1
19 MAJA 1987
Detektyw sierżant Warwick pierwszy mrugnął.
- Proszę mi podać jeden powód, dla którego nie powinienem zrezygnować -
rzekł buńczucznie.
- Przychodzą mi na myśl cztery - odparł komendant Hawksby, biorąc go z zaskoczenia.
William potrafiłby wymienić jeden, dwa, ewentualnie trzy, ale nie cztery
powody, zrozumiał więc, że Jastrząb ma go w garści. Ufał jednak, że uda
mu się wywinąć. Wyjął z wewnętrznej kieszeni oświadczenie o rezygnacji i położył je przed sobą na stole. Wykonał prowokacyjny gest, ale nie
zamierzał wręczać kartki, dopóki komendant nie wyłuszczy swoich czterech
powodów. William nie wiedział, że jego ojciec zadzwonił rano do
Jastrzębia, by go uprzedzić o planowanej przez syna rezygnacji, dzięki
czemu komendant miał czas przygotować się do spotkania.
Po wysłuchaniu mądrych słów sir Juliana komendant już wiedział, dlaczego
detektyw sierżant Warwick rozważa rezygnację, i wcale nie był zaskoczony
decyzją Williama.
- Miles Faulkner, Assem Rashidi oraz nadinspektor Lamont - rzekł
Jastrząb, rozpoczynając rozgrywkę pierwszym serwisem, na razie bez
punktu.
William nie odpowiedział.
- Jak ci wiadomo, Miles Faulkner nadal przebywa na wolności i nie
pomogło postawienie wszystkich służb na nogi, zapadł się pod ziemię.
Chcę, żebyś wywlókł go z tej lisiej nory, w której się skrył, i wsadził
za kratki, gdzie jego miejsce.
- Detektyw sierżant Adaja świetnie sobie poradzi z tym zadaniem -
zapewnił William, odbijając piłeczkę nad siatką.
- Ale szanse na sukces znacznie się zwiększą, jeżeli wy dwaj połączycie
siły, podobnie jak podczas operacji "Koń trojański".
- Jeżeli drugim powodem jest Assem Rashidi - rzekł William, próbując
odzyskać inicjatywę - z pewnością nadinspektor Lamont zgromadził
wystarczającą ilość dowodów, by ten gagatek nie ujrzał światła dziennego
przez kilkanaście lat, a ja nie jestem potrzebny, żeby trzymać go za
rączkę.
- Zgodziłbym się z tobą, gdyby nie to, że Lamont dziś rano złożył
rezygnację - odparł komendant.
Po raz drugi William został wzięty z zaskoczenia i nie miał ani chwili
na rozważenie konsekwencji tej nowiny, bo Jastrząb dorzucił:
- Musiał poświęcić prawo do pełnej emerytury, zapewne więc nie będzie
chętny do współpracy, gdy przyjdzie pora na składanie zeznań podczas
procesu Rashidiego.
- Forsa, którą znalazł w "pustej" torbie w fabryce narkotyków
Rashidiego, zrekompensuje mu to z naddatkiem - rzekł William, nie kryjąc
sarkazmu.
- Już nie. Dzięki twojej interwencji zwrócono wszystko co do pensa.
Jedno jest pewne, dwie rezygnacje tego samego dnia to stanowczo zbyt
wiele jak dla mnie.
- Piętnaście do zera - podliczył William pod nosem.
- Jest też rzeczą oczywistą, że to ty zajmiesz miejsce Lamonta jako
główny świadek Korony oskarżającej w procesie Rashidiego.
Trzydzieści do zera.
William zachodził w głowę, czy Jastrząb ma jeszcze jakiegoś asa
schowanego w rękawie. Postanowił zachować milczenie w oczekiwaniu na
trzeci serw komendanta.
- Widziałem się dziś rano z komisarzem - podjął po chwili Hawksby. -
Poprosił mnie o utworzenie nowej jednostki, która zajmie się korupcją w policji.
- Policja Metropolitalna ma już jednostkę antykorupcyjną - przypomniał
William.
- Ta będzie bardziej aktywna, pracowałbyś pod przykrywką jako tajny
agent. Komisarz dał mi wolną rękę, sam wybiorę zespół, którego jedynym
zadaniem będzie usunięcie zgniłych jabłek z beczki, tak dosłownie się
wyraził. Chce, żebyś prowadził bieżące dochodzenia i składał raporty
bezpośrednio u mnie.
- Komisarz nigdy mnie na oczy nie widział - padła odpowiedź jak piłka
odbita z linii końcowej kortu.
- Powiedziałem mu, że to ty stoisz za sukcesem operacji "Koń trojański".
Czterdzieści do zera.
- Szczerze mówiąc, to parszywa misja - ciągnął Jastrząb. - Spędzisz dużo
czasu, przepytując kolegów, którzy mają na sumieniu jedynie drobne
przestępstwa. - Komendant znów umilkł przed kolejnym serwem. - Po
incydencie z Lamontem komisarz nie zamierza dłużej ignorować problemu i dlatego poleciłem ciebie.
William nie mógł odebrać woleja i uznał swoją przegraną w pierwszym
gemie.
- Jeżeli podejmiesz się tej pracy - rzekł Jastrząb - to będzie twoje
pierwsze zadanie. - Przesunął po biurku teczkę z napisem POUFNE.
William zawahał się, w pełni świadom, że to kolejna pułapka, ale nie
mógł się powstrzymać i otworzył teczkę. Na pierwszej stronie wydrukowano
pogrubionymi kapitalikami DETEKTYW SIERŻANT J.R. SUMMERS.
Serw po stronie Williama.
- Byłem z Jerrym w Hendon - powiedział. - To jeden z największych
bystrzaków w naszym roczniku. Wcale mnie nie dziwi, że szybko awansował
na detektywa sierżanta. Obstawiano, że tak będzie.
- Nie bez powodu. Na początek trzeba znaleźć wiarygodny pretekst, który
pozwoli ci się z nim skontaktować, a potem zdobyć jego zaufanie i sprawdzić, czy zarzuty, jakie wysuwa wobec niego przełożony, są zasadne.
Piłka źle podana.
- Jeżeli będzie wiedział, że należę do jednostki antykorupcyjnej, nie
powita mnie z otwartymi ramionami jako starego przyjaciela.
- Dla wszystkich oprócz mnie pracowników w tym budynku wciąż jesteś
członkiem specjalnej sekcji antynarkotykowej i przygotowujesz się do
procesu Rashidiego.
Drugi serw.
- Trudno nazwać kuszącą propozycją szpiegowanie przyjaciół i kolegów -
wyraził powątpiewanie William. - Byłbym zwykłym kapusiem pod przykrywką.
- Sam bym tego lepiej nie ujął - przyznał Jastrząb. - Może to coś
zmieni, jeśli wspomnę, że detektyw sierżant Adaja i detektyw sierżant
Roycroft już się zaciągnęli, a tobie pozostawię decyzję, których dwu
spośród nowych konstablów dobrać do zespołu.
Zero do piętnastu.
- Zapomina pan, sir, że detektyw sierżant Roycroft przymknęła oko, gdy
Lamont przygarnął tę torbę pieniędzy po nalocie konia trojańskiego.
- Nie zrobiła tego. Detektyw sierżant Roycroft sporządziła obszerny
raport do mojej wiadomości. Między innymi dlatego przywróciłem ją do
stopnia sierżanta - odparł Jastrząb.
Zero do trzydziestu.
- Ależ to nie powinno być poufne - zaprotestował William.
- Właśnie że powinno, bo dzięki temu przekonałem Lamonta do zwrotu
pieniędzy i złożenia rezygnacji.
Zero do czterdziestu.
- Muszę omówić pańską propozycję z Beth i z rodzicami, zanim podejmę
decyzję - rzekł William i zrobił przerwę na popicie wody.
- Niestety to niemożliwe - odparł Jastrząb. - Jeżeli podejmiesz się tej
nad wyraz delikatnej misji, nikt poza obrębem tych ścian nie może się o tym dowiedzieć. Nawet twoja rodzina musi żywić przekonanie, że nadal
jesteś związany z sekcją antynarkotykową i przygotowujesz się do procesu
Rashidiego. Przynajmniej nie będziesz kłamał, bo aż do zakończenia
procesu pociągniesz oba zadania.
- Czy może być jeszcze gorzej? - spytał William.
- O tak - rzekł Jastrząb. - Funkcjonariusz, który zawiaduje wizytami w Pentonville, poinformował mnie, że Assem Rashidi ma dziś umówione
spotkanie z naszym starym przyjacielem panem Boothem Watsonem, radcą
koronnym. Wypada mi zatem stwierdzić, detektywie inspektorze Warwick, że
wynik sprawy, która wyglądała na prostą i nieskomplikowaną, jeszcze nie
jest przesądzony.
Dopiero po chwili dotarło do Williama, że komendant wyjął kolejnego asa
z rękawa. Wziął więc swoją pisemną rezygnację i schował ją do kieszeni.
- Zobaczymy się za parę dni, Eddie - rzucił Miles Faulkner, wysiadając z nieoznakowanego vana i przystępując do jedynego nieprzećwiczonego etapu
ucieczki.
Ruszył ostrożnie w stronę plaży dobrze wydeptaną ścieżką. Po przejściu
około stu metrów spostrzegł żarzący się koniec papierosa - latarnię
morską prowadzącą uciekiniera z dala od niebezpiecznych raf.
Szedł ku niemu mężczyzna ubrany cały na czarno. W milczeniu podali sobie
ręce.
Kapitan poprowadził jedynego pasażera przez piasek do motorówki
kołyszącej się na płytkiej wodzie. Kiedy znaleźli się na pokładzie,
załogant uruchomił silnik i nakierował motorówkę w stronę czekającego
jachtu.
Miles poczuł ulgę, dopiero kiedy kapitan podniósł kotwicę i odpłynął, a okrzyk radości wydał, gdy na dobre opuścili wody terytorialne. Wiedział,
że gdyby go schwytano, nie tylko dostałby podwójny wyrok, ale nie byłaby
mu dana ponowna szansa ucieczki.
2
Pan Booth Watson, radca królewski, zajął miejsce naprzeciw potencjalnego
klienta, wyjął gruby plik akt z torby firmy Gladstone i położył go przed
sobą na szklanym stoliku.
- Z wielkim zainteresowaniem zgłębiłem pańską sprawę, panie Rashidi -
zaczął. - Chciałbym pokrótce wyliczyć stawiane panu zarzuty i przedstawić ewentualną linię obrony.
Rashidi kiwnął głową, nie spuszczając z oka siedzącego naprzeciwko
prawnika. Jeszcze nie zadecydował, czy zatrudnić BW, jak nazwał go
Faulkner. W końcu od tej decyzji zależało, czy dostanie dożywocie.
Potrzebował cavaliera, który oczaruje ławę przysięgłych, skrzyżowanego z rottweilerem gotowym rozszarpać na kawałki świadków oskarżenia. Czy
Booth Watson posiadał cechy takiego zwierzęcia?
- Korona będzie usiłowała dowieść, że prowadził pan imperium
narkotykowe. Oskarżą pana o sprowadzanie w ogromnych ilościach heroiny,
kokainy i innych nielegalnych substancji, stwierdzą, że ciągnął pan z tego procederu milionowe zyski, kontrolował kryminalną siatkę agentów,
dilerów i kurierów. Ja zaś będę dowodził, że był pan niewinnym gapiem,
który w trakcie nalotu Policji Metropolitalnej przypadkiem znalazł się
pod ostrzałem i przeraził niepomiernie na wieść, do czego służył ów
lokal.
- Czy może pan ustawić ławę przysięgłych? - spytał Rashidi.
- Nie w tym kraju - odparł stanowczo Booth Watson.
- A sędziego? Da się przekupić? Albo zaszantażować?
- Nie. Dowiedziałem się jednak niedawno o sędzim Whittakerze czegoś, co
może się okazać dla niego zawstydzające, a dla nas przydatne. Ale będę
to musiał jeszcze sprawdzić.
- Co to takiego? - spytał żywo Rashidi.
- Nie wyjawię tej informacji, dopóki nie zdecyduję, że będę pana
reprezentował.
Rashidiemu nawet przez myśl nie przeszło, że Bootha Watsona nie da się
kupić. Uważał prawników za sprzedajne dziwki, z którymi trzeba się tylko
potargować o cenę usługi.
- Nasz czas jest ograniczony, proponuję zatem rozpatrzeć dokładniej
zarzuty i ewentualną linię obrony.
