W poszukiwaniu drogi
(1975-1995)
Pierwsza fascynacja
Na początku była historia. Do tego starożytna. W latach
siedemdziesiątych studiowałem na Uniwersytecie Łódzkim. Gdy byłem
studentem pierwszego roku, na samym początku nauki spotkałem na
zajęciach moją licealną nauczycielkę łaciny, która prowadziła też
lektorat dla studentów historii. Widząc mnie, załamała ręce. Lektorat
języka łacińskiego na studiach historycznych obejmował kurs dla
początkujących, a ja byłem już po czterech latach nauki w liceum. Wtedy
zdarzały się jeszcze szkoły średnie, gdzie w niektórych klasach nauczano
łaciny. Do tego byłem najlepszym uczniem mojej łacinniczki i olimpijczykiem.
- To zupełnie bezużyteczne dla ciebie zajęcia, będziesz się na nich
okropnie nudził - powiedziała. - Jeśli naprawdę chciałbyś wykorzystać
znajomość łaciny na studiach, to pomogę ci przenieść się na zajęcia z języka łacińskiego na filologii klasycznej. Tam zaliczysz obowiązkowy
lektorat i dowiesz się przy okazji czegoś nowego o literaturze
antycznej. Może ci się to przydać w przyszłości, jeśli serio myślisz o pracy na uczelni po dyplomie.
Rzeczywiście marzyłem wtedy o pracy na uczelni. Fascynowała mnie
historia starożytna i średniowieczna. Na następne zajęcia lektorka
przyniosła mi kilka przedwojennych książek z mowami Cycerona,
Kwintyliana i kogoś jeszcze. Oczywiście w oryginale. To byli mówcy,
dzięki którym wypracowano wiele obowiązujących do dzisiaj reguł
dotyczących sposobu budowania i wygłaszania przemówień.
- Gdy będziemy kiedyś mieć w Polsce prawdziwy parlament i będziesz
chciał w nim przemawiać, masz tu dobre wzory, jak przygotowywać mowy -
zażartowała.
Nie myślałem wtedy ani o polityce, ani o dyplomacji. Za radą mojej
łacinniczki już od pierwszego roku studiów nawiązałem kontakt z Zakładem
Historii Powszechnej Starożytnej i Średniowiecznej. Wkrótce wystąpiłem
do władz wydziału z prośbą o zgodę na indywidualny program studiów i zacząłem uczęszczać na niektóre zajęcia na filologii klasycznej.
Szybko przegryzłem się przez zeszyty z rzymskimi mowami. Postanowiłem
uczynić przedmiotem mojej specjalizacji praktyczne zastosowanie retoryki
u schyłku starożytności. Opiekunką mojego indywidualnego toku studiów
została profesor Halina Evert-Kappesowa, która zapoczątkowała badania
nad dziejami Bizancjum na łódzkim uniwersytecie. Zaproponowałem jej, by
przyjęła jako temat mojej pracy magisterskiej analizę wybranych
przemówień wygłaszanych przed bitwami przez rzymskich i bizantyjskich
władców i dowódców wojskowych. Już nie pamiętam, dlaczego uznałem, że to
może być bardzo ciekawe - że trzeba koniecznie napisać o tym, jak u schyłku starożytności za pomocą sztuki oratorskiej motywowano żołnierzy
do walki.
Moja promotorka uznała jednak, że to nie jest dobry temat. Przede
wszystkim to nie były jej zdaniem prawdziwe przemówienia. Nigdy ich nie
wygłaszano, gdyż w bojowym zamęcie żołnierze nie usłyszeliby ani słowa.
Były to tylko literackie przerywniki i ozdobniki w tekście kronikarskiej
opowieści, które praktycznie w całości stanowiły wytwór wyobraźni
autorów. A czasem jedni z nich spisywali od drugich. Można się
oczywiście zająć tymi tekstami i dokonywać ich analizy, ale jest to
temat dla literaturoznawców, a nie dla historyków. Próbowałem upierać
się przy swoim zdaniu, lecz bezskutecznie.
I w ten właśnie sposób straciłem szansę zrobienia naukowej kariery w dziedzinie teorii pisania i wygłaszania przemówień w starożytności. Nie
przypuszczałem, że los sprawi, iż dwadzieścia lat później zajmę się
przemówieniami nie w teorii, ale w praktyce.
Wspomnienia starszej pani
Profesor Kappesowa była ciekawą osobą, z interesującą biografią, chociaż
trzeba powiedzieć, że nie miała wielkiego dorobku naukowego. Była jedną
z legend mojego uniwersytetu. Wśród studentek przylgnęła do niej opinia
mizoginistki, nie wiem jednak, czy sprawiedliwie. Gdy ją poznałem, miała
już ponad siedemdziesiąt lat, ale ciągle prowadziła wykłady z historii
starożytnej Grecji i Rzymu, zarówno na historii, jak i archeologii oraz
filologii klasycznej.
Przez pewien czas byłem jej jedynym magistrantem, potem była nas trójka.
Kameralna atmosfera spotkań seminaryjnych sprzyjała rozmowom nie tylko o obowiązkowych lekturach i postępach w pracy nad magisterium. Pani
profesor lubiła opowiadać i wspominać.
Była córką przedwojennego wydawcy i senatora II Rzeczypospolitej z ramienia piłsudczykowskiego Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem -
Ludwika Everta (tego od pierwszej polskiej encyklopedii firmowanej przez
trio Trzaska, Evert, Michalski). Dzieciństwo i wczesną młodość (do 1919
roku) spędziła w Rosji, kilka lat mieszkała i pracowała w Turcji. Jej
zmarły jeszcze przed II wojną światową mąż był handlowcem, szefem
polskiego przedstawicielstwa handlowego w Stambule, czyli - jak profesor
Kappesowa wolała mówić - w Konstantynopolu, a ona prowadziła jego
sekretariat. Poznała także ówczesną Grecję i Bułgarię, była w Persji i Syrii.
Karierę naukową zaczęła późno, w wieku trzydziestu paru lat. Wspominała
swojego promotora Oskara Haleckiego, wybitnego historyka i publicystę -
późniejszego emigranta politycznego i antykomunistę, skądinąd człowieka,
który nie miał zrozumienia dla aspiracji niepodległościowych narodów
byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Historia bizantyjska stanowiła
zaledwie ułamek jego zainteresowań. Profesor Kappesowa narzekała, że w powojennej Polsce nie wolno z przyczyn politycznych publikować jego
prac. Dopiero znacznie później dowiedziałem się, że ona sama
korespondowała z nim aż do jego śmierci w 1973 roku.
Znacznie więcej opowiadała o innym swoim naukowym mentorze - profesorze
Kazimierzu Zakrzewskim, który został rozstrzelany przez Niemców w 1941
roku w Palmirach. Był on nie tylko historykiem specjalizującym się w historii Bizancjum, lecz także politykiem ciekawego, niszowego,
lewicowego nurtu politycznego. Profesor należał do liderów polskich
syndykalistów - ruchu próbującego łączyć ideologię anarchistyczną z działalnością w związkach zawodowych. Poświęcał się polityce - zdaniem
mojej promotorki - ze szkodą dla swej pracy naukowej.
Samej Halinie Evert-Kappesowej nie były w młodości obce pasje
polityczne. Działała - podobnie jak profesor Zakrzewski - w ruchu
anarchosyndykalistycznym. W latach okupacji za namową małżeństwa
Zakrzewskich współpracowała z syndykalistycznym Związkiem "Wolność i Lud", niewielką, niezależną, lewicową grupą konspiracyjną, której
czołowi działacze należeli też do Związku Walki Zbrojnej, a potem Armii
Krajowej. Prowadziła nasłuch radiowy, nauczała w podziemnym
szkolnictwie. Jednym z jej uczniów na tajnych kompletach w Warszawie był
Leszek Kołakowski. Po wojnie zamieszkała w Łodzi i rozpoczęła pracę na
nowo utworzonym Uniwersytecie Łódzkim.
Poznała wiele oryginalnych postaci z niezbyt wówczas licznej
społeczności międzynarodowej historyków bizantynistów. Lubiła opowiadać
o spotkaniach i rozmowach z nimi. W latach trzydziestych XX wieku sporo
czasu spędziła we Francji jako uczestniczka dłuższego stażu naukowego.
Bohaterami jej opowieści byli między innymi historycy francuscy -
Charles Diehl i André Piganiol. O tym ostatnim mówiła, że porzucił
chrześcijaństwo i otwarcie wyznawał religię starożytnych Greków i Rzymian oraz że próbował napisać swoje opus magnum - dzieło życia - o prześladowaniach pogan przez chrześcijan w czasach późnorzymskich i bizantyjskich. Ale nawet w laickiej Francji trudno było mu znaleźć
wydawcę dla takiego dzieła.
Wspominała także spotkania z Nicolae Iorgą, rumuńskim historykiem,
pisarzem i publicystą politycznym, a zarazem politykiem, który sprawował
nawet przez pewien czas urząd premiera. Został zamordowany w listopadzie
1940 roku przez prohitlerowskie bojówki. Wysłuchała kiedyś we Francji
jego wykładów i rozmawiała z nim osobiście. Sympatia Kappesowej do Iorgi
brała się pewno z tego, że pod względem rozległości zainteresowań
naukowych przypominał jej Oskara Haleckiego. Pod wpływem pani profesor
trochę o nim poczytałem.
Inną bohaterką wspomnień mojej promotorki była Rosjanka Nina Pigulewska,
z której opracowań na temat relacji bizantyjsko-arabskich korzystałem
podczas pisania pracy magisterskiej. Obie panie znały się nie najgorzej.
W ramach współpracy naukowej uniwersytetów Pigulewska była kiedyś w Łodzi, a Kappesowa rewizytowała ją w Leningradzie (dziś Petersburg),
jeśli dobrze zapamiętałem kolejność odwiedzin.
Początki naukowej kariery Pigulewskiej miały miejsce na uniwersytecie w Piotrogrodzie wkrótce po przewrocie bolszewickim w Rosji. Na przełomie
lat dwudziestych i trzydziestych spędziła kilka lat w łagrze. Była
typowym przykładem obowiązkowej mimikry, normy w radzieckiej
humanistyce. W jednej ze swoich prac, wydanych na początku lat
pięćdziesiątych - przypomnę, że była specjalistką w dziedzinie
starożytnej i średniowiecznej historii Bliskiego Wschodu - obszernie
cytowała wypowiedzi Józefa Stalina jako źródło swojej naukowej
inspiracji. W innej - pochodzącej z lat sześćdziesiątych - już o tym nie
było mowy, ale na wszelki wypadek starała się nadal demonstrować klasowe
podejście do zjawisk historycznych. Wiele takich przykładów politycznego
przystosowania w radzieckiej nauce mogłem później z bliska zaobserwować
sam, w czasie rozmów z naukowcami starszego pokolenia w Kijowie i Charkowie.
Podczas pracy nad magisterium musiałem korzystać przede wszystkim z zagranicznej literatury naukowej. Bizantynistyka jest międzynarodową
dyscypliną badawczą, co od historyków wymaga znajomości - oprócz łaciny
i greki - języków nowożytnych. W bibliotekach naukowych nie było jednak
w tym czasie zbyt wielu zagranicznych nowości z tej dziedziny.
Obowiązywały limity dewizowe, profesor Kappesowa żaliła się, że jej
wnioski o zakup literatury naukowej z Zachodu są regularnie odrzucane
przez komisję uniwersytecką. Historia Bizancjum nie znajdowała się wśród
naukowych priorytetów naszej Alma Mater. Korzystałem z tego, co było
dostępne - dawniejszych publikacji, czasem nawet przedwojennych, oraz z literatury rosyjskojęzycznej.
Pamiętam, że zacytowałem w swojej pracy fragment starej kroniki
ormiańskiej Sebeosa z VIII wieku, do której odwołanie znalazłem w jakiejś współczesnej książce czy naukowym artykule. Rzecz w tym, że
zagraniczny autor publikacji dysponował przekładem tej kroniki na język
angielski. Profesor Kappesowa nie zgodziła się na cytat z drugiej ręki.
- To byłoby nieprofesjonalne, gdyby cytował pan dawną kronikę, nie mając
w ręku jej wydania i korzystając z czyjejś pracy. Proszę z tego
zrezygnować, jeśli nie znajdzie pan właściwej książki.
Udało mi się jednak. Znalazłem tę kronikę w Bibliotece Uniwersytetu
Warszawskiego w tłumaczeniu na język rosyjski w wydaniu z 1862 roku.
Bibliotekarz, który mi ją podawał po wyszukaniu w magazynie, powiedział:
- Wygląda na to, że jest pan pierwszym czytelnikiem tej publikacji.
Łatwo było to stwierdzić, gdyż arkusze wydawnicze nie były porozcinane.
