Przypadek Rachel - Caroline O'donoghue

Kup ebooka

40.90 zł
32.72 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Tak na­prawdę o dok­to­rze Byr­nie roz­ma­wia­łam tylko z Ja­me­sem De­vli­nem, więc za­wsze za­kła­da­łam, że je­śli kie­dy­kol­wiek wróci do mo­jego ży­cia, to wła­śnie przez niego.

My­li­łam się. Po­wró­cił przez Toy Show.

The Late Late Toy Show to co­roczne ir­landz­kie wy­da­rze­nie te­le­wi­zyjne, pod­czas któ­rego małe dzieci ro­bią prze­gląd naj­lep­szych za­ba­wek roku i do­ra­dzają in­nym dzie­ciom, co umie­ścić na li­stach do Świę­tego Mi­ko­łaja. To wielka sprawa, je­śli je­steś dziec­kiem w Ir­lan­dii, a jesz­cze więk­sza, je­śli je­steś ir­landz­kim do­ro­słym miesz­ka­ją­cym za gra­nicą. Trudno to wy­tłu­ma­czyć oso­bom z ze­wnątrz. Co samo w so­bie wpływa na atrak­cyj­ność tego wy­da­rze­nia. Albo je ro­zu­miesz, albo nie. Albo je­steś jed­nym z nas, albo nie. Być może dla­tego, że tak wiele osób ma się za Ir­land­czy­ków, wciąż umiesz­czamy na­sze pry­watne żarty na co­raz wyż­szych pół­kach, byś mu­siał po­pro­sić pra­cow­nika, aby je dla cie­bie ścią­gnął.

Na ca­łym świe­cie od­by­wają się gru­powe po­kazy, pod­czas któ­rych do­ro­śli Ir­land­czycy ki­bi­cują pię­cio­lat­kom te­stu­ją­cym Polly Po­ckets w te­le­wi­zji na żywo. Je­stem re­dak­torką w "The Hi­ber­nian Post", ga­ze­cie dla Ir­land­czy­ków w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Moja praca po­lega na pi­sa­niu o wy­da­rze­niach wśród emi­gran­tów, a za­tem moim za­da­niem jest pi­sa­nie o Toy Show.

- Je­steś pewna? - pyta. - Nie chcę wy­sy­łać cię na mróz aż do Soho na trzy ty­go­dnie przed Bo­żym Na­ro­dze­niem.

- Ża­den pro­blem - za­pew­niam, owi­ja­jąc się dłu­gim sza­li­kiem. Przy oka­zji sma­gam się nim po twa­rzy.

- Nie chcę za­brzmieć jak ta ko­le­żanka - do­daje. - Ale w twoim obec­nym sta­nie...

- Szcze­rze mó­wiąc, mam się świet­nie.

Głasz­czę brzuch, do­piero nie­dawno roz­po­czął się okres względ­nego spo­koju w mo­jej ciąży. Gwał­towne mdło­ści i nie­pew­ność pierw­szych mie­sięcy spra­wiły, że czu­łam się jak na po­cząt­ko­wych eta­pach dłu­giego rejsu wie­lo­ryb­ni­czego. W końcu już wcze­śniej po­ro­ni­łam. Ale w siód­mym mie­siącu osią­gnę­łam swego ro­dzaju stan za­wo­dzą­cego sza­leń­stwa oce­anu. Nie mogę so­bie wy­obra­zić lądu. Mam wra­że­nie, że będę w ciąży już na za­wsze.

Udaję się do baru w Soho, który na jedną noc stał się przy­sta­nią dla osób tę­sk­nią­cych za do­mem. Kie­dyś by­wa­łam na wielu ta­kich wie­czo­rach dla emi­gran­tów, krę­cą­cych się wo­kół re­fe­ren­dów i żą­dań zmian. Bar­dzo mi za­le­żało. By­łam za­an­ga­żo­wana. Za­ra­bia­łam też świetne pie­nią­dze. An­giel­skie ga­zety pu­bli­ko­wały wiele ar­ty­ku­łów na te­mat ir­landz­kiej walki o abor­cję, a ja by­łam jedną z osób, któ­rym zle­cono ich na­pi­sa­nie. Prze­pro­wa­dzi­łam wy­wiady z dzia­ła­czami, ludźmi od Ma­rie Sto­pes, oso­bami, które stra­ciły córki lub żony w wy­niku skom­pli­ko­wa­nego po­rodu, oraz z le­ka­rzem, który od­mó­wił dzia­ła­nia w naj­lep­szym in­te­re­sie matki. W tam­tym mo­men­cie by­cie ir­landzką dzien­ni­karką w An­glii coś zna­czyło. Cho­dzi­łam na pro­te­sty, a po­tem koń­czy­łam na im­pre­zach. Moja li­sta kon­tak­tów za­peł­niła się ludźmi, któ­rym po pi­ja­nemu obie­cy­wa­łam coś, ja­kąś formę dzia­ła­nia, które zu­peł­nie nie le­żało w mo­jej ju­rys­dyk­cji.

Mój te­le­fon na­dal jest ich pełny, cztery lata i ak­tu­ali­za­cję iPhone'a póź­niej. CLARA RE­PEAL, SIO­BHAN RE­PEAL, ASH­LING RE­PEAL, DON­NA­CHA RE­PEAL. Nie­zna­jomi dla sie­bie, ale na krótko po­łą­czeni z drze­wem ge­ne­alo­gicz­nym lu­dzi, któ­rzy chcieli tego sa­mego, a te­raz, kiedy już to mamy, pra­wie nic ich nie łą­czy.

Cie­szymy się, że abor­cja i mał­żeń­stwa ho­mo­sek­su­alne są na­szym pra­wem, ale je­ste­śmy sa­motni w noce ta­kie jak ta.

Nie ma miejsc sie­dzą­cych, a w moim obec­nym sta­nie sza­le­ją­cego oce­anu za­po­mi­nam, że mam te­raz prawo do krze­sła. Męż­czy­zna w moim wieku, sie­dzący wraz z grupą przy­ja­ciół, ofe­ruje mi swoje.

- Nie chcę roz­bi­jać wa­szego kręgu. - Grupa, tak żywo cie­sząca się tym wie­czo­rem, wy­daje mi się w więk­szo­ści ge­jow­ska. Z uprzej­mo­ści dla ge­jow­skich bo­gów to­wa­rzy­skich mu­szę przy­naj­mniej uda­wać, że nie je­stem in­tru­zem pod po­sta­cią he­te­ro­sek­su­al­nej ko­biety. Oczy­wi­ste jest, że chcę z nimi usiąść.

Chło­pak kręci głową i de­li­kat­nie pro­wa­dzi mnie na swoje miej­sce.

- Nie przej­muj się tym - mówi z du­bliń­skim ak­cen­tem. - Jak by­śmy wy­glą­dali, gdy­by­śmy zo­sta­wili cię­żarną ko­bietę samą w święta?

- Co by po­my­ślał Je­zu­sek? - do­daje ktoś inny, a po­nie­waż wszy­scy sie­dzimy te­raz bli­sko sie­bie, nie mam in­nego wyj­ścia, jak tylko zo­stać ho­no­ro­wym człon­kiem grupy.

Przyj­muję tę rolę z wdzięcz­no­ścią. Dzięki nim czuję się ważna i wy­jąt­kowa, jak Ma­ryja ob­ja­wia­jąca się dzie­ciom z Fa­timy.

Roz­po­czyna się pierw­sza prze­rwa re­kla­mowa i czuję klep­nię­cie w nogę.

- Prze­pra­szam. - To je­den z męż­czyzn z dru­giej strony kręgu, z któ­rym jesz­cze nie roz­ma­wia­łam. - Mogę tylko spy­tać...

Nie wy­ła­puję ko­lej­nych słów. Go­spo­darz wie­czoru wy­ci­sza ekran te­le­wi­zora i włą­cza gło­śnik. Leci Cest La Vie ze­społu B*Wit­ched, gło­śność jest o wiele za duża, przez co wszy­scy aż pod­ska­kują na swo­ich miej­scach. Go­spo­darz szybko ści­sza mu­zykę i pod­nosi ręce w prze­pra­sza­ją­cym ge­ście.

Kie­ruję swoją uwagę z po­wro­tem na chło­paka.

- ...nie wiesz przy­pad­kiem, co się z nim dzieje? - koń­czy zda­nie, któ­rego nie usły­sza­łam w ca­ło­ści.

Może dla­tego, że je­stem wśród ge­jów, a może dla­tego, że tak czę­sto je­stem py­tana o mo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela. Może to przez ciążę. Ale na­prawdę są­dzi­łam, że pyta o Ja­mesa De­vlina. To jest wła­śnie ta­kie miej­sce, w któ­rym nor­mal­nie zo­sta­ła­bym za­py­tana o Ja­mesa. Je­śli cho­dzi o sławę, zaj­muje on za­bawne miej­sce na dia­gra­mie Venna: sławny w Ir­lan­dii, sławny wśród ge­jów, sławny w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, ale nie tak na­prawdę sławny. Na tyle sławny, że gdyby był tu dziś wie­czo­rem, lu­dzie ro­bi­liby so­bie z nim zdję­cia, ale nie py­ta­liby go o au­to­grafy. Na tyle sławny, że gdy jest jed­nym z pię­ciu sce­na­rzy­stów filmu, jedna z kra­jo­wych ga­zet pu­bli­kuje na­głó­wek mó­wiący o "hol­ly­wo­odz­kim fil­mie na­pi­sa­nym przez miej­sco­wego z Cork".

- Nowy Jork - od­po­wia­dam z dumą. - Na­prawdę do­brze mu idzie, wiesz, i to nie tylko na In­sta­gra­mie. Pi­sze skrypty dla jed­nego z talk-show.

Chło­pak pa­trzy na mnie pu­stym wzro­kiem, więc wy­mie­niam na­zwę pro­gramu. Ko­lejne pu­ste spoj­rze­nie.

Marsz­czy brwi.

- By­łaś u niego na se­mi­na­rium na trze­cim roku, prawda? - mówi. - U dok­tora Byrne'a? Na li­te­ra­tu­rze epoki wik­to­riań­skiej?

- Dok­tora Byrne'a - po­wta­rzam i na se­kundę mózg mi się za­wie­sza. To jak prze­rwa w do­sta­wie prądu. Ty­siące świa­teł w bu­dynku miesz­kal­nym ga­śnie jed­no­cze­śnie.

- Nie cho­dzi­łaś ze mną cza­sem na UCC? Dał­bym so­bie rękę uciąć - mówi po­woli. - By­li­śmy ra­zem w jed­nej gru­pie. Za­ję­cia Freda Byrne'a.

- Tak - od­po­wia­dam i po­mimo szoku po usły­sze­niu tego na­zwi­ska je­stem świa­doma tego, co mówi moja mina.

Wy­gła­dzam swój wy­raz twa­rzy, ale jest już za późno. Mu­szę coś wy­ja­śnić temu nie­zna­jo­memu, ale od czego mam za­cząć? Jak mógł­byś zro­zu­mieć rok na Shan­don Street, je­śli cię tam z nami nie było, je­śli tego nie prze­ży­łeś?

- Słu­chaj, nie chcia­łem... - za­czyna, gdy do­ciera do niego, że po­peł­nił gdzieś błąd, ale nie ma po­ję­cia, gdzie i jak to na­pra­wić. - Po pro­stu po­my­śla­łem, że by­łaś jedną z jego ulu­bie­nic, albo tak mi się wy­da­wało, i może coś wiesz.

- Co wiem? - py­tam. Jak mogę sub­tel­nie po­in­for­mo­wać tego nie­zna­jo­mego, że nie upra­wia­łam seksu z dok­to­rem Byrne'em po­mimo po­pu­lar­nego w tam­tym cza­sie mitu krą­żą­cego po Cork?

- Jest w śpiączce - in­for­muje i szybko cią­gnie da­lej: - Do­stał ja­kiejś sza­lo­nej cho­roby mó­zgu i te­raz jest w śpiączce.

By­cie w ciąży spra­wia, że od­czu­wam swoje ciało war­stwowo - skóra, płaszcz, rdzeń - i wszystko to dudni jed­no­cze­śnie, gdy my­ślę o dok­to­rze Byr­nie. Wiel­kim, dziw­nym dok­to­rze Byr­nie, mi­ło­śniku fran­cu­skiego wina i wy­myśl­nych ma­łych cia­ste­czek. Przy­no­sił nam z an­giel­skiego targu por­tu­gal­skie tarty, jesz­cze cie­płe. Ten głę­boki żółty smak, piegi po­czer­nia­łego cu­kru na wierz­chu.

Mu­zyka wy­lewa się z gło­śnika, aby po­in­for­mo­wać nas, że prze­rwa re­kla­mowa do­bie­gła końca, po­wraca Toy Show, a mały chło­piec z Wic­klow jeź­dzi w kółko na swoim ro­werku.

Mu­szę za­dzwo­nić do Ja­mesa.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki