Przypadki 40-latki. Moje życie (tuż) po drugiej stronie młodości - Stephanie Dolgoff


Reflow text when sidebars are open.
Oczywiście pojawiały się sygnały, że dzieje się coś doniosłego, ale początkowo każdy z nich postrzegałam jako odosobniony przypadek:
- Od paru lat sprzedawczynie w modnych butikach, które dawniej krążyły wokół mnie jak pszczoły wokół kałuży oranżady, przestały na mnie zwracać uwagę. Ewidentnie zaczęły mnie uważać za kogoś, kto nie może (lub wręcz nie powinien) kupować ich obcisłych dżinsów, niebotycznie wysokich obcasów czy maleńkich topów na ramiączkach, które wyglądają idealnie noszone bez biustonosza.
- Przyjaciele przyjeżdżający do Nowego Jorku pytali mnie - urodzoną obywatelkę Gotham City, ponoć prestiżową reprezentantkę mediów zajmujących się modą i stylem życia - jakież to najbardziej trendy miejsca powinni odwiedzić. A ja nie potrafiłam wymienić choćby jednego, którego nie zamknięto w epoce pierwszych sezonów serialu Beverly Hills 90210, albo nie zostało zamienione w Starbucks.
- Musiałam zacząć się malować, a przynajmniej używać porządnego koloryzującego kremu nawilżającego, by uzyskać ten sam efekt "nie używam makijażu", który dawniej uzyskiwałam, no cóż, nie używając makijażu.
- Któregoś dnia na zajęciach pilatesu instruktorka kazała nam się położyć na plecach i docisnąć ramiona do maty. A potem poleciła nam unieść ręce do góry pod kątem 90 stopni i sięgać w stronę sufitu, unosząc jedynie ramiona. Wszyscy to wykonaliśmy: kości moich ramion poszły za rękoma i uniosły się dobre dziesięć centymetrów nad matę. Ale ciało otaczające te kości pozostało pacnięte na ziemi. Moja skóra i ta cienka warstewka tkanki tłuszczowej, które normalnie podróżowały razem z kośćmi i mięśniami, najwyraźniej teraz zdecydowały, że pilates jest dla mięczaków.
- Jednak sygnał przeszywający uszy jak alarm samochodowy - czemu nie zwrócił wtedy mojej uwagi, nie mam pojęcia - rozległ się pewnego ranka, kiedy po zbyt dużej dawce kawy tańczyłam sobie w kuchni do melodii One Way or Another, przeboju Blondie, który krążył w moich żyłach od czasów dojrzewania.
Przeraziłam się, gdy zdałam sobie sprawę, że to podkład muzyczny reklamy środków czyszczących linii swiffer, który dochodził z telewizora, z sąsiedniego pokoju. Za wyjątkowo poniżające uznałam to, że swiffer znajduje się w tym właśnie momencie w mojej komórce na szczotki. Mało tego, ja go polecałam znajomym (!!!). Pomyślałam o tym w ten sposób: oto odczuwam dostatecznie silne emocje wobec środka czystości, by go polecać znajomym. A wydaje się, że jeszcze niedawno nie spędzałam w swoim mieszkaniu na tyle dużo czasu, żebym musiała w nim sprzątać.
Poczułam się trochę nieswojo, ale przyczyna tego jeszcze mi się nie skrystalizowała. Wszystko szło dobrze, a moje życie wyglądało mniej więcej tak, jak je sobie zaplanowałam. Przeżyłam swoje szalone lata dwudzieste, rzucając się w szpony kariery i wdrapując na szczyty w wielu kolorowych magazynach, a potem się uspokoiłam i w połowie trzeciej dekady wyszłam za mąż. Mieliśmy z mężem dwie cudowne córeczki bliźniaczki, miałam wspaniałą pracę, dobrych przyjaciół, wszyscy byliśmy zdrowi i wypłacalni. Nie było żadnego kryzysu. A jednak... coś było nie tak.
Po prostu nie czułam się sobą.
Aż w końcu pewnego dnia, tuż po moich czterdziestych urodzinach, wszystko stało się oślepiająco jasne.
Był wczesny ranek, jechałam metrem do pracy. Siedzący obok seksowny, lekko nieogolony facet pochylił się w moją stronę i zapytał o godzinę. Uzbroiłam się do odparcia próby podrywu, która, jak sądziłam, miała teraz nastąpić.
- Ósma czterdzieści - odparłam zwięźle, uważając, by w moim tonie nie było choćby cienia zachęty.
I wtedy... nic. Niente. Nothing. Może i powiedział "dzięki". Nie pamiętam. Pamiętam, że wrócił do czytania swojej książki. Najwyraźniej ten seksowny, lekko nieogolony facet, który zapytał mnie o godzinę, po prostu chciał wiedzieć, która jest godzina. Prosił o informację, nie chodziło mu o seks. Coś podobnego!
Byłam w szoku. W szoku! Ale też poczułam się głupio. Kim do cholery wydawało mi się, że jestem? Cóż, myślałam, że jestem tym, kim zawsze byłam: superlaską, psiakrew! Młodą kobietą, która ma dużo włosów, duże cycki, wielką osobowość i która (jeszcze niedawno) miałapowód, by przyjmować lekko obronną postawę, gdy jakiś mężczyzna zadawał jej pozornie niewinne pytania w środkach miejskiego transportu. (Prawdę mówiąc, mężczyznę, który obecnie jest moim mężem, poznałam w metrze). Nie byłam może jakąś supermodelką, ale nawet jeśli przypadkiem mogłam nie być w czyimś określonym typie, to wydawało mi się, że moja ogólna atrakcyjność jest bezdyskusyjna. Po kilku dekadach wierzenia w tę opinię na własny temat - przy czym zwykle reagowano na mnie tak, jakby była ona prawdą - bycie atrakcyjną młodą kobietą stało się po prostu częścią tego, kim byłam i w jaki sposób poruszałam się po świecie.
Ale w tamtej chwili energooszczędna żarówka niechętnie zapaliła się nad moją głową i w końcu do mnie dotarło. O rany, naprawdę dotarło. Ja już po prostu nie byłam "tym wszystkim", być może nawet ani trochę już nie byłam "tym", cokolwiek to "to" miało znaczyć. Nie dziwota, że czułam, że coś jest nie tak! Nie czułam się już sobą, ponieważ już nie byłam sobą, przynajmniej nie taką sobą, jaką byłam dotychczas.
Oczywiście, nie mówię tu o reakcji tego jednego faceta. Patrząc wstecz, od dawna można było zaobserwować sygnały, że dni, kiedy mężczyźni się za mną oglądali, są coraz słabiej widoczne w tylnym lusterku. (Poza tym, co właśnie wam opowiedziałam, o wiele mniej kolesi sączących piwo na schodach przed bramą cmokało, kiedy koło nich przechodziłam; do tego kilka razy zwrócono się do mnie per pani, choć wcale nie znajdowałam się wtedy na głębokim południu Stanów Zjednoczonych). W sumie, razem z innymi znakami, które nie miały nic wspólnego z moim wyglądem, to wszystko zaczęło mieć sens. Przez ostatnie kilka lat, kiedy byłam zajęta pracą i wychowywaniem bliźniaczek, nie spałam, byłam obsikiwana przez dzieci, wrzeszczałam na męża, gotowałam, i być może nie zajmowałam się sobą tak, jak powinnam - plus, no tak, dodajmy ten nieubłagany upływ czasu - stałam się idealnym przykładem miłej, czterdziestoletniej, pracującej zaharowanej mamy. A to totalnie coś innego niż bycie superlaską. I samo w sobie nie było to problemem. Problemem było to, że moja świadomość samej siebie musiała dopiero dogonić rzeczywistość oraz to, co świat widział, gdy na mnie patrzył.
Szczęśliwie dla mnie miałam w domu swoją czteroletnią wtedy córeczkę Vivian, która dała mojej nowej definicji samej siebie niezłego kopa. Tego samego wieczoru siedziała mi na kolanach w dużym fotelu stojącym w jej pokoju, a ja szczotkowałam jej włosy po kąpieli. Nagle odwróciła się do mnie.
- Mamusiu, a co to są te? - spytała z buzią dosłownie o milimetry od mojej twarzy. Była tak blisko, że oczy jej zezowały. Skupiała wzrok na moim nosie.
- Co to są co, kochanie?
- No te. Te okrągłe takie.
To już przerabiałyśmy. Japońska książeczka Dziury w twoim nosie, o dziurkach od nosa i innych cielesnych otworach, w które można sobie wkładać palce, oraz tych, w które wkładać palców absolutnie nie uchodzi, od dawna cieszyła się wzięciem w naszym domu. Przypomniałam więc Vivian, że to są moje dziurki od nosa, i że ona też takie ma.
- Nie, nie te. Te mniejsze. Z niektórych wyrastają ci takie włoski.
Niestety. Vivian chodziło o rozszerzone pory skóry, które przez ostatnie kilka lat rozpleniły się na mojej twarzy jak kręgi w zbożu. Miałam nadzieję, że nikt dotąd tych włosków nie zauważył. Ja sama mogę je dostrzec dopiero w piętnastokrotnie powiększającym lusterku, które masochistycznie trzymam w łazience.
Poczułam tę znajomą falę... nie, nie wstydu, ani nie poniżenia, w końcu trudno się wstydzić swoich porów przed własnym dzieckiem - ale po raz kolejny wyobraziłam sobie, że tak mogłaby się czuć żaba (gdyby miała świadomość), kiedy leży naga w laboratorium, a wpatrują się w nią zimne, obiektywne, zaciekawione oczy naukowca.
Ten sam scenariusz powtarzał się bowiem wielokrotnie w ciągu ostatniego roku, ulegając jedynie niewielkim zmianom, zależnym od tego, które z moich poprzednio niezauważalnych cielesnych niedociągnięć było omawiane.
Zrobiłam więc teraz to samo, co zrobiłam wówczas, gdy jej siostrzyczka Sasha zauważyła - absolutnie tego nie osądzając - że mój brzuch wygląda jak pupa z przodu mojego ciała, albo wtedy, gdy powiedziała, że pod skórą moich nóg są takie małe niebieskie robaczki. Zaśmiałam się mądrze i wygłosiłam coś dojrzałego o tym, jakie to nasze ciała są fascynujące i jak się zmieniają, w miarę jak stajemy się coraz starsi. Potem poszłam po moje piętnastokrotnie powiększające lusterko i pokazałam Vivian jej własne (niewidoczne gołym okiem) pory. Następnie objaśniłam funkcję porów w chłodzeniu skóry ciała. Vivian była zafascynowana. Ja byłam dumna z siebie, że jestem taką wspaniałą mamą, która potrafi rozpoznać i wykorzystać jeden z owych "momentów edukacyjnych", o których się czyta w czasopismach dla rodziców.
I wtedy zapytała jeszcze:
- Ale dlaczego w tych porach to u ciebie są włoski?
No cóż, Vivian. Też bym to chciała wiedzieć!!! Może to dlatego, że Boga nie ma, Vivian. A może dlatego, że twoja mamusia zrobiła coś naprawdę, naprawdę strasznego w swoim poprzednim życiu. Może dlatego, że ciało bywa ohydne bez żadnego powodu i w gruncie rzeczy wciąż jesteśmy małpami i niektóre rzeczy lepiej obserwować z odległości.
- Po prostu nie wiem, kochanie - odpowiedziałam. A potem położyłam ją do łóżka i zabrałam ze sobą moje piętnastokrotnie powiększające lusterko, żeby sprawdzić, co mogę zdziałać pęsetą.
Tych kilka mało zabawnych epizodów wskazywało na to, że nadciąga sejsmiczna zmiana nieodgadnionych rozmiarów. Czułam to równocześnie jak uderzenie w czubek głowy i jak ulgę. Nie wiedziałam, w co tak naprawdę się zmieniam. Nie wyglądałam, nie zachowywałam się ani nie czułam się tak, jak wedle moich wyobrażeń może wyglądać czy zachowywać się osoba w średnim wieku. A już z całą pewnością nie byłam stara. Wiedziałam jednak, że nie jestem już tym, kim byłam dawniej. Dawniej byłam wyzywająco atrakcyjna, a teraz, jak przypuszczam, już chyba nie. Zaczęłam sama siebie dla żartu nazywać Dawniej Znana Jako Laska. Przynajmniej miałam nazwę (choćby przez samą siebie wymyśloną) dla tego dziwnego, nieprzyjemnego, fałszywie brzmiącego uczucia, które mną owładnęło, oraz dla powodu jego istnienia.
Dawniej Laska. Tak, to dobrze brzmiało i mogłam się z siebie śmiać, co wydawało się alternatywą lepszą od stania przed lustrem i śledzenia namnażających się kurzych łapek. I choć jeszcze nie w pełni pojęłam całkowity zakres tego nowego stanu rzeczy, miałam przeczucie, że chodzi o coś więcej niż tylko o powierzchowne zmiany. Wiedziałam, że nie mogę być jedyną osobą, która czegoś takiego doświadcza. Jeżeli lata pisania i redagowania artykułów dla pism kobiecych czegoś mnie nauczyły, to tego, że jeżeli przez coś przechodzisz, jest więcej niż prawdopodobne, że wcale nie jesteś taka znów wyjątkowa. A świadomość tego często przynosi ulgę.
Zaczęłam ostrożnie nosić ze sobą moją nową definicję siebie, jak dodatkowy sweter na wszelki wypadek. Zarzucałam ją sobie na ramiona, kiedy tylko ogarniało mnie to mrożące uczucie bycia "pomiędzy" - to znaczy: zbyt stara, by być młoda, ale zbyt młoda, by być osobą, która zanim gdzieś pojedzie, upewnia się, czy aby na pewno znajdzie tam parking. "Dawniej" całkiem mi pasowało i teraz, kiedy już miałam na to nazwę, to gdziekolwiek poszłam i cokolwiek robiłam, zaczęłam się dosłownie potykać o dowody mojej przemiany.
Bardzo szybko stało się jasne, że bycie Dawniej Laską było tym najbardziej wyraźnym "Dawniej", jakiego doświadczam. Byłam bowiem również: Dawniej Wyluzowana, Dawniej Ważna oraz Dawniej Dobrze Poinformowana. Zauważyłam, że marketingowcy przestali mi wciskać swoje najnowsze, błyszczące gadżety, za to próbowali mnie wysyłać z dziećmi na wycieczkę statkiem Disneya, albo namawiać do pieczenia ze słodzikiem Splenda. Fizycznie czułam się zdrowa i sprawna (choć trochę zdefasonowana po urodzeniu dzieci), ale straciłam dostatecznie dużo energii, by stało się to zauważalne. Nie miałam już ochoty balować po całych nocach, a prawdę mówiąc, to nie byłam nawet pewna, czy byłabym w stanie wytrwać dłużej niż do drugiej w nocy, nawet gdybym chciała. Wciąż lubiłam wychodzić na różne imprezy, ale tylko wtedy, kiedy byłam pewna, że będzie to większa frajda niż siedzenie w domu, bo inaczej po co miałabym się męczyć? Nie byłam zrzędą, ale zaczęły mnie drażnić różne rzeczy, które kiedyś po mnie spływały, jak bezczelni ludzie czy konieczność spania na gościnnej kanapie. Zaczęłam pisać o tym blog: www.formerlyhot.com i okazało się, że faktycznie trafiłam w sedno. Ja i wiele kobiet w moim wieku byłyśmy "Dawniej" na wiele różnych sposobów. Cała masa Dawnych. To było prawdziwe tsunami.
A jednak ta przemiana w Dawniej była, i wciąż jest, pewnym procesem. Przez całkiem długi czas zdarzały się chwile, kiedy zapominałam, że przecież już jestem całkowicie Dawniej, albo że w moim życiu minął w ogóle jakiś czas. No i dostawałam po nosie i wracałam do rzeczywistości. Pewnego razu w metrze (znowu te środki transportu!) zobaczyłam Mike'a, chłopaka, którego znałam piętnaście lat temu. Był kolegą z zespołu takiego jednego chłopaka, z którym wtedy chodziłam. Wyglądał teraz dokładnie tak jak wtedy, kiedy ostatni raz go widziałam w jakimś obskurnym, już nieistniejącym piwnicznym klubie na Bleecker Street: stylizowane okularki retro w grubej oprawie, w stylu mózgowca, które mógł zaryzykować tylko prawdziwy luzak. Był niski, ale miał tę pewność siebie, która mówiła, że jest bardziej utalentowany niż reszta kapeli i nikt z nich nawet nie zdaje sobie sprawy, jak bezczelnie ciągną go w dół. Teraz też miał na plecach gitarę, co wzięłam za dobry znak - być może udało mu się jednak żyć z muzyki, pomimo wszystko.
Przepychałam się przez zatłoczony wagon, żeby mu powiedzieć cześć, ale im bliżej byłam, tym jaśniejsze się stawało, że to wcale nie jest Mike, ale Mike wersja 2.0, model z roku 2009. To był chłopak, który obecnie grał rolę Mike'a - ten niski, dość arogancki koleś z zespołu, który jest kolegą chłopaka znajomej. Był jak drugi Mike. Prawdziwy Mike, gdziekolwiek był, prawdopodobnie już ani nie wyglądał, ani nie zachowywał się jak znany mi Mike. A ja miałam taką wewnętrzną pewność, że życie, które wiedzie ten chłopak, jest lustrzanym odbiciem życia Mike'a, jeśli pominąć parę nowoczesnych dodatków, jak nieprzemakalny lekki pokrowiec na gitarę (zamiast tych ciężkich sztywnych pudeł, które noszono jeszcze w latach dziewięćdziesiątych) czy iPod zamiast walkmana. Było nawet całkiem możliwe, że miał na sobie prawdziwą motocyklową kurtkę Mike'a, którą, jak sobie wyobraziłam, Mike mógł oddać do Armii Zbawienia, kiedy któregoś dnia jechał jak zwykle sprzedawać akcesoria łazienkowe, czy co tam teraz musiał robić, by zapłacić za, powiedzmy, logopedę dla swojej córki. Czułam, jakby prawdziwy Mike i prawdziwa Stephanie, ci, którymi kiedyś byliśmy, zostali porwani przez kosmitów i zastąpieni nowymi Mike'ami i nowymi Stephanie, którzy teraz podróżują metrem linii F, zupełnie jak kiedyś my.
Tego rodzaju omyłkowe wizje starych znajomych były naprawdę zaskakujące. Przypuszczam, że po prostu musiałam się wciąż od nowa przekonywać, iż po kilku dziesięcioleciach naprawdę znajduję się na innym etapie życia. To strasznie dziwne, że byłam tak boleśnie świadoma każdego wałeczka tłuszczu na moim własnym ciele, każdej zmarszczki, każdego kosmyka siwizny, ale w jakiś sposób wyobrażałam sobie, że wszyscy inni zostali zamrożeni w czasie i żyli sobie dalej tak, jakby nic się nie zmieniło. Oczywiście wiedziałam, że tak nie jest, niemniej ilekroć spotykałam te nowe wersje ludzi, których kiedyś znałam, i kiedy w stylu serialu Twilight Zone musiałam sobie przypominać, że czas jednak płynie, wytrącało mnie to z równowagi.
W momencie gdy zdałam sobie sprawę, że Mike to jednak nie Mike, ujrzałam siebie samą oczyma tego nowego Mike'a. On nie widział Stephanie - seksownej laski z lat dziewięćdziesiątych, przepychającej się do niego przez tłum pasażerów, ale jakąś niegroźną panią w dresie do jogi i adidasach najwyraźniej włożonych dla wygody, nie dla mody, niosącą pod pachą zrolowaną dziecinną wyklejankę z wystającymi u góry cekinami i piórami. Prawdopodobnie pomyślał sobie: Chyba blokuję przejście, bo nie wyobrażam sobie, żeby ta kobitka miała mi cokolwiek do powiedzenia. No i okazało się, że miał rację.
Zjawisko Dawniej dotarło do mnie wtedy, kiedy dotarło, ponieważ dopiero w ostatnich latach trzeciej dekady mego życia po raz pierwszy miałam szansę unieść głowę znad tego, co robię, i wziąć oddech. Myślę, że tak samo jest z wieloma osobami, które tak jak ja, jeszcze w szkole średniej, wskakują do kołowrotka dla chomików i przebierają łapkami, biegnąc bez przerwy aż do chwili, kiedy sukces zawodowy albo urodzenie dzieci, albo coś jeszcze innego sprawi, że chcą (albo muszą) zwolnić.
Pod wieloma względami wcale nie odczuwasz, jakby wiele się zmieniło - w dalszym ciągu wyglądasz, ubierasz się i spotykasz z ludźmi tak samo jak dotąd, mniej więcej. Ale powoli bierzesz na siebie kolejne obowiązki i odpowiedzialność, czas wciąż mija, twoi rodzice robią się marudni, i bardzo prawdopodobne, że wchodzisz w związek małżeński i masz dzieci (to miłe, że jesteś równym rodzicem, który umie docenić The Killers1, ale czas wciąż dalej biegnie). Ja na przykład podchodziłam do tych wszystkich wydarzeń zupełnie naturalnie, w miarę jak się pojawiały.
Nie, to nie kolejne kamienie milowe mojego życia sprawiły, że poczułam się starsza. Stało się to wtedy, gdy przestałam się czuć jak osoba, którą kiedyś byłam. Mój obraz samej siebie jako młodej, atrakcyjnej, liczącej się, aktywnej kobiety zaczął się chwiać, co pewnie wpłynęło na to, jak się zachowywałam i jakie miałam nastawienie.
Być może dlatego, że nie emanowałam już tak wieloma fluidami młodej, atrakcyjnej, liczącej się, aktywnej kobiety (oraz dlatego, że wyglądałam jak przemęczona pracująca matka, która nie ma czasu, żeby sobie wyskubać brwi, i którą w istocie byłam), ludzie mnie już tak nie traktowali, więc i ja przestałam się w ten sposób zachowywać. To było samonapędzające się błędne koło i wkrótce przestałam rozpoznawać samą siebie. Co sprawiło, że czułam się odrobinę stuknięta.
W rzeczywistości większość fizycznych zmian, którym podczas tej ostatniej dekady uległo moje ciało i moja twarz, była stopniowa i dość subtelna. Na przykład mój tyłek, na który nigdy nie zwracałam zbytniej uwagi, ponieważ, no cóż, znajdował się z tyłu mnie, nagle zaczął się dopraszać o biustonosz. Dosłownie czułam, jak się opiera o uda i grozi, że się z nimi stopi w jedno, jeśli nie znajdę sposobu, by go znów unieść i od tych ud oddzielić. Ludzie, którzy widywali mnie codziennie (a byli to ci, na których mi najbardziej zależało, czyli jedyni, którzy powinni się liczyć), nie zauważyli żadnej różnicy. Wyglądałam dobrze. Żadna z tych niewielkich zmian (czy już wspominałam o tym, że moje ramiona zaczęły ostatnio łopotać na wietrze jak powitalne flagi na otwarciu nowego salonu samochodowego i że codziennie musiałam teraz sprawdzać dół twarzy, czy nie należy z niej wyrywać męsko wyglądających włosków, albo zacząć zapuszczać brodę?) nie spędzała mi wcale snu z powiek.
Wszystko to razem wzięte jednak mi przeszkadzało. Bardzo. Również dlatego, że przyczyniało się do mego przejścia do zupełnie nowej kategorii: kobiet już-nie-młodych. Czy doprawdy byłam aż tak próżna, że zależało mi na tym, co myślą o mnie zupełnie obcy ludzie?
Cóż, tak, tak, byłam! Kolejna porażka dla mojej samooceny. Od czasu, gdy pokonałam zaburzenia odżywiania, na które cierpiałam jako bardzo młoda kobieta, byłam dumna z tego, że jestem kimś, kto niepotrzebnie nie przejmuje się swoim wyglądem. Oczywiście, że mi na nim zależało i lubiłam dobrze wyglądać, ale w porównaniu z niektórymi przepięknymi osobami, z którymi pracowałam w rozmaitych kobiecych magazynach, nie miałam na tym punkcie świra. A teraz się okazało, że być może nie miałam owego świra tylko dlatego, że po prostu wyglądałam dobrze sama z siebie, nie musząc o to zbytnio zabiegać, a nie dlatego, że miałam takie wysokie poczucie własnej wartości. Bolesne.
Szybko się nauczyłam, że bycie Dawniej Laską jest czymś, na co nie wolno głośno publicznie narzekać. Mówienie o traceniu urody, zwłaszcza jeśli jest się właściwie jedyną osobą, która to zauważa, pachnie polowaniem na komplementy, a tego chciałam uniknąć. Wiedziałam, że wyglądam dobrze, a nawet gdyby tak nie było, to przecież jeszcze nie koniec świata. A jednak miałam ochotę rozmawiać o tym, dlaczego czasami czułam, jakby to faktycznie był koniec świata. Chciałam też rozmawiać o podobnych do moich zmianach w osobowości - o utracie definicji samej siebie, obojętnie, czy ktoś był dawniej cudownym dzieckiem, dziką nastolatką czy lizusem. Z mojego blogu wiedziałam, że wiele osób tego doświadcza. Poważne zmiany w życiu (jak rozpoczęcie studiów, ślub, rodzicielstwo) zostały już dokładnie zbadane, opisane i wystudiowane na śmierć w przepastnych salach wykładowych najbardziej prestiżowych instytucji wyższej edukacji tego stulecia. Lecz te badania nie dotyczyły nigdy tych bardziej subtelnych życiowych przemeblowań, takich jak to, którego ja właśnie doświadczałam. A one okazują się zdradliwie trudne do przejścia, choć niektóre z nich mogą się wydawać tak bardzo powierzchowne.
Teraz, kiedy należę do kategorii Dawniej już od kilku dobrych lat, zrozumiałam, że ten fenomen polega na ogólnym starzeniu się, a nie na drobiazgach typu zmiany w wyglądzie. Wszyscy się starzejemy w tym samym tempie, ale moim córeczkom, które czekają, żebym skończyła pracę i poświęciła im całą moją uwagę, dziesięć minut zdaje się ciągnąć jak nieznośna i wredna godzina. Dla mnie to jest milisekunda. Po prostu, gdy się starzejemy, wszystko zdaje się przyspieszać. Kiedy teraz o tym myślę, to z przemianą w osobę Dawniej najlepiej sobie dawać radę po prostu dzień po dniu.
No więc należę do kategorii Dawniej. I co z tego? Przez większość czasu jest tu naprawdę super, tu, po drugiej stronie młodości. Są nas miliony i jesteśmy niesamowicie kapitalną grupą kobiet (i mężczyzn, z którymi, nawiasem mówiąc, mamy teraz nawet lepsze relacje, niż kiedy byłyśmy młodsze). Mówiąc ogólniej: świetnie się znamy, mamy już za sobą przejmowanie się tym, co inni myślą o naszych opiniach, i umiemy się zdrowo pośmiać z samych siebie. Uwielbiam być Dawniej, ponieważ jestem jeszcze dość młoda, żeby się dobrze bawić, a już na tyle stara, by wiedzieć, czym jest dobra zabawa - w przeciwieństwie do rzucania głową w maniakalnym transie tylko po to, żeby się wydawało, że się świetnie bawię, bo przecież jako osobie młodej i wspaniałej wypadało fantastycznie się bawić. Teraz wiem również, że jeżeli wcale się dobrze nie bawię, to mogę wyjść. A jest to coś, co nigdy by mi nie przyszło do głowy w czasach, kiedy czułam, że przecież mam tak wiele do udowodnienia. Jestem otoczona przez przyjaciół, którym ufam, a rodzina, którą stworzyłam, to rodzina, jakiej zawsze pragnęłam. Teraz lubię nawet rodzinę, w której się urodziłam, bo wszyscy wybaczyli mi tę katastrofę z robotem kuchennym, której zresztą, jak zawsze mówiłam, wcale nie byłam winna. Jest to niesamowity okres życia, dziwaczny czas zawieszenia i przemiany między byciem jeszcze młodym, ale jednak już starym.
Jestem już nawet pogodzona z tym, że musiałam pożegnać siebie jako superlaskę. Za wyjątkiem chwil, kiedy pogodzona nie jestem. Tak się dzieje zwykle wtedy, gdy się nad tym rozpisuję w moim blogu, fantazjując o rozmaitych magicznych sposobach na przywrócenie mojej dawnej wspaniałości. Albo kiedy marudzę przed mężem, który, na szczęście dla mnie, jest ślepy, albo mocno zaślepiony, albo na tyle mądry, by twierdzić, że jestem wciąż tak pociągająca jak w dniu, kiedy się poznaliśmy (już choćby tylko z tego powodu nigdy się z nim nie rozwiodę). Najwyraźniej wciąż jeszcze się przyzwyczajam, ale mając wokół siebie tak wiele kobiet, które przechodzą przez to samo, jest mi łatwej. Pomaga też oczywiście odrobina dystansu. A ten przychodzi z wiekiem.
Żadne z moich ciuchów już do mnie nie pasowały.
Gdybyż to dotyczyło jakiejś typowej sytuacji ubraniowo podbramkowej, kiedy próbujesz dwie, albo i piętnaście rzeczy, zanim w końcu znajdziesz tę jedną, w której możesz się pokazać na spotkaniu z potencjalnymi przyszłymi teściami. Ale nie. Już od miesięcy każdego ranka doświadczałam ostrego paraliżu, stojąc przed własną szafą. Moje córeczki czekały na wyjście do zerówki. Stały w drzwiach z maleńkimi plecaczkami w misiaczki założonymi na ramiona, ściskając w rączkach pudełka z drugim śniadaniem. A ja, odziana jedynie w biustonosz, wrzeszczałam ze swojej sypialni: "Mamusia za minutkę przyjdzie!" i równocześnie zastanawiałam się, czy ta czarna skórzana spódniczka, która kiedyś oznaczała: "czadowa rokowa laseczka", teraz nie będzie głosić: "skórzane pokrycie kanapy".
To się działo około trzech lat temu, kiedy zbliżałam się do czterdziestki. Patrząc wstecz, stwierdzam, że ten kryzys ubraniowy był jednym z wyraźniejszych znaków mojego przechodzenia do kategorii Dawniej. Nie byłam już osobą, którą byłam kiedyś, czyli osobą, która kupiła wszystkie te rzeczy, a zatem nic dziwnego, że nie czułam się w nich dobrze. Nie odbierałam tego tak, jakbym grzebała w ciuchach kogoś zupełnie obcego. Moja napchana potrójna szafa była dla mnie raczej jak dziesięć pudeł ze zdjęciami, które od lat miało się zamiar posegregować. Każdy z tych fajnych ciuchów coś dla mnie znaczył, gdy go kupowałam, a więc znów mógł coś znaczyć. Tylko że nie wiedziałam co. Wciąż jeszcze starałam się pojąć, kim jestem. Byłam kobietą, która na tamtym etapie wiedziała, że już nie jest tym, kim była (młoda), ale nie miała wcale pewności, kim jest i w co się przemienia. To jak miałam wiedzieć, co na siebie włożyć?
Najwyraźniej zarówno moja szafa, jak i moja definicja samej siebie musiały nad sobą popracować, niestety nie zdawałam sobie z tego sprawy na żadnym poziomie świadomości. Wszystko, co wiedziałam, to że MUSZĘ IŚĆ NA ZAKUPY. Po podjęciu tej decyzji mój mózg się wyłączył, a jak zauważyłam, w takim stanie robię najlepsze zakupy. Słyszałam, jak ludzie opowiadają, że przenoszą się do "strefy", wpadają w rodzaj transu, kiedy grają na instrumencie, uprawiają seks, albo, jeśli są sportowcami, gdy biją swoje rekordy. To tak jak ja podczas zakupów (i niestety, tylko wtedy). Więcej niż raz zdarzyło mi się zatrzymać w sklepie J. Crew w drodze na jogę, osiągnąć medytacyjny spokój w przesuwaniu ich cytrynowych i łososiowych sweterków wiszących na wieszakach (klik, klik, klik), i całkowicie odpuścić jogę. Po udanym dniu zakupów, gdy padam na łóżko na stercie toreb, czuję się tak, jak pewnie może się czuć myśliwy, który zrzuca z pleców martwego jelenia po tym, jak na czystej adrenalinie przytargał go z głębi lasu. Sama perspektywa obkupienia się na umór była na tyle podniecająca, by odciągnąć moją uwagę od faktu, że moja skórzana spódniczka z całą pewnością już nie oznacza "czadowej rokowej laseczki". A przynajmniej nie wtedy, gdy noszę ją ja.
Bez specjalnego planu przypuściłam atak na wielkie i małe butiki. To, czego się wtedy nauczyłam (i wciąż jeszcze się uczę), to że przyodzianie tej nowej persony zależy od tego, kim ona jest. I właśnie ta wiedza była mi potrzebna o wiele bardziej niż którakolwiek z rzeczy, z którymi wróciłam do domu.
Może w wyjątkiem dżinsów. Och, cholernie potrzebowałam dżinsów. Te, które pasowały, totalnie wyszły z mody. Te, które nie pasowały (nie, bynajmniej nie stały się zbyt obszerne), miały wredny zwyczaj dzwonienia moim blackberrym, gdy tylko wkładałam go do tylnej kieszeni. Wracałam do domu po długim dniu pracy i na automatycznej sekretarce znajdowałam trzy wiadomości od mojej własnej dupy. Nagrywały się moje kompletnie nudne rozmowy z jakimiś ludźmi. Bardzo bolałam nad tym, że muszę się rozstać z tymi drogimi dżinsami "premium denim", cokolwiek to znaczy, ale wolałam jednak kupić większy rozmiar, niż chodzić ze szwem wpijającym się w krocze. Obleśne. Sorki.
Okazało się, że kupowanie dżinsów jako osoba Dawniej jest specyficznym rodzajem tortury. Chodzi nie tyle o to, że dawniej miałam lepsze ciało do noszenia dżinsów, czyli zanim urodziłam bliźniaczki i zanim koło czterdziestki mój metabolizm gwałtownie nacisnął na hamulce i zadecydował, że nie będzie już tolerował nutelli. Oczywiście, Dawniej Lepiej Wyglądałam w Dżinsach. Już od dawna wprowadziłam to do świadomości mego nowego, dojrzałego ja, które mniej sobie ceni rzeczy powierzchowne (któż by zgadł?) i dostosowałam swoje oczekiwania do tego, co rzeczywiście odbijały potrójne lustra w przymierzalniach.
Nie. To co dziś sprawia, że tak ciężko jest kupić dżinsy, to fakt, że marki i firmy, które teraz produkują dżinsy i inne ciekawe ubrania, nie noszą już takich nazw jak Lee czy Wrangler. Tamte choćby przez oglądanie ich reklam wywoływały skojarzenia z seksownym kowbojem, który porywa mnie na grzbiet konia i galopuje w dal, by w tej dali robić ze mną te wszystkie niedozwolone kowbojskie rzeczy, gdy będziemy sami. Teraz mamy nazwy takie jak: Bogata i Chuda albo Młoda, Bajeczna i Spłukana. Rozdźwięk między nimi a moim obecnym życiem jest niestety zbyt wielki, poważnie. Mam już większe szanse na spotkanie prawdziwego kowboja w drodze po odbiór dzieci z lekcji gimnastyki w Nowym Jorku niż na bycie bogatą i chudą. Przez te nazwy głupio się czuję. Co gorsza, mam przez nie ochotę iść na zakupy do Eileen Fisher2. A wtedy już tylko kilka zajęć jogi i menopauzalne uderzenie gorąca dzielą cię od przystąpienia do aśramy. Nie, nie będę miała nic przeciwko, jeżeli to się okaże moim przeznaczeniem. Ale jeszcze nie teraz.
Uwielbiam ciuchy, ale nie jestem ani bogata, ani chuda. Nie jestem też młoda, bajeczna ani spłukana. Choć obawiam się, że byłabym skłonna posunąć się o kilka centymetrów w kierunku spłukania, gdyby to oznaczało, że tym samym mogę się stać bardziej młoda i bajeczna, no i może jeszcze ze szczyptą chudości, jeśli już o tym mowa (nie jestem pewna, czym się mierzy chudość; czy to powinno być w kilogramach, centymetrach, hektarach, czy kilodżulach).
Problem z określeniami typu bogaty, chudy, bajeczny czy spłukany polega na tym, że wszystkie one opisują stany ekstremalne, aczkolwiek w pewien sposób efektowne. Ja natomiast odkrywam, że jestem na każdy temat coraz mniej ekstremalna. To pewnie bonus bycia Dawniej. Nie jestem chuda, ale też nie jestem gruba. Nie jestem młoda, ale i nie stara. Nie jestem bajeczna, choć pewne rzeczy robię bajecznie. Mam tyle pieniędzy, że jeśli moje córeczki, które obecnie mają po sześć lat, będą potrzebowały aparatów ortodontycznych, by mogły być trochę bardziej bajeczne, kiedy będą starsze, nie będzie to wielkie wyrzeczenie. Życie nie jest już jednym długim muzycznym wideoklipem, opatrzonym efektami świetlnymi i odpowiednim kostiumem. Kiedy tak właśnie sądziłam, przez kilka intensywnych i traumatycznych okresów, gdy miałam lat dwadzieścia, było to doznanie niezaprzeczalnie elektryzujące. Ale również destrukcyjne. Obecnie jestem szczęśliwa, pewna siebie i nie traktuję samej siebie zbyt poważnie.
Jednakże wciąż biorę samą siebie na tyle poważnie, by odmawiać kupowania dżinsów na stoiskach dla pań w średnim wieku, bo nie jestem pewna, czy bym się śmiała, gdybym zobaczyła swoje dżinsy sparodiowane w jednym ze skeczy w "Saturday Night Life"3. Jeśli więc jakiś mądry projektant ma ochotę zarobić prawdziwy szmal na tych wszystkich kobietach, które są skłonne nadwerężyć fundusze ortodontyczne swoich pociech dla pary takich dżinsów, jakie będzie mogła nosić kobieta z kategorii Dawniej, to mam kilka potencjalnych nazw. Być może Dawniej Laska nie jest określeniem, z którym większość osób chciałaby się zaraz identyfikować, ale jest to jednak etykietka, którą ja osobiście z dumą bym przykleiła na swoim tyłku. Inne propozycje:
Wypłacalna i Realna
Dżinsy Wysokiej Zdolności Kredytowej
Dżinsy świetnie się trzymam
Dżinsy Mów mi per pani na własne ryzyko
Dżinsy Potrafię rozmawiać
Dżinsy Niczego nie muszę udowadniać
Dżinsy Zapomniałam więcej, niż ty się kiedykolwiek nauczysz
Dżinsy Mam to dawno za sobą
Dżinsy Nigdy nie uwierzysz, przez co przeszłam
Dżinsy Tak, istnieją dżinsy tego rozmiaru
Dżinsy Jeszcze wam pokażę
Dżinsy Pogadaj ze mną, jak skończysz 30
Dżinsy Uwielbiam tę lycrę.
Dżinsy Byłam, widziałam (dwukrotnie)
Dżinsy No dalej, wypróbuj moją kartę
Dżinsy Myślę o rzuceniu cukru
Dżinsy Mogę potrzebować pomocy w zajściu w ciążę
Dżinsy Przebaczono i zapomniano
Dżinsy Muszę odsapnąć na schodach
Dżinsy Myślę, że Dawniej byłam
Chodzi o to (a będę się tego pewnie musiała uczyć kilka razy od nowa, zanim do mnie dotrze), że ubrania, które mam nosić jako osoba Dawniej, muszą pasować i odzwierciedlać moje obecne życie, a nie jakąś wymyśloną i podrasowaną wersję życia Mary Kate i Ashley4, które zresztą prawdopodobnie wcale nie jest takie wesołe dla tych biednych istotek o bezdusznych, głodnych oczach.
Jednakże wciąż zdarza mi się czasem o tym zapominać i wtedy posuwam się nawet do przymierzania bluzeczek bez pleców, obcisłych spodni rurek i biustonoszy, które są bardziej śliczne, niż cokolwiek podtrzymują. Z oczywistych powodów już ich nie kupuję. Choć wciąż mają swoje miejsce w mojej wyobraźni, nie ma dla nich miejsca w mojej szafie.
Któregoś wieczoru spotkałam się z dwiema przyjaciółkami. Obie są na tyle młode, by pamiętać, jak to jest wyjść na drinka i dobrze się bawić, lecz na tyle stare, by zdawać sobie sprawę, że obecnie choćby jedna noc umiarkowanego szaleństwa oznacza, iż zapłacą za nią w sposób niewyobrażalny dla ich młodszych ja.
Dawniej umawianie się na spotkanie oznaczało kilka trzydziestosekundowych rozmów telefonicznych albo rozesłanego grupowo e-maila. Teraz wymaga to całej serii negocjacji na najwyższym szczeblu, bolesnych kompromisów, nadwątlenia cennego kapitału rodzinnego, tudzież zakulisowych roszad, które mogą rywalizować z tymi, jakich potrzeba do przeprowadzenia reformy służby zdrowia.
Poniżej jest mniej więcej opisany proces, przez który przeszłam, by przezwyciężyć kombinację wyczerpania, inercji, wiecznie obecnych obowiązków, problemów ze zgraniem planów współmałżonków oraz nagłych przypadków stomatologicznych. A wszystko po to, by posadzić swój Dawny tyłek na barowym stołku obok moich przyjaciółek.
Krok 1. Jedna z nas uderzona falą optymizmu zmieszanego z nostalgią niefrasobliwie sugeruje, byśmy się "któregoś wieczoru wszystkie spotkały na drinka". Hej, świetny pomysł, już się cieszę, bla, bla, bla. Udawajmy, że jesteśmy niczym nieskrępowane i wolne, i możemy dysponować swoim czasem, jak nam się podoba! Rewelka! To do zobaczenia!
Krok 2. Rozpoczynam serię e-maili pomiędzy wszystkimi zainteresowanymi stronami - jest może z siedem kobiet, które tak cudownie byłoby zobaczyć - po to, by ustalić dogodny dla wszystkich termin. Ze względu na rozliczne zobowiązania wszystkich zaangażowanych data ta zwykle okazuje się odległa o kilka miesięcy.
Krok 3. Dwa tygodnie przed ustaloną datą rozpoczyna się kolejna runda e-mailowego badmintona pomiędzy przyjaciółkami i ich partnerami, by się upewnić, że wyznaczony termin naprawdę wszystkim pasuje. Niektóre osoby zastrzegają sobie możliwość wycofania się, na wszelki wypadek, gdyby potrzeby kogoś innego (ich szefów, dzieci, małżonków) okazały się ważniejsze i nie pozwoliły im na wypicie JEDNEJ CHOLERNEJ LAMPKI WINA z koleżankami, raz na pieprzony ruski rok! Wściekła? Ależ nie, nie. Po prostu naprawdę przydałby mi się ten drink.
Wymiany maili w tę i z powrotem trwają aż do chwili, gdy termin zostaje naprawdę potwierdzony, każda jest tego pewna i już telefonicznie zamówiła opiekę do dzieci. Na tym etapie odpada od jednej do kilku zaproszonych. W naszym przypadku pozostały trzy kobiety: Julie, Kristin i ja. W sumie mamy sześcioro dzieci poniżej lat sześciu oraz jedną świnkę morską.
Krok 4. Dzień przed terminem rozpoczynają się poważne poszukiwania miejsca, gdzie pójdziemy. Żadna z nas od lat nigdzie regularnie nie bywa, nie jest więc jasne, które z barów, klubów, kafejek są wciąż dostępne i czy ludzie w naszym wieku w ogóle tam chodzą. Konsultujemy z trochę młodszymi koleżankami, googlujemy kluby, które same pamiętamy, ze sterty gazet w ubikacji wygrzebujemy recenzje z miejskiego nocnego życia. Ile to zachodu!
Wydaje się, że każde miejsce, gdzie podają alkohol, powinno być w porządku, ale absolutnie nie jest to prawdą. Niech Bóg broni, byśmy miały swoje jedyne wyjście raz na pół roku zmarnować w jakiejś bezsensownej dziurze! Kiedy ma się tak mało czasu, który do tego trzeba zgrać z dostępnością opieki do dzieci, człowiek chce być pewien, że każde wyjście jest wystrzałowe. To zrozumiałe.
Krok 5. Przybywamy o siódmej, gratulujemy sobie wyboru miejsca i dziwimy się, dlaczego jest tak pusto. (Podpowiedź: jest siódma wieczorem!). Spędzamy zbyt wiele czasu na wybieraniu drinków. Każdy koktajl musi się liczyć za, powiedzmy, pięć, ponieważ już nie tolerujmy alkoholu tak dobrze jak dawniej. Ja zamawiam coś ze "wschodem słońca" w nazwie. Brzmi tak, jakby mogło być różowe i symbolizować odrodzenie. Kristin zapomniała wziąć ze sobą małą podręczną latareczkę, więc w przyciemnionym świetle lokalu nie może odczytać menu. (Latareczka na łańcuszku jest według niej OK. Okulary do czytania z supermarketu - nie tak bardzo OK). śmieje się z tego i zamawia to co zwykle, czyli rum z ginger ale. Julie trzyma menu odsunięte od oczu na odległość ręki, drugą ręką oświetla słowa wotywną świecą ze stołu. Zamawia coś ze składnikami, o których żadna z nas nie słyszała, jakby to była jej jedyna szansa na spróbowanie czegoś nowego. I być może tak właśnie jest. Trzy nowe modne koktajle zdążą się pojawić i zniknąć przed jej następnym wyjściem na przepustkę. I ona o tym wie.
Krok 6. Około 20.30 jesteśmy z lekka zamroczone. Rozmawiamy o dzieciach, cytujemy nieprawdopodobnie głębokie zdania, które ostatnio powiedziały ("Mamusiu, dlaczego ludzie, co mają dużo pieniędzy, nie podzielą się z tymi, co mają mało?". Jak się nad tym dobrze zastanowić - to faktycznie, dlaczego nie?) Robi się trochę ckliwie.
Krok 7. Koło 21.30 lewe oko zaczyna mi drgać ze zmęczenia. Kilka wątków naszej rozmowy rozpoczyna się od zwierzeń "Kocham mojego męża, ale..." i zaczynamy wszystkie myśleć o tym, jak wcześnie rano musimy wstać następnego dnia. Normalni ludzie dopiero zaczynają się tu schodzić. My jesteśmy za drzwiami już o 21.45. Nazajutrz czuję się tak, jak pamiętam, że się czułam, kiedy w akademiku jeden jedyny raz wzięłam udział w piciu na wyścigi pomiędzy pokojami. Tym razem wypiłam tylko dwa drinki. Każda z nas jest lżejsza o sześćdziesiąt pięć dolców (coś tam zjadłyśmy), ale pocieszamy się tym, że hej, naprawdę udało nam się wyjść, więc o co chodzi? Należy nam się w końcu odrobina rozrywki.
I rzeczywiście było fajnie, tyle że nie aż tak, jak bywało w czasach, gdy moje ciało nie odmawiało posłuszeństwa tak wcześnie. Teraz codziennie jestem budzona o 6.30 przez dzieci, które na przykład pytają, gdzie trzymam proszek do pieczenia, bo chcą sobie zrobić taki wulkan, jaki robił w telewizji ten gościu od nauki - tyle że na dywanie. Plus jeszcze to, że cały cymes obserwowania ludzi i ewentualnego podrywania facetów przy barze jest bardzo ograniczony, kiedy wychodzisz ze swoimi zamężnymi, Dawnymi przyjaciółkami, z którymi na co dzień nie widujesz się dostatecznie często. Bo to z nimi chce się wtedy gadać, a nie z jakimś przypadkowym kolesiem, który jest o piętnaście lat młodszy, choćby istniała nikła szansa, że ma słabość do kobiet wyglądających na zmęczone nawet wtedy, kiedy się wyspały. A jeśli mam naprawdę odświeżyć znajomość z przyjaciółkami, to się nie wyśpię. Wolę porządną dawkę kofeiny niż bycie nieprzytomną. Mimo to jeśli ktoś znów zaproponuje wypad na drinka, to z całą pewnością znów zawlokę moje rozkładające się, sterane zwłoki do baru. I potem powiem, że było fajnie, choć to raczej starsza przyrodnia siostra dawnej fajności, ta z nieudanego pierwszego małżeństwa tatusia. Ale pójdę, ponieważ istnieje pewna wartość w tym, jak sobie z fasonem wchodzisz do baru, wolna od dziecka/męża/chłopaka, zamawiasz drinka o kretyńskiej nazwie i przypominasz sobie, jak to jest, kiedy trzeba przekrzykiwać muzykę, żeby być usłyszanym. A jeśli już nawet nic więcej, to cudownie jest, kiedy wracasz do domu ochrypnięta i zmęczona, i jesteś szczęśliwa, że jesteś tu, gdzie jesteś.
I możesz zobaczyć swoje córeczki.
Kiedy jest się przed lub tuż po czterdziestce, to choć ma się dla przyjaciół o wiele mniej czasu, to jakość tych przyjaźni jest o wiele, wiele lepsza, niż kiedy miało się lat dwadzieścia kilka. Na szczęście, podobnie jak w przypadku najsilniejszych tabletek, które są wielkości nasion kminku, nawet maleńka doza dobrej przyjaźni odnosi zamierzony skutek. Poza tym te przyjaźnie są o wiele łatwiejsze. Z paroma tylko wyjątkami, wszystkie zdajemy się mieć dość niskie oczekiwania wobec siebie nawzajem ("Proszę! Pamiętałaś, w którym miesiącu się urodziłam! O nie, ja też cię kocham!!!!). Rozumiemy też, ile kosztuje spełnienie nawet tych niskich oczekiwań, wziąwszy pod uwagę szaleństwo naszego życia. Być może właśnie dlatego, jeśli zdarzy się, iż te oczekiwania zostaną niespodziewane spełnione z nawiązką - a mnie wciąż się to przydarza, w małym lub ogromnym wymiarze - przyjaźnie z kobietami kategorii Dawniej zdają się tym większym darem.
Kiedy moje córeczki chodziły do zerówki, a ja pracowałam na pełny etat, było to jakieś trzy lata temu, miałam problem ze swoim mózgiem. Polegał na tym, że mózg wyjałowił mi się do tego stopnia, iż przypominał maleńki porowaty pumeks, obijający się wewnątrz mojej czaszki. Bez wątpienia było to skutkiem marynowania go w tych wszystkich związkach chemicznych wywoływanych przez stres, w jakim żyłam od urodzenia bliźniaczek. Pewnego dnia nauczycielka przesłała nam wiadomość, że mamy dać dzieciom do szkoły białe podkoszulki, żeby je sobie mogły ręcznie malować i farbować. Przez ten mój pumeks w miejscu mózgu, w ogóle nie pamiętałam, że mam jakieś dzieci, a co dopiero, że to akurat jest dzień farbowania. Właśnie grzebałam w torebce, szukając chusteczki czy czegokolwiek, co dziewczynki mogłyby ufarbować, kiedy Ronni, kobieta, z którą się niedawno zakolegowałam i której córeczka była w klasie razem z moimi dziewczynkami, zjawiła się z paczką trzech białych podkoszulek. Kupiła potrójne opakowanie, choć ma tylko jedno dziecko, bo pomyślała, że "może" zapomnę.
Wdzięczność, jaką poczułam w tym momencie, nie mogłaby być większa, nawet gdyby oddała mi kawałek własnej wątroby. Niemal się rozpłakałam. Naprawdę. Od tamtego czasu sama robię podobne rzeczy - noszę dwie jednorazowe chusteczki do wywabiania plam zamiast jednej, dzwonię do koleżanki, kiedy widzę wyprzedaż w sklepie, który ona lubi. Opuściłam co prawda więcej, niżby wypadało, wieczorów panieńskich oraz obiadów urodzinowych, ale jeśli ktoś potrzebuje chusteczki do wywabiania plam, jestem niezawodna.
Przyjaźnie z Dawniej mają też tę zaletę, że są wolne od dramatyzowania. Ponieważ do tej pory zdążyłyśmy się już przeczołgać przez prawdziwe życiowe dramaty, całkowicie straciłyśmy zainteresowanie wydumanymi historiami mniejszego kalibru, których można uniknąć przy pomocy kropelki zdrowego rozsądku i szczypty zastanowienia. Minęły już dni, gdy przyjaciółki szły do łóżka ze świeżo porzuconymi przez siebie mężami, czasy strategicznego niezapraszania kogoś na imprezy, zawiązywania sojuszy, zaciekłej walki o towarzyską pozycję czy innych tego typu głupot z czasów gimnazjum, które ciągnęły się za nami jeszcze po przekroczeniu dwudziestki. Teraz nie ma żadnej hierarchii, a przynajmniej ja jej nie zauważyłam.
W czasach gimnazjum, które były szczytem czy raczej dnem okrucieństwa koleżeńskiej małostkowości, gdy wchodziło się do szkolnej stołówki, wszystkie dziewczyny już zwykle siedziały przy stołach w grupkach, swoich małych klikach. Kiedy się po kolei podchodziło do takich grupek z tacką z lunchem, czuło się emanującą od nich wrogość bądź zachętę - i na tej podstawie trzeba się było zdecydować, gdzie usiąść. Pomijając inne aspekty, za szkolnego debila uważany był ten, kto nie umiał owych fluidów odczytywać i sadowił się tam, gdzie go nie chciano, tym samym narażając się na pogardę.
Obecnie albo nie ma między nami takich fluidów, albo to ja stałam się szkolnym debilem i straciłam umiejętność odczytywania sygnałów w stylu "możesz tu usiąść ku własnej zagładzie". Możliwe też, iż towarzyskie hierarchie są jedną z tych rzeczy, na które, podobnie jak na to, co faceci "naprawdę" myślą o tobie w łóżku, kobiety Dawniej stały się kompletnie obojętne. Nieważne, jak jest w istocie, istotne, że jest cudownie! Jeżeli ostatnio naraziłam się na pogardę z powodu moich towarzyskich wyborów stolika, wcale tego nie zauważyłam. Wydaje mi się, że sprawy mają się podobnie dla większości z nas. Byłyśmy już w życiu dostateczną ilość razy odrzucane i wystarczająco często same odrzucałyśmy, by przestało to nas interesować. Co więcej, teraz znamy wartość, którą wnosimy do tego stolika, przy którym siadamy - tą wartością jesteśmy my same! - i wolimy już raczej zjeść w pojedynkę, jeśli to jest akurat najlepsza opcja. Ale to rzadkie przypadki.
Kiedy miałam lat dwadzieścia kilka, miałam bliską przyjaciółkę, którą uwielbiałam - była fantastyczna, lojalna, dowcipna, piekielnie inteligentna i odwzajemniała moje uczucia. Miałyśmy wspólne grono znajomych, mieszkałyśmy o kilka przecznic od siebie, obie pracowałyśmy jak wściekłe i randkowałyśmy jak szalone. Kiedy nie włóczyłyśmy się po barach, większość wspólnego czasu spędzałyśmy, oglądając serial Ich pięcioro, chodząc po sklepach i wnikliwie analizując nasze liczne związki i przyjaźnie.
Miałyśmy też jednak ze sobą Problemy. Problemy typu "naprawdę czuję się zraniona, kiedy ty...", czyli takie, które w fazie życia Dawniej ma się wyłącznie z osobami najbliższymi. A my urządzałyśmy sobie nasiadówkowe sesje na temat swoich zranionych uczuć, prowadziłyśmy zimne wojny, osiągałyśmy zawieszenia broni, po to, by znów się kłócić i rozchodzić. Było to wszystko niesamowicie intensywne i emocjonalne, i wciągałyśmy w to innych znajomych, co tylko pogarszało sytuację. Cały czas czułyśmy się zdradzone i opuszczone przez siebie nawzajem. Byłyśmy jak Laureen i Heidi z serialu Wzgórza Hollywood, tyle że nie byłyśmy blondynkami, kretynkami ani nie byłyśmy w telewizji. Nie byłyśmy też bogatymi właścicielkami własnych firm odzieżowych. No dobra, wcale nie przypominałyśmy Laureen i Heidi ze Wzgórz Hollywood, z wyjątkiem tego, że byłyśmy tak potwornie patetyczne.
W końcu wzniosłyśmy między sobą mur berliński i zaczęłyśmy się jawnie unikać.
[I teraz dygresja: Czy macie pojęcie, jak to cudownie móc zrobić odniesienie do muru berlińskiego i wiedzieć, że każdy, kto to czyta, ma jakieś wspomnienie z nim związane? Jak wspaniale jest pisać dla kobiet należących do kategorii Dawniej.]
W chwili obecnej, jako kobieta Dawniej, nie jestem sobie w stanie w ogóle wyobrazić przyjaciółki, z którą mogłabym w jakiś niemiły sposób zerwać; po prostu atmosfera nie jest już tak wybuchowa. Nie grożą nam też chyba poważne, umoralniające rozmowy. Po pierwsze, zwykle żadna z nas nie może nawet skończyć zdania, by któreś z dzieci nie zachciało serowego paluszka lub nie potrzebowało asysty w robieniu siusiu. Co jednak wydaje się najważniejsze, to że większość kobiet Dawniej zawarła niepisany pakt, iż nie będą od siebie nawzajem oczekiwały emocjonalnie więcej, niż ta druga strona jest w stanie zaoferować. Rozczarowania są niewielkie, nikt nie próbuje świadomie działać nikomu na nerwy (w przypadku nowych znajomości nie mamy nawet czasu dowiedzieć się, jakie kto ma słabe strony!). Okazujemy sobie nawzajem tak wiele wyrozumiałości, ile nam samym może być potrzebne w najbliższej przyszłości, biorąc pod uwagę, jak skomplikowane jest nasze życie.
- Nie oczekuję niczego od żadnej z moich przyjaciółek - mówi Julie. - Biorę, co ludzie mają do zaoferowania, a poza tym przecież nie muszę się przyjaźnić ze wszystkimi.
To brzmi niezwykle lekko, i jak przypuszczam, takie właśnie są relacje kobiet z kategorii Dawniej. Mimo to moje przyjaźnie są teraz bliższe i zarazem dają mi większe zadowolenie, choć niektóre z nich odbywają się głównie przez telefon czy na Facebooku. A to dlatego, że ludzie przenoszą się do innych stanów dla kariery zawodowej, z miłości czy z pragnienia ciągłego jeżdżenia na snowboardzie (to akurat jest coś, co niekoniecznie rozumiem, ale trudno).
- Powiedziałabym, że główną tendencją jest przechodzenie z ilości w jakość - mówi moja przyjaciółka Jennifer, która także miewała dawniej bardzo intensywne i problematyczne przeprawy z kobietami. Jennifer wykonała dwa wielkie "odsiewy znajomych", pierwszy, kiedy dobiegała trzydziestki, i drugi w dziesięć lat później.
Zrobiła sobie inwentaryzację i zadecydowała, komu najbardziej leży na sercu jej dobro, w czyim towarzystwie czuje się najlepiej i kto wzmacnia jej dobre cechy, w przeciwieństwie do cech nie tak znów miłych. A całej reszcie pozwoliła zniknąć.
- To jak porządki w szafie. Wtedy zostają te najlepsze przyjaźnie i wydają się w wiele lepszym gatunku.
Proces odsiewania był z mojej strony zupełnie pasywny, choć pewnie nie mniej intensywny. Może tak jest w przypadku większości osób w moim wieku.
Jedną z moich "nowych", wysokojakościowych przyjaźni zawarłam po raz drugi z Harlene, ową kobietą z drugiej strony berlińskiego muru, który w końcu faktycznie runął i to w momencie, kiedy żadna z nas nie zwracała na to uwagi. Wpadłyśmy na siebie na jakimś ślubie ze dwa lata temu i natychmiast przypomniało nam się wszystko, co kiedyś tak w sobie nawzajem uwielbiałyśmy. A co z całą resztą znajomości, z negatywnymi emocjami? Chyba odeszły tam, gdzie zniknęły moje jędrne cycki, bujne włosy i młodzieńcza, nietknięta zmarszczkami twarz. Jestem pewna, że żadna z nas nigdy już nie zrani drugiej żadną idiotyczną uwagą. Harlene i ja jesteśmy zbyt zajęte prowokowaniem naszych własnych mężów, by wkurzać siebie nawzajem, albo po prostu nie odczuwamy już takiej potrzeby. Poza tym nasi mężowie dogadują się ze sobą, i jeśli ktoś z was jest zamężną kobietą w wieku Dawniej, wie doskonale, że jest to niemal tak wspaniałe jak posiadanie przyjaciółki z ogromnym, rzadko zamieszkiwanym domem nad morzem lub takiej, która jest lekarzem i nie ma ci za złe, gdy przesyłasz jej e-mailami zdjęcia plamek na swojej skórze, przekonana, że są nowotworowe.
Druga strona medalu jest niestety taka, że właśnie wtedy, kiedy już jesteś spełniona, hojna emocjonalnie i na tyle pewna siebie, by móc sobie pozwolić na naprawdę niesamowitą przyjaźń, to kto ma na nią czas? Wszystkie dzieciate kobiety muszą się zająć tyloma potrzebami tych małych ludzi - często całkowicie irracjonalnymi - jak fantazyjne wiązanie apaszek "na złotą rybkę", napady szału, domowe pokazy magiczne i tak dalej. Nieważne, że uwielbiamy swoje rodziny, jesteśmy im oddane i zdecydowane je powiększać. W moim przypadku musiałam płacić tysiące dolarów lekarzom za pobieranie moich jajeczek i zapładnianie ich nasieniem Paula, żeby mogli zrobić embriony i potem mi je wstrzykiwać - to dopiero się nazywa desperacja, co? I teraz te embriony wciąż robią wszystko, bym nie mogła mieć żadnej innej bliskiej znajomości poza nimi.
Jednym ze sposobów jest oczywiście zaprzyjaźnienie się z całymi rodzinami, czyli twoja rodzina przyjaźni się z inną rodziną, z którą można wspólnie spędzać czas. Takie rodzinne przyjaźnie oznaczają, że nie musisz się czuć winna, kiedy odbierasz czas własnej rodzinie, by spotkać się ze swoimi przyjaciółmi. Jest to bardzo trudna sztuka, bo trzeba dopasować do siebie tak wiele zmiennych. Jednak kiedy moje bliźniaczki zaczęły chodzić, doszło do tego, że byłam gotowa na wszystko dla towarzystwa kogoś, kto nie jest moim mężem (pomimo mojego dużego udziału w sprawie prokreacji byłam na niego wciąż zła, że mnie zapłodnił). Zaczęłam wtedy szukać innych rodzin. Tak naprawdę zaskoczyło tylko z dwiema. Z większością pozostałych albo nie było chemii, albo istniały inne, wcale nie miłe okoliczności (niektórzy całkiem fajni rodzice potrafią płodzić potwory. Kto by przypuszczał?!), albo panowie uważali siebie nawzajem za durnych dupków o niepoprawnych poglądach politycznych. Kilka z moich prób zakończyło się całkowitą porażką.
Któregoś razu namówiłam nas na weekend w domu mojej koleżanki w New Hampshire. Żeńską część tej pary znałam od lat piętnastu (nazwę ją tutaj Debbie) i bardzo lubiłam. Jej męża znałam słabiej, ale wydawał się w porządku. Mieli przy domu huśtawki i zestaw drabinek, więc nawet jakby dzieciaki się ze sobą nie dogadały, zawsze miały sobie z czego pozwisać. Fajnie. Nasi mężowie okazali się jednak jak przeciwnie naładowane cząsteczki i jasne było, że na obu zbyt ostro tę znajomość wymusiłyśmy. Po pierwsze, mąż Debbie jest kibicem drużyny Yankees. Mój całe życie kibicuje Metsom. Wielka mi rzecz, prawda? Teraz jednak wiem, że z o wiele błahszych powodów toczono wojny. Żeby jeszcze pogorszyć sprawę, jej mąż jeździ na koncerty Deadsów5, pali trawkę i nosi hippisowskie podkoszulki. Mój interesuje się polityką, jest raczej typem faceta wysokoendorfinowego i natychmiast stwierdził, że tamten to dupek. Może by nawet znaleźli wspólny język, ćwicząc strzelanie do bramki, gdyby jej facet się nie upalił, nie nadął i nie czytał przez cały weekend gazety, a mój choćby na jedenaście sekund podniósł wzrok znad swojego blackberry'ego.
Debbie zaczęła być przesadnie gościnna i opiekuńcza, żeby zrekompensować zachowanie męża, a ja nie umiałam się przebić przez mur jej optymizmu, że to taki "cudowny weekend", przy czym obstawała pomimo wszelkich dowodów na to, że jest inaczej.
W końcu tylko dzieci dość dobrze się bawiły i wcale nie chciały wyjechać od razu nazajutrz po przyjeździe, czyli tak szybko, jak na to pozwalała przyzwoitość. Wieczorem tego dnia, gdy odłączyłyśmy od siebie naszych mężów, przez telefon przywróciłyśmy równowagę naszej przyjaźni. śmiałyśmy się z tego, jakie to głupie, że czujemy się odpowiedzialne za to, by wszyscy się dobrze bawili, jakby nasi mężowie nie byli dorosłymi facetami. Ustaliłyśmy, że następnym razem zobaczymy się same albo może tylko z dziećmi. A ja wpisałam to doświadczenie do rubryczki "Żyj i ucz się": Nie można wsadzić dwóch rodzin do jednej piaskownicy, jak przedszkolaków, i oczekiwać, że będą razem radośnie lepiły babki.
Moja przyjaciółka Kathleen, też kobieta Dawniej, która ma córeczkę, powtarza zdanie wielu kobiet, mówiąc, że dzieci są początkiem końca naszego życia towarzyskiego.
I choć prawdą jest, że bycie najmocniej związanym z kimś, kto chodzi do łóżka o siódmej wieczorem, może poważnie zagrażać naszemu życiu imprezowemu, to nie mogę za to tak naprawdę winić maluchów (a wierzcie mi, winię je za wiele rzeczy, ostatnio za to, że zmusiły mnie do obejrzenia filmu Hanna Montana, który całkiem mi się podobał, co z kolei wzbudziło we mnie nienawiść do samej siebie, a to w końcu ich wina). Faktem jest również, że obecnie niektórzy z moich najlepszych znajomych to rodzice innych dzieci. I za nich jestem moim dzieciom wdzięczna.
Zrozumiałam, że już sama droga, którą większość z nas wyrusza w kierunku posiadania dzieci, czyli dobieranie się w pary, jest powodem zrywania wielu starych i tworzenia się nowych przyjaźni. Kiedy zaczęłam się na serio spotykać z Paulem, nie należałam jeszcze do kategorii Dawniej, nie miałam dzieci, za to mnóstwo czasu na towarzyskie wyjścia, ale przypominam sobie, że kilka z moich przyjaciółek singielek zaczęło nie mieć dla mnie czasu, kiedy ja byłam wolna. Nie było między nami żadnych kwasów, tylko coraz dłuższe przerwy pomiędzy spotkaniami na kawę. Myślałam wtedy, że być może wyczuwają, iż Paul i tak jest dla mnie najważniejszy, i mają o to żal, albo że stałam się dla nich zwyczajnie nudna, bo nie miałam już do opowiedzenia dzikich historii o facetach, co to mają w swoich mieszkaniach trzydzieści siedem gitar i futon, ale nie mają łazienki.
I być może faktycznie wiało ode mnie nudą, ponieważ nie mogłam się wymieniać tego typu anegdotami, ale myślę też, że moje koleżanki po prostu same się uprzejmie wycofywały, wiedząc, że jestem teraz częścią duetu. Oczywiście wcale ich o to nie prosiłam, świadomie nie wysyłałam też żadnych fluidów kobiety niemal zamężnej. Ale z perspektywy czasu widzę, że kiedy zaczyna się być w poważnym związku, następuje bardzo istotne przemeblowanie w życiu, które może zakończyć nawet najlepsze przyjaźnie. Jedna z moich przyjaciółek z kategorii Dawniej, Melissa (która ma trójkę dzieci w wieku poniżej sześciu lat, więc ledwo żyje), przyznała, że przyzwyczajenie się do bycia mężatką zajęło jej dobrych kilka lat; na początku uważała, że skoro jej głównym życiowym przymierzem ma być to, które zawarła z mężem, musi swój związek otoczyć szczelnym murem.