Dwie godziny później Rashidi podjął decyzję. Booth Watson był tak
oblatany w sądowych procedurach i kruczkach pozwalających naginać - ale
nie łamać - przepisy prawa, że stało się oczywiste, dlaczego Miles
Faulkner wysoko go cenił. Czy jednak radca królewski zechce go bronić,
nie mając choćby małego podparcia?
- Jak panu wiadomo, Koronna Służba Prokuratorska wstępnie wyznaczyła
termin pierwszej rozprawy na piętnasty września w Old Bailey -
przypomniał Booth Watson.
- Będę więc musiał regularnie się z panem konsultować.
- Moja stawka to sto funtów za godzinę.
- Zapłacę z góry dziesięć tysięcy.
- Proces może się przeciągnąć na kilka dni, a nawet tygodni. Honorarium
adwokackie za kolejne dni rozprawy będzie znaczącą kwotą.
- Wobec tego dwadzieścia tysięcy - rzucił Rashidi.
Booth Watson skinął głową bez słowa.
- Powinien pan wiedzieć jeszcze jedno. Koronę będzie reprezentował sir
Julian Warwick, radca królewski, a jego córka wystąpi jako adwokat
młodsza.
- Pewnie jego syn wciąż liczy na to, że złoży zeznanie przed sądem.
- Gdyby nie złożył - rzekł twardo Booth Watson - przegrałby pan przed
rozpoczęciem procesu.
- Będziemy musieli przyznać mu zawieszenie egzekucji, przynajmniej do
czasu, aż go pan rozszarpie, kiedy zajmie miejsce dla świadka.
- Może nawet nie przesłucham Chórzysty. Chcę, żeby przysięgli
zapamiętali byłego nadinspektora Lamonta, który ma to i owo za uszami, a nie detektywa sierżanta Williama Warwicka - rzekł Booth Watson i w tym
momencie strażnik otworzył drzwi.
- Pięć minut, sir. Już i tak przekroczył pan limit czasu.
Booth Watson kiwnął głową.
- Jeszcze jakieś pytania, panie Rashidi? - spytał, gdy drzwi się
zamknęły.
- Kontaktował się z panem ostatnio Miles?
- Pan Faulkner nie jest już moim klientem. - Booth Watson zawahał się,
po czym dodał: - Dlaczego pan pyta?
- Mam dla niego ciekawą propozycję biznesową.
- Może mnie pan wprowadzi - zachęcił Booth Watson, zdradzając się z tym,
że pozostaje w kontakcie z Faulknerem.
- Udziały mojej spółki, Marcel i Neffe, straciły gwałtownie na wartości
po moim aresztowaniu i fali druzgocących artykułów w prasie. Potrzebuję
kogoś, kto wykupi pięćdziesiąt jeden procent akcji po aktualnej cenie
rynkowej. W dniu, w którym wypuszczą mnie z więzienia, zapłacę mu za nie
podwójnie.
- Ale to może trochę potrwać.
- Panu też zapłacę podwójnie, jeśli mnie pan wyciągnie.
Booth Watson znów kiwnął głową. Nie ulegało kwestii, że był dziwką, choć
przyznać trzeba, że bardzo drogą.
William nie mógł się powstrzymać i pojechał z powrotem do Brixton
miejskim autobusem. Tym razem jednak nie towarzyszyło mu czterdziestu
uzbrojonych policjantów szykujących się do rozbicia największego gangu
narkotykowego w stolicy, lecz tłumek gospodyń domowych udających się na
zakupy.
Po drodze patrzył z góry na charakterystyczne miejsca zapamiętane z operacji "Koń trojański", którą przeprowadzili poprzedniego dnia. Ten
autobus zatrzymywał się na każdym przystanku, pasażerowie wysiadali i wsiadali, a górny pokład nie został przerobiony na centrum dowodzenia,
skąd Jastrząb mógł nadzorować największy nalot antynarkotykowy w dziejach Policji Metropolitalnej, zwanej powszechnie Met.
Ukazały się dwa wieżowce mieszkalne. Na następnym przystanku William
zbiegł po schodkach i wyskoczył z autobusu. Detektyw sierżant Jackie
Roycroft czekała na niego, siedząc w cieniu. Tym razem nie było
strategicznie rozmieszczonych czujek strzegących dostępu do budynku.
Kiedy zbliżali się do bloku B, minęła ich starsza kobieta ze sklepowym
wózkiem wypełnionym ciężkimi torbami. Williamowi zrobiło się jej żal,
pod wpływem jakiegoś impulsu obejrzał się za nią, a potem ruszył w kierunku znajomego budynku. Wsiadł razem z Roycroft do windy - nie
powstrzymał ich żaden wykidajło - i Jackie wcisnęła guzik dwudziestego
trzeciego piętra.
- Całą posesję przetrząsnęli technicy, ale nic nie znaleźli. Jastrząb
uznał, że powinniśmy dobrze się rozejrzeć, bo a nuż coś przeoczyli.
Wyszli stąd o świcie - powiedziała Jackie.
- "Nie mam pojęcia, kiedy to mogło być - rzekł William, przeciągając
sylaby - z pewnością wszakże była to pora nadzwyczaj nieprzyjemna".
- No, dawaj, oświeć mnie - rzekła Jackie.
- Sir Harcourt Courtly wypowiada te słowa do lady Gay Spanker w Ubezpieczeniu Londynu. - Widząc nieprzeniknioną minę Jackie, William
dodał: - To ze sztuki Boucicaulta.
- Dziękuję za przekonujący dowód - odparła Jackie, kiedy wyszli z windy
na korytarz, gdzie zobaczyli oparte o ścianę ciężkie drzwi.
Technik złota rączka nie bawił się w otwieranie licznych zamków, po
prostu wystawił drzwi prowadzące do jaskini. Jaskini Aladyna?
- Dobra robota, Jim - pochwalił William, wchodząc do apartamentu, który
pasowałby do Mayfair.
Zwrócił uwagę na nowoczesne, stylowe meble porozstawiane po pokojach,
puszysty dywan, w którym zapadały się stopy, obrazy współczesnych
malarzy - Bridget Riley, Davida Hockneya i Allena Jonesa - ozdabiające
wszystkie ściany. Szklane figurki Lalique'a rzucały się w oczy w całym
mieszkaniu, przypominając Williamowi o francuskim wychowaniu Rashidiego.
Nie mieściło mu się w głowie, jak taki kulturalny człowiek mógł tak źle
skończyć.
Jackie zaczęła rozglądać się po salonie, szukając śladów narkotyków,
podczas gdy William skupił się na dużej sypialni. Dość szybko
zorientował się, że technicy wykonali zadanie starannie, choć zdziwił go
brak przedmiotów codziennego użytku, jakie spodziewał się tu znaleźć -
grzebienia, szczotki do włosów, szczoteczki do zębów, mydła. Tylko
rządek garniturów z Savile Row i tuzin szytych na miarę koszul od Pinka
z Jermyn Street, jakby świeżo przywiezionych z pralni. Nic takiego,
czego Booth Watson nie mógłby odrzucić jako nienależące do jego klienta.
Wtem na wewnętrznej kieszeni jednej z marynarek spostrzegł wyhaftowane
inicjały "A.R.". Tego już tak łatwo Booth Watson nie odrzuci. William
złożył równo marynarkę i umieścił w worku na dowody.
Następnie jego uwagę przykuła stojąca na nocnym stoliku fotografia w ozdobnej srebrnej ramce z wygrawerowaną dużą literą A - kojarzyła się
bardziej z Bond Street niż z Brixton. Wziął ją do ręki i przyjrzał się
bliżej sportretowanej kobiecie.
- Mam cię - powiedział, umieszczając solidną srebrną ramkę w innej
torebce.
Zanotował numer telefonu stojącego po drugiej stronie łóżka, a potem
zaczął się przyglądać obrazom na ścianach. Drogie, nowoczesne, ale
nienadające się na dowód rzeczowy, chyba że Rashidi kupił je od znanego
handlarza, który zechciałby stawić się w sądzie jako świadek Korony i wyjawić nazwisko klienta. Mało prawdopodobne. Nie mieliby w tym przecież
żadnego interesu. Fotografia w srebrnej ramce stanowiła zatem najlepszy
łup.
Przez chwilę podziwiał obraz Warhola przedstawiający Marilyn Monroe.
Technicy postawili go na podłodze, odsłaniając zamknięty sejf.
Natychmiast ruszył na poszukiwanie technika Jima, który wyciągnął
robiący wrażenie komplet kluczy. Jim w ciągu kilku minut uporał się z zamkiem. William otworzył sejf, ale szafeczka w środku była pusta.
- Cholera. Zobaczył nas, kiedy podchodziliśmy. - Przypomniał sobie
raptem babcię, która minęła ich, pchając wyładowany wózek. Wiedział, że
coś w jej wyglądzie mu nie pasowało, i teraz to sobie uzmysłowił.
Wszystko się zgadzało oprócz butów. Najnowszego modelu Nike. - Cholera -
zaklął znów, gdy w drzwiach stanęła Jackie.
- Znaleźliście coś godnego uwagi? - spytała. - Bo ja nie.
Zamaszystym gestem William podniósł plastikową torebkę z fotografią w srebrnej ramce.
- Gem, set, mecz - podsumowała Jackie, dla żartu salutując szefowi.
- Gem i owszem - odparł William - może nawet set. Ale skoro Booth Watson
wystąpi w Old Bailey jako obrońca Rashidiego, wynik meczu jeszcze nie
jest przesądzony.
Nikt nie chciał usiąść przy jego stole, dopóki wszyscy nie nabrali
przekonania, że nie wróci.
Trzeciego dnia po ucieczce Faulknera Rashidi zszedł do kantyny na
śniadanie, zajął miejsce u szczytu pustego stołu i zaprosił dwóch
współwięźniów, Tulipana i Rossa, żeby do niego dołączyli.
- Miles na pewno wyjechał już z kraju - rzekł Rashidi.
Strażnik więzienny postawił przed nim talerz z jajkami na bekonie. Był
jedynym więźniem, któremu serwowano bekon bez skórki. Inny strażnik
podał mu egzemplarz "Financial Timesa". Funkcjonariusze więzienni szybko
przyjęli do wiadomości, że stary król odszedł, a na tronie zasiadł nowy.
Dworzanie nie okazywali zaniepokojenia. Nowy król był naturalnym
następcą Faulknera, co więcej, miał zapewnić nieprzerwany dostęp do
przywilejów i korzyści.
Rashidi przejrzał notowania giełdowe i ściągnął brwi. Z dnia na dzień
wartość akcji Marcel i Neffe spadła o kolejne dziesięć pensów, co
osłabiło jego spółkę, narażając na przejęcie. Nic nie mógł na to
poradzić, choć znajdował się zaledwie kilka mil od Giełdy.
- Niedobre wieści, szefie? - zagadnął Tulipan, nadziewając parówkę na
widelec i pakując ją do ust.
- Ktoś próbuje mnie wyautować z interesu - odparł Rashidi. - Ale mój
adwokat trzyma rękę na pulsie.
Marlboro Man kiwnął głową. Odzywał się rzadko, czasami tylko zadał
jakieś pytanie. Jastrząb przestrzegł tajnego agenta, że zbyt wiele pytań
wzbudzi podejrzenia Rashidiego. Nadstawiaj uszu, pouczył, a zdobędziesz
tyle dowodów, że posiedzi długo.
- Co nowego w sprawie dostaw? - spytał Rashidi.
- Wszystko pod kontrolą - zapewnił Tulipan. - Ściągamy ponad tysiaka
tygodniowo.
- A co z Boyle'em? Zdaje się, że nadal zaopatruje swoich starych
klientów, zmniejszając moje zyski.
- Problem rozwiązany. Boyle ma zostać przeniesiony do kicia na wyspie
Wight.
- Jak to załatwiliście?
- Funkcjonariusz od przeniesień zalega od kilku miesięcy z opłatami za
hipotekę - wyjaśnił krótko Tulipan.
- Wobec tego opłacimy mu następny miesiąc z góry - zdecydował Rashidi. -
Zależy mi na przeniesieniu jeszcze kogoś oprócz Boyle'a, to mniej
ryzykowne niż pozostawienie go tutaj. A ty, Ross? Kiedy nas opuszczasz?
- W przyszłym tygodniu udaję się do otwartego więzienia w Ford, szefie.
Chyba że miałbym zostać?
- Nie, przydasz mi się na ulicy, im szybciej, tym lepiej. Będę miał z ciebie większy pożytek, kiedy znajdziesz się po drugiej stronie murów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki