­sła, sama zde­cy­duj, ale uwa­żam, że ład­nie ci w tej su­kience. - Ka­lina po­de­szła do Blanki i de­li­kat­nie mu­snęła jej dłu­gie, ciemne włosy za­cze­sane tuż nad kar­kiem w kitę. Blanka poza pięk­nymi, zie­lo­nymi oczami w ni­czym nie przy­po­mi­nała swo­jej matki. Urodę odzie­dzi­czyła po ojcu.

- Wy­cho­dzę na chwilę, umó­wi­łam się ze zna­jo­mymi - oznaj­miła nie­spo­dzie­wa­nie, uśmie­cha­jąc się.

- A z kim do­kład­nie?

- Oj, mamo.

- Mam prawo wie­dzieć, z kim się uma­wiasz. Masz chło­paka, prawda? - Ka­lina spoj­rzała na córkę prze­ni­kli­wie, od dawna po­dej­rze­wała, że Blanka ma ko­goś bli­skiego.

- Wiem, że go nie po­lu­bisz.

- To nie­prawda, po pro­stu go nie znam, dla­tego się mar­twię.

- Nie­po­trzeb­nie.

- A jed­nak się mar­twię. I te twoje ko­le­żanki, wy­glą­dają, jakby miały po dwa­dzie­ścia lat. Te stroje i ma­ki­jaże.

- Oj, mamo, nie znasz się, te­raz wszy­scy się tak ubie­rają.

- Nie są­dzę. Nie chcę, byś się z nimi za­da­wała, oni nie są dla cie­bie do­brym to­wa­rzy­stwem.

- Nie mo­żesz mi za­ka­zać. I obudź się, mamo, na ja­kim ty świe­cie ży­jesz? Mam sie­dzieć w domu jak ty? Mam sie­dem­na­ście lat! - rzu­ciła jej po­iry­to­wane spoj­rze­nie, opusz­cza­jąc po­kój.

- Blanka! Za­cze­kaj. - Ka­lina wy­szła tuż za nią, jed­nak usły­szała tylko trzask za­my­ka­nych drzwi wej­ścio­wych.

- Cu­dow­nie - wy­ce­dziła do sie­bie przez zęby i ze­szła na dół, do kuchni.

Pa­no­wała tu przy­tła­cza­jąca ci­sza, jed­nak z ta­rasu sły­chać było unie­siony głos Wi­tolda. Roz­ma­wiał przez te­le­fon, ge­sty­ku­lu­jąc gwał­tow­nie, a gdy spoj­rzał w stronę Ka­liny, zmie­szał się, po czym na­tych­miast prze­rwał roz­mowę. Szybko scho­wał te­le­fon do kie­szeni spodni i wszedł do kuchni, chrzą­ka­jąc gło­śno.

- Już się wy­ką­pa­łaś? - spy­tał, przy­gła­dza­jąc ręką swoje włosy. Ba­daw­czo lu­stro­wał od­mie­niony wy­gląd Ka­liny. Na jego twa­rzy ma­lo­wało się za­kło­po­ta­nie, które dość nie­udol­nie pró­bo­wał za­ka­mu­flo­wać. Ka­lina na­tych­miast za­uwa­żyła tę zmianę, jed­nak nie znała przy­czyny jego dziw­nego za­cho­wa­nia. Daw­niej mu się to nie zda­rzało. Daw­niej pod­szedłby do niej i ser­decz­nie przy­tu­lił, py­ta­jąc, co bę­dzie na obiad. Od dawna już tak nie ro­bił, a Ka­lina świet­nie czuła, że coś mię­dzy nimi od dłuż­szego czasu nie gra.

- Z kim roz­ma­wia­łeś? - spoj­rzała na niego swymi zie­lo­nymi, smut­nymi oczami.

- Z ni­kim.

- Jak to? Prze­cież sły­sza­łam.

- A, to. To był ko­lega z pracy.

- Dziwne. Służ­bowa roz­mowa w nie­dzielę?

- A co to za prze­słu­cha­nie?

- My­lisz się, po pro­stu wi­dzia­łam, że je­steś zde­ner­wo­wany, dla­tego py­tam.

- Wy­da­wało ci się, ko­cha­nie. Zro­bisz mi kawy? - Wi­told pró­bo­wał się przy­mi­lać, gdy było mu to na rękę, i po­tra­fił być świet­nym ak­to­rem.

Daw­niej Ka­lina od­da­łaby za niego ży­cie, to była mi­łość jak z bajki. Dla niego i dziecka zre­zy­gno­wała ze swo­ich ma­rzeń i ka­riery do­brze za­po­wia­da­ją­cej się pia­nistki. To za jego na­mową zgo­dziła się po­rzu­cić stu­dia, by pro­wa­dzić dom i wy­cho­wy­wać dziecko. Dziś po tych wszyst­kich wspól­nie spę­dzo­nych la­tach nie da­łaby się do tego po­now­nie prze­ko­nać.

- Chcesz kawy? - spy­tała, jakby wy­rwana z le­targu. - Może le­piej sam so­bie zrób, ja uszy­kuję coś na obiad, a po­tem wy­cho­dzę po cia­sto.

- Nie ma ta­kiej po­trzeby, już ku­pi­łem, gdy bra­łaś ką­piel. - Jego wzrok wy­ra­żał za­sko­cze­nie.

Ka­lina za­marła. Czyli jed­nak nie zdoła się wy­mknąć z domu.

- Ale ja mu­szę coś za­ła­twić. Po­trze­buję na to go­dzinę - za­częła dziw­nie drżą­cym gło­sem, bo­jąc się, że za chwilę wy­buch­nie pła­czem. Wszystko za­czy­nało się przed nią pię­trzyć jak góra lo­dowa.

- Żar­tu­jesz? Mó­wisz, jak­byś umó­wiła się na ja­kąś randkę - za­żar­to­wał, uśmie­cha­jąc się do sie­bie pod no­sem.

- Po pro­stu mu­szę wyjść. Czy to aż tak dziwne?

- Coś krę­cisz.

- Daj mi już spo­kój, ni­gdy się nie in­te­re­so­wa­łeś, do­kąd i z kim wy­cho­dzę.

- I może to był mój błąd. Poza tym nie pa­mię­tam, kiedy ostat­nio sama wy­cho­dzi­łaś, poza zro­bie­niem za­ku­pów.

- No tak. Ja­sne. Bo ja je­stem tylko od ro­bie­nia za­ku­pów i sprzą­ta­nia.

- Co w cie­bie dziś wstą­piło? Zresztą prze­cież ni­gdy byś mnie nie oszu­kała ani nie zdra­dziła. Tego jed­nego mogę być pewny - stwier­dził na­gle i po chwili wy­szedł na ko­ry­tarz.

- Ach tak - od­parła, lecz my­ślami od­pły­wała da­leko stąd. Dla­tego Wi­told był aż tak pewny swego. Bo ni­gdy nie da­wała mu po­wodu do zwąt­pie­nia. Żona po­tulna jak ba­ra­nek.

"Nie wy­trzy­mam tego dłu­żej! I jak ja się te­raz wy­mknę na to spo­tka­nie?" Wy­glą­dała na zmar­twioną, wręcz pod­ła­maną. Spoj­rzała na ze­gar wi­szący na ścia­nie: do­cho­dziła czter­na­sta. Zo­stały jej nie­całe dwie go­dziny. Naj­gor­sze, że na pięt­na­stą za­po­wie­dzieli się te­ścio­wie. Obiad po­dała na czter­na­stą trzy­dzie­ści, po czym do domu za­wi­tała ra­do­sna Blanka, oświad­cza­jąc, że jest głodna.

- Obiad już był - oznaj­miła sta­now­czo Ka­lina, zmy­wa­jąc na­czy­nia.

- Ale za­wsze mi od­grze­wa­łaś.

- Już nie będę tego ro­biła. Je­steś pra­wie do­ro­sła, wiesz, że w nie­dzielę jemy wcze­śniej.

- To mam być głodna?

- Le­piej mi po­wiedz, do­kąd wy­szłaś.

- To moja sprawa.

- Do­póki tu miesz­kasz, mam prawo wie­dzieć, co i z kim ro­bisz. - Spoj­rze­nie Ka­liny zdra­dzało nie­po­kój o córkę. Blanka spu­ściła wzrok.

- By­łam u mo­jego chło­paka.

- Ro­zu­miem. Wresz­cie na­stała chwila prawdy. A kiedy go po­znam?

- Nie wiem.

- Za­proś go, niech przyj­dzie kie­dyś na her­batę i cia­sto, do­brze?

- Spy­tam go.

- Nie, Blanka, albo go po­znam, albo nie bę­dziesz się z nim już spo­ty­kała, czy to ja­sne?

- Daj mi wresz­cie spo­kój, prze­stań mi roz­ka­zy­wać! Sama mó­wisz, że je­stem pra­wie do­ro­sła! - krzyk­nęła z ca­łych sił i po­bie­gła na górę, trza­ska­jąc drzwiami od swego po­koju tak, że mało nie wy­le­ciały z fu­tryny.

Ka­lina po­waż­nie nie­po­ko­iła się o córkę. Od kiedy Blanka po­znała no­wego chło­paka, wciąż zni­kała z domu na dłu­gie go­dziny za­miast się uczyć, w do­datku w ża­den spo­sób ostat­nio się nie do­ga­dy­wały i więk­szość roz­mów koń­czyła się kłót­nią. Po chwili w drzwiach kuchni po­ja­wił się Wi­told. Z po­ważną miną spo­glą­dał po­nuro na żonę.

- Co to były za krzyki? - W jego wzroku za­bły­sło znie­cier­pli­wie­nie. - Chcia­łem tro­chę od­po­cząć.

- Na­sza córka ma chło­paka, cią­gle prze­sia­duje u niego, w do­datku nie chce wy­znać, kim on jest. Czy to wy­star­cza­jący po­wód do nie­po­koju?

- Jest młoda. Daj jej spo­kój.

- No wła­śnie. I na­iwna. Zrób coś może i po­roz­ma­wiaj z nią, pro­szę - na­ci­skała z upo­rem. - Mar­twię się o nią.

- Ty z nią nie umiesz po­roz­ma­wiać?

- Ostat­nio ja­koś nie.

- Mam z nią ga­dać o chło­pa­kach?

- A dla­czego nie? - spy­tała zdzi­wiona. - Choć raz za­cho­waj się jak oj­ciec.

- Ten przy­tyk nie był ko­nie­czny.

- Nie? A to prze­pra­szam. Po pro­stu ni­gdy cię nie ma w domu i za­wsze wszystko spada na moje barki, a to nie jest miłe uczu­cie, mój drogi.

Wi­told do­strzegł le­dwo uchwytny wy­raz zmę­cze­nia w jej oczach.

- No do­brze, spró­buję, ale ni­czego nie mogę obie­cać.

- Choć spró­buj, ale de­li­kat­nie, do­brze?

- Zgoda, ale zrób mi wresz­cie kawę.

- Do­brze. - Uśmiech­nęła się do niego ła­god­nie. O ile by­łoby jej ła­twiej, gdyby Wi­told ze­chciał dzie­lić z nią trudy wy­cho­waw­cze i bar­dziej an­ga­żo­wał się w sprawy do­mowe. Jed­nak jego za­wsze po­chła­niały tylko wła­sna wy­goda, ego­izm i ka­riera. Jego aspi­ra­cje za­wo­dowe za­pro­wa­dziły go da­leko, jed­nak naj­więk­szą cenę za­pła­ciła za to Ka­lina. Już dawno temu od­cięli się od niej zna­jomi z uczelni. Po­koń­czyli stu­dia, zro­bili ka­riery, a Ka­lina, od kiedy to wszystko rzu­ciła, nie ro­ko­wała, wy­pa­dła z obiegu - jak to zgrab­nie kie­dyś pod­su­mo­wał je­den z jej ko­le­gów.

Na­sta­wiła czaj­nik z wodą na gaz i po­now­nie spoj­rzała na ze­gar: zbli­żała się pięt­na­sta. Wy­gła­dziła ręką ja­sną spód­nicę zgrab­nie otu­la­jącą jej szczu­płą ki­bić i się­gnęła do szafki po ser­wetę na stół. Na­stęp­nie po­de­szła do drzwi ta­rasu i roz­su­nęła je, wpusz­cza­jąc do miesz­ka­nia cie­płe, pach­nące la­sem po­wie­trze. Ze względu na cu­do­wną po­godę po­sta­no­wiła przy­jąć go­ści na ta­ra­sie. Drew­niana pod­łoga lekko za­skrzy­piała pod cię­ża­rem jej ciała. Ka­lina zde­cy­do­wa­nym ru­chem roz­ło­żyła białą ser­wetę na drew­nia­nym, okrą­głym stole. Nie­ba­wem po­ja­wiła się na nim reszta na­kryć i wszystko cze­kało już na przy­by­cie go­ści. Ro­zej­rzała się wo­koło i po­woli po­de­szła do mo­sięż­nej, zdo­bio­nej kształ­tami kwia­tów ba­lu­strady, ra­du­jąc oczy cu­dow­nym i bło­gim wi­do­kiem na­tury. W sercu od­czu­wała jed­nak dziwny nie­po­kój, wie­działa, że po­winna już wyjść domu, je­śli ma zdą­żyć na spo­tka­nie. Prze­czu­wała jed­nak, że to się nie uda. Nu­mer z cia­stem ani fry­zje­rem nie prze­szedł, a ona nie miała ochoty na ko­lejną ro­dzinną kłót­nię. W do­datku po chwili za­dzwo­nił dzwo­nek do drzwi.

- Są wcze­śniej, niż po­winni - wy­szep­tała z nie­po­ko­jem, spo­glą­da­jąc w kie­runku sa­lonu. W jej gło­sie brzmiała udręka. Przez chwilę była na sie­bie zła, że nie po­sta­wiła na swoim i po pro­stu nie wy­szła z domu. Z nie­chę­cią wy­pi­saną na twa­rzy ru­szyła w kie­runku głów­nego ko­ry­ta­rza.

Na­stur­cja i Cy­prian. Ka­lina za każ­dym ra­zem, gdy ich wi­działa, za­sta­na­wiała się, czym kie­ro­wali się ich ro­dzi­cie, na­da­jąc swoim dzie­ciom ta­kie imiona. Te­ścio­wie stali w progu ze sztucz­nymi, wy­uczo­nymi uśmie­chami. Stu­kot wy­so­kich ob­ca­sów roz­no­sił się echem w ca­łym domu, a za­pach per­fum Cy­priana przy­pra­wiał swą in­ten­syw­no­ścią o ból głowy.

- Wi­taj, ko­chana. Jak za­wsze mu­sie­li­śmy się na­cze­kać, za­nim nam otwo­rzy­łaś - pa­dło na po­wi­ta­nie z ust ko­biety.

- Dzień do­bry, mamo - to ostat­nie słowo z tru­dem prze­cho­dziło Ka­li­nie przez gar­dło - miło was wi­dzieć - oznaj­miła, igno­ru­jąc jej uszczy­pli­wo­ści.

- A gdzie mój syn? Czy on tu jesz­cze w ogóle mieszka?

- Jesz­cze tak - od­cięła się Ka­lina, co wy­wo­łało na­tych­mia­stową re­ak­cję łań­cu­chową.

- No wiesz, mó­wisz tak, jak­by­ście się już roz­wo­dzili, czyż nie, mój drogi? - Na­stur­cja spoj­rzała na bla­dego, mi­zer­nie wy­glą­da­ją­cego mał­żonka, o oczach przy­po­mi­na­ją­cych sen­nego kota Gar­fielda z kre­skówki dla dzieci.

- Co mó­wi­łaś, moja droga? - spy­tał ospale.

- Już nic, już nic. - Mach­nęła ner­wowo rę­kami w jego stronę.

Wi­told po­ja­wił się po chwili, wy­wo­łu­jąc na te­atral­nie upu­dro­wa­nej twa­rzy swo­jej matki dziką eu­fo­rię.

- Mój sy­nuś! - Pod­bie­gła do niego i za­częła ob­ca­ło­wy­wać. Twarz Wi­tolda na­zna­czona była te­raz licz­nymi śla­dami po­madki w od­cie­niu krwi.

- Och, po­ma­lo­wa­łam cię - chi­cho­tała, pró­bu­jąc ze­trzeć szminkę z jego twa­rzy. Ka­lina przy­glą­dała się temu z nie­ukry­wa­nym roz­ba­wie­niem. Od lat wy­glą­dało to tak samo.

- A gdzie moja wspa­niała wnuczka? - do­py­ty­wała te­ściowa, nie­cier­pli­wie roz­glą­da­jąc się na boki.

- Dziś ma kiep­ski dzień - za­czął Wi­told. - Chyba śpi - do­rzu­cił, spo­glą­da­jąc ukrad­kiem na Ka­linę.

- Coś ta­kiego - od­parła obu­rzona Na­stur­cja, uśmie­cha­jąc się iro­nicz­nie. - No cóż, skoro tak zo­stała wy­cho­wana, nic dziw­nego, że śpi, gdy w domu są go­ście.

- Dajmy jej spo­kój - wtrą­ciła Ka­lina. - Nie jest już małą dziew­czynką.

Wi­told gło­śno chrząk­nął, jak za­wsze, gdy nie po­tra­fił wyjść z opre­sji obronną ręką. Na­stur­cja ki­wała głową i z nie­za­do­wo­loną miną ciężko sa­pała.

Po chwili wszy­scy we­szli do sa­lonu, z któ­rego prze­cho­dziło się na ta­ras. Ka­lina ukrad­kiem spoj­rzała na ze­gar, do­cho­dziła pięt­na­sta trzy­dzie­ści. Wes­tchnęła głę­boko i spoj­rzała za­my­ślona przed sie­bie.

- Ko­cha­nie! - za­wo­łał Wi­told, nie­spo­dzie­wa­nie mi­łym i uprzej­mym to­nem. - Przy­nie­siesz nam kawę i cia­sto?

Wy­rwa­nej z za­my­śle­nia Ka­li­nie wy­da­wało się, że jego głos do­cho­dzi z za­świa­tów. Spoj­rzała na niego ze zdzi­wie­niem, da­le­kim, nie­obec­nym wzro­kiem.

- Tak, już niosę - od­parła ci­cho po chwili kon­ster­na­cji i od­wró­ciw­szy się, po­szła do sa­lonu. Się­gnęła do szafki po po­sre­brzaną tacę, którą dawno temu do­stała w po­sagu od swo­jej babci. Na­gle po­czuła się dziw­nie i nie­swojo, miała wielką ochotę roz­pła­kać się w głos. Zro­zu­miała, że z jej dzi­siej­szego spo­tka­nia nic już nie wyj­dzie. Nie wy­pije kawy z prze­mi­łym nie­zna­jo­mym. I pew­nie już ni­gdy wię­cej go nie spo­tka. Po chwili jed­nak otrzą­snęła się. Tak wy­glą­dało jej ży­cie. Sa­motne, lecz do­stat­nie. Osta­tecz­nie nie było złe. Od dawna po­zba­wiona swo­ich ma­rzeń i pra­gnień, z tacą w rę­kach, na któ­rej stały świeżo za­pa­rzona kawa i cia­sto, po­woli ru­szyła w stronę ta­rasu, na któ­rym po­ja­wiły się żywe pro­mie­nie słońca.