Przypadki Eneasa McNulty'ego - Sebastian Barry

Kup ebooka

52.00 zł
45.24 zł (41,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

W środku samotnego miasteczka, na tyłach John Street, w trzecim domu od końca ulicy jest sobie malutki pokoik. W tej chwili, będącej ledwie przecinkiem w długim wersie historii tego miejsca, należy do Eneasa McNulty'ego. Wszędzie wokół rozpościera się już nowy wiek, którego zaznać przyjdzie mu tylko urywek, a nawet tego nie posiądzie na własność. Nic na tym padole, ani zbrukane kontynenty ziemskie, ani park nazwany na cześć ojca Morana, ukwiecony gąszczem zapomnianych róż - dla pięcioletniego Eneasa to jedna miara - nie jest jego. Nic, prócz tymczasowej izdebki. Brzegi ciemnego linoleum wywijają się, dochodząc do ciemnych ścian. Na stoliku przy łóżku stoi blaszany dzbanek, łapczywie chwytając światło słońca i blask księżyca. Na smukłej szafie leży staromodne pudło na kapelusz pokryte dywanem kurzu, pełne czy puste - nie wie. Pokój pasuje do Eneasa jak ulał, skrojony na miarę, za oknem zaś kalejdoskopowa procesja obrazów: słoneczne promienie drzemiące na okopconych liściach klonu, potyczki wróbli i sikorek toczone o grudkę sadła zawieszoną na gałęzi przez jego matkę, wściekłe ulewy wścibiające wiotkie palce w szczeliny okien, nadmorski śnieg, co spada ciężko i nagle, choć nigdy nie zostaje na dłużej, podchody zmroku i radosny brzask jutrzenki.

O zmierzchu w oknie stoi z nim ojciec, człowiek prosty, odziany w czerń a obleczony w skórę bladą i wilgotną jak roztarty mlecz. Wskazuje Eneasowi ruiny rezydencji Lungey House straszące na skraju posesji, labirynt wyszczerbionych granitowych murów, których wyłupione okna zieją pustką, każde okolone wątkiem rumianych cegieł.

- Pamiętaj o tych, co swego czasu chadzali korytarzami tego domu - napomina go Tom, jego ojciec - bo widzisz, Eneasie, wydała ich ta sama ziemia. Nosili się po pańsku, powozów mieli bez liku. Cieszyli się szacunkiem. Ludzie o twarzach podobnych do twojej - kładzie mu drobną dłoń na głowie - posyłali osełki masła w dół rzeki, a potem przez ocean szeroki do Hiszpanii i Portugalii, gdzie trudno było o bydło mleczne.

Nie przelewało się im, taka prawda. Tom wstaje skoro świt i cały w skowronkach, gdyby takowe zapuszczały się na John Street, chodzi do domu dla obłąkanych szyć wariatom kaftany. Na tym polega jego praca. Dawniej zajmowała się tym również matka; każdego dnia stawiała się u bram przytułku jako szwaczka dla pomylonych kobiet. I tak się poznali, nad igłą i nicią, a Eneas to owoc ich związku. Dziecko fastrygowane ze skrawków, tyczkowate, później mające obrosnąć w mięśnie, lecz w wieku pięciu lat wciąż cherlawe.

Opowiastce o dawnych handlarzach masłem Eneas nie daje wiary, wierzy natomiast w czarnoskrzydłe ptactwo - wroniska, tak nazywa je matka, choć on uważa, że to gawrony - dla których Lungey House jest teraz domem. Niby latające berbecie skrzeczą i gaworzą w koronach sędziwych jaworów rosnących nad prezbiteriańskimi grobami. Taki stary jawor to wspaniała rzecz, drzewo, które z biegiem lat słoniowacieje - o pniu kostropatym i pomarszczonym. Wierzy w zastępy wonnych laków biorących lato szturmem, a niekiedy także w niesforną dzieciarnię, przekradającą się po murach do sadu pastora. Wierzy, że pewnego dnia chłopcy go zawołają, a on popędzi za nimi. Zasłynie z tych swoich przyjaźni, tak to sobie wyobraża. Koleżeństwo to największy skarb, powtarza ojciec. Z ogrodu wyniesie krągłe, dojrzałe jabłka na wywiniętym brzegu swetra stworzonego - żadne tam "zrobionego na drutach", stworzonego, podkreśla matka - ze znoszonego szala przez jego babcię, panią Byrne. Tym bohaterskim czynem wzbudzi podziw mieszkańców Sligo, a w każdym razie chłopców ze Sligo.

Widuje ich też przed swoim domem przy John Street. Kiedy mijają wąską fasadę, on pragnie, ach, jakże pragnie wybiec frontowymi drzwiami i w szlachetnej walce zdobyć należne sobie miejsce w ich szeregach. Wciąż jednak jest na to zbyt słabowity, dzień jego siły jeszcze nie nadszedł. Ale nadejdzie. Podobają mu się miękkie rysy prowodyra tej dzikiej bandy, chłopca zwanego Jonnem. Słyszy to imię wykrzykiwane w ciemniejące jesienne niebo, kiedy konary jabłoni uginają się pod ciężarem dorodnych owoców, a pastor nie pilnuje swej własności. Pragnie dołączyć do tych głosów, być jednym z wielu urwisów w porwanych swetrach i za dużych spodniach po starszych braciach.

Doczeka tych dni, wierzy w to żarliwie, zaprawia się więc w bojach. W alkierzu, przy świetle jesiennego ognia, uprawia zapasy z psem Tammy. Roześmiana matka dopinguje syna, zadziera czarne spódnice i rozpoczyna swój taniec przy palenisku. Rusza w tan, odrzuciwszy głowę do tyłu, a Tammy podskakuje jak sprężyna, sięgając niemal jej twarzy. Na kuchni bulgoce potrawka cielęca, barania właściwie, roztaczając smrodliwe miazmaty. Tammy chrypnie od szczekania, a Eneas nie wychodzi z tej próby sił zwycięsko, jeszcze nie.

Jego matka, tanecznica pierwszej wody, wybija obcasami rytm na płycie z czarnego kamienia, gdzie pod piecem zakopano złoto konkwistadorów. Pewnego razu, gdy u brzegów Irlandii srożył się sztorm, Hiszpanie we wspaniałych galeonach okrążali wyspę, aż w końcu wpadli między McNultych, a wtedy ci, szast-prast, wsadzili ich do gara i zjedli, wedle matczynej opowieści. Tu, przy palenisku, matka snuje swe historie i wycina dla niego hołubce. Głupiutka jest jak ten pies, Eneas to wie. I przyodziewa obłąkane z przytułku w sukienczyny, a one, na wpół martwe matrony, latami nie wyścibiające nosa spod pierzyn, w siostrzanej podzięce przetykają kanwę jej myśli cieniutką przędzą szaleństwa, haftują krzyżyki i wzory. Za młodu ona też haftowała w porannym świetle wpadającym przez jedno z tamtejszych okien, nim wykradł ją stamtąd jego ojciec. Czyż jej głowa nie bywa równie ciężka i twarda jak bochen chleba zaspały w zimnym od dawna piecu, jak zakalec? Gdy jednak wstępuje w nią duch, roznieciwszy w niej zachwyt, spódnice idą w górę i krótkie nóżki rwą się do tańca.

Tom często wybywa do Bundoran lub okolicznych miast. Spędza tam po kilka dni ze swoim zespołem na występach dla wczasowiczów i mieszkańców szukających wytchnienia po długim tygodniu pracy. Gra walce, polki, fokstroty, a ostatnimi czasy przeplata je nową muzyką, murzyńskimi brzmieniami ze słynnej Ameryki i czym tam jeszcze, bo tego właśnie chce publika, tego się domaga. Nuty płyną do niego ekscytującymi porcjami z Nowego Jorku i Galveston, przez Azory i poprzetykane światłem letnie sztormy. Zamknięte w cienkich zeszycikach milczą wyczekująco, wypatrują brzegów rzeki Garravogue - i Toma McNulty'ego. Ma i muzykę dawniejszą, irlandzką też, więc jednej nocy w Bundoran, w Hotelu Grand dajmy na to, dosłyszeć można motywy O'Carolana, Straussa i najlepszych muzyków z Nowego Orleanu. W zimowe wieczory ojciec wychodzi z domu ze skrzypcami, drewnianymi fletami i piccolo pod pachą, nieraz bierze też wiolonczelę, i ślad po nim ginie. Zdarza się, że wraca dopiero w poniedziałek rano, zjawia się o piątej czy szóstej, na długo przed mleczarzem pchającym swój wózek. Wychyla parę kubków mocnej herbaty, po czym wychodzi do pracy w przytułku, rześki jakby przespał sobotę i niedzielę w domowych pieleszach.

- Nie jesteś zmęczony, tatku? - dopytuje Eneas, kiedy siedzą we dwóch przy wyszorowanym kuchennym stole.

Zegar nad piecem głośno odlicza sekundy. Chłopiec, ledwo unosząc ołowiane powieki, ze zdumieniem przygląda się ojcu, który bębni palcami o blat i tupie drobną stopą do rytmu. Rozświetlone sukno jego twarzy co rusz rozdziera uśmiech. I wygrzebał się Eneas z ciepłej pościeli, nieodmiennie zwabiony dźwiękami krzątającego się na dole ojca, na powiekach wciąż jednak ciąży mu sen.

- Życie, synku. Życie nie pozwala mi zasnąć. Nie masz tak? Niech no zagram ci melodyjkę, com ją wczoraj dostał od Toma Mangana z Enniscrone - mówi i zaraz sięga po flażolet.

Eneas lubi swojego ojca i tę jego czeredę kolegów. Zachodzą po niego o każdej porze dnia i nocy. Czasem trzeba, coby zagrał jiga z północnego Sligo dla jakiego Jankesa, który wrócił na stare śmieci. A czasem przytrafią się u kogo zaślubiny. Za dwanaście szylingów i trzy kieliszki szkockiej Tom, ojciec Eneasa, powiedzie młodą parę ulicami miasta. Z jego muzyką przejdą od progu do ołtarza i z powrotem. Marzy mu się jednak własna tancbuda umoszczona w urokliwej szarzyźnie Strandhill.

Czyż nie dzierżawi ogródka w krainie Finisklin, na skraju leszczyny obrastającej Midleton, którą ongiś regularnie przetrzebiano, a teraz, gdy zaczęło napływać zagraniczne drewno, pozostawiono samej sobie? Korytem Garravogue ciągnie więcej szlamu, niż nadążają wybierać, konstatuje ojciec. Ten jego ogródek, to ci dopiero miejsce! Wcześniej dzika połać ziemi okryta kobiercem traw i koniczyny, upstrzona rutewką, dzikimi bratkami i świetlikiem, aż pewnego razu Tom wpadł tam ze szpadlem i wielkimi planami rozrysowanymi na świstku zatłuszczonego papieru i wszystko przekopał. Jak już się wbije pierwszą łopatę, robota idzie szybko, choć objąwszy wzrokiem tamten obraz ustronnego zaniedbania, ogrodzony posępnym murem z zamkniętą na kłódkę żelazną furtką wiodącą dawniej do Midleton, mógłby kto sądzić, że życia mu na to zabraknie. Pierwszego roku nawoził czarną glebę łajnem; poszło w sumie siedemnaście taczek, nim ruszył z kompostem z obierek i herbacianych fusów. Ojciec kopał, Eneas tymczasem bawił się na kępce trawy oddanej w jego władanie, póki srebrzyste gwiazdy nie oprószyły nieba nad Sligo. Gdy tylko chłopiec bierze do ust bryłkę gliny, dostaje solidnego kuksańca, trzyma się więc swojego skrawka zieleni, dłubiąc w ziemi motyczką. Tylko z rzadka, na przekór własnym instynktom, podsuwa sobie pod nos tę czy inną bryłkę.

W kolejnych miesiącach ojciec przecina działkę gęstą siatką ścieżek, taszcząc z pralni worki popiołu - pozostałości po opale, który podgrzewał wodę w klasztornych kotłach. Grabiami wyrównuje alejki, a jego syn Eneas drepcze po nich z wdzięcznością, wcale a wcale niezainteresowany smakowicie wyglądającym popiołem. Wnet wschodzą dostojne zagony malw, piwonii, werben i szafirowych hortensji, a po murze odgradzającym ich od Midleton pnie się groszek pachnący. W ciepłym, osłoniętym od wiatru rogu działki Tom sadzi kilka grusz. Pewnej wiosny, po wielu prośbach, jakiś jegomość w końcu przynosi znad jeziora kilka płaskich głazów wygładzonych przez fale. Tak oto w jedno popołudnie na ścieżce do grusz pojawia się pięć kamiennych płyt. Wspaniały to dzień dla ogródka.

Nocą ojciec prowadzi Eneasa do sypialenki wyłożonej granatowym linoleum; idą przez klasztorną ziemię pogrążoną w ciemnościach tak niezgłębionych, że każdemu dziecku napędziłyby stracha. Maszerują ręka w rękę, aż wreszcie docierają do domu i zjadłszy skromną kolację przy świetle lampy, suną do łóżek niby zjawy. Matka szoruje jeszcze Eneasowi paznokcie, a ten pada na pościel zmęczony i rad, ile dusza pozwala.

Takie są tamte dawno minione dni, kiedy ojciec gra na flecie, matka tańczy, a on siedzi przed paleniskiem i uśmiecha się do nich szaleńczo, uśmiechem szczerym, radosnym. Jego twarz, jak miniatura ojcowskiej twarzy, rozdziera się w tym uśmiechu, jakże szczodrym i pełnym zachwytu. Prosty świat wypełniają proste przyjemności, a kiedy wieczorami słyszy chłopców wołających "Jonno!", myśli o eskapadach po jabłka, a ostatnie promienie słońca nikną w objęciach jaworów.

Kontakt:

artrage@artrage.pl

Z prozy współczesnej w ArtRage do tej pory ukazały się:

Verena Kessler Duchy z miasteczka Demmin w tłumaczeniu Małgorzaty Gralińskiej Victoria Kielland Moi mężczyźni w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej Nona Fernández Strefa mroku w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej Aleksandra Pakieła Oto ciało moje Margaryta Jakowenko Przemieszczenie w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej Charles Yu Ucieczka z Chinatown w tłumaczeniu Agi Zano Andrea Abreu Ośli brzuch w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej Linn Str?msborg Nigdy, nigdy, nigdy w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej Mohamed Mbougar Sarr Bractwo w tłumaczeniu Jacka Giszczaka Claudia Salazar Jiménez Krew o świcie w tłumaczeniu Tomasza Pindla Jessica Au Mógłby spaść śnieg w tłumaczeniu Agi Zano Kjersti Anfinnsen Chwile wieczności w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej Jonas Eika Po słońcu w tłumaczeniu Macieja Bobuli Aleksandra Tarnowska Wniebogłos Nick Cave Gdy oślica ujrzała anioła w tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego Sebastian Barry Tysiąc księżyców w tłumaczeniu Krzysztofa Cieślika Adda Dj?rup Kot Bułhakowa w tłumaczeniu Zuzanny Zywert Michał Michalski Gruby Linn Str?msborg Kurwa, kurwa, kurwa w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej Santiago Roncagliolo Noc szpilek w tłumaczeniu Tomasza Pindla Cristina Morales Lektura uproszczona w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko i Agaty Ostrowskiej Sebastian Barry Po stronie Kanaanu w tłumaczeniu Katarzyny Makaruk Merethe Lindstr?m Dni w historii ciszy w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej Marta Hermanowicz Koniec Aki Ollikainen Sielanka w tłumaczeniu Justyny Polanowskiej Chiang-Sheng Kuo Stroiciel fortepianów w tłumaczeniu Katarzyny Sarek Jarek Skurzyński Zły syn Sebastian Barry Czas starego Boga w tłumaczeniu Agi Zano Arturo Pérez-Reverte Szachownica flamandzka w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego Michał Trusewicz Plemię Oliver Lovrenski Jak byliśmy młodsi w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej Juan Cárdenas Diabeł z prowincji w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko Maren Uthaug 11% w tłumaczeniu Joanny Cymbrykiewicz Brenda Navarro Prochy w ustach w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej Karina Sawaryna Wynik negatywny w tłumaczeniu Katarzyny Fiszer Arturo Pérez-Reverte Ostatnia zagadka w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko Sebastian Barry Tak daleko od domu w tłumaczeniu Tomasza S. Gałązki Louise Erdrich Rzeka Czerwona w tłumaczeniu Agnieszki Walulik John Darnielle Wilk w białej furgonetce w tłumaczeniu Agi Zano Sebastian Barry Tymczasowy dżentelmen w tłumaczeniu Agnieszki Walulik Mia Couto Lunatyczna kraina w tłumaczeniu Michała Lipszyca Brenda Navarro Puste domy w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej Alexis Wright Księga łabędzi w tłumaczeniu Agi Zano Mircea Cărtărescu Solenoid w tłumaczeniu Joanny Kornaś-Warwas Maren Uthaug 88% w tłumaczeniu Joanny Cymbrykiewicz Aleksandra Tarnowska Niedźwiedź, syn niedźwiedzia Louise Erdrich Okrągły dom w tłumaczeniu Agnieszki Walulik