Nie miałem czym rozcinać kartek, żeby rozpocząć lekturę. Bibliotekarz
nie zgodził się, bym to robił swoim grzebieniem. Obawiał się, że
porozrywam kartki. Wrócił do mnie z nożem do papieru i wręczył mi go
wraz z książką. Chyba właśnie wtedy po raz pierwszy naszły mnie poważne
wątpliwości co do tego, czy moja fascynacja historią bizantyjską to jest
właściwy wybór. Trzymałem w ręku książkę wydaną sto dwadzieścia lat
wcześniej, po którą nikt nigdy nie sięgnął przez tyle lat. Czy naprawdę
o to mi chodzi w życiu, żeby zajmować się niszowymi, nikogo
nieinteresującymi sprawami? Postanowiłem wziąć ostry zakręt.
Spotkanie z pieriestrojką
Ostatecznie moja współpraca z profesor Kappesową nie ułożyła się i nic
nie wyszło z planów zrobienia kariery naukowej. Muszę szczerze przyznać,
że ja byłem temu winien. Nie pozostawałem wierny marzeniom o karierze
uniwersyteckiej. Angażowałem się w różne przedsięwzięcia i wydarzenia w ruchu studenckim. Koncerty, spektakle, festiwale, konferencje, spotkania
dziennikarzy studenckich, praktyki w mediach wygrywały z historią
bizantyjską, która nagle wydała mi się nikomu niepotrzebna i straszliwie
odległa od współczesności. Rozwiały się marzenia o pracy naukowej, a bieg wydarzeń poniósł mnie w inną stronę. Ale zamiłowanie do historii
pozostało i przydało mi się później, zarówno w karierze dziennikarskiej,
jak i dyplomatycznej. W miarę upływu czasu pochłaniałem coraz więcej
lektur, lecz z reguły nie były one już poświęcone historii starożytnej i bizantyjskiej. Coraz bardziej wciągała mnie przeszłość i teraźniejszość
Rosji, Ukrainy, Litwy i Białorusi oraz krajów Kaukazu.
W latach osiemdziesiątych pracowałem w stołecznych mediach. Najpierw w studenckim tygodniku "itd", a potem w "Sztandarze Młodych". Pisałem o różnych rzeczach, najpierw głównie o kulturze studenckiej, potem o historii bliższej i dalszej, wreszcie o polityce. Zaczynałem już wtedy
powoli budować swoją wschodnią specjalizację. Muszę przyznać, że bardzo
mi w tym pomogła biegła znajomość języka rosyjskiego, którą wyniosłem
przede wszystkim z lektur, także tych historycznych. Miałem na koncie
parę publikacji oraz trochę ciekawych spotkań i rozmów za wschodnią
granicą.
Przyjaciółka mojej żony Tomira Gupieniec dbała o to, żeby moje
wyobrażenie na temat Związku Radzieckiego nie było jednostronne. Miała
ona, a może raczej jej rodzice, jakieś kontakty z emigracyjnymi
księgarniami rosyjskimi i od czasu do czasu podrzucała mi książki
rosyjskich emigrantów i opozycjonistów wydane na Zachodzie. Dzięki niej
zapoznałem się ze wspomnieniami Anatolija Marczenki, rosyjskiego
dysydenta, który spędził w łagrach kilkanaście lat i zmarł w następstwie
strajku głodowego, pośmiertnego laureata - wraz z Nelsonem Mandelą -
pierwszej Nagrody Sacharowa w 1988 roku. Dotarłem też do zakazanej w ZSRR, a również w Polsce i innych krajach socjalistycznych,
publicystycznej książki Maksyma Gorkiego Myśli nie na czasie. Zawarte
w niej felietony powstały w latach dwudziestych w czasie pobytu pisarza
na Capri i zawierały ostrą krytykę Lenina i innych czołowych
bolszewików. Próbowałem - mimo cenzury - coś o nich napisać i opublikować na łamach tygodnika "itd".
W 1985 roku rozpoczęła się w ZSRR pieriestrojka, z początku bardzo
nieśmiało. Prawdziwym przeżyciem stała się dla mnie dwutygodniowa trasa
po najciekawszych teatrach dramatycznych Moskwy, Leningradu i Mińska,
którą odbyłem wraz z grupą polskich krytyków teatralnych i publicystów
kulturalnych piszących dla mediów oficjalnych. Wszędzie widziałem
zainteresowanie polską kulturą i odrodzenie nowego ducha w zsowietyzowanych do niedawna instytucjach kultury i redakcjach.
W Mińsku poznałem całe grono osób, które działały na rzecz białoruskiego
odrodzenia narodowego, i przeprowadziłem wywiad z Adamem Maldzisem,
wybitnym białoruskim krytykiem literackim, historykiem i badaczem
polsko-białoruskich związków literackich, na temat historii trzech
przekładów Pana Tadeusza Adama Mickiewicza na język białoruski.
Ciekawe były wrażenia z pobytu w Leningradzie. Obejrzałem tam, w miejscowym teatrze dramatycznym, inscenizowane spektakle historycznej
trylogii Aleksieja Tołstoja1 poświęcone czasom smuty2,
na które udawało się wejść tylko po znajomości ze względu na ogromne
zainteresowanie publiczności. Widziałem w teatrze zatłoczoną dzień po
dniu do ostatniego miejsca widownię, mimo że każda z części trylogii
miała już wtedy po niemal tysiąc wystawień. Ludzie siedzieli na
podłodze, w przejściach między rzędami krzeseł.
Narracja dramatów Aleksieja Tołstoja zbudowana została na podstawie prac
Nikołaja Karamzina, rosyjskiego dziewiętnastowiecznego historyka. Ale w tym przypadku nie chodziło jedynie o ich treść. Zdumiewała mnie reakcja
leningradzkiej publiczności, która - mimo siedemdziesięciu lat treningu
ze strony komunistycznej propagandy - nie ukrywała swojego zachwytu
blichtrem carskiej władzy pokazanym w scenografii, kostiumach,
dialogach. Widownia żywo reagowała na przebieg akcji na scenie.
Oklaskiwano wymierzone w cudzoziemców tyrady postaci prezentujących
postawy patriotyczne oraz moralne nauki wygłaszane przez aktorów
grających prawosławnych duchownych. Z dezaprobatą przyjmowano natomiast
pojawienie się na scenie posłów z Polski. Widzowie tupali nogami podczas
ich wypowiedzi. Wraz z pieriestrojką obudził się stary rosyjski
nacjonalizm, połączony z dumą z dawnego imperium i samodzierżawia.
Nie byłem pewien, czy rosyjscy demokraci i liberałowie poradzą sobie z tym wyzwaniem, którego zresztą przez wiele następnych lat wyraźnie nie
doceniali.
Na początku 1988 roku byłem po raz pierwszy przez kilka dni w Ukrainie -
w Odessie i we Lwowie. Z Odessy pamiętam wieczór w klubie filmowym,
gdzie wyświetlano dokument na temat ekologicznej katastrofy w radzieckiej Azji Środkowej. Byłem świadkiem ożywionej, wielogodzinnej
dyskusji widzów właściwie o wszystkim - o ekologii, Czarnobylu, a także
o rosyjskiej i ukraińskiej historii i polityce.
Zapamiętałem z Odessy niemal zupełny brak gazet w kioskach. Ludzie
chłonęli wiadomości i wykupowali wszystkie wydania. W rosyjskojęzycznej
Odessie w pierwszej kolejności rozchodziły się gazety i periodyki w języku rosyjskim. Mniejszym popytem cieszyły się tytuły po ukraińsku,
które były przeznaczone raczej dla czytelników pochodzących z okolicznych wiejskich obszarów. Dlatego w czasie pobytu w tym mieście,
chcąc nie chcąc, kupowałem głównie - z powodu braku prasy
rosyjskojęzycznej - gazetę "Czornomorec" w języku ukraińskim, gdzie
zagłębiałem się w tasiemcowe teksty publicystyczne i przemówienia
polityków. Próbowałem zrozumieć jak najwięcej, ale wbrew moim
oczekiwaniom ukraiński nie okazał się tak podobny do rosyjskiego, jak mi
się wcześniej wydawało. Przy najbliższej okazji kupiłem samouczek języka
ukraińskiego oraz słownik rosyjsko-ukraiński i nie rozstawałem się z nimi. Okazały się bardzo przydatne.
Natomiast Lwów w lutym 1988 roku na tle rozdyskutowanej Odessy wydał mi
się wyciszony. Na ulicy, w sklepach, księgarniach, restauracjach w centrum miasta dominował język rosyjski. Przynajmniej tam, gdzie ja
bywałem. Ale to była cisza przed burzą. Jej zwiastun stanowiły liczne
ogłoszenia i informacje w języku ukraińskim na ulicznych słupach
ogłoszeniowych i na tablicach ogłoszeń na uczelniach i w redakcjach.
Opowiadano mi, jak o czymś niezwykłym, o odrodzeniu tradycji kolędowania
i wertepowania3 w czasie niedawnych styczniowych świąt
Bożego Narodzenia i o tym, że we Lwowie w styczniu 1988 po raz pierwszy
od 1945 czy 1946 roku Boże Narodzenie było świętowane szeroko, choć
jeszcze nie powszechnie. Już jesienią poprzedniego roku z inicjatywy
dopiero co utworzonego Towarzystwa Lwa4 rozpoczęto porządkowanie
mogił wybitnych twórców ukraińskiej kultury i nauki na lwowskich
cmentarzach Łyczakowskim i Janowskim. To było coś nowego, jak mówili mi
znajomi. Przyznam się, że nie doceniłem wtedy znaczenia tych opowieści.
Wydawało mi się, że to po prostu wraz ze świętami Bożego Narodzenia i kolędnikami wraca do Lwowa normalność. A to był w istocie początek
prawdziwej rewolucji.
Boat people
W drugiej połowie lat osiemdziesiątych należałem do kategorii ludzi
zwanych żartobliwie boat people, czyli mieszkańców Łodzi
dojeżdżających do pracy lub do różnych zajęć w Warszawie. To naprawdę
była liczna grupa, obejmująca tysiące osób. Niektórzy jeździli do
stolicy samochodem dwa, trzy razy w tygodniu, inni codziennie. Większość
w poniedziałek rano wsiadała do pociągu pospiesznego "Telimena", a wieczorem w piątek wszyscy gremialnie wracali do domu.
To była prawdziwa społeczność. Nie ograniczała się do spotkań na
dworcach i w pociągach. Widywaliśmy się na uczelniach, na konferencjach,
w bibliotekach, podczas rozmaitych debat i dyskusji, także towarzysko. W połowie lat dziewięćdziesiątych powstało nawet formalne stowarzyszenie
ze statutem i władzami. Prawdziwe łódzko-warszawskie ziomkostwo
wędrowców.
Zbiegiem okoliczności w pociągu na trasie Łódź-Warszawa spotykaliśmy się
jakoś wyjątkowo często z Markiem Belką. Myślę, że nie rzadziej niż trzy,
cztery razy w każdym miesiącu przez kilka lat. Czasami nawet częściej.
Poznaliśmy się jeszcze w moich wczesnych czasach studenckich, chyba w 1974 roku. Marek Belka był wtedy młodym pracownikiem naukowym na
Uniwersytecie Łódzkim. Jako prawdziwy wunderkind bardzo wcześnie, bodaj
w wieku dwudziestu lat, zakończył studia i rozpoczął pracę na uczelni. W czasie wspólnych podróży między Łodzią a Warszawą sporo rozmawialiśmy.
On dojeżdżał do pracy w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN, ja - do
swojej redakcji. Pociąg z Łodzi do Warszawy jechał wtedy znacznie dłużej
niż dzisiaj, ponad dwie godziny. Często dochodziły do tego spóźnienia na
trasie, która była bez przerwy remontowana.
Dyskutowaliśmy o polityce i gospodarce, omawialiśmy sukcesy i niepowodzenia znajomych. Czasami trochę się spieraliśmy, ale -
zdecydowanie częściej - nasze poglądy na różne kwestie były bliskie. W czasie gdy premierem PRL został profesor Zbigniew Messner, podzielałem
sceptycyzm Marka Belki co do prób narzucenia przez ekipę rządzącą agendy
reform pomijającej istnienie w kraju realnej, choć nieuznawanej
opozycji. Porażka władzy podczas tak zwanego referendum reformatorskiego
w 1987 roku dowiodła, że bez ogólnego porozumienia władzy z opozycją nie
da się rozwiązać problemów gospodarczych Polski. Zresztą nie tylko
gospodarczych.
Po 1989 roku, w czasie naszych pociągowych (i nie tylko) rozmów, Marek
Belka dzielił się ze mną uwagami o swojej współpracy z ministerstwami
gospodarczymi nowego rządu oraz refleksjami ze swoich podróży i obserwacji w krajach regionu. Uczestniczył wtedy w realizacji wielu
międzynarodowych projektów. Chętnie porównywał transformujące się
gospodarki w krajach postkomunistycznych w Europie i Azji z sytuacją w Polsce.
Bardzo mu zazdrościłem konsekwencji w rozwoju kariery naukowej i dystansu do świata polityki. Magisterium w wieku lat dwudziestu,
doktorat - dwudziestu sześciu, habilitacja siedem lat później, stypendia
w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, książka o twórcy teorii
monetaryzmu i guru amerykańskich neokonserwatystów Miltonie Friedmanie,
profesura belwederska w wieku czterdziestu jeden lat. Praca w Polskiej
Akademii Nauk. Doradzał ministrom - Jerzemu Kropiwnickiemu, a później
Jerzemu Osiatyńskiemu. Współpracę z politykami w Polsce traktował
pragmatycznie, w kategorii zadań do wykonania.
Myślę, że nasze rozmowy były interesujące. Może nawet inspirujące,
zwłaszcza dla mnie. Również Marek Belka pisze o nich w swoich
wspomnieniach, powiedziałbym nawet, że z pewnym sentymentem. Te nasze
spotkania miały swoje konsekwencje. I dla samego profesora, i dla mnie.
On zapamiętał naszą rozmowę w pociągu, ja - spotkanie... na wojskowym
poligonie5. Trochę więcej napiszę o tym nieco dalej.
Nie ten Piłsudski
U schyłku epoki PRL zwracano się niekiedy do dziennikarzy z propozycją
współuczestniczenia w pisaniu niektórych ważnych przemówień polityków,
adresowanych zwłaszcza do środowisk inteligenckich czy ludzi młodych.
Chodziło o odnowienie języka, o przyciągnięcie uwagi. Jednym kolegom
wychodziło to lepiej, innym gorzej. Jedni odmawiali, inni nie. Mnie ten
przywilej szczęśliwie omijał. Aż do czerwca 1988 roku.
Pewnego dnia - pamiętam, że to był piątek, co jest ważne dla dalszej
części opowieści - zaprosił mnie na krótką rozmowę Tadeusz Sawic, mój
znajomy z czasów działalności w ruchu studenckim, były sekretarz
generalny Narodowej Rady Kultury. W latach 1988-1989 był on, obok
profesora Aleksandra Krawczuka, ówczesnego ministra, jedną z najważniejszych postaci zajmujących się polityką kulturalną państwa.
- Wkrótce przyjeżdża do Polski Gorbaczow - zaczął. - To może być
przełomowa wizyta, także dla sytuacji u nas w kraju. Poproszono nas o trzy, cztery kartki sugestii do wystąpienia Jaruzelskiego. Nie o polityce i nie o pieriestrojce, najlepiej o kulturze czy historii, jeśli
da się znaleźć coś, o czym nie mówiono do tej pory publicznie. Siedzisz
w tych zagadnieniach, może uda ci się coś zaproponować. Spróbuj.
Propozycja napisania sugestii do przemówienia na tak wysokim szczeblu i przy tak szczególnej okazji po prostu mnie zainteresowała. Od wiosny
1985 roku w Związku Radzieckim zachodziły zmiany, które były z każdym
miesiącem coraz bardziej zauważalne - coraz szybsze i głębsze. Szczerze
kibicowałem wtedy Gorbaczowowi - podobnie jak wielu ludzi w Polsce.
Miałem jeden, ale za to ogromny problem z wykonaniem tego polecenia. To
był piątek, dzień przed weekendem, a ja od poniedziałku zaczynałem
urlop. Planowałem wyjazd z Warszawy zaraz po pracy w piątek po południu,
czyli właśnie tego samego dnia, kiedy otrzymałem tę propozycję nie do
odrzucenia. Miałem jechać do Bratysławy, gdzie praktykę dziennikarską w ośrodku kultury polskiej odbywała moja żona Ewa. Postanowiliśmy spędzić
na Słowacji parę tygodni razem, tak by mogła ona kontynuować swój staż,
a równocześnie czas wolny poświęcić rodzinie. Samochód, polski fiat
126p, czekał zatankowany "pod korek". Podróżować miałem razem z naszym
dwuipółletnim synem, który od początku tygodnia przebywał pod opieką
dziadków w Piotrkowie Trybunalskim. Miałem go odebrać od teściów po
drodze ze stolicy do przejścia granicznego, skracając tym samym małemu
czas przejazdu.
Ewa wszystko policzyła i skalkulowała z dokładnością do pół godziny. W dniu planowanego wyjazdu dostałem już nawet wiadomość z Bratysławy, że
żona właśnie pojechała na dworzec kolejowy, bo zamierzała nas osobiście
spotkać na polsko-czechosłowackiej granicy.
A tu - masz ci los - Gorbaczow. Na pewno nigdy w życiu nie pisałem
szybciej niż wtedy. Przygotowanie tekstu zajęło mi chyba niewiele więcej
niż dwie godziny - zabrakło czasu, żeby poszukać jakichś rzeczywiście
oryginalnych ciekawostek w bibliotece. Musiałem korzystać z tego, co
miałem w pamięci i pod ręką. Internetu, na wszelki wypadek przypomnę,
jeszcze wtedy nie znano.
Tekst oddałem w rękopisie. Nie miałem czasu na przygotowanie czystego
maszynopisu bez poprawek. Na szczęście los mi sprzyjał. Sawic wyszedł na
jakieś spotkanie i już miał nie wrócić tego popołudnia. Nie musiałem
zatem tego dnia nic więcej z nim uzgadniać - ani co do formy, ani w zakresie treści.
Wybiegłem do samochodu i w drogę! Dwupasmowa trasa z Warszawy do Katowic
nie była zatłoczona. Po drodze w Piotrkowie, w ekspresowym tempie,
zapakowałem syna do samochodu. W ogóle nie marudził, podekscytowany
zbliżającym się spotkaniem z mamą. Potem dalej - szybko do Cieszyna.
Przed przejściem granicznym również na szczęście nie było kolejki.
Spóźnienie udało się zredukować do kilkudziesięciu minut. Żona już
czekała na nas przy wjeździe na graniczny most na Olzie z czechosłowackiej strony. Była - rzecz jasna - zła, bo opracowany przez
nią szczegółowy harmonogram podróży się posypał. Wolałem nie myśleć, co
by było, gdybym spóźnił się o dwie lub trzy godziny. Do Bratysławy
dojechaliśmy dopiero głęboką nocą.
Gdy po dwóch tygodniach urlopu wróciłem do Warszawy, nikt nie nawiązał
ani jednym słowem do tekstu przygotowanego przeze mnie. W takiej
sytuacji również wolałem o nic nie pytać. Domyślałem się, że eksperyment
odnowienia języka i moja próba przyciągnięcia uwagi słuchaczy się nie
powiodły.
Kiedy w lipcu 1988 roku doszło do wizyty w Polsce inicjatora radzieckiej
pieriestrojki, Michaił Gorbaczow z Wojciechem Jaruzelskim przemawiali w Sejmie, co było transmitowane przez telewizję. Nie oglądałem tego
programu, zajmowałem się akurat jakimiś porządkami w domu. Ale telewizor
był włączony i słychać go było w tle. Nagle rozpoznałem swoje słowa
wypowiadane przez Jaruzelskiego. Akapit po akapicie. Chyba niemal połowa
mojego tekstu została wykorzystana.
Rok lub dwa lata później usłyszałem opinię, że podczas wizyty
Gorbaczowa, która odblokowała dialog polityczny w Polsce, a przed ekipą
rządzącą w Warszawie zapaliła zielone światło dla przeprowadzenia rozmów
przy Okrągłym Stole, wizerunkowo najważniejsze były dwie rzeczy - występ
Andrzeja Rosiewicza na Wawelu z piosenką Wieje wiosna ze Wschodu i słynnym refrenem "Michaił, Michaił..." oraz to, że Jaruzelski w swoim
przemówieniu w Sejmie wymienił w pozytywnym kontekście nazwisko
Piłsudskiego.
Tu zaprotestowałem:
- Ale przecież wymienił Bronisława Piłsudskiego, a nie Józefa!
Sam wpisałem do tekstu przemówienia wspomnienie o polskim etnografie,
który na zesłaniu badał życie i kulturę rdzennych mieszkańców Sachalinu.
- A jakie to ma znaczenie? - Usłyszałem w odpowiedzi. - Pokazaliśmy
Rosjanom, że mamy własny sposób opowiadania o historii.
Ha, ha! Polacy zawsze trzymali się własnego sposobu opowiadania o historii. Teraz odważył się na to polityk wysokiego szczebla. Mały
sukces. Ale zawsze...
To był jednorazowy eksperyment. Bez dalszego ciągu. Nie napisałem już w tamtych czasach żadnego przemówienia dla ówczesnych VIP-ów. Wkrótce
wyprowadziliśmy się na dłuższy czas z Warszawy i wróciliśmy do mojej
rodzinnej Łodzi, gdzie Ewa i ja znaleźliśmy dla siebie zajęcie w miejscowej prasie.
Moja żona w 1990 roku była w gronie założycieli nowej regionalnej gazety
codziennej "Wiadomości Dnia", która odniosła spory sukces na rynku.
Wkrótce też trzydziestoletnia Ewa została redaktorką naczelną tego
pisma.
Nasze kontakty ze stolicą uległy rozluźnieniu. Przyjeżdżałem do Warszawy
właściwie tylko na briefingi dla dziennikarzy zajmujących się tematyką
ekonomiczną organizowane przez Jerzego Koźmińskiego, koordynatora sztabu
Leszka Balcerowicza. Skądinąd jako dziennikarz lokalnej gazety łódzkiej
nie miałem na łamach dużo miejsca na rozpisywanie się o gospodarczej
transformacji.
Inwestycja na glinianych nogach
Jesienią 1992 roku zdecydowałem się wyjechać na jakiś czas do Kijowa,
przyjmując propozycję prywatnego inwestora z Wielkopolski, który chciał
zbudować w Ukrainie popularne wydawnictwo książkowe, a przy okazji
utworzyć ilustrowany magazyn kolorowy o profilu społeczno-kulturalnym i rozrywkowym pod wiele obiecującym tytułem "Europa" z dodatkiem "Extra
Business Magazine".
Pożegnałem się z żoną, uściskałem syna i wyruszyłem w nieznane.
Pojechałem do Ukrainy, o czym w gruncie rzeczy zadecydował przypadek;
gdyby propozycja dotyczyła Białorusi, też pewnie bym się zdecydował.
Kijowa nie odwiedziłem nigdy wcześniej, właściwie nikogo tam nie znałem.
Wyposażony byłem w jedynie książkową wiedzę, dobrą znajomość rosyjskiego
w mowie i piśmie oraz w samouczek języka ukraińskiego kupiony cztery
lata wcześniej w Odessie.
To nie była prosta decyzja. Zaczął się trudny i bardzo wymagający okres
w moim życiu rodzinnym. Małżeństwo stało się przez następne dwa lata
związkiem na dystans. Robiliśmy oboje bardzo wiele, żeby odwiedzać się
nawzajem tak często, jak się tylko dało. Ale, nie da się ukryć, bywało
nam trudno. Dystans między Łodzią a Kijowem wynosi niemal dziewięćset
kilometrów, które pokonywałem samochodem. Wydawaliśmy majątek na rozmowy
telefoniczne. To było zupełnie co innego niż krążenie między Łodzią a Warszawą, do czego przywykliśmy w drugiej połowie lat osiemdziesiątych.
Zdecydowałem się podjąć wyzwanie, a Ewa mnie w tym poparła. Uznaliśmy
oboje, że powinienem wejść w te otwarte raczej przypadkowo drzwi i znaleźć dla siebie nową specjalizację. Miałem przekonanie, że moja
kariera dziennikarska zabrnęła w ślepy zaułek - prowincjonalna gazeta ma
swoje ograniczenia. Zajmowałem się w latach 1989-1991 głównie
problematyką gospodarczą i parlamentarną. Na myślenie o powrocie do
marzeń o karierze naukowej było już zdecydowanie za późno. A w byłym
Związku Radzieckim w 1992 roku nadal wiele się działo, ważyły się losy
reform gospodarczych. Uważałem, że ich sukces albo porażka zadecydują o przyszłości całej wschodniej części kontynentu, wpłyną zapewne także na
losy Polski. Starałem się pilnie śledzić wydarzenia w Rosji, Ukrainie,
Białorusi. Chciałem dalej pisać o tych krajach, ale nie miałem gdzie
publikować, myślałem o napisaniu książki o tym, co się tam dzieje po
rozpadzie ZSRR. Nie było to proste, bo prenumerata prasy rosyjskiej i ukraińskiej dramatycznie zdrożała po wprowadzeniu przelicznika
dolarowego i w końcu 1990 roku musiałem z niej zrezygnować, a moje
wschodnie kontakty w środowiskach tamtejszych reformatorów i ekonomistów
po prostu się rwały.
Przyjechałem do Kijowa w samym środku gospodarczej zapaści. Jej skutki
oglądałem na własne oczy i odczułem na własnej skórze. Redakcja i moje
biuro mieściły się w samym centrum ukraińskiej stolicy przy ulicy
Pańkowskiej w budynku zajmowanym przez biuro projektowania zakładów
produkcji tworzyw sztucznych. W Związku Radzieckim były dwie lub trzy
instytucje o takiej specjalności. Gdy pierwszy raz odwiedziłem dyrektora
biura w jego gabinecie, w październiku 1992 roku, z dumą pokazywał mi
mapę już byłego ZSRR, gdzie zaznaczono kilkanaście zakładów
produkcyjnych zaprojektowanych przez jego zespół. Cieszył się, że nadal
napływają nowe zlecenia na budowę i remonty.
Przy następnych spotkaniach spostrzegłem, że szybko tracił swój
optymizm. Domagał się ode mnie bez skrępowania coraz wyższych opłat za
wynajem pomieszczeń. Jesienią 1992 roku Ukraina została wypchnięta ze
strefy rublowej. Nalegał, abym rozliczał się tylko w dolarach i tylko w gotówce. Tak rodziła się w Ukrainie "szara strefa". Ze sporym
opóźnieniem dotarło do mojego rozmówcy, że stara epoka już się
zakończyła. Przestały napływać nowe zlecenia, bo przestano budować i remontować przedsiębiorstwa produkujące tworzywa sztuczne. Rachunki za
wykonaną pracę na terenie innych republik byłego ZSRR pozostały
nieopłacone. Biuro spóźniało się z wypłatą pensji dla swoich pracowników
i mimo szalejącej kilkusetprocentowej inflacji właściwie ich też nie
indeksowało. Nie płaciło za usługi komunalne, za dostawę prądu. Skrócono
tydzień roboczy najpierw do czterech, potem do trzech, a pod koniec
mojego pobytu w Kijowie nawet do dwóch dni w tygodniu. Wszyscy próbowali
dorabiać na własną rękę, gdzie kto mógł. Wciąż działała zakładowa
stołówka i chyba głównie to trzymało pracowników przy firmie. Tylko
niektórzy z nich decydowali się na porzucenie pracy, gdyż niemal
wszędzie sytuacja była podobna - narastające opóźnienia w wypłacie
pensji i brak ich indeksacji. W odróżnieniu jednak od transformującej
się polskiej gospodarki bezrobocie w Ukrainie pozostawało bardzo niskie.
Nikt z kierownictwa biura projektowego ani z ministerstwa, któremu ono
podlegało, nie miał pomysłu, co dalej z nim robić, ale nie było też
odważnego, który zdecydowałby się je zlikwidować.
Podobnie działo się w kijowskich wydawnictwach książkowych i redakcjach.
Produkcja poligraficzna załamała się, drukarnie utraciły płynność
finansową. Dla mnie jako wydawcy, mającego przez pewien czas zapewnione
finansowanie z zagranicy, miało to też pozytywne strony. Nasze zlecenia
przyjmowano od ręki, bo w zakładach poligraficznych było mnóstwo wolnych
mocy produkcyjnych. Nie miałem problemów ze znalezieniem
współpracowników, gdyż wszyscy - nawet najlepsi - redaktorzy i tłumacze
szukali okazji, żeby dorobić. W 1993 roku pensja w wysokości
trzydziestu, czterdziestu dolarów miesięcznie uchodziła w znanych mi
redakcjach i przedsiębiorstwach za godziwe wynagrodzenie.
Wielkie kombinaty poligraficzne radziły sobie, wynajmując pomieszczenia
biurowe, podobnie jak biuro projektów, w którym ja urzędowałem. Pewnego
razu, gdy wysiadłem z windy, na piątym czy szóstym piętrze biurowca
kijowskiego wydawnictwa, gdzie wcześniej prowadziłem jakieś techniczne
uzgodnienia, powitali mnie: umundurowany strażnik oraz tabliczka po
ukraińsku i hiszpańsku - Ambasada Królestwa Hiszpanii.
Przez pewien czas moja firma radziła sobie w tej sytuacji nie najgorzej.
Ale rynek mediów i książek w Ukrainie okazał się bardziej wymagający,
niż się tego spodziewał mój ówczesny pracodawca. Nasi potencjalni
czytelnicy martwili się o to, żeby przeżyć. Ciekawostki z "dalekiej"
zagranicy znajdowały się na liście priorytetów na odległych miejscach.
Aby sprzedać większość nakładu, musieliśmy obniżać ceny, nawet poniżej
granicy opłacalności. Nie mieliśmy reklam, bo kto chciałby się
reklamować na takim szybko biedniejącym rynku? Widziałem, że nasz pomysł
edytorski to biznes stojący na glinianych nogach, że upłynie sporo
czasu, zanim sytuacja się poprawi.
Od momentu, kiedy w kwietniu 1993 roku przejąłem samodzielne kierowanie
wydawnictwem, udało się zrównoważyć wpływy i wydatki, ale o zyskach z działalności wydawniczej nawet nie można było myśleć w wyobrażalnej
perspektywie. Ratowaliśmy się zleceniami reklamowymi, które
otrzymywaliśmy od zachodnich agencji, i zarabialiśmy na różnicach
kursowych.
Po Ukrainie przemieszczałem się na ogół samochodem. Najczęściej jechałem
do stolicy Ukrainy z przejścia granicznego w Dorohusku przez Łuck i dalej tak zwaną dawną trasą warszawską przez Równe i Ostróg. Pamiętam,
że drogi poza miastami właściwie świeciły pustkami. Jesienią i zimą, gdy
wcześnie zapadał zmrok, ta samotność na trasie nie była przyjemna.
W przydrożnych kafejkach ludzie chętnie mnie zaczepiali, wypytywali, co
się dzieje w Polsce, jak się żyje Polakom. To był główny temat wszelkich
rozmów. W latach 1992-1994 Ukraina bardzo szybko i zupełnie dla siebie
nieoczekiwanie pogrążyła się w głębokim ekonomicznym kryzysie. A przecież miało być tak dobrze po wprowadzeniu demokracji i reform
rynkowych... Niekiedy można było odnieść wrażenie, że rozczarowanie, nawet
rozpacz tych przypadkowych rozmówców nie miały granic. W tym samym
czasie w Polsce gospodarka, poddana terapii szokowej, zaczynała już
powoli odrabiać straty, chociaż bezrobocie nadal pozostawało bardzo
wysokie.
Zapamiętałem dobrze podkijowskie miasteczka - Borodziankę, Irpień i Buczę, przez które przejeżdżało się na ostatnim odcinku trasy do Kijowa.
Docierałem tam zazwyczaj wieczorem. Włączałem wtedy samochodowe radio,
bo dopiero stamtąd mogłem bez szumów i trzasków słuchać kijowskich
rozgłośni radiowych nadających na UKF-ie. W marcu i kwietniu 2022 roku
oglądałem te same miejscowości w telewizji, gdy zostały wyzwolone po
parotygodniowej rosyjskiej okupacji. Ulice i drzewa niewiele się
zmieniły... Ale wstrząsające wrażenie robił widok zrujnowanych domów i mostów. I trupy ludzi zamordowanych przez rosyjskich najeźdźców, leżące
na ulicach, którymi tyle razy przejeżdżałem.
Akredytacja w Kijowie
W tym czasie pisywałem, co prawda niezbyt regularnie, korespondencje z Ukrainy dla paru polskich gazet. Najbliżej byłem chyba związany z redakcją warszawskiego "Kuriera Polskiego" i właśnie tę redakcję
poprosiłem o załatwienie dla mnie oficjalnej akredytacji prasowej w ukraińskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Dzięki niej mogłem
uczestniczyć w konferencjach prasowych, kręcić się po korytarzach
ukraińskiego parlamentu i rządu. Ułatwiała mi ona przejeżdżanie przez
granicę, poruszanie się po Ukrainie i - co tu ukrywać - relacje z policją drogową w przypadku przekroczenia dozwolonej prędkości.
Byłem w gronie dziennikarzy, którzy obsługiwali w styczniu 1993 roku
wizytę premier Hanny Suchockiej w stolicy Ukrainy i nieco późniejszą
wizytę prezydenta Lecha Wałęsy w Kijowie i Lwowie. Poznałem wtedy kilka
osób z otoczenia ważnych ukraińskich polityków, w tym rzecznika
prasowego rządu Leonida Kuczmy - Dmytra Tabacznyka, który kilkanaście
lat później został wicepremierem w rządzie Wiktora Janukowycza, a potem
Mykoły Azarowa. Nie wiem, jak go zapamiętali z tamtych lat inni polscy
dziennikarze akredytowani w Kijowie, ale mnie utkwił w pamięci fakt, że
w rozmowach ze mną Tabacznyk nie chciał mówić po rosyjsku, a angielskiego nie znał. Uparcie trzymał się ukraińskiego i tym samym
zmuszał mnie do komunikowania się w tym języku, chociaż ja w początkach
lat dziewięćdziesiątych mówiłem po ukraińsku bardzo słabo. Podobną,
mocno frustrującą dla mnie sytuację przeżyłem w czasie spotkania z wiceministrem kultury Jurijem Serdiukiem, który także nie chciał
rozmawiać po rosyjsku.
Te powtarzające się problemy stały się dla mnie wyzwaniem. Wyciągnąłem z półki kupiony w Odessie w 1988 roku samouczek i wznowiłem pracę nad
swoim ukraińskim. I jak się wkrótce okazało - z nie najgorszym
rezultatem, co od razu poszerzyło krąg miejscowych rozmówców i znajomych.
Zdarzały mi się zabawne wpadki. Nie mogłem zapamiętać, że niektóre
dwugłoski czyta się po ukraińsku inaczej niż po rosyjsku. Kiedyś
przybiegłem do pracy zaintrygowany szyldem, który zauważyłem na mieście
i odczytałem jako "kniżkowa (czyli książkowa) policja". Zapytałem, o co
chodzi. Okazało się, że jest to nazwa sieci księgarń i powinienem ją
odczytać jak "knyżkowa połycia", czyli po prostu półka z książkami.
Czasami w błąd wprowadzała mnie słownikowa bliskość polskiego i ukraińskiego. Ale przecież nie od razu Kraków zbudowano, prawda?
Nie tylko ja miałem językowe problemy. W ukraińskim MSZ opowiedziano mi
anegdotkę świadczącą o tym, jak zawodne może być przekonanie, że mówiąc
po ukraińsku i polsku, można się porozumieć bez problemu. Otóż ówczesny
polski ambasador został podobno zapytany przez urzędnika protokołu
dyplomatycznego podczas jakiejś uroczystości o to, gdzie jest jego
małżonka. Po ukraińsku pytanie brzmiało: "A de je wasza drużyna?". Na co
ambasador wskazał na swojego współpracownika płci męskiej, mówiąc, że to
właśnie jest drużyna reprezentująca wraz z nim polską ambasadę, czym
wzbudził niemałą konsternację. Ukraińska służba dyplomatyczna nie była
jeszcze gotowa na małżeństwa jednopłciowe. Historyjka długo krążyła po
korytarzach ukraińskiego MSZ.
Chociaż rząd ukraiński oficjalnie bardzo popierał komunikację w języku
państwowym, jego ministrowie miewali z tym spore kłopoty. Sam widziałem,
jak w 1992 czy 1993 roku, przy pożegnaniu jakiegoś amerykańskiego
dygnitarza, ówczesny premier Leonid Kuczma wygłaszał swoje oświadczenie
dla ukraińskiej prasy po rosyjsku, a ambasador Stanów Zjednoczonych - po
ukraińsku. I nikogo to specjalnie nie dziwiło. Może tylko cudzoziemców...
Na ulicach ukraińskiej stolicy dominował w tamtych latach język
rosyjski. Pewna moja znajoma z Kijowa powiedziała mi, że po ukraińsku
mówią dwie kategorie ludzi - przede wszystkim mieszkańcy wsi, którzy
słabo znają rosyjski z powodu mizernego wykształcenia, oraz
intelektualiści, czyli ludzie świetnie wykształceni i odczuwający
potrzebę identyfikowania się z kulturą ukraińską. Ostatnio trzeba by do
tych grup dodać trzecią kategorię - polityków i urzędników, którzy
zaczynali się masowo douczać języka ukraińskiego, niektórzy musieli
zdawać egzaminy z jego znajomości. W latach 1992 i 1993 kijowskie szkoły
masowo przeszły na nauczanie w języku ukraińskim, ale w czasie przerw
uczniowie i nauczyciele powszechnie rozmawiali ze sobą po rosyjsku.
To, jakim językiem mówiło się w domu, było przeważnie kwestią
indywidualnej decyzji w rodzinach, bardzo często dwujęzycznych. Swojego
czasu poznałem inteligencką rodzinę - oboje małżonkowie byli
pracownikami naukowymi - która w 1991 roku zdecydowała się przejść w relacjach domowych na język ukraiński. Ale rzecz okazała się nie taka
prosta. Starsze dziecko, urodzone bodajże w 1988 roku, nauczyło się
mówić w języku rosyjskim, młodsze zaś od samego początku było
wychowywane po ukraińsku. Twierdzili jednak, że udawało im się jakoś
zarządzać życiem rodzinnym w tym językowym chaosie.
Jak wynikało z badań socjologicznych przeprowadzonych u schyłku ZSRR, na
co dzień w domu po ukraińsku mówiła niewiele ponad połowa mieszkańców
radzieckiej Ukrainy. Sytuacja była, rzecz jasna, regionalnie bardzo
zróżnicowana. Inaczej wyglądała we Lwowie, inaczej w Charkowie czy
Odessie. W Ukrainie nie było rusofobii aż do pierwszej agresji
rosyjskiej na wschodnią część kraju w 2014 roku. Jeśli zaś chodzi o rozszerzanie zakresu używania języka ukraińskiego w codziennym, a zwłaszcza w urzędowym życiu, a także w szkołach i na uniwersytetach, to
było ono raczej powszechnie akceptowane, również przez tych, którzy
między sobą rozmawiali po rosyjsku. Bierna znajomość języka ukraińskiego
była powszechna, może poza Krymem.
Rosyjskojęzyczni Ukraińcy w ogromnej większości utożsamiali się ze swoim
krajem. Ludzie chętnie deklarowali gotowość poduczenia się mowy
ojczystej - jak tylko czas pozwoli - i nawet jakby trochę wstydzili się
tego, że nie władają nią biegle. Za niepodległością w referendum
zagłosowało ponad dziewięćdziesiąt procent obywateli radzieckiej
Ukrainy. Większość głosów "za" padła także na Krymie i w Sewastopolu.
Ludności rosyjskojęzycznej w Ukrainie w żadnym wypadku nie można
identyfikować z narodowością rosyjską. Rosjan zresztą było i jest w Ukrainie niemało. Na niepodległość kraju "pracowali" nie tylko
mieszkańcy Lwowa i Galicji, lecz przede wszystkim mówiący po rosyjsku
mieszkańcy wielkich ukraińskich miast - Kijowa, Charkowa, Odessy,
Dniepropietrowska, którzy najpierw zaangażowali się w pieriestrojkę, a potem masowo demonstrowali na ulicach przeciwko moskiewskim puczystom w sierpniu 1991 roku. I równie masowo głosowali później za niepodległością
Ukrainy. Byli wśród nich inteligenci i studenci, a także robotnicy, w tym strajkujący w 1990 i 1991 roku górnicy ukraińskiego Donbasu.
Przywódcę tych strajków, Mychajła Wołyńca - ukraińskiego Wałęsę - miałem
okazję poznać wtedy osobiście.
Podróże i rozmowy
W czasie pobytu w Kijowie przyglądałem się z dystansu pracy polskiej
placówki dyplomatycznej. Ambasada RP w Kijowie mieści się przy ulicy
Jarosławiw Wał (Wał Jarosława) w samym centrum miasta, w dawnym budynku
konsulatu generalnego PRL, który znalazł tu swą siedzibę w latach
sześćdziesiątych. Wielki atut tej lokalizacji, co sam bardzo doceniłem,
gdy kilkanaście lat później zostałem ambasadorem w Kijowie, stanowiła
bliskość ukraińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Prawie
naprzeciwko niej znajduje się - robiący wielkie wrażenie - budynek
karaimskiej kenesy, to jest domu modlitwy użytkowanego niegdyś przez
kijowskich Karaimów, czyli pochodzącą z Krymu społeczność pochodzenia
turkijskiego, wyznającą religię będącą odłamem judaizmu. Kenesę
zbudowano w stylu mauretańskim według projektu Władysława Horodeckiego,
wybitnego kijowskiego architekta polskiego pochodzenia.
Nieco bardziej w lewo od polskiej ambasady, także po przeciwnej stronie
ulicy, znajduje się Złota Brama, przez którą Bolesław Chrobry miał
wjechać do Kijowa w 1018 roku i - jak głosi legenda - wyszczerbił na
niej swój miecz, który potem stał się mieczem koronacyjnym niemal
wszystkich polskich królów. To tylko legenda, bo miecz przechowywany do
dziś na Wawelu pochodzi z XIII wieku. Obecna Złota Brama jest
rekonstrukcją, gdyż resztki starych wałów i dawnych bram wjazdowych
rozpadły się jeszcze przed połową XIX stulecia. Została po nich
niewielka górka porośnięta trawą i krzewami.
Oglądałem kiedyś rycinę z wieku XVIII, przedstawiającą okolice Złotej
Bramy. Wtedy stały jeszcze w jej miejscu jakieś kikuty, pozostałe po
dawnej budowli, a zabudowa najbliższej okolicy przypominała wieś. Tu,
gdzie jest teraz Ambasada RP, znajdowała się parterowa zagroda. Mimo że
Kijów jako ośrodek miejski liczy grubo ponad tysiąc lat, nie ma tam
właściwie zabytków pochodzących sprzed wieku XVIII, oprócz paru obiektów
sakralnych - soborów i pustelni z czasów dawnej Rusi Kijowskiej. Miasto
nie miało szczęścia w historii. Zrównane z ziemią przez Tatarów w XIII
wieku, potem zniszczone przez ogromny pożar w końcu wieku XV, w następnych stuleciach było przez dłuższy czas raczej stolicą duchową
Rusinów-Ukraińców niż ośrodkiem gospodarki i handlu. Ponowny rozwój
nastąpił dopiero w pierwszej połowie XIX wieku i z czasem urbanizacja
wróciła w okolice dawnej Złotej Bramy.
W latach sześćdziesiątych XX wieku przy ulicy Jarosławiw Wał wybudowano
kilka budynków, w których umieszczono zagraniczne konsulaty - polski,
czechosłowacki, wschodnioniemiecki, węgierski. Miejscowi Polacy
wspominali, że wzniesiono je na miejscu, gdzie wcześniej były zrujnowane
albo rozebrane zaraz po wojnie parterowe drewniane domki.
Nie udało mi się ani razu w ciągu dwóch lat umówić na spotkanie z Jerzym
Kozakiewiczem, pierwszym ambasadorem RP w Ukrainie, chociaż próbowałem.
Jednakże, siłą rzeczy, jako redaktor wydawnictwa, spotykałem się często
z osobami współpracującymi z polskim konsulatem generalnym i ambasadą.
Krąg tłumaczy z języka polskiego był wtedy w Kijowie raczej ograniczony,
toteż osoby, które pracowały dla ambasady, dorabiały sobie do dość
skromnych pensji tłumaczeniami dla innych zleceniodawców.
Dowiedziałem się od moich współpracowników, mających kontakty z polską
ambasadą, a wcześniej z konsulatem, że przed 1991 rokiem wśród stałych
gości polskiej placówki znajdowali się wybitni ukraińscy pisarze
zaangażowani w demokratyczne przemiany w kraju. Miałem okazję niektórych
z nich poznać osobiście, zamienić z nimi więcej niż kilka słów. Ołeś
Honczar, Roman Łubkiwski czy Dmytro Pawłyczko wspominali dawne ciekawe
inicjatywy polskiej placówki - wyjazdy do Polski, spotkania z polskimi
literatami, przekłady na język polski, chwalili się polskimi medalami i odznaczeniami z czasów PRL. I trochę narzekali. Uważali, że działalność
naszej placówki przygasła, że polska prasa i literatura stały się
trudniej dostępne.
W tych narzekaniach było sporo przesady. Po pierwsze, oni sami byli
mocno uwikłani w politykę i mieli mniej czasu na spotkania. Po drugie,
polska prasa i książki dramatycznie zdrożały dla odbiorców na Wschodzie
znacznie wcześniej, jeszcze w połowie 1990 roku, gdy zaczęliśmy się
rozliczać z ZSRR w walutach wymienialnych.
Muszę jednak przyznać, że mnie też postawa polskiej ambasady wydawała
się dość pasywna, nie na miarę okoliczności stworzonych przez fakt, że
Polska jako pierwszy kraj na świecie uznała niepodległość Ukrainy. Może
wynikało to z ograniczeń budżetowych w trudnej dla polskiego MSZ
pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych?
Większość spotkań i rozmów zawdzięczałem moim współpracownikom - autorce
książek dla dzieci Łesi Woroninej, która była partnerką znanego
kijowskiego pisarza i publicysty Jewhena Hucało, Oksanie Kołodoczce,
redaktorce gazety "Mołodź Ukrajiny", czy Wiktorowi Baribie, teatralnemu
scenografowi, a także malarzowi i grafikowi. Dzięki spotkaniom w Kijowie
oraz podróżom po Ukrainie w latach 1992-1994 poznałem wiele ciekawych
osób - polityków, biznesmenów, dziennikarzy, ludzi kultury i nauki; a także ludzi ukraińskiego sportu - dzięki współpracującej z naszym
wydawnictwem kijowskiej dziennikarce i redaktorce sportowej Alewtynie
Lewickiej, wdowie po tragicznie zmarłym Henryku Lewickim, dziennikarzu
radiowym i współzałożycielu pierwszej legalnej organizacji Polaków w Kijowie. Nawiązywałem te kontakty bardziej dla zaspokojenia własnej
ciekawości niż z potrzeby mojego pracodawcy czy polskich gazet, z którymi współpracowałem.
Poza Kijowem odwiedzałem dość często Żytomierz, Charków,
Dniepropietrowsk, Czernihów. Także Odessę i oczywiście Lwów. W 1993 roku
spędziliśmy urlop na Krymie, po raz pierwszy odwiedzając Sewastopol,
Jałtę i Bachczysaraj.
Trwał wtedy otwarty konflikt między władzami krymskiej autonomii a Kijowem. Wielu Rosjan uważało przynależność Krymu do Ukrainy za
nieporozumienie, któremu trzeba położyć kres. Siły prorosyjskie podjęły
otwartą próbę secesji. W Sewastopolu zaskoczyła mnie już na rogatkach
tego miasta kontrola graniczna przeprowadzana przez marynarzy służby
wewnętrznej (żandarmerii) rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. Cudzoziemcom
nakazywano pokazywać paszporty i coś w nich starannie sprawdzano.
Kolejnym zaskoczeniem była wielka liczba rosyjskich flag oraz proporców
z krzyżem świętego Andrzeja, czyli symbolem rosyjskiej marynarki
wojennej w czasach carskich. Flota pomagała podtrzymywać nastroje
prorosyjskie wśród mieszkańców Krymu, zwłaszcza Sewastopola. Natomiast
symbolika ukraińska była właściwie niewidoczna.
W tym samym czasie nasilał się także kryzys polityczny w Rosji. Ówcześni
krymscy separatyści byli mocno powiązani ze zwolennikami obalenia rządów
Borysa Jelcyna w Moskwie, co bardzo osłabiło ich pozycję, gdy Jelcyn
wyszedł zwycięsko z politycznej konfrontacji z rosyjskim parlamentem.
Krymscy separatyści utracili też z czasem poparcie lokalnego biznesu,
zainteresowanego utrzymaniem związków z innymi częściami Ukrainy. Kryzys
wokół Krymu wygasł dopiero jesienią 1994 roku, gdy nowy ukraiński
prezydent Leonid Kuczma usunął sprzyjające separatystom miejscowe władze
i powołał na stanowisko krymskiego premiera przedstawiciela wielkiego
biznesu z Dniepropietrowska, a prywatnie swojego szwagra - Anatolija
Franczuka. Moskwa przyjęła ten ruch bez większych protestów.
W czasie naszego urlopowego pobytu na Półwyspie Krymskim nie było
jeszcze wiadomo, czym to się wszystko skończy. Obejrzeliśmy wtedy słynną
sewastopolską panoramę namalowaną w początkach XX wieku, a podczas jej
zwiedzania zetknęliśmy się z otwartym rosyjskim szowinizmem.
Panorama dokumentuje jeden z epizodów oblężenia Sewastopola w czasie
wojny krymskiej w latach 1854-1855. Młoda miejscowa przewodniczka była
bardzo przejęta swoją rolą. Opowiadała o poszczególnych scenach w sposób
bardzo emocjonalny, zachwycała się bohaterstwem rosyjskich żołnierzy.
Nas jako cudzoziemców traktowała podejrzliwie. W którymś momencie
obsztorcowała mnie za to, że przekładam synowi, który miał wówczas
siedem lat, niektóre informacje na język polski. Zapytała nas, skąd
jesteśmy. Gdy dowiedziała się, że z Polski, w geście dobrej woli
stwierdziła:
- Przecież wszyscy jesteśmy Rosjanami - i wy, Polacy, i Litwini, i my,
mieszkańcy Rosji i Ukrainy6.
Na próżno zaprzeczałem, twierdząc, że Polacy, Litwini i Ukraińcy na
pewno nie są Rosjanami. Młoda dama wiedziała lepiej.
Czerwoni dyrektorzy
W latach 1992-1994, czyli w czasie, kiedy pracowałem w Kijowie, doszło w Ukrainie do zasadniczej zmiany, może nie tyle politycznej, ile
personalnej. Katastrofa gospodarcza roku 1992 podważyła mandat do
sprawowania władzy przez raczej niespójny sojusz dawnych radzieckich
aparatczyków i urzędników z demokratycznymi reformatorami, który
uformował się latem i jesienią 1991 roku.
W Ukrainie nie interesowano się przesadnie szczegółowymi rozwiązaniami
reformatorskimi w poszczególnych krajach postkomunistycznych, nie
dostrzegano różnic między modelem polskim a czeskim czy węgierskim. Siłą
rozpędu, bez żadnych debat, po prostu pod przymusem bieżącej sytuacji, w ukraińskiej gospodarce wybrany został chyba najgorszy wariant przemian.
Reformy gospodarcze przeprowadzano chaotycznie i żywiołowo, na ogół
odwzorowując działania rządu Jegora Gajdara w Rosji, który uważał, że w gospodarce podstawowymi siłami reformatorskimi będą niewidzialna ręka
rynku i powszechna prywatyzacja. To jednak nie zadziałało ani w Federacji Rosyjskiej, ani w Ukrainie, gdzie załamało się poparcie
społeczne dla władz, chociaż muszę zaznaczyć, że na pewno nie oznaczało
to załamania się poparcia dla świeżo uzyskanej niepodległości kraju.
Nieufność wobec Moskwy, jako centrum radzieckiego imperium, nadal była
powszechna. Ukraińcy widzieli zresztą, że w Rosji nie jest dużo lepiej.
Zaczęły zyskiwać na znaczeniu partie o charakterze populistycznym i lewicowym. W niektórych regionach kraju odbudowywały się po okresie
delegalizacji struktury partii komunistycznej. Trzeba jednak zauważyć,
że dawne elity komunistyczne radzieckiej Ukrainy wolały zachować
stanowiska w urzędach i wpływy w gospodarce, niż spieszyć do szeregów
opozycji. Nowymi bohaterami zbiorowej wyobraźni, na których rzekomym
profesjonalizmie budowano nadzieje na pokonanie kryzysu, nie zostali
politycy partii populistycznych i lewicowych, ale tak zwani
przedsiębiorcy i przemysłowcy, czyli czerwoni dyrektorzy - radziecka
nomenklatura gospodarcza. Było ich bardzo wielu w ukraińskim
parlamencie. Z czasem to spór lewicowych populistów z reprezentantami
wielkiego biznesu stworzył oś politycznego podziału w Ukrainie. Wydawało
się, że dawny podział na demokratów, a zarazem zwolenników
niepodległości kraju, oraz na "sieroty po ZSRR" przechodził szybko do
przeszłości. Dopiero rok 2004 pokazał, że demokracja i troska o niezależność państwa nie utraciły dla Ukraińców siły przyciągania.
Liderem środowisk gospodarczych został Leonid Kuczma, dyrektor
gigantycznego kompleksu przemysłu rakietowego w Dniepropietrowsku, który
w październiku 1992 roku zdobył poparcie parlamentarnej większości,
objął stanowisko premiera i rzucił otwarte wyzwanie ówczesnemu
prezydentowi Leonidowi Krawczukowi. Wraz z dyrektorami innych wielkich
przedsiębiorstw państwowych dowodził, że przyczyną katastrofy
gospodarczej w kraju była nieudolność prezydenta i jego otoczenia, a przede wszystkim demokratycznego środowiska reformatorskiego,
niemającego pojęcia ani o rządzeniu państwem, ani o gospodarce.
Leonid Kuczma miał biografię inżyniera konstruktora i wybitnego
menedżera. Był w latach osiemdziesiątych delegatem na zjazd partii
komunistycznej w Moskwie i deputowanym do parlamentu jeszcze radzieckiej
Ukrainy. Miał komplet wysokich radzieckich nagród i odznaczeń. Słyszałem
później, gdy był już prezydentem Ukrainy, jego opowieść, że w latach
osiemdziesiątych proponowano mu stanowisko ministerialne w radzieckim
rządzie Nikołaja Tichonowa, ale odmówił. Wolał pozostać generalnym
dyrektorem w Dniepropietrowsku, bodaj najważniejszym w Ukrainie obok
Charkowa centrum gospodarczym, niż objąć funkcję ministra w Moskwie.
Otaczał się ludźmi pochodzącymi, tak jak i on, z Dniepropietrowska
(obecne miasto nazywa się Dnipro, czyli Dniepr). O sile i znaczeniu
klanu dniepropietrowskiego mówiono już w czasach ZSRR. Jego protektorem
był od lat sześćdziesiątych Leonid Breżniew, wywodzący się z tego
regionu i sprawujący tam niegdyś funkcję pierwszego sekretarza. Należeli
do niego także inni czołowi politycy ZSRR, w tym Konstantin Czernienko,
jeden z krótkotrwałych następców Breżniewa na stanowisku sekretarza
generalnego w Moskwie, wspomniany już premier Nikołaj Tichonow oraz
Wiktor Czebrikow, jeden z ostatnich szefów Komitetu Bezpieczeństwa
Państwowego (KGB).
W niepodległej Ukrainie znaczenie polityków i biznesmenów wywodzących
się z Dniepropietrowska było również nie do przecenienia, aż do 2021
roku.
W 1994 roku Leonid Kuczma został prezydentem Ukrainy. Chociaż zwycięstwo
wyborcze przyniosła mu krytyka reform ekonomicznych, po pewnym czasie
okazało się, że czerwoni dyrektorzy, podobnie jak krytykowani przez nich
poprzednicy, przegrali w zderzeniu z rzeczywistością gospodarczą, gdyż
nie mieli pojęcia, jak reformować gospodarkę, i nie rozumieli zasad
rynku.
W Ukrainie, tak jak nieco wcześniej w Rosji, zaczął się kształtować
system oligarchiczny, oparty na korupcji, a niekiedy powiązany ze
zorganizowanym światem przestępczym. A gospodarka w szybkim tempie
popadała w ruinę.
Rozmowa na poligonie
Jako absolwent wyższej uczelni odbyłem po ukończeniu studiów roczną
służbę wojskową i zostałem oficerem rezerwy. We wrześniu 1993 roku
musiałem pilnie pojechać do Polski, by wziąć udział w kilkunastodniowych
obowiązkowych ćwiczeniach rezerwistów na poligonie pod Łodzią.
Przyjechałem chętnie. Nie szukałem pretekstu do zwolnienia się z wojskowego szkolenia. Przyjazd do Polski był dla mnie urozmaiceniem, a także okazją do spotkania z bliskimi, którzy pozostawali w Łodzi.
Ćwiczenia zakończyły się ponownym złożeniem przysięgi wojskowej i ślubowania oficerskiego. Z tekstu roty zniknęło odwołanie do braterstwa
broni z armiami Układu Warszawskiego. Pojawiły się słowa: "Tak mi
dopomóż Bóg!".
Zupełnie przypadkowo spotkałem się na tych ćwiczeniach z Markiem Belką,
który niedawno został belwederskim profesorem nauk ekonomicznych. W naszej grupie było oprócz niego paru moich znajomych z uczelni lub z łódzkich mediów. Nie wiem, dlaczego Belka nie wykręcił się z tego
obowiązku. Wyglądał przecież na człowieka dosyć zajętego i zapracowanego. Najprawdopodobniej było tak, że już wcześniej raz czy dwa
wymówił się i wojskowi po prostu nie chcieli słuchać kolejnych
usprawiedliwień. Wojsko potrafi być uparte i umie postawić na swoim.
Zakwaterowano nas w namiotach przy poligonie. Na szczęście wrzesień 1993
roku był dość ciepły. Większość z nas mieszkała na stałe w Łodzi. Bez
większego problemu można było czasem uzgodnić z dowódcą wyjazd na noc do
domu. Nie było to jednak zbyt wygodne, gdyż przystanek autobusowy
znajdował się za lasem, dość daleko od naszego obozowiska. A następnego
dnia trzeba było być z powrotem przed siódmą rano.
Większość czasu spędzaliśmy na miejscu, na poligonie. Mieliśmy niewiele
zajęć terenowych. Przeważały wykłady i prezentacje. Pokazano nam między
innymi film szkoleniowy na temat środowiska bezpieczeństwa
międzynarodowego Polski. Dowiedziałem się z niego, że musimy zachować
czujność właściwie wobec wszystkich naszych sąsiadów - także Niemców i Czechów. No i oczywiście Rosjan. Najwięcej uwagi poświęcono jednak
Ukrainie. Miała ona w tym czasie najsilniejszą armię w regionie i dysponowała bronią atomową.
Jak gdyby bez związku z głównym tematem filmu, pokazano w nim informacje
na temat działalności ukraińskich środowisk przesiedleńców
repatriowanych do Ukrainy z terytorium Polski w 1945 roku. Lektor
poważnym głosem objaśniał, że co prawda Ukraina nie zgłasza obecnie
pretensji terytorialnych do Polski, ale jeśli te środowiska uzyskają
wpływ na władze w Kijowie, to w przyszłości może być różnie.
Byłem zszokowany prostactwem tej argumentacji. Cztery lata po upadku
komunizmu, dwa lata po rozpadzie ZSRR serwowano polskim oficerom rezerwy
tego rodzaju opinie. I ani słowa na temat szans i możliwości współpracy
z Ukrainą w dziedzinie bezpieczeństwa i obronności.
Za to wieczorami, po zakończeniu zajęć szkoleniowych, do godziny
dziesiątej wieczorem, kiedy ogłaszano capstrzyk, czyli ciszę nocną,
mieliśmy z Markiem Belką czas na rozmowy. Konkurencją było oglądanie
programów telewizyjnych w zaimprowizowanej świetlicy polowej.
Przypominam, że był wrzesień 1993 roku i zbliżały się wybory
parlamentarne, które miały przynieść powrót do władzy lewicy w koalicji
z Polskim Stronnictwem Ludowym. Zapowiadały się zasadnicze zmiany w polityce gospodarczej. Marek Belka żył tymi sprawami. I chociaż trudno
było mnie uznać za właściwego rozmówcę, zapewne z braku innego -
bardziej kompetentnego - często dzielił się ze mną swymi opiniami na
temat takiej czy innej reformy bądź ustawy.
Co prawda na początku lat dziewięćdziesiątych przez ponad rok kierowałem
działem ekonomicznym lokalnej gazety codziennej w Łodzi, a potem
zostałem sprawozdawcą parlamentarnym, jednak oczywiście w wielu
kwestiach byłem laikiem. Do tej pory postrzegałem profesora Belkę jako
naukowca, a nie polityka. Teraz zobaczyłem, jak głęboko siedzi w bieżących zagadnieniach i dyskusjach o polityce gospodarczej. Z obawami
wypowiadał się o możliwych kandydatach lewicy na liderów bloku
ekonomicznego w rządzie - Marku Borowskim, raczej urzędniku niż
ekonomiście, oraz Grzegorzu Kołodce, który pragnął stworzyć nowy
generalny plan reform ekonomicznych w Polsce - jak się wtedy wydawało -
w pełnej kontrze do planu Balcerowicza.
Notatka, która jednak nie zaginęła
Niezależnie od takich raczej nadzwyczajnych zdarzeń, jak udział w ćwiczeniach wojskowych, starałem się przyjeżdżać do Polski przynajmniej
raz na dwa miesiące, chociażby na kilka dni, dla podtrzymania więzi
rodzinnych, załatwienia różnych spraw z pracodawcą oraz dla
kontynuowania współpracy z polskimi mediami. Na szczęście rodzina
również odwiedzała mnie od czasu do czasu w Kijowie.
Wykorzystywałem przyjazdy do Polski, ażeby podtrzymywać dorywczą
współpracę w charakterze obserwatora parlamentarnego i rządowego z lokalną łódzką gazetą. Użytecznym miejscem był dla mnie Sejm. Tam
najłatwiej było spotkać ciekawego posła lub ministra i wyciągnąć od
niego interesujące wiadomości. W Bibliotece Sejmowej można było coś
przeczytać oraz w ciszy napisać pilny tekst, a z Biura Prasowego Sejmu
nadać faks do macierzystej redakcji. Znałem tam wszystkie kąty ze swoich
poprzednich dziennikarskich wcieleń. Gazeta płaciła mi niewiele za te
raczej sporadyczne parlamentarne obserwacje i rozmówki, ale mój główny
pracodawca też miewał problemy z dotrzymywaniem terminów wypłat.
Wiosną 1994 roku przypadkowo spotkałem się w gmachu Sejmu z Aleksandrem
Kwaśniewskim. Był on wtedy liderem klubu parlamentarnego Sojuszu Lewicy
Demokratycznej, który po sukcesie w wyborach parlamentarnych jesienią
1993 roku stał się najsilniejszym ugrupowaniem w Sejmie i Senacie oraz
współtworzył rząd Waldemara Pawlaka.
Z Aleksandrem Kwaśniewskim pracowaliśmy kiedyś razem w redakcji "itd", a następnie "Sztandaru Młodych", ale od początku 1990 roku właściwie nie
utrzymywaliśmy kontaktów. Pamiętam, że w 1991 roku zwróciłem się do
niego o pomoc w uzyskaniu zgody Ireny Szewińskiej na dłuższy wywiad dla
miesięcznika łódzkiej Szkoły Filmowej "Bestseller", z którym wtedy
współpracowałem, i Kwaśniewski, jako były szef Polskiego Komitetu
Olimpijskiego, pomógł mi doprowadzić rzecz do pomyślnego finału.
Wtedy, w 1994 roku, zauważył mnie w Sejmie, zatrzymał się i zaczął
rozmowę. Zapytał, co słychać u żony, jak rośnie syn. Interesowało go
także, co się dzieje w Ukrainie, wiedział, że tam pracuję. Ja trochę już
się wtedy zastanawiałem nad powrotem do kraju. Nasze czasopismo miało
niewiele reklam, dostęp do potrzebnego nam papieru satynowanego był
utrudniony, gdyż właściwie nie produkowano go w Ukrainie. Miejscowe
media i książki były dotowane przez władze i lokalny biznes, konkurencja
cenowa nas dobijała. Inwestor myślał o tym, żeby się poddać.
Gdy Kwaśniewski dowiedział się, że mam zamiar wrócić do Polski,
zaproponował mi pracę w swojej ekipie.
- Niepotrzebnie uciekasz od polityki. Znasz się na tym, czujesz ją.
Przydasz się - usłyszałem.
Wyraziłem zainteresowanie. Zamknięcie tematów ukraińskich zajęło mi
jednak trochę czasu. Pracę w biurze klubu rozpocząłem parę miesięcy
później, ale od razu po naszej sejmowej rozmowie poczułem się w obowiązku podrzucać Kwaśniewskiemu jakieś swoje opinie i propozycje. Nie
miałem specjalnego przekonania, że z nich korzysta, ale wierzyłem, że
może przynajmniej je czyta...
Wiosną 1994 roku Marek Borowski podał się do dymisji ze stanowiska
wicepremiera i ministra finansów. Jego następcą został, czego należało
oczekiwać, Grzegorz Kołodko. Przypomniałem sobie wtedy moje poligonowe
rozmowy z Markiem Belką. Napisałem krótką notatkę pro memoria dla
Kwaśniewskiego na temat różnych opinii profesora Belki o polskiej
gospodarce. Uważałem, że jako lider obozu politycznego powinien
regularnie spotykać się z różnymi ekonomistami, poznawać ich sposób
rozumowania i analizować ich propozycje. Wspomniałem w notatce, że warto
na wszelki wypadek mieć w rezerwie ludzi o odpowiednich kompetencjach i kwalifikacjach oraz nie zamykać się w kręgu warszawskich ekspertów,
pochodzących do tego z jednej uczelni. Miałem tu na myśli przewagę
absolwentów Szkoły Głównej Handlowej w kręgach rządowych.
Nie liczyłem na natychmiastową reakcję i rzeczywiście jej nie było.
Dopiero po wyborach prezydenckich, a właściwie już po objęciu urzędu,
Aleksander Kwaśniewski dał mi do zrozumienia, że jednak przeczytał tamtą
notatkę z wiosny 1994 roku i że to ona zainspirowała go do zaproszenia
profesora Belki do współpracy.
Wracając do propozycji, którą w 1994 roku złożył mi Kwaśniewski: nie
myślał on o sprawach polityki zagranicznej. Tu miał doradców bez liku.
Usłyszałem propozycję przygotowywania dla przewodniczącego projektów
jego przemówień parlamentarnych. Kolejnym zadaniem miała być autoryzacja
wywiadów i wypowiedzi.
Autoryzacja to taki polski wynalazek, który polega na tym, że po
udzieleniu wywiadu i spisaniu go z dyktafonu podlega on obróbce
redakcyjnej nie tylko przez dziennikarza, lecz także przez osobę
odpytywaną. Krótsze wypowiedzi puszcza się do druku bez autoryzacji, ale
dłuższe wywiady są, co do zasady, autoryzowane. Gwarantuje to polskie
prawo prasowe. Chodzi o usunięcie błędów językowych, powtórzeń,
lapsusów, uzupełnienie urwanych myśli. Nie wszyscy rozmówcy umieją mówić
okrągłymi zdaniami. Wywiady na ogół trzeba skracać, bo media nie są
gotowe publikować wszystkiego. Autorom wypowiedzi taki wgląd w efekty
opracowania redakcyjnego ich słów bardzo odpowiada. Również
dziennikarzom autoryzacja, która często ratuje teksty od wielu płycizn,
jest niekiedy na rękę.
Moje pierwsze przemówienia
Przemówienia parlamentarne? To już trochę coś innego. Przemawianie nie
jest po prostu mówieniem do innych ludzi, omawianiem jakiegoś problemu
czy raportowaniem o sytuacji. Chodzi przede wszystkim o nawiązanie
pewnego rodzaju więzi ze słuchaczami. Trzeba wykazać się
komunikatywnością, rzeczowością i precyzją, spróbować stworzyć jakiś
rodzaj wspólnoty, odnajdując łączące mówcę i słuchaczy doświadczenia,
przemyślenia, wyobrażenia, lektury. Mówca powinien zidentyfikować się z zebranymi, żeby przekonać ich do swojego punktu widzenia.
Znałem najgłośniejsze przemowy starożytnych polityków. Interesowałem się
zasadami dawnej retoryki, ale przecież czasy się zmieniły. Jeśli chodzi
o prawników, duchownych, wykładowców, a nawet autorów biznesowych
prezentacji, to bez obaw mogą oni sięgać do chwytów retorycznych, jest
to społecznie akceptowane. Wobec przemówień polityków wymagania opinii
publicznej są bardziej surowe. Nawiązania do lektur, postaci i wydarzeń
historycznych powinny być oszczędne, bo należy raczej unikać popisywania
się przesadną erudycją. Niektórych słuchaczy może to zirytować.
Obietnice formułowane w przemówieniach mają być ścisłe, bezwarunkowe i odpowiadać społecznym oczekiwaniom. Teza, że nie ma bezpłatnych lunchów,
nie sprzedaje się dobrze. Jeśli obieca się obniżenie podatków i zarazem
zwiększenie wydatków z budżetu, to zawsze można liczyć na oklaski. Tyle
że ci sami oklaskujący potem bez wahania zarzucą politykowi kłamstwo,
gdy nie uda mu się zrealizować obietnic. Nie można zanadto chwalić się
sukcesami, bo lepiej sprzedaje się przekonanie, że wszystko w sferze
publicznej albo już jest w ruinie, albo za chwilę w nią popadnie.
Żartowanie w oficjalnym przemówieniu też raczej politykowi nie przystoi.
Bo wiadomo, że sytuacja - właściwie w każdej dziedzinie - jest poważna,
a wkrótce może być dramatyczna. Trzeba raczej bić na alarm niż skłaniać
do uśmiechu.
Język publicznej komunikacji potrafi wiele powiedzieć o człowieku - o jego zainteresowaniach, przekonaniach, charakterze. Język osoby
publicznej w dużym stopniu kształtuje jej wizerunek. Chodzi tu
oczywiście nie tylko o przemówienia, lecz także o wywiady telewizyjne i prasowe, o sposób prowadzenia rozmowy, o umiejętność przekonywania czy
wyrażania empatii.
Istnieje wiele reguł dotyczących sposobu budowania i wygłaszania
przemówień. Mówca, a więc także pracujący dla niego autor-redaktor,
powinien pamiętać o dostosowaniu się do podstawowych zasad retoryki.
Podręczniki zaliczają do nich rzeczowość, jasność, poglądowość. Ja na
pierwszym miejscu umieściłbym świadomość celu wystąpienia oraz
dostosowanie go do audytorium. Przemówienia politycznego lidera powinny
prezentować stanowisko nie tylko samego mówcy, lecz także jego
środowiska politycznego, oddawać stan dyskusji wewnętrznych na temat
konkretnych kwestii. Lider ma prawo wybiegać przed szereg i formułować
nowe idee. Musi jednak pamiętać, żeby nie oderwać się zanadto od
horyzontów politycznych swoich współpracowników i zwolenników. Wyborów
nie wygrywa się w pojedynkę.
Zapytałem, czy będę musiał uzgadniać treść wystąpień z innymi politykami
lewicy. Otrzymałem zapewnienie, że mam pracować wyłącznie z Kwaśniewskim. Jeśli on nie będzie miał czasu, żeby omawiać ze mną
szczegóły, zostanę ze wszystkim sam. Bardziej wyczuwałem intuicyjnie,
niż wiedziałem z odbytych z nim rozmów, że poszukuje on nowego języka
komunikowania się z opinią publiczną, że chce unikać sporu dla sporu, że
chce wyrwać publiczną debatę z roztrząsania "tematów zastępczych", no i bardzo marzy mu się przekraczanie granic podziałów historycznych.
Wiedziałem, że lubi mówić po swojemu i swoimi słowami oraz odnajdywać w tekście swoje przemyślenia i pomysły. Wcześniej rzadko korzystał z przygotowanych zawczasu tekstów. Także ode mnie na ogół nie oczekiwał
przemówienia gotowego od A do Z, czyli po prostu tekstu do odczytania,
zapiętego na ostatni guzik. Dlatego też moje propozycje były dość często
formułowane w postaci tez, które miały go zainspirować i z których w mniejszym lub większym zakresie korzystał w zależności od tego, w jakim
stopniu się z nimi utożsamiał.
Przeglądałem niedawno stenogramy sejmowe z tamtego czasu, szukając
śladów swojej pracy. Odnalazłem "moje" sformułowania i całe akapity w kilku przemówieniach. Można powiedzieć, że zadebiutowałem, przygotowując
wystąpienie na czterdziestym drugim posiedzeniu Sejmu 4 lutego 1995 roku
w debacie poświęconej - jak to nazwano - "aktualnej sytuacji w kraju". W wygłoszonym przez Aleksandra Kwaśniewskiego tekście odnalazłem sporo
mojego wkładu. To był rzeczywiście gorący czas. Zbliżała się kampania
prezydencka, a sondaże pokazywały słabe notowania urzędującego
prezydenta Lecha Wałęsy, legendy "Solidarności". Kwaśniewski szykował
się do ogłoszenia decyzji o starcie w zbliżających się wyborach, a Wałęsa szukał sposobów na umocnienie swojej władzy.
I wtedy pojawił się w Belwederze pomysł przeprowadzenia przedterminowych
wyborów parlamentarnych i przesunięcia terminu wyborów prezydenckich na
później. Lech Wałęsa podgrzał atmosferę, zasięgając w sposób jak
najbardziej oficjalny opinii marszałków Sejmu i Senatu w kwestii
skrócenia kadencji obu izb, co było formalnym wstępem do rozwiązania
parlamentu.
Jakoś mniej więcej wtedy Aleksander Kwaśniewski pokazał mi adresowany do
siebie odręczny, prywatny list od Stanisława Cioska, ówczesnego
polskiego ambasadora w Moskwie, który miał zawsze dobre relacje z Lechem
Wałęsą i całym ośrodkiem prezydenckim. Ambasador zaklinał w tym liście
Kwaśniewskiego, z którym łączyły go od dawna przyjazne stosunki, żeby
nie kandydował w zbliżających się wyborach prezydenckich, że wyższe
racje nakazują ustąpić pola urzędującemu prezydentowi. Trudno było nie
dostrzec ukrytej między wierszami przestrogi Cioska, że Wałęsa gotów
jest grać bardzo twardo w walce o prezydenturę.
O ile kryzys polityczny wyglądał rzeczywiście na bardzo poważny, o tyle
samo napisanie przemówienia aż tak skomplikowane nie było. Po prostu
wziąłem za punkt wyjścia przygotowywanego tekstu program Lecha Wałęsy z wyborów prezydenckich 1990 roku. Następnie porównywałem postulaty
wyborcze z jego działaniami w ostatnim czasie. Było to nie tylko
pouczające, lecz czasem także nawet zabawne.
W 1990 roku ówczesny lider NSZZ "Solidarność" mówił, że rolą prezydenta
jest utrwalanie stabilności wewnętrznej kraju. Nie wyglądało jednak,
żeby w czasie kadencji Wałęsy akurat dążenie do stabilności było jakimś
szczególnym jego priorytetem. Na odwrót - raczej kierowało nim
przekonanie, że misją jego prezydentury jest życie od kryzysu do
kryzysu, generowanie "wojen" wszystkich ze wszystkimi. Podobnie było z deklaracją z 1990 roku, że praworządność działań organów władzy i bezpieczeństwo obywateli mają charakter nadrzędny. Tym się także Wałęsa
niespecjalnie przejmował, o czym świadczyła na przykład inwigilacja
prawicy przez tajne służby czy manipulowanie przy składzie Krajowej Rady
Radiofonii i Telewizji. I tak dalej, i tak dalej. Ponieważ słowa zawarte
w wyborczym programie miały charakter zobowiązania, teraz można je było
bez problemów wykorzystać do punktowania działań Wałęsy.
W innym przygotowanym tekście, który został wykorzystany parę tygodni
później, zaproponowałem wzięcie na tapetę sprzeczności programowych w ówczesnych działaniach ośrodka prezydenckiego, który często próbował
reprezentować i forsować równocześnie wiele wykluczających się opcji -
od liberalnych do populistycznych. Być za, a nawet przeciw, jak to sam
Wałęsa kiedyś powiedział, co znakomicie ułatwiało pracę satyrykom. A także mnie jako autorowi przemówień jego politycznego konkurenta.
Żadnych uszczypliwości!
Przygotowałem w tym okresie dla Aleksandra Kwaśniewskiego jeszcze jedno
ważne przemówienie, którego on jednak nie wygłosił. Dotyczyło polityki
zagranicznej RP. Było pisane dla przewodniczącego klubu, ale odczytał je
w Sejmie jego zastępca, SLD-owski specjalista w tej dziedzinie -
profesor Tadeusz Iwiński.
Wiedziałem, że polityka zagraniczna ma znaczenie dla wizerunku
Aleksandra Kwaśniewskiego. Powiedział mi, że gdyby Lech Wałęsa chciał go
nakłonić do rezygnacji z udziału w wyborach prezydenckich, powinien mu
zaproponować stanowisko wicepremiera i ministra spraw zagranicznych w rządzie Waldemara Pawlaka. Zdaje się, że nawet taki sygnał był z jego
strony przekazany do Pałacu Prezydenckiego. Prezydent Wałęsa upiekłby
wówczas dwie pieczenie na jednym ogniu - zachowałby przyjaznego sobie
przywódcę PSL na stanowisku premiera, a lewica musiałaby szukać na
wybory prezydenckie innego, mniej popularnego niż Kwaśniewski kandydata.
Tak się jednak nie stało, bo obóz belwederski wolał bronić w nadchodzących wyborach swojego wizerunku jedynego reprezentanta opcji
prozachodniej w polskiej polityce zagranicznej. Objęcie stanowiska szefa
MSZ przez lidera lewicy zrujnowałoby także, tak potrzebny Wałęsie na
użytek wewnętrzny, obraz Kwaśniewskiego i całego jego środowiska
politycznego jako rzekomych zwolenników aliansu z Moskwą.
Gdy Kwaśniewski zwrócił się do mnie o przygotowanie tego projektu,
przedstawił mi parę szczegółowych sugestii. Nie zdarzało się to często.
Zazwyczaj odpowiedzialność za zawartość merytoryczną projektu
pozostawiał mojemu wyczuciu i wyobraźni. Teraz był znacznie bardziej
konkretny.
- Po pierwsze: żadnych uszczypliwości wobec prezydenta Wałęsy, ministra
Bartoszewskiego i jego poprzedników Skubiszewskiego i Olechowskiego oraz
profesora Geremka. W loży będzie korpus dyplomatyczny, oni z tego zrobią
notatki dla swoich ministrów. W polityce zagranicznej demonstrujemy
jedność ponad politycznymi podziałami. Po drugie: dość utyskiwania na
temat polityki wschodniej ekip solidarnościowych. Możesz w pozytywnym
kontekście wspomnieć o miejscu Ukrainy w działalności polskiego MSZ. Po
trzecie: nie potrzeba w tym wystąpieniu żadnego lamentu nad polityką
kadrową MSZ i trudnym losem dyplomatów ze stażem sprzed 1989 roku.
Spróbuj zbudować w tekście pozytywne przesłanie, żeby było widać, że
lewica jest za jak najszybszą integracją ze strukturami zachodnimi -
NATO i Unią Europejską. Żadnych rozważań na temat nowej
ogólnoeuropejskiej architektury bezpieczeństwa opartej na OBWE, żadnego
rozszerzania Trójkąta Weimarskiego o Rosję7. Żadnych
eksperymentów, jesteśmy lojalni wobec realnie istniejących struktur
świata zachodniego.
Po napisaniu tekstu zgłosiłem się do sekretariatu przewodniczącego klubu
SLD. Chciałem skonsultować z nim jeszcze parę szczegółów. Okazało się
jednak, że wyjechał na kilka dni za granicę i będzie osiągalny właściwie
dopiero w dniu sejmowej debaty. Cóż, mówi się trudno.
Miałem sposobność spotkać się z nim dopiero na pół godziny przed
rozpoczęciem dyskusji nad exposé ministra Władysława Bartoszewskiego.
Aleksander Kwaśniewski stwierdził, że tekst otrzymany ode mnie
przeczytał i uważa, że jest niezły. Po chwili dodał, że przeczytał go
"po łebkach" i że zdecydował się go nie wygłaszać, a jego odczytanie
zlecił już wiceprzewodniczącemu klubu Tadeuszowi Iwińskiemu.
Kwaśniewski postawił w ten sposób swojego zastępcę w bardzo niewygodnej
sytuacji. Gdyby profesor Iwiński sam przygotowywał przemówienie, na
pewno inaczej rozłożyłby akcenty. Ponieważ tekst dostał bezpośrednio od
przewodniczącego partii, a czasu na merytoryczną dyskusję nad jego
zawartością już nie było - przeczytał go właściwie bez poprawek, dodał
jedynie parę swoich autorskich uwag na zakończenie. Następnego dnia
tekst wydrukowała w całości "Gazeta Wyborcza", zamieszczając go na
łamach bezpośrednio obok exposé ministra Władysława Bartoszewskiego.
12 grudnia 1995 roku
W kampanii wyborczej Aleksandra Kwaśniewskiego latem i jesienią 1995
roku uczestniczyłem w sposób raczej ograniczony. Ogólna koncepcja
kampanii została ustalona centralnie, przy udziale zagranicznych
doradców. Mówi się, że była to pierwsza w Polsce profesjonalna kampania
wyborcza przeprowadzona w zachodnim stylu. Bardzo różniła się od
siermiężnych działań i przegadanych wystąpień rywali Kwaśniewskiego.
Kandydat na prezydenta zabrał mnie kilka razy w trasę swoim autobusem
wyborczym, żebym zobaczył na własne oczy, jak wygląda kampania wyborcza
w praktyce, a przede wszystkim jak ludzie reagują na to, co on mówi na
spotkaniach. Kwaśniewski radził sobie z tym nieźle, właściwie coraz
lepiej ze spotkania na spotkanie. Okazał się też odporny na stres, gdy
podczas wieców przyszło mu się zderzyć z dezaprobatą ze strony
sympatyków innych kandydatów. A ja nie musiałem przygotowywać mu zbyt
wielu tekstów do wygłoszenia. Chodziło raczej o krótkie wariacje krążące
wokół podstawowego hasła kampanii - "Wybierzmy przyszłość". Ważne były
różne nawiązania do realiów konkretnego miejsca, czasu i środowiska, z którym się spotykał. Bardzo dobrze dbały o to regionalne sztaby. Nie
miałem wiele do roboty.
Kontynuowałem swoje rutynowe zadania polegające na autoryzacji wywiadów
prasowych oraz przygotowywaniu projektów wystąpień w parlamencie,
których liczba wyraźnie spadła w okresie kampanii wyborczej. Wspólnie z dwoma dziennikarzami z Łodzi - Jerzym Machejkiem i Janem Olczykiem -
przygotowaliśmy książkowy wywiad rzekę z Aleksandrem Kwaśniewskim pod
tytułem, który moim zdaniem dobrze charakteryzował głównego bohatera:
Nie lubię tracić czasu!8.
Na początku jesieni, kiedy kampania stawała się bardzo gorąca,
praktycznie przestałem dostawać nowe zlecenia i nowe zadania zarówno ze
sztabu wyborczego, jak i od samego kandydata. Sytuacja nie zmieniła się
po ogłoszeniu Kwaśniewskiego zwycięzcą wyborów prezydenckich.
Wiedziałem, że trwa konstruowanie zespołów, które miały współpracować z nowym prezydentem, że jacyś ludzie przygotowują mu orędzie, które miał
wygłosić w Zgromadzeniu Narodowym po zaprzysiężeniu. Ode mnie jednak
nikt już nic nie chciał. Może to był zbieg okoliczności, a może
przestałem pasować do układanki. A ja nie zamierzałem się wpraszać. Cóż,
mówi się trudno. Myślałem o powrocie do pracy dziennikarskiej,
planowałem napisać książkę o odrodzonej Ukrainie...
Dwunastego grudnia 1995 roku przyjechałem do Warszawy. Spotkałem się z moim byłym wykładowcą z czasów uniwersyteckich, który był wówczas
konsultantem Aleksandry Jakubowskiej, rzeczniczki prasowej rządu Józefa
Oleksego. Bardzo go interesowało, czym będę się zajmował w otoczeniu
nowego prezydenta. Gdy odpowiedziałem, że już dwa miesiące temu
zakończyłem współpracę ze sztabem wyborczym i niczego specjalnie nie
oczekuję, mój rozmówca zdziwił się. Nagle coś mu przyszło do głowy:
- Dzisiaj są imieniny Aleksandra. Byliśmy z szefową rano u niego z życzeniami. Kup jakiś goździk i po prostu zapytaj go.
Zrazu odrzuciłem ten pomysł. Nie chcą mnie, to nie. Gdy wyszedłem ze
spotkania, przemyślałem rzecz jednak raz jeszcze. Wiadomo, ziemia będzie
się kręcić dalej niezależnie od tego, czy będę jej w tym pomagał, czy
nie. Ale rzeczywiście - dlaczego nie zapytać? Dlaczego miałbym nie
przedłużyć przygody z polityką i nie spróbować dołożyć swoich trzech
groszy do tego, co się dzieje w Polsce, a zwłaszcza - przypominam sobie
dobrze, że właśnie o tym pomyślałem - do tego, jaki będzie kształt
stosunków polsko-ukraińskich?
Złapałem taksówkę, pojechałem do kawalerki, którą wynajmowałem w Warszawie, wziąłem jakąś ukraińską nalewkę, którą zachomikowałem z kijowskich czasów. Od razu pojechałem do pałacyku MSZ na Foksal, gdzie
była tymczasowa siedziba prezydenta elekta. Ochroną budynku zajmowali
się panowie, którzy znali mnie z widzenia z okresu kampanii wyborczej i nie czynili przeszkód, żebym wszedł do środka. W sekretariacie również
urzędowały osoby, które znały mnie z czasów wcześniejszej współpracy i nawet nie zapytały, czy jestem umówiony i na którą godzinę. Po prostu
kazano mi poczekać, aż szef skończy rozmowę telefoniczną.
Kwaśniewski przyjął mnie zaraz potem.
- Rozmawiałem z Andrzejem Milczanowskim - zaczął.
Nie zapytałem, czy to była właśnie ta rozmowa telefoniczna, którą przed
chwilą zakończył, czy też wcześniej rozmawiali ze sobą bezpośrednio.
- Złożył życzenia imieninowe? - zapytałem z głupia frant.
- Między innymi - odpowiedział.
Nagle zmienił temat. Nie chciał już wracać w rozmowie do tej kwestii.
Zrozumiałem, że nie chce kontynuować tego wątku. Ja też nie zapytałem,
czego chciał od niego minister spraw wewnętrznych. Nie zdawałem sobie
sprawy, że trafiłem w sam środek rozpoczynającego się politycznego
cyklonu. Jak się później dowiedziałem, kontakty Kwaśniewskiego w tym
dniu z ministrem Milczanowskim, który występował w charakterze
emisariusza prezydenta Wałęsy, dotyczyły ujawnienia tak zwanego
rosyjskiego agenta "Olina" i podejrzenia premiera Oleksego o szpiegostwo
na rzecz Rosji. Opinia publiczna dowiedziała się o tych zarzutach
tydzień później.
Miałem własną sprawę do solenizanta. Czas wyznaczony na spotkanie był
krótki. Złożyłem życzenia, wręczyłem nalewkę. Kwaśniewski podziękował,
zapytał rutynowo, co u żony, jak rośnie syn. Jak zwykle interesowało go
też, co nowego w Ukrainie. Nagle, jeszcze zanim zdążyłem go sam o to
zapytać, zwrócił się do mnie:